Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Józef Mackiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Józef Mackiewicz. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 listopada 2021

DEMOKRACJA CZY DYKTAT (1) JAKA POLSKA?


Gdyby zapytać naszych rodaków – jak obalić III RP, jak odbudować Niepodległą - pewnie większość odpowiedziałaby według poprawnego schematu i jako narzędzia wskazała „walkę parlamentarną”,„procesy polityczne” oraz „zwycięstwo wyborcze”.
Nie popełnię błędu twierdząc, że gros ludzi prawych, którzy widzieliby Polskę wolną od spuścizny komunizmu, od obecności tutejszych Obcych i dyktatu euro-terrorystów, tylko w owych „narzędziach demokracji” chce dostrzegać nadzieję.
Ta zaś część „patriotycznej prawicy”, która obecny status III RP postrzega przez pryzmat „wpływów zewnętrznych”, dodałaby do tego katalogu – „zmianę sytuacji zagranicznej”, „kryzysy ekonomiczne i polityczne”, „grę mocarstw”.

Nie od dziś, ośmielam się twierdzić, że żadna z takich odpowiedzi nie zasługuje na poważne traktowanie, a udzielający je, nie odrobili lekcji historii i niewiele zdają się rozumieć z realiów obecnego państwa.
By nie powielać dziesiątków argumentów, znanych już stałym bywalcom bezdekretu (wyłożyłem je obszernie m.in. w cyklu tekstów „PO CO DEMOKRACJA?”), przypomnę jedynie, że państwa realnego socjalizmu nie upadają pod „ciosami demokracji”. Jak łatwo dostrzec, na przykładzie III RP, państwa takie anektują fasadę demokratyczną, by ukryć własne draństwa i umożliwić władzę beneficjentom systemu, nigdy zaś po to - by oddać ją obywatelom.
Dlatego farsa demokracji – w wydaniu III RP – jest bronią wymierzoną w społeczeństwo, jest mitem, który ma nas zniewolić i znieprawić. Ten mit, podniesiony do rangi przymusu konstytucyjnego i obwołany niekwestionowanym bożkiem, jest podstawową przeszkodą w obaleniu III RP.
    Na straży tej niby-państwowości stoi bowiem system ustanowiony w latach 1989-91, gdy zainicjowano kontrolowany przez bezpiekę proces „pluralizmu politycznego” i w miejsce jednej, „przewodniej siły narodu”, stworzono szereg rozmaitych partii i partyjek - zwykle przy udziale kapusiów i agentury. Łączył je wspólny mianownik – wyrażały akceptację dla układu powstałego w Magdalence i deklarowały uczestnictwo w ”mechanizmach demokracji”. Ten, kto nie wyrażał takiego akcesu i nie godził na „wspólnotę” z komunistami, znalazł się na marginesie życia publicznego i został wykluczony z dobrodziejstw „procesów demokratycznych”.
Wiedza o podwalinach mitu demokratycznego, musi prowadzić do wniosku, że wpływ na państwo, można odzyskać tylko w taki sposób, w jaki narzucono nam historyczne kagańce i systemowe ograniczenia. Skoro Polacy utracili wolność na drodze zdrady, zbrodni, kłamstw i przemocy – w zgodzie z tą logiką, należy przyjąć, że tylko rozwiązania siłowe i kroki radykalne, mogą doprowadzić do sanacji państwa.

To oznacza, że upatrywanie nadziei w „wyborach powszechnych”, które od roku 1991 obracają się wokół tych samych osób i środowisk, lub stawianie na systemowe „partie polityczne”- jest oczywistym nonsensem.
Żadna „Konfederacja”, „Kukiz”, czy inna pseudo-opozycja, nie może mieć wpływu na obalenie III RP.
Po pierwsze dlatego,że wcale do tego celu nie dążą, po drugie, że są częścią układu, który pozwala im na wygodne i dostatnie życie, po trzecie – bo uczestnicząc w mistyfikacji „pluralizmu politycznego”(robili to też komuniści, dozwalając na „stronnictwa demokratyczne”, czy „ludowców”) skazują się na rolę folkloru i „planktonu” politycznego.
Te partie, jak i obecni w nich ”działacze”, są przeznaczeni do tworzenia dowolnych konfiguracji i najbardziej egzotycznych „sojuszy”, do wykonywania zaskakujących wolt i przepoczwarzeń. Głównie po to, by tumanić ludzi młodych, zapobiegać potencjalnym zagrożeniom, kanalizować emocje i odruchy sprzeciwu.
Gdyby demokracja, wybory, czy działania partii politycznych miały zagrozić władzy beneficjentów, nie byłoby ich w Rosji i w III RP- państwach, w których mit o „śmierci komunizmu” wykorzystano do zbudowania fundamentów kolejnej sukcesji komunistycznej.
    Nie można również utrzymywać, że „następne wybory coś zmienią”, bo taki przypadek nigdy nie miał miejsca w 30-letniej historii tego państwa. Żadna zmiana rządów nie wyrugowała, choćby jednej patologii IIIRP, nie uwolniła tego państwa z ludzi służących okupantowi, nie zniszczyła esbeckich fortun, nie przywróciła poczucia sprawiedliwości, nie doprowadziła do ujawnienia zbrodni i skazania zbrodniarzy.
Podobnie, jak komunizm był kompletną niedorzecznością - nawet w swojej strukturze formalnej, tak jego hybryda, zwana III RP, jest niedorzecznością w obszarze zjawisk politycznych, etycznych, bądź prawnych. Nie da się ich zdefiniować przy pomocy racjonalnej metodologii, bo przedstawiciele tego państwa traktują demokrację, moralność i prawo, w taki sposób, jak złodziej używa wytrychu do otwarcia zamkniętych drzwi, a morderca korzysta z noża do zadźgania ofiary. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie jednak twierdził, że złodziej sięgając po wytrych staje się ślusarzem, a używający noża bandyta, wykonuje zawód kucharza.
    Jeśli dla kogo, 30 lat to za mało, by zrozumieć bezużyteczność mitu demokracji - pora uznać swoje ograniczenie umysłowe i nie narzucać błędu innym.

wtorek, 24 sierpnia 2021

JAKA POLSKA ?

 „Nikogo nie „oskarżam” i nikomu nie „zarzucam”. Że inni, czy wszyscy inni, idą jakąś drogą polityczną, ideową, czy każdą uznaną przez nich za słuszną, to ich rzecz.
Upieram się natomiast, że wolno mi tę ich drogę obserwować i — w warunkach wolności słowa — nawet opisywać.
Kiedyś nazwałem tę drogę „donikąd”. Dziś uznana została przez „instynkt narodu” za docelową.
W tym zdaniu nie ma (złośliwej) ironii. Jest tylko stwierdzenie faktu
”.
Nieuchronnie zbliża się czas, w którym wybór musi być dokonany. Nie z przymusu, ani groźby upadku, nie dla zysku lub makiawelicznych planów.
Musi być dokonany, by nie spadły na nas słowa Józefa Mackiewicza.
Ten, który „drogę wielkiego ześlizgu” przemierzył skalą nudis verbis, wiedział, jak kończy się „stwierdzenie faktu”.
„Nie ja wygrałem.
Wygrali ci, którzy organizują "instynkt narodu".
Ja przegrałem z kretesem.
Więc proszę o pobłażanie”.

Przed pięcioma laty pisałem, że to wyznanie Mackiewicza, uczynione u kresu życia wielkiego pisarza, jest wyrazem geniuszu i politycznej wizji.
Darów, które ciężarem logiki mackiewiczowskiej, zawsze skazują na wykluczenie i samotność.
Jednocześnie - to słowa tak wstrząsające, że nie wolno dopuścić, by ktoś je powtórzył.
        Nieuchronny jest więc wybór – między tym, co „instynkt narodu” uczynił dziś drogą powszechną, prowadząc moich rodaków na manowce III RP, ku obcej krainie „donikąd” - i tym, co w naszych marzeniach, w niepoprawnie śmiałych planach, wytycza drogę długiego marszu i wiedzie do Niepodległej.
Trzeba się zdecydować - „gdzie kończy się wmówienie a zaczyna związek realny czy wskutek przeżyć historycznych nie staliśmy się psychicznie skrzywieni i na wypadki reagujemy teraz z prawidłowością histeryków czy wciąż jesteśmy barbarzyńskim plemieniem wśród sztucznych jezior i puszcz elektrycznych”.
Trzeba wybrać – czy dalej „obserwować”, „opisywać” i obdarzać uwagą zwodnicze „realia”, w jakie wpychają nas mali demiurdzy, w służbie tego państwa, czy może – odrzucić to nędzne simulacrum i skierować myśl na projekt godny Polaków.
Nie sposób pominąć słów Mackiewicza, nie wolno ich lekceważyć ani odsyłać w otchłań historii.
Głupcami są ludzie, którym dziś wydaje się oderwane od przeszłości i narodowych doświadczeń.
Głupcami są ci, którzy słów autora „Nudis verbis” nie odczytują jako współczesnej przestrogi.

    „Jak można na dłuższą metę wychowywać naród politycznie, bez przeprowadzenia „kanciastej” granicy pomiędzy pojęciami tak prymitywnymi jak: „sojusznik” i „najeźdźca”, „wierny” i „zdrajca”, „swój” a obcy, czy wrogi „agent ?” – pytał Mackiewicz w roku 1947.
Skoro dziś – w całej przestrzeni publicznej tego państwa, nikt nie odważy się postawić takiego pytania, czy wolno twierdzić, że uwolniliśmy się z ówczesnych ograniczeń?
Mackiewicz – pisarz przeklęty geniuszem, musiał przekopać powojenną rzeczywistość do fundamentów, a nie znajdując nigdzie ratunku przed tymi, którzy „organizują instynkt narodu”, uznać swoją porażkę.
My nie musimy.
Nie dlatego, by z sukcesji komunistycznej, pod nazwą III RP miała wyrosnąć Wolna i Niepodległa, ale z uwagi na przestrogę pozostawioną przez Mackiewicza.
Dzięki niemu wiemy, że „obserwacja” i „opis” – zawsze kończy się porażką, a „zarzuty” i „oskarżenia” - choćby najcelniejsze i trafiające w głąb przegniłych fundamentów, doprowadzą do wyznania – „nie ja wygrałem”.

        Wiem, że wielu z Państwa odczuwa odrazę do rzeczywistości skleconej przez „wybrańców narodu”, że mierzi stan tego państwa, przeraża ogrom nieprawości i niebotyczne zakłamanie politycznych decydentów.
Kilka lat temu napisałem, że fałsz i nędza polityki prowadzonej przez obecnych rządców III RP, ma prawo odstręczać i napawać odrazą ludzi rozumnych.
Jako autor setek tekstów z lat 2007-2015, w których niezwykle krytycznie oceniałem reżim PO-PSL, mogę dziś napisać – tak prostackiej propagandy, takich pokładów zakłamania i ordynarnego fałszu, takiej pogardy dla polskich aspiracji - nie widziałem nawet w tamtych, ponurych latach.
Bo choć były one naznaczone zbrodnią smoleńską, choć odsłoniły najgłębsze pokłady upodlenia  tzw.”elit” tego państwa, ich postępki, ich słowa pełne nienawiści, nie dotykały tak boleśnie.
Jak nie dotyka to, co pochodzi od Obcych.
Tych zaś, którzy dziś rządzą – jakiż w tym absurd i ciężar goryczy – czy nie chcieliśmy nazywać „naszymi” i widzieć w nich rzeczników polskich interesów?
Ilu z tych, którzy czytają te słowa pokładało nadzieję w zapowiedziach „dobrej zmiany”, ilu wierzyło, że rządy tak długo wyczekiwane, przyniosą czas prawa i sprawiedliwości?
Powie ktoś – przecież ludzie reżimu PO-PSL prowadzili jeszcze bardziej nędzną i fałszywą politykę, przecież kłamali na potęgę i traktowali naszych rodaków niczym stado idiotów.
Odpowiem: prawda, lecz świadomość – kim byli ci ludzie, była równie naturalna, jak wiedza o objawach śmiertelnej choroby. Byli tymi, za kogo ich uważaliśmy – zbieraniną obcych, twardogłowych typów, złączonych nienawiścią do wszystkiego co polskie.
Byli tacy, jakich poznaliśmy po Smoleńsku – grupą załganych karłów, ludzi bez czci i odwagi.
Spodziewać się po nich dobra, oczekiwać uczciwości i działań honorowych - byłoby niepodobne.
Od takich, nie oczekiwałem więc niczego.
Poza życzeniem, jakie wyraziłem przed dziesięcioma laty: by zniknęli z mojego kraju na zawsze.
Ich świat - świat Obcych, dawno stał się rozpoznawalny i tylko ludzie bez daru rozróżnienia dobra od zła, mogli go nie dostrzec.
Dziś, gdy jedni i drudzy są równie Obcymi, nie zasługują nawet na pogardę.

sobota, 12 października 2019

NA TYM BĘDZIE POLEGAŁ WYBÓR


Powinniśmy prowadzić walkę z komunizmem na śmierć i życie. To nie jest walka o piłkę w tenisie, ani o bilę w bilardzie lub wieżę w szachach. To jest walka o najszczytniejsze ideały ludzkości. A w walce na śmierć i życie nie udziela się „forów”.
A takim właśnie udzielaniem „forów” byłaby z naszej strony wojna z komunizmem, bez stosowania równie groźnej broni, jaką jest metoda wojującego „internacjonału” – bezwzględność i bezkompromisowość. Jeden z publicystów kowieńskich, pisząc ostatnio o retorsjach i wzajemnie odwetowej polityce Polski i Litwy, rzucił myśl, czyby nie lepiej było postąpić inaczej i powiada, że słyszał, jak kiedyś Bułgarzy zbezcześcili cmentarz turecki, a nazajutrz Turcy ruszyli wielkim tłumem na cmentarz bułgarski i złożyli na grobach kwiaty. Czy podobny gest w stosunkach polityczno-narodowościowych może być skuteczny i celowy, można się o to spierać, dopóki w grę wchodzi Polska i Litwa, Bułgaria czy Turcja, Włochy czy Abisynia, narody sobie bliskie lub dalekie, chrześcijańskie czy mahometańskie.
Ale nie ulega żadnej dyskusji fakt, że tego rodzaju metoda w stosunku do komunizmu byłaby szczytem śmiesznej naiwności, czy raczej, jak powiedziałem, nieporozumienia. A śmieliby się z nas przede wszystkim sami komuniści” – pisał Józef Mackiewicz w roku 1936.
      Żyjąc w społeczeństwie, które uwierzyło w śmierć komunizmu, niełatwo powoływać się na słowa wielkiego pisarza. I niebezpiecznie, bo można zasłużyć na krytykę światłych żurnalistów i zostać posądzonym o „intelektualne manowce”.
Za patrona intelektualnego swojego obozu Ścios (i wielu innych przedstawicieli obozu smoleńskiego) uznaje Józefa Mackiewicza. To logiczne – dla tych, którzy uważają, że żyją nie w roku 2011, tylko w 1981, autor Kontry musi być patronem pociągającym. Pozwala bowiem uznać, że w Polsce tak naprawdę nic się nie zmieniło, komunistyczna okupacja zmieniła tylko kształt, a ci, którzy to dostrzegają, nie są bynajmniej ofiarami dziwacznych aberracji, tylko ostatnimi wiernymi prawdzie partyzantami. Niezłomnymi – wbrew całemu światu, który zdradził. Tak jak niezłomny wbrew całemu światu, który zdradził, był Józef Mackiewicz. Gdybym jednak był reprezentantem obozu smoleńskiego, zawahałbym się przed tak jednoznaczną afirmacją Mackiewicza. Bo z punktu widzenia polskiego patriotyzmu jego droga ideowa jest ryzykowna i dwuznaczna. Józefa Mackiewicza antykomunizm doprowadził bowiem na (a może wręcz: poza?) granice narodowej indyferencji. „Niech Polacy wyginą w kolejnym powstaniu, to nieważne, ważne, że do komunistów trzeba strzelać” – tak można zrekonstruować jego podstawowy pogląd, w imię którego zwalczał właściwie wszystkich w kraju i na emigracji, którzy nie uważali, że kto nie chce natychmiast do lasu czy na barykady, ten zdrajca. Antykomunizm zawiódł Mackiewicza również na manowce intelektualne”– wywodził przed kilkoma laty czołowy intelektualista dzisiejszego obozu „dobrych zmian”, Piotr Skwieciński.
To znamienna opinia i przypominam o niej nie bez przyczyny.
Taką wizję rzeczywistości III RP – jakże innej i lepszej od realiów państwa komunistycznego, wydają się podzielać politycy „obozu patriotycznego”, większość intelektualistów i publicystów „wolnych mediów”.
Tam dawno dokonano gradacji, do której nie dorośli jeszcze niepoprawni radykałowie i zwolennicy mackiewiczowskiej logiki. Gradacji tak prostej, jak proste okazało się revisio ludzi demokratycznej opozycji, gdy zasiadali do stołu z Kiszczakiem i Jaruzelskim.
Czy zdefiniujemy ich postawę w kategoriach obłudy i wyrachowania, czy zechcemy w niej widzieć szlachetną, acz infantylną wiarę – w niczym nie zmienia to faktu, że wówczas i dziś mamy do czynienia z  praktyką opozycji wewnątrzsystemowej, nigdy zaś – skierowaną przeciwko systemowi.
Nasz problem polega zaś na tym, że nie tylko nie mamy odwagi tego dostrzec, ale od ludzi składających kwiaty  przed „Onymi”, zdajemy się oczekiwać najszczytniejszych ideałów i walki na śmierć i życie.
Bo skoro komunizm umarł i wyparował z alkoholem opróżnianym w Magdalence – czy potrzebna nam bezwzględność i bezkompromisowość w zderzeniu z patologiami III RP?
Co wspólnego mają one z komunizmem, pogrzebanym wszak na początku „okrągłostołowej” państwowości? I czym usprawiedliwić dziś archaiczną postawę antykomunistyczną, jeśli ulubieńcy „środowisk patriotycznych” i luminarze „wolnych mediów” zaświadczają nam o epokowych zmianach i kreślą mackiewiczowskie rojenia jako drogę ryzykowną i dwuznaczną?
Jest coś głęboko tragicznego w dzisiejszych oczekiwaniach elektoratu Prawa i Sprawiedliwości. Jest też zagadka zabobonnej wiary, jakoby partia pana Kaczyńskiego miała wolę rozliczenia zbrodni komunizmu i postępków jego sukcesorów, w tym usilnym przeświadczeniu, że okaże się ona zdolna obalić porządek „okrągłego stołu” i zbudować nam państwo wolnych Polaków. Ten tragizm staje się tym bardziej widoczny, im bardziej pogłębia się kontrast między oczekiwaniami milionów wyborców, a praktyką partyjnych macherów.
Trzeba mocno zaciskać oczy, by nie dostrzec logiki „dobrych zmian” – partyjnych pochwał dla „demokracji” i „ducha dialogu”, gloryfikowania „roli opozycji” i zapewnień o poszanowaniu jej praw.
Trzeba zapomnieć o bojaźni wobec dyktatu brukselskich terrorystów, o poparciu dla szkodników i kapusiów bezpieki, o szemranych nominacjach i geszeftach z ośrodkami propagandy, o słowach, które uwłaczały Polakom i niosły zapowiedź prawdziwych intencji – „nie możemy w tej chwili myśleć o żadnym rewanżu, o żadnym odwecie”.
Trzeba udawać, jak nieistotna jest  prawda o śmierci księdza Jerzego i wiedza zawarta w Aneksie do Raportu z Weryfikacji WSI.
Trzeba zapomnieć o setkach przestępstw i niegodziwościach poprzedniego reżimu, o krzyku z Krakowskiego Przedmieścia, o zdradzie hierarchów „pojednanych” z wysłannikiem Putina i zaprzaństwie politycznych „elit”.
O tym, kto i co mówił po Smoleńsku i jak dalece cuchnął agenturą lub pospolitym tchórzostwem.
Trzeba nie widzieć głupoty i słabości ministrów tego rządu i rozgrzeszać ich błędy dialektyką ataków ze strony opozycji. Trzeba powtarzać sobie – jak wspaniałego mamy prezydenta, byle nie dostrzec realiów tej prezydentury, pijarowskiej fasady i deficytu działań.
Zaiste – trzeba też pogardy dla prawdy, rozumu i własnych aspiracji, by nadal powtarzać mantrę o „wybitnych strategach”, „potrzebie cierpliwości” i „mobilizacji”.
Skąd bierze się tak niewolnicza mentalność, że w miejsce sprzeciwu i męskiej determinacji, karmi się bezmyślnym biadoleniem i mitologią demokracji? Kto wmówił tym ludziom, że zdrajcy paktujący z wrogiem, piewcy rosyjskich łgarstw i szydercy ze śmierci Polaków – mają dziś prawo do miana naszych rodaków i przywileje „demokratycznej opozycji”?
I jak długo wyborcy będą wierzyli, że tak załgana nomenklatura jest tylko wyrazem „strategii politycznej” PiS-u, a nie oznaką trwałości komunistycznej hybrydy?

czwartek, 23 maja 2019

GDYBY PAN COGITO ODWAŻYŁ SIĘ STRZELAĆ...


Jakaż może być dyskusja, gdy wszystko postawione jest właśnie do góry nogami. Słowa mają tu znaczenie odwrotne albo nie mają żadnego. Odbierz ludziom pierwotny sens słów, a otrzymasz właśnie ten stopień paraliżu psychicznego, którego dziś jesteśmy świadkami. To jest w swej prostocie tak genialne, jak to zrobił Pan Bóg, gdy chciał sparaliżować akcję zbuntowanych ludzi, budujących wieżę Babel: pomieszał im języki.
- Więc jakiż jest, twoim zdaniem, sposób przełamania tego zbiorowego paraliżu, wywołanego hipnozą kłamstwa?
- W każdym razie nie można go szukać na drodze polemiki. Sam fakt bowiem polemiki wciąga w orbitę i przenosi nas w płaszczyznę bolszewickiego absurdu.
- Więc jaki? Powiedz.
- Należy go szukać na drodze równie prostych odruchów psychicznych: strzelać!
- Jak to, strzelać? Do kogo?
- Zwyczajnie. Po prostu. Do bolszewików.

Dialog z „Drogi donikąd” Józefa Mackiewicza, brzmi dziś złowrogo i nieprzystępnie. Dla wielu jest równie niepojęty, jak hieroglify z wyspy File i równie przerażający, niczym wezwanie do zabijania Żydów. Nie tylko dlatego, że w mniemaniu większości nie ma dziś komunizmu ani żadnych bolszewików, ale z powodu lęku, jaki wywołują słowa nazbyt jaskrawe.
Jak przyjąć równie „prosty odruch” i słowa bez światłocienia, jeśli - nam strzelać nie kazano?
Nie kazano nazywać rzeczy po imieniu ani nadstawiać pięści zamiast policzka.
Nie pozwolono dostrzegać Obcych, zabroniono pamiętać i wiedzieć.
Ludzi, którzy na nienawiści oparli swój reżim i chcieli nas „jednać” z wrogami polskości – mamy nazywać Polakami.
Hierarchom – za ich zaprzaństwo i hańbę „pojednania” z kremlowskim bandytą – winniśmy szacunek.
Kazano nam cieszyć się kłamstwem o „zasypywaniu podziałów” i „odbudować wspólnotę” z łotrami, którzy żałobę nazywali nekrofilią i szydzili z ludzi modlących się przed krzyżem.
W miejsce tego, co prawem ludzi wolnych, nakarmiono nas mitologią demokracji i łgarstwem o „podziałach wśród Polaków”.
Wszystko zaś po to, byśmy w zderzeniu z agresją Onych – byli bezbronni. Bezbronni tym bardziej, im łatwiej uwierzymy w łgarstwo, jakoby reakcje rzekomej „opozycji” wynikały z „różnic politycznych i światopoglądowych”, były „prawem demokracji” i symptomem „pluralizmu”.
Pytania, które  Mackiewicz zadał w roku 1947 –„jak można na dłuższą metę wychowywać naród politycznie, bez przeprowadzenia „kanciastej” granicy pomiędzy pojęciami tak prymitywnymi jak: „sojusznik” i „najeźdźca”, „wierny” i „zdrajca”, „swój” a obcy, czy wrogi „agent”- nikt nie odważy się powtórzyć.
 „Kanciaste granice” dawno zostały zamazane, by żaden z Polaków nie odważył się zdefiniować zdrajcy, wroga i obcego.
Cóż po tym, że dziesiątki polityków i medialnych demiurgów dywaguje dziś o „chorych z nienawiści” i w ludziach rzekomej „opozycji” widzi „targowicę” i „spadkobierców komuny”?
Co po oracjach o walce ze „złogami komunizmu” i deklaracjach potępienia „antypolskiej narracji”?
Jaki pożytek z tradycji Żołnierzy Niezłomnych, jeśli ci, którzy nią gęby wycierają, bełkoczą o „konsensusie” z sukcesorami komuny i „porozumieniu” z antypolską hołotą?
Co po wspomnieniach o II Rzeczpospolitej, jeśli rządzą nami wyznawcy niewolniczego „georealizmu” i piewcy „przyjacielskich relacji” z Niemcami i Rosją?
Lęk, jaki towarzyszy mitologom demokracji nie pozwala przekroczyć granicy magdalenkowego szalbierstwa ani zmierzyć się z prawdziwą dychotomią My-Oni.
Nikt z tych, którzy sławią wolność okrągłostołowej pseudo państwowości, nie odważy się rozstrzygnąć:
- Jest III RP bękartem PRL-u, sukcesją sowieckiej okupacji i obrazą wolnej Rzeczpospolitej, czy przez trzy dekady tego państwa doświadczaliśmy zbiorowych imaginacji, a supremacja ludzi o sowieckim rodowodzie, to dowód ich potencjału intelektualnego i wyższości moralnej?
-Jest błąd semantyczny w definicji człowieka sowieckiego i władza takich postaci nie dowodzi  trwałości komunizmu, czy może definicja okazuje się prawidłowa, zaś buta homososów potwierdza stan naszego zniewolenia?
- Są w III RP stada apatrydów, zdrajców i wrogów polskości, czy też na postawach antypolskich, zaprzaństwie i nienawiści opiera się dziś model „nowoczesnego patriotyzmu”?

czwartek, 18 maja 2017

GDYBY PAN COGITO ODWAŻYŁ SIĘ STRZELAĆ...

Jakaż może być dyskusja, gdy wszystko postawione jest właśnie do góry nogami. Słowa mają tu znaczenie odwrotne albo nie mają żadnego. Odbierz ludziom pierwotny sens słów, a otrzymasz właśnie ten stopień paraliżu psychicznego, którego dziś jesteśmy świadkami. To jest w swej prostocie tak genialne, jak to zrobił Pan Bóg, gdy chciał sparaliżować akcję zbuntowanych ludzi, budujących wieżę Babel: pomieszał im języki.
- Więc jakiż jest, twoim zdaniem, sposób przełamania tego zbiorowego paraliżu, wywołanego hipnozą kłamstwa?
- W każdym razie nie można go szukać na drodze polemiki. Sam fakt bowiem polemiki wciąga w orbitę i przenosi nas w płaszczyznę bolszewickiego absurdu.
- Więc jaki? Powiedz.
- Należy go szukać na drodze równie prostych odruchów psychicznych: strzelać!
- Jak to, strzelać? Do kogo?
- Zwyczajnie. Po prostu. Do bolszewików.

Dialog z „Drogi donikąd” Józefa Mackiewicza, brzmi dziś złowrogo i nieprzystępnie. Dla wielu jest równie niepojęty, jak hieroglify z wyspy File i równie przerażający, niczym wezwanie do zabijania Żydów. Nie tylko dlatego, że w mniemaniu większości nie ma dziś komunizmu ani żadnych bolszewików, ale z powodu lęku, jaki wywołują słowa nazbyt jaskrawe.
Jak przyjąć równie „prosty odruch” i słowa bez światłocienia, jeśli - nam strzelać nie kazano?
Nie kazano nazywać rzeczy po imieniu ani nadstawiać pięści zamiast policzka.
Nie pozwolono dostrzegać Obcych, zabroniono pamiętać i wiedzieć.
Ludzi, którzy na nienawiści oparli swój reżim i chcieli nas „jednać” z wrogami polskości – mamy nazywać Polakami.
Hierarchom – za ich zaprzaństwo i hańbę „pojednania” z kremlowskim bandytą – winniśmy szacunek.
Kazano nam cieszyć się kłamstwem o „zasypywaniu podziałów” i „odbudować wspólnotę” z łotrami, którzy żałobę nazywali nekrofilią i szydzili z ludzi modlących się przed krzyżem.
W miejsce tego, co prawem ludzi wolnych, nakarmiono nas mitologią demokracji i łgarstwem o „podziałach wśród Polaków”.
Wszystko zaś po to, byśmy w zderzeniu z agresją Onych – byli bezbronni. Bezbronni tym bardziej, im łatwiej uwierzymy w łgarstwo, jakoby reakcje rzekomej „opozycji” wynikały z „różnic politycznych i światopoglądowych”, były „prawem demokracji” i symptomem „pluralizmu”.
Pytania, które  Mackiewicz zadał w roku 1947 –„jak można na dłuższą metę wychowywać naród politycznie, bez przeprowadzenia „kanciastej” granicy pomiędzy pojęciami tak prymitywnymi jak: „sojusznik” i „najeźdźca”, „wierny” i „zdrajca”, „swój” a obcy, czy wrogi „agent”- nikt nie odważy się powtórzyć.
 „Kanciaste granice” dawno zostały zamazane, by żaden z Polaków nie odważył się zdefiniować zdrajcy, wroga i obcego.
Co po tym, że dziesiątki polityków i medialnych demiurgów dywaguje dziś o „chorych z nienawiści” i w ludziach rzekomej „opozycji” widzi „targowicę” i „spadkobierców komuny”?  Co po oracjach o walce ze „złogami komunizmu” i deklaracjach potępienia „antypolskiej narracji”?
Jaki pożytek z tradycji Żołnierzy Niezłomnych, jeśli ci, którzy nią gęby wycierają, bełkoczą o „konsensusie” z sukcesorami komuny i „porozumieniu” z antypolską hołotą?
Co po wspomnieniach o II Rzeczpospolitej, jeśli rządzą nami wyznawcy niewolniczego „georealizmu” i piewcy „przyjacielskich relacji” z Niemcami i Rosją?
Lęk, jaki towarzyszy mitologom demokracji nie pozwala przekroczyć granicy magdalenkowego szalbierstwa ani zmierzyć się z prawdziwą dychotomią My-Oni.
Nikt z tych, którzy sławią wolność okrągłostołowej pseudo państwowości, nie odważy się rozstrzygnąć:
- Jest III RP bękartem PRL-u, sukcesją sowieckiej okupacji i obrazą wolnej Rzeczpospolitej, czy przez trzy dekady tego państwa doświadczaliśmy zbiorowych imaginacji, a supremacja ludzi o sowieckim rodowodzie, to dowód ich potencjału intelektualnego i wyższości moralnej?
-Jest błąd semantyczny w definicji człowieka sowieckiego i władza takich postaci nie dowodzi  trwałości komunizmu, czy może definicja okazuje się prawidłowa, zaś buta homososów potwierdza stan naszego zniewolenia?
- Są w III RP stada apatrydów, zdrajców i wrogów polskości, czy też na postawach antypolskich, zaprzaństwie i nienawiści opiera się dziś model „nowoczesnego patriotyzmu”?
Jeśli w realiach tego państwa wciąż znajdujemy rys komunistycznego piekła - wolno nam karmić się kłamstwem o „śmierci komunizmu” i wierzyć, że od trzech dekad przemierzamy „wielki plac czyśćca”? Kto dał nam prawo zamykać oczy na piętno tej sukcesji – tylko dlatego, że widząc ją, bylibyśmy zmuszeni do porzucenia fałszywych dogmatów? 
A skoro nie ma logiki, pytań ani odpowiedzi -  płaszczyzna bolszewickiego absurdu wytycza naszą świadomość i dialog z Mackiewicza musi wydawać się polityczną fikcją.

poniedziałek, 12 września 2016

O WALCE DIABŁA Z SZATANEM

Józef Mackiewicz w „Zwycięstwie prowokacji” przypominał - „Polityka Zachodu podczas wojny kierowała się względami narzuconymi jej przez sojusz z Sowietami; polityka Zachodu po wojnie kieruje się względami narzuconymi jej przez chęć pokojowej koegzystencji z Sowietami.
Do tej trafnej konkluzji autora „Drogi donikąd”, moglibyśmy dziś dopisać – „Polityka Zachodu po upadku Sowietów kieruje się względami narzuconymi jej przez chęć kooperacji ekonomicznej i agenturalnej oraz wolę zachowania spokoju – za każdą cenę”.
Dla nas - Polaków oznacza to, że doświadczenia lat 1939, 1945 i 1989, muszą być postrzegane jako historyczna przestroga. Kolejna data w polskiej historii nie przyniesie przełomu w łańcuchu dyplomatycznych łajdactw, zdrady i zawiedzionych nadziej. Żadna z „zachodnich demokracji” nie będzie umierać za Polskę, tak jak dziś nikt nie chce nadstawiać głowy za wolną Ukrainę.
Zachód nigdy nie dokonał korekty polityki wobec ZSRR-Rosji, nie wyciągnął wniosków z najbardziej rażących błędów i nie zdobył się na rewizję ładu jałtańskiego.
Za rozpętanie II wojny światowej i ludobójstwo katyńskie, za bandyckie wysiedlenie ponad dwóch milionów Polaków i zbrodnie dokonywane pod okupacją sowiecką – „wolny świat” przyznał Sowietom miano sojusznika w walce z Hitlerem i namaścił Stalina na sprzymierzeńca. Pozwolił również, by sowieccy zbrodniarze zalegalizowali okupację blisko połowy państw europejskich i na długie półwiecze ustanowili „ruski ład” na obszarze „wyzwolonym” przez Armię Czerwoną.
Postawę Zachodu wobec Sowietów wyznaczyły wówczas słowa Churchilla - o gotowości „sprzymierzenia się z diabłem, żeby tylko wypędzić szatana”. Zaledwie „diabłem” miał być Stalin, odpowiedzialny za śmierć blisko 200 milionów istnień. W opinii przywódców „wolnego świata” stanowił on mniejsze zagrożenie od „szatana” – Hitlera, winnego zagładzie prawie 60 milionów ludzi.
Gdy „diabeł” wykrwawił „szatana” na ziemiach oddalonych od europejskich stolic, przyjęto dogmat, iż każdy, kto występuje przeciwko „diabłu”, będzie odtąd wrogiem koalicji antyfaszystowskiej i przeciwnikiem „normalizacji”. Zaakceptowano również okupację sowiecką nad połową Europy, nadając jej pozory „demokracji socjalistycznej” i konwalidując okupacyjne twory w relacjach międzynarodowych.
Ówczesne „autorytety emigracyjne” zgrzytały zębami, gdy Józef Mackiewicz przywoływał słowa Goebbelsa, który w przededniu klęski hitlerowskich Niemiec pisał - „Polskę czeka marny los na wypadek zwycięstwa aliantów, Anglia okaże się w rezultacie słaba i Polskę sprzeda, bolszewicy Polskę zabiorą i zrobią z niej 17 republikę.”
Rok 1989 i propagandowe ogłoszenie „upadku komunizmu” był efektem kontynuacji tej mitologicznej postawy wobec „diabła”. Jego przejście na „stronę światłości” powitano jako ostateczne zwycięstwo nad „szatanem totalitaryzmu” i konsekwencję wspólnej walki z demonem – Hitlerem. Przyczyną tej zbiorowej mistyfikacji była m.in. konieczność usprawiedliwienia sojuszu z międzynarodowym komunizmem. Bez tego usprawiedliwienia, ideowa wykładnia wojny z Hitlerem oraz zgoda Zachodu na półwiecze okupacji sowieckiej, nie byłaby możliwa.
Dzięki fikcyjnej „śmierci komunizmu” dokonano rozgrzeszenia hańby ładu jałtańskiego, zaaprobowano farsę procesu w Norymberdze i zapomniano komunistom zbrodnie ludobójstwa, przy których bledną wyczyny Hitlera.
            Współczesna geopolityka stanowi prostą kontynuację tej mitologii i wspiera na szalbierskich dogmatach ustanowionych w czasach powojennych. Nie ma w niej miejsca na racjonalną metodologię, która uwzględniałaby rzeczywistą pozycję Federacji Rosyjskiej ani na prawidłową ocenę głównej broni Kremla - strategii podstępu i dezinformacji.

wtorek, 8 marca 2016

KWIATY DLA SUKCESORÓW I LOGIKA MACKIEWICZOWSKA

„Powinniśmy prowadzić walkę z komunizmem na śmierć i życie. To nie jest walka o piłkę w tenisie, ani o bilę w bilardzie lub wieżę w szachach. To jest walka o najszczytniejsze ideały ludzkości. A w walce na śmierć i życie nie udziela się ‘forów’.
A takim właśnie udzielaniem "forów" byłaby z naszej strony wojna z komunizmem, bez stosowania równie groźnej broni, jaką jest metoda wojującego "internacjonału" - bezwzględność i bezkompromisowość. Jeden z publicystów kowieńskich, pisząc ostatnio o retorsjach i wzajemnie odwetowej polityce Polski i Litwy , rzucił myśl, czyby nie lepiej było postąpić inaczej i powiada, że słyszał, jak kiedyś Bułgarzy zbezcześcili cmentarz turecki, a nazajutrz Turcy ruszyli wielkim tłumem na cmentarz bułgarski i złożyli na grobach kwiaty. Czy podobny gest w stosunkach polityczno-narodowościowych może być skuteczny i celowy, można się o to spierać, dopóki w grę wchodzi Polska i Litwa, Bułgaria czy Turcja, Włochy czy Abisynia, narody sobie bliskie lub dalekie, chrześcijańskie czy mahometańskie. Ale nie ulega żadnej dyskusji fakt, że tego rodzaju metoda w stosunku do komunizmu byłaby szczytem śmiesznej naiwności, czy raczej, jak powiedziałem, nieporozumienia. A śmieliby się z nas przede wszystkim sami komuniści” – pisał Józef Mackiewicz w roku 1936.
Żyjąc w społeczeństwie, które uwierzyło w śmierć komunizmu, niełatwo powoływać się na słowa wielkiego pisarza. I niebezpiecznie, bo można zasłużyć na krytykę światłych żurnalistów i zostać posądzonym o „intelektualne manowce”.
Za patrona intelektualnego swojego obozu Ścios (i wielu innych przedstawicieli obozu smoleńskiego) uznaje Józefa Mackiewicza. To logiczne – dla tych, którzy uważają, że żyją nie w roku 2011, tylko w 1981, autor Kontry musi być patronem pociągającym. Pozwala bowiem uznać, że w Polsce tak naprawdę nic się nie zmieniło, komunistyczna okupacja zmieniła tylko kształt, a ci, którzy to dostrzegają, nie są bynajmniej ofiarami dziwacznych aberracji, tylko ostatnimi wiernymi prawdzie partyzantami. Niezłomnymi – wbrew całemu światu, który zdradził. Tak jak niezłomny wbrew całemu światu, który zdradził, był Józef Mackiewicz. Gdybym jednak był reprezentantem obozu smoleńskiego, zawahałbym się przed tak jednoznaczną afirmacją Mackiewicza. Bo z punktu widzenia polskiego patriotyzmu jego droga ideowa jest ryzykowna i dwuznaczna. Józefa Mackiewicza antykomunizm doprowadził bowiem na (a może wręcz: poza?) granice narodowej indyferencji. "Niech Polacy wyginą w kolejnym powstaniu, to nieważne, ważne, że do komunistów trzeba strzelać" – tak można zrekonstruować jego podstawowy pogląd, w imię którego zwalczał właściwie wszystkich w kraju i na emigracji, którzy nie uważali, że kto nie chce natychmiast do lasu czy na barykady, ten zdrajca. Antykomunizm zawiódł Mackiewicza również na manowce intelektualne”– wywodził przed pięcioma laty czołowy intelektualista dzisiejszego obozu „postępu i dobrych zmian”, Piotr Skwieciński.
To znamienna opinia i przypominam o niej nie bez przyczyny. Taką wizję rzeczywistości III RP – jakże innej i lepszej od realiów państwa komunistycznego, wydają się podzielać politycy „obozu patriotycznego”, większość intelektualistów i publicystów „wolnych mediów”. Tam dawno dokonano gradacji, do której nie dorośli jeszcze niepoprawni radykałowie i zwolennicy mackiewiczowskiej logiki. Gradacji tak prostej, jak proste okazało się revisio ludzi „demokratycznej opozycji”, gdy zasiadali do stołu z Kiszczakiem i Jaruzelskim. Czy zdefiniujemy ich postawę w kategoriach obłudy i wyrachowania, czy zechcemy w niej widzieć szlachetną acz infantylną wiarę – w niczym nie zmienia to faktu, że wówczas i dziś mamy do czynienia z  praktyką opozycji wewnątrzsystemowej, nigdy zaś – skierowaną przeciwko systemowi.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

NUDIS VERBIS – 3 PERSPEKTYWY

Dlaczego Ameryka np. ma nas chcieć wyzwalać bardziej, niż my sami tego pragniemy? Dlaczego Amerykanie np. mają ginąć za nas, gdy sami nie pragniemy ginąć za siebie? – Pytania te dlatego traktuje się notorycznie za "szaleństwo", a nawet "zbrodnię", ponieważ wobec dzisiejszych potęg świata, rzekomo żaden spontaniczny opór ani się nie ostoi, ani się nie liczy. Wszelako rzeczywistość mówi nam co innego. Że się właśnie nie uznaje i nie liczy z tymi, którzy siedzą z założonymi rękami” – napisał Józef Mackiewicz w rozdziale "Realizmy" contra rzeczywistość”, umieszczonym w „Zwycięstwie prowokacji”.
Rozważania Mackiewicza na temat „Ros-realizmu” – jak autor „Kontry” nazywał mitologię funkcjonującą w świecie Zachodu, bez najmniejszej korekty należałoby zastosować do relacji istniejących dziś w Europie. Owe „realizmy” (bo wciąż istnieje wiele odmian), każą nie tylko gloryfikować ducha „dialogu i współpracy” oraz szukać „dróg pokojowego współistnienia” (z każdym bandytą), ale we wszelkich przejawach życia publicznego promują postawy bierne i zależne, obliczone na rezygnację z samostanowienia i samodzielności oraz ugruntowują bezgraniczną wiarę w dogmat „niepodważalnych sojuszy” lub mitologię tzw. integracji europejskiej.
Niedawna deklaracja Jensa Stoltenberga – „NATO nie da się wciągnąć w wyścig zbrojeń z Rosją”, obnaża nie tylko słabość zachodnich przywódców, ale doskonale uwidacznia skalę tryumfu sowieckiej strategii podstępu i dezinformacji. Stosunek państw „wolnego świata” do putinowskiej Rosji jest projekcją tych samych błędów, jakie popełniali twórcy ładu jałtańskiego. 
Gdy na zakończenie rozdziału Mackiewicz napisał – „Ograniczymy się do stwierdzenia faktu, że mimo powszechnego potępienia wojny uznanie praw i respekt w świecie zdobywają przede wszystkim ci, którzy działają. Legenda, że istnieje możliwość przekupienia Sowietów grzeczną postawą jest tylko legendą, tak samo jak możliwość ich przekonania” – wyrażał pogląd tyleż daleki od dzisiejszych wyobrażeń „georealistów”, jak obarczony najcięższym zarzutem „idealizmu”, podniesionym obecnie do rangi „myślozbrodni”. W świecie, w którym „pokój i dobrobyt” stanowią wartość niepodważalną, po wielokroć przewyższającą dążenie do prawdy i wolności, zaś postawa „tolerancji i kompromisu” zastępuje nawet instynkt przetrwania gatunku ludzkiego, takie dictum musi być uznane za  objaw groźnego szaleństwa. 
Nie będziemy jednak zajmowali się nieszczęściem, jakie dotknęło „światłych” Europejczyków. Nasi rodacy wykazują się dostatecznym „georealizmem”, by zaliczyć ich do ludzi doświadczonych tym samym przekleństwem. Warto przypomnieć, ze praktykowany w III RP „georealizm” wynika z akceptacji powojennego porządku, w którym dominacja sowiecka miała być nieuniknionym efektem „historycznych uwarunkowań”, zaś Polska miała stanowić przedmiot w grze światowych mocarstw. Był to pogląd narzucony kulami karabinów i pałkami policji politycznej, wsparty na pseudohistorycznej, kazuistycznej argumentacji, która zawsze osłaniała postawy pospolitych koniunkturalistów i łajdaków. Przez półwiecze okupacji sowieckiej przekonywano Polaków, że Rosja jest światowym hegemonem, a jej polityczna i militarna obecność wytycza granicę nieprzekraczalną dla polskich aspiracji.
Zaszczepiany przez dziesięciolecia lęk przez Sowietami miał tłumić dążenia niepodległościowe i sprawić, że wszelkie koncepcje istnienia Niepodległej będą musiały uwzględniać interes rosyjski. Ze straszaka "konfliktu z Rosją" namiestnicy PRL-u uczynili podstawowy element indoktrynacji społeczeństwa i główny paralizator naszych aspiracji. Ten sam straszak z powodzeniem wykorzystali ludzie „demokratycznej opozycji” – namaszczeni przez Kiszczaka na narodowych przewodników, zaś cała dogmatyka „georealistów” została przejęta przez komunistyczną hybrydę III RP i przez ostatnie ćwierćwiecze skutecznie paraliżuje polską myśl polityczną. Ludzie, którzy po lekturze „Nudis verbis” zadaliby idiotyczne pytanie – czy autor chciałby wepchnąć Polskę w stan wojny z Rosją, są skończonymi ofiarami tej niewolniczej, sowieckiej mentalności. Nie może dziwić, że nie ma w niej miejsca na antyrosyjskość i antykomunizm – dwa filary polskiej racji stanu.
W nieco odmienny sposób zbudowano natomiast mitologię „pojednania” z Niemcami i wykreowano nasze relacje z zachodnim sąsiadem. Do tego celu wykorzystano przede wszystkim dążenia Polski do integracji ze strukturami zachodnimi. Postulat „integracji europejskiej” (przyjęty na początku III RP jako dogmat polityki zagranicznej), został  skutecznie obciążony koncepcją „zbliżenia z Niemcami”, do czego przyczyniła się nie tylko działalność agentów Stasi i KGB, oddelegowanych na „odcinek pojednania”, ale wspólna rosyjska-niemiecka gra, obliczona na  zachowanie Polski w strefie obcych wpływów. Po upadku muru berlińskiego i zjednoczeniu państw niemieckich, wsparcia dla polskich dążeń upatrywano głównie ze strony Republiki Federalnej Niemiec, a do dziś Niemcy są uważani za głównych „akuszerów” naszego akcesu do UE i NATO. 

niedziela, 26 lipca 2015

DLACZEGO NUDIS VERBIS


Gdy w tekście „O postawie wyprostowanej” ( z 9 maja br.) napisałem – „Jeśli te wybory zakończą się porażką opozycji i Bronisław Komorowski sięgnie po drugą kadencję, nie warto dłużej zawracać sobie głowy działaniami partii pana Kaczyńskiego i związanych z nią mediów”, padła również zapowiedź - „czytelnikom bezdekretu chcę wówczas zaproponować całkowicie inną perspektywę i spojrzenie na polskie sprawy ponad dotychczasową normą „opozycyjności”.
Wygrana Andrzeja Dudy nie tylko potwierdzała ułomności moich przedwyborczych prognoz, ale powinna uchylić taką deklarację i sprawić, że dalsze rachuby polityczne zostaną oparte na działaniach nowego prezydenta i poczynaniach zwycięskiej (oby) partii Jarosława Kaczyńskiego. Ta sytuacja otwiera (jak twierdzą politycy opozycji) „drogę dobrych zmian” i całkowicie zaspokaja oczekiwania zwolenników pana Kaczyńskiego. Jestem przekonany, że większość wyborców PiS w takich kategoriach oceni zwycięstwo wyborcze i będzie w nim upatrywać początek arcyważnego, historycznego przełomu.
Czy to oznacza, że proponowana na tym blogu perspektywa „długiego marszu” stanie się odtąd bezużyteczna i nieaktualna? W kontekście nowego rozdania, należałoby wówczas zapytać - czy powinniśmy oczekiwać, że prezydent Andrzej Duda i rząd pod wodzą Beaty Szydło podejmą trud demontażu komunistycznego bękarta III RP, zerwą porządek ustanowiony w Magdalence i wytyczą drogę do wolnej Rzeczpospolitej?
W moim przekonaniu, byłyby to wyobrażenia bezpodstawne, świadczące o politycznym infantylizmie i myśleniu życzeniowym. Żadne z ocen i poglądów głoszonych dziś przez czołowe postaci opozycji, nie uprawniają do formułowania takich oczekiwań.
Nikt nie słyszał deklaracji Andrzeja Dudy, które świadczyłyby o intencji zerwania z ciągłością polityczną III RP. Nigdy nie padła zapowiedź podważenia „dokonań” ostatniego ćwierćwiecza ani oceny zapaści, w jaką wepchnęły nas rządy PO-PSL i prezydentura B. Komorowskiego. Nie słyszano, by nowy prezydent lub kandydatka na premiera uznali za priorytet sprawę zamachu smoleńskiego i w kontekście tego wydarzenia zamierzali zweryfikować dotychczasowe kierunki polityki zagranicznej. Nic nie wiadomo o planach odrzucenia komunistycznej mitologii „georealizmu” ani budowania strategii bezpieczeństwa narodowego w oparciu o własną, polską drogę. Nie wiemy też, na czym miałyby polegać „zmiany w polityce zagranicznej”, jeśli nadal mają być zależne od dogmatu „integracji europejskiej” i wsparte na gwarancjach udzielanych przez odwiecznych wrogów polskości.
Uważam za oczywiste, że prezydentura pana Dudy i (potencjalny) rząd pani Szydło, będą sprawowane w formule obecnej państwowości i nigdy nie podważą jej fundamentów. Nie mamy dziś opozycji antysystemowej i żadne z postulatów partii pana Kaczyńskiego nie prowadzą do obalenia porządku III RP. Ponieważ tworu powołanego w Magdalence, nie sposób zmienić ani zmodernizować (a tylko w tym kierunku idą intencje opozycji) - podtrzymuję twierdzenie o czekającym nas „długim marszu”. Wprawdzie nowe rozdanie może sprawić, że rozpoczniemy go z dalece lepszej pozycji, to cel końcowy nadal wydaje się mglisty i odległy.
Dlaczego zatem  nudis verbis? Gdy we wrześniu ubiegłego roku opublikowałem dwa teksty pod takim tytułem, zawarte w nich twierdzenia wzbudziły zapewne konsternację, ale też wywołały zainteresowanie i ciekawą dyskusję. Chciałbym przypomnieć te refleksje i poprzedzić nimi publikację trzeciej części „Nudis Verbis”, zatytułowanej „Perspektywy”.
Choć wrześniowe teksty są obszerne i wymagają dłuższej uwagi, proszę wybaczyć, że publikuję je w całości. Chciałbym, by wraz z częścią trzecią stanowiły logiczną całość i stały się w pełni zrozumiałe.  
Mam też nadzieję, że w przededniu ważnych, wyborczych rozstrzygnięć, tak „kontrowersyjne” tezy staną się dobrym punktem wyjścia do poważnej rozmowy o kierunkach „długiego marszu”.

***

NUDIS VERBIS – 1 Diagnoza

Żadnej współpracy z bolszewikami! Zasadą polskiej polityki zagranicznej winno być szukanie przeciwko Niemcom sprzymierzeńców na zachodzie, nigdy na wschodzie, W praktyce międzynarodowej nie ceni się przyjaciół całkowicie oddanych. […] Niemcy są naszym wrogiem zewnętrznym, bolszewicy i zewnętrznym, i wewnętrznym. Niemcy wojnę przegrali, bolszewicy ją wygrywają. Niemcy odchodzą, bolszewicy przychodzą” – pisał  Józef Mackiewicz w roku 1944, w wydawanym prze siebie piśmie „Alarm”.  
Jak dalece poglądy pisarza na sprawy polskie różniły się od opinii „autorytetów konspiracyjnych”, wyjaśniał Mackiewicz bez ogródek:
Oto w odróżnieniu od rozpowszechnionego dziś rewizjonizmu w dziedzinie teorii oporu wobec najeźdźcy, rewizjonizmu, który często powołuje się na wzory czeskie, byłem zdecydowanym zwolennikiem zbrojnego, bezkompromisowego przeciwstawiania się Niemcom, ale – jednocześnie – równie zdecydowanym przeciwnikiem wspomagania bolszewików. Przelewanie naszej krwi w walce z Niemcami uważałem za konieczne. Ale przelewanie tej samej krwi dla wspomagania bolszewików i przyśpieszenia zejścia Polski w jarzmo sowieckie – za zbrodnię. […] „Strzelanie do agentów Gestapo to akt samoobrony koniecznej, Wysadzanie pociągów z amunicją przeznaczoną do walki z bolszewikami, to świadectwo niedojrzałości politycznej. […] Podobne hasło uznane zostało przez niektóre „autorytety” konspiracyjne za – niezgodne z interesem Polski. Zważmy, że działo się to w czerwcu, lipcu 1944 r. Gdy klęska Niemiec była rzeczą przesądzoną, Gdy zamiary Sowietów w odniesieniu do Polski stały się już od dawna jawne i nie podlegające żadnej dyskusji!”
Sięgam po teksty Mackiewicza z „NUDIS VERBIS”, ponieważ nie ma w polskiej literaturze politycznej rzeczy równie uniwersalnych dla opisania naszej obecnej sytuacji. O doniosłości tekstów pisarza świadczą nie tylko miara historycznej weryfikacji i sprawdzalności jego prognoz politycznych, ale nienawiść, z jaką dwa bliźniacze twory: PRL i III RP, traktowały i traktują spuściznę Mackiewicza. Żaden inny pisarz nie został skazany na tak długoletnie zapomnienie i marginalizację, jak człowiek, który miał odwagę udzielać Polakom „artystycznej i publicystycznej lekcji antykomunizmu” (Jacek Trznadel).

środa, 4 marca 2015

O KANCIASTEJ GRANICY


„Stan wojny z najeźdźcą nie znaczy, jak go chcą niektórzy ośmieszyć, porywanie się „z kłonicą na bombę atomową”. Ale znaczy tego rodzaju postawę moralną, która by wpływała hamująco na spadek po równi pochyłej, po której toczy się w tej chwili cały naród. Tej właśnie równi pochyłej, spowodowanej przez pewne środowiska na emigracji i w kraju, której dziś, dla zatuszowania swej odpowiedzialności, nadają niewinne miano: „przemiany społeczno-polityczne”! – Nie wyobrażam sobie bowiem, jak można na dłuższą metę wychowywać naród politycznie, bez przeprowadzenia „kanciastej” granicy pomiędzy pojęciami tak prymitywnymi jak: „sojusznik” i „najeźdźca”, „wierny” i „zdrajca”, „swój” a obcy, czy wrogi „agent”.  Tymczasem wiemy z praktyki, że granica tych pojęć się zaciera”– napisał przed 70 laty Józef Mackiewicz w artykule „Dlaczego nie mogę wziąć udziału w ankiecie”, opublikowanym w czasopiśmie „Lwów i Wilno”.
Słowa pisarza pochodzą z epoki, do której chętnie odwołują się współcześni politycy „obozu patriotycznego”, publicyści, środowiska opozycji. Nie tylko dla wykazania własnego patriotyzmu, ale źródeł inspiracji i narodowych idei. To z postaw Żołnierzy Niezłomnych i czasów okupacji sowieckiej, mamy czerpać przykłady heroizmu i uczyć się polskości. Oni mają być się znakiem dla młodych pokoleń i źródłem narodowej dumy.
Z tej powszechnej, medialnej wizji, umyka jednak świadomość, że walka z bronią w ręku i czynny sprzeciw wobec okupanta, nie byłby możliwy bez przyjęcia fundamentalnej „kanciastej granicy”, o której przypominał Józef Mackiewicz.
Gdy w dniach poświęconych Żołnierzom Niezłomnym słuchałem wypowiedzi ludzi opozycji, rozlicznych zaklęć i dumnych deklaracji, odniosłem wrażenie, że przypisujemy sobie tradycję, od której oddziela nas nieprzebyta, historyczna bariera. Próby odwoływania się do dziedzictwa powojennego antykomunizmu, przy jednoczesnej negacji obowiązku wytyczenia „kanciastej granicy”, prowadzą nie tylko do zafałszowania prawdy o polskich bohaterach, ale stanowią haniebne nadużycie.
Choć w roku 1944 Mackiewicz nie mówił nic nowego, jego ówczesny „radykalizm” wywoływał sprzeciw londyńskich elit, a dla społeczeństwa doświadczonego wojną i podziałami, wydawał się nazbyt skrajną propozycją. Pisarz przypominał, że aby ocalić naród, trzeba oddzielić od siebie dwa, nieprzystające światy – zdrady i męstwa, swoich i obcych, trzeba nazwać rzeczy po imieniu i uporządkować system podstawowych pojęć. Wskazanie nieprzyjaciół, nazwanie wrogów – pełniło nie tylko funkcję integrującą, ale budowało grupową solidarność. Bez tego nakazu nie można było oddzielić dobra od zła ani uformować narodowej tożsamości. Taka postawa chroniła przed relatywizmem i błędną identyfikacją. Była konieczna, by świat stał się uporządkowaną rzeczywistością, a nie chaosem przypadkowych, nienazwanych relacji.
Ludzie, których nazwaliśmy Żołnierzami Niezłomnymi być może nie zaprzątali sobie głowy socjologicznym fundamentem swoich ocen. Ruski żołdak, moskiewski agitator czy polskojęzyczny ubek – byli wrogami tej samej kategorii, delegatami obcej, antypolskiej zgrai, z którą należało walczyć na śmierć i życie lub ulegając jej – zginąć.  
Tak rozumiany antykomunizm oznaczał w istocie przyjęcie żelaznej dychotomii My-Oni, w której nie ma miejsca na światłocienie i pseudo moralne dylematy, w której nie praktykuje się kompromisów i odrzuca pośrednie wybory. Mądrość takiej postawy polegała na zrozumieniu, że próba połączenia dwóch nieprzystających rzeczywistości musi skończyć się klęską wartości i pochłonięciem ich przez „rozbestwione kłamstwo”. Ci ludzie nie tłumaczyli sobie, że z kolaboracji ze złem wychodzi się zwycięsko lub idąc z nim na ustępstwa, można ocalić dobro. Nie szukali „dróg kompromisu”, bo każda łatwa droga prowadziła do upadku i zaprzaństwa. Nie próbowali odnajdywać „zgody budującej”, bo mieli świadomość, że jednymi budowlami komunizmu, były baraki obozów i miliony bezimiennych grobów.

czwartek, 26 lutego 2015

PRZECIWKO MITOLOGOM „RUSKIEJ SIŁY”


Wyhodowanie pokoleń „georealistów” jest bodaj największym, historycznym osiągnięciem komunizmu i jego sukcesorów. Samonapędzająca machina strachu nie zważa dziś na realną pozycję Rosji; nie przyjmuje do wiadomości danych ekonomicznych i socjologicznych, nie dostrzega stanu zapaści i cywilizacyjnego zacofania, nie widzi słabości militarnej i technologicznej państwa Putina. By usprawiedliwić własne ograniczenia karmi się wyobrażeniami o „wielkim mocarstwie”, wnioskuje z mitów i propagandowych wizji, czerpie z lęku, jaki niewolnik odczuwa przed gniewem „pana”.
Ten rodzaj „realizmu” wynika z akceptacji powojennego porządku, w którym dominacja sowiecka miała być nieuniknionym efektem „historycznych uwarunkowań”, zaś Polska miała stanowić przedmiot w grze światowych mocarstw. To pogląd narzucony kulami sowieckich karabinów i pałkami policji politycznej, wsparty na pseudohistorycznej, kazuistycznej argumentacji, która zawsze osłaniała postawy pospolitych koniunkturalistów i łajdaków.
Przez półwiecze sowieckiej okupacji przekonywano Polaków, że Rosja jest światowym hegemonem, a jej polityczna i militarna obecność wytycza granicę nieprzekraczalną dla polskich aspiracji
Zaszczepiany przez dziesięciolecia lęk przez Sowietami miał tłumić dążenia niepodległościowe i sprawić, że wszelkie koncepcje istnienia Niepodległej będą musiały uwzględniać interes rosyjski. Ze straszaka "wojny z Rosją" namiestnicy PRL-u uczynili podstawowy element indoktrynacji społeczeństwa i główny paralizator naszych aspiracji.
Ten sam straszak z powodzeniem wykorzystywali ludzie „demokratycznej opozycji” – namaszczeni przez Kiszczaka na narodowych przewodników, zaś cała dogmatyka „georealistów” została przejęta przez komunistyczną hybrydę III RP i przez ostatnie ćwierćwiecze skutecznie paraliżuje polską myśl polityczną. Nie może dziwić, że nie ma w niej miejsca na antyrosyjskość i antykomunizm – dwa filary polskiej racji stanu.
Uwspółcześniona koncepcja „georealizmu” kazała Bronisławowi Komorowskiemu w orędziu przed Zgromadzeniem Narodowym wyznać: "nie będzie stabilnego rozwoju naszego regionu bez współpracy z Rosją" i mówić o „interesie nas wszystkich w pojednaniu z Rosją”.
Wprawdzie rosyjska napaść na Ukrainę wymusiła chwilową zmianę retoryki, to ujawniła również, że lęk przez Rosją stanowi dziś główną przeszkodę na drodze do wyzwolenia spod władzy „czynnika rosyjskiego”.
Nie przypadkiem rozgrywanie tych lęków następuje w czasie, gdy Polacy zobaczyli, jak obala się reżim kremlowskich marionetek. Lekcja ukraińska druzgocze przecież mitologię „okrągłych stołów” i bezlitośnie obnaża fikcję tzw. mechanizmów demokracji – całkowicie martwych w państwach zawłaszczonych przez „partię rosyjską”. Co więcej - ta lekcja pokazuje rzeczywisty status Rosji – jako fikcyjnego „mocarstwa”, którego główną bronią nie jest potęga militarna lub ekonomiczna lecz ekspansja zbrodniczej mentalności, możliwa dzięki uległości zgrai eurołajdaków i słabości najgorszego w dziejach prezydenta USA.
Rosyjska agresja na Ukrainę nie może być żadnym dowodem siły militarnej („postępy” armii Putina w stosunku do ogromnych strat własnych są wręcz żałosne), lecz staje się efektem agenturalnej koniunktury i przyzwolenia na „światową ekspansję” prymitywnego kagebisty i jego bandyckiej zbieraniny.
Poczucie bezkarności kremlowskiego watażki ma trwałe, historyczne podstawy. Od czasu ustanowienia ładu jałtańskiego, polityka Rosji Sowieckiej i jej służb przyczyniła się do wyhodowania zastępów mędrków, którzy przyznają Rosji wyjątkowe prawo do ingerowania w życie innych narodów oraz wyznają dogmat poszanowania interesów rosyjskich. Szczególnie, jeśli wartość tych interesów jest mierzona w dolarach lub euro. Ci ludzie i kreowana przez nich polityka stanowią dziś śmiertelne zagrożenie dla świata. Znacznie większe niż zdezelowane ruskie tanki i zdemoralizowana armia Putina. Militarnie słaba i technologicznie zacofana Rosja, nie musi nawet udowadniać swojej siły. Robi to za nią armia tchórzliwych głupców, wspierana przez zastępy agentury wpływu.
Gdy w marcu 2013 roku opublikowałem w Gazecie Polskiej tekst – „ROSJA – IMPERIUM CZY POTĘGA MITU”, nie przypuszczałem, że kolejne dwa lata upłyną na umacnianiu rosyjskiej mitologii i triumfie postaw „georealizmu”. W zakończeniu tamtego tekstu znalazły się słowa:   
Jeśli dzisiejsza Rosja musi imitować mocarstwo i straszyć nas hardą retoryką – oznacza to tylko tyle, że państwo Putina staje się coraz słabsze i jest zmuszone sięgać do arsenału komunistycznych środków. Nic też nie wskazuje, by to państwo było w stanie sprostać globalnemu konfliktowi lub miało dążyć do jego sprowokowania. Taka konfrontacja   przyniosłaby Rosji militarną klęskę i spowodowała utratę jej najważniejszej broni - ekspansywnej sieci intryg i dezinformacji oplatającej współczesny świat. 

piątek, 19 września 2014

NUDIS VERBIS – 2 Terapia


Realizm wykuty z doświadczeń historii, nakazywałby budować państwowość w oparciu o własną, polską drogę. Bez oglądania na Wschód i na Zachód, bez liczenia na zachodnioeuropejskie gwarancje i współpracę z Rosją.
Polska nie ma najmniejszego interesu w popieraniu prorosyjskiej i proniemieckiej polityki przywódców UE. Od czasu „ładu jałtańskiego”, polityka ta stanowi największą barierę dla naszych dążeń niepodległościowych i wszędzie tam, gdzie uwzględnia priorytety Berlina i Moskwy – ignoruje lub podważa nasze.
Istota tej polityki nie polega na zapewnieniu bezpieczeństwa i równego rozwoju państwom Europy Wschodniej, lecz na zabezpieczeniu potrzeb ekonomicznych najbogatszych graczy Unii (ze szczególnym uwzględnieniem Niemiec) oraz zagwarantowaniu Rosji „miejsca wśród narodów świata”. W oczach Zachodu, koegzystencja z Rosją jest możliwa, jeśli państwo to otrzyma „należną” strefę wpływów i zaspokoi swoje mocarstwowe ambicje.
Każda forma akceptacji tej polityki, wyrażana przez czynniki polskie, jest aktem głupoty, ocierającym się o zdradę i tak powinna być traktowana przez ludzi świadomych obecnych zagrożeń.
Niedawna wypowiedź wicekanclerza Niemiec Sigmara Gabriela: „To jest tak, że Europa potrzebuje Rosji. Jesteśmy bezpośrednimi sąsiadami i dobre sąsiedztwo jest niezbędne” – ukazuje, jak bardzo priorytety niemieckie i unijne są sprzeczne z naszymi interesami.
Polska nie potrzebuje bowiem - ani Rosji ani Niemiec. Sąsiedztwo tych państw jest dla nas źródłem nieustannych konfliktów, wojen i ograniczeń państwowości. Jeśli syta i próżna Europa „potrzebuje Rosji” – niech brata się z nią na własny rachunek. Nigdy zaś kosztem Polski i naszej niepodległości.
Trzeba sobie wyraźnie powiedzieć, że w najżywotniejszym interesie Polaków leży, by Rosja została rozbita i zniknęła z mapy świata, Niemcy zaś stały się krajem słabym militarnie i gospodarczo.
Jeśli taka teza wydaje się niektórym kontrowersyjna lub obrazoburcza, dowodzi to, jak bardzo zatraciliśmy instynkt zachowawczy i jak obce jest myślenie w polskich kategoriach.
Doświadczenia historyczne aż nadto udowadniają, że budowanie dobrosąsiedzkich relacji z tymi państwami, musi być skazane na klęskę. Podejmowane po roku 1989 próby prowadzenia takiej polityki, dowodzą (w najlepszym przypadku) skrajnego infantylizmu i nieznajomości historii. Nie powiodło się to w okresie międzywojennym, gdy mieliśmy autentyczną suwerenność i polityków na miarę mężów stanu. Tym bardziej jest nierealne dziś, gdy hybrydą PRL-u rządzą miernoty i tchórze. Podobne mrzonki kosztowały nas zbyt wiele, by można sobie pozwolić na kolejne eksperymenty w ramach „dobrosąsiedzkich kontaktów”.
Niezależnie, ile pustych deklaracji zostanie  złożonych, ile umów podpisanych, Moskwa i Berlin zawsze  będą wrogami polskości. Historycznym dążeniem tych państw jest ustanowienie na Wiśle granicy rosyjsko-niemieckiej i wymazanie Polski z mapy świata.  To, czego nie sformułuje dziś żaden polityk niemiecki, jest już realizowane na mocy sojuszu Merkel-Putin i dokonywane przy współudziale „elit” III RP. Różnica między obecną sytuacją, a rokiem 1939 polega jedynie na odwróceniu ról i modyfikacji akcentów: dziś konflikt zbrojny ma wywołać Rosja, zaś Niemcom przewidziano funkcję politycznego i ekonomicznego wspornika. Udawać, że tego nie widzimy – byłoby szaleństwem.
Prawdziwy georealizm nie polega zatem na myśleniu dostosowawczym i akceptacji ambicji rosyjskich i niemieckich, lecz na ich zanegowaniu i odrzuceniu.  
Dopiera taka refleksja może być punktem wyjścia dla poszukiwania skutecznej terapii. 

Mamy dostateczny potencjał, by polską rację stanu oprzeć się na dwóch filarach: silnej armii i gospodarce i wśród odwiecznych wrogów wywalczyć pozycję autentycznego mocarstwa. Jeśli Polacy ze wzruszeniem ramion przyjmują takie wizje – zawdzięczamy to ludziom, którzy przez dziesięciolecia zabijali w nas dumę z polskości i wmówili moim rodakom, że tylko zależność od sąsiadów oraz kultywowanie mitologii „niepodważalnych sojuszy” pozwoli zachować szczątki państwowości.
Trzeba jednak przyjąć, że ta droga – budowania samodzielnego, niezależnego państwa, jest dziś dla Polski zamknięta. Nie tylko dlatego, że nie mamy społeczeństwa zdolnego do walki ani mężów stanu gotowych podjąć takie wyzwanie. Ostatnie dwie dekady stracono bezpowrotnie na powielanie błędów przeszłości i proces tzw. integracji z państwami Unii Europejskiej. W praktyce, proces ten został sprowadzony do narzucenia nam dyktatu ekonomiczno-politycznego, ze szczególnym uwzględnieniem interesów niemieckich. Przeprowadzono go według wzorców „ładu jałtańskiego” - nie przecinając wpływów sowieckich, lecz zabierając Polakom te dobra, które pozostały jeszcze po półwieczu okupacji. Osłabiona, zdezintegrowana i zdegenerowana Polska – ma stanowić tym łatwiejszy łup.

niedziela, 14 września 2014

NUDIS VERBIS – 1 Diagnoza


Żadnej współpracy z bolszewikami! Zasadą polskiej polityki zagranicznej winno być szukanie przeciwko Niemcom sprzymierzeńców na zachodzie, nigdy na wschodzie, W praktyce międzynarodowej nie ceni się przyjaciół całkowicie oddanych. […] Niemcy są naszym wrogiem zewnętrznym, bolszewicy i zewnętrznym, i wewnętrznym. Niemcy wojnę przegrali, bolszewicy ją wygrywają. Niemcy odchodzą, bolszewicy przychodzą” – pisał  Józef Mackiewicz w roku 1944, w wydawanym przez siebie piśmie „Alarm”.  
Jak dalece poglądy pisarza na sprawy polskie różniły się od opinii „autorytetów konspiracyjnych”, wyjaśniał Mackiewicz bez ogródek:
Oto w odróżnieniu od rozpowszechnionego dziś rewizjonizmu w dziedzinie teorii oporu wobec najeźdźcy, rewizjonizmu, który często powołuje się na wzory czeskie, byłem zdecydowanym zwolennikiem zbrojnego, bezkompromisowego przeciwstawiania się Niemcom, ale – jednocześnie – równie zdecydowanym przeciwnikiem wspomagania bolszewików. Przelewanie naszej krwi w walce z Niemcami uważałem za konieczne. Ale przelewanie tej samej krwi dla wspomagania bolszewików i przyśpieszenia zejścia Polski w jarzmo sowieckie – za zbrodnię. […] „Strzelanie do agentów Gestapo to akt samoobrony koniecznej, Wysadzanie pociągów z amunicją przeznaczoną do walki z bolszewikami, to świadectwo niedojrzałości politycznej. […] Podobne hasło uznane zostało przez niektóre „autorytety” konspiracyjne za – niezgodne z interesem Polski. Zważmy, że działo się to w czerwcu, lipcu 1944 r. Gdy klęska Niemiec była rzeczą przesądzoną, Gdy zamiary Sowietów w odniesieniu do Polski stały się już od dawna jawne i nie podlegające żadnej dyskusji!”
Sięgam po teksty Mackiewicza z „NUDIS VERBIS”, ponieważ nie ma w polskiej literaturze politycznej rzeczy równie uniwersalnych dla opisania naszej obecnej sytuacji. O doniosłości tekstów pisarza świadczą nie tylko miara historycznej weryfikacji i sprawdzalności jego prognoz politycznych, ale nienawiść, z jaką dwa bliźniacze twory: PRL i III RP, traktowały i traktują spuściznę Mackiewicza. Żaden inny pisarz nie został skazany na tak długoletnie zapomnienie i marginalizację, jak człowiek, który miał odwagę udzielać Polakom „artystycznej i publicystycznej lekcji antykomunizmu” (Jacek Trznadel).
Za tę lekcję, był równie często ignorowany przez „autorytety konspiracyjne”, jak zwalczany przez zaczadzonych komunizmem pseudointelektualistów oraz krytykowany przez małych demiurgów, którzy, jak red. Skwieciński dowodzili, iż „antykomunizm zawiódł Mackiewicza na manowce intelektualne”. Daj Boże, byśmy wszyscy znaleźli się na takich „manowcach”.
Gdzie przebiega analogia, między powojennymi diagnozami pisarza, a naszą współczesnością i co wspólnego z obecnym położeniem Polski może mieć opis realiów sprzed 60 lat ?
„Gdybym miał w obrazie odmalować ówczesną tragedię polityczną Kraju, przedstawiłbym naród w postaci pochodu, który z pieśnią na ustach, na przemian męczeńską i triumfalną, gnany jest przez siepaczy hitlerowskich w przepaść bolszewicką, a po bokach kroczące szpalery „autorytetów” konspiracji, pilnujących z pistoletami w garści, aby nikt z tego pochodu się nie wyłamał, nikt nie próbował zawrócić czy innych przed przepaścią nie ostrzegł.” – pisał Mackiewicz.
Jakkolwiek „siepaczy hitlerowskich” zastępują dziś szacowni politycy niemieccy, z pupilką Stasi na czele, a „przepaść bolszewicka” ma być zaledwie koleiną, wytyczoną politycznym „georealizmem” – obraz nakreślony przez pisarza powinien przerażać swoją aktualnością.
Wojna na Ukrainie przypomniała z całą bezwzględnością, że dwa żywioły: rosyjski i niemiecki, nigdy nie pogodzą się z istnieniem Rzeczpospolitej. Nawet obecne państwo, powstałe na fundamentach „Polski Ludowej”, jest nie do zaakceptowania dla naszych odwiecznych wrogów.
Ukraina jest zaledwie etapem, „polem doświadczalnym” nowego sojuszu Moskwy i Berlina. Akta niemieckich polityków, zgromadzone w archiwach Łubianki, dają pewność, że sojusz ten przetrwa każdą próbę. Putin doskonale odrobił lekcję najnowszej historii i zrozumiał, że nadrzędnym celem społeczeństw „wolnego świata” nie jest prawda historyczna bądź racje moralne, ale dobrobyt i spokój – i za obie te wartości gotowe są zapłacić każdą cenę.

wtorek, 16 kwietnia 2013

WIDZIAŁEM NA WŁASNE OCZY


Józef Mackiewicz o swoim pobycie na miejscu zbrodni w Katyniu.  

Znany literat i dziennikarz wileński p. Józef Mackiewicz powrócił przed kilku dniami ze Smoleńska, gdzie był obecny przy wydobywaniu zwłok w lesie katyńskim pomordowanych oficerów polskich. Współpracownik naszego pisma zwrócił się do p. Mackiewicza z prośbą o wywiad. Odpowiedzi, które przytaczamy poniżej, oddane są z dokładnością stenograficzną i przez p. Mackiewicza autoryzowane.

Pierwsze pytanie jest najtrudniejsze i dlatego wypada trochę bezprzedmiotowo: – „Więc był pan tam?” – Oczywiście wiedzieliśmy, że był.
– Tak jest. Widziałem na własne oczy.
I znów nasuwają się pytania, których liczbę i formę trudno od jednego razu opanować: – „Jak to wygląda?” – „Jak tam jest?” – „Więc istotnie?” – „Czy bardzo strasznie, wstrząsająco, okropnie?” – Właściwie chodzi o wszystko razem, o ogólny obraz, całokształt wrażenia i jednocześnie szczegóły, jak najwięcej szczegółów. Interpelowany nie chce nam pomóc przy pierwszych krokach, być może jest tylko zmęczony podróżą.
  Jest pan ciągle pod wrażeniem?
– Nie wiem, czy podobna to nazwać „wrażeniem”. Wrażenie zyskuje się raczej na skutek jakiegoś, najczęściej pojedynczego zdarzenia czy faktu, w sobie ograniczonego. Smoleńsk, który widziałem, Katyń, zbrodnie, trupy, ruiny, bolszewizm, który sam przeszedłem, i listy, listy dzieci do swych ojców, zaczynające się od słów: „Kochany Tatusiu”, czy „Kochany Ojczulku”, wydobywane dziś ze stosów sprasowanych, cuchnących ciał, z tej mazi śmierci lub na wpół zasuszonych mundurów polskich... Tak, wszystko to razem wytwarza jakby długi łańcuch asocjacji, myśli, refleksji, zapadający głęboko w duszę. Nie nazwałbym tego wrażeniem. To raczej przeżycie.
– Czy mógłby pan zatem przedstawić nam w kolejności obrazy, jakie rzuciły się panu w oczy, tam, w Katyniu?
– Był to chłodny dzień... Słusznie pyta pan tylko o „obrazy”. Nie mam bowiem zamiaru powtarzać całego materiału rzeczowego, tylokrotnie już opublikowanego w licznych komunikatach, enuncjacjach, raportach komisji międzynarodowej, tudzież Polskiego Czerwonego Krzyża.  To są rzeczy znane.  Prace nie zostały jeszcze ukończone. Trafiłem na ich tok, jakkolwiek zbliżać się wydają ku końcowi. – Był tedy chłodny dzień i nad Smoleńsk, od strony frontu ciągnęły szkwałowe chmury, zlewając deszczem okoliczne ruiny domów. Jechaliśmy do Katynia pośród tych ruin, zwalisk żelaza, wypalonych wozów i wagonów, sterczących sztab żelaznych i łóżek żelaznych, tkwiących jeszcze w rumowiskach. Ludzie obyci twierdzili, że jest to pogoda najodpowiedniejsza. Zimno i deszcz, wiatr rozpędza swąd trupi, no i nie ma much. Można zatem wytrzymać. W pewnym miejscu szosa przekracza szyny kolejowe i biegnie wśród wyrębów. „Tu” – powiedział ktoś – „zaczyna się ta Golgota”...