„Demokracji w ogóle zdefiniować niepodobna tak wielkie jest
pomieszanie pojęć w tej sprawie. Samo przekonanie, że demokracja
jest dobrym ustrojem, nie jest zabobonem. Jest natomiast zabobonem
ślepe wierzenie, że tylko demokracja jest dopuszczalną formą
ustroju - i to bez rozróżnienia różnych znaczeń tego słowa”
- pisał niezrównany o. Józef Bocheński w swoich „Stu
zabobonach”.
Wprawdzie sklecono podręcznikową definicję, w której demokracją
nazywa się „system rządów, w którym źródło władzy
stanowi wola większości obywateli” - to ma się ona tak do
rzeczywistości, jak określenia nadawane komunizmowi. Zaczadzeni
tym tworem ćwierćinteligenci dostrzegali w komunizmie szlachetną
utopią lub ideokratyczny totalitaryzm; jedni wywodzili jego podstawy
z moralizmu, inni z nihilizmu; według jednych zrodził go idealizm i
humanizm, zdaniem drugich wulgarny materializm i ucieczka od
wolności; ci widzieli w nim fałszywą religię, inni oświecającą
gnozę. Według niektórych, komunizm był ideologią, inni
twierdzili, że doktryną polityczną i ekonomiczną.
To pomieszanie świadczyło, że ludzie są zdolni wymyślić każdą
brednię, byle usprawiedliwić swoje najniższe instynkty, a sam
komunizm nigdy nie był tym, co stanowiły pseudonaukowe wywody.
Odniesienie tej sytuacji do definicji demokracji jest w pełni
uzasadnione, bo w jednym i drugim przypadku, mamy do czynienia z
narzędziem, które bywa określane w zależności od proweniencji
tych, którzy się nim posługują. A skoro nawet komunistyczni
bandyci nazywali swoją tyranię „demokracją socjalistyczną”,
czy można wątpić, że również dziś, pod mianem demokracji można
ukryć każdą formę zniewolenia?
Jedno natomiast jest pewne. Z prawdziwą demokracją, jak z
niepodległością: jest lub jej nie ma.
Nie istnieje stan, który można określić mianem pół lub ćwierć
demokracji, jak nie można mieć pół lub ćwierć niepodległości.
Tam, gdzie się kończą, mówimy o jawnej lub skrywanej tyranii, o
dyktaturze, totalitaryzmie lub anarchii.
I tu pojawia się pierwszy problem z tzw. „demokracją” III RP.
Wyznawcy tej mitologii utrzymują bowiem, że istniejąca w tym
państwie „demokracja” jest (tu: w zależności, która partia
sprawuje rządy): ułomna, zagrożona, wadliwa, kwitnąca, fasadowa.
Nietrudno dostrzec nonsens w tak fałszywej gradacji, bo przymiotniki
te (ze względu na status demokracji) nie mogą opisywać
rzeczywistości, lecz wyrażają subiektywne odczucia lub anonsują
partyjną retorykę.
Przypomnę, że przed kilkoma laty prezes PiS nawoływał Polaków do
obrony „demokracji” III RP, ostrzegając jednocześnie, że jeśli
tego nie zrobimy "pewnego dnia obudzimy się w systemie
ukraińskim". Było to frapujące, bo choć demokracji
wówczas nie obroniliśmy (PiS przegrał kolejne tzw. wybory), a
przez następne cztery lata reżim PO-PSL dopuścił się kilkuset
nowych draństw i "naruszeń demokracji", przekaz
Kaczyńskiego nie uległ zmianie.
Myliłby się ten, kto sądziłby, że po rządach Tuska i
Komorowskiego obudziliśmy się w "systemie ukraińskim".
Następnego dnia, po wygraniu przez PiS tzw. wyborów, Polacy
dowiedzieli się, że „demokracja ma się dobrze”, a cały
okres rządów poprzedników (razem z rokiem 2010 i jawnymi
fałszerstwami z roku 2014) należy zaliczyć do stanu
„ćwierć-demokracji”.
Jeszcze w roku 2012, wyborcy PiS mogli usłyszeć od pana
Kaczyńskiego podczas miesięcznicy smoleńskiej:
„Polska nie będzie wolna, jeśli prawda o Smoleńsku nie
wyjdzie na jaw! Polska nie jest wolna, bo nie możemy uczcić
bohaterów Smoleńska, bo nie ma ciągle pomnika, bo stawiane są
różne przeszkody, bo nieustannie trwa kampania obrażania tych,
którzy zginęli”.
Po czterech latach, podczas których prawda o Smoleńsku nie wyszła
na jaw, nie uczczono bohaterów i nie zbudowano im pomnika, zaś
„kampania obrażania tych, którzy zginęli” trwała w
najlepsze, wyborcy usłyszeli:
"Polska jest dzięki nam krajem wolności, jednym z niewielu
w Europie!”.
A usłyszeli tylko dlatego, że partia Kaczyńskiego wygrała tzw.
wybory parlamentarne.
Człowiek, który jednego roku (2013) twierdził – „W Polsce
mamy do czynienia ze skrajną formą systemu postkomunistycznego”,
zaledwie dwa lata później zapewniał, że „polska demokracja
ma się dobrze”.
Nie można się zatem dziwić, że w logice pana Kaczyńskiego
triumfy święci hiper-brednia, wypowiedziana w roku 2015 przez
byłego „działacza ekologicznego” prof. Piotra Glińskiego -
"Żyjemy w ćwierć-demokracji”.
Odpowiedziałbym – owszem, „żyjemy”, bo takie kłamstwa
proponują nam ćwierćinteligenci.
To znamienne, że po roku 2015, przedstawiciele poprzedniego reżimu
natychmiast przeszli na pozycje partii Kaczyńskiego i zaczęli
krytycznie oceniać stan „demokracji” III RP, stawiając zarzuty
„pogwałcenia” lub wręcz „uśmiercenia” tej systemowej
„wartości”. Wrzask różnych „obrońców demokracji” jest
dziś arcyważnym dowodem, że demokracja to stan całkowicie
nieznany Polakom.
Bo partyjny bełkot na temat demokracji, dowodzi jednej rzeczy:
zdaniem grup zarządzających III RP, demokracja istnieje wtedy, gdy
one sprawują władzę i zanika natychmiast, gdy władza zostanie
utracona.
To, z kolei, powinno prowadzić do konkluzji, że rządy
PO-PiS-PSL-SLD itd. nie mogą mieć nic wspólnego z autentyczną
demokracją, a jej nazwa jest wykorzystywana przez partyjnych
szalbierzy dla zapewnienia sobie osłony propagandowej. Gdyby było
inaczej, demokracja nie mogłaby znikać w chwilę po ogłoszeniu
tzw. wyników wyborczych ani pojawiać się natychmiast, gdy „nasi”
przejęli władzę.
Ludzie partii systemowych III RP traktują więc demokrację, w
identyczny sposób, jak traktowali ją komuniści - nadając swoim
rządom miano „demokracji socjalistycznej”. Użycie tego
określenia ma zapewnić im „mandat społeczny” i usprawiedliwić
draństwa dokonywane w imieniu „suwerena”.
Kolejny problem pojawia się wtedy, gdy dostrzeżemy proweniencję
najzagorzalszych obrońców systemu III RP. Człowiek rozumny zadałby
sobie pytanie: jak to możliwe, że największymi rzecznikami owej
„demokracji” są ludzie partii komunistycznej i ich mentalni
sukcesorzy, że bronią jej rozmaici kapusie i donosiciele,
wychwalają esbecy i kanalie służące okupantowi? Dlaczego właśnie
takie postaci najmocniej krzyczą „w obronie demokracji” i na
wszelkie sposoby wycierają sobie gęby odmianą tego słowa? Czy
wolno nam wierzyć, że ludzie ci przeszli cudowną metamorfozę i ze
zgrai prymitywnych zamordystów i pospolitych drani, stali się
głosicielami „woli suwerena”?
Jeśli wierzyć nie wolno, a ludziom rozumnym, nawet nie wypada,
odpowiedź może być jedna: to, czego bronią tacy ludzie, nie jest
żadną demokracją lecz jej erzacem, który ma zapewnić trwałość
sukcesji komunistycznej i osłonić dyktaturę ciemniaków.
Ale – zauważy dociekliwy czytelnik - przecież pochwałę
„demokracji” III RP głoszą również politycy partii
Kaczyńskiego oraz środowiska przyznające sobie miano
„patriotycznych”. Czy ich „demokracja” jest czymś innym od
tej, której bronią esbecy?
Oczywiście – nie. Niezależnie, jakie atrybuty nadają owej
„wartości” ludzie PiS, jakimi dekorują przymiotnikami, jest to
ta sama „demokracja”, o którą walczą komuniści i ich
sukcesorzy.
Gdyby chodziło o inną, autentyczną demokrację, usłyszelibyśmy
postulat obalenia systemu III RP i wyrugowania zeń zamordystów,
przypisujących sobie miano demokratów. To naturalne, że żaden
zwolennik autentycznej demokracji nie chciałby stać w jednym
szeregu z ludźmi, którzy przez całe życie gwałcili prawa
suwerena.
Gdyby partia Kaczyńskiego miała na myśli prawdziwą demokracje,
nie mogłaby uczestniczyć w inscenizacjach zwanych „wyborami”,
bo każda z nich służy utrwaleniu zwodniczego systemu.
Gdyby chodziło o wprowadzenie prawdziwych rządów suwerena, ta
partia nie mogłaby traktować sukcesorów komunizmu niczym partnerów
ani nadawać antypolskiej zgrai miana „opozycji”.
Należy więc uznać, że w każdym przypadku jest to ta sama
„demokracja” III RP, a ten, kto uczestniczy w systemie władzy
lub aplikuje do udziału w tym systemie, kultywuje i broni tej samej
„wartości”, o którą zabiegają członkowie partii
komunistycznej i esbeccy bandyci. „Patriotyczna” retoryka tych
środowisk, jakieś odmienne „programy polityczne” itp. namiastki
„różnic programowych”, mają identyczne znaczenie, jak rzekoma
odrębność PZPR, SD i ZSL w okresie komuny. Imitują pluralizm
polityczny i służą utrwaleniu „demokracji socjalistycznej”.
Po raz trzeci napotkamy problem, gdy spróbujemy dostrzec fundament,
na jakim wspiera się owa „demokracja”. Nie mam na myśli
„fundamentu ideowego”, bo taki – ze względu na niemożność
jednoznacznego zdefiniowania demokracji istnieć nie może, lecz
fundament ustrojowy. Praktykowanie demokracji pośredniej (a taką
dziś najczęściej spotykamy) wymaga, by władza polityczna
sprawowana była poprzez wybieranych przez suwerena (społeczeństwo)
przedstawicieli. To zaś oznacza konieczność organizowania tzw.
wyborów powszechnych, podczas których suweren ma możliwość
wyrażenia swojej nieskrepowanej woli.
Nietrudno zauważyć, że aranżowanie takich „wyborów” jest
głównym i podstawowym fundamentem „demokracji” III RP. Ponieważ
organizują je instytucje powołane przez „ojców założycieli”
(prezydent, PKW), a nadzór sprawują gremia najzagorzalszych
zwolenników obecnej „demokracji” (tzw.”sądy”), zagrożenie
popełnienia „błędów systemowych” - czyli wyboru przeciwników
systemu, zostało ograniczone do minimum.
Mając w pamięci trzy dekady tej państwowości i ogrom ujawnionych
patologii, owe „wybory powszechne” można uznać za jedyny
element „demokracji” ustanowionej przy „okrągłym stole”.
A skoro pamiętamy, że pod tym pojęciem kryje się władza
„naszych” nad „waszymi”, wolno twierdzić, że „wybory”
służą wyłącznie grupom zarządzającym tym państwem. Gdyby ich
nie organizowano, nie miałaby miejsca rotacja imitująca pluralizm,
a spory „naszych” z „waszymi” nie mogłyby udawać „różnic
politycznych”.
To narzędzie jest potrzebne dla utrwalenia mitologii III RP i
konieczne dla tych, którzy z tej mitologii żyją.
Ponieważ organizacja wyborów powszechnych, nie może być uważana
za atrybut demokracji (urządzano je w PRL-u, urządza dziś w
Chinach, Rosji i innych państwach totalitarnych), trzeba uznać, że
jest to fundament głęboko niewiarygodny.
Nie tylko ze względu na możliwość fałszerstw – tak
powszechnych w III RP. Wbrew oficjalnej narracji, która każe
postrzegać fałszerstwa w kategorii „błędów” i aberracji, są
one naturalnym i logicznym następstwem reguł ustanowionych na
początku tej państwowości i wynikają z „pragmatyki” procesu
wyborczego. Jeśli nie można dopuścić, by po władze sięgnęli
przeciwnicy systemu, fałszerstwo należy do głównych instrumentów
regulacji.
Jeśli o roszadach politycznych decydują „kluby miłośników
cygar” lub obce ambasady, fałszowanie wyborów urasta do rangi
racji stanu.
Fakt, że w dziejach tego państwa nie znajdziemy przykładów
śledztw i dochodzeń dotyczących fałszerstw wyborczych i nikt nie
poniósł z tego tytułu odpowiedzialności, doskonale uwidacznia
systemową logikę.
Niewiarygodność procesu wyborczego ma jednak głębszą przyczynę.
Gdybyśmy mieli poważnie potraktować system demokratyczny (który
do ideałów nie należy), to jego zasadniczą cechą jest dostęp do
wiedzy na temat państwa i ludzi sprawujących funkcje publiczne. Ta
cecha odróżnia demokrację od rządów opartych na podstępie i
fałszu, w których obywatel-mieszkaniec kraju, jest traktowany
przedmiotowo i podlega różnorodnej manipulacji.
Skoro w demokracji, obywatel ma sprawować funkcję suwerena i brać
odpowiedzialność za system polityczny – musi posiadać wiedzę.
Po to zaś, by stał się suwerenem, a w ramach tego przywileju mógł
dokonywać wolnych i świadomych wyborów, musi posiadać wiedzę
rzetelną- o realiach państwa, w którym żyje, o postaciach, którym
powierza swój los, o przeszłości tych ludzi, ich intencjach i
planach.
Bez tej elementarnej wiedzy, nie tylko nie można dokonać
prawidłowego (a zatem nieobciążonego błędem wyboru), ale nie
można sprawować funkcji suwerena. Bez takiej wiedzy – demokracja
staje się żerowiskiem dla hordy oszustów i łajdaków, a mityczny
„suweren” - żałosnym niewolnikiem.
Tu właśnie III RP ujawnia swoją prawdziwą naturę i objawia
bliskość komunistycznej sukcesji.
Nasza wiedza o rzeczywistości, jest bowiem ograniczona przez cały
szereg czynników, świadomie i celowo ustanowionych przez
prawodawcę. Od pragmatyki pracy służb specjalnych poczynając (tu
dostęp do informacji kształtują zasady rodem z PRL-u), po
rozliczne ograniczenia ustawowe i rzecz zasadniczą - brak wolnych
mediów. Każdy z tych czynników sprawia, że o realiach III RP
wiemy tyle, ile życzą sobie ludzie zarządzający sukcesją. To oni
decydują, jakie informacje przedostaną się do przekazu
publicznego, co należy ukryć, ile powiedzieć i co przemilczeć.
O ile w czasach PRL-u potrzeba było instytucji cenzury, o tyle w III
RP wyśmienicie zastępuje ją „zasada samoograniczenia”, oparta
na mechanizmach finansowych, towarzyskich, niekiedy agenturalnych.
Głównym narzędziem regulacji są prywatne przekaźniki partyjne
oraz tzw. media publiczne, wykonujące pracę na rzecz każdej grupy
zarządzającej III RP. Istnienie wolnych mediów – wzorem PRL-u –
jest niemożliwe. Dlatego nie ma tu ośrodków medialnych, które
mogłyby realizować prawa podmiotowe obywateli lub zabiegały o
poszerzenie ich wiedzy. Są za to media rezonujące interesy
poszczególnych grup wpływu, narzucające nam narracje partii
politycznych i bełkot antypolskich środowisk.
Obraz, jaki wyłania się z tego przekazu, musi być na tyle
„sformatowany”(skrzywiony),by umacniał przekonanie o istnieniu
wolności słowa, a jednocześnie chronił interesy tych grup i
skrzętnie ukrywał realia III RP. Podjęte pod wpływem takiego
przekazu decyzje – w tym decyzje wyborcze, zawsze będą skażone i
błędne. Jeśli nie z winy tych, którzy wiedzieć nie chcą, to za
przyczyna tych, którzy wiedzy zakazują.
Ten mechanizm – odbierania obywatelom prawa do rzetelnej wiedzy i
skazywania na czerpanie z „zatrutych źródeł”, dobitnie ukazuje
wartość „demokracji” III RP, ale też obnaża fikcję władzy
suwerena. Bo obywatel głupi, nieświadomy i poddany ciągłej
manipulacji – suwerenem być nie może.
Czwarty problem z ową „demokracją”, dotyczy przymusu,
konieczności. Zwracałem już uwagę, że w konstytucji III RP
(wzorem PRL-u), zawarto zasadę konstytucyjną, rozstrzygającą o
kształcie ustrojowym tego państwa: „Rzeczpospolita Polska jest
demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady
sprawiedliwości społecznej”.
W sposób oczywisty nawiązuje
ona do normy art. 1.1. tzw. „konstytucji PRL”: „Polska
Rzeczpospolita Ludowa jest państwem demokracji ludowej”.
Warto przypomnieć, że takich
„zasad konstytucyjnych” próżno szukać w ustawach zasadniczych
II Rzeczpospolitej.
Zapisy te oznaczają, że jedynym,
dopuszczalnym w III RP ustrojem politycznym oraz jedyną formą
sprawowania władzy – jest demokracja.
Nieprzypadkowo mamy do czynienia z
przymusem ustrojowym.
Wprowadzenie takiego przymusu w
konstytucji PRL świadczyło, że namiestnicy Moskwy nie dostrzegali
żadnych niebezpieczeństw z praktykowania owej demokracji. Ani
„wybory powszechne” ani „pluralizm partyjny”, o parlamencie i
mediach nie wspominając, nie stanowił takiego zagrożenia. Póki
była to „demokracja socjalistyczna” - ustanowiona według reguł
farsy wyborczej z roku 1947 i nadzorowana przez instytucje
okupacyjne, nie zagrażała interesom komuny. Przeciwnie –
parodiowanie mechanizmów demokratycznych pozwoliło najeźdźcom
uzyskać status legalizmu w oczach „wolnego świata”, a przez
kolejne dekady umacniało przekonanie, że żyjemy w państwie
polskim.
Ta „demokracja socjalistyczna”, tak dalece stała się mitem służącym zniewoleniu Polaków, że na potrzeby uwierzytelnienia antypolskiego paktu zdrajców z bandytami, uknuto zgrabny termin „opozycja demokratyczna”. Tak, by stworzyć wrażenie, że z systemem komunistycznym można walczyć przy pomocy "demokratycznych" metod.
Ta „demokracja socjalistyczna”, tak dalece stała się mitem służącym zniewoleniu Polaków, że na potrzeby uwierzytelnienia antypolskiego paktu zdrajców z bandytami, uknuto zgrabny termin „opozycja demokratyczna”. Tak, by stworzyć wrażenie, że z systemem komunistycznym można walczyć przy pomocy "demokratycznych" metod.
Uważam, że identyczną praktykę
zastosowali „ojcowie założyciele” III RP, wprowadzając swoją
zasadę ustrojową.
Analogicznie - oparto ją na sfałszowanych wyborach z roku 1989 i umocniono podczas farsy z 1991 roku, gdy z życia politycznego wyrugowano już wszystkich przeciwników „okrągłego stołu”, a system wyborczy oparto na instytucjach pokomunistycznych. Dzięki tym mistyfikacjom, państwa „wolnego świata” okrzyknęły III RP krajem wolnym i suwerennym, a Polacy uznali ją za Niepodległą.
Analogicznie - oparto ją na sfałszowanych wyborach z roku 1989 i umocniono podczas farsy z 1991 roku, gdy z życia politycznego wyrugowano już wszystkich przeciwników „okrągłego stołu”, a system wyborczy oparto na instytucjach pokomunistycznych. Dzięki tym mistyfikacjom, państwa „wolnego świata” okrzyknęły III RP krajem wolnym i suwerennym, a Polacy uznali ją za Niepodległą.
Wszystko, co wiemy dziś o
rzeczywistych regułach III RP, o jej obrońcach i
ludziach uprawiających tą mitologię, jasno dowodzi, że owa "demokracja" nie
stanowi dla nich najmniejszego zagrożenia.
Gdyby było inaczej, żaden
komunista, kapuś czy zdrajca, nie gardłowałby „w obronie
demokracji”, a w realiach naszego kraju nie byłoby setek
komunistycznych „złogów”.
Póki jest to „demokracja”
według reguł III RP – a więc sprowadzona do karuzeli tych samych
partii i tych samych postaci, póki blokuje ona dostęp do wiedzy o
tym państwie i wyklucza z życia publicznego przeciwników systemu –
stanowi idealne środowisko dla sukcesorów komuny i pozwala
utrzymywać Polaków w stanie narodowego „znieczulenia”.
Konkluzja jest oczywista: żeby
obalić system III RP, trzeba skończyć z erzacem takiej
„demokracji”, odrzucić jej narzędzia (w tym, udział w
„wyborach”) i dążyć do wprowadzenia ustroju, który zerwie z
komunistyczną sukcesją.
Na takim etapie, nie może być to
ustrój demokratyczny. Praktykowanie rzeczywistej demokracji – a
zatem odwołanie do woli ogółu i praw całej społeczności, byłoby
niedorzeczne. Społeczność tak zdemoralizowana, że „wybrała”
onegdaj Tuska i Komorowskiego, i tak ogłupiała, że dziś chce
„glosować” na Dudę i Kaczyńskiego, nie może decydować o
losie Polski.
Ponieważ „demokracja” III RP
opiera się na fałszu, przymusie i indoktrynacji, muszą być
wprowadzone ograniczenia, które zniszczą atrybuty szalbierzy
i zneutralizują środowiska zagrażające Polakom. Nie da się tego
dokonać praktykując „reguły demokracji”, bo każda z nich
zostanie bezwzględnie wykorzystana przez przeciwnika.
Dopiero zrozumienie tych konkluzji,
otwiera drogę do znalezienia właściwej formuły walki z sukcesją
komunistyczną.
Tekst miał kończyć się zapowiedzią "CDN", ale z uwagi na problemy związane z dalszym funkcjonowaniem bezdekretu, nie odwazyłem się umieścić tych liter.
Tekst miał kończyć się zapowiedzią "CDN", ale z uwagi na problemy związane z dalszym funkcjonowaniem bezdekretu, nie odwazyłem się umieścić tych liter.
