Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą afera hazardowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą afera hazardowa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 lutego 2010

WSZYSTKIE DROGI PROWADZĄ DO WIEDNIA

Znajomość prominentnych polityków Platformy z Sobiesiakiem, czy Koskiem wydaje się zaledwie wierzchołkiem góry lodowej, u której podstaw stoją postaci znacznie większego kalibru. Przyjaciele „Mira”, „Zbycha” i „Grzecha” – ujawnieni podczas kolejnych odsłon tzw. afery hazardowej mogą być jedynie pionkami w grze, o której decydują potężne układy i figury.

Utrzymuje się, iż środowisko branży hazardowej – z którym kontaktowali się Drzewiecki, Schetyna i Chlebowski ma silne powiązania z przestępczością zorganizowaną. Ale nie tylko. Kasyna - od kiedy tylko istniały, były miejscem szczególnej aktywności operacyjnej służb. W nich spotykali się biznesmeni, dyplomaci, gangsterzy, oficerowie wojska czy policji, a często również politycy centralni i samorządowi. To wymarzone miejsce dla zdobywania wiedzy o środowiskach tych osób, ale też do pozyskiwania nowych źródeł informacji. W państwach kontrolujących hazard, kasyna i salony gry są z zasady inwigilowane przez służby specjalne, przy czym rodzaj tej „opieki” przyjmuje czasem formę czerpania zysków z działalności hazardowej, a część pieniędzy zarobionych przez kasyna zasila fundusze operacyjne służb. Ta praktyka może świadczyć, iż pojawiające się pogłoski o związkach Sobiesiaka i Koska z tajnymi służbami, nie są pozbawione podstaw, a wówczas rodzaj kontaktów polityków PO i genezę afery hazardowej należy poważnie zweryfikować.

Jakkolwiek niektóre media czynią z Sobiesiaka i Koska „królów hazardu”, typując tego drugiego na „mózg” operacji związanych z nowelizacją ustawy o grach losowych – nietrudno dostrzec, że w poszukiwaniu najgłębszych związków hazardu z mafią i służbami należy badać więcej, niż tylko życiorysy obu gentelmenów. By wskazać – jak daleko mogą prowadzić interesy tej branży, warto cofnąć się do początków naszej „ustrojowej transformacji”.

Przed siedmioma laty Wojciech Sumliński w artykule „Mafia hazardowa” pisał, iż ustawę o grach losowych z 1992 roku uważa się za pierwsze profesjonalnie lobbowane prawo i wskazywał, że na lobbing prowadzony wśród posłów wydano wówczas - zdaniem ekspertów Banku Światowego - 500 tys. USD. Przypominał również o roli, jaką w działaniach lobbystów miała odegrać Anastazja P. (Marzena Domaros) – opisująca następnie swoje erotyczne przygody z politykami: „W Sejmie gościł ambasador Austrii, a Anastazja P. - jak twierdził ówczesny szef Komisji Finansów Publicznych - miała zdyskredytować twórców ustawy, gdyby coś poszło nie po myśli właścicieli automatów”.

Co wspólnego z lobbingiem hazardowym mógł mieć ambasador Austrii? By odpowiedzieć na to pytanie, trzeba się cofnąć jeszcze dalej – w ponurą rzeczywistość peerelowskich lat 70. i 80. Nie dla wszystkich była ona jednakowa. Swoją karierę zaczynał wówczas Jeremiusz Barański (takiej pisowni imienia używał w latach 70. "Baranina" w licznych pismach do sądu i prokuratury, by dopiero później stać się Jeremiaszem).

Urodzony w Sopocie, Barański często zmieniał miejsce zamieszkania, by na początku lat 80. wylądować w Łodzi. Był postacią doskonale znaną w tamtejszym środowisku przestępczym i niemniej interesującą dla łódzkiej bezpieki. Współpracował z nią lojalnie, informując o przestępstwach popełnianych przez konkurencję. W tym kontekście – wolno zauważyć, że wieloletni skarbnik PO i zaufany premiera Tuska –Mirosław Drzewiecki, miał już w latach 90. kontakty z ludźmi łódzkiej mafii, a według zeznań skruszonego przestępcy Macieja W. korzystał z dostarczanych przez niego narkotyków, a nawet zażywał je razem z gangsterem. Gdy w 1994 roku Drzewiecki, wspólnie z żoną otworzył ekskluzywną kawiarnię o nazwie (nomen omen) "Wiedeńska", stała się ona natychmiast ulubionym miejscem spotkań łódzkiej "ośmiornicy". I choć Drzewieccy, lokal zamknęli, ludzi z tzw. miasta widywano często w towarzystwie wpływowego polityka. Brat Drzewieckiego – Dariusz był na początku lat 90. właścicielem znanej w Łodzi dyskoteki Studio. Jak twierdzi łódzka prokuratura - nawiązał wtedy kontakt z członkami słynnej "ośmiornicy" i by zdobyć pieniądze na remont lokalu, pożyczył kilkadziesiąt tysięcy marek od bossa mafii Tadeusza M. ps. Tata. Wróćmy jednak do Barańskiego.

W roku 1992 „Baranina” wyjechał na stałe do Wiednia. Oficjalnie był biznesmenem i konsulem honorowym Liberii, akredytowanym na Słowacji. To ostatnie stanowisko uzyskał dzięki Wojskowym Służbom Informacyjnym i przez cały czas pobytu w Wiedniu współpracował niejawnie z WSI przy prowadzonych przez tę służbę operacjach przestępczych. Jak duże wpływy miał ów „służbowy gangster” świadczy zdarzenie z 1991 roku. To wówczas, u Jana Widackiego, wiceszefa MSW, pojawił się, powiązany z "Baraniną", człowiek o nazwisku Zdzisław Herszmann - emigrant z Polski zamieszkały w Wielkiej Brytanii i Monte Carlo. Herszman miał znajomości w MSW, a jednocześnie współpracował z zarządem "Pruszkowa", m.in. z Andrzejem Kolikowskim (Pershingiem) i Andrzejem Zielińskim (Słowikiem).

Herszmannowi miał towarzyszyć Andrzej Kuna – późniejszy uczestnik wiedeńskich rozmów Kulczyk - Ałganow. Mężczyźni mieli przekonywać Widackiego do pomysłu powołania prywatnej fundacji, która udzielałaby pomocy policjantom, poszkodowanym podczas pełnienia służby. Fundacja „Bezpieczna Służba” (anagram od SB) powstała przy MSW w lutym 1991, a na jej czele stanęły Bożena Tykwińska i Krystyna Barański - siostra i żona „Baraniny”. W akcie notarialnym, powołującym fundację obok nazwiska Herszmanna widnieje nazwisko Romualda Marka Minchberga. Wśród celów fundacji wymieniono organizowanie gier losowych, a jednym z pierwszych działań podjętych przez Żagla były starania o koncesję na kasyno dla Romualda Minchberga.

Warto zauważyć, że w środowisku związanym z „Baraniną” znajdziemy również kilka nazwisk szacownych polityków Platformy. Z zeznań Andrzeja Czyżewskiego – byłego prokuratora, złożonych przed polskimi śledczymi w Hamburgu, przy okazji sejmowego śledztwa w sprawie PKN Orlen wynika, że we wrocławskiej wilii Barańskiego (który zarządzał wówczas mafią paliwową na Śląsku) odbywały się spotkania notabli wrocławskich. Bywał tam m.in. Władysław Frasyniuk, ale też Grzegorz Schetyna i Aleksander Grad – ważne postaci dzisiejszej Platformy. W towarzystwie tym nie brakuje także ludzi tajnych służb. Przypomnę o jednym tylko, ważnym wątku.

W roku 2005 w jednym ze śledztw w sprawie mafii paliwowej, pojawia się spółka Konsorcjum Victoria. W 2002 r. Victoria znajdowała się na skraju bankructwa. Rok później zdobyła już jednak intratne kontrakty, dzięki którym zaczęła zarabiać miliony na rozprowadzaniu produktów z polskich rafinerii. Jak doszło do tego cudu? Prokuratura Apelacyjna w Krakowie przesłuchała wówczas byłego wiceszefa ABW gen. Pawła Pruszyńskiego i ppłk. Marka Wróblewskiego, zastępcę szefa pionu zajmującego się przestępczością zorganizowaną. Przesłuchiwani również byli oficerowie Wojskowych Służb Informacyjnych. Zainteresowanie prokuratorów wzbudziły intensywne kontakty oficerów tajnych służb z paliwowymi baronami. Łącznikami mieli być - wedle zeznań pracowników Victorii - gen. Pruszyński i ppłk Wróblewski. Obaj w latach 2003-2004 kilkadziesiąt razy kontaktowali się z szefami Victorii.

Choć ppłk Marek Wróblewski nie pracuje już w ABW, nazwisko to ma nadal znaczenie w służbie pana Bondaryka. Od stycznia 2008 roku rzecznikiem prasowym ABW jest mjr Katarzyna Koniecpolska-Wróblewska – prywatnie żona ppłk Wróblewskiego.

W latach 80. w Wiedniu przebywał również Ryszard Sobiesiak, grając m.in. w austriackich klubach piłkarskich. Schyłek kariery piłkarskiej Sobiesiaka łączy się z jego pierwszymi krokami w branży hazardowej. Po powrocie z Austrii, dzisiejszy przyjaciel polityków PO kupił większość akcji Casino Polonia we Wrocławiu. Szczegóły transakcji oraz to, skąd wziął na zakup pieniądze, są do dziś tajemnicą. Hazardowy biznes był wówczas żyłą złota, a Sobiesiak zaczął na nim zarabiać ogromne pieniądze. Przy pokerze czy ruletce – modnych rozrywkach polityków - zaczął poznawać wpływowych ludzi. Z tego czasu datuje się jego znajomość ze Schetyną. Wkrótce Sobiesiak zaczął z rozmachem inwestować w branżę i otworzył kolejne kasyna, m.in. w Łodzi, Warszawie i Szczecinie.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że pierwsze kasyno w Warszawie, w połowie lat 80. założył Andrzej Kolikowski ps. Pershing – współpracownik bezpieki cywilnej i wojskowej – podobnie jak jego kamraci z grupy pruszkowskiej, „Barabasz”, „Nikoś”, czy „Ali”. Kasyno było miejscem spotkań oficerów wojska, policji i tajnych służb. Cały czas dyskretną opiekę nad nim roztaczał kontrwywiad wojskowy.

Miałem jednak wyjaśnić – dlaczego, w roku 1992 wizyta ambasadora Austrii w Sejmie była kojarzona z lobbingiem na rzecz ustawy o grach losowych. Otóż – w roku 1990 austriacka firma Novomatic utworzyła w Łodzi spółkę Casino Centrum. Novomatic to jeden z największych producent automatów do gry. Stanowi własność Johanna Grafa, a jej siedziba mieści się w austriackim miasteczku Gumpoldkirchen. Graf swoje kasyna i salony gier prowadzi na terenie Rosji, Ukrainy i krajów Trzeciego Świata. Austriacy działali na polskim rynku poprzez firmę Novo Poland, w której Johann Graf posiadał 90 procent udziałów.

Od 1991 do 2000 roku stanowisko dyrektora w łódzkim kasynie, należącym do Austriaków piastował Ryszard Sobiesiak. Jak czytamy w artykule „Sekrety fortuny Sobiesiaka” – „Sobiesiak zajmował się ważniejszymi gośćmi, a było ich niemało: ówcześni właściciele Widzewa Andrzej Pawelec i Andrzej Grajewski czy znajomy z boiska Jan Tomaszewski. Poza ludźmi związanymi ze sportem, lokalnymi politykami i biznesmenami, w kasynie spotykali się terroryzujący miasto gang „Popelina” i osoby, które później stały się znane z procesów łódzkiej „ośmiornicy”.

W łódzkim kasynie splatają się wieloletnie znajomości i interesy wszystkich bohaterów „afery hazardowej”. W zarządzie Casino Centrum znajdziemy Jana Koska, a w radzie nadzorczej spółki zasiada Ryszard Presch, biznesmen, którego rozmowy z Sobiesiakiem podsłuchało CBA. Presch od początku reprezentował austriacki Novomatic i był prezesem firmy Novo Poland. W latach 90. - 5 procent udziałów w firmie miało Przedsiębiorstwo Handlowo-Usługowe Unia, następne 5 procent Stanisław Nowotny, dawny dyrektor ZPR, późniejszy dyrektor gabinetu szefa Urzędu Rady Ministrów. Novo Poland posiadał automaty do gry produkcji firmy Novomatic. Automaty dzierżawiły dwa przedsiębiorstwa: Estrada Polska oraz Filmotechnika, której obecnym wiceprezesem jest Jan Kosek.

Gdy w roku 1992 pojawiła się nowa ustawa, jasno wykluczająca obcy kapitał - udziały Novomaticu kupił Teatr Wielki, stanowiący własność Ministerstwa Kultury i Sztuki. Austriakom pozostał lukratywny kontrakt usługowy. Umowa przewidywała, że Novo Poland w zamian za udostępnienie automatów, otrzyma procent z zysków, jakie wypracują Filmotechnika i Estrada. Zyski Austriaków wynosiły tylko w 1993 roku około 24 miliardów złotych, zyski Filmotechniki i Estrady Polskiej w tym samym czasie po kilkaset milionów złotych.

Dziś – wśród członków zarządu spółki Novo Poland znajdziemy Stanisława Nowotnego i Ryszarda Prescha. Wcześniej – Jana Koska, którego nazwisko widnieje również w kilku innych firmach, zarządzanych przez Johanna Grafa.

W roku 1992, wizyta ambasadora Austrii w Sejmie nie wpłynęła na kształt przyjętej wówczas ustawy i firma Novomatic była zmuszona odsprzedać swoje udziały polskim podmiotom. Nie sądzę, by cokolwiek na tym straciła. O tym, że austriacka firma ma nadal ogromy wpływ na biznes hazardowy w Polsce – świadczą kariery Koska, Nowotnego czy Sobiesiaka. Może zatem najważniejsze wątki „afery hazardowej” nie kończą się na „królach hazardu”, a sięgają znacznie dalej – do cesarsko – królewskiego Wiednia?

Źródła:

http://www.wprost.pl/ar/53064/Mafia-hazardowa/?I=1097

http://wiadomosci.onet.pl/1581939,2677,1,kioskart.html

http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/brat-drzewieckiego-pozycza-od-ma-fii_127875.html?p=3

http://new-arch.rp.pl/artykul/517523_Niebezpieczna__sluzba_Baraniny.html

http://www.wprost.pl/ar/92647/Przyjaciele-mafii/

http://www.mafiapress.pl/d_981_ABW_oslaniala_mafie_paliwowa.html?Chapter=2

http://www.rp.pl/artykul/428030_Sekrety_fortuny_Sobiesiaka.html

http://new-arch.rp.pl/artykul/24022_Kocham_cyrk_jest_wieczny.html

wtorek, 13 października 2009

GRACZE – 2

W sprawie, którą przedstawiłem w poprzedniej części cyklu, istotne wydaje się zachowanie Ministerstwa Finansów wobec informacji o nieprawidłowościach w spółce Fortuna. Gdyby nawet przyjąć, że sygnały na ten temat pochodziły od konkurencji lub osób nieprzychylnych spółce, trudno wytłumaczyć bezczynność ministerialnych urzędników. Gdy reporterzy programu TVN wysłali w tej sprawie pytania do rzecznika MF – Witolda Lisickiego, uzyskali jedynie odpowiedź, że osoba uprawniona do zebrania informacji przebywa na urlopie.

W kwietniu tego roku dziennikarze zadali wreszcie rzecznikowi pytania o spółkę, jednak Lisicki nie potrafił udzielić żadnej, sensownej odpowiedzi, zasłaniając się nieznajomością sprawy. Nieprawidłowości w przepływie kapitału i zarzuty o pranie pieniędzy nie przeszkodziły Fortunie poszerzać działalności na rynku hazardowym. Nic również nie wiadomo, by prowadzone było śledztwo w sprawie ewentualnego przecieku informacji o marcowej akcji CBŚ – o której firma informowała smsami swoich operatorów na dzień przed planowaną akcją. Tymczasem, na początku sierpnia br. pojawiła się informacja, że automaty Fortuny będą instalowane w województwie łódzkim, a spółka otrzymała właśnie zgodę Dyrektora Izby Skarbowej w Łodzi na okres sześciu lat. O dobrej kondycji firmy świadczy również fakt, że 9 września 2009 r. otworzyła uroczyście w centrum stolicy nową restaurację połączoną z dyskoteką. Na inaugurację zaproszono wielu gości, w tym polityków. W otwarciu uczestniczyli m.in. poseł SLD Ryszard Kalisz i eurodeputowany tej partii Wojciech Olejniczak.

Być może, wyjaśnień tego rodzaju osobliwych zachowań ministerstwa w stosunku do niektórych graczy rynku hazardowego należy upatrywać w krętych ścieżkach karier urzędników ministerialnych. Nie prześledzimy wszystkich przypadków, ale chcę wskazać na jeden, szczególnie charakterystyczny.

W czerwcu 2006 roku, ze stanowiska dyrektora Departamentu Gier Losowych i Zakładów Wzajemnych został zwolniony Marek Oleszczuk – piastujący tę funkcję od 1995 roku. Sam departament został zlikwidowany, a jego kompetencje scedowano na Departament Służby Celnej i Departament Kontroli Celno-Akcyzowej i Kontroli Gier. „Puls Biznesu” złowieszczo (i całkiem nietrafnie) przepowiadał – „Z odejścia dyrektora od hazardu ktoś się cieszy - właściciele jednorękich bandytów”.

Decyzja ta zapadła pod wpływem raportu Najwyższej Izby Kontroli, dotyczący sprawowania nadzoru i kontroli przez MF nad dwoma państwowymi spółkami hazardowymi: Totalizatorem Sportowym i Polskim Monopolem Loteryjnym. Zarzuty NIK to m.in. niewłaściwy przepływ informacji między komórkami MF i brak współpracy resortu finansów z Ministerstwem Skarbu Państwa (mającego uprawnienia właściciela PML i TS). Kontrolerzy izby wskazali, że już w 1999 r. ministerstwa skarbu i finansów chciały połączyć PML i TS. Planów do dzisiaj nie zrealizowano. Tymczasem po 1999 r. będący trwale w kiepskiej kondycji PML ratował się od bankructwa, podpisując niekorzystne - zdaniem NIK - umowy o współpracy z tajemniczą amerykańską spółką PGS, a potem z greckim Intralotem (w którym udziały ma niewiadomego pochodzenia kapitał rosyjski). Zdaniem NIK, gdyby do połączenia PML i TS doszło, dzisiaj nie byłoby ryzyka wystąpienia z roszczeniami ze strony partnerów PML.

NIK największe zastrzeżenia miał właśnie do umowy z Intralotem. Zdaniem izby, władze PML naruszyły w ten sposób ustawę o grach, bo scedowały monopol zastrzeżony dla państwa na nieuprawnioną do tego grecką spółkę (Intralot przygotowywał nawet regulaminy poszczególnych loterii, a PML jedynie miał przedstawiać je w MF do zatwierdzenia).

Według NIK odpowiedzialność za ten stan ponosił Marek Oleszczuk, który grudniu 2002 r. wydał opinię, że umowa nie narusza ustawy o grach. Zdaniem izby, opinia ta była nierzetelna, a przed jej wydaniem Oleszczuk powinien skonsultować się z Departamentem Prawnym MF.

Wkrótce, bo już w kwietniu 2007 roku pan Oleszczuk stał się krytykiem zmian w ustawie o grach i zakładach wzajemnych, planowanych przez Zytę Gilowską. Chodziło wówczas o wprowadzenie 10% dopłat do zakładów hazardowych, dzięki czemu budżet miał zyskać ok.250 ml zł rocznie. 80% tej kwoty miało trafić na Fundusz Rozwoju Kultury Fizycznej, z którego miano finansować budowę Narodowego Centrum Sportu, a 20% kwoty miało być przeznaczone na Fundusz Promocji Kultury. Ten sam projekt, ściągnięty od rządu PiS chciał wprowadzić rząd Donalda Tuska.

Wówczas, w 2007 roku prasa cytowała krytyczne głosy dwóch oponentów - Marka Oleszczuka, który twierdził, że „Realizacja tego pomysłu po prostu zarżnie branżę hazardową. I w efekcie wpływy do budżetu i na cele społeczne, takie jak NCS, zamiast wzrosnąć, spadną” oraz wtórującego mu dzielnie Jana Koska - wiceprezesa Związku Pracodawców Prowadzących Gry Losowe i Zakłady Wzajemne – jednego z bohaterów afery hazardowej.

Niewykluczone, że z powodu zasług na rzecz ochrony interesów skarbu państwa, pan Marek Oleszczuk był w styczniu 2008 roku jednym z kandydatów Ministra Skarbu na członka Rady Nadzorczej spółki Totalizator Sportowy. Wraz z Oleszczukiem minister Grad zgłosił wówczas Jerzego Kubarę – kandydata do Sejmu z listy PO, właściciela firmy ABAKUK, w której pracowała asystentka sejmowa Zbigniewa Chlebowskiego.

Na portalu hazardowym E-Play, w artykule – przedruku z „Trybuny”, zatytułowanym „Desperados Skarbu Państwa” niezwykle sugestywnie opisano konkurs na prezesa i członków zarządu Totalizatora Sportowego z 2008 roku. Czytamy tam m.in.:

„Z pozoru sprawa konkursu w Totalizatorze nadaje się na żart. Wiadomo, po co jest organizowany i jakie kryteria trzeba spełnić (najlepiej być znajomym ministra Schetyny albo Leszka Balcerowicza), by zasiąść we władzach firmy i cieszyć się przyzwoitymi zarobkami.[...] Dziś resort skarbu wykazuje nadzwyczajny brak zainteresowania tym, co dzieje się w Totalizatorze. Przyznaje na piśmie, że nawet nie jest w stanie ustalić tożsamości osób zasiadających w kierownictwie spółki! I w ogóle zachowuje się jak mocno pijany nocny stróż. Czy jest to przypadek, czy też efekt świadomej strategii? Jakiś czas temu na łamach „TRYBUNY” postawiliśmy tezę, że realny wpływ na to, co dzieje się w Totalizatorze ma nie minister Aleksander Grad, a minister spraw wewnętrznych Grzegorz Schetyna. Dziś możemy powiedzieć, że to obowiązujący w środowisku ekspertów branży hazardowej pogląd”.

Ponownie pana Oleszczuka można było dostrzec, gdy 22 maja 2009 r, w Villa Foksal w Warszawie odbył się panel dyskusyjny pt. „Perspektywy polskiego hazardu”, zorganizowany przez portal E-Play. Na spotkanie zaproszeni zostali przedstawiciele urzędów, organizacji gospodarczych oraz firm reprezentujących poszczególne sektory rynku hazardowego.

O czym mówił niedawny kandydat do RN państwowego Totalizatora? „Ministerstwo Finansów ma wszelkie narzędzia do tego, aby przygotować w sposób profesjonalny model funkcjonowania tego rynku, w oparciu o badania i analizy. Tymczasem nie widać przemyślanej strategii, która obecnie wydaje się być efektem doraźnych działań fiskalnych” - dowodził Oleszczuk i zaproponował „stworzenie ogólnopolskiej platformy skupiającej organizacje branżowe, która sformułowałaby jednolite stanowisko, podejmując działania w kierunku stworzenia wyrazistego wizerunku branży”.

Można się zastanawiać – czyje interesy reprezentują tacy ludzie i w czyim imieniu Marek Oleszczuk miałby występować w RN Totalizatora Sportowego?

Myślę, że równie interesujące byłoby prześledzenie kariery Sławomira Sykuckiego, byłego wicedyrektora Departamentu Gier Losowych i Zakładów Wzajemnych w Ministerstwie Finasów, w latach 1998-2000 prezesa Totalizatora Sportowego, którego nazwisko znajdziemy na taśmach ujawnionych przez CBA - jako tego, który w maju br. usłużnie informował Ryszarda Sobiesiaka , że ustawa trafiła do uzgodnień międzyresortowych, a dopłaty wchodzą w życie od 1 stycznia 2010 r.

Gdyby ktoś dociekał co łączy te postaci – należałoby wskazać na klub Śląsk Wrocław i czasy, gdy zarządzał nim Grzegorz Schetyna. Pod konie lat 90-tych Schetyna zaprosił do rady nadzorczej klubu polityków z różnych opcji. Znaleźli się tam Jerzy Szmajdziński z SLD czy Piotr Żak, wówczas z AWS. Dzięki politykom łatwiej było pozyskać pieniądze ze spółek skarbu państwa, m.in. KGHM-u i Totalizatora Sportowego. I zdobywać je bez względu na to, czy rządziła prawica, czy lewica. Pieniądze z Totalizatora, w czasie gdy zarządzał nim Sykucki otrzymywały niemal wszystkie kluby Wrocławia.

Obecność wśród ludzi branży hazardowej byłych prominentów z ministerstwa finansów, związanych z Totalizatorem Sportowym, może wydawać się rzeczą szczególnie zaskakującą - jeśli pamięta się, że te środowiska są od lat oficjalnie największymi konkurentami, a plany Totalizatora wprowadzenia do Polski tzw. wideoloteri, mają być śmiertelnym zagrożeniem dla firm prywatnych. Na przykładzie obecnej afery warto byłoby sprawdzić, gdzie naprawdę przebiegają różnice interesów – o ile w ogóle istnieją.

Warto też zwrócić uwagę, że Izba Gospodarcza Producentów i Operatorów Urządzeń Rozrywkowych – jedna z trzech organizacji zrzeszających ludzi branży hazardowej, od dawna prowadzi ożywioną działalność lobbingową. Ze sprawozdania finansowego Izby za rok 2008 wynika, że tylko na koszty usług doradczych przeznaczono niebagatelną kwotę 440.226 zł,

W październiku 2008 r. Izba dokonała zgłoszenia osób uprawnionych do reprezentowania interesów tego środowiska w pracach nad nowelizacją ustawy o służbie celnej. Prócz Stanisława Matuszewskiego - prezesa i Zenona Przybylskiego – wiceprezesa zarządu Izby, zgłoszono również Krzysztofa Budnika – adwokata z wrocławskiej kancelarii prawnej Budnik, Posnow i Partnerzy, która reprezentuje przedsiębiorców zrzeszonych w Izbie.

Krzysztof Budnik to polityk dawnej Unii Demokratycznej i Unii Wolności. W latach 1993-1997 zasiadał w Sejmie II kadencji z listy Unii Demokratycznej. Od 1997 do 1999 r był podsekretarzem stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji, gdzie nadzorował pracę policji, a w latach 1999-2000 doradcą ds. prawnych ministra finansów. W roku 2004, bez powodzenia kandydował z listy UW do Parlamentu Europejskiego. Od trzech lat praktykuje jako adwokat, ale jego nazwisko – jako reprezentanta firm hazardowych znajdziemy już w roku 2000.

W opinii z dn.29 lipca 2009 r, sporządzonej dla Izby Producentów i Operatorów Urządzeń Rozrywkowych, Krzysztof Budnik wymienia sukcesy pełnomocników Izby, w związku z nowelizacją ustawy o Służbie Celnej. A są to sukcesy imponujące:

Należy zauważyć, że w wyniku m.in. starań pełnomocników Izby Gospodarczej Producentów i Operatorów Urządzeń Rozrywkowych i ich udziału w pracach legislacyjnych w komisjach sejmowych, w ramach legalnego lobbingu, udało się zmienić początkowe projekty bardzo niekorzystnych i „niebezpiecznych” rozwiązań w projekcie rządowym ustawy o Służbie Celnej. Chodzi propozycję zmiany art. 52 ustawy o grach i zakładach wzajemnych, który według projektu miał być wystarczającą podstawę do obligatoryjnego cofnięcia zezwolenia w części lub nawet w całości także w przypadku najlżejszego naruszenia przez operatora ustawy, rozporządzenia czy choćby regulaminu. Udało się wprowadzić poprawkę, według której tylko rażące przypadki będą podlegały tej sankcji, a nadto zasadą będzie to, że organ kontroli wcześniej musi wskazać dane uchybienie i wezwać operatora do jego usunięcia w odpowiednim terminie. Uwzględniono także postulat Izby Gospodarczej Producentów i Operatorów Urządzeń Rozrywkowych korekty w projekcie rządowym ustawy o Służbie Celnej propozycji zmiany art. 52c ustawy o grach i zakładach wzajemnych, poprzez pozbawienie organów kontroli żądania od operatorów nieograniczonych niczym dokumentów i informacji (jakichkolwiek) dotyczących jakichkolwiek aspektów jego funkcjonowania. Po poprawce Izby organ kontroli będzie mógł żądać od operatorów dokumentów i informacji tylko wtedy, gdy będą one dotyczyły zakresu urządzania i prowadzenia gier losowych”.

Nietrudno dostrzec, że osiągnięcia lobbingowe Krzysztofa Budnika są zdecydowanie większe, niż działania panów Sobiesiaka i Koska. Na stronie internetowej Izby znajduje się wiele pism, kierowanych do Ministerstwa Finansów – jak np. z dn.11 września 2009 r, skierowane do Jacka Kapicy, w którym Izba domaga się zmiany lub wykreślenia z ustawy o grach hazardowych (projektu z marca br.) kilku regulacji. Na uwagę zasługują niektóre z argumentów przedstawianych przez Izbę, jak np. ten, iż „Zaproponowane przez urzędników Ministerstwa Finansów poprawki do ustawy hazardowej, mają w omawianym zakresie charakter tak absurdalny, że mogłyby znaleźć się w scenariuszu występów kabaretowych. [..] Bardzo prosimy o chwilę refleksji i zachowanie logiki w projektowaniu nowelizacji przepisów ustawy hazardowej. Nawet w okresie PRL państwowi urzędnicy zezwalali społeczeństwu na pewne formy rozrywki i zabawy, traktując je również politycznie jako wentyl dla ujścia niepokojących nastrojów społecznych w trudnych czasach...”.

Stanowisko Izby wobec projektu nowelizacji otrzymali również Michał Boni i Adam Szejnfeld.

Niestety, z przeglądu korespondencji zamieszczonej na stronie internetowej Izby nie sposób odtworzyć całego procesu lobbingowego i dociec, w jaki sposób i jakimi argumentami posługiwali się przedsiębiorcy hazardowi, by uzyskać korzystne rozstrzygnięcia w projektach nowelizacji ustawy. Można natomiast zauważyć, że wbrew opinii – stanowisku Izby z dn.15.01.2009 roku, skierowanego do Ministra Finansów Jana Rostowskiego, w którym stawia się zarzut braku konsultacji projektu z przedstawicielami Izby i naruszenia jej praw do opiniowania ustawy – postulat zawarty w tym stanowisku (zmiany art.52) został uwzględniony w projekcie nowelizacji.

Członkowie Izby podejmowali również inne działania. Spotkanie zarządu w dniu 27 lutego 2009 r. zostało zwołane, gdyż najwyraźniej obawiano się, że nowelizacji ustawy o grach i zakładach wzajemnych, może być przyjęta już za miesiąc. Jak głosi komunikat - „Przyszłość branży automatów o niskich wygranych wydaje się być zagrożona gdyż mogą wkroczyć videloterie i sytuacja na rynku ulegnie zmianom”. Postanowiono zatem podjąć konkretne działania. W komunikacie czytamy: „Branża automatów o niskich wygranych podejmie działania aby zmienić wizerunek tego sektora który zapewne jest niekorzystny. Składki członkowskie dla operatorów i producentów zostaną zwiększone aż dwukrotnie. Dla jej zadań będzie należeć budowa lepszego wizerunku branży, a także działania przekonujące Polaków, iż hazard ma swoje 200-letnie tradycje. Pojawiły się także informacje o akceptacji działań charytatywnych przez firmy hazardowe”.

Wiemy też, że na spotkaniu Izby w dniu 3 września br. z zadowoleniem i nadzieją przyjęto informację o rezygnacji ministra Drzewieckiego z 10% dopłat. W sprawozdaniu z tego posiedzenia czytamy : „Pierwszym z poruszonych tematów był list ministra sportu Drzewieckiego do Szefa Służby Celnej Kapicy, w którym zrzeka się on pieniędzy, które miały do resortu trafić po wprowadzeniu 10% dopłat do gier. List ten więcej spowodował zamieszania niż skutków prawnych, niemniej przed branżę jest przyjmowany optymistycznie. W każdym razie prace nad nowelizacją ustawy o grach i zakładach jakby przystopowały”.

Jeśli ktoś poszukuje trafniejszego argumentu – czemu naprawdę służył „pomyłkowy” list Drzewieckiego - znajdzie go w reakcji przedstawicieli branży hazardowej.

Na uwagę zasługuje również pismo ministra Jacka Kapicy z 05.01.2009 r., skierowane do prezesa Izby, w którym minister w sposób zdecydowany odmawia uwzględnienia postulatów przedstawicieli Izby, zwracając m.in. uwagę na niekonsekwencje w propozycjach Izby, dotyczące przepisu regulującego lokalizacje wideoloterii i salonów gier na automatach.

Warto przypomnieć, że ze stenogramów rozmów ujawnionych przez CBA wynika, iż od marca 2009 roku Ryszard Sobiesiak i Jan Kosek planują działania zmierzające do usunięcia ze stanowiska Jacka Kapicy, m.in. poprzez rozpowszechnianie pomówień, że “ skur... bierze łapówki” i “nie chce dobrze dla państwa”.

Ten skrótowy przegląd okoliczności, towarzyszących uchwalaniu nowelizacji ustawy oraz przybliżenie niektórych postaci działających w branży hazardowej, może wskazywać, że prawdziwe kulisy tzw. afery hazardowej przekraczają ramy tego, co dowiedzieliśmy się z ujawnionych dotąd materiałów. Wokół hazardu, znajdziemy czynnych lub minionych polityków, urzędników ministerialnych, trefnych biznesmenów. Magnesem są ogromne pieniądze – te legalne, płynące do budżetu państwa i jeszcze większe – nielegalne, pochodzące z procederu omijania przepisów prawa. Partia, która zapewni sobie przychylność tego środowiska, może liczyć na wymierne wsparcie finansowe.

W opinii wielu mediów, za biznesem hazardowym stoją doskonale zorganizowane grupy przestępcze, o międzynarodowych powiązaniach. Szef Pruszkowa Andrzej K., znany jako Pershing miał podobno miesięcznie 50 dolarów od każdego jednorękiego bandyty w Polsce. Kto przejął po nim automatową schedę i czerpie zyski z hazardu? Można się zastanawiać – w jakim stopniu „ucywilizowanie” tego obszaru, przy pomocy nowelizacji ustawy z 2003 roku miało doprowadzić do legalnego przejęcia zysków Pershinga i w czyje ręce trafiają dziś te pieniądze?

Opinię o przestępczych powiązaniach hazardu zdaje się podzielać większość Polaków. Sprzeczne natomiast z tym odczuciem są reakcje organów, zobowiązanych do ścigania takich procederów. W grudniu ubiegłego roku w artykule „Las Vegas po polsku” „Newsweek” informował, że od kilku miesięcy lokalne media w wielu dużych miastach Polski zwracały uwagę na wysyp automatów do gry, a zaniepokojeni czytelnicy pisali do redakcji, sugerując, że za "bandyckim" interesem stoją zorganizowane grupy przestępcze. W odpowiedzi na te obawy przytoczono opinię Sebastiana Michalkiewicza, naczelnika stołecznego Centralnego Biura Śledczego, który skwitował sprawę w następujący sposób: „To wygląda po prostu na dobry interes. Procedura koncesyjna jest bardzo restrykcyjna, nie mamy żadnej informacji, żeby w ten biznes wchodziły grupy przestępcze. Nie mamy też żadnych informacji, żeby np. opłaty za automaty wstawiane w różne miejsca były zakamuflowanym haraczem.”

Być może ta odpowiedź - udzielona przez „stróża prawa” pozwala lepiej zrozumieć, dlaczego „afera hazardowa” będzie jeszcze długo stałym dramatem polskiej rzeczywistości.

Źródła:

Gracze – 1:

http://uwaga.onet.pl/21038,news,,kto_stoi_za_slawomirem_j,reportaz.html

http://uwaga.onet.pl/21212,news,,interesy_pana_j,reportaz.html

http://uwaga.onet.pl/21056,news,,dla_kogo_pracuja_jednorecy_bandyci,reportaz.html

http://www.rp.pl/artykul/56185,178871_Czy_hazardzisci_sfinansuja_stadiony.html

http://net-automaty.info/tagi/fortuna/

http://www.fortunagames.pl/o_firmie/zarzad_firmy

http://interwencja.interia.pl/wczoraj/news?inf=1366039

http://www.ktokogo.pl/S%B3awomir_Janowicz

http://www.e-play.pl/index.php?action=page&parent=0&view=28&letter=Z

Gracze –2:

http://uwaga.onet.pl/18980,news,,rzecznik_ministerstwa_nie_wyjasnia,reportaz.html

http://net-automaty.info/tagi/fortuna/

http://www.rp.pl/artykul/2,374593.html

http://www.ickielce.pl/index.php?option=com_docman&task=doc_view&gid=96.

http://www.turinfo.pl/p/ak_id,3300,,warszawa,stadion,narodowe_centrum_sportu,ncs,euro_2012,zyta_gilowska,ustawa.html

http://nadzor.msp.gov.pl/portal/nad/128/3479/Totalizator_Sportowy_Sp_z_oo_z_siedziba_w_Warszawie.html

http://www.e-play.pl/index.php?parent=0&view=12&id=16955

http://miasta.gazeta.pl/wroclaw/1,87839,5804948,Krach_giganta__Wzlot_i_upadek_Slaska_Wroclaw.html

http://www.e-play.pl/index.php?action=page&view=26&id=19204&page=3

http://www.e-play.pl/index.php?action=page&parent=0&view=21&id=19512

http://izbagospodarcza.pl/wp-content/uploads/2009/07/komentarz_mecbudnika.pdf.

http://izbagospodarcza.pl/wp-content/uploads/2009/09/mf-stanowisko-izby.pdf

http://www.izbagospodarcza.pl/zalacznik/stanowisko_suba_celna.pdf

http://net-automaty.info/po-spotkaniu-izby-gospodarczej/

http://www.e-play.pl/index.php?action=page&view=21&id=19743&page=1

http://www.izbagospodarcza.pl/zalacznik/13_stycze_2009_2_pismo_kapica.pdf

http://dzisiejsze-artykuly.netbird.pl/a/24110,2

piątek, 9 października 2009

GRACZE - 1

Wszystko czego dowiedzieliśmy się dotąd o tzw. aferze hazardowej zdaje się być zawieszone w pewnej empirycznej próżni, nieprzeniknionej dla zwykłego śmiertelnika. Zachowania głównych bohaterów, ich reakcje i intencje będą tylko sensacyjnie brzmiącym wątkiem, jeśli nie spróbujemy dowiedzieć się, jakie jest prawdziwe podłoże tej sprawy, jakiego środowiska dotyczy oraz czyje i jak wielkie interesy są w niej rozgrywane.

Dopiero dotarcie do faktów i ukazanie niektórych aktywnych postaci rynku hazardowego, pozwoli dostrzec czym naprawdę jest ta afera, czyje interesy strzegą jej tajemnic i z kim, w rzeczywistości politycy Platformy utrzymywali serdeczne kontakty.

Warto na początek cofnąć się do roku 2003, gdy Sejm znowelizował obowiązującą od 1992 roku ustawę o grach losowych i zakładach wzajemnych. To wówczas tzw. automaty o niskich wygranych zostały uznane za „urządzenia rozrywkowe”. Od tego też czasu, tradycyjny „jednoręki bandyta” mógł stać jedynie w koncesjonowanym kasynie lub salonie gier, choć samo„urządzenie rozrywkowe” można już było postawić w barze, sklepie, na stacji benzynowej – czyli niemal w każdym miejscu, z wyjątkiem obszaru położonego bliżej niż sto metrów od szkoły lub kościoła. Posłowie uprościli wówczas metodę opodatkowania takich urządzeń. Odtąd, za jedną maszynę operator płacił miesięcznie 180 euro podatku, niezależnie od obrotu, a podatek od „jednorękiego bandyty” w kasynie wynosił 45 procent tego, co w maszynie zostawią gracze. W ustawie z 2003 roku pojawiły się też obwarowania. Właścicielami automatów mogli zostać jedynie koncesjonowani operatorzy (właściciele stacji benzynowych czy punktów gastronomicznych tylko wynajmowali im miejsce). Każde nowe urządzenie musiało przejść kontrolę przeprowadzoną przez specjalistów wyznaczonych przez Ministerstwo Finansów. Ściśle określona została także definicja automatu o niskiej wygranej. Jedna gra/jeden zakład na takim urządzeniu nie może kosztować więcej niż siedem eurocentów a jednorazowa wygrana nie może wynieść więcej niż 15 euro. Nowelizacja z 2003 roku wprowadzała także 10-procentową dopłatę do loterii pieniężnych (wcześniej loterie nie były objęte dopłatami) oraz zwiększała dopłatę do stawki w grach liczbowych z 20 do 25 procent.

Wydawało się, że rynek drobnego hazardu udało się ucywilizować. Automaty działały w większości legalnie, a ich właściciele płacili podatki. Operatorzy automatów ( a jest w całym kraju 35 takich firm) zdobywali prestiżowe nagrody biznesowe, chwalili się działalnością charytatywną, stali się szacownymi biznesmenami. Warto pamiętać, że rynek hazardowy generuje ogromne pieniądze. W całym kraju jest obecnie blisko 45 tysięcy maszyn, do których gracze wrzucili w ubiegłym roku 8,5 miliarda złotych. Wygrane to około 80 % tej kwoty. A to oznacza, że przychody branży wyniosły około 1,6 miliarda złotych. Ubiegłoroczne wpływy z samych podatków od maszyn wyniosły ponad 300 milionów złotych, nie licząc podatku VAT i dochodowego.

Nie przypadkiem więc, jedną z pierwszych inicjatyw rządu Donalda Tuska było rozpoczęcie na początku 2008 roku prac nad nowelizacją ustawy o grach i zakładach wzajemnych. O ile w wielu innych dziedzinach życia publicznego Platforma nie wykazywała nadmiernej aktywności – o tyle, w tym obszarze prowadzono bardzo intensywne prace. Zapowiadał się zatem nowy podział ogromnego tortu dochodów, płynących z gier hazardowych. Zmiany we władzach Totalizatora Sportowego (o czym będę jeszcze pisał) oraz pierwsze projekty nowelizacji, w których proponowano zniesienie limitów ograniczających możliwość otwierania nowych kasyn i salonów gier, świadczyły, że Platforma doskonale rozumie gdzie należy szukać naprawdę dużych pieniędzy.

Ponieważ branża hazardowa traktowana jest przez państwo jako źródło łatwego dochodu, chaos legislacyjny był zawsze na rękę urzędnikom, którzy mogli w każdej chwili zaproponować kolejną zmianę prawną mającą na celu uzyskanie dodatkowych przychodów budżetowych, w sytuacji gdyby taka nagła potrzeba się pojawiła. Prace nad nowelizacją trwały więc od początku rządów obecnej koalicji. Powstało 5 czy 6 projektów, z których żaden nie mógł zadowolić wszystkich uczestników rynku hazardowego.

Na tym polu bowiem, ścierają się interesy monopolu państwowego z prywatnymi firmami. Dla tych ostatnich, śmiertelnym zagrożeniem jest pozycja Totalizatora Sportowego oraz wprowadzenie do Polski tzw. wideoloterii czyli systemu automatów połączonych w sieć, które umożliwiają uzyskiwanie wielomilionowych wygranych. Sposób w jaki planuje się wprowadzić wideoloterie, objęte monopolem państwowym z góry wyeliminuje na tym rynku jakąkolwiek konkurencję i umożliwi szeroki dostęp do tzw. ostrego hazardu. Drugim zagrożeniem dla tradycyjnych kasyn i salonów gier jest hazard internetowy. Tu dochodzi do konfliktu interesów firm hazardowych, działających na polskim rynku z firmami zagranicznymi, które poprzez Internet oferują coraz szersze usługi - jak zawieranie zakładów wzajemnych, korzystanie z elektronicznych kasyn czy uczestniczenie w turniejach pokerowych. Zgodnie z prawem, internetowy hazard jest nielegalny, ale ani Ministerstwo Finansów, ani organa ścigania nie robią nic, by poradzić sobie z tym problemem.

O tych wszystkich uwarunkowaniach warto pamiętać, gdy chcemy dostrzec tło zdarzeń związanych z aferą hazardową.

Nie może też dziwić, że jednym z głównych rozgrywających sprawy rynku hazardowego jest zawsze Ministerstwo Finansów. Mogłoby się wydawać, że całkowicie naturalną rolą fiskusa jest dbałość o wpływy do budżetu i prowadzenie takiej polityki, która zagwarantuje państwu wzrost tych wpływów. Jak jednak pokazuje praktyka – nie zawsze jest to tak oczywiste, a w tej sprawie niektóre zachowania i sytuacje mogą świadczyć o czymś zgoła przeciwnym.

Spróbujmy przyjrzeć się pewnemu zdarzeniu z kwietnia bieżącego roku – głównie dlatego, że związane z nim okoliczności pozwalają głębiej dostrzec prawdziwe oblicze afery hazardowej, niż czynią to teoretyczne analizy.

3 kwietnia 2009 roku, dokładnie o godzinie 14, ponad pięciuset funkcjonariuszy Centralnego Biura Śledczego przypuściło szturm na sto barów i stacji benzynowych w 13 województwach. Na polecenie prokuratury w Białymstoku policjanci skonfiskowali wówczas 300 automatów do gier hazardowych. – To była jedna z najbardziej skomplikowanych operacji ostatnich lat – stwierdził rzecznik prasowy policji. Warto dodać, że tego rodzaju operacje przeprowadzano również w latach ubiegłych.

Tegoroczna akcja miała być efektem dochodzenia prowadzonego od czerwca zeszłego roku przez Prokuraturę Apelacyjną w Białymstoku. Według prokuratury istniało podejrzenie, że automaty wypłacają zbyt duże wygrane (niezgodne z ustawą o grach losowych, która dopuszcza wygraną nie wyższą niż równowartość 15 euro), bo operatorzy zmieniają oprogramowanie „jednorękich bandytów”. A to oznacza, że automaty powinny być wyżej opodatkowane - tak jak w kasynie.

Natychmiast po akcji CBŚ pojawiły się protesty przedstawicieli Izby Gospodarczej Producentów i Operatorów Urządzeń Rozrywkowych, którzy działania te określili jako spisek, mający na celu „wyparcie ich z rynku na rzecz potężnej firmy Gtech, która obsługuje Totalizator Sportowy i zatrudnia sztab PR-owców i lobbystów”.

Izba żaliła się na prześladowania ze strony administracji państwowej, a według jej prezesa - Stanisława Matuszewskiego „chodzi o zniszczenie rynku automatów, który został stworzony przez polskie firmy i wpłacił do budżetu państwa za 2008 r. ok. 1 mld zł podatku”. Powstałą lukę miałaby wypełnić firma Gtech, która chce uruchomić w Polsce wideoloterie – jako konkurencję dla jednorękich bandytów. Zanim jednak Gtech i Totalizator Sportowy uruchomią wideoloterie, musi zostać zmienione w Polsce prawo. Właśnie temu – zdaniem prezesa Matuszewskiego - ma służyć nowelizacja ustawy o grach losowych, przygotowywana przez Ministerstwo Finansów. Zdaniem Izby, na kształt tej ustawy wpływa Gtech - oczerniając właścicieli „jednorękich bandytów” za pomocą manipulowania mediami z jednej strony i lobbingiem w ministerstwie i parlamencie - z drugiej.

Do tych zarzutów odniósł się wówczas Jacek Kierat - prezes Gtech Polska. Według niego, uruchomienie wideoloterii w Polsce zależy tylko i wyłącznie od Skarbu Państwa, który ma monopol loteryjny. Na temat zarzutów wpływania na powstawanie nowej ustawy o grach losowych, prezes Gtech powiedział "Działania lobbingowe firmy Gtech prowadzone w Ministerstwie Finansów, są w pełni zgodne z Ustawą o Działalności Lobbingowej, a celem firmy Gtech jest informowanie administracji państwowej o rozwiązaniach, jakie funkcjonują na świecie w dziedzinie gier hazardowych”.

Do tego, istotnego wątku sprawy warto będzie jeszcze powrócić, gdy spróbuję omówić kwestie związane z lobbingiem, teraz jednak chciałbym zwrócić szczególną uwagę na pewien incydent, związany z kwietniową operacją CBŚ .

Oto na dzień przed tą spektakularną akcją, niektórzy operatorzy automatów do gier o niskich wygranych otrzymali smsa następującej treści:

"Informujemy, że w związku ze zmianą przepisów od dnia jutrzejszego planowane są kontrole na terenie całego kraju. Proszę przygotować punkty i automaty do kontroli (oznakowanie automatów, regulaminy, informacja o zakazie gry do lat 18) Automaty mogą być w trakcie kontroli testowane. Wszelkie nieprawidłowości mogą skutkować zabezpieczeniem automatu wraz z zawartością".

Autorem tego ostrzeżenia była spółka Fortuna.

„Standardy etyczne są istotnym elementem prowadzenia działalności przez firmę Fortuna Sp. z o.o. Zachowanie norm moralnych podczas działań Spółki kreuje atmosferę zaufania i szacunku oraz wpływa na poziom świadczonych usług. [...] Naszą misją jest dalsze rozwijanie firmy w sposób uczciwy I rzetelny. W ramach naszej działalności chcemy oferować ciekawą formę rozrywki przy jednoczesnym zapewnieniu najwyższego poziomu bezpieczeństwa”.

„Osoby dobrze znające działania Fortuny, mówią, że decyduje o nich Sławomir J. Nazywają go niebezpiecznym człowiekiem, który pieniądze na rozruch interesu zdobył w niezbyt legalny sposób. Prokuratura w Białymstoku oskarżyła Sławomira J. o kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą, korumpowanie urzędników i organizowanie nielegalnego hazardu. - To człowiek, który odniósł sukces i nie będąc ani prezesem ani oficjalnie właścicielem zarabia olbrzymie pieniądze – mówi Tadeusz, były współpracownik Sławomira J. – Ale jeśli ktoś wie, jakimi metodami do tego dochodzi, to rękami i nogami będzie się bronił przed jakimikolwiek z nim kontaktami”.

Te dwa cytaty dotyczą tej samej firmy. Pierwszy pochodzi z „kodeksu etycznego” spółki Fortuna z maja 2009. Drugi – to fragment reportażu dziennikarzy TVN, którzy tej ostródzkiej firmie poświęcili w 2009 roku kilka programów.

Fortuna prowadzi punkty i salony gier, we wszystkich województwach. Do lokali, takich jak bary, stacje benzynowe czy saloniki gier wstawia maszyny do gier o niskich wygranych. Jest potentatem na tym rynku. W zeszłym roku takie miejsca przyniosły ponad 2,5 miliarda złotych dochodu, a sama Fortuna w 2007 roku z automatów miała 30 milionów czystego zysku.

Dziennikarze TVN w programie „Uwaga!” twierdzili, że sukces finansowy Fortuny był możliwy dzięki przejęciu lokalizacji dla automatów przez Sławomira J. i jego ludzi.

- Do lokalu przyjeżdżały napakowane chłopy po metr osiemdziesiąt, metr dziewięćdziesiąt wzrostu i mówili – my tu będziemy mieli automaty – mówił informator TVN-u – Dawali umowę do podpisania i koniec, pozamiatane. Niektórzy nie chcieli od nich automatów, to przyjeżdżali do nich i rozwalali, niszczyli.

Po emisji programu o interesach Sławomira J. w podwarszawskim Serocku Fortuna zorganizowała spotkanie wszystkich swoich pracowników i współpracowników. Na zdjęciach oprócz Sławomira J., który wszystkim zarządzał udało się rozpoznać byłego dowódcę grupy szturmowej jednostki specjalnej GROM. - To była manifestacja siły spółki – mówi były współpracownik Sławomira J. – Jazdy czołgiem, strzelanie – żeby operatorzy wiedzieli, jaka spółka jest potężna. Chodziło o to, żeby pokazać im, że ze spółką wszystko jest w porządku”.

Fortuna działa na rynku hazardowym od 1997 r. Zaczynała od salonu gier w Radomsku, dziś jest liderem na rynku automatów do gier o niskich wygranych. Ma 4 tys. punktów z automatami. Jej udziałowcy kilkakrotnie się zmieniali. Sławomir J. pojawił się w Fortunie w 2002 r., gdy ówcześni właściciele chcieli ją sprzedać. Kilkanaście miesięcy później do udziałowców Fortuny dołączyła spółka JOTA Group, powiązana ze Sławomirem J. On sam przez dwa lata był prokurentem Fortuny. Obecny prezes firmy – Jarosław Zieliński twierdzi, że J. jest tylko jednym z doradców z ramienia zewnętrznej firmy.

Tymczasem w lutym br. prokuratura białostocka oskarżyła J. o kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą i korumpowanie lokalnych polityków w Ostródzie. Z aktu oskarżenia wynika, że m.in. jego "żołnierze" mieli wymuszać groźbami na innych przedsiębiorcach instalacje swoich automatów. Sławomir J. miał też namówić biegłego Mariusza D. do zalegalizowania partii ściągniętych z Czech automatów o wysokich wygranych.

To efekt czterech lat śledztwa Prokuratury w Białymstoku, która wykryła grupę przestępczą na Podlasiu - jak twierdzi - największą w Polsce. Złożoną z ludzi związanych z branżą automatów do hazardu. Sam Sławomir J. twierdzi, że padł ofiarą zemsty dawnego wspólnika, który chciał od niego przejąć część rynku, a gdy ten się nie zgodził groził mu wykorzystaniem znajomości w prokuraturze.

Informatorzy dziennikarzy TVN twierdzili, że o nieprawidłowościach w spółce Fortuna informowali Ministerstwo Finansów.

– „O nieprawidłowościach w przepływie kapitału, o zarzutach o pranie pieniędzy. Wszystkie sprawy były obcinane. Zawiadomiliśmy wszystkie izby skarbowe i nic nie zrobiono. Nie wiadomo, co dzieje się w Ministerstwie Finansów, ale oni konsekwentnie ignorowali wszystkie sygnały o nieprawidłowościach w Fortunie, jakie dochodziły już od 2005 r. I Sławomir J. jest przekonany, że z każdej sprawy wychodzi bez szwanku” – twierdzą rozmówcy dziennikarzy.

Ministerstwo Finansów zignorowało informację o nielegalnych automatach do gry wstawianych przez Fortunę w lokalach. Urzędnicy nie zarządzili też kontroli, gdy okazało się, że osoby występujące we wnioskach koncesyjnych nie mają wpływu na działalność firmy. Postępowania dotyczące nielegalnego kapitału Sławomira J. ciągnęły się latami.

W kwietniu 2006 roku CBŚ zatrzymało kilku wysokich rangą urzędników Ministerstwa Finansów. Wśród nich Elżbietę Z., dziś oskarżoną o korupcyjne układy z b. senatorem Henrykiem Stokłosą. W aktach tego śledztwa znalazł się spis telefonów z jej komórki. Wśród numerów był zapis "Sławek J...." i numer jego komórki. Elżbieta Z. podczas przesłuchań zapewniła, że nie interesowała się koncesjami dla firm hazardowych.

W zadziwiający sposób to właśnie syn Elżbiety Z. Jest obecnym prezesem Fortuny, a w firmie zatrudnił go Sławomir J. Po aresztowaniu Elżbiety Z. MF nakazało Sławomirowi J. wycofać swój kapitał ze spółki, ale jednocześnie pozwoliło, aby udziały kupili jego teściowie. Faktycznie więc do dzisiaj to Sławomir J. kieruje działaniami hazardowej spółki.

CDN...

(Wykaz źródeł opublikuję po zakończeniu cyklu)

wtorek, 6 października 2009

KAŻDY POLITYK PO...

„Przestępcami dzisiaj są ci, którzy korumpują w polityce, a korumpują przedstawiciele władzy, rządu. Przestępcami są ci, który dopuszczają się korupcji, oni mają tajne służby w rękach. Więc rozumiem, że przy stoliku zmienili się gracze i toczą swoją grę, a tylko próbują stworzyć wrażenie, że wspaniałemu, cudownemu, czystemu moralnie rządowi (…)zagrażają jacyś Marsjanie. Im zagraża własna nieodpowiedzialność, nieudacznictwo, także właśnie korupcja polityczna, którą uprawiają na dużą skalę. To im zagraża. Niestety, to samo grozi całej Polsce, bo Polską rządzą tacy ludzie.” – B.Komorowski

„Pułkownik Leszek Tobiasz jesienią 2007 roku spotykał się z marszałkiem Sejmu Bronisławem Komorowskim w jego gabinecie poselskim. W trakcie najważniejszego spotkania, Komorowski miał obiecać Tobiaszowi, że po zeznaniach obciążających Sumlińskiego pomoże mu załatwić posadę attache wojskowego w Tadżykistanie (wiąże się to z prestiżem i dodatkową pensją w wysokości 7-8 tys. zł.) Po tej rozmowie, Tobiasz pojechał do ABW i złożył tam zeznania. Został przewieziony do siedziby ABW służbowym samochodem Agencji ,oddanym do dyspozycji jej szefostwa.

Z akt śledztwa wynika, że Bronisław Komorowski równolegle spotykał się z pułkownikiem Aleksandrem Lichockim. Lichocki był w czasach PRL szefem kontrwywiadu WSW. To właśnie on zaoferował marszałkowi dostęp do aneksu. Komorowski powiadomił o tym koordynatora służb specjalnych Pawła Grasia. Z protokołu przesłuchania Grasia wynika, że ostrzegł on Komorowskiego, że Lichocki jest rozpracowywany przez kontrwywiad ABW na okoliczność kontaktów z wywiadem rosyjskim. Płynie z tego wniosek, że Komorowski, umawiając się po raz kolejny z Lichockim, wiedział, że spotyka się z osobą podejrzewaną o szpiegostwo na rzecz Rosji.

Z akt śledztwa wynika, że Komorowski powiadomił ABW dopiero wtedy, kiedy Leszek Tobiasz pokazał mu nagrania, na których widać i słychać jak Lichocki powołuje się na wpływy w komisji weryfikacyjnej i oferuje dostęp do aneksu. – Ciąg wydarzeń wskazuje, że Komorowski zawiadomił ABW dopiero wtedy, gdy zorientował się, że Tobiasz nagrał Lichockiego na korupcyjnej propozycji, a sam Lichocki nie może przynieść aneksu – mówi znający sprawę oficer ABW”.

Do marszałka polskiego Sejmu przychodzi człowiek, który w latach 80. był dwukrotnie szkolony przez KGB, współodpowiedzialny za niszczenie akt byłej WSW i działania na szkodę państwa polskiego. Człowiek, znany w środowiskach biznesowo-politycznych, kojarzonych z zabójstwem generała Papały. Człowieka tego i jego sprawę, anonsuje marszałkowi jeden z generałów Wojska Polskiego, którego III RP uhonorowała najwyższymi odznaczeniami. Komorowski doskonale wie, z kim ma do czynienia, oraz w jakiej sprawie ma spotkać się z tym człowiekiem. Podczas spotkania człowiek ten wyraźnie i jednoznacznie „sugerował możliwość dotarcia albo do tekstu, albo do treści całości lub fragmentu dotyczącego mojej osoby-aneksu do raportu WSI” – stwierdza sam Komorowski. Ta propozycja, to nic innego jak oferta przestępcy, który poszukuje pasera, gotowego zapłacić żądaną cenę i ułatwić wykonanie roboty.

Marszałek Sejmu wyraża zainteresowanie przestępczą ofertą wykradzenia aneksu do Raportu – dokumentu, objętego najściślejszą tajemnicą państwową. Jest zainteresowany przestępstwem - „Ja wyraziłem wstępnie zainteresowanie jego propozycją.” Przez kolejne ponad dwa tygodnie Komorowski odbywa różne spotkania z innymi oficerami WSW i WSI. Poza Lichockim i Tobiaszem , marszałek spotykał się jeszcze z dwiema innymi osobami, związanymi z WSI. Nie powiadamia o tych spotkaniach nikogo, nie ujawnia organom odpowiedzialnym za bezpieczeństwo państwa faktu otrzymania przestępczej propozycji. Dopiero po upływie 17 dni od daty spotkania z Lichockim, Komorowski odbył rozmowę na ten temat ze swoim partyjnym kolegą Pawłem Grasiem – który nie posiadał żadnych ustawowych uprawnień, w zakresie zarządzania służbami specjalnymi.

Gdy okazuje się, że ludzie „zatrudnieni” przez Komorowskiego nie mogą wykonać zlecenia dotarcia do aneksu, marszałek Sejmu tworzy układ, którego celem jest skompromitowanie i zniszczenie legalnie działającej instytucji państwowej.

Posługując się pracownikami mediów, funkcjonariuszami służb specjalnych oraz ludźmi komunistycznych służb, Komorowski doprowadza do medialnej nagonki na członków Komisji Weryfikacyjnej WSI i sfabrykowania przeciwko nim rzekomych dowodów winy. W działania te zostaje włączona prokuratura, ABW i inne służby państwowe. Cel jest precyzyjny – nie dopuścić do publikacji aneksu oraz zastraszyć i skompromitować jego twórców. Na skutek działań, inspirowanych przez Komorowskiego, legalna instytucja państwowa, jaką była, powołana na podstawie ustawy sejmowej Komisja Weryfikacyjna WSI, została sparaliżowana i zmuszona do działania w ekstremalnie trudnych warunkach. Dokonano wielu aktów zastraszania i inwigilowania członków Komisji, pomawiano ich publicznie o popełnianie przestępstw, zastosowano restrykcje karne wobec Bączka, Pietrzaka i Sumlińskiego, doprowadzając tego ostatniego do załamania nerwowego i próby samobójczej.

Zniszczono lub ukryto efekty wielomiesięcznej pracy instytucji, która miała za zadanie ujawnienie przestępczych tajemnic WSI – służby nieudolnej i skompromitowanej, zarządzanej przez ludzi wiernych sowieckim mocodawcom. Rozpętano gigantyczną kampanię dezinformacji, oszukując społeczeństwo i manipulując jego nastrojami.

To, czego dopuścił się poseł Komorowski, paktując potajemnie z przestępcami i tworząc groźny układ do walki z legalną instytucją państwową, wydaje się działaniem bez precedensu. Jeden człowiek, potraktował państwo polskie i jego najważniejsze organy niczym swoją własność. W obronie swojego prywatnego wizerunku, nie cofnął się przed pogwałceniem prawa i kontaktami z ludźmi wrogich Polsce służb, nie zawahał się fałszywie oskarżać i pomawiać, nie wstrzymał przed rozpętaniem szkodliwej dla Polski i naszego bezpieczeństwa kampanii medialnej.

Jeśli przemilczymy to dziś, idąc za przykładem tchórzliwych publicystów i koniunkturalnych polityków – wkrótce pojawią się całe zastępy „Komorowskich”, traktujących Polskę jak swój folwark, a Polaków jak stado idiotów.

Słabość państwa, a w jeszcze większym stopniu bierność jego obywateli, jest stanem szczególnie pożądanym przez obce agentury, układy mafijne, czy pospolitych, kryminalnych przestępców. Ośmiela ich i zwalnia nawet z poczucia ostrożności.

Nie warto oglądać się na zachowania polityków opozycji, przedkładających doraźne interesy nad sprawy zasadnicze, nie warto tym bardziej czekać na reakcje publicystów i dziennikarzy.

Zachowaniem najgorszym z możliwych jest milczenie – ze strachu, z wygodnictwa, z wyrachowania….

http://cogito.salon24.pl/77737,milczenie

„Każdy polityk PO, na którym ciążą podejrzenia, musi się liczyć z konsekwencjami” Takie są standardy w PO, że jeśli mnożą się wątpliwości wokół konkretnych osób, te osoby odchodzą z zajmowanych stanowisk. Taki mechanizm działa nawet wtedy, gdy dotyczy to osób najtwardszego jądra Platformy Obywatelskiej" – B.Komorowski.

http://www.polskieradio.pl/jedynka/sygnalydnia/artykul9584.html

http://www.polskieradio.pl/trojka/salon/default.aspx?id=50326

Leszek Szymowski – Polityczna prowokacja – „Najwyższy Czas” nr.25 (966) z 20 czerwca 2009r.

http://nczas.com/spis-tresci/numer-25-996-z-20-czerwca-2009/

http://iskry.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=3308&Itemid=1

AFERA MARSZAŁKOWA

http://www.bankier.pl/wiadomosc/Komorowski-Kazdy-polityk-PO-na-ktorym-ciaza-podejrzenia-musi-sie-liczyc-z-konsekwencjami-2027337.html

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,7109890,Komorowski__Lezacego_nie_kopie.html

poniedziałek, 5 października 2009

AFERA ANTYCYPOWANA

Prace nad nowelizacją ustawy o grach i zakładach wzajemnych rząd Donalda Tuska rozpoczął już na początku 2008 roku. Można byłoby pokusić się o wskazanie analogii wynikającej z tego pośpiechu z zachowaniem rządu SLD w roku 2003, gdzie równie szybko, po wygranych wyborach przystąpiono do majstrowania przy ustawie hazardowej.
Ale działalność rządu PO-PSL w tej, konkretnej sprawie zasługuje na uwagę nie tylko z powodu ujawnionych obecnie aferalnych okoliczności. Wiele wskazuje na to, że do afery hazardowej mogłoby w ogóle nie dojść – gdyby rząd i jego urzędnicy zachowali choćby elementarną staranność i profesjonalizm.
Tak się bowiem składa, że ministerstwo finansów – odpowiedzialne za przygotowanie nowelizacji ustawy, otrzymywało sygnały o możliwych nieprawidłowościach - na długo przed tym, nim ktokolwiek usłyszał o roli Chlebowskiego i Drzewieckiego. Sygnały te nie pochodziły z przypadkowych i niewiarygodnych dla ministerstwa źródeł, ponieważ ich autorami byli posłowie obecnej kadencji Sejmu.
Już 4 lipca 2008 r. poseł PiS Przemysław Gosiewski w interpelacja nr 4131 skierowanej do ministra finansów pytał m.in.:
„1. Jakimi kryteriami posłużono się przy pisaniu projektu ustawy o zmianie ustawy o grach i zakładach wzajemnych wprowadzającego tak daleko idące zmiany w przedmiotowej ustawie?
2. Kto był inicjatorem rozpoczęcia prac nad projektem ustawy?
3. Czy ww. projekt ustawy był zgłoszony do planu prac Rady Ministrów, a jeśli nie, to dlaczego?
[...]
6. W których departamentach i w jakich terminach były prowadzone prace nad przedmiotowym projektem ustawy?
7. Który z wiceministrów finansów nadzorował prace nad projektem ustawy?
8. Czy Ministerstwo Finansów ma świadomość, iż takie rozwiązania wzmacniają wpływy grup przestępczych na rynkach hazardowych?
9. Jakie są według Ministerstwa Finansów skutki proponowanych rozwiązań w zakresie zmian wpływów finansowych do budżetu państwa?
10. Czy istnieją związki o charakterze towarzysko-biznesowym między osobami prowadzącymi prace nad projektem ustawy a przedsiębiorcami prowadzącymi działalność w branży gier i zakładów wzajemnych?
11. Jakie są wyniki kontroli finansowej w zakresie rzetelności płacenia podatków przez przedsiębiorców prowadzących działalność na rynku hazardowym?”
Zainteresowanych odpowiedzią ministra Kapicy na tę interpelację, odsyłam do pierwszego linku. Przytoczę jedynie odpowiedź ministra na pytanie 10. Brzmi ona:
„ Informuję, że nic mi nie wiadomo o jakichkolwiek związkach „o charakterze towarzysko-biznesowym między osobami prowadzącymi prace nad projektem ustawy a przedsiębiorcami prowadzącymi działalność w branży gier i zakładów wzajemnych”.
Interpelacje podobnej treści – zawierające szereg zarzutów i obaw w związku z przygotowywaną nowelizacją zgłaszało wielu innych posłów; Grzegorz Janik, Tadeusz Arkit, Witold Kochan, Jan Musiał, Arkady Fiedler, Tomasz Piotr Nowak, Andrzej Kania.
W interpelacji tego ostatniego, z marca 2009 roku znajdziemy m.in. takie pytania:
„ Czy nie uważa Pan Minister, że obowiązujące opłaty za automaty do gier o niskich wygranych powinny zostać znacznie podwyższone (do wysokości obowiązującej jak w przypadku kasyn), aby zrównoważyć wpływy z powodu zmniejszenia ilości automatów będącym wynikiem zaostrzenia przepisów dotyczących ich lokalizacji?
Postuluję do Pana Ministra, aby zaproponować Sejmowi RP zmiany w ustawie o grach i zakładach wzajemnych mających na celu zmniejszeniu oddziaływania na dzieci i młodzież lokali z automatami do gier o małych wygranych, polegające na zmianie art. 30 ustawy poprzez dopisanie zakazu umieszczania automatów w lokalach na dworcach kolejowych, autobusowych, komunikacji miejskiej, stacjach metra, lotniskach, portach żeglugi pasażerskiej i w odległości od nich nie mniejszej niż 200 m.”
Na uwagę zasługują również pytania posła PO - Tadeusza Arkita z 21 kwietnia 2009 r , gdy poseł przypomniał o akcji CBŚ i Służby Celnej podczas której doszło do zatrzymania ok. 300 automatów służących do gier. Arkit pytał : „jak Pan Minister ocenia funkcjonowanie ustawy o grach i zakładach wzajemnych w odniesieniu do opisanych wyżej sytuacji, jak wielkie straty mogą dosięgnąć budżet państwa w wyniku nielegalnych praktyk hazardowych oraz czy planowane jest wprowadzenie nowelizacji mających na celu zmianę tego stanu faktycznego?”
Pan minister zagrożeń niestety nie ocenił, a zdecydował o przekazaniu interpelacji... ministrowi finansów, ponieważ dotyczyła „ problemów związanych z funkcjonowaniem przepisów ustawy [...] w kontekście automatów o niskich wygranych oraz działań podejmowanych przez organy celne, a także ewentualnej konieczności nowelizacji powołanej ustawy o grach i zakładach wzajemnych”.
Mimo, że upłynęło ponad pół roku – minister finansów nie znalazł czasu, by udzielić odpowiedzi na to pytanie. Można oczywiście pytać – co zrobił minister Kapica z tym uwagami, czy brał je poważnie pod uwagę, na ile wpłynęły na kształt ustawy. Można – gdybyśmy nie znali prawdziwych mechanizmów sprawowania władzy przez ten rząd i ulegali złudzeniom.
Warto jednak zwrócić uwagę na ten aspekt afery hazardowej, bo zachowanie ministerstwa finansów dowodzi, że cała sprawa nie była incydentalnym, „wypadkiem przy pracy”, a jest efektem złych praktyk oraz wadliwego działania wielu urzędników tego rządu. Gdyby przejrzeć cały proces legislacyjny, dotyczący tylko tej jednej ustawy – jestem przekonany, że znaleźlibyśmy liczne dowody niedopełnienia i lekceważenia obowiązków, braku odpowiedzialności i pospolitej prywaty – czyli to wszystko, co znamionuje okres rządów Donalda Tuska.


Źródła:

http://orka2.sejm.gov.pl/IZ6.nsf/2df80fe4116b3f62c12573be003cb40d/2d731fd2fb66714ec12574830040a4ed?OpenDocument
http://sk9.pl/3be3fb - link do wszystkich interpelacji

sobota, 3 października 2009

PRZECIEK - POLITYCZNA BROŃ PLATFORMY

„Polską cyklicznie wstrząsają afery dotyczące funkcjonowania służb związanych z bezpieczeństwem państwa, oskarżeń o nadużycia władzy i stosowanie technik operacyjnych oraz o kontrolowane lub nie przecieki do mediów. [...]Od początku tej kadencji mnożą się sprawy przecieków ze służb. [...]Porachunki polityczne załatwia się poprzez przeciek lub szeroko nagłaśniane w mediach różnego typu kontrole oraz śledztwa [...]. Z doniesień mediów wynika, że służby specjalne świadczyły niemal usługi reporterskie mediom publicznym. Wybranym dziennikarzom udostępniano różnego rodzaju sensacyjne doniesienia obciążające przeciwników politycznych rządzącej partii”.
Myliłby się ten, kto przypisałby autorstwo powyższych słów któremuś politykowi PiS-u. Zostały wypowiedziane w sierpniu 2007 roku, a ich autorem jest Marek Biernacki – wówczas poseł Platformy i członek komisji ds. służb specjalnych.
Gdy po wyborach 2007 roku, partia pana Biernackiego przejęła władzę, mogliśmy również przeczytać mocną deklarację nowego premiera:
„Dopóki będę premierem, definitywnie nie będzie publicznego roztrząsania spraw służb specjalnych, a szczególnie wywiadu i kontrwywiadu. Gdy idzie o służby specjalne, przynajmniej od półtora miesiąca radykalnie ograniczyliśmy ilość afer, przecieków, publicznych dyskusji”.
W rzeczywistości – przejęcie władzy przez ludzi Platformy i PSL zapoczątkowało niebywały – nawet jak na polskie standardy czas przecieków i instrumentalnego traktowania służb specjalnych. W relacji słów do czynów – wywody Biernackiego były aktem obłudy, a deklaracja Tuska – ordynarnym kłamstwem.
Nigdy wcześniej służby specjalne nie stały się „sprawą publiczną” - jak w czasie obecnych rządów. Nigdy wcześniej, na taką skalę nie stosowano w walce politycznej przecieków ze służb oraz tzw. medialnych „wrzutek" – użytecznych w ukryciu prawdziwych problemów. Nigdy też, bezpieczeństwo i interesy państwa polskiego nie były w podobnym stopniu zagrożone, poprzez brak odpowiedzialności urzędników państwowych, partyjną prywatę, korupcję i dążenie do osobistych korzyści.
Podstawowych celem służb specjalnych po objęciu rządów przez obecny układ, stała się walka z pisowską ekipą, dezawuowanie osiągnięć poprzedników oraz odbudowa wpływów ludzi komunistycznej policji politycznej.
Już w lutym 2008 roku doszło do ujawnienia przez „Dziennik” tzw. raportu Reszki – ściśle tajnego dokumentu, sporządzonego w postępowaniu audytorskim przez nowego szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego płk. Grzegorza Reszkę. Do komentowania raportu natychmiast przyłączył się Donald Tusk, twierdząc, iż Antoni Macierewicz dokonał „spustoszeń w kontrwywiadzie wojskowym”. Nigdy jednak premier nie wyjaśnił, na czym miałoby polegać „spustoszenie” w zawiązywanych od nowa służbach. Jednocześnie „Gazeta Wyborcza” ujawniła treść tajnego doniesienia do prokuratury, jakie miał złożyć nowy szef SKW. Według doniesień gazety, za czasów Macierewicza nielegalnie kopiowano tam dokumenty i wynoszono je. „Zawiadomienie (…) dotyczy popełnienia przestępstwa przez byłą szefową biura ewidencji i archiwum oraz przez jej zastępcę i naczelnika biura” – pisał autor artykułu. Mimo iż zawiadomienie było tajne, opowiadał o nim m.in. Janusz Zemke. – „Potwierdzam. Szef SKW poinformował mnie o tym zawiadomieniu – mówił Zemke. –Dalsze prowadzenie działań przez kontrwywiad może doprowadzić do strat, w tym ludzkich” – tłumaczył.
Sam raport Reszki, o którym rozpisywała się prasa zawierał stek kłamstw i bezpodstawnych pomówień oraz wprowadzał w błąd organy państwa. Tym samym – stwarzał realne zagrożenie jego bezpieczeństwa. Dowodem rzeczywistej wartości owego raportu jest fakt, że do chwili obecnej nie przedstawiono nikomu żadnego zarzutu, opartego na podstawie ustaleń płk.Reszki.
W podobny sposób Platforma potraktowała sprawę słynnego raportu Julii Pitery Miała ona sprawdzić czy CBA nie łamało prawa. O jakości tej analizy świadczy fakt, iż jego autorka nazwała go prywatną notatką, a do tej pory nie doszło do jej publikacji. Szeroko nagłaśniano jedynie opinie Julii Pitery, która w wywiadach dowodziła, że CBA „to zdegenerowana instytucja”, a sytuacja w Biurze pozwalać miała na postawienie Mariuszowi Kamińskiemu licznych zarzutów prokuratorskich. Ten raport – podobnie jak bezpodstawne „ustalenia” płk.Reszki stał się synonimem śmieszności – ale też narzędziem w walce politycznej.
Wkrótce sprawą publiczną stał się inny audyt w CBA – przeprowadzony przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego, na zlecenie premiera. Po raz pierwszy poinformował o nim „Dziennik”, powołując się na przecieki od posłów PO. Rezultaty kontroli podała z kolei „Gazeta Wyborcza”. Według jej informacji, CBA miało bezprawnie posługiwać się podrobionymi dokumentami legalizacyjnymi oraz instalować nielegalne podsłuchy. W odpowiedzi na medialne doniesienia CBA wyraziło oburzenie przeciekiem i wydało oświadczenie, w którym m.in. mogliśmy przeczytać.:” Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego odpowiedzialna za bezpieczeństwo informacji niejawnych, kontrolująca tę materię w innych instytucjach, w tym w CBA, sama nie jest w stanie zadbać o bezpieczeństwo własnych informacji. Jeżeli ujawnione informacje w istocie znajdą się w postaci ustaleń w niejawnym protokole kontroli, szef CBA będzie prawnie zobowiązany złożyć zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez funkcjonariusza ABW”.
Ale – czy mogło być inaczej, skoro powołany z naruszeniem prawa przez Donalda Tuska nowy szef ABW, Krzysztof Bondaryk rozpoczął pracę od rozliczenia swoich poprzedników i wywiadu dla „Gazety Wyborczej”? Twierdził tam m.in., jakoby poprzedni szef ABW miał otrzymywać od Zbigniewa Ziobro zlecenia „obserwacji pewnych osób”, oskarżał Święczkowskiego, że "brał różne materiały operacyjne z klauzulą ściśle tajne, czasami na dwa tygodnie, czasami na krócej” i poinformował, że „już pierwsze odsłanianie tajemnic ABW pokazuje, że nie działo się tam najlepiej”. By efekt był bardziej żenujący, Bondaryk podsumował ten medialny spektakl zapewnieniem, że nie będzie informował opinii publicznej o działaniach poprzedniego kierownictwa Agencji, przed zakończeniem prac nad raportem z audytu. Natychmiast też, doniesienia szefa ABW skomentował premier Tusk oraz główny komentator działań tajnych służb w Polsce, komunistyczny aparatczyk - Janusz Zemke.
Skandaliczne zachowanie Bondaryka trafnie ocenił profesor Andrzej Zybertowicz, zwracając uwagę na zagrożenie wynikające z tego rodzaju medialnych przecieków:
„Nigdy, za czasów żadnej z postkomunistycznych i postsolidarnościowych ekip, nie zdarzyło się, by nowy szef służb ujawniał informacje tego rodzaju, jak te, które przekazał p. Bondaryk. Informacje do jakich restauracji chodził poprzedni szef, jak zabezpieczano jego gabinet przed podsłuchami, jakim samochodem jeździł etc. Przecież to informacje przydatne dla obcych służb. Nigdy wcześniej po r. 1989 nie ujawniano treści wewnętrznych seminariów, na które zaprasza się cywilnych ekspertów ani projektów, nad którymi pracowali. To sytuacja jednocześnie bezprecedensowa, karygodna i zarazem żenująca dla wielu funkcjonariuszy, którzy są patriotami i chcieliby móc liczyć na wsparcie obywateli przy realizacji swoich nierzadko ryzykownych działań”.
Jak w przypadku wszystkich rzekomych przestępstw, których miała dopuścić się poprzednia ekipa rządowa – tak i w tym, prokuratura umorzyła postępowanie w sprawie podsłuchów, stwierdzając, iż „Czynności nie pozwoliły na uzyskanie dowodów wskazujących na to, aby którakolwiek z wymienionych służb państwowych (ABW i CBA.) naruszyła prawo i obowiązujące w zakresie stosowania podsłuchów reguły postępowania”.
Ponownie ABW znalazło się w centrum uwagi opinii publicznej, gdy media ujawniły instruktażowy film, który pokazywał, jak filmować aresztowania. Przedstawiano go jako produkt pisowskiego kierownictwa ABW, choć wkrótce okazało się, że powstał on jeszcze przed przejęciem władzy przez Prawo i Sprawiedliwość.
Wszyscy też pamiętamy zapoczątkowaną w marcu 2008 roku sprawę laptopa Zbigniewa Ziobro i wielomiesięczny spektakl, rozpętany przez urzędującego ministra sprawiedliwości Ćwiąkalskiego. To w toku tej sprawy posłużono się „przeciekiem” z analizy laptopa, przeprowadzonej w laboratoriach ABW. Nikt wówczas nie zastanawiał się, że wiadomości szeroko kolportowane przez media i urzędników państwowych stanowiły tajemnicę, w rozumieniu ustawy o ochronie informacji niejawnych
Nie można też zapominać, że od początku rządów obecnego układu, realizowano wielowątkową kombinację operacyjną, którą nazwałem „aferą marszałkową”. Jej medialnym preludium był artykuł Anny Marszałek opublikowany w dniu 19 listopada 2007 roku w „Dzienniku”, zatytułowany „Aneks do raportu o WSI na sprzedaż”. Następne miesiące przynosiły kolejne publikacje, inspirowane przez ludzi służb specjalnych, dochodziło do przecieków ze śledztwa oraz medialnych manipulacji. Na ich podstawie zastraszano i oczerniano członków Komisji Weryfikacyjnej WSI, formułując fałszywe oskarżenia, m.in. o korupcję. By sterroryzować członków komisji, Centrum Informacyjne Rządu opublikowało oficjalnie nazwiska 12 osób, powołanych w skład Komisji przez poprzedniego premiera Jarosława Kaczyńskiego.
Praktykowana przez ten rząd metoda posługiwania się przeciekami została również zastosowana w sprawach dotyczących najżywotniejszych interesów naszego państwa, związanych z bezpieczeństwem narodowym i polityką zagraniczną.
W lipcu 2008 roku doszło do skandalicznej sytuacji, gdy przekazano mediom szczegółową informację o rozmowach ministra Sikorskiego z prezydentem Lechem Kaczyńskim, na temat negocjacji w sprawie instalacji elementów tarczy antyrakietowej. Źródłem tego przecieku była kancelaria premiera Tuska. Jak napisano wówczas w publikacji „Naszego Dziennika” -
„W nieoficjalnych rozmowach politycy Platformy Obywatelskiej przyznają wprost, iż spiritus movens przecieku był premier, który upiekł w ten sposób na jednym ogniu dwie pieczenie, chcąc skompromitować i prezydenta, i nielubianego przez siebie Sikorskiego”.
Identyczny mechanizm zastosowano we wrześniu bieżącego roku, gdy w dzienniku „Polska” ukazała się informacja – przeciek, dotycząca treści rozmowy telefonicznej prezydenta Kaczyńskiego z premierem, podczas której Lech Kaczyński miał jakoby żądać od Tuska, by ten w ostatniej chwili odwołał planowaną wizytę Władimira Putina w Polsce. Nietrudno domyśleć się - w czyim interesie leżało ujawnienie tej informacji i kto chciał na jej rozpowszechnieniu zbić polityczny kapitał.
Tylko na podstawie przywołanych powyżej przykładów można dobitnie stwierdzić, że ten rząd i ten premier traktują tajne informacje w sposób instrumentalny, wykorzystując je zawsze tam, gdzie mogą służyć do walki politycznej lub zagwarantować nienaruszalność interesów. W ten sam – służebny sposób traktowane są służby specjalne, a ich działalność ma zabezpieczać i wspierać interesy rządzącego układu.
Wbrew werbalnym deklaracjom premiera i jego urzędników, wbrew agresywnej propagandzie usłużnych mediów - ten rząd – jak żaden inny w historii III RP posługuje się kontrolowanymi przeciekami i operacyjną działalnością służb specjalnych, doprowadzając te formacje do niebywałego stopnia uprzedmiotowienia i zniszczenia.
Gdy zatem pojawia się sprawa, - jak ujawniona obecnie afera hazardowa – można być przekonanym, że w celu jej wyciszenia i zmanipulowania opinii publicznej zostaną użyte wszystkie środki, jakich ten rząd używa od dwóch lat. Dzieje się tak dlatego, że zatarte zostały granice dzielące politykę od rozwiązań właściwych dla służb specjalnych, a ludzie rządzący dziś Polską traktują ją w kategoriach zbójeckiego łupu, w którego obronie warto stosować nawet bezpieczniackie metody.
Partia powołana przy współudziale agentów i oficerów peerelowskiego Departamentu I MSW nie zna innych metod sprawowania władzy, jak prowokacja, kombinacja i gra operacyjna, przeciek, „wrzutka” i tym podobnych – charakterystycznych dla ludzi służb. Wielokrotnie też udowodniła, że nie dba o bezpieczeństwo państwa i jego obywateli, powierzając je ludziom skompromitowanym, niekompetentnym, lub zgoła - pospolitym przestępcom.
Wytworzona celowo sytuacja kompletnego chaosu i anarchii w służbach specjalnych ma sprawić, że będą one narzędziem w rękach rządzącej grupy – nigdy zaś – strażnikiem naszego bezpieczeństwa.
Sprawy o których przypomniałem w tym tekście, powinny również uprzytomnić, że oskarżenia wysuwane pod adresem premiera, o ujawnienie informacji na temat śledztwa prowadzonego przez CBA - nie są pozbawione podstaw. Donald Tusk przez dwa lata swoich rządów w pełni zasłużył na opinię manipulanta i człowieka nieodpowiedzialnego. Liczne przykłady wykorzystywania niejawnych informacji w akcjach przeciwko politycznym adwersarzom, czy w obronie własnych, zagrożonych interesów są dowodem, że obecnego premiera stać na tego rodzaju zachowania i żadne racje propaństwowe nie mają wpływu na tę praktykę.




Źródła:

http://wyborcza.pl/1,76842,4375490.html
http://www.kprm.gov.pl/s.php?id=1694
http://www.rmf.fm/fakty/?id=129011
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80271,4889166.html
http://www.rp.pl/artykul/90217,344646_Nie_bylo_afery__z_podsluchami__sledztwo_umorzone.html
http://www.politeja.pl/index.php?t=316
http://iskry.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=2597&Itemid=3
http://www.rp.pl/artykul/105308.html
http://www.rp.pl/artykul/16,164324_BBN__przeciekami_do__Dziennika__zajmie_sie_prokuratura.html
http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20080416&id=po02.txt
http://www.polskatimes.pl/stronaglowna/160297,kaczynski-do-tuska-wyrzuccie-putina,id,t.html