Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 sierpnia 2017

PRZECIWKO MITOLOGOM "GEOREALIZMU"

Wyhodowanie rzeszy „georealistów” jest największym, historycznym osiągnięciem komunizmu i jego sukcesorów. Na koncepcjach „georealizmu” zbudowano ład pojałtański, w którym okupacji sowieckiej nadano cechy pseudo-państwowości PRL, a gdy ta formuła zniewolenia okazała się zbyt anachroniczna, przekształcono ją w „państwo socjalistyczne nowego typy”, nazwane III RP.
„Georealizm” - to gatunek nienowy, wywodzący swoje korzenie z postaw targowiczan i tych XVIII –wiecznych „pragmatyków”, którzy wyborem „mniejszego zła” i poddaniem Polski Katarzynie II, zamierzali uniknąć agresji ze strony pruskiego monarchy.
Podstawowy dogmat „georealizmu” - jakoby Polska mogła być prorosyjska lub proniemiecka, albo nie istnieć w ogóle, doskonale oddaje fragment „Aktu założycielskiego konfederacji targowickiej”, w którym napisano:
A że Rzczplta pobita i w rękach swych ciemiężycielów moc całą mająca, własnymi z niewoli dźwignąć się nie może siłami, nic jej innego nie zostaje, tylko uciec się z ufnością do Wielkiej Katarzyny, która narodowi sąsiedzkiemu, przyjaznemu i sprzymierzonemu, z taką sławą i sprawiedliwością panuje, zabezpieczając się tak na wspaniałości tej wielkiej monarchini, jako i na traktatach, które ją z Rzczpltą wiążą.”
Współczesny  „georealizm” wynikał z akceptacji powojennego porządku i przyjęcia tezy, jakoby dominacja sowiecka miała być nieuniknionym efektem „historycznych uwarunkowań”, Polska zaś, miała stanowić przedmiot w grze światowych mocarstw. Komunistyczna agentura chętnie używała tego sofizmatu i wykorzystując pamięć o tragicznych doświadczeniach wojennych, przedstawiała sowiecką hegemonię jako „lepszą alternatywę”.
Przez półwiecze okupacji przekonywano Polaków, że Rosja jest gwarantem pseudo-państwowości PRL, a jej polityczna i militarna obecność wytycza granicę nieprzekraczalną dla naszych aspiracji. Zaszczepiany przez dziesięciolecia lęk przez Sowietami miał tłumić dążenia niepodległościowe i sprawić, że wszelkie koncepcje istnienia Niepodległej będą musiały uwzględniać interes rosyjski. Jednocześnie, „georealistyczni” namiestnicy PRL ze straszaka wojny z Rosją uczynili podstawowy element indoktrynacji społeczeństwa i główny wektor działań politycznych.
Mitologia „georealizmu” wywodziła, że z uwagi na nasze położenie geograficzne, jesteśmy „skazani” na budowanie dobrych relacji z sąsiadami, przy czym relacje te należy traktować dwutorowo i alternatywnie – jako opcję wschodnią lub prozachodnią.
Znakiem sukcesji komunistycznej III RP, było przyjęcie koncepcji, jakoby kultywowanie „przyjacielskich stosunków” z Niemcami, miało wyrażać prozachodnie i proeuropejskie aspiracje Polaków i w tym zakresie znacząco różniło się od kursu promoskiewskiego. Wykorzystano tu naturalne dążenia Polaków do odbudowy więzi ze światem Zachodu.
Postulat "integracji europejskiej" (przyjęty na początku III RP jako dogmat polityki zagranicznej), został skutecznie obciążony koncepcją zbliżenia z Niemcami, do czego przyczyniła się, nie tylko działalność agentów Stasi i KGB, oddelegowanych na "odcinek pojednania", ale wspólna rosyjsko-niemiecka gra, obliczona na zachowanie Polski w strefie obcych wpływów i uczynienia z naszego kraju obszaru eksploatacji ekonomicznej. Po upadku muru berlińskiego i zjednoczeniu państw niemieckich, wsparcia dla polskich dążeń upatrywano głównie ze strony Republiki Federalnej Niemiec, a do dziś Niemcy są uważani za głównych "akuszerów" naszego akcesu do UE i NATO.
To znamienne, że szereg zapisów „Traktatu między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy” z roku 1991, można odczytać w kontekście tej samej wizji, jaka towarzyszyła targowiczanom -„georealistom”:
Rzeczpospolita Polska i Republika Federalna Niemiec (…) są głęboko przekonane, że urzeczywistniając żywione od dawna przez ich Narody pragnienie porozumienia i pojednania, wnoszą ważki wkład w zachowanie pokoju w Europie,(…) pomne niepowtarzalnego wkładu Narodów polskiego i niemieckiego do wspólnego europejskiego dziedzictwa kulturowego oraz wielowiekowego wzajemnego wzbogacania się kultur obu Narodów, jak również znaczenia wymiany kulturalnej dla wzajemnego zrozumienia i pojednania narodów”.
Ten poprawny geograficznie i fałszywy politycznie kierunek, stworzył trwałe, historyczne kajdany i od wielu dziesięcioleci oddala nas od perspektywy obalenia porządku pojałtańskiego.
Bo jeśli nie współpraca z Rosją, to wizja ekonomicznej kolonii niemieckiej. Jeśli nie zbliżenie z Berlinem, to moskiewski jasyr.
Mitologia "georealizmu" sprawiła, że od momentu powstania III RP, funkcjonuje tylko jeden i jedynie słuszny model państwowości, oparty na przeświadczeniu, że warunkiem istnienia państwa polskiego są "dobrosąsiedzkie" stosunki z Rosją i Niemcami oraz ciągłe "pogłębianie procesu integracji europejskiej”. Model ten, doprowadził nie tylko do konserwacji silnych wpływów okupanta rosyjskiego, ale na niespotykaną skalę utworzył i zabezpieczył wpływy niemieckie, głównie w obszarze ekonomii i mediów.

czwartek, 27 października 2016

KSIĄŻKA ROTHA – W PUŁAPCE DEZINFORMACJI

Gdybyśmy przyjęli, że w Smoleńsku doszło do zbrodniczej akcji służb Putina, trzeba również założyć, że byłaby to największa i najpoważniejsza tego typu operacja w historii służb specjalnych. Jej zakres nie da się porównać z żadną znaną lub domniemaną ingerencją tajnych służb. Katastrofa w Gibraltarze, zabójstwo Kennedy'ego, zamach na Jana Pawła II czy jakiekolwiek akty terrorystyczne, nie mogą być porównywalne ze zdarzeniem, w którym ginie urzędujący prezydent europejskiego państwa, grupa najwyższych rangą dowódców armii NATO i elita państwowych oficjeli.
Jest oczywiste, że takiej operacji musiałyby towarzyszyć nadzwyczajne środki zabezpieczające, adekwatne do wagi i skali zjawiska. Przy obecnym rozwoju sieci informatycznej i zaawansowanych technologiach wywiadowczych, całkowita blokada informacji byłaby niemożliwa. Gwarancję zamachowcom dawałaby natomiast główna broń rosyjskich służb i sięgniecie po narzędzia dezinformacji.
Już od 10 kwietnia 2010 można było zauważyć, że kreowanie kolejnych, nawet najbardziej szokujących hipotez na temat tragedii smoleńskiej, nie stanowi zagrożenia dla Rosji. Zostały one wpisane w mechanizmy dezinformacji i służyły odwróceniu uwagi od kwestii rzeczywiście istotnych.  Im więcej teorii się pojawiało, im bardziej są nagłaśniane i komentowane, tym lepiej dla służb kierujących operacją. Groźna byłaby tylko jedna, prawdziwa wersja oraz wiedza, prowadząca do poznania rzeczywistych okoliczności zdarzenia. Wszystkie pozostałe pracowały na korzyść kreatorów dezinformacji; wywołując pożądany szum informacyjny, ośmieszając „teorie spiskowe”, przytłaczając odbiorców rozmaitością szczegółów i utrudniając im dotarcie do merytorycznych ustaleń. Osłona dezinformacyjna przypomina wówczas wirus atakujący system immunologiczny organizmu. Uodparnia go na działanie prawdy i  czyni obojętnym wobec kolejnych dociekań.
Przez ostatnie sześć lat byliśmy świadkami budowania rozmaitych hipotez i naprowadzania opinii publicznej na fałszywe tropy. Prócz tzw. raportu MAK, który należy zaliczyć do klasycznej, rosyjskiej dezinformacji, z katalogu takich działań można wymienić sztandarowy produkt polskojęzycznych służb – tzw. teorię maskirowki czy dywagacje mówiące o nieumyślnej winie kontrolerów. Szereg publikacji i książek na temat Smoleńska zostało opartych na „tajnej wiedzy” autorów lub zainspirowanych grą służb specjalnych.

Kolejna książka Jurgena Rotha całkowicie wpisuje się w tego rodzaju kampanie. Ponieważ rzecz dotyczy wyjątkowo podstępnej hipotezy i wydaje się mieć związek z intencjami naszych zachodnich sąsiadów, warto poświęcić uwagę tej publikacji. Tym bardziej, że za sprawą głównych rezonatorów dezinformacji -tzw. wolnych mediów, związanych z grupą rządzącą, tezy Rotha są usilnie forsowane i rozpowszechniane.

niedziela, 26 czerwca 2016

BREXIT A SPRAWA POLSKA

Gdybyśmy mieli klasę polityczną wolną od dogmatyki „georealizmu”, obecna sytuacja zostałaby wykorzystana w polskim interesie i stała się impulsem do odbudowy zdrowych relacji z państwami Europy. Ponieważ od ćwierćwiecza rządzą nami politycy owładnięci mitologią „integracji europejskiej” i utrzymywania „dobrosąsiedzkich relacji” z Niemcami i Rosją, zewsząd dobiega lament nad rzekomo fatalnymi skutkami Brexitu i „osłabienia spoistości” Unii Europejskiej.
Takie sytuacje przypominają, że jednym z polskich nieszczęść jest dominacja niewolniczej klasy politycznej, która od początku ułomnej państwowości III RP próbuje narzucić przeświadczenie, jakoby suwerenność Polski była oparta na „integracji” z państwami europejskimi i zależna od wypracowania „georealitycznego konsensusu” między Rosją i Niemcami. To rozumowanie doprowadziło Polaków do zguby w wieku XVIII, zdecydowało o narzuceniu okupacji sowieckiej w roku 1945 i do dziś niweczy wszelkie próby wybicia na Niepodległość.
Z zażenowaniem, ale bez zaskoczenia przyjmuję lamenty prezydenta Dudy, którego jedyna troska dotyczy dziś  zachowania jedność i spójność” Unii Europejskiej oraz obawy przed „efektem domina, by społeczeństwa kolejnych krajów nie powiedziały, że już nie chcą być członkami europejskiej wspólnoty”.
Z rozbawieniem czytam wypowiedzi R.Czarneckiego -byłego członka Samoobrony i doradcy A.Leppera, a dziś wielce wpływowego polityka PiS, który straszy Polaków katastrofalnymi skutkami Brexitu i opowiada brednie o „prezencie zrobionym Rosji”.
Z obowiązku odnotowuję też mądrości  B.Komorowskiego, w których były lokator Belwederu zachęca rząd do „głębszej integracji” i zachowania „spójności” UE oraz peroruje o „szampanie otwieranym na Kremlu”.
Łatwo dostrzec, że w obliczu takich wydarzeń, cała tzw. klasa polityczna III RP mówi jednym, całkowicie zgodnym głosem. Nie ma różnicy, między biadoleniem Andrzeja Dudy, lamentami Kwaśniewskiego i wywodami poprzedniego lokatora Belwederu.
W takich dniach, nie tylko widać realną wspólnotę establishmentu politycznego III RP, ale prawdziwy charakter tego państwa, zbudowanego na dwóch, szalbierskich dogmatach.
 Pierwszym jest pogląd, jakoby zdradziecka konstrukcja okrągłego stołu była jedyną, na której można budować państwowość. Próba podważenie tego fundamentu jest traktowana niczym herezja i zamach na Polskę. Wywołuje histeryczne oburzenie „elit” i prowadzi do miotania najcięższych oskarżeń.
Drugim łgarstwem jest przeświadczenie, jakoby „integracja” z Unią Europejską była idealną i niezastąpioną formą naszej obecności w Europie, zaś „budowanie dobrosąsiedzkich relacji” z   Rosją i Niemcami obowiązkiem, wynikającym z polskiej racji stanu.
W tej wąskiej doktrynie nie ma miejsca na refleksję historyczną i polityczną, a poglądy sprzeczne z tezami dogmatyków, są a priori odrzucane i negowane.

czwartek, 21 stycznia 2016

NUDIS VERBIS 4 – KAPITAŁ DEZINFORMACJI

Anatolij Golicyn w książce „Nowe kłamstwa w miejsce starych. Komunistyczna strategia podstępu i dezinformacji” (Biblioteka Służby Kontrwywiadu Wojskowego 2007) przypominał, że sowiecka dezinformacja opierała się na błędach przeciwnika i przyswojonych przez niego stereotypach myślenia.  Z nich czerpała siłę i inspirację. Po to, by podstęp był wiarygodny i skuteczny, dezinformacja musiała jak najpełniej odpowiadać oczekiwaniom tych, którzy mają zostać oszukani.
Istota sowieckiej dezinformacji nie polegała zatem na zmyleniu przeciwnika, ale na  posłużeniu się nim samym do sprokurowania fałszywych informacji - na tyle podstępnych i niekorzystnych, że przyspieszały przegraną. By tak się stało, musiały zostać spełnione dwa warunki: należało doskonale poznać przeciwnika, by posługując się tą wiedzą nieustannie wzmacniać w nim naturalne skłonności do wyrażania idei sprzyjających realizacji celu. O ile podstawowa dezinformacja sprowadzała się do przedstawienia fałszu jako prawdy, o tyle dezinformacja stosowana przez Rosję miała na celu zmuszenie przeciwnika do stworzenia przez niego samego fałszywego obrazu wroga. 
Już Winston Churchill twierdził, że podczas wojny prawda jest tak cenna, iż trzeba jej zapewnić ochronę złożoną z kłamstw. Sowieci i ich sukcesorzy doskonale przyswoili tę zasadę.
Współczesne państwo Putina posiada bowiem dwie zasadnicze cechy: z jednej strony, kłamstwo jest dla niego naturalną formą istnienia, z drugiej zaś, znajduje się ono w stanie permanentnej wojny. Podstawowym orężem tej wojny, nierozerwalnie związanym z państwowością dzisiejszej Rosji, jest mistrzowsko stosowana dezinformacja. Używa się jej w taki sposób, by przeciwnik uwierzył w to, w co powinien wierzyć i umacniając błędne przeświadczenia na płaszczyźnie politycznej, gospodarczej lub militarnej, działał na własną zgubę
Czytelnicy muszą mi wybaczyć ten teoretyczny wstęp, ale bez przypomnienia zasad rosyjskiej strategii dezinformacji, nie można dziś prawidłowo oceniać i analizować wydarzeń związanych z państwem Putina.
Daleki jestem od przypisywania tej postaci cech geniuszu lub wyjątkowości. Putin nie posiada zbrodniczej perfekcji Stalina, obca mu jest przezorność kremlowskich starców i logika zimnych gier Breżniewa. Ten oficer KGB jest dziś jednak kreowany na najważniejszą postać światowej polityki i rozdaje karty w rozgrywkach militarnych potęg. Prześledzenie tego fenomenu, z pewnością przybliżyłoby nas do rozwikłania zagadek rosyjskiej dezinformacji, ale było bezużyteczne na potrzeby bieżącej polityki. Od dziesiątek lat ciąży nad nią odium fałszywej metodologii i błędnych wyobrażeń. Odium tak mocne, że nie ma dziś przywódcy „wolnego świata”, który odważyłby się postrzegać Rosję w jej właściwym wymiarze politycznym, ekonomicznym i militarnym.  
Ta i tylko ta okoliczność jest najpotężniejszym atutem Putina. Zdobytym nie poprzez podboje militarne bądź ekspansję polityczną, ale dzięki stosowaniu dezinformacji, w drodze podstępnych działań agenturalnych i propagandowych.
W ostatnich dwóch latach doświadczyliśmy aż nadto błędnych analiz, związanych z oceną rosyjskich intencji i potencjału militarnego. Nie chcę znęcać się nad „wybitnymi analitykami” znad Wisły i przypominać ubiegłorocznych zapowiedzi wiosennej ofensywy na Ukrainę czy katastroficznych wizji ataku nuklearnego na Warszawę. Ulubionym zajęciem „wolnych mediów” jest straszenie nas „Iskanderami wymierzonymi w Polskę” i epatowanie doniesieniami o „gotowości rosyjskiej broni atomowej”. Nikt wierniej nie spełnia roli rezonatora rosyjskich dezinformacji, jak publicyści i politycy straszących nas wojną z Rosją lub roztaczających wizję potęgi militarnej Putina. Wprawdzie upływ czasu powinien skorygować kształt takich „analiz” i zmusić ich autorów do refleksji, to niewiedza i brak pamięci czytelników znakomicie ułatwiają produkcję kolejnych, bezwartościowych dywagacji.

sobota, 12 grudnia 2015

TURECKI SZLAK - DROGA DO NIEPODLEGŁEJ

Zestrzelenie rosyjskiego Su-24 to najbardziej znaczące wydarzenie w relacjach Rosja-NATO od czasu zakończenia „zimnej wojny”. Po raz pierwszy, jeden z członków Paktu zastosował środek skuteczny i adekwatny do zachowań agresora.
Gdyby nad obszarem analiz politycznych nie ciążył cień lewackiej poprawności i koligacji agenturalnych, wydarzenie to musiałoby doprowadzić do rewizji polityki „wolnego świata” wobec Rosji i skłonić NATO do zmiany dotychczasowej „strategii pokojowej”.  Powinno również wywołać poważną refleksję nad naszym systemem bezpieczeństwa.
Jedna, udana akcja tureckiej armii ujawniła bowiem prawdę, o której nie chcą nawet słyszeć zachodni politycy i wojskowi – wobec Rosji trzeba stosować wyłącznie argumenty siłowe i tylko one mogą powstrzymać agresywne plany Putina.
Trzeźwa ocena rosyjskich reakcji na zestrzelenie Su-24, pokazuje zaś, że mamy do czynienia z państwem słabym, imitującym jedynie mocarstwowość i potęgę militarną. Ta - najistotniejsza cecha sowieckiej i rosyjskiej polityki umyka zwykle opiniom analityków „wolnego świata”.
W marcu 2013 roku, w tekście „ROSJA – IMPERIUM CZY POTĘGA MITU” napisałem m.in.- „Na przykładzie wielu zdarzeń rozgrywanych na arenie międzynarodowej, widać, że specyfika rosyjskiej (a wcześniej sowieckiej) dezinformacji polega na tym, że czerpie ona ze słabości zachodnich i amerykańskich polityków, niezdolnych do postrzegania Rosji w jej rzeczywistym wymiarze politycznym i militarnym. Obecna mistyfikacja jest tym łatwiej akceptowana, że spełnia oczekiwania tych, którzy z powodu błędu, strachu lub z wyrachowania, chcą w państwie Putina dostrzegać równorzędnego partnera lub groźnego przeciwnika. Znajdziemy tu analogię do postawy, jaką w latach 80. wobec Związku Sowieckiego przejawiał „wolny świat”. Tylko niewielu wówczas rozumiało, że ma do czynienia z mocarstwem, które najbardziej obawia się otwartej, zbrojnej konfrontacji, a swoją siłę czerpie z dezinformacji i propagandowej ofensywy.”
Wyrazem bezradności Putina były jego żałosne pohukiwania oraz tzw. sankcje gospodarcze nałożone na Turcję. Nie ma wątpliwości, że w starciu z twardą postawą Ankary, Rosja zostanie szybko zmuszona do kapitulacji. Blokada rosyjskich okrętów nad Bosforem oraz zapowiedź Erdogana o poszukiwaniu innych dostawców energii, niosą dla Putina poważne problemy.      
Nietrudno jednak dostrzec, że zdecydowana reakcja armii tureckiej jest całkowicie odosobniona na tle polityki NATO. Turcy – zachowując się jak na żołnierzy przystało, wywołali niemałą konsternację wśród europejskich „przyjaciół Moskwy”, dlatego reakcję tę należy rozpatrywać w oderwaniu od natowskich standardów.
Odkąd szefem Paktu Atlantyckiego został polityk norweski, któremu KGB nadało kryptonim „Stiekłow”, Sojusz stracił podstawowe znaczenie militarne i stał się pacyfistycznym klubem dyskusyjnym. Nazwanie Stoltenberga politykiem „przyjaznym” dla Moskwy, byłoby zaledwie eufemizmem. Odnoszę wrażenie, że rzeczywiste relacje sięgają znacznie głębiej, a dzisiejszą sytuację należy kojarzyć z doniesieniami tygodnika „The Economist” z roku 2009, gdy ostrzegano o wyjątkowej aktywności wywiadu rosyjskiego w strukturach NATO. Wpływom rosyjskich agentów przypisywano wówczas rezygnację z rozszerzenia NATO i UE na państwa, które Kreml uważał za swoją strefę wpływów, a jako skutek działań agenturalnych przewidywano „wyłonienie się nowej równowagi między Europą, Rosją, a USA".

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

NUDIS VERBIS – 3 PERSPEKTYWY

Dlaczego Ameryka np. ma nas chcieć wyzwalać bardziej, niż my sami tego pragniemy? Dlaczego Amerykanie np. mają ginąć za nas, gdy sami nie pragniemy ginąć za siebie? – Pytania te dlatego traktuje się notorycznie za "szaleństwo", a nawet "zbrodnię", ponieważ wobec dzisiejszych potęg świata, rzekomo żaden spontaniczny opór ani się nie ostoi, ani się nie liczy. Wszelako rzeczywistość mówi nam co innego. Że się właśnie nie uznaje i nie liczy z tymi, którzy siedzą z założonymi rękami” – napisał Józef Mackiewicz w rozdziale "Realizmy" contra rzeczywistość”, umieszczonym w „Zwycięstwie prowokacji”.
Rozważania Mackiewicza na temat „Ros-realizmu” – jak autor „Kontry” nazywał mitologię funkcjonującą w świecie Zachodu, bez najmniejszej korekty należałoby zastosować do relacji istniejących dziś w Europie. Owe „realizmy” (bo wciąż istnieje wiele odmian), każą nie tylko gloryfikować ducha „dialogu i współpracy” oraz szukać „dróg pokojowego współistnienia” (z każdym bandytą), ale we wszelkich przejawach życia publicznego promują postawy bierne i zależne, obliczone na rezygnację z samostanowienia i samodzielności oraz ugruntowują bezgraniczną wiarę w dogmat „niepodważalnych sojuszy” lub mitologię tzw. integracji europejskiej.
Niedawna deklaracja Jensa Stoltenberga – „NATO nie da się wciągnąć w wyścig zbrojeń z Rosją”, obnaża nie tylko słabość zachodnich przywódców, ale doskonale uwidacznia skalę tryumfu sowieckiej strategii podstępu i dezinformacji. Stosunek państw „wolnego świata” do putinowskiej Rosji jest projekcją tych samych błędów, jakie popełniali twórcy ładu jałtańskiego. 
Gdy na zakończenie rozdziału Mackiewicz napisał – „Ograniczymy się do stwierdzenia faktu, że mimo powszechnego potępienia wojny uznanie praw i respekt w świecie zdobywają przede wszystkim ci, którzy działają. Legenda, że istnieje możliwość przekupienia Sowietów grzeczną postawą jest tylko legendą, tak samo jak możliwość ich przekonania” – wyrażał pogląd tyleż daleki od dzisiejszych wyobrażeń „georealistów”, jak obarczony najcięższym zarzutem „idealizmu”, podniesionym obecnie do rangi „myślozbrodni”. W świecie, w którym „pokój i dobrobyt” stanowią wartość niepodważalną, po wielokroć przewyższającą dążenie do prawdy i wolności, zaś postawa „tolerancji i kompromisu” zastępuje nawet instynkt przetrwania gatunku ludzkiego, takie dictum musi być uznane za  objaw groźnego szaleństwa. 
Nie będziemy jednak zajmowali się nieszczęściem, jakie dotknęło „światłych” Europejczyków. Nasi rodacy wykazują się dostatecznym „georealizmem”, by zaliczyć ich do ludzi doświadczonych tym samym przekleństwem. Warto przypomnieć, ze praktykowany w III RP „georealizm” wynika z akceptacji powojennego porządku, w którym dominacja sowiecka miała być nieuniknionym efektem „historycznych uwarunkowań”, zaś Polska miała stanowić przedmiot w grze światowych mocarstw. Był to pogląd narzucony kulami karabinów i pałkami policji politycznej, wsparty na pseudohistorycznej, kazuistycznej argumentacji, która zawsze osłaniała postawy pospolitych koniunkturalistów i łajdaków. Przez półwiecze okupacji sowieckiej przekonywano Polaków, że Rosja jest światowym hegemonem, a jej polityczna i militarna obecność wytycza granicę nieprzekraczalną dla polskich aspiracji.
Zaszczepiany przez dziesięciolecia lęk przez Sowietami miał tłumić dążenia niepodległościowe i sprawić, że wszelkie koncepcje istnienia Niepodległej będą musiały uwzględniać interes rosyjski. Ze straszaka "konfliktu z Rosją" namiestnicy PRL-u uczynili podstawowy element indoktrynacji społeczeństwa i główny paralizator naszych aspiracji. Ten sam straszak z powodzeniem wykorzystali ludzie „demokratycznej opozycji” – namaszczeni przez Kiszczaka na narodowych przewodników, zaś cała dogmatyka „georealistów” została przejęta przez komunistyczną hybrydę III RP i przez ostatnie ćwierćwiecze skutecznie paraliżuje polską myśl polityczną. Ludzie, którzy po lekturze „Nudis verbis” zadaliby idiotyczne pytanie – czy autor chciałby wepchnąć Polskę w stan wojny z Rosją, są skończonymi ofiarami tej niewolniczej, sowieckiej mentalności. Nie może dziwić, że nie ma w niej miejsca na antyrosyjskość i antykomunizm – dwa filary polskiej racji stanu.
W nieco odmienny sposób zbudowano natomiast mitologię „pojednania” z Niemcami i wykreowano nasze relacje z zachodnim sąsiadem. Do tego celu wykorzystano przede wszystkim dążenia Polski do integracji ze strukturami zachodnimi. Postulat „integracji europejskiej” (przyjęty na początku III RP jako dogmat polityki zagranicznej), został  skutecznie obciążony koncepcją „zbliżenia z Niemcami”, do czego przyczyniła się nie tylko działalność agentów Stasi i KGB, oddelegowanych na „odcinek pojednania”, ale wspólna rosyjska-niemiecka gra, obliczona na  zachowanie Polski w strefie obcych wpływów. Po upadku muru berlińskiego i zjednoczeniu państw niemieckich, wsparcia dla polskich dążeń upatrywano głównie ze strony Republiki Federalnej Niemiec, a do dziś Niemcy są uważani za głównych „akuszerów” naszego akcesu do UE i NATO. 

niedziela, 26 lipca 2015

DLACZEGO NUDIS VERBIS


Gdy w tekście „O postawie wyprostowanej” ( z 9 maja br.) napisałem – „Jeśli te wybory zakończą się porażką opozycji i Bronisław Komorowski sięgnie po drugą kadencję, nie warto dłużej zawracać sobie głowy działaniami partii pana Kaczyńskiego i związanych z nią mediów”, padła również zapowiedź - „czytelnikom bezdekretu chcę wówczas zaproponować całkowicie inną perspektywę i spojrzenie na polskie sprawy ponad dotychczasową normą „opozycyjności”.
Wygrana Andrzeja Dudy nie tylko potwierdzała ułomności moich przedwyborczych prognoz, ale powinna uchylić taką deklarację i sprawić, że dalsze rachuby polityczne zostaną oparte na działaniach nowego prezydenta i poczynaniach zwycięskiej (oby) partii Jarosława Kaczyńskiego. Ta sytuacja otwiera (jak twierdzą politycy opozycji) „drogę dobrych zmian” i całkowicie zaspokaja oczekiwania zwolenników pana Kaczyńskiego. Jestem przekonany, że większość wyborców PiS w takich kategoriach oceni zwycięstwo wyborcze i będzie w nim upatrywać początek arcyważnego, historycznego przełomu.
Czy to oznacza, że proponowana na tym blogu perspektywa „długiego marszu” stanie się odtąd bezużyteczna i nieaktualna? W kontekście nowego rozdania, należałoby wówczas zapytać - czy powinniśmy oczekiwać, że prezydent Andrzej Duda i rząd pod wodzą Beaty Szydło podejmą trud demontażu komunistycznego bękarta III RP, zerwą porządek ustanowiony w Magdalence i wytyczą drogę do wolnej Rzeczpospolitej?
W moim przekonaniu, byłyby to wyobrażenia bezpodstawne, świadczące o politycznym infantylizmie i myśleniu życzeniowym. Żadne z ocen i poglądów głoszonych dziś przez czołowe postaci opozycji, nie uprawniają do formułowania takich oczekiwań.
Nikt nie słyszał deklaracji Andrzeja Dudy, które świadczyłyby o intencji zerwania z ciągłością polityczną III RP. Nigdy nie padła zapowiedź podważenia „dokonań” ostatniego ćwierćwiecza ani oceny zapaści, w jaką wepchnęły nas rządy PO-PSL i prezydentura B. Komorowskiego. Nie słyszano, by nowy prezydent lub kandydatka na premiera uznali za priorytet sprawę zamachu smoleńskiego i w kontekście tego wydarzenia zamierzali zweryfikować dotychczasowe kierunki polityki zagranicznej. Nic nie wiadomo o planach odrzucenia komunistycznej mitologii „georealizmu” ani budowania strategii bezpieczeństwa narodowego w oparciu o własną, polską drogę. Nie wiemy też, na czym miałyby polegać „zmiany w polityce zagranicznej”, jeśli nadal mają być zależne od dogmatu „integracji europejskiej” i wsparte na gwarancjach udzielanych przez odwiecznych wrogów polskości.
Uważam za oczywiste, że prezydentura pana Dudy i (potencjalny) rząd pani Szydło, będą sprawowane w formule obecnej państwowości i nigdy nie podważą jej fundamentów. Nie mamy dziś opozycji antysystemowej i żadne z postulatów partii pana Kaczyńskiego nie prowadzą do obalenia porządku III RP. Ponieważ tworu powołanego w Magdalence, nie sposób zmienić ani zmodernizować (a tylko w tym kierunku idą intencje opozycji) - podtrzymuję twierdzenie o czekającym nas „długim marszu”. Wprawdzie nowe rozdanie może sprawić, że rozpoczniemy go z dalece lepszej pozycji, to cel końcowy nadal wydaje się mglisty i odległy.
Dlaczego zatem  nudis verbis? Gdy we wrześniu ubiegłego roku opublikowałem dwa teksty pod takim tytułem, zawarte w nich twierdzenia wzbudziły zapewne konsternację, ale też wywołały zainteresowanie i ciekawą dyskusję. Chciałbym przypomnieć te refleksje i poprzedzić nimi publikację trzeciej części „Nudis Verbis”, zatytułowanej „Perspektywy”.
Choć wrześniowe teksty są obszerne i wymagają dłuższej uwagi, proszę wybaczyć, że publikuję je w całości. Chciałbym, by wraz z częścią trzecią stanowiły logiczną całość i stały się w pełni zrozumiałe.  
Mam też nadzieję, że w przededniu ważnych, wyborczych rozstrzygnięć, tak „kontrowersyjne” tezy staną się dobrym punktem wyjścia do poważnej rozmowy o kierunkach „długiego marszu”.

***

NUDIS VERBIS – 1 Diagnoza

Żadnej współpracy z bolszewikami! Zasadą polskiej polityki zagranicznej winno być szukanie przeciwko Niemcom sprzymierzeńców na zachodzie, nigdy na wschodzie, W praktyce międzynarodowej nie ceni się przyjaciół całkowicie oddanych. […] Niemcy są naszym wrogiem zewnętrznym, bolszewicy i zewnętrznym, i wewnętrznym. Niemcy wojnę przegrali, bolszewicy ją wygrywają. Niemcy odchodzą, bolszewicy przychodzą” – pisał  Józef Mackiewicz w roku 1944, w wydawanym prze siebie piśmie „Alarm”.  
Jak dalece poglądy pisarza na sprawy polskie różniły się od opinii „autorytetów konspiracyjnych”, wyjaśniał Mackiewicz bez ogródek:
Oto w odróżnieniu od rozpowszechnionego dziś rewizjonizmu w dziedzinie teorii oporu wobec najeźdźcy, rewizjonizmu, który często powołuje się na wzory czeskie, byłem zdecydowanym zwolennikiem zbrojnego, bezkompromisowego przeciwstawiania się Niemcom, ale – jednocześnie – równie zdecydowanym przeciwnikiem wspomagania bolszewików. Przelewanie naszej krwi w walce z Niemcami uważałem za konieczne. Ale przelewanie tej samej krwi dla wspomagania bolszewików i przyśpieszenia zejścia Polski w jarzmo sowieckie – za zbrodnię. […] „Strzelanie do agentów Gestapo to akt samoobrony koniecznej, Wysadzanie pociągów z amunicją przeznaczoną do walki z bolszewikami, to świadectwo niedojrzałości politycznej. […] Podobne hasło uznane zostało przez niektóre „autorytety” konspiracyjne za – niezgodne z interesem Polski. Zważmy, że działo się to w czerwcu, lipcu 1944 r. Gdy klęska Niemiec była rzeczą przesądzoną, Gdy zamiary Sowietów w odniesieniu do Polski stały się już od dawna jawne i nie podlegające żadnej dyskusji!”
Sięgam po teksty Mackiewicza z „NUDIS VERBIS”, ponieważ nie ma w polskiej literaturze politycznej rzeczy równie uniwersalnych dla opisania naszej obecnej sytuacji. O doniosłości tekstów pisarza świadczą nie tylko miara historycznej weryfikacji i sprawdzalności jego prognoz politycznych, ale nienawiść, z jaką dwa bliźniacze twory: PRL i III RP, traktowały i traktują spuściznę Mackiewicza. Żaden inny pisarz nie został skazany na tak długoletnie zapomnienie i marginalizację, jak człowiek, który miał odwagę udzielać Polakom „artystycznej i publicystycznej lekcji antykomunizmu” (Jacek Trznadel).

sobota, 28 marca 2015

ROTH I WYJŚCIE Z PUŁAPKI


W oczach Zachodu „koegzystencja” z Rosją jest możliwa, jeśli państwo to otrzyma „należną” mu strefę wpływów i zaspokoi swoje mocarstwowe ambicje. W równym stopniu, ten kierunek polityczny wytyczony został niechęcią lewackich elit wobec Ameryki, jak intencją  ograniczenia hegemonii USA. Nie powinno nas dziwić, że putinowska Rosja bez trudu znalazła sprzymierzeńców wśród przywódców Zachodu, a kwestia ustalenia prawdziwych okoliczności tragedii smoleńskiej staje się drugorzędna i rozpatrywana wyłącznie w kategoriach bilansu zysku i strat. Na Zachodzie nikt „nie będzie umierał” za prawdę o śmierci polskiego prezydenta.(…)  Dla europejskich stolic „szatanem” jest dziś groźba otwartego konfliktu z państwem Putina i utrata dotychczasowych efektów resetu.  Dla jej zażegnania gotowe są na każdy rodzaj sojuszu z kremlowskim „diabłem” i jak najmocniejsze zaciśnięcie oczu na prawdę o smoleńskiej tragedii.
Dlatego kalkulacje polityków opozycji i nadzieje części polskiego społeczeństwa na stworzenie komisji międzynarodowej i pomoc państw Zachodu, mogą okazać się bezpodstawne – szczególnie,  jeśli natrafią na sprzeciw zakładników kłamstwa i mur zmowy milczenia. W tej sytuacji Rosja może sobie pozwolić na grę va banque, licząc (w równej mierze), na wsparcie „partii rosyjskiej” w Polsce, jak na milczące współuczestnictwo europejskich elit.”
Taką ocenę relacji Zachodu z państwem Putina zawarłem w tekście „Nikt nie umrze za polską prawdę”, opublikowanym w lutym 2011 roku w miesięczniku „Nowe Państwo”.
Wydawało się wtedy, że sprawa zbrodni smoleńskiej na długie lata pozostanie depozytem, podobnym zbrodni katyńskiej. Powojenny ład jałtański sprawił, że przywódcy „wolnego świata” przyjęli wówczas rolę wspólników sowieckiego ludobójstwa i zostali naznaczeni moralną odpowiedzialność za dziesięciolecia kłamstwa katyńskiego. Ten sam mechanizm zastosowano po 10 kwietnia, gdy nowy „reset” wymagał przyzwolenia na ekspansję kremlowskiego satrapy i wygaszania „polskiej rusofobii”.  
Kalkulacje Rosjan towarzyszące zbrodni smoleńskiej, nie były efektem wybitnych zdolności strategicznych pułkownika KGB. Putin doskonale wiedział, że nadrzędnym celem społeczeństw Zachodu nie jest prawda historyczna ani racje moralne, lecz dobrobyt i spokój – i za obie te wartości gotowe są zapłacił każdą cenę. Tym większą, gdy płaconą cudzą krwią.
Dopiero napaść na Ukrainę tworzyła sytuację, której nie można było przemilczeć. Ale i ta wojna nie była (i dotąd nie jest) wyrazem jakiejś "tajnej strategii" Putina, lecz wyłącznie oznaką trzeźwego realizmu. Władca Kremla doskonale odrobił lekcję najnowszej historii i wyciągnął trafne wnioski z błędów popełnianych przez przywódców Zachodu.

czwartek, 15 stycznia 2015

TO JEST MOMENT NA LARUM…


Jeśli w roku wyborczym grupa, zwana "rządem E.Kopacz" decyduje się rozpętać konflikt z górnikami i narazić na groźbę ogólnopolskich strajków, należy zakładać przynajmniej dwie okoliczności: 
- reżim posiada mocną gwarancję wygranych wyborów i nie obawia się eskalacji protestów,
- grupa E.Kopacz jest wykonawcą decyzji podjętych poza tzw. rządem.
Pierwsza teza znajduje silne uzasadnienie w dwóch obszarach: stabilnej praktyce fałszowania wyników wyborczych oraz w obliczu bezradności i porażającej słabości partii opozycyjnej. Dzisiejsze stwierdzenie E.Kopacz – „moim głównym celem jest zatrzymanie PiS w drodze do władzy” -  choć zawiera w sobie propagandową symulację (jakoby PiS miał szansę na przejęcie władzy), doskonale oddaje priorytety reżimu oraz ujawnia pewność, z jaką oczekuje on tegorocznych wyborów. Dodatkowym atutem władzy pozostaje medialny terroryzm i szczelna osłona ze strony funkcjonariuszy medialnych. Dzięki tym czynnikom, reżim może pozwolić sobie na ignorowanie głosu opinii publicznej i działania nieograniczone obawą utraty rządów.
Istotnym gwarantem bezkarności jest bez wątpienia postawa partii Jarosława Kaczyńskiego, której przedstawiciele nie tylko pozorują „walkę o władzę”, ale usilnie dbają, by nie przerodziła się ona w niekontrolowany wybuch społeczny i nie zakończyła obaleniem systemu III RP. Wyrazem tej postawy było m.in. wygaszenie krytyki związanej ze sfałszowaniem wyborów oraz skanalizowanie zarzewia buntu „pokojową manifestacją”.
Warto sobie uświadomić, że nie ma na świecie opozycji, która w arcyważnym roku wyborczym nie chciałaby maksymalnie wykorzystać równie dogodnej sytuacji, jak powstała podczas konfliktu rząd-górnicy. W tej sprawie można nie tylko odwołać się do każdego Polaka (co spełniałoby marzenia PiS dotarcia do mitycznego elektoratu centrum), ale stosować jak najcięższą i najcelniejszą broń krytyki i sięgać po dowolne narzędzia – włącznie z wezwaniem do strajków, aktów obywatelskiego nieposłuszeństwa i ulicznych demonstracji. Jeśli mamy do czynienia z opozycją, która ucieka od realnej walki i koncentruje na werbalnych połajankach lub żałosnej „demokracji parlamentarnej”, zasadne wydaje się pytanie – czy partia pana Kaczyńskiego chce i potrafi przejąć władzę?  Logikę tego pytanie zrozumie każdy, kto działania PiS-u ocenia dziś w perspektywie skuteczności i dostrzega konsekwencje decyzji o wystawieniu posła Dudy w wyborach prezydenckich.
Kolejnym czynnikiem wzmacniającym gwarancje reżimu wydaje się postać obecnego przywódcy związku zawodowego „Solidarność”. Bojowa retoryka tego pana w żaden sposób nie odpowiada realnym efektom działań. Nie sposób zapomnieć o niezrealizowanych obietnicach protestów w związku z podwyższeniem wieku emerytalnego (a była to sprawa dla Polaków arcyważna) czy fiasku inicjatyw podejmowanych w ramach tzw. Platformy Oburzonych, gdy Piotr Duda wraz z Pawłem Kukizem słali kuriozalne listy do lokatora Belwederu, upatrując w nim niezależnego i życzliwego arbitra.
Ciepłe relacje szefa związku z Bronisławem Komorowskim są mocną przesłanką do sformułowania hipotezy, że również obecny konflikt może zakończyć się według scenariusza rozpisanego w Belwederze. Propagandowa projekcja o „łagodzącym konflikty” i „budującym w zgodzie” prezydencie, byłaby doskonałym uzupełnieniem kampanii wyborczej polityka PO. Ponieważ trwałość reżimu w żadnym stopniu nie zależy od roszad personalnych i nie ma nic wspólnego z grupą figurantów pod nazwą „rząd Ewy Kopacz”, nie wykluczam, że końcowym efektem eskalacji kryzysu może być wyłonienie wzmocnionego, przedwyborczego rozdania – z premierem Schetyną lub Siemoniakiem na czele. Wprawdzie dyscyplinujące zabiegi przyniosły już wiele korzystnych dla Komorowskiego rozstrzygnięć (wczoraj obietnicę zorganizowania i sfinansowania kampanii prezydenckiej), to w interesie środowiska  belwederskiego leży, by nad przebiegiem wyborów parlamentarnych czuwała ekipa ludzi całkowicie zależnych i oddanych reżimowi prezydenckiemu.

piątek, 19 września 2014

NUDIS VERBIS – 2 Terapia


Realizm wykuty z doświadczeń historii, nakazywałby budować państwowość w oparciu o własną, polską drogę. Bez oglądania na Wschód i na Zachód, bez liczenia na zachodnioeuropejskie gwarancje i współpracę z Rosją.
Polska nie ma najmniejszego interesu w popieraniu prorosyjskiej i proniemieckiej polityki przywódców UE. Od czasu „ładu jałtańskiego”, polityka ta stanowi największą barierę dla naszych dążeń niepodległościowych i wszędzie tam, gdzie uwzględnia priorytety Berlina i Moskwy – ignoruje lub podważa nasze.
Istota tej polityki nie polega na zapewnieniu bezpieczeństwa i równego rozwoju państwom Europy Wschodniej, lecz na zabezpieczeniu potrzeb ekonomicznych najbogatszych graczy Unii (ze szczególnym uwzględnieniem Niemiec) oraz zagwarantowaniu Rosji „miejsca wśród narodów świata”. W oczach Zachodu, koegzystencja z Rosją jest możliwa, jeśli państwo to otrzyma „należną” strefę wpływów i zaspokoi swoje mocarstwowe ambicje.
Każda forma akceptacji tej polityki, wyrażana przez czynniki polskie, jest aktem głupoty, ocierającym się o zdradę i tak powinna być traktowana przez ludzi świadomych obecnych zagrożeń.
Niedawna wypowiedź wicekanclerza Niemiec Sigmara Gabriela: „To jest tak, że Europa potrzebuje Rosji. Jesteśmy bezpośrednimi sąsiadami i dobre sąsiedztwo jest niezbędne” – ukazuje, jak bardzo priorytety niemieckie i unijne są sprzeczne z naszymi interesami.
Polska nie potrzebuje bowiem - ani Rosji ani Niemiec. Sąsiedztwo tych państw jest dla nas źródłem nieustannych konfliktów, wojen i ograniczeń państwowości. Jeśli syta i próżna Europa „potrzebuje Rosji” – niech brata się z nią na własny rachunek. Nigdy zaś kosztem Polski i naszej niepodległości.
Trzeba sobie wyraźnie powiedzieć, że w najżywotniejszym interesie Polaków leży, by Rosja została rozbita i zniknęła z mapy świata, Niemcy zaś stały się krajem słabym militarnie i gospodarczo.
Jeśli taka teza wydaje się niektórym kontrowersyjna lub obrazoburcza, dowodzi to, jak bardzo zatraciliśmy instynkt zachowawczy i jak obce jest myślenie w polskich kategoriach.
Doświadczenia historyczne aż nadto udowadniają, że budowanie dobrosąsiedzkich relacji z tymi państwami, musi być skazane na klęskę. Podejmowane po roku 1989 próby prowadzenia takiej polityki, dowodzą (w najlepszym przypadku) skrajnego infantylizmu i nieznajomości historii. Nie powiodło się to w okresie międzywojennym, gdy mieliśmy autentyczną suwerenność i polityków na miarę mężów stanu. Tym bardziej jest nierealne dziś, gdy hybrydą PRL-u rządzą miernoty i tchórze. Podobne mrzonki kosztowały nas zbyt wiele, by można sobie pozwolić na kolejne eksperymenty w ramach „dobrosąsiedzkich kontaktów”.
Niezależnie, ile pustych deklaracji zostanie  złożonych, ile umów podpisanych, Moskwa i Berlin zawsze  będą wrogami polskości. Historycznym dążeniem tych państw jest ustanowienie na Wiśle granicy rosyjsko-niemieckiej i wymazanie Polski z mapy świata.  To, czego nie sformułuje dziś żaden polityk niemiecki, jest już realizowane na mocy sojuszu Merkel-Putin i dokonywane przy współudziale „elit” III RP. Różnica między obecną sytuacją, a rokiem 1939 polega jedynie na odwróceniu ról i modyfikacji akcentów: dziś konflikt zbrojny ma wywołać Rosja, zaś Niemcom przewidziano funkcję politycznego i ekonomicznego wspornika. Udawać, że tego nie widzimy – byłoby szaleństwem.
Prawdziwy georealizm nie polega zatem na myśleniu dostosowawczym i akceptacji ambicji rosyjskich i niemieckich, lecz na ich zanegowaniu i odrzuceniu.  
Dopiera taka refleksja może być punktem wyjścia dla poszukiwania skutecznej terapii. 

Mamy dostateczny potencjał, by polską rację stanu oprzeć się na dwóch filarach: silnej armii i gospodarce i wśród odwiecznych wrogów wywalczyć pozycję autentycznego mocarstwa. Jeśli Polacy ze wzruszeniem ramion przyjmują takie wizje – zawdzięczamy to ludziom, którzy przez dziesięciolecia zabijali w nas dumę z polskości i wmówili moim rodakom, że tylko zależność od sąsiadów oraz kultywowanie mitologii „niepodważalnych sojuszy” pozwoli zachować szczątki państwowości.
Trzeba jednak przyjąć, że ta droga – budowania samodzielnego, niezależnego państwa, jest dziś dla Polski zamknięta. Nie tylko dlatego, że nie mamy społeczeństwa zdolnego do walki ani mężów stanu gotowych podjąć takie wyzwanie. Ostatnie dwie dekady stracono bezpowrotnie na powielanie błędów przeszłości i proces tzw. integracji z państwami Unii Europejskiej. W praktyce, proces ten został sprowadzony do narzucenia nam dyktatu ekonomiczno-politycznego, ze szczególnym uwzględnieniem interesów niemieckich. Przeprowadzono go według wzorców „ładu jałtańskiego” - nie przecinając wpływów sowieckich, lecz zabierając Polakom te dobra, które pozostały jeszcze po półwieczu okupacji. Osłabiona, zdezintegrowana i zdegenerowana Polska – ma stanowić tym łatwiejszy łup.

niedziela, 14 września 2014

NUDIS VERBIS – 1 Diagnoza


Żadnej współpracy z bolszewikami! Zasadą polskiej polityki zagranicznej winno być szukanie przeciwko Niemcom sprzymierzeńców na zachodzie, nigdy na wschodzie, W praktyce międzynarodowej nie ceni się przyjaciół całkowicie oddanych. […] Niemcy są naszym wrogiem zewnętrznym, bolszewicy i zewnętrznym, i wewnętrznym. Niemcy wojnę przegrali, bolszewicy ją wygrywają. Niemcy odchodzą, bolszewicy przychodzą” – pisał  Józef Mackiewicz w roku 1944, w wydawanym przez siebie piśmie „Alarm”.  
Jak dalece poglądy pisarza na sprawy polskie różniły się od opinii „autorytetów konspiracyjnych”, wyjaśniał Mackiewicz bez ogródek:
Oto w odróżnieniu od rozpowszechnionego dziś rewizjonizmu w dziedzinie teorii oporu wobec najeźdźcy, rewizjonizmu, który często powołuje się na wzory czeskie, byłem zdecydowanym zwolennikiem zbrojnego, bezkompromisowego przeciwstawiania się Niemcom, ale – jednocześnie – równie zdecydowanym przeciwnikiem wspomagania bolszewików. Przelewanie naszej krwi w walce z Niemcami uważałem za konieczne. Ale przelewanie tej samej krwi dla wspomagania bolszewików i przyśpieszenia zejścia Polski w jarzmo sowieckie – za zbrodnię. […] „Strzelanie do agentów Gestapo to akt samoobrony koniecznej, Wysadzanie pociągów z amunicją przeznaczoną do walki z bolszewikami, to świadectwo niedojrzałości politycznej. […] Podobne hasło uznane zostało przez niektóre „autorytety” konspiracyjne za – niezgodne z interesem Polski. Zważmy, że działo się to w czerwcu, lipcu 1944 r. Gdy klęska Niemiec była rzeczą przesądzoną, Gdy zamiary Sowietów w odniesieniu do Polski stały się już od dawna jawne i nie podlegające żadnej dyskusji!”
Sięgam po teksty Mackiewicza z „NUDIS VERBIS”, ponieważ nie ma w polskiej literaturze politycznej rzeczy równie uniwersalnych dla opisania naszej obecnej sytuacji. O doniosłości tekstów pisarza świadczą nie tylko miara historycznej weryfikacji i sprawdzalności jego prognoz politycznych, ale nienawiść, z jaką dwa bliźniacze twory: PRL i III RP, traktowały i traktują spuściznę Mackiewicza. Żaden inny pisarz nie został skazany na tak długoletnie zapomnienie i marginalizację, jak człowiek, który miał odwagę udzielać Polakom „artystycznej i publicystycznej lekcji antykomunizmu” (Jacek Trznadel).
Za tę lekcję, był równie często ignorowany przez „autorytety konspiracyjne”, jak zwalczany przez zaczadzonych komunizmem pseudointelektualistów oraz krytykowany przez małych demiurgów, którzy, jak red. Skwieciński dowodzili, iż „antykomunizm zawiódł Mackiewicza na manowce intelektualne”. Daj Boże, byśmy wszyscy znaleźli się na takich „manowcach”.
Gdzie przebiega analogia, między powojennymi diagnozami pisarza, a naszą współczesnością i co wspólnego z obecnym położeniem Polski może mieć opis realiów sprzed 60 lat ?
„Gdybym miał w obrazie odmalować ówczesną tragedię polityczną Kraju, przedstawiłbym naród w postaci pochodu, który z pieśnią na ustach, na przemian męczeńską i triumfalną, gnany jest przez siepaczy hitlerowskich w przepaść bolszewicką, a po bokach kroczące szpalery „autorytetów” konspiracji, pilnujących z pistoletami w garści, aby nikt z tego pochodu się nie wyłamał, nikt nie próbował zawrócić czy innych przed przepaścią nie ostrzegł.” – pisał Mackiewicz.
Jakkolwiek „siepaczy hitlerowskich” zastępują dziś szacowni politycy niemieccy, z pupilką Stasi na czele, a „przepaść bolszewicka” ma być zaledwie koleiną, wytyczoną politycznym „georealizmem” – obraz nakreślony przez pisarza powinien przerażać swoją aktualnością.
Wojna na Ukrainie przypomniała z całą bezwzględnością, że dwa żywioły: rosyjski i niemiecki, nigdy nie pogodzą się z istnieniem Rzeczpospolitej. Nawet obecne państwo, powstałe na fundamentach „Polski Ludowej”, jest nie do zaakceptowania dla naszych odwiecznych wrogów.
Ukraina jest zaledwie etapem, „polem doświadczalnym” nowego sojuszu Moskwy i Berlina. Akta niemieckich polityków, zgromadzone w archiwach Łubianki, dają pewność, że sojusz ten przetrwa każdą próbę. Putin doskonale odrobił lekcję najnowszej historii i zrozumiał, że nadrzędnym celem społeczeństw „wolnego świata” nie jest prawda historyczna bądź racje moralne, ale dobrobyt i spokój – i za obie te wartości gotowe są zapłacić każdą cenę.

piątek, 4 listopada 2011

KALININGRAD - DEMONY UWOLNIONE

Zgodnie z zapowiedziami obecnego rządu do priorytetów tzw. polskiej prezydencji zaliczono sprawę otwarcia granicy z obwodem kaliningradzkim. Ten rosyjsko-niemiecki projekt jest dziś najmocniej forsowanym zadaniem polskiej dyplomacji.
Zmierza on do uczynienia z obwodu kaliningradzkiego rosyjskich „drzwi do Europy”, poprzez które Rosjanie wejdą w obszar polityki gospodarczej UE, a ich przedsiębiorcy uzyskają unijne fundusze. U podstaw projektu leży koncepcja reaktywacji Prus Wschodnich, przed którą ostrzegał przed laty prof. Paweł Wieczorkiewicz. W perspektywie najbliższych 10-20 lat obwód może wrócić do niemieckiej macierzy, stając się symbolem trwałego sojuszu rosyjsko-niemieckiego. Dzięki inwestycjom UE Kaliningrad  przekształciłby się w rodzaj euroregionu pod niemiecko-rosyjskim protektoratem. Pozostając oficjalnie pod władzą Rosji chłonąłby niemiecki kapitał dając w zamian dostęp do rynku rosyjskiego i stając się głównym narzędziem w umacnianiu politycznego przymierza Rosji i Niemiec. Realizacja tego projektu prowadziłby w istocie do rewizji ustaleń konferencji poczdamskiej i podważenia dotychczasowego porządku europejskiego.
Polsce wyznaczono rolę kraju tranzytowego i powierzono misję „usuwania przeszkód stojących na drodze poprawy relacji rosyjsko-niemieckich” – jak podkreślał to sam Donald Tusk Warunkiem powodzenia planu jest oczywiście otwarcie granicy unijnej - polsko-rosyjskiej.
Obecną inicjatywę należy przypisać ministrowi Ławrowowi, który w październiku 2009 roku zorganizował w Kaliningradzie spotkanie ministrów spraw zagranicznych Litwy i Polski. Tematem miała być „przyszłość enklawy w jednoczącej się Europie”. Sprzeciw wobec otwarcia granicy natychmiast zadeklarowała Litwa, zwracając m.in. uwagę na postępującą militaryzację obwodu, zagrożenie rosyjską przestępczością oraz zwiększenie liczebności rosyjskiego garnizonu. Strona polska nie dostrzegała natomiast żadnych zagrożeń. Otwarcie granicy z Rosją stało się odtąd priorytetem dyplomacji III RP. To minister Sikorski przy każdej okazji zabiegał o przyspieszenie inicjatywy Ławrowa, nazywając ten pomysł „wspaniałą rzeczą dla Rejonu Morza Bałtyckiego, Litwy, Polski i Rosji".
Tuż przed tragedią smoleńską 24 marca 2010 roku szefowie MSZ Polski i Rosji wspólnie wystąpili  do Komisji Europejskiej o wyrażenie zgody, by ruch przygranicznych objął cały obwód kaliningradzki.  Zadanie wydawało się niełatwe, ponieważ wynegocjowana kilka miesięcy później polsko-rosyjska umowa była od początku sprzeczna z prawem unijnym. Zakłada ono bowiem, że państwa UE mogą zawierać umowy dotyczące zewnętrznych granic lądowych, w których szerokość pasa przygranicznego wynosi od 30 do 50 km, podczas gdy obwód kaliningradzki rozciąga się z północy na południe na odległość ponad 100 km. Dla polskiej umowy, przewidującej objęcie ruchem bezwizowym całego obwodu musiałby zatem zostać stworzony wyjątek. Dodatkowym problemem jest fakt, że umowa traktuje obwód jako podmiot prawa międzynarodowego - mimo, iż stanowi on jedynie część terytorium Federacji Rosyjskiej. Niemałą przeszkodę stanowiła także polityka niektórych państw strefy Schengen zmierzających do uszczelniania wewnętrznych granic UE. Kontrole na granicach przywróciła Dania, a na początku lipca br. zrobiła to Norwegia. W tej sytuacji, zgoda na otwarcie granicy z obwodem kaliningradzkim wydawała się trudna do przeforsowania. Nie może dziwić, że w zabiegach dyplomatycznych stronę polską silnie popierały Niemcy. Projekt jest aktywnie wspierany przez związek „wypędzonych” z Prus Wschodnich i należy do priorytetów polityki Angeli Merkel.
W sierpniu br. Komisja Europejska zaaprobowała propozycję, aby cały obwód kaliningradzki został objęty unijnymi regulacjami bezwizowego ruchu przygranicznego.
Przed kilkoma dniami zaś umowę o otwarciu granicy zaakceptowali ambasadorzy państw unijnych. Oznacza to, że na wniosek Polski  prawo UE zostanie celowo zmienione, by Rosjanie zamieszkujący obwód mogli bez przeszkód przekraczać granicę. Zabiegi ministra Sikorskiego zmierzają obecnie do uzyskania  potwierdzenia umowy przez unijnych ministrów spraw wewnętrznych, a następnie zatwierdzenia jej w  Parlamencie Europejskim.
Zastanawiające jest, że rząd Donalda Tuska, tak ukierunkowany na działania propagandowe nie chwali się publicznie swoim największym sukcesem dyplomatycznym. Milczą o tym również rządowe media. Można przypuszczać, że ta zadziwiająca skromność ma swoje ważne przyczyny. Rozgłos nadany sprawie musiałby bowiem ujawnić wręcz niebywały stopień uległości, z jaką wykonywano dyspozycje rosyjsko-niemieckie oraz zwrócić uwagę Polaków na zagrożenia wynikające z realizacji projektu Prusy Wschodnie. Wkrótce każdy z nas będzie miał okazję odczuć na własnej skórze skutki pojednania z płk Putinem i doświadczyć „cywilizacyjnych zdobyczy” płynących z  otwarcia granicy.
Ten najważniejszy cel polskiej prezydencji został wyraźnie określony podczas spotkania ministrów spraw zagranicznych Polski, Rosji i Niemiec, zorganizowanego w Kaliningradzie  w maju br.  Dzisiaj publicznie proszę Komisję Europejską o to - o co ją proszę kanałami dyplomatycznymi - aby jak najszybciej uchwaliła zmienione rozporządzenie, które po zatwierdzeniu przez Parlament Europejski umożliwi nam podpisanie gotowej już umowy o małym ruch granicznym”- informował wówczas minister Radosław Sikorski. Rosyjski minister Ławrow stwierdził zaś, że „jedyną przeszkodą na drodze jak najszybszego podpisania umowy jest biurokratyczne podejście, które ignoruje interesy dwóch krajów, których to dotyczy, czyli Polski i Rosji" i wyraził przekonanie, że „zdrowy rozsądek, weźmie górę i sprawa zostanie rozwiązana w ciągu najbliższych miesięcy”.
Kilka dni później dyrektor oddziału Unii Europejskiej MSZ Rosji Georgij Michno przemawiając w Moskwie na rosyjsko-polskim seminarium wyraził przekonanie, że „Polska dołoży maksymalnych wysiłków, aby słynny regulamin Rady Unii Europejskiej nr. 1931 w sprawie małego ruchu przygranicznego został uzupełniony.  18 października br., tuż przed decyzją ambasadorów państw UE doszło do spotkania wiceszefa MSZ Federacji Rosyjskiej Władimira Titowa z wiceministrem spraw zagranicznych Polski Jerzym Pomianowskim, podczas którego „omówiono przygotowania do podpisania przed upływem tego roku międzyrządowego porozumienia w sprawie trybu miejscowego ruchu przygranicznego”.
Uwagę zwraca rażąca niesymetryczność działań polskiej dyplomacji w stosunku do wrogich poczynań strony rosyjskiej. Otwarcia granicy z FR dokonano rękami polityków obecnego rządu, nie wymagając od Rosji żadnych ustępstw ani nawet wzajemności w życzliwym traktowaniu polskich i unijnych interesów. Co więcej – Rosjanie prowadzą bezczelną grę pozorując wręcz niechęć lub obojętność wobec projektu. 
6 czerwca br. w Soczi premier Władimir Putin ostro skrytykował celowość wprowadzania ułatwień wizowych dla obwodu kaliningradzkiego. Putin oświadczył, iż Rosja nie zamierza walczyć o wizowe przywileje dla obwodu i nie będzie zabiegać o specjalne interesy wybranego regionu kosztem pozostałych. W opinii wielu analityków wystąpienie Putina należało traktować jako presję Moskwy na Unię Europejską w celu przyspieszenia negocjacji dotyczących wprowadzenia ruchu bezwizowego między całą Rosją a Unią Europejską. Wynegocjowany przez Polskę projekt wychodzi naprzeciw tym żądaniom, ponieważ poszerza ruch przygraniczny na obszar całego obwodu, co w praktyce oznacza otwarcie granicy z FR.
Choć obwód kaliningradzki należy do najbardziej zmilitaryzowanych miejsc na świecie i stwarza wielorakie zagrożenia militarne, ekologiczne i epidemiologiczne – pod adresem Rosji nie pojawił się żaden postulat zmniejszenia tych zagrożeń. Przeciwnie, w ostatnim czasie za sprawą celowych działań władz rosyjskich wzrosły one znacząco. Wbrew wcześniejszym obietnicom w obwodzie rozmieszczono rakiety balistyczne typu Iskander. Parametry techniczne rakiet pozwalają nie tylko na konwencjonalne uderzenie, ale również na przenoszenie głowic jądrowych. Ich dyslokacja w pobliżu polskiej granicy jest wrogim posunięciem politycznym i oznacza, że cały obszar Polski znalazł się w bezpośrednim zasięgu sił uderzeniowych Federacji Rosyjskiej. Ta decyzja pociąga za sobą zwiększenie liczebności wojsk stacjonujących w obwodzie. 
Realne zagrożenia wynikają również z poziomu przestępczości na tym terenie. Już przed kilkoma laty w regionalnej Dumie alarmowano, że przestępcy kontrolują ponad 60 procent państwowych instytucji, 80 procent banków i większość prywatnych przedsiębiorstw. W ciągu ostatnich kilku lat w mieście z rąk „plutonów egzekucyjnych”  zginęło ponad 20 przedsiębiorców. Padli ofiarą mafii, złożonej z funkcjonariuszy FSB i kierowanych przez nich grup przestępczych.
Według oficjalnych danych z roku 2010, liczba zabójstw wzrosła w obwodzie kaliningradzkim o 150  procent, czynów chuligańskich o ponad 100 proc., a pobić i ciężkich uszkodzeń ciała o 33,3 proc. Wciąż notuje się bardzo wysokie bezrobocie i najwyższy w Rosji wskaźnik zachorowań na gruźlicę i AIDS. Wciąż wybuchają epidemie błonicy, odry i tyfusu. Obwód od lat jest największym punktem tranzytowym przemytu narkotyków oraz handlu „żywym towarem”. W samym Kaliningradzie 20 tysięcy osób żyje z dystrybucji narkotyków, kilkakrotnie więcej trudni się prostytucją, a ponad 2 tysiące dzieci to młodociani przestępcy.
Migracja najgroźniejszych form przestępczości, przemyt, korupcja, choroby i rozliczne patologie, działalność mafii i rosyjskich służb specjalnych, przenikanie agentury - to tylko niektóre z zagrożeń czekających nas po otwarciu granicy z FR. Polskie społeczeństwo, przed którym ukrywa się realne skutki tego obłędnego projektu, w większości nie jest świadome niebezpieczeństw. Tym bardziej nie wie - komu służy ten pomysł i z jakim historycznym ryzykiem jest związany. Obecne władze III RP nigdy nie próbowały wykazać rzekomych korzyści płynących z otwarcia granicy, zadowalając opinię publiczną demagogicznymi frazesami o rozwoju handlu przygranicznego czy rozkwicie turystyki. Nie istnieją symulacje ani wyliczenia dotyczące skutków ekonomicznych, szczególnie związanych z importem „szarej strefy”, przemytem czy działalnością firm mafijnych.
Warto podkreślić, że Rosja nie uczyniła żadnych kroków, by odwzajemnić zaangażowanie w projekt polityków PO-PSL, chyba, że za taki gest uznamy podpisanie przed kilkoma dniami przez prezydenta Miedwiediewa dekretu o utworzeniu fundacji Centrum Rosyjsko-Polskiego Dialogu i Porozumienia, która ma być partnerem powstałego już dawno w Polsce Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia.
Rosyjska „enklawa” pretendująca do miejsca w Europie, której mieszkańcy wkrótce pojawią się w Polsce, jest w istocie skupiskiem najgłębszych problemów trapiących Federację Rosyjską i ogniskiem najgorszych, postsowieckich patologii. Miejsce to zapisało się w historii Polski jako złowieszczy syndrom konfliktów i zagrożeń dla naszego bytu państwowego.
Do dziś nad dziejami naszego narodu ciąży przekleństwo tajnej konwencji rosyjsko-pruskiej o rozbiorze Rzeczypospolitej. Powstała w tym samym 1772 roku, w którym powołano do życia prowincję Prusy Wschodnie. Napisano w niej m.in.: „Jej Cesarska Mość imperatorowa Wszech Rosji i Jego Królewska Mość król Prus zaręczają sobie w sposób najbardziej stanowczy pomoc wzajemną w realizacji planów wykorzystania obecnych okoliczności by rewindykować okręgi Polski, do których posiadają dawne prawa, jak również by wystarać się o jakąś z posiadłości Rzeczypospolitej, jako o ekwiwalent praw, pretensji i żądań wobec niej.”
Działania rządu Donalda Tuska i świadomy współudział we współczesnym  projekcie Prusy Wschodnie są ewidentnie sprzeczne z polskim interesem i już dziś prowadzą do reaktywacji historycznych demonów.


Tekst ukazał się w nr 44/2011 Gazety Polskiej.

sobota, 6 sierpnia 2011

OTWORZYĆ DRZWI PUTINOWI

Historyczny sukces polskiej prezydencji

Gdy przed dwoma laty płk Putin zapewniał, że "problemy z Polską dadzą się rozwiązać dzięki Tuskowi", a po wyborach prezydenckich, „Izwiestija” donosiła: "Wybranie na prezydenta pragmatyka Komorowskiego ustawiło wszystko na swoje miejsca. Ideologicznie emocjonalna przesada epoki Kaczyńskiego dobiegła końca.” – zapewne niewiele osób zdawało sobie sprawę, gdzie doprowadzi nas droga wytyczona przez „zaufanych przyjaciół” Moskwy.
Nawet po tragedii smoleńskiej, większość Polaków nie chciała zrozumieć, że wyznaczona rządowi Tuska rola rosyjskiego „konia trojańskiego”, uczyni z nas państwo pozbawione własnych dążeń i ambicji.  Istotę tych hańbiących relacji widać szczególnie mocno w zakresie celów tzw. polskiej prezydencji, z których każdy jest podporządkowany globalnym interesom reżimu Putina.
Jeśli dlatego propaganda rządowa przemilczała pierwszy i największy sukces polskiego przewodnictwa w UE, trzeba go tym bardziej nagłośnić i pokazać, jaką niespodziankę szykują Polakom wielbiciele rosyjskiego satrapy.
W dniu, w którym komisja Millera przedstawiała polskojęzyczną  wersję łgarstw w sprawie tragedii smoleńskiej, bez echa przeszła informacja, że Komisja Europejska zaaprobowała propozycję, aby cały obwód kaliningradzki został objęty unijnymi regulacjami bezwizowego ruchu przygranicznego. Oznacza to, że prawo unijne zostanie celowo zmienione, by Rosjanie zamieszkujący obwód mogli bez problemów przekraczać polską granicę.
Decyzja KE zapadła po blisko dwuletnich zabiegach dyplomatycznych Polski, Niemiec i Rosji. Autorem pomysłu, który nazwałem kiedyś „projektem Prusy Wschodnie” był rosyjski minister Ławrow, a jego wykonawstwo powierzono Radosławowi Sikorskiemu. To polski minister przy każdej, dyplomatycznej okazji zabiegał o otwarcie granicy z Rosją, nazywając ten pomysł „wspaniałą rzeczą dla Rejonu Morza Bałtyckiego, Litwy, Polski i Rosji". Miesiąc przed rozpoczęciem polskiego przewodnictwa, Siergiej Ławrow dobitnie stwierdził, że „jedyną przeszkodą na drodze jak najszybszego podpisania umowy jest biurokratyczne podejście, które ignoruje interesy dwóch krajów, których to dotyczy, czyli Polski i Rosji" i zapowiedział, że „zdrowy rozsądek, weźmie górę i sprawa zostanie rozwiązana w ciągu najbliższych miesięcy.
Należy wręcz podziwiać skuteczność Sikorskiego, który na drodze do wykonania tej dyrektywy musiał pokonać niejedną przeszkodę. Warto pamiętać, że od kilku miesięcy wśród państw strefy Schengen pojawiła się tendencja uszczelniania wewnętrznych granic UE. Kontrole na granicach przywróciła już Dania, a na początku lipca zrobiła to Norwegia. W tej sytuacji, zgoda na otwarcie granicy z obwodem kaliningradzkim wydawała się nierealna. Problem dotyczył wynegocjowanej w sierpniu 2010 roku polsko-rosyjskiej umowy o małym ruchu granicznym, która od początku była sprzeczna z prawem unijnym. Zakłada ono bowiem, że państwa UE mogą zawierać umowy dotyczące zewnętrznych granic lądowych, w których szerokość pasa przygranicznego wynosi od 30 do 50 km, podczas gdy obwód kaliningradzki rozciąga się z północy na południe na odległość ponad 100 km. Dla polskiej umowy, przewidującej objęcie ruchem bezwizowym całego obwodu musiałby zatem zostać stworzony wyjątek. Dodatkowym problemem jest fakt, że umowa traktuje obwód jako podmiot prawa międzynarodowego - mimo, iż stanowi on jedynie część terytorium Federacji Rosyjskiej. 
Decyzja KE z 29 lipca br. oznacza, że przywileje małego ruchu przygranicznego obejmą wszystkich mieszkańców obwodu, a także proporcjonalny obszar po polskiej stronie, czyli dwa województwa: pomorskie i warmińsko-mazurskie.
Ten obłędny projekt grupy rządzącej, był najmocniej forsowanym pomysłem dyplomatycznym ostatnich lat, a do jego realizacji wyznaczono sztandarową inicjatywę rządu Tuska – tzw. Partnerstwo Wschodnie. Gorącym zwolennikiem projektu były Niemcy, zabiegając o otwarcie granicy z Kaliningradem na forum UE i podejmując temat przy okazji rozmów z unijnymi partnerami. Pomysł jest silnie wspierany przez „związek wypędzonych z Prus Wschodnich” i należał do priorytetów polityki Angeli Merkel. W samym Kaliningradzie patronuje mu „Bałtycka Partia Republikańska”, wobec której Rosjanie wykazują zadziwiającą pobłażliwość.
Wspólny rosyjsko-niemiecki plan zmierza do uczynienia z obwodu kaliningradzkiego rosyjskich „drzwi do Europy”, poprzez które Rosjanie wejdą w obszar polityki gospodarczej UE, a ich przedsiębiorcy uzyskają unijne fundusze. U podstaw projektu mogła leżeć koncepcja, przed którą ostrzegał przed laty prof. Paweł Wieczorkiewicz; by w perspektywie najbliższych 10-20 lat obwód wrócił do niemieckiej macierzy, stając się symbolem historycznego sojuszu rosyjsko-niemieckiego. Wpływy niemieckie stają się w samym Kaliningradzie na tyle silne, że wyczuleni na swoją terytorialną jedność Rosjanie nie mają nic przeciwko, by piloci rosyjskich linii lotniczych informując pasażerów o miejscu lądowania, posługiwali się już dawną niemiecką nazwę Königsberg.
Dzięki inwestycjom UE obwód przekształciłby się w rodzaj „euroregionu” pod niemiecko-rosyjskim protektoratem. Pozostając oficjalnie pod władzą Rosji chłonąłby niemiecki kapitał, dając w zamian dostęp do rynku rosyjskiego i stając się głównym narzędziem w umacnianiu politycznego znaczenia Niemiec w tym regionie.
W wypowiedziach ludzi z grupy rządzącej nie znajdziemy ani jednego racjonalnego argumentu, który wskazywałby na korzyści, jakie Polska miałaby odnieść z otwarcia granicy z najbardziej zmilitaryzowanym i słynącym z przestępczości regionem Rosji. Nikt też nie informuje Polaków o rozlicznych zagrożeniach związanych z niekontrolowanym napływem Rosjan. "Ten region jest jedną wielką katastrofą. Zatrucie środowiska i przestępczość są najwyższe w całej Rosji, władza jest w kieszeni mafii, liczba zarażonych gruźlicą i HIV - najwyższa w Europie." – ostrzegał przed laty Elmar Brok, szef Komisji Zagranicznej Parlamentu Europejskiego. Premier Szwecji Göran Persson twierdził zaś, że "tam występuje prawie każdy problem, jaki można sobie wyobrazić, z odpadami atomowymi włącznie".
Przed kilku laty Aleksander Kulikow, przemawiając w regionalnej Dumie mówił o obwodzie kaliningradzkim: "Przestępcy kontrolują 60 proc. państwowych instytucji, 80 proc. banków i większość prywatnych przedsiębiorstw, a obroty tych firm wzrosły w ciągu pięciu lat aż siedemnastokrotnie". Według danych WHO odsetek zachorowań na gruźlicę jest w obwodzie o 33,6 proc. wyższy od średniej w Rosji, choć i tak Federacja należy pod tym względem do rekordzistów. Liczba zarażeń dzieci tą chorobą proporcjonalnie do liczby mieszkańców jest ponad czterokrotnie większa, a mężczyźni dożywają tam średnio 59 lat, co stanowi jedną z najniższych przeciętnych na świecie.
Jest oczywiste, że otwarcie granicy z Kaliningradem (a w praktyce z całym obszarem Rosji) spowoduje u nas ogromny wzrost przestępczości mafii rosyjskiej i może wywołać liczne zagrożenia epidemiologiczne. Warto też pamiętać, że w regionie przebywa ok.200 tys. rosyjskich żołnierzy. „Nie ma co się bać lotnictwa w Kaliningradzie, tylko bardzo wysokiego tam wskaźnika AIDS albo tego, że nieopłacani i wzburzeni żołnierze zawsze mają karabiny” – ostrzegał przed laty pewien wojskowy specjalista.
Projekt otwarcia granicy z Kaliningradem niesie również dla Polski szereg zagrożeń politycznych i nie pozostanie bez wpływu na naszą przyszłość. Zgoda rządu PO-PSL na budowanie politycznej koncepcji Prus Wschodnich, jest w perspektywie historycznej aktem wręcz samobójczym, głęboko sprzecznym z naszymi interesami. Polsce wyznaczono tu rolę państwa tranzytowego, a w tym wypadku rolę „europejskiej wycieraczki” - po której rzesze Rosjan wejdą do Europy, a nad głowami Polaków zostanie zawiązany antypolski sojusz Moskwy i Berlina. Tej misji nie ukrywa Donald Tusk, gdy twierdzi, że rolą jego rządu jest „usuwanie przeszkód stojących na drodze poprawy relacji rosyjsko-niemieckich”.
Po decyzji Komisji Europejskiej, owo „usuwanie przeszkód” doprowadzi do sytuacji, gdy każdy z nas będzie miał okazję odczuć na własnej skórze skutki „pojednania” z płk Putinem i doświadczyć „cywilizacyjnych zdobyczy” płynących z obwodu kaliningradzkiego.
Jedynie pozbawienie władzy dogmatycznych „przyjaciół Rosji”, może uchronić nas od katastrofalnych skutków tego obłędnego projektu.


Tekst opublikowany w Warszawskiej Gazecie