Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kontrakt gazowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kontrakt gazowy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 kwietnia 2013

DYLEMAT WIĘŹNIA

Główny negocjator umowy gazowej z Rosją, wicepremier Waldemar Pawlak, użył kiedyś odwołania do teorii gier i pisząc o okolicznościach, w jakich powstaje umowa, wspomniał o „optymalnej strategii w dylemacie więźnia". Ów „dylemat więźnia” miał opierać się na wymuszonej współpracy obu stron i sugerować, że stojąc przed trudnym wyborem, mają one jednakowe prawa i startują z równorzędnych pozycji. Odwoływał się do gry, w której każdy z graczy może zyskać oszukując przeciwnika, jednak stracą oboje, gdy zaczną oszukiwać się nawzajem. Ten propagandowy humbug miał objaśniać relacje grupy rządzącej ze stroną rosyjską i był równie prawdziwy, jak obraz silnego i odważnego wicepremiera, ustalającego z Gazpromem warunki korzystnej dla Polski umowy.
Kolejna odsłona w rosyjskim spektaklu gazowym przypominała nam, że reżim Tuska zajmuje w tej grze postawę niewolnika skazanego na egzekucję, a oszukanym przez obie strony - jest polskie społeczeństwo. W sprawach bezpieczeństwa energetycznego, co najmniej od 2009 roku mamy do czynienia ze stanem permanentnej kapitulacji i jedyny „dylemat” dotyczy rozstrzygnięcia – czy wynika to z tchórzostwa i głupoty grupy rządzącej, czy z celowego zaprzaństwa?
Wbrew upowszechnianej w mediach wizji premiera, który „nic nie wie” o memorandum na budowę Jamał II, uważam, że Donald Tusk nie tylko doskonale wiedział o projekcie, ale podjął w tym zakresie świadomą grę, prowadzącą do dalszego uzależniania nas od wpływów Kremla.
Warto przypomnieć kilka faktów, których wymowa podważa obecne deklaracje premiera i jego współpracowników oraz pozwala dostrzec, że w tej rozgrywce wyznaczono jeszcze inne cele.

niedziela, 6 marca 2011

KTO ZAPŁACI ZA „DYLEMATY WIĘŹNIA”?

Budowana przez ostatnie lata bezwarunkowa „przyjaźń” warszawsko – moskiewska, przybiera dziś wymierny, finansowy kształt. Z ostatnich informacji wynika, że koszty tej „przyjaźni” poniesie każdy, kto korzysta w Polsce z energii gazowej.
Przez cały okres negocjowania kontraktu gazowego z Rosją, grupa rządząca unikała ujawnienia jakichkolwiek konkretnych zapisów umowy, zasłaniając się rzekomą „tajemnicą handlową”. Doprowadziło to do sytuacji, w której polskie społeczeństwo zostało pozbawione elementarnej wiedzy o warunkach umowy, a w zamian karmiono je propagandowymi banałami o „sukcesach negocjacyjnych”. Premier rządu uparcie twierdził, że „umowa o gazie, który importujemy z Rosji, spełnia te wymogi, które są kluczowe z punktu widzenia interesów polskiego państwa i polskich obywateli, czyli bezpieczeństwo gazowe, możliwie niska cena i elastyczny kształt tej umowy”.
W połowie 2010 roku do mediów przedostały się informacje na temat niektórych ustaleń kontraktu. Już wówczas było wiadomo, że będzie zawierał niekorzystne dla Polski rozstrzygnięcia: za gaz dostarczany z Rosji zapłacimy znacznie więcej, niż inni odbiorcy (i stawki te będą wzrastać), Gazprom zapłaci Polsce najniższe stawki za tranzyt gazu (niższe nawet, niż płaci je Białorusi), pozbyliśmy się wpływu na zarząd i radę nadzorczą spółki tranzytowej EuRoPol Gaz, zrezygnowaliśmy z zasądzonych (przez rosyjski sąd) 25 mln dolarów od Gazpromu za tranzyt za rok 2006 oraz z należności za kolejne  trzy lata w wysokości ok. 180 mln dolarów, zobowiązaliśmy się do odbioru 10,25 mld m sześć. gazu w 2011r., (co stanowi blisko 2,8 mld m3 więcej, niż odbieraliśmy dotąd) oraz 11 mld m sześc. w latach 2012-2019, za nadwyżki gazu zapłacimy, niezależnie od tego czy zostaną wykorzystane, przyznaliśmy Gazpromowi monopol na tranzyt gazu przez leżący na terenie Polski rurociąg do roku 2045 i zagwarantowaliśmy podpisanie kolejnego kontraktu na przesył przez terytorium Polski na okres od 2020 do 2045 r. w wysokości około 28 mld m3 rocznie. Nawet wówczas, po ujawnieniu tych szokujących danych, wicepremier Pawlak zapewniał Polaków, że „umowa gazowa z Rosjanami jest zbalansowana i zabezpiecza interesy obu stron”.
W każdym państwie, szczycącym się suwerennością i demokracją, tego rodzaju informacje stanowiłyby dostateczną przesłankę, by zablokować niekorzystny kontrakt, a winnych działania na szkodę polskich interesów postawić przed Trybunałem Stanu. Ponieważ III RP nie posiada tych atrybutów, a polskich wyborców, ich rodziny i następne pokolenia Polaków stać na płacenie za „przyjaźń” grupy rządzącej z Putinem, żadna z informacji nie wzbudziła racjonalnych, obywatelskich reakcji. Również wtedy, gdy Donald Tusk z rozbrajającą szczerością wyznał w wywiadzie dla „Sygnałów dnia”, że podstawowa korzyść z umowy ma polegać na „zabezpieczeniu Polski na długie, długie lata w gaz, a przede wszystkim zabezpieczeniu Gazociągu Jamalskiego, to był priorytet nie tylko mojego rządu, tylko że mojemu rządowi udało się to wreszcie uzyskać”. Usłyszeliśmy też, że „najważniejszym zadaniem dla polskiego rządu jest nie ideologiczne wojny z jakimś państwem, tylko zabezpieczenie polskich domów w trwałe dostawy gazu, na długie lata. I za cenę, która jest ceną porównywalną z innymi takimi kontraktami. I to uzyskaliśmy”.
Wbrew tej demagogicznej deklaracji, w rządowym dokumencie zatytułowanym „Uzasadnienia wniosku o udzielenie przez Radę Ministrów zgody na podpisanie umowy między Rzeczpospolitą Polską, a Federacją Rosyjską” zapisano m.in: „Wejście w życie obu ww. umów będzie sprzyjać poprawieniu współpracy w sektorze gazowym pomiędzy Rzecząpospolitą Polską a Federacją Rosyjską. Przyczyni się do tworzenia pozytywnego klimatu społecznego, gospodarczego i politycznego we współpracy między oboma państwami”.
Było oczywiste, że kontrakt gazowy z Rosją nie ma żadnego uzasadnienia ekonomicznego i został podyktowany wyłącznie racjami politycznymi, których wspólnym mianownikiem było podporządkowanie Polski rosyjskim wpływom i interesom. Z przebiegu blisko dwuletnich negocjacji oraz końcowych ustaleń umowy wynika, że podstawowym celem wspólnej gry Putina i grupy rządzącej, było przede wszystkim zapewnienie Rosji władania eksterytorialnym odcinkiem gazociągu jamalskiego i czerpania z tego politycznych i ekonomicznych korzyści. Na polski interes – zabrakło miejsca. Nic też bardziej nie przypomina o wasalnych, asymetrycznych stosunkach łączących grupę Tuska z reżimem Putina, niż fatalna dla Polaków umowa gazowa. 
Nie może więc dziwić, gdy  rosyjska agencja Interfax ujawniła obecnie, że  Polska kupuje od Rosji gaz dwa razy drożej niż Wielka Brytania. Według danych agencji, spośród wszystkich odbiorców Gazpromu płaciliśmy w 2010 roku 336 dol za 1 tys. m3. Za tę samą ilość paliwa tylko Węgrzy płacili więcej, bo 348 dol. Gaz dla Brytyjczyków Rosjanie wycenili na średnio 191 dol za tysiąc metrów sześciennych.
Warto tę informację zestawić z cytatem zaczerpniętym z blogu Waldemara Pawlaka na Salonie24. Pod datą 12.02.2010 roku, w tekście „Gazowe fakty” wicepremier rządu zapewniał:  W wyniku negocjacji na najbliższy okres 5 lat uzyskano znaczący upust na cenie gazu powyżej minimalnej wartości kontraktowej. W konsekwencji cena gazu importowana przez PGNiG jest o około 10% niższa niż cena dla firm zachodniej Europy”.
Tak wyglądały „gazowe fakty” głównego negocjatora kontraktu gazowego z Rosją. I choć Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo nie ujawnia cen surowca w kontrakcie z Gazpromem, to zdaniem  wielu ekspertów już dziś przekraczają one kwotę 360 dolarów za 1000 m sześc. i są najwyższe w Europie. Przyczyna jest prosta: Rosjanie mogą dyktować Polsce dowolne ceny ponieważ wiedzą, że po podpisaniu umowy gazowej nie mamy innego źródła zaopatrzenia, ani odpowiedniej infrastruktury. Co więcej - nie mamy nawet odpowiednich instytucji państwowych, które mogłyby zając się problemem dywersyfikacją dostaw energii, ponieważ grupa rządząca już w marcu 2008 roku zadbała o likwidację  Departamentu Dywersyfikacji Dostaw Nośników Energii w Ministerstwie Gospodarki, a zarządzeniem Donalda Tuska nr.39 z dn.14 czerwca 2010 roku dokonano likwidacji Zespołu do spraw Polityki Bezpieczeństwa Energetycznego. W skład tego zespołu wchodzili premier, minister gospodarki oraz ministrowie: spraw wewnętrznych i administracji, spraw zagranicznych, finansów, skarbu państwa, infrastruktury, środowiska oraz sekretarz Kolegium ds. Służb Specjalnych, a miał on za zadanie zajmować m.in. opracowaniem polityki bezpieczeństwa energetycznego państwa i koordynacją działań organów administracji rządowej w zakresie polityki bezpieczeństwa energetycznego.
W rezultacie takiej polityki, w ubiegłym roku Polska, przy zapotrzebowaniu sięgającym  14 mld m sześc. gazu kupiła od Gazpromu aż. 9 mld m sześc. gazu, podczas gdy resztę popytu pokryło wydobycie z krajowych złóż. Biorąc pod uwagę dane agencji Interfax, Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo  zapłaciło za rosyjskie dostawy ponad 3 mld dolarów.
Już dziś Gazprom zapowiedział, że średnia cena gazu dla Europy w roku 2011 może wzrosnąć do 352 dolarów za 1000 m sześc., czyli o 14 proc. I na tym podwyżki się nie skończą. Poza tym, od kilku tygodni drożeje ropa, a to właśnie w odniesieniu do jej notowań obliczana jest cena gazu w kontrakcie z Rosjanami.  
Koszty fatalnej, motywowanej względami politycznymi umowy gazowej – zapłaci każdy z nas, a mając na uwadze okres, na jaki umowa została zawarta, będą je płaciły następne pokolenia Polaków.
Wicepremier Waldemar Pawlak, który w przekazie medialnym kreował się na silnego, odważnego gracza użył w jednym z tekstów zamieszczonych na swoim blogu odwołania do teorii gier, pisząc w kontekście umowy gazowej o optymalnej „strategii w dylemacie więźnia". Odwołał się zatem do gry, w której każdy z graczy może zyskać oszukując przeciwnika, ale stracą obaj - jeśli obaj będą oszukiwać. Ów „dylemat więźnia” opiera się na pewnego rodzaju wymuszonej współpracy, zakłada jednak, że obie strony – stojąc przed trudnym wyborem, mają jednakowe prawa i  startują z równorzędnych pozycji.
Dziś wiemy, że pozycja Pawlaka, podobnie jak całej grupy rządzącej w trakcie gry z płk Putinem, przypominała postawę więźnia skazanego na egzekucję, a największym oszukanym w tej grze jest polskie społeczeństwo. Była to postawa symbolizująca stan permanentnej kapitulacji,  a jedyny, zauważalny w niej „dylemat” polega obecnie na rozstrzygnięciu, - czy wynikała z tchórzostwa i głupoty, czy z celowego zaprzaństwa.

Tekst opublikowany w „Warszawskiej Gazecie”

sobota, 29 stycznia 2011

GAZOPORT. SPĘTANI PRZEZ NORD STREAM

Fikcja polityczna – jako gra pozorów i propagandy stanowi podstawowe osiągnięcie grupy rządzącej. To jednak, co w ciszy medialnej dokonano w zakresie pogrzebania bezpieczeństwa energetycznego, może pretendować do miana  szczytowego osiągnięcia rządu Donalda Tuska. I nie chodzi obecnie o fatalną dla Polski umowę gazową z Rosją, uzależniającą nas na dziesięciolecia od dostaw drogiego gazu jamalskiego.
Rosyjska strategia zakłada bowiem nie tylko narzucenie Polsce dyktatu energetycznego, ale również odcięcie nas od alternatywnych źródeł zaopatrzenia w surowce. Ten cel zostanie osiągnięty jeśli gazoport w Świnoujściu nie będzie mógł przyjmować zbiornikowców o zanurzeniu większym niż 13 metrów, a położony na dnie morskim niemiecki odcinek gazociągu Nord Stream zablokuje wejście do polskich portów statków o największym tonażu.
Na początku ubiegłego roku Federalny Urząd Żeglugi i Hydrografii (BSH) w Hamburgu wydał pozwolenie na położenie rur na dnie Bałtyku w miejscu, gdzie gazociąg będzie się krzyżował z drogą morską do portów w Szczecinie i Świnoujściu. Zgoda niemieckiego urzędu wywołała wiele kontrowersji i stała się przedmiotem licznych sporów i wypowiedzi. Położenie rury na dnie morskim grozi zablokowaniem wejścia do portu w Świnoujściu, a tym samym uniemożliwi ruch dużych tankowców. Pod znakiem zapytania stanęłaby wówczas rozbudowa portu, tak by przyjmował on statki o zanurzeniu 15m. Decyzja zagraża przede wszystkim planom budowy gazoportu, do którego ma być dostarczany gaz z Kataru, przewożony tankowcami wymagającymi toru wodnego o głębokości co najmniej 14,3 m.
Natychmiast po ukazaniu się tej informacji, posłowie PiS wezwali rząd Donalda Tuska, by odwołał się od decyzji Urzędu Żeglugi i Hydrografii oraz zwrócił się do strony niemieckiej o przedstawienie Polsce pełnej dokumentacji technicznej związanej z budową gazociągu. Ich zdaniem inwestycja zablokuje dostęp do portów w Świnoujściu i Szczecinie dla większych statków, które nie będą w stanie przepłynąć nad rurą. Co więcej – PiS twierdzi, że Gazociąg Północny zablokuje również powstanie będącego w fazie planów gazociągu z Danii do Polski, bowiem konieczność budowy skrzyżowania z Nord Stream spowoduje, że inwestycja stanie się nieopłacalna.
Doszło zatem do sytuacji, gdy dalsza budowa rosyjsko-niemieckiego gazociągu może skutecznie przekreślić polskie plany związane z dywersyfikacją dostaw gazu.
W październiku 2010 roku PiS zagroził członkom rządu Trybunałem Stanu, jeśli nie podejmą działań prowadzących do zmiany trasy Gazociągu Północnego. Wnioski dotyczyłyby szefa MSZ Radosława Sikorskiego, ministra skarbu Aleksandra Grada i ministra infrastruktury Cezarego Grabarczyka.
- „Jeżeli nie będzie reakcji w najbliższym czasie, jeżeli nie będzie determinacji pana premiera Donalda Tuska i ministrów jego rządu w sprawie walki z konsorcjum Nord Stream, w interesie rozwoju portu Szczecin - Świnoujście w perspektywie kolejnych miesięcy, kolejnych lat, to nie wykluczamy wniosku do Trybunału Stanu” – zapowiedział Joachim Brudziński.
PiS domagał się także, aby rząd niezwłocznie wystąpił do niemieckiego sądu z wnioskiem o tymczasowe wstrzymanie budowy gazociągu - do czasu rozstrzygnięcia sporu i postulował, by  przy użyciu polskiej dyplomacji i instrumentów prawnych wstrzymać prace dopuszczone przez Federalny Urząd Żeglugi i Hydrografii.
Obecna sytuacja wskazuje, że rząd Donalda Tuska nie uczynił nic w sprawie zablokowania niekorzystnej inwestycji, a losy gazoportu w Świnoujściu wydają się przesądzone. Grupa rządząca nie podjęła bowiem żadnych kroków prawnych w celu ochrony naszych interesów, cedując całą odpowiedzialność na Zarządy Morskich Portów Szczecin i Świnoujście. Gdy pod koniec 2010 roku konsorcjum Nord Stream ułożyło pierwszą nitkę Gazociągu Północnego na wysokości północnego podejścia do portu w Świnoujściu, jedyną reakcją było powołanie  wspólnie z Nord Stream „grupy roboczej” – mającej za zadanie zajęcie się sporem dotyczącym głębokości ułożenia gazociągu.
Grupie tej ze strony polskiej przewodzi Jarosław Siergiej –  do niedawna członek zarządu szczecińskiej PO, mianowany szefem polskich portów. Publikacje prasowe nazywają Siergieja „koszmarem portowców”, a portowcy  twierdzą, że „zarząd po kierownictwem członka PO jest najgorszym w historii tej struktury”. Wskazują przy tym, że „menadżerską praktykę Siergiej zdobywał na targowisku w Osinowie, handlując damską bielizną i że połączenie nabytych tam odruchów z brakiem kultury osobistej tworzy mieszankę zabójczą dla podwładnych i portów w Szczecinie i Świnoujściu. „
Przed kilkoma dniami Siergiej zabłysnął twierdzeniem, że choć „ułożono już pierwszą nitkę gazociągu północnego, ale rurę nadal można wkopać. Ewentualna decyzja zależy od dobrej woli konsorcjum Nord Stream”.
W takiej postawie nietrudno dostrzec ten sam wyraz bezsilności i infantylnej wiary, jaki towarzyszy całej politycznej fikcji obecnego rządu, budującego stosunki z sąsiadami na werbalnych deklaracjach i wymiernych, ekonomicznych stratach.
 Szef zarządu polskich portów nie ukrywa nawet, że nie dysponuje żadnymi narzędziami, by wymusić na konsorcjum uwzględnienie naszych interesów i zakopanie gazociągu na wymaganej głębokości. Siergiej powtarza zatem brednie o „możliwości wskazywania na korzyści takiego rozwiązania, czyli uniknięcie nieporozumień w przyszłości”.
 Stanowisko Nord Stream jest całkowicie jasne  i sprowadza się do  stwierdzenia, że „rurociąg na obecnej głębokości nie zakłóca wpływania do portu żadnemu statkowi oraz że nie ma żadnych dokumentów, które by wskazywały, że w przyszłości Świnoujście chce przyjmować statki o większym zanurzeniu. Dlatego - zdaniem konsorcjum – „nie ma powodu, by ponosić dodatkowe koszty". Finał tego rodzaju „negocjacji” nietrudno przewidzieć.  Zdaniem prezydenta Świnoujścia Janusza Żmurkiewicza, nie zadbano o interes naszych portów, a terminale przeładunku kontenerów i zainwestowane już w infrastrukturę portu miliony złotych, mogą okazać się stracone i  bezużyteczne.
Problem ze zmianą planów Nord Stream polega również  na tym, że lokalizacja gazociągu przebiega poza obszarem polskiej strefy ekonomicznej. Wiedziano o tym od stycznia 2008 roku, gdy strona polska została powiadomiona o zmianach lokalizacji.
Warto zauważyć, że ze „Sprawozdania ministra gospodarki z wyników nadzoru nad bezpieczeństwem zaopatrzenia w gaz ziemny za okres od dnia 1 kwietnia 2007 r. do dnia 31 grudnia 2008 r.”, w którym przedstawiono „Działania wobec projektu budowy gazociągu Nord Stream” wynika, iż jedynym stanowiskiem strony polskiej przekazanym wówczas konsorcjum Nord Stream, było to, wypracowane jeszcze przez rząd Jarosława Kaczyńskiego, a realnym działaniem w sprawie, (którym chwalił się minister Pawlak) było przyjęcie przez Parlament Europejski w lipcu 2008 roku petycji europosła PiS – u Marcina Libickiego, w której pojawiło się m.in. wezwanie do wstrzymania budowy gazociągu Nord Stream, ze względu na zagrożenia dla środowiska naturalnego.
Z informacji przekazanej w listopadzie 2009 roku przez „Nasz Dziennik” wynikało, że strona polska nigdy nie wnioskowała o zmianę koncepcji budowy gazociągu. O takich żądaniach nic nie wiedział koncern Nord Stream. Rzecznik prasowy spółki Steffen Ebert twierdził w rozmowie z gazetą, że w dokumentach, jakie firma otrzymała od niemieckiego biura wydawania zezwoleń, nie ma ani słowa o konieczności wkopywania rury w dno Bałtyku. O polskich żądaniach nic też nie wiedziało ministerstwo transportu Meklemburgii-Pomorza Przedniego, choć to właśnie ten urząd jest bezpośrednio odpowiedzialny za projekt Nord Stream.
Już wówczas było wiadomo, że oficjalne deklaracje rządowe o przyśpieszeniu budowy gazoportu w Świnoujściu oraz decyzje finansowe podejmowane w tej kwestii przez rząd Tuska, były propagandową mistyfikacją, mającą stworzyć pozory aktywności w obszarze dywersyfikacji dostaw energii.
Gdy zatem przed kilkoma dniami poinformowano, że pod koniec marca rozpoczną się prace związane z budową terminala LNG w Świnoujściu, a inwestycja o wartości 2,9 mld zł ma zostać ukończona w połowie 2014 r. – nie można tego komunikatu odebrać inaczej, jak kolejnej porcji „political fiction” służącej przykryciu faktycznej nieudolności grupy rządzącej.
Wobec realnej groźby zablokowania wejścia do polskich portów przez Nord Stream, tego rodzaju deklaracje mogą świadczyć nie tylko o marnotrawieniu ogromnych środków publicznych, ale też są wyrazem świadomych działań dezinformujących opinię społeczną.
Czy nie czas zatem, by partia opozycyjna wykazała konsekwencję i zgłosiła wniosek o postawienie przed Trybunałem Stanu ludzi odpowiedzialnych za wieloletnie zaniedbania i lekceważenie polskich interesów? W tej sprawie uzasadnienie wniosku do TS wydaje się szczególnie zrozumiałe. Jeśli nawet (jak należy sądzić) taki wniosek przepadnie, Polacy mają prawo wiedzieć, jak obecny rząd dba o ich bezpieczeństwo energetyczne i w czyim interesie pozwolił na zablokowanie polskich portów.



Artykuł opublikowany w Warszawskiej Gazecie

wtorek, 30 listopada 2010

KOSZT SYMBOLU „PRZYJAŹNI”.

Umowa gazowa z Rosją powinna stać się symbolem wasalnych, asymetryczny stosunków łączących grupę Donalda Tuska z reżimem płk Putina. Trzeźwa analiza sytuacji zaistniałej po 10 kwietnia, ale też liczne przekazy prasy rosyjskiej i wypowiedzi moskiewskich polityków nie pozostawiają wątpliwości, że rząd Tuska i inne organy państwa polskiego traktowane są jako adresaci żądań i wykonawcy poleceń, nie tylko w kwestii najważniejszej w historii katastrofy lotniczej, ale także w sprawie wielomiliardowego kontraktu o strategicznym znaczeniu dla przyszłości Polski.
Na tak uwłaczającą relację pozwolono Rosjanom już we wrześniu 2009 roku, przyjmując jako podstawę przyszłego kontraktu gazowego dyrektywy wydane przez Władimira Putina, zmierzające do ograniczenia polskich wpływów na spółkę zarządzającą gazociągiem.
Przez cały okres negocjowania umowy polskie społeczeństwo było pozbawione elementarnej wiedzy o jej rzeczywistych warunkach i karmione propagandowymi banałami o rzekomych „sukcesach negocjacyjnych”. Jak sukcesy te wyglądały w praktyce, mogliśmy się przekonać, gdy do mediów przedostały się informacje o niektórych ustaleniach umowy. Dowiedzieliśmy się zatem, że:
-     za gaz dostarczany z Rosji zapłacimy znacznie więcej, niż inni odbiorcy (330 USD 1000m/3) ze świadomością, że cena ta będzie wzrastać,
-   stawki za tranzyt gazu, jakie Gazprom ma płacić Polsce są niższe nawet od stawek, jakie Rosjanie płacą Białorusi. Od marca br. za tranzyt 1 tys. m sześc. gazu na odległość 100 km Gazprom płaci Polsce równowartość 1,74 dol.(Białorusi – 1,88, Ukrainie – 2,74)
- zrezygnowaliśmy z wpływów w zarządzie i radzie nadzorczej spółki tranzytowej EuRoPol Gaz poprzez niekorzystne zapisy w jej statucie, wykluczenie spółki Gas Trading oraz zaniżenie dochodów spółki z tranzytu i rocznego zysku do 21 mln zł rocznie,
- godząc się na utrzymanie indeksacji ceny gazu do cen ropy do 2037 r. skazaliśmy się na wysokie ceny tego paliwa przez cały okres umowy,
-    zrezygnowaliśmy z zasądzonych (przez rosyjski sąd) 25 mln dolarów od Gazpromu za tranzyt za rok 2006 oraz należności za kolejne  trzy lata w wysokości ok. 180 mln dolarów,
-     zobowiązaliśmy się do odbioru 10,25 mld m sześć. gazu w 2011r., co stanowi blisko 2,8 mld m3 więcej niż odbieramy teraz w ramach kontraktu jamalskiego i 11 mld m sześc. w latach 2012-2019,
-   za nadwyżki gazu zapłacimy, niezależnie od tego czy zostaną wykorzystane,
-  realny nadzór nad polskim odcinkiem gazociągu jamalskiego nadal pozostanie w rękach  rosyjskich, a spółka Gaz System pełnić będzie rolę operatora,
-         przyznaliśmy Gazpromowi monopol na tranzyt gazu przez leżący na terenie Polski rurociąg do roku 2045,
-         zagwarantowaliśmy Rosji podpisanie nowego kontraktu na przesył gazu przez terytorium Polski na okres od 2020 do 2045 r. w wysokości około 28 mld m3 rocznie.
Kształt umowy świadczy o jej całkowitym podporządkowaniu interesom rosyjskim, głownie w zakresie opłaty tranzytowej i prawa własności do polskiego odcinka rurociągu. Tzw. polscy negocjatorzy nie zadbali również o zabezpieczenie roszczeń z tytułu rosyjskich zaległości za przesył gazu (mówi się nawet o ponad 400 mln USD) i nie byli zainteresowani powierzeniem zarządu nad polskim odcinkiem gazociągu niezależnemu operatorowi. Ta sprawa stała się m.in. powodem zarzutów Komisji Europejskiej i groźby skierowania skargi przeciwko Polsce do unijnego Trybunału Sprawiedliwości w Luxemburgu. Nawet wówczas strona polska broniła postanowień umowy – w tym pozostawienia zarządu nad Jamałem spółce EuroPol Gaz, - choć było oczywiste, że są one niekorzystne z punktu widzenia naszych interesów.
W zarzutach formalnych KE podnosiła m.in. że „EuRoPol Gaz ogranicza dostęp pomiotów trzecich do oferowanych usług tj. nie zapewnia zdolności przesyłowej w obu kierunkach w żadnym punkcie wejścia ani wyjścia systemu. Ponadto spółka nie wdrożyła ani nie opublikowała tzw. mechanizmów alokacji zdolności przesyłowej oraz. nie podaje do wiadomości publicznej żadnych informacji o technicznej, zakontraktowanej i dostępnej zdolności przesyłowej dla żadnego punktu wejścia ani wyjścia w swoim systemie przesyłowym”.
Choć wiceminister skarbu Mikołaj Budzanowski po spotkaniu w KE orzekł, że Polska rozwiała wszystkie wątpliwości Komisji Europejskiej dotyczące umowy operatorskiej o zarządzaniu polskim odcinkiem gazociągu, można uznać, że było to stwierdzenie na wyrost, wprowadzające w błąd opinię publiczną.
Z „oświadczenia komisarza UE ds. energii w sprawie Gazociągu Jamalskiego oraz umowy gazowej pomiędzy Polską i Rosją” z  dnia 4 listopada br. wynika jednoznacznie, że umowa o zarządzaniu polskim odcinkiem wymaga uzupełnień „o dalsze elementy niezbędne do prawomocnego wdrożenia tej umowy”. KE chce, by porozumienie operatorskie zostało uzupełnione o postanowienia wykonawcze w zakresie:
-    obliczania zdolności przesyłowych z uwzględnieniem zasady “wykorzystaj lub strać”,
- alokacji zdolności przesyłowych przez operatora na zasadach transparentnych i niedyskryminujących,
-    oferty odwrotnego przesyłu gazu,
-    ustalania niedyskryminujących taryf na podstawach kosztowych, 
-    ekspansji i rozwoju Jamalu w przyszłości.
Jest zatem oczywiste, że mimo propagandowego odtrąbienia sukcesu umowy gazowej, nadal pozostaje ona dokumentem nieprawnomocnym, a KE dostrzega w niej zapisy niejednoznaczne i niebezpieczne dla unijnej polityki energetycznej.
Model według którego skonstruowano umowę dobitnie ilustruje jej zapis mówiący, iż  „strony zgodziły się, by w przypadku wniesienia zmian w prawie polskim wynikających ze zobowiązań międzynarodowych wiążących Polskę, które to zmiany dopuszczają możliwość zachowania przez właściciela gazociagu funkcji operatora, strona polska będzie sprzyjać temu, aby EuRoPol Gaz S.A., według swojego wyboru miał prawo samodzielnie pełnić funkcję operatora, w tym funkcje przekazane OGP Gaz-System S.A. zgodnie z umową operatorską” oraz, że „jeżeli powyższe zobowiązania międzynarodowe wiążące Polskę, celem zwiększenia atrakcyjności inwestycyjnej kluczowych projektów infrastruktury gazowej, przewidują możliwość zwolnienia gazociągu z obowiązku zapewnienia dostępu stron trzecich, strona polska będzie sprzyjać temu, aby EuRoPol Gaz S.A. w tym stopniu, w którym wymienione zasady mają zastosowanie do niego, mógł wg własnej decyzji skorzystać z tego zwolnienia.”.
Z przebiegu blisko dwuletnich negocjacji oraz końcowych ustaleń umowy wynika, że podstawowym celem wspólnej gry prowadzonej przez Putina i grupę rządzącą Polską, było przede wszystkim zapewnienie Rosji władania eksterytorialnym odcinkiem gazociągu jamalskiego i czerpania z niego politycznych i ekonomicznych korzyści. Nawet pusta rura pozostająca pod rosyjskim nadzorem, byłaby nadal ważnym narzędziem nacisków na Polskę, a poprzez związanie całej infrastruktury przesyłowej ograniczałaby możliwości korzystania z innych źródeł zaopatrzenia w gaz.
Najbardziej dotkliwą finansowo konsekwencją umowy, jest rezygnacja z pobierania przez Polskę opłat za tranzyt gazu przez nasze terytorium, zgodnie z realnymi stawkami. Zdaniem wielu ekspertów wysokość tej opłaty powinna wynosić 2,75 USD za 1000 m. sześc. na 100 km. Zgodnie z założeniami rurociągiem jamalskim miało przepływać 65 mld. m sześc. gazu, zatem opłata za tranzyt winna wynosić przeszło półtora miliarda dolarów rocznie. Polska nigdy nie domagała się od Rosji takiej kwoty, a obecna umowa zawiera regulację w postaci zapisu, iż dochód spółki EuroPol Gaz z tranzytu i rocznego zysku nie może przekroczyć 21 mln zł rocznie. Zapis ten daje zatem Rosji gwarancję, że Polska nie otrzyma realnej stawki za tranzyt gazu.
W tym kontekście warto przypomnieć, iż na kilka tygodni przed tragedią smoleńską w Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego przedstawiono raport ekspertów sporządzony pod kierunkiem Piotra Naimskiego z którego jednoznacznie wynikało, że Polska nie pobiera opłaty  za tranzyt gazu i kwestię tę należy podnieść w toku prowadzonych negocjacji. Główny wniosek, płynący z przedstawionego wówczas raportu sprowadzał się do stwierdzenia, że umowa z Rosją jest niekorzystna dla Polski i zagraża naszemu bezpieczeństwu. Już wówczas Prezydent poważnie zastanawiał się nad prawnymi możliwościami zablokowania umów z Gazpromem i prowadził w tej sprawie liczne konsultacje.
Wbrew twierdzeniom Tuska i Pawlaka, jakoby decyzja o podpisaniu kontraktu gazowego wynikała z kalkulacji ekonomicznych (których nikt do tej pory nie przedstawił) i nie ma nic wspólnego z żadną „ideologią” - była ona podyktowana wyłącznie racjami politycznymi, których wspólnym mianownikiem jest podporządkowanie Polski rosyjskim wpływom i interesom.
W rządowym dokumencie  „Uzasadnienie wniosku o udzielenie przez Radę Ministrów zgody na podpisanie umowy między Rzeczpospolitą Polską, a Federacją Rosyjską” zapisano wprost:
Wejście w życie obu ww. umów będzie sprzyjać poprawieniu współpracy w sektorze gazowym pomiędzy Rzecząpospolitą Polską a Federacją Rosyjską. Przyczyni się do tworzenia pozytywnego klimatu społecznego, gospodarczego i politycznego we współpracy między oboma państwami.”.
Mając na uwadze, że w umowie brakuje wyrazistych, ekonomicznych pożytków, jej podstawowym celem będzie długoletnie i wyniszczające związanie naszej gospodarki potrzebami rosyjskich eksporterów źródeł energii i uczynienie z Polski organizmu uzależnionego od paliwowego „krwioobiegu” Federacji Rosyjskiej. Moskwa od początku traktowała umowę jako element politycznego uzależnienia Polski, a istotą kontraktu nie było zapewnienie dostaw gazu (to można osiągnąć szybko i w kilka innych sposobów) a utrwalenie wpływów Rosji i zapewnienie jej eksterytorialnego instrumentu władzy.
W powiązaniu z wyznaczoną Polsce rolą „konia trojańskiego” wspomagającego Moskwę w europejskiej ekspansji politycznej, taka koncepcja umowy gazowej wydaje się logiczna i korzystna w długofalowej strategii podboju Europy.


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Nowe Państwo” 11/2010

środa, 3 listopada 2010

GAZOWA PUŁAPKA PUŁKOWNIKA PUTINA

Najnowsze informacje dotyczące kontraktu gazowego z Rosją mogą prowadzić do dwóch, różnych, choć nie przeciwstawnych wniosków.  Albo polskie społeczeństwo i Komisja Europejska zostali oszukani w sprawie warunków umowy, a grupa rządząca jest zakładnikiem płk Putina, albo premier i wicepremier rosyjskiego rządu są arcyłgarzami i prowadzą wobec rządu III RP prowokacyjną grę.
Wczoraj  Władimir Putin poinformował, że kontrakt na tranzyt rosyjskiego gazu przez terytorium Polski został przedłużony do 2045 roku. Według Putina, przewiduje to porozumienie podpisane przez oba kraje w piątek w Warszawie. O porozumieniu Putin rozmawiał w piątek wieczorem z wicepremierem Igorem Sieczinem, który w imieniu Rosji podpisywał dokument. Stenogram z tego spotkania ukazał się na stronie internetowej rządu Rosji.
Także służba prasowa rosyjskiego rządu w osobnym komunikacie przekazała, że umowa z Polską przewiduje "przedłużenie tranzytu gazu do odbiorców w Europie na okres do 2045 roku".
Podczas spotkania z Sieczinem szef rządu Rosji określił umowę z Polską jako "rzeczywiście dobry znak, świadczący o poprawie kontaktów międzypaństwowych i rozwoju współpracy handlowo-gospodarczej" i ocenił, że „osiągnięty rezultat jest ważny nie tylko dla Rosji i Polski, ale także dla całej energetyki europejskiej. Mam na myśli przedłużenie kontraktów na tłoczenie naszego gazu, tranzyt rosyjskiego paliwa do odbiorców europejskich przez polskie terytorium do 2045 roku, tj. na okres 35 lat" - wyjaśnił.
Rosyjska gazeta „Wriemia Nowostiej”, znana z bardzo krytycznych wypowiedzi pod adresem polskiej opozycji i Jarosława Kaczyńskiego zamieściła cytat z wypowiedzi płk Putina, w którym prosi swojego zastępcę, aby opowiedział o szczegółach porozumień zawartych z Polską. Sieczin odpowiada Putinowi, że udało się wypracować „bardzo dobry pakiet dokumentów, które pozwalają „zwiększyć na stabilnej podstawie dostawy rosyjskiego gazu do Polski i zabezpieczyć tranzyt gazu dla europejskich odbiorców przez terytorium Polski do 2045 roku”. Zdaniem „Wriemia Nowostiej”, uzgodnienia na ten temat miały zapaść podczas rozmowy telefonicznej Tuska i Putina.
Również „Głos Rosji” – oficjalna rozgłośnia moskiewska stwierdza, iż „Premierzy Rosji i Polski Władimir Putin i Donald Tusk, ze swej strony, nazwali dokumenty, podpisane w Warszawie, konkretnym przykładem nowej jakości stosunków rosyjsko-polskich. Ich zdaniem, najważniejsze jest to, że uwzględniono w nich prolongatę tranzytu gazu ziemnego dla odbiorców w Europie do 2045 roku.”
Inne rosyjskie media nie napisały o przedłużeniu tranzytu gazu do 2045 roku w tak stanowczym tonie. „Izwiestia” sugerują, że „teraz można mówić o tym, iż został przygotowany grunt dla tranzytu gazu aż do 2045 roku”, a „Kommersant” twierdzi, że „dokumenty pozwalają przy odpowiedniej rynkowej koniunkturze i wzroście w Europie zapotrzebowania na gaz prolongować niniejszą umowę w części dotyczącej dostaw gazu - do 2037 roku, a w części dotyczącej tranzytu - do 2045 roku”.
Tymczasem dziś, na konferencji prasowej wicepremier Waldemar Pawlak powiedział, że zawarte z Rosją porozumienie zakłada dostawy gazu do Polski do 2022 r., a tranzyt - do 2019 r. W umowie znalazł się też zapis o tym, że Polska i Rosja będą dążyć do nowego kontraktu na tranzyt - od 2020 do 2045 r. „Jeżeli premier Rosji potwierdza, że wolą rządu rosyjskiego jest, aby przedłużyć tranzyt na gazociągu jamalskim do 2045 roku, to bardzo dobrze" – skwitował wczorajsze informacje Pawlak.
Ponieważ do tej chwili nikt nie poznał zapisów umowy gazowej z Rosją, powstają ważne pytania: na jaki okres faktycznie przedłużono  mowę tranzytową gazociągu jamalskiego i dlaczego istnieją tak poważne rozbieżności w interpretacji treści umowy?  Czy pewność z jaką płk Putin mówi o roku 2045 oznacza, że w sprawie długoletniego prawa użytkowania gazociągu przez Rosjan zawarto dodatkowe, utajnione porozumienie, czy też Putin nadinterpretuje jawne postanowienia umowy?
Co miało oznaczać stwierdzenie Donalda Tuska „tak jak ja zrozumiałem”, po rozmowie telefonicznej z płk Putinem ?  Rozmawiałem przed chwilą telefonicznie z premierem Putinem na temat okoliczności zawarcia kontraktu i treści tego kontraktu. Tak jak zrozumiałem, to intencja, aby tranzyt funkcjonował długo poza rok 2019 jest oczywista także ze strony rosyjskiej” – powiedział Tusk na konferencji prasowej w Brukseli. – „Pojawiła się w tej rozmowie także znowu data 2045, stąd, żeby traktować tę perspektywę wykorzystywania tranzytowego Jamału jako perspektywę serio” - dodał.
Co zatem zapisano w umowie międzypaństwowej, skoro premier polskiego rządu bredzi o „intencjach” i „perspektywie serio”, skazując nas na dywagacje i domniemania w oparciu o  wątłą podstawę poznawczą, jaką stanowi możliwość zrozumienia tekstu umowy przez Donalda Tuska?
Ukrywanie postanowień umowy z Rosją jest zdarzeniem bez precedensu. W przeddzień przyjazdu Igora Sieczina do Polski  Komisja Europejska domagała się od wicepremiera Pawlaka przedstawienia treści umowy, w szczególności zapisów o wyznaczeniu niezależnej firmy na operatora gazociągu jamalskiego. Okazało się, że polski rząd przesłał do Brukseli jedynie opisy umowy i funkcji operatora, które nie usatysfakcjonowały KE. Jej rzeczniczka stwierdziła wprost, że „ nie ma takiego prawnika, który mógłby ocenić zgodność z prawem danej umowy, bez możliwości jej zobaczenia i tylko na podstawie streszczenia. A z tym właśnie mamy do czynienia.” Marlene Holzner, rzeczniczka unijnego komisarza ds. energii uznała, że „kontrakt operatorski nie zawiera żadnych poufnych informacji biznesowych” zatem powinien być przedstawiony Komisji.
Polsce wyraźnie zagrożono, że w przypadku odmowy przedstawienia umowy sprawa znajdzie finał  w unijnym Trybunale Sprawiedliwości w Luxemburgu, tym bardziej, że wszczęta już w 2009 procedura karna w sprawie Jamału, jest na ostatnim etapie przed przekazaniem do Trybunału. „Postępowanie rozpoczęliśmy z powodów, dla których chcemy wglądu w umowę operatorską, czyli braku niezależnego operatora” – przypomniała Holzner.
Można z całą pewnością uznać, że podstawowym celem blisko dwuletniej gry prowadzonej przez płk Putina wspólnie z grupą rządzącą Polską, było przede wszystkim zapewnienie Rosji władania eksterytorialnym odcinkiem gazociągu jamalskiego.  Jak wskazałem w artykule „PAŃSTWO NAD PUSTĄ RURĄ” (Gazeta Polska 42/2010) istnieje realna groźba, że po uruchomieniu gazociągu Nord Stream, Gazprom może znacząco ograniczyć, a nawet zaprzestać przesyłu gazu rurociągiem jamalskim. Mając na uwadze możliwości koncernu w zakresie pozyskiwania paliwa z nowych złóż, nie istnieją gwarancje działania „Jamału” do 2045 roku, a nawet rok 2022 wydaje się mocno wątpliwy. W tym kontekście niezwykle ważna była informacja przekazana w czerwcu 2007 roku przez sekretarza rosyjskiej Rady Bezpieczeństwa Narodowego Igora Iwanowa, iż rezerwy obecnych złóż surowców energetycznych o wysokiej wydajności są w Rosji wyczerpane w 50 procentach., a "połowa pozostałych oraz nowe złoża są trudno dostępne, toteż ich eksploatacja byłaby bardzo kosztowna i wymagałaby zastosowania nowoczesnych technologii”. Na takie technologie Rosji nie stać.  Iwanow podkreślił wówczas, że jeśli nie rozpocznie się eksploatacji nowych złóż, rosyjskie zasoby zostaną wyczerpane w 90 proc. już do 2030 roku.
Pusta rura pod rosyjskim nadzorem, byłaby nadal ważnym narzędziem nacisków na Polskę, a przede wszystkim poprzez związanie całej infrastruktury przesyłowej ograniczałaby możliwości korzystania z innych źródeł zaopatrzenia w gaz.
Przez cały okres negocjacji umowy niezwykle istotne było zachowanie Rosji, która największy nacisk kładła właśnie na utrzymanie władzy nad polskim odcinkiem rurociągu jamalskiego. Temu celowi służyły wytyczne płk Putina, udzielone rządowi Tuska we wrześniu 2009 roku. Był to czytelny sygnał, że Rosja traktuje umowę jako element politycznego i gospodarczego uzależnienia Polski, a istotą kontraktu nie jest zapewnienie dostaw gazu (to można osiągnąć szybko i w kilka innych sposobów) a utrwalenie wpływów Rosji i zapewnienie jej eksterytorialnego instrumentu władzy. Na takie rozwiązania zgodziła się grupa rządząca, inicjując m.in. zmiany struktury właścicielskiej w spółce zarządzającej polskim odcinkiem gazociągu. Okres negocjowania kontraktu został wydłużony, głównie z uwagi na konieczność spełnienia przez stronę polską wyraźnych żądań Putina.
Odmowa ujawnienia zapisów umowy przed Komisją Europejską, ukrywanie jej postanowień przed Polakami oraz wyraźne rozbieżności w wypowiedziach stron kontraktu mogą wskazywać, że doszło do zawarcia  tajnego porozumienia  o tranzycie do roku 2045, a polski Gaz System  - wbrew żądaniom KE - ma spełniać rolę jedynie operatora technicznego, pozostawiając Rosjanom realną władzę nad polskim odcinkiem gazociągu. Jeśli tak jest w istocie, umowa gazowa już dziś zaczyna odgrywać rolę politycznego narzędzia wpływów.
Warto bowiem pytać: jaki efekt polityczny chce osiągnąć płk Putin przedstawiając publicznie inne warunki umowy, niż przedstawia je strona polska? Można przecież sądzić, że wypowiedzi wysokich oficerów KGB na stanowiskach premiera i wicepremiera rządu rosyjskiego, zostaną odebrane w Brukseli jako sprzeczne z polskimi deklaracjami i wzbudzą dodatkowe podejrzenia Komisji Europejskiej, a być może zaostrzą jej stanowisko.  Czy w tej sytuacji, wypowiedzi Putina i Sieczina nie należy postrzegać jako „dyscyplinujących” stronę polską i widzieć w nich formę politycznego nacisku służącą nakłonieniu „polskich przyjaciół” do określonych zachowań i decyzji w zupełnie innej sprawie, niż umowa gazowa?




czwartek, 21 października 2010

PAŃSTWO NAD PUSTĄ RURĄ

"Nie będziemy się napinali i wysilali, żeby zmieniać terminy, skoro nie ma w kraju zapotrzebowania na dłuższe rozwiązania" - oznajmił wicepremier Pawlak podczas niedawnej  konferencji prasowej poświęconej umowie gazowej z Rosją. Ta interesująca refleksja dopadła Pawlaka po blisko dwuletnim okresie negocjowania umowy, której jeden z warunków przewidywał  przedłużenie tranzytu rosyjskiego gazu przez terytorium Polski do 2045 r.  Tak długi okres miał nam zapewnić błogi spokój i bezpieczeństwo dostaw gwarantowane przez płk Putina. 
Obecnie usłyszeliśmy od Pawlaka argument, iż przedłużenie tranzytu zabezpieczyłoby ciągłość pracy gazociągu jamalskiego, a bez tego tranzyt ten może zostać przejęty przez gazociąg Nord Stream, biegnący z Rosji do Niemiec po dnie Bałtyku. To odkrywcza informacja, bo przez cały okres negocjacji nie słyszeliśmy od ludzi z grupy rządzącej, by takie zagrożenie było w ogóle brane pod uwagę. 
Przeciwnie. Główny polski negocjator nie widział żadnego związku między budową Nord Stream, a kontraktem gazowym. W maju 2009 roku Waldemar Pawlak w wywiadzie „Rosjanie są mistrzami gry na krawędzi” stwierdził: „Uważam, że budowa Nord Streamu może się okazać katastrofalną inwestycją dla Gazpromu i dla Rosjan. Ale nie wiążę tej inwestycji z negocjacjami z Polską. Po ostatnim konflikcie z Ukrainą Gazprom i Rosja nie mają tak komfortowej sytuacji, by pozwolić sobie na brak porozumienia z Polską.”
Ciekawe, czy po blisko dwuletniej „grze na krawędzi” Pawlak jest nadal przekonany, że Rosja nie może sobie pozwolić na traktowanie Polski jak klienta drugiej kategorii? Ciekawe również, jak z perspektywy tej wypowiedzi oceniać zapewnienia o dobrych relacjach z Moskwą i stek podobnych, propagandowych bzdur. Wszak Pawlak sam przyznał, że Rosja może nas wystawić do wiatru budując swój najważniejszy projekt Nord Stream, a nikt przy zdrowych zmysłach nie uwierzy, by umowa gazowa z Polską miała powstrzymać Putina przed realizacją długofalowej strategii .
Przed niedzielną turą rozmów z Rosjanami Pawlak poinformował, że resort gospodarki deklaruje gotowość rozmów z Moskwą o skróceniu nowego kontraktu na dostawy gazu do Polski z 2035 roku do 2022 r. Okazuje się też, że rząd Tuska za swój największy sukces negocjacyjny uważał rosyjską gwarancję tranzytu do 2045 roku i obawia się, że obecnie Rosjanie mogą zażądać skrócenia umowy tranzytowej. W opinii rządu byłoby to rozwiązanie niekorzystne dla Polski, i co podkreśla się bardzo wyraźnie - wymuszone żądaniami opozycji.
Prezes Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa, Michał Szubski przekonywał, że  „utrzymanie jak najdłuższego okresu trwania umowy tranzytowej to nasz priorytet. Jeśli to się nie uda, stracimy wpływy z opłat tranzytowych i podatków płaconych przez EuRoPol Gaz, spółkę zarządzającą polskim odcinkiem gazociągu, bez pracy zostanie też ponad 300 osób”. Maciej Kaliski dyrektor departamentu ropy i gazu Ministerstwa Gospodarki do tego „ogromu strat” dodaje: „Może okazać się, że za 20 lat rurociąg jamalski, dziś główne źródło zaopatrzenia Polski w gaz, będzie pusty”.
Obawy „polskich przyjaciół” już następnego dnia rozwiał dyrektor Instytutu Energetyki Narodowej w Moskwie profesor Siergiej Prawosudow. Nawiązując bezpośrednio do wypowiedzi Macieja Kaliskiego  Prawosudow stwierdza: „Maciej Kaliski [...] z jednej strony, wyraża przekonanie, że długi okres, jaki obejmuje transakcja, jest korzystny dla strony polskiej. Jednakże wyraża on obawy, że za 20 lat Rosja może zrezygnować nagle z dostaw gazu przez Polskę przez nitkę „Jamał-Europa” i zastosuje do tych celów "Nord Stream". W tej sytuacji Polacy będą musieli kupować rosyjski gaz od Niemiec.”
Profesor  Instytutu Energetyki Narodowej uspokaja zatem: „taki termin jest zbyt daleki, aby wyciągać dokładne wnioski czy po prostu wyrażać założenia. Chodzi o to, że "Nord Stream" jest budowany do celów jak najbardziej przejrzystych: chodzi o zwiększenie dostaw gazu rosyjskiego do Europy Zachodniej, gdzie własne zasoby paliwowe są bliskie wyczerpania. Natomiast na Półwyspie Jamał na północy Syberii znaleziono olbrzymie zasoby gazu ziemnego, starczy ich na sto lat, a może nawet więcej. Po co więc Rosja miałaby rezygnować z wykorzystania tak wielkiego gazociągu, jak „Jamał-Europa”? Nie ma w tym żadnego sensu.”
Te uspakajające wyjaśnienia są tyle samo warte, ile argumenty wicepremiera Pawlaka i lamenty tzw. polskich negocjatorów. Skąd nagle pojawiły się tego rodzaju odkrywcze refleksje i czym tłumaczyć „przebudzenie” wicepremiera?
Choć nie wiemy, kto podpowiedział Pawlakowi, że Rosja rozgrywa nasz kraj w ramach wieloletniej strategii podporządkowania Europy, trudno przecież przypuszczać, by on sam i rząd Donalda Tuska nie znali istotnych faktów dotyczących możliwości eksploatacji rurociągu jamalskiego i planów Gazpromu.
Rosyjski koncern, od dnia, gdy Amerykanie zwiększyli wydobycie własnego gazu ze złóż łupkowych i pokazali Rosjanom, że mogą się pożegnać z planami gazowego podboju Ameryki cierpi na wyraźny „syndrom łupkowy”, którego objawy wyraźnie zdradzał  szef Gazpromu Aleksiej Miller podczas czerwcowego wystąpienia w Cannes, gdzie Gazprom zorganizował konferencję menedżerów europejskich firm gazowych. Próbując rozprawiać się z „mitem” złóż łupkowych Miller przeprowadził wówczas klasyczną kampanię czarnego PR, malując apokaliptyczne wizje skutków eksploatacji złóż: zdewastowane krajobrazy, zatrute wodopoje, wstrząsy ziemi przy tworzeniu szczelin w skałach łupkowych. Część tej argumentacji słyszeliśmy kilka dni później z ust Bronisława Komorowskiego, podczas spotkania wyborczego w Londynie.
Nie trzeba przekonywać, że sposób w jaki grupa rządząca traktuje polski potencjał w zakresie pozyskiwania własnego gazu ze złóż łupkowych świadczy o przyjęciu rosyjskiego punktu widzenia.  Sam Gazprom ma się czego obawiać i lęk przed gazem łupkowym to zaledwie część rosyjskich problemów.
Jeszcze dwa lata temu koncern był, (według agencji Bloomberg) trzecią pod względem wielkości kapitału spółką świata, zaraz po PetroChina i ExxonMobil. Dzisiaj, nie wiadomo czy mieści się w pierwszej setce. Dług Gazpromu już przed rokiem wynosił ponad 50 mld dolarów. Zadłużona jest też Rosja – długi znacznie dziś przewyższają rezerwy zaoszczędzone przez Kreml w okresie prosperity. Tymczasem zasoby gazu się kończą, a Gazprom z braku środków nie może sobie poradzić z eksploatacją nowych. Zwiększeniu ulegają też koszty wydobycia gazu i ropy. O ile w Arabii Saudyjskiej koszt wydobycia baryłki ropy wynosi kilka dolarów, o tyle w Rosji już ponad 30 dolarów. Ratunkiem dla Gazpromu mogłyby okazać się nowe inwestycje i eksploatacja nowych złóż. Na to jednak Rosjan nie stać.
Dowodem tego stanu rzeczy była majowa decyzja o rezygnacji z inwestowania w złoża Sztokman na Morzu Berentsa, z których gaz miał zasilić rurociąg Nord Stream. Początkowo ich eksploatacja miała ruszyć w 2013 roku, obecnie mówi się już o roku 2016, ale i ten termin nie jest pewny. Rosjanie nie mogą sobie pozwolić na inwestowanie w złoża Sztokman z powodu wysokich kosztów – są one szacowane na 25 mld dol. Tyle potrzeba m.in. na budowę gazociągów – lądowego, który miałby prowadzić z Teriberki koło Murmańska do Sankt Petersburga (około 1500 km), i morskiego (560 km). Wielomiliardowe inwestycje musiałyby zostać uwzględnione w cenie gazu, który stałby się dla europejskich odbiorców mało atrakcyjny.
Analitycy są przekonani, że faktyczne uruchomienie produkcji (o ile w ogóle do tego dojdzie) może nastąpić najwcześniej po roku 2020. To decyzja niezwykle ważna, również dla Polski. Oznacza bowiem, że rurociągiem Nord Stream popłynie gaz z Jamału, a przez najbliższe kilkanaście lat Gazprom nie będzie miał nowych,  alternatywnych złóż.
Ponieważ to Nord Stream jest dziś dla Rosji priorytetowym projektem politycznym, wydaje się więcej niż pewne, że ograniczeniu ulegną dostawy gazociągiem jamalskim, to zaś oznacza zmniejszenie lub zablokowanie dostaw do Polski.
Z tego punktu widzenia niezwykle ważna była informacja przekazana w czerwcu 2007 roku przez sekretarza rosyjskiej Rady Bezpieczeństwa Narodowego Igora Iwanowa, iż rezerwy obecnych złóż surowców energetycznych o wysokiej wydajności są w Rosji wyczerpane w 50 procentach., a "połowa pozostałych oraz nowe złoża są trudno dostępne, toteż ich eksploatacja byłaby bardzo kosztowna i wymagałaby zastosowania nowoczesnych technologii”. Na takie technologie Rosji nie stać.  Iwanow podkreślił wówczas, że jeśli nie rozpocznie się eksploatacji nowych złóż, rosyjskie zasoby zostaną wyczerpane w 90 proc. już do 2030 roku.
Fakt, że rosyjski profesor Siergiej Prawosudow kłamie na temat przyszłości Jamału jest całkowicie naturalny. To jednak, że w tej kwestii wprowadza nas w błąd również wicepremier Pawlak naturalne już nie jest i powinno zostać gruntownie wyjaśnione. Podobnie, jak wyjaśnione powinny zostać okoliczności towarzyszące negocjacjom kontraktu i przyczyny zmiany stanowiska strony polskiej.
W świetle tego, co wiemy o przyszłości rosyjskich złóż i perspektywach rozwoju Gazpromu - jak wytłumaczyć, że grupa rządząca dążyła do zawarcia umowy na dostawy gazu do roku 2035, a umowę tranzytową chciała przedłużyć aż po rok 2045 – każąc społeczeństwu upatrywać w tych terminach „niebywały sukces negocjacyjny”?  Na podstawie jakich przesłanek Pawlak i inni wmawiają Polakom, jakoby umowa tranzytowa do 2045 roku miała stanowić dostateczną gwarancję, że rurociągiem jamalskim będzie nadal płynął gaz? Co z zapisów tej umowy miałoby skłonić Gazprom do rezygnacji z priorytetów politycznych i wyłożenia ogromnych środków na eksploatację nowych złóż, tak, by zapełnić rurę z  Jamału  na okres 35 lat? 
Przez blisko dwa lata rząd Donalda Tuska przy wsparciu tzw. ekspertów przekonywał nas, że warunki umowy z Rosją są dla Polski idealne i dają nam gwarancję bezpieczeństwa energetycznego. Gdy w sprawę włączyła się Komisja Europejska, a Polska po raz kolejny stała się bezwolnym przedmiotem rozgrywek obcych rządów i wielkich koncernów - próbuje nam się wmawiać, że na skutek przewlekania negocjacji kontraktu, (w czym dużą winę ma ponosić opozycja) Rosja narzuci nam skrócenie umowy na dostawy gazu i ograniczy tranzyt paliwa przez Polskę. Po dwóch latach ulegania dyktatowi płk Putina i rezygnacji z polityki dywersyfikacji odwrót od szkodliwej koncepcji długoterminowej umowy przedstawia się jako czynnik negatywny, wymuszony reakcjami opozycji i państw UE. To coś więcej, niż tylko chwyt propagandowy.
Jak w tej sytuacji obecny rząd chce zapewnić Polsce bezpieczeństwo energetyczne, jeśli świadomie zrezygnował z protestu w sprawie odcinka Nord Stream blokującego dostęp do portu w Świnoujściu i zlikwidował wszystkie projekty służące dywersyfikacji dostaw?
Podczas ubiegłotygodniowej konferencji wicepremier Pawlak tłumacząc skrócenie okresu obowiązywania umowy tranzytowej stwierdził wprost: "Zagrały tutaj różne interesy niemieckie i amerykańskie i w konsekwencji ta sprawa została odłożona na bok". Trudno byłoby znaleźć wypowiedź , która dobitniej świadczy o słabości, nieudolności i serwilizmie grupy rządzącej. Oznacza ona, że obecny rząd nie pragnie nawet naturalnej rywalizacji kapitałów rosyjskiego, niemieckiego czy amerykańskiego na polskim rynku i nie dostrzega w ogóle możliwości wpływu na kształt umowy i nasze bezpieczeństwo energetyczne. Tylko ta jedna wypowiedź jest wyrazem kompromitującej bierności, rezygnacji z narzędzi państwa suwerennego i poddania się obcemu dyktatowi.
Charakterystyczne w tej sprawie jest zachowanie Rosji, która największy nacisk kładzie właśnie na utrzymanie władzy nad polskim odcinkiem rurociągu jamalskiego. Temu samemu celowi służyły wytyczne płk Putina, udzielone rządowi Tuska we wrześniu 2009 roku. Rosyjskie "Wiedomosti" podają, że Rosja nadal upiera się przy tym, że polski Gaz-System powinien być tylko technicznym operatorem gazociągu jamalskiego i odmawia mu prawa do samodzielnych decyzji. "Liczymy na to, że podczas zbliżających się negocjacji właśnie ten wariant będzie omawiany jako podstawowy" - stwierdza Ministerstwo Energetyki Rosji.
Czy może być bardziej czytelny sygnał, że Rosja traktuje umowę jako element politycznego i gospodarczego uzależnienia Polski? Widać również wyraźnie, że istotą kontraktu nie jest zapewnienie bezpieczeństwa dostaw gazu (to można osiągnąć w kilka innych sposobów) a utrwalenie wpływów Rosji i zapewnienie jej eksterytorialnego instrumentu władzy. Na takie rozwiązania zgodziła się grupa rządząca, inicjując m.in. zmiany struktury właścicielskiej w spółce zarządzającej polskim odcinkiem gazociągu.
Wobec realnych możliwości Gazpromu i celów Nord Stream wiadomo przecież, że nie istnieją gwarancje na przesył gazu rurociągiem jamalskim do 2045 roku, a nawet rok 2022 wydaje się mocno wątpliwy. Jeśli zatem Rosja upiera się przy swoich żądaniach i nie chce dopuścić niezależnego operatora, będzie mieć w ręku mocne narzędzie nacisku, gwarantujące jej obecność na terytorium III RP i wpływ na decyzje przyszłych rządów w zakresie polityki energetycznej. Poprzez uzależnienie polskiej infrastruktury od gazociągu jamalskiego Rosja zapewni sobie bezwzględny monopol, przy jednoczesnym zachowaniu szkodliwej dla nas zasady, iż to samo przedsiębiorstwo jest właścicielem sieci i zajmuje się obrotem gazem. Jeśli do tej perspektywy dodać ograniczenie rozwoju gazoportu w Świnoujściu przez leżącą zbyt płytko rurę Nord Stream, łatwo sobie wyobrazić, że Polska zostanie skazana na długoletni dyktat Moskwy i Berlina. Dyktat tym groźniejszy, jeśli już dziś wiadomo, że rura jamalska może być pusta.


Artykuł opublikowany w nr.42/2010 Gazety Polskiej

piątek, 24 września 2010

SMOLEŃSKA CENA UMOWY GAZOWEJ

Historia obecnych negocjacji aneksu do umowy międzyrządowej w sprawie dostaw rosyjskiego gazu ma już ponad 20 miesięcy. Jej szczegółowe przedstawienie miałoby zapewne objętość sporej książki i okazało się niestrawne dla większości odbiorców. Trzeba jednak przypomnieć niektóre, istotne fakty.
Geneza rokowań sięga przełomu lat 2008-2009, gdy wybuchł rosyjsko-ukraiński spór gazowy. Zawarte w styczniu 2009 r. porozumienie między Gazpromem a ukraińskim Naftohazem wyeliminowało z pośrednictwa handlu gazem spółkę RosUkrEnergo ( w której Gazprom miał połowę udziałów), co z kolei spowodowało obniżenie dostaw gazu do Polski.
Pod koniec stycznia 2009 roku polski Gaz-System i PGNiG poinformowały, że RosUkrEnergo, dostarczająca dotąd ok. 2,5 mld m sześc. gazu rocznie zaprzestał dostaw. Kilka dni później, Donald Tusk po spotkaniu z Władimirem Putinem w czasie obrad Światowego Forum Ekonomicznego w Davos oznajmił, że „problem z dostawami gazu do Polski prawdopodobnie zostanie rozwiązany”. Pierwszy warunek tego „rozwiązania problemu” został ujawniony z początkiem marca 2009 roku, gdy minister transportu Rosji Igor Lewitin przyznał, że Gazprom jest gotów dostarczyć Polsce dodatkowe ilości gazu, ale tylko wówczas, jeśli ta zrezygnuje z pośrednika i podpisze aneks do umowy międzyrządowej z 1993 roku.
Tego rodzaju zachowania w stosunkach międzynarodowych, wymuszone niezawinionym przez Polskę konfliktem rosyjsko – ukraińskim i zerwaniem dostaw przez spółkę zależną od Gazpromu nie sposób nazwać inaczej jak szantażem. Nieco później dowiedzieliśmy się, że Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo zapłaciło RosUkrEnergo zaległe 70 mln dol. za dostawy gazu z grudnia 2008 roku, co w sposób oczywisty pozbawiło Polskę ważnego argumentu finansowego i mogło wzbudzić w Rosjanach przeświadczenie, że rząd Tuska jest gotów do dalszych ustępstw.
Od tego momentu, w historii negocjacji przewijają się dwa podstawowe elementy.
Z jednej strony kolejne, mniej lub bardziej jawne żądania wysuwane przez stronę rosyjską, z drugiej zaś – zapewnienia rządu Donalda Tuska, że lada moment kontrakt zostanie podpisany. Ze strony rządu proces ten cechuje stan permanentnej kapitulacji, Rosjanie zaś tylko pozornie prowadzą niepojętą grę na czas, odwlekając efekt końcowy.
Warto poszukać odpowiedzi na dwa ważne pytania: dlaczego w ogóle przyjęto szantaż ze strony Rosji oraz dlaczego umowa nie została podpisana do chwili obecnej?
Wbrew temu, co twierdzi propaganda grupy rządzącej decyzji o rozpoczęciu negocjacji długoterminowej, międzyrządowej umowy nie można oceniać inaczej jak decyzji politycznej, nie znajdującej uzasadnienia w polskich projektach dywersyfikacyjnych. Obowiązująca wówczas rządowa „Polityka dla przemysłu gazu ziemnego” z marca 2007 r. (opracowana jeszcze przez rząd PiS) zakładała że głównymi działaniami wzmacniającymi bezpieczeństwo energetyczne państwa będą: terminal do odbioru gazu skroplonego, bezpośrednie połączenia gazociągiem ze złożami skandynawskimi (Baltic Pipe), zwiększenie krajowego wydobycia, zawarcie kontraktów długoterminowych na dostawy gazu ze źródeł innych niż rosyjskie. Rząd Tuska do tych działań dodał rozbudowę magazynów gazu oraz budowę połączeń z Niemcami i Czechami, co już podważało opłacalność inwestycji terminalu w Świnoujściu i było sprzeczne ze strategią dywersyfikacji, która wprost zabraniała budowy połączeń międzysystemowych skutkujących dalszym uzależnieniem dostaw gazu do Polski od jednego producenta.
Jak napisano w opracowanej przez prezydenckie BBN „Analizie działań na rzecz bezpieczeństwa energetycznego dostaw gazu” z listopada 2009 r. „budowa połączeń międzystemowych z Niemcami, Czechami czy Austrią a także zwiększenie do Polski dostaw gazu w wyniku renegocjacji „kontraktu jamalskiego”, może nasycić rynek krajowy gazem przed wybudowaniem gazoportu w Świnoujściu i tym samym utrudnić podpisanie kolejnych kontraktów na gaz skroplony. Wymienione czynniki będą wpływać na to, czy terminal LNG zostanie ważnym instrumentem dywersyfikacji, czy też jego wpływ na bezpieczeństwo energetyczne kraju będzie umiarkowany.”
Trzeba też pamiętać, że w czasie podjęcia decyzji o paktowaniu z Gazpromem obowiązywała umowa z Rosją zawarta do roku 2022 (której zapisy należało egzekwować) oraz istniały realne możliwości zapewnienia dostaw gazu z innych, niż rosyjskie źródeł. Ważną przesłanką, że chodziło o decyzję polityczną jest fakt, że od chwili przejęcia władzy przez obecny układ nie uczyniono nic w sprawie projektu Baltic Pipe -  podmorskiego rurociągu łączącego Polskę z Danią, który zgodnie z harmonogramem miał być oddany do użytku w 2010 roku. W dniu 16 czerwca 2009 r. OGP Gaz – System S.A. wstrzymał realizację projektu Baltic Pipe z powodu „braku zainteresowania na gaz”. Choć Komisja Europejska przyznała inwestycji wsparcie finansowe, zabrakło decyzji rządowej o nadaniu temu projektowi, podobnie jak budowie terminalu LNG, statusu projektu o strategicznym dla państwa znaczeniu.
Mając na uwadze, że już w marcu 2008 roku doszło w Ministerstwie Gospodarki do rozwiązania Departamentu Dywersyfikacji Dostaw Nośników Energii, którego urzędnicy nie mieli po prostu nic do roboty można uznać, że grupa rządząca wprost oczekiwała na rosyjską „propozycję nie do odrzucenia” i przyjęła ją nie bacząc na narodową strategie bezpieczeństwa energetycznego.
Wbrew twierdzeniom Tuska i Pawlaka, jakoby decyzja o podpisaniu kontraktu gazowego z Rosją wynikała z kalkulacji ekonomicznych (których nikt do tej pory nie przedstawił) i nie ma nic wspólnego z żadną „ideologią” -  była ona podyktowana wyłącznie racjami politycznymi, wynikającymi z dogmatycznego kosmopolityzmu i antypolonizmu Platformy, jej związków z postsowiecką agenturą oraz reorientacji na „poprawę stosunków” z Rosją i Niemcami, co w praktyce oznaczało zwrot ku politycznemu serwilizmowi. Jedyny „interes ekonomiczny” mógł wynikać z faktu, że grupa rządząca reprezentuje interesy lobby rosyjskiego, doskonale ulokowanego w establishmencie III RP i była zainteresowana ponownym umieszczeniem Polski w strefie wpływów Moskwy.
Z tej przyczyny, umowa gazowa jest tym najważniejszym kluczem do zrozumienia scenariusza zdarzeń z ostatnich kilkudziesięciu miesięcy i stanowi punkt centralny wokół którego rozgrywają się inne, mniej lub bardziej symboliczne sytuacje. Wszystkie one będą jedynie odbiciem koncepcji, która legła u podstaw traktatu gazowego.

W żadnym innym obszarze, jak w sprawie bezpieczeństwa energetycznego nie widać wyraźnie dwóch różnych i przeciwstawnych wizji rozwoju Polski - między koncepcją Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a pomysłami grupy rządzącej.  
To z inicjatywy Lecha Kaczyńskiego w maju 2007 r. zorganizowano Szczyt Energetyczny w Krakowie, na którym obecni byli prezydenci Azerbejdżanu, Gruzji, Litwy i Ukrainy oraz przedstawiciel prezydenta Kazachstanu. Szczyt ten dał początek niezwykle ważnemu projektowi – Euroazjatyckiemu Korytarzowi Transportu Ropy Naftowej, którego część stanowił rurociąg Odessa-Brody-Płock-Gdańsk, a który pozwoliłby na dostawy ropy naftowej z regionu Morza Kaspijskiego do Polski i Europy. Kolejne szczyty energetyczne, będące kontynuacją spotkania w Krakowie, odbyły się w Wilnie, Kijowie i Baku. Zapadły na nich decyzje, których efektem było przygotowanie przez spółkę Sarmatia, (której udziałowcami są spółki z Polski, Ukrainy, Litwy, Gruzji i Azerbejdżanu) studium wykonalności projektu budowy korytarza do transportu ropy naftowej z regionu Morza Kaspijskiego do Gdańska. Ta inicjatywa polskiego Prezydenta miała pełne poparcie Komisji Europejskiej.
Nie trzeba dodawać, że spotkała się z obojętnością, a nawet wrogością grupy rządzącej, która w aktywności Lecha Kaczyńskiego na tym polu upatrywała zagrożenie dla pomysłu uzależnienia Polski od rosyjskiego dyktatu. Sprawę bezpieczeństwa energetycznego, Lech Kaczyński traktował jako priorytet swojej prezydentury i był żywo zainteresowany przebiegiem polsko-rosyjskich negocjacji. W tym celu powołał nawet Zespół ds. Bezpieczeństwa Energetycznego w Kancelarii Prezydenta RP, a już w połowie 2009 roku wystąpił do rządu o przesłanie instrukcji negocjacyjnej dotyczącej rozmów z Gazpromem oraz umowy na zakup gazu z Kataru.
Natomiast 17 listopada 2009 roku Lech Kaczyński przesłał do Donalda Tuska list, w którym zawarł pytania dotyczące kilku kluczowych kwestii związanych ze stanowiskiem negocjacyjnym rządu. Przedmiotem zainteresowania Prezydenta była w szczególności długość obowiązywania kontraktu, wielkość wolumenu kupowanego gazu, formuły ustalania ceny, oraz procesy decyzyjne w spółce EuRoPol Gaz i wysokość taryf przesyłowych. Lech Kaczyński pytał również o rządową koncepcję dywersyfikacji dostaw gazu, w tym o losy projektu budowy gazoportu w Świnoujściu i rurociągu Odessa-Brody-Gdańsk oraz o to, czy planowane jest połączenie polskiego systemu gazowego z projektowaną lądową częścią gazociągu Nord Stream.
Prezydent chciał wiedzieć, dlaczego umowa dotycząca gazu musi być zawarta w formie porozumienia międzyrządowego i z czym dla państwa będzie się wiązała taka forma zawarcia porozumienia, pytał także dlaczego do rozmów z Rosją nie włączono unijnej Komisji Europejskiej.  Było to ważne pytanie, bo o udziale KE w negocjacjach rząd Tuska mówił już we wrześniu 2009 roku, a niedawny protest Komisji obnażył niezgodność umowy z prawem europejskim. Na te wystąpienia Prezydent nie otrzymał odpowiedzi.
W lutym 2010 Lech Kaczyński skierował list do uczestników konferencji „North European Energy Security Forum”, zorganizowanej w Gdańsku, w którym m.in. napisał: „Tematyka konferencji nabiera szczególnego znaczenia w obliczu uzależnienia wielu państw członkowskich Unii Europejskiej np. Polski, krajów bałtyckich i większości krajów Europy Środkowej, od importu surowców energetycznych – ropy naftowej i gazu ziemnego - z kierunku wschodniego. Stanowić to może poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa.”
Gdy zaś 26 marca odbyło się w Belwederze spotkanie ekspertów poświęcone kwestiom gazowym, wywołało ono olbrzymie oburzenie grupy rządzącej i spowodowało liczne ataki medialne na Prezydenta, zaś  obecni na spotkaniu przedstawiciele strony rządowej opuścili salę obrad. Główny wniosek płynący z przedstawionego wówczas tzw. raportu Naimskiego był bowiem taki, że umowa z Rosją jest niekorzystna dla Polski i zagraża naszemu bezpieczeństwu. Ujawniono również, że  zapewnienia wicepremiera Pawlak, jakoby poza Gazpromem Polska nie miała alternatywy dla dostaw gazu były kłamstwem.
Przebieg tego spotkania musiał uprzytomnić ludziom z grupy rządzącej, że Prezydent będzie najsilniejszym, bo wyposażonym w ustawowe uprawnienia przeciwnikiem porozumienia gazowego z Rosją i posiada  pełną wiedzę na temat zagrożeń, jakie kontrakt ten niesie dla Polski. Wiemy również, że już wówczas Lech Kaczyński poważnie zastanawiał się nad prawnymi możliwościami zablokowania umów z Gazpromem i prowadził w tej sprawie liczne konsultacje.
Mając to na uwadze, trzeba odnotować pewną sekwencję zdarzeń, która z dzisiejszej perspektywy nabiera szczególnego znaczenia.
10 lutego 2010 roku rząd Tuska zatwierdził porozumienie gazowe z Rosją. Wydawało się, że nic już nie stoi na przeszkodzie, by podpisano je na szczeblu międzyrządowym, na co również wskazywały ówczesne komunikaty prasowe.
Tymczasem 16 lutego rzeczniczka KE ds. energii Merlen Holzner poinformowała, że Komisja Europejska poprosiła polski rząd o wyjaśnienia w sprawie umowy gazowej z Rosją, znajdując w niej zapisy sprzeczne z unijnym prawem energetycznym. Późniejszy komunikat stwierdzał, iż KE „na podstawie doniesień prasowych”, sygnalizowała, że istnieją obawy, czy porozumienie jest zgodne z prawem UE i w lutym, a także w kwietniu wysłała do resortu gospodarki dwa listy w tej sprawie.  Nie wiemy, na jakiej podstawie rzeczywiście nastąpiła reakcja Komisji.
Można sądzić, że ta okoliczność zostałaby wykorzystana przez Prezydenta Kaczyńskiego do spowodowania, by w proces negocjacji umowy zaangażowały się instytucje unijne, a zapisy szkodliwe dla Polski byłyby renegocjowane. Nie przypadkiem aktywność Prezydenta na forum UE budziła wściekłość grupy rządzącej i była przedmiotem rozlicznych gier i medialnych ataków.
W tym kontekście dość niezwykle musiały zabrzmieć słowa Władimira Putina wypowiedziane podczas konferencji prasowej w Smoleńsku w dniu 7 kwietnia br., gdy premier Rosji zapewnił, że „podpisanie niezbędnej dokumentacji nastąpi w niedługim terminie” i poinformował, że podczas rozmów z Tuskiem umówili się na długoterminowe dostawy do Polski rosyjskiego gazu.
Dzień później Waldemar Pawlak w charakterystycznym stylu powiadomił dziennikarzy, że „jeśli chodzi o porozumienie to przypuszczam, że po tych wszystkich wyjaśnieniach wszelkich nowych wątpliwości, jeżeli nie będzie żadnych nowych zastrzeżeń (...), to będzie to możliwe do sfinalizowania w kwietniu.” Zapewnienie to powtórzył 26 kwietnia – już po tragedii smoleńskiej – twierdząc, że „pracujemy nad technicznym uzgodnieniem terminu, to może być w tym tygodniu, ale raczej spodziewałbym się tego po długim weekendzie majowym".
To gwałtowne przyspieszenie procesu negocjacyjnego, w okresie poprzedzającym 10 kwietnia i tuż po tragedii wydaje się niezwykłe, zważywszy na toczące się przed Komisją Europejską postępowanie w sprawie spornych zapisów umowy. W tym czasie nic nie usprawiedliwiało smoleńskiego optymizmu płk Putina i nie tłumaczyło wypowiedzi  wicepremiera Pawlaka.
Jest raczej pewne, że reakcja KE stała na przeszkodzie w ostatecznym sfinalizowaniu  kontraktu, co znalazło zresztą potwierdzenie w piśmie skierowanym do rządu polskiego na początku lipca br.  gdzie  wzywa się Polskę do „zaprzestania naruszeń przepisów UE dotyczących rynku wewnętrznego gazu” i grozi skierowaniem sprawy umowy gazowej z Rosją do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości.
Gdy wiemy już, jakie stanowisko w tej sprawie zajmuje rząd Donalda Tuska, broniący niekorzystnych dla Polski postanowień umowy z Rosjanami, powinniśmy też mieć świadomość, że jedynym rzecznikiem interesów obywateli polskich przed Komisją Europejską  mógł być tylko Prezydent Lech Kaczyński i tylko z nim można było wiązać nadzieje na zablokowanie kontraktu gazowego.
Pułapka smoleńska skutecznie pozbawiła Polaków tej nadziei.


Artykuł opublikowany w nr.38/2010 Gazety Polskiej 

środa, 22 września 2010

GRY GAZOWE CZYLI POWRÓT DO ROSJI

Od kilku dni, wokół tematu polsko-rosyjskiej umowy gazowej można dostrzec rozliczne gry polityczne świadczące o narastającym zniecierpliwieniu Rosji. Wypowiedź płk Putina dla rosyjskiego "Kommiersanta”, w której informował o polskim żądaniu, „by Komisja Europejska wymusiła zmianę uzgodnionej już trasy Gazociągu Północnego” wyraźnie świadczy o dużej irytacji premiera Rosji i może sugerować, że temat już stał się przedmiotem targów.
Sporna sprawa lokalizacji rurociągu „Nord Stream” utrudniająca wejście tankowców do gazoportu w Świnoujściu znana była od wielu miesięcy. Jak się okazuje nie dla płk Putina. W wywiadzie dla „Kommiersanta” stwierdził zatem, że „nagle Polacy oznajmili teraz, że gazociąg powinien przechodzić na znacznie większej głębokości, niż zakładano, gdyż oni w przyszłości zamierzają pogłębić swój port i puścić swoim torem wodnym większe statki. Wcześniej o takich zamiarach nie informowali” – denerwował się Putin i oświadczył, że według niego "nic już nie powstrzyma" budowy gazociągu. Dodał też, że awantura wywołana sprzeciwem Polski nie ma nic wspólnego ze sprawą Ahmeda Zakajewa, a Polacy „po prostu chcieli otrzymać nasz tranzyt". „Jest oczywiste, że mimo wszystko przejdziemy” - dodał Putin.
Wygląda na to, że premier Rosji kłamie mówiąc, iż nic nie wiedział o stanowisku Polski. Sprawę dostępu do gazoportu opisałem już w styczniu br., wówczas gdy niemiecki Federalny Urząd Żeglugi i Hydrografii w Hamburgu wydał pozwolenie na położenie rur na dnie Bałtyku również tam, gdzie gazociąg będzie się krzyżował z drogą morską do portów w Szczecinie i Świnoujściu.
Od tego przynajmniej czasu wiadomo, że Polska musiała oprotestować tę decyzję, bowiem zagrażała wprost planom budowy gazoportu, do którego ma być dostarczany gaz z Kataru, przewożony tankowcami wymagającymi toru wodnego o głębokości co najmniej 14,3 m.
Reakcja Putina jest tym bardziej zagadkowa, że na początku marca br. w tej sprawie wypowiedział się dyrektor spółki Nord Stream ds. pozwoleń Dirk von Ameln, stwierdzając, że „bardzo poważnie potraktowaliśmy zastrzeżenia strony polskiej. Cieszymy się, że udało nam się znaleźć możliwe do przeprowadzenia rozwiązanie służące bezpieczeństwu gazociągu i żeglugi”. Zmiany w projekcie gazociągu miały spowodować, że zostanie on wkopany pod dno morskie na odcinku 20 km oraz przesunięty na głębsze wody na odcinku 12 km z gwarantowaną minimalną głębokością 16 metrów, by zapewnić tankowcom niezakłócony dostęp do portów w Szczecinie i Świnoujściu. Już wówczas było jednak wiadomo, że strona polska chciałaby mieć zagwarantowaną 17-metrową głębokość dojścia i trudno przypuszczać by ta kwestia mogła być zaskoczeniem dla Rosji.
Wygląda na to, że płk Putina rozsierdził fakt włączenia w sprawę Komisji Europejskiej, co w połączeniu ze sprzeciwem tej instytucji wobec postanowień umowy gazowej sprawia, pociąga za sobą problemy i sprawia, że podpisanie kontraktu zostaje odłożone. Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na niebywałą zgodność  argumentacji rosyjskiej i polskiej w kwestii przyczyn stanowiska KE w sprawie umowy gazowej.
Na początku września moskiewski „Kommiersant” zamieścił artykuł o sugestywnym tytule: "Polska wykrawa kawałek "Gazpromu", w którym dyrektor Instytutu Energetyki Narodowej Federacji Rosyjskiej Siergiej Prawosudow podzielił się uwagami na temat sprzeciwu KE. Rosjanin twierdził, że „chodzi o to, że niektórzy polscy biznesmeni zdecydowali, że warto byłoby oddzielić "Gazprom" od zarządu nad tą częścią gazociągu "Jamał-Europa", który przechodzi przez terytorium Polski. Wydaje im się, że lepiej oddać ten odcinek pod kontrolę polskiej państwowej kompanii "Gaz-System" i konkludował: „teraz jakby wszystko zawisa w powietrzu… Polacy zawieźli projekt Porozumienia do Brukseli, aby omówić go z komisarzem Unii Europejskiej ds. energetyki Ginterem Ottingerem. A on uważa, że w Porozumieniu należy uwzględnić założenia trzeciego pakietu energetycznego Unii Europejskiej. Jest dla nie jasne, że w rosyjsko-polskim projekcie Porozumienia w zakresie gazu nie ma poważnych sprzeczności z trzecim pakietem energetycznym Unii Europejskiej. Jednak z jakiegoś powodu Bruksela ma zastrzeżenia wobec dokumentu, który jest bardzo korzystny zarówno dla Polski, jak i dla Rosji”.
Możliwe, że Bruksela po raz kolejny wyraża swoje nadzwyczajne niezadowolenie z tego, że Rosja do tej pory nie podpisała Karty Energetycznej?”
Siergiej Prawosudow stwierdził następnie, że Rosja nie ma zamiaru podpisywać tej Karty. Dlaczego? „Odpowiedź jest prosta: ten dokument został zestawiony wyłącznie w interesach konsumentów paliwa, a interesy dostawców nie są nim w ogóle uwzględnione. Właśnie na tym polega słaba strona Karty, którą należałoby poprawić, taka jest moja opinia” – uznał Prawosudow.
Po tej wypowiedzi szefa Instytutu Energetyki Narodowej Federacji Rosyjskiej wśród polskich ekspertów natychmiast pojawił się argument, że powodem sprzeciwu KE wobec umowy gazowej z Rosją jest sprawa Karty Energetycznej i nie ma to nic wspólnego z ochroną interesów polskich. Przypadek? Nie sądzę. Nie dalej jak wczoraj pojawiła się wypowiedź anonimowego polskiego eksperta  „zaangażowanego w negocjacje gazowe z Rosją”, który w identyczny sposób jak Rosjanin ocenił sprawę twierdząc, że „trzeci pakiet liberalizacyjny tworzy wspólny rynek energii i gazu w Unii Europejskiej, liberalizuje dostęp do sieci elektroenergetycznych i gazowych. - Wszystko ładnie tyle, że w teorii. Pytanie podstawowym jest kto wynagrodzi firmom straty z powodu odstąpienia części majątku?” – martwi się ekspert i pyta: „Dlaczego KE tak twardo forsuje swoje racje? - W wielu krajach UE istnieje dość silny opór przeciwko zapisom pakietu. Zresztą ma to uzasadnienie. Akcjonariuszom dużych firm energetycznych trudno zrozumieć, dlaczego mają pozbyć się części majątku. KE tłumaczy, że tak będzie korzystniej dla klientów, pozwoli także przeciwdziałać wygrywaniu przez firmy spoza UE (np. Gazpromowi) swojej kluczowej pozycji”. Konkluzja tej wypowiedzi jest jasna i zawarta w artykule: „Następstwem twardego stanowiska UE jest to, że w związku z brakiem umowy może nam zabraknąć tej zimy gazu.”

Jest dla mnie oczywiste, że umowa gazowa z Rosją zostanie wkrótce podpisana, a sprzeciw KE zostanie sprowadzony w praktyce do zapewnienia gwarancji interesów (głównie niemieckich) spółek paliwowych. W tym przekonaniu utwierdza mnie nie tylko zgodność stanowisk Polski i Rosji wobec sprzeciwu KE, ta bowiem dziwić nie może, gdy pamięta się o przyjętej pod Smoleńskiem idei „pojednania”.
W zalewie zastępczych tematów, podrzucanych przez funkcyjne media niezauważenie przemknęła informacja, której sens może pomóc w znalezieniu odpowiedzi na pytanie dotyczące interesu grupy rządzącej w forsowaniu niekorzystnej umowy gazowej.    
Treść tej lakonicznej  informacji zapewne niewiele będzie mówiła osobom niezorientowanym:
Petrolinvest zawarł z moskiewską firmą Yukola przedwstępną umowę dotyczącą nabycia 50 proc. akcji w Open Stock Company "Bogorodsknieft" z siedzibą w Saratowie,”
Petrolinvest to spółka której właścicielem jest Ryszard Krauze, a prezesem Paweł Gricuk. Jeszcze w kwietniu br. Forbes w publikacji „Petrolinvest: Austerlitz czy Waterloo” wskazywał, że „Krauze od roku z coraz większą desperacją próbuje zebrać kapitał i sprzedaje nie tylko swoje spółki, ale również pałace, samoloty i obrazy, to wybór mniejszego zła - sposób, by nie wypaść z gry o ropę.”
Co oznacza podpisanie umowy przez spółkę Krauzego? Petrolinvest, poszukujący ropy w Kazachstanie otrzymał wyłączność na negocjacje zakupu 50 proc. rosyjskiej spółki wydobywczej Borogodsknieft z Saratowa, która ma licencję na wydobycie ropy. Teraz firma z Saratowa należy do spółki Jukola i od kilku lat prowadzi stabilne wydobycie. W tym roku ma wydobyć milion baryłek ropy. Udokumentowane i potwierdzone zasoby należące do spółki wynoszą ok 45 mln baryłek surowca. Dodatkowo, na obszarze objętym licencją spółki są złoża, których perspektywiczne zasoby szacowane są na 20 mln baryłek ropy. Po zagospodarowaniu kolejnego złoża Borogodsknieft ma zwiększyć produkcję do 3 mln baryłek. Surowiec jest eksportowany przez rurociąg "Przyjaźń" do Polski i Niemiec. W razie domknięcia transakcji Petrolinvest będzie odbierał ropę od Borogodsknieftu.
Dotąd Petrolinvest miał 86,32 mln zł straty netto w I poł. 2010 roku wobec 283,11 mln zł straty rok wcześniej. Przed opublikowaniem informacji akcje giełdowe Petrolinvestu taniały o 0,25 proc. a jeden papier kosztował 12,13 zł. Po opublikowaniu, tego samego dnia  zyskały 5,19 proc. na GPW w Warszawie. Petrolinvest był już obecny na terenie Rosji. Spółka posiadała 60 proc. udziałów w pięciu koncesjach w rosyjskiej republice Komi. W ubiegłym roku uznała je jednak za mało perspektywiczne i sprzedała za symboliczne kwoty.
Do tego tematu powrócę wkrótce. Przypomnę jedynie, że Ryszard Krauze to biznesmen trafnie kojarzony z Donaldem Tuskiem i innymi działaczami Platformy Obywatelskiej.
Nigdy nie wyjaśniono, jaki wpływ miał Donald Tusk, w czasach gdy był likwidatorem RSW Prasa-Książka-Ruch, na zawarcie kontraktu na stworzenie przez Prokom systemu komputerowego dla Ruchu. Nigdy też nie wyjaśniono, czy Ryszard Krauze - główny reklamodawca finansował pismo „30 dni” prowadzone przez Donalda Tuska, podobnie jak nie wiemy - dlaczego Krauze do obsługi PR wybrał firmę byłego ministra łączności w rządzie Hanny Suchockiej, działacza KLD – Krzysztofa Kiliana? Wielokrotnie pojawiały się sugestie, że  Prokom Krauzego wspierał różne inicjatywy Kongresy Liberalno - Demokratycznego.
Tajemnicza jest również sprawa Grupy 4Media, która w 2000 r. weszła na giełdę papierów wartościowych dzięki przejęciu zadłużonego Chemiskóru. Firma miała być koncernem medialnym, kupując dziennik „Życie” i portal internetowy „Ahoj”. Założycielami Grupy 4Media byli działacz KLD Jacek Merkel i wydawca Wojciech Kreft oraz Dariusz K., a Prokom Investments Ryszarda Krauzego objął pierwsze bony dłużne tej spółki. Pieniądze miały być przeznaczone na finansowanie 4Media. Gdy spółka okazała się bankrutem, sprawą zainteresowała się prokuratura.
Przez Prokom przewinęło się wielu polityków i ludzi pereelowskich służb. W artykule „Dworcowa "ośmiornica" (Nasza Polska 3/2009) Rita Żebrowska, Andrzej Echolette przypomnieli, że „w orbicie przedsięwzięć Krauzego znajdowali się „byli oficerowie specsłużb PRL i ich rodziny: oprócz Petelickiego, m.in. płk Mieczysław Tarnowski (zastępca szefa Urzędu Ochrony Państwa, a potem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego w rządach Buzka i Millera) czy Adam Bałach (w latach 90. kierował WSI w Gdyni). Jest syn Marka Dukaczewskiego, byłego szefa WSI, i córka posła Samoobrony Lecha Woszczerowicza. Jako rzecznik Biotonu pracuje Iwona Ryniak - córka oficera wymienionego w raporcie z likwidacji WSI". Przed dwoma laty pojawiały się informacje, że aneks do Raportu z Weryfikacji WSI ma zwierać m.in. informacje o spółkach Ryszarda Krauzego.
Szefem spółki Petrolinvest, jest Paweł Gricuk – „genialny biznesmen ze skazą” – jak scharakteryzowano tę postać w artykule „Imperium Krauzego - czy to początek końca?” Tomasza Butkiewicza i Luizy Zalewskiej. Autorzy przypomnieli o „dziwacznej transakcji z dziwaczną spółką, nad którą do dziś unosi się duch Tadeusza Rusieckiego - biznesmena, który w imieniu Rosjan zarządzał w Polsce postsowieckim majątkiem.” W październiku 2002 r. Gricuk na własny rachunek i za własne pieniądze kupił warszawską spółkę Immorent, płacąc za jej udziały trzy miliony czterysta tysięcy złotych. W artykule możemy przeczytać:
Spółka nic nie ma, niczym się nie zajmuje. Jej jedyną wartością jest prawo dzierżawienia lokali w pięciopiętrowej kamienicy w warszawskiej alei Szucha. To wyjątkowo ekskluzywny adres, tuż obok nuncjatury papieskiej, siedziby premiera i dwóch ministrów. Jedynym felerem spółki jest to, że należy do Rosjan, a ściślej - Rosjanie uważają ją za swoją własność. Gricuk kupił więc spółkę, która z namaszczenia Rosji podnajmowała lokale w rosyjskiej nieruchomości. Takich spółek nie można normalnie kupić.”
Podobnie – jak nie można normalnie otrzymać wyłączności na zakup 50 proc. rosyjskiej spółki posiadającej licencję na wydobycie ropy. W Rosji ten obszar decyzji należy do wszechwładnego wicepremiera i byłego funkcjonariusza KGB Igora Sieczina.
Dla Ryszarda Krauzego – bohatera afery gruntowej, - który za czasów rządów PiS musiał wyjechać z Polski, a następnie wyprzedawać majątek nadchodzi okres wyjątkowej prosperity. „Petrolinvest wraca do Rosji” – głosiły tryumfalnie  tytuły prasowe.
Czy podobnie wraca III RP ?


Źródła: