Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komunizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komunizm. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 sierpnia 2020

NIE BYŁO „CUDU NAD WISŁĄ”

Endecki publicysta Stanisław Stroński, który w przeddzień bitwy z bolszewikami skojarzył ją z francuskim „cudem nad Marną”, nawet nie marzył, że określenie to przetrwa dziesięciolecia i zrobi oszałamiającą karierę.
Ten zadeklarowany przeciwnik Józefa Piłsudskiego wolał dopatrywać się ingerencji sił nadprzyrodzonych, niż uznać, że o zwycięstwie nad sowiecką zarazą zdecydował geniusz Marszałka i odwaga jego żołnierzy.
Słowa o „cudzie nad Wisłą” zostały natychmiast podchwycone przez publicystów endeckich i hierarchów Kościoła. Ci ostatni, nie ukrywając niechęci do Piłsudskiego, nadali zwrotowi treści religijne i połączyli dzień bitwy ze Świętem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, Królowej Korony Polski.
Ten prosty zabieg propagandowy miał służyć umniejszeniu roli Naczelnego Wodza i utrwalić przekonanie, że nie wysiłek i bohaterstwo żołnierzy, lecz nadzwyczajny przypadek - cud  rozstrzygnął losy wojny z bolszewikami.
Większość z tych, którzy sięgają dziś po określenie „cud nad Wisłą”, zapewne nie zna politycznych konotacji związanych z tym zwrotem i nie obchodzą ich konflikty sprzed kilkudziesięciu lat.
Zakładam, że jeśli nawet traktują te słowa literalnie, to nie z intencją lukrowania historii lub odbierania zasług polskiemu żołnierzowi.
Wiem też, że próba zwalczania takiej maniery, byłaby bezcelowa, bo określenie to (niestety) na stałe weszło do naszego słownika i jest używane nawet przez tych, którzy deklarują się piewcami Marszałka.
Weszło zaś tym łatwiej, że o ile z zadziwiającą prostotą dostrzegamy rękę Bożej Opatrzności i skłonni jesteśmy przypisać Jej opiekę nad polską historią, o tyle trudniej przychodzi nam zrozumieć, że za narodowe zwycięstwa trzeba wpierw zapłacić – czasem cenę najwyższą.
Akceptacja dla „cudu” wydaje się o wiele łatwiejsza od świadomości ponoszenia ofiar, wyrzeczeń i ciężkiej pracy. „Cud” rozgrzesza zwykłe zaniechania, tłumaczy brak odwagi i usprawiedliwia tchórzostwo.
                 Nie jesteśmy dziś społeczeństwem zdolnym do „długiego marszu”. Tym bardziej - do buntu i stawienia czoła wrogowi.
Po 30 latach istnienia sukcesji komunistycznej, nikt nie zaakceptuje prawdy, że hybrydy komunizmu nie upadają pod ciosami demokracji, lecz anektują jej fasadę, by ukryć własne draństwa.
Nikt też nie próbuje zrozumieć, że niepodległość można odzyskać tylko w taki sposób, jak została utracona. Nie za cenę partyjnego kuglarstwa i pseudo-demokratycznego bełkotu, lecz poprzez twardą, bezwzględną wojnę, w której nie ma miejsca na żaden kompromis. 

                  Gdy za kilka dni, rzesze „papierowych żołnierzyków” będą roztkliwiały się nad „cudem nad Wisłą”, nie usłyszymy od nich o cenie prawdziwej wolności. Tej, zdobytej walką i krwią, nie zaś okupionej setkami „kompromisów” i litrami wypitej wódki.
Zwycięstwo nad bolszewicką nawałą lepiej zatem kojarzyć z bogoojczyźnianym nastrojem i rozpamiętywaniem minionej chwały, niż dostrzec w nim wyzwanie, któremu nie potrafilibyśmy sprostać.
Bo jeśli nie Boża interwencja, lecz mądrość dowódców, odwaga żołnierzy i narodowa danina krwi zdecydowały o wyniku Bitwy Warszawskiej – jak zmierzyć taką miarą nasz dzisiejszy potencjał i nasze oczekiwania?
Jak wytłumaczyć, że Niepodległa wymagała wielkiej, narodowej ofiary, podczas gdy III RP powstała mocą pustych słów, zbójeckich paktów i zdrady?
               Dialektyka „cudu nad Wisłą” jest dziś narzędziem pomocnym władcom III RP. Nie tylko dlatego,że doskonale wpisuje się w intencję fałszowania historii i umniejszania dzieła Józefa Piłsudskiego - odziedziczoną po PRL-u, ale z uwagi na jej przydatność w procesie „rozbrajania” Polaków. 
Tam przecież, gdzie „siły nadprzyrodzone” decydują o losach Ojczyzny, gdzie „przypadek” i  „zrządzenie” rozstrzyga o naszych dziejach, nie trzeba poświęceń, woli walki, honoru i odwagi.
Nie trzeba budowania własnej potęgi militarnej i pielęgnowania polskiej tradycji. Nie trzeba polegania tylko na własnych siłach, unikania złudnych sojuszy i fałszywych przyjaciół.
Nie trzeba też wymagać zbyt wiele ani zbyt wiele tłumaczyć.
Wystarczy „wiara” – tak prosta, że pozbawiona rozumu i tak wszczepiona, że wolna od odpowiedzialności.
Komunistyczna sukcesja, budowana na pakcie esbeków i agentury, w którym cenę „nowej państwowości” wyznaczały toasty z szefem bezpieki, nie może umacniać w Polakach wiedzy, że za Niepodległą płaci się  krwią.
Niebezpieczna byłaby to wiedza, jeśli tak dobitnie podważałaby wysiłek samozwańczych „reprezentantów narodu”, zbratanych z okupantem.
Dialektyka „cudu nad Wisła” tym bardziej jest potrzebna, że to państwo – gloryfikując wybory „mniejszego zła”, forsując najnikczemniejsze kompromisy i zabójcze wspólnoty z Obcymi, nie może umacniać prawdy, iż system, zbudowany na przemocy i terrorze, system bezbożnej nienawiści, można obalić tylko siłą i tylko za cenę najwyższej ofiary.
Tej prawdy nie przyjmują nawet ci, którzy w patriotycznym uniesieniu powtarzają - „Co nam obca przemoc wzięła, szablą odbierzemy”.

          Proszę, bym został dobrze zrozumiany. Boża ingerencja w losy Polski, opieka Matki Boskiej, to nie alegoria ani wymysł. Nic, co dzieje się w naszym życiu, ale też w życiu narodu, nie jest pozbawione Bożej logiki – czasem tak niewytłumaczalnej, że nazywanej cudem.
Ale 15 sierpnia 1920 roku nie wydarzył się „cud nad Wisłą”. I nie musiał się wydarzyć.
Pan Bóg nie działa w nicości, nie pomaga tym, którzy pomocy nie mogą  przyjąć i nie czyni cudów wbrew prawom  naturalnym.
Victoria Warszawska była dziełem ludzkim, zwycięstwem silnej, zdyscyplinowanej armii, którą w czasie dwóch lat niepodległego bytu państwowego stworzył Marszałek Piłsudski.
Była możliwa, dzięki odwadze polskich żołnierzy, wskutek mądrości dowódców i woli całego społeczeństwa.
Była możliwa, bo w tak krótkim czasie sformowano armię, zbudowano propaństwowe kadry, stworzono elity.
Była możliwa, gdyż nasi ojcowie dokonali dzieła, na które współcześni politycy nigdy się nie zdobędą, a moi rodacy nigdy go nie pragnęli.
W tym dniu, Pan Bóg nie musiał dokonywać cudów.
W porządku naturalnym – Polacy musieli wygrać tą bitwę, Byli lepiej przygotowani, mieli mądrzejszych dowódców, okazali więcej odwagi i „szaleńczej” determinacji.
Ale posiadali też dar i oręż, jakiego przeciwnik nigdy nie posiadł i nigdy nie posiądzie.
Eugeniusz Małaczewski – żołnierz wojny 1920 roku, kawaler Orderu Virtuti Militari, zmarły w wieku 25 lat prozaik i poeta, napisał o tej potężnej broni:
Zali tę zionącą na wszystek świat przepaść zdziczenia i nienawiści, której na imię bolszewizm, my „obrońcy cywilizacji  i chrześcijaństwa”, zdołamy zasypać, jak faszyną, jedynie gruzem polskich ciał, pozbawionych ducha wyższego niż zły duch w przepaści  się miotający?
Czymś  zasadniczo  innym  stać  się  musimy.  Bo  kto  by  chciał  nienawiść,  zło  złem zwalczać a nienawiścią, niech pamięta, że wielką nienawiść zwalczy tylko od niej  większa, zaś zło wielkie może być pożarte jeno przez zło od wielkiego większe  […]
Przeciw ich duszy, okropnej jak ów koń na wzgórzu odarty ze  skóry, musimy wystawić zwyciężające wszystko Boże człowieczeństwo duszy”.

Nie próbuję powiedzieć – czym jest owo „Boże człowieczeństwo duszy”. Bo nie o opis chodzi i nie słowami definiujemy ten dar.
Kilkadziesiąt lat po poruczniku Małaczewskim, żoliborski Kapłan wołał za świętym Pawłem: „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj”.
Małaczewski zmarł na gruźlice, której nabawił się w żołnierskich okopach Grodzieńszczyzny, Archangielska i Małopolski.
Żoliborski Kapłan został zamordowany przez bolszewickich bandytów.
Obaj wygrali - „Bożym człowieczeństwem duszy”, którego żaden przeciwnik nie był w stanie pokonać.
         Jeśli szukamy przyczyn zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej i chcemy dostrzec jej prawdziwy wymiar, nie można pominąć tego szczególnego daru – dziedzictwa płynącego z tysiącletniej historii chrześcijaństwa, z tej „gramatyki prawa moralnego”, o której nauczał Jan Paweł II.
Z niej wynikała wola polskiego społeczeństwa, siła żołnierza i wiara w zwycięstwo. Na niej budowano podwaliny Niepodległej, formowano młode pokolenia, uczono dzieci.
Wartość tego daru ujawnia się w dniu zderzenia z „przepaścią zdziczenia i nienawiści”, w zetknięciu z barbarzyństwem tak wielkim, że pozbawionym wszelkich cech człowieczeństwa.

           Nie sądzę, by piewcy dialektyki „cudu nad Wisłą” chcieli budować przyszłość mojego kraju na „Bożym człowieczeństwie duszy”. Jeśli nawet mają gęby pełne bogoojczyźnianych frazesów, jeśli mieszają się z purpuratami i chętnie manifestują swoją „pobożność” - zdradza ich państwo, które stworzyli.
Państwo wyrosłe na fundamencie bolszewickiej nienawiści, od trzech dekad zniewolone hegemonią Obcych, skażone nierozliczonymi zbrodniami i nędzą nieprzebranych kłamstw. 
Jest coś upiornego w świętowaniu rocznicy Bitwy Warszawskiej przez ludzi III RP.
Nie tylko spadkobierców partii komunistycznej, przemianowanych dziś na SLD,PSL i inne hybrydy, ale przez wszystkich, którzy twór zbudowany na okupacji sowieckiej, uznają za Niepodległą.
W tym państwie – wzorem PRL-u, Polacy i Obcy mają tworzyć fałszywą wspólnotę, a zapominając, czym jest komunizm i kim są jego sukcesorzy - odrzucić dumę z polskości.
To państwo uśmierciło nasze marzenia o Niepodległej, zabiło wolę walki i znieprawiło dusze. Oddane na pastwę miernot, zdrajców i dewiantów, nie ma nic wspólnego z dziełem Niepodległej.
        Dlatego piewcy tego państwa traktują dialektykę „cudu”, niczym broń przeciwko narodowi. Ma nas obezwładnić i uśpić, uczynić bezbronnymi wobec realnych wyzwań.
Emocjonalny pseudo – patriotyzm, zastępuje poczucie obowiązku, „wyborcza kartka” znosi nakaz walki, a „wiara” w Bożą Opatrzność, jest prostackim sposobem na zapomnienie o  wymogu trudów i wyrzeczeń.
Upiorność tego świętowania, wynika ze świadomości, że wraz z fałszem państwowości skażonej okupacją komunistyczną, III RP odziedziczyła strukturę społeczną, opartą na wspólnocie Polaków z Obcymi.
Funkcjonariusze sowieckiego reżimu – esbecy, partyjniacy, sędziowie, stali się „elitą” tego państwa, zaludnili jego instytucje i zawłaszczyli życie publiczne. Zainfekowali je, nie tylko swoją obecnością, ale wprowadzeniem następców – dzieci i wnuków agentury przywiezionej na sowieckich czołgach, potomstwem tych, którzy przybyli z hordami Tuchaczewskiego, spadkobiercami prześladowców i sługusów reżimu oraz niezliczonym mrowiem sukcesorów, złączonych wspólnotą interesu, więzami zawodowymi i towarzyskimi.
Jakże ci ludzie – wyrośli z „przepaści zdziczenia i nienawiści, której na imię bolszewizm”, mogą wspominać zwycięstwo „Bożego człowieczeństwa duszy”?
Jak ich następcy – zgraje dewiantów, gorszycieli i lewackich prymitywów, owładnięte nienawiścią do wszystkiego co polskie, mają tworzyć wspólnotę z potomkami żołnierzy 1920 roku?

         Społeczeństwo, które nie wie - w jakim państwie żyje, kim są jego elity, wrogowie i Obcy, musi pozostać bezbronne i  zniewolone.
Społeczeństwo, w którym zabija się ducha walki, w którym zło pozostaje nienazwane, dobro zaś nie znajduje obrońców, wyzbywa się „Bożego człowieczeństwa duszy” i zatraca narodowe więzy.
Takie społeczeństwo chce dziś budować rząd „patriotycznej prawicy”.
Rząd, który nie tylko nie rozliczył żadnej z komunistycznych zbrodni, zatarł granice dobra i zła i na dekady ukrył prawdę o zamachu smoleńskim, ale tych, którzy te zbrodnie popełnili, ich następców, sukcesorów i akolitów, każe nazywać Polakami i „opozycją” i zapraszać do polskiego stołu. 
        Gdy będziemy wspominali dzień, o którym Eugeniusz Małaczewski pisał, że był „walką na życie i śmierć o pokój dla wszystkich ludów na ziemi”, trzeba zmierzyć się z trudnymi pytaniami.
Jaką Polskę mogą zbudować nam ludzie, dla których każda walka, każda „kanciasta granica”, przymioty męstwa i honoru – są tak niedostępne, że nazywane „cudem”?
Co w nas zostało z daru „Bożego człowieczeństwa duszy”, jeśli bez cienia sprzeciwu przyjmujemy tryumf bolszewickiej nienawiści?
Jaka Polska wyrośnie z tego, co gotowi jesteśmy jej poświęcić?

sobota, 16 maja 2020

WIRUS DEZINFORMACJI


"A więc wojna! Z dniem dzisiejszym wszelkie sprawy i zagadnienia schodzą na plan dalszy. Całe nasze życie, publiczne i prywatne przestawiamy na specjalne tory, weszliśmy w okres wojny.
Słowa przedwojennego spikera Polskiego Radia, Józefa Małgorzewskiego, nietrudno odnieść do czasów obecnych.
Czasów, w których z wielu miejsc, od wielu, czasem zacnych osób, dobiega narracja o wojnie i przestawianiu życia na „specjalne tory”. Czasów, w których, nie widok obcych żołnierzy i wybuchy bomb, lecz treść medialnych „newsów”, wywołuje panikę i poczucie zagrożenia.
A więc „wojna z koronawirusem”. Wojna Chiny -reszta świata. Wojna o zdrowie i życie. Wojna dla zachowania gospodarki i miejsc pracy, o rynki zbytu, dostawy i kontrakty. Wojna na szczepionki i leki. Wojna bogatych z biednymi. Wojna chaosu z ładem, kłamstwa z prawdą, zła z dobrem…
Wojna tyleż totalna, że toczona na wszystkich frontach – od prozaicznych problemów z zakupem masek i rękawic, po gry wywiadów i interesy wielkich mocarstw. Obejmująca swoim zasięgiem ludzi prawych, pospolite kanalie i wielkich bandytów.
Wojna, która obnażyła prawdę o współczesnym świecie i tysiące absurdalnych „idei”, tyleż pseudo-wartości i mitów, sprowadziła do atawistycznej troski o własne zdrowie.
Nawet wśród tych, którzy z racji głoszenia antyludzkich szaleństw - o „prawie do aborcji”, czy „równouprawnieniu” dewiantów, winni pogardzwłasnym życiem, równie konsekwentnie, jak mają w pogardzie życie innych.

Proszę nie oczekiwać, że przedstawię tu własną teorię na temat "SARS-CoV-2", przyczyn owej „pandemii” lub prognozę kryzysu. Powstało na ten temat dość tekstów i wypowiedzi, z których każdy może wybrać to, co odpowiada jego poglądom na rzeczywistość.
W świecie, w którym bezkarnie przechodzą najpodlejsze zbrodnie, wojny i oszustwa, nie sposób oczekiwać, by ta, czy inna teoria na temat chińskiej „zarazy” miała przyczynić się do otrzeźwienia lub wzbudzić odwagę do refleksji. Dość zrozumieć, że dzisiejsi władcy „wolnego świata” prędzej skażą swoich poddanych na dekady „kwarantanny”, niż przyjmą za pewnik, że dla komunistycznych bandytów życie ludzkie (w tym życie współplemieńców) nie przedstawia najmniejszej wartości i dla osiągnięcia celów przepoczwarzonego komunizmu, gotowi są wymordować połowę ludzkości.
Świat ludzi słabych – a tylko takich „produkują” nowoczesne społeczeństwa, musi pozostać bezbronny wobec agresji przekraczającej miarę tchórza i konformisty.
Nie pora również na pseudo-filozoficzne rozważania nad skutkami owej „pandemii”, bo prostactwo tych, którzy ją zgotowali, jak i tych, którzy codziennie nią żonglują, nie ma cienia metafizycznej dystynkcji i bardziej zasługuje na dosadny epitet absolwenta podstawówki niż dysertację ćwierćinteligenta po „postępowej” uczelni.
Nie widzę także potrzeby przedstawiania politycznych aspektów obecnej sytuacji. Kto dotąd nie dostrzegł, jak idealna symbioza, „wspólnota brudu” panuje dziś nad Wisłą, łącząc rzekomych adwersarzy, nad trumną naszych „praw obywatelskich” i truchłem narodowych interesów, kto nie zrozumiał tej złowróżbnej ciszy nad zbrodnią smoleńską, zdradą i butą Obcych, temu nie pomoże żadna analiza ani polityczna pogadanka.

Prawdą jest natomiast, że toczy się wojna. Wojna o rząd dusz, w której wirus dezinformacji ma tak dalece zainfekować naszą wolę i obezwładnić myśli, byśmy stali się stadem pokornych niewolników, gotowych przyjąć każde upodlenie, w imię wydłużenia ogniw łańcucha.
Cóż łatwiejszego, gdy łańcuch ma chronić przed utratą zdrowia, a upodlenie nosi miano „środka ochronnego”?
Wojna dezinformacyjna jest celem państwa, które na kłamstwie i zbrodni zbudowało swoją pozycję, a implementując je w formę „produktu przemysłowego”, opasało „wolny świat” siecią agenturalnych wpływów i finansowych zależności.
Chaos wytwarzany podczas tej wojny skutecznie unicestwia poczucie realizmu. W miejsce wiedzy i faktów, wznosi bariery niedorzecznych lęków i sprowadza nasze aspiracje do adoracji „chińskiego ciasteczka”.
Rządzący tym komunistycznym tworem dawno zrozumieli, że walka z dezinformacją jest zadaniem nieosiągalnym dla państw „wolnego świata” – również dlatego, że musiałaby obejmować obszary, z których władcy owego świata czerpią ogromne korzyści.

środa, 24 lipca 2019

PAKT O NIEAGRESJI – O ŚWIETLANEJ PRZYSZŁOŚCI PIS

Nim zechcą Państwo zapoznać się z nowym tekstem, pozwolę sobie na jedną uwagę.
Stali czytelnicy bezdekretu pamiętają zapewne, że w latach 2008-2015 na moim blogu ukazywało się nawet kilkanaście tekstów miesięcznie. O różnym ciężarze i tematyce, zwykle związanej ze sprawami aktualnymi, które zaprzątały naszą uwagę.
Tak pokaźna „produkcja”, skłaniała ludzi marnego intelektu do odkrywczej refleksji, jakoby Ścios był jakimś „bytem zbiorowym”, grupą kilku, kilkunastu osób, które z nadania ówczesnej opozycji prowadziły partyjną robotę w sieci internetowej.
Było wtedy o czym pisać: od afery marszałkowej, stoczniowej i paliwowej poczynając, poprzez postępki Komorowskiego i belwederskich hierarchów, aktywność służb i „sołdokratów” z WSI, po tematykę smoleńską i rozliczne draństwa reżimu. Wiele z ówczesnych spraw zostało ujawnionych tylko na tym blogu, gdy partyjne „wolne media” obchodziły z daleka tematy mogące zaszkodzić wizerunkowi „konstruktywnej opozycji”.
       W ostatnich miesiącach otrzymałem od Państwa pytania, których sens można sprowadzić do konkluzji: dlaczego tak mało tekstów ukazuje się dziś na bezdekretu, czemu nie poruszam spraw bieżących i nie podnoszę tematów, które interesują naszych rodaków?
Prawda – tekstów jest niewiele, czasem tylko jeden miesięcznie. Żadnej w nich „bieżączki” i mało odniesień do rzeczy aktualnych.
Powód? Z prozaicznych kilka: pewnie stetryczenie autora, być może problemy z „bezpiecznym” logowaniem, brak interesujących tematów.
Ale jest też przyczyna głębsza, o której wspomniałem przed rokiem, w tekście „NIE IDZIEMY ZA PARTIĄ ANI POD OBCĄ FLAGĄ. ZMIERZAMY DO POLSKI”:
Fałsz i nędza polityki prowadzonej przez obecnych rządców III RP, ma prawo odstręczać i napawać odrazą ludzi rozumnych. Jako autor setek tekstów z lat 2008-2015, w których niezwykle krytycznie oceniałem reżim PO-PSL, mogę napisać – tak prostackiej propagandy, takich pokładów zakłamania i ordynarnego fałszu, nie widziałem nawet w tamtych latach.
Opisywanie obecnych zjawisk lub komentowanie poszczególnych wypowiedzi, postaw i decyzji, nie miałoby najmniejszego sensu. To, co napisałem w tekście „FAŁSZYWA ALTERNATYWA”, jest dostateczną konkluzją.
Z kolei - kierowanie takich opisów do wyznawców i apologetów PiS, tym bardziej byłoby niedorzeczne. Ogromna rzesza wyborców tej partii, nie tylko nie jest zainteresowana sprawami polskimi i w głębokim poważaniu ma przyszłość mojego kraju, ale w rezygnacji z używania rozumu i niewolniczym serwilizmie wobec rządowej propagandy, zeszła poniżej poziomu pogardzanych „lemingów”.
Chcąc więc zachować szacunek do czytelników bloga, ale też uniknąć „syzyfowej”, bezcelowej pracy, niełatwo znaleźć obszar, w którym publicystyka nie byłaby tylko agitacją, a myśl podążała na przekór utartym schematom.
Z jednej strony - istnieje silna pokusa totalnej krytyki zastanej rzeczywistości, z drugiej - nęci postawa bojkotu i „wzniosłego milczenia”.
Obie są mi zasadniczo obce, dlatego w czasach trudnych wyzwań, trzeba obrać drogę unikalną, stawiając sobie i czytelnikom równie wysokie wymagania.”
Powtórzę po raz kolejny: Fałsz i nędza polityki prowadzonej przez obecnych rządców III RP, ma prawo odstręczać i napawać odrazą ludzi rozumnych.
Fałsz, bo karmi się nas setkami trzeciorzędnych tematów, ukrywa rzeczy niewygodne dla władzy, osłania pustkę, słabość i cynizm.
Nędza zaś, bo takich pokładów serwilizmu i zniewolenia – tak w polityce krajowej, jak zagranicznej, nie oglądałem od dziesięcioleci.
Powie ktoś – przecież ludzie reżimu PO-PSL prowadzili jeszcze bardziej nędzną i fałszywą politykę, przecież kłamali na potęgę i traktowali naszych rodaków niczym stado idiotów.
Odpowiem: prawda, ale świadomość – kim są ci ludzie, była rzeczą równie naturalną, jak wiedza o zaraźliwej, śmiertelnej chorobie. Byli tymi, za kogo ich uważaliśmy – zbieraniną obcych,twardogłowych typów, złączonych nienawiścią do wszystkiego co polskie.

wtorek, 25 czerwca 2019

PO CO DEMOKRACJA? - 3 „PRZEWRÓT MAJOWY”

Narzucenie przymusu ustrojowego w konstytucji III RP, służy legalizacji układu magdalenkowego i utrwaleniu sukcesji komunistycznej.
Tak długo, jak godzimy się na uprawianie mitu demokracji i traktowania jej, jako narzędzia zniewolenia, nie mamy szans na odzyskanie Polski.
Zapis funkcjonujący w konstytucji III RP: „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”, w sposób bezpośredni nawiązuje do normy art. 1.1. tzw. „konstytucji PRL”: „Polska Rzeczpospolita Ludowa jest państwem demokracji ludowej”.
               Dla oszukania Polaków, zastosowano identyczną formulę, jak w roku 1947, gdy komunistyczni najeźdźcy zalegalizowali system okupacyjny i uzyskali „demokratyczny mandat” do sprawowania władzy nad Polakami.
Mit demokracji dawał gwarancje bezkarności tysiącom bandytów, zapewniał dochody z żerowania na polskim organizmie i doskonale utrwalał sukcesję Obcych. Gdyby w roku 1989 nie powtórzono fałszu wyborczego i nie skazano nas na powtórkę z „demokracji”, żadni komuniści i ich akolici, spod znaku „okrągłego stołu”, nie mogliby decydować o przyszłości Polski. Odrzucenie dyktatu samozwańczych „reprezentantów narodu”; owych „komandosów”, „koncesjonowanych katolików” i tzw. ”opozycji demokratycznej” i przeprowadzenie twardej rozprawy z komunistami, otworzyłoby drogę do budowania wolnej państwowości.
Komunizm nigdy nie wykazywał lęku przed demokracją, a trafnie rozpoznając ograniczenia tego ustroju, potrafił wykorzystać go dla własnych celów.
Ufny w moc propagandy i semantycznego terroru, zaopatrzony w wasalne media, sterowalne instytucje i rzesze agentury, mógł sobie pozwolić na organizowanie dowolnych „świąt demokracji” i odgrywanie spektakli na użytek głupców z Zachodu. Ci ostatni – wzorem zdrajców sprawy polskiej z lat powojennych, z ulgą przyjmowali „demokratyczne przemiany” zbrodniczego systemu i chętnie zaakceptowali nową formułę zniewolenia Polaków.
Tylko ludzie nieznający najnowszych dziejów, ignorujący prawdę o „pojałtańskim porządku”, mogą zachłystywać się pustosłowiem zachodnich polityków, a w przyjęciu III RP do NATO i UE postrzegać dowód niepodległości tego państwa. Jest to niepodległość tej samej miary, jaką praktykowała PRL – przyjmowana przecież w poczet wszelakich gremiów i organizacji międzynarodowych.
Ci, którzy świadomie przeżyli ostatnie dekady, powinni też wiedzieć, że demokracja przed niczym nie chroni. Nie tworzy bariery przed nadużyciem władzy, nie zabezpiecza przed patologią. Nie broni praw słabych i odrzuconych, nie leczy krzywd i ran. Nie daje też cienia satysfakcji ofiarom i rzadko piętnuje sprawców.
Jeśli 30 lat praktykowania tego mitu, nie zaszkodziło bandytom z bezpieki, nie wyrugowało czerwonych „sędziów” i partyjnych funków, jeśli przez ten czas nie usunięto żadnej choroby społecznej, a przeciwnie – nabyto dziesiątki nowych i umocniono patologiczne zjawiska, jest w tym prawidłowość, której nie wolno ignorować.
Ta cecha mitu demokratycznego pozwala zakonserwować polityczne status quo, i jest ważną przesłanką przydatności dla celów strategii podstępu i dezinformacji.
Demokracja pozwala też zaspokoić najniższe aspiracje społeczne i wykorzystać kompleksy tych, którym kartka wyborcza wydaje się narzędziem tak doskonałym, że z imbecyla stworzy mędrca, a głupca namaści na „suwerena”.
Komuniści dawno dostrzegli, że naszym rodakom wystarczą erzace „ludowładztwa” i miraże „państwa prawa i demokracji”. Warunkiem skuteczności jest wizja „pełnej michy” i zaspokojenie elementarnych potrzeb materialnych. To jeden z powodów przeprowadzenia tzw.”reformy Balcerowicza”, której najważniejsza korzyść polegała na sprowadzeniu naszych aspiracji do spraw bytowych oraz wyhodowaniu „klasy biedoty”, całkowicie zależnej od państwowego rozdawnictwa.
Ofiarami mitu demokracji, są zwykle ludzie najmniej zaangażowani w sprawy polskie, ale też wszelkiej maści konformiści i internetowi „bojownicy”, którzy z udziału w farsie wyborczej i doświadczaniu emocjonalnego „patriotyzmu”, uczynili sposób na rozgrzeszenie własnych ograniczeń i kompleksów.
Dla takich ludzi, postulat bojkotu „wyborów” ma cechy absurdu i kojarzy się z wizją przejęcia władzy przez PO,”Wiosnę” itp. formację.
Tym ludziom obca jest znajomość historii najnowszej i refleksja nad systemem tego państwa. Ufni w słowa medialnych szalbierzy, gotowi są wierzyć, że powierzenie brukselskich stołków kilku partyjnym cwaniakom, otworzy przed nami świetlane perspektywy, a kolejne czterolecie władzy PiS, uczyni z III RP światową potęgę.
Tacy ludzie nie przyjmą prawdy, że „wygrane wybory” nie wywołują zmian w patologicznej strukturze III RP – czego w pełni dowiodły „zwycięstwa” z roku 1991, 2005, 2015.
I wywołać nie mogą, bo logika systemu tego państwa polega na dopuszczeniu do takich „reform” i „modyfikacji”, które nie naruszają fundamentów sukcesji komunistycznej. Dlatego w każdej farsie wyborczej, musi być „marchewka dla ludu” - czym w roku 2015 była prezydentura Dudy i wygrana PiS, oraz „kij na radykałów”, w postaci wysokiego wyniku tzw.”opozycji”. Taka konstrukcja pozwala zadowolić oczekiwania „większości”, rozgrzeszyć niemoc rządzących i wytłumaczyć setki zaniechań.
Jeśli pojawiają się „polityczne anomalie” - jak w roku 1992, w postaci rządu Jana Olszewskiego, w roku 2005 - prezydentury Lecha Kaczyńskiego, czy w 2015 – szefostwa MON, są szybko usuwane i korygowane przez „strażników systemu”.
Rzetelna refleksja na całym trzydziestoleciem tego państwa, pozwala stwierdzić, że roszady partyjne, dokonywane w ramach farsy wyborczej, nie mają większego znaczenia. Cóż po tym, że kolejne „wybory” wygrałaby dzisiejsza „opozycja”, a w następnych „zwyciężyłby” PiS, skoro żadna z tych zmian nie może doprowadzić do zerwania z sukcesją komunistyczną?
Mijają dziesięciolecia i rosną nowe pokolenia Polaków, święcie przekonanych, że rządy Millerów i Kwaśniewskich, Tusków i Komorowskich, są rzeczą całkowicie naturalną, zgodną z wolą „suwerena” i „prawem demokracji”.
Ta aberracja - godna pióra Orwella czy Kafki, nie znajduje miejsca w myślach naszych rodaków.

poniedziałek, 3 czerwca 2019

MY CZY ONI ?

Jeśli nie przyjmiemy prawdy o dychotomii My-Oni i nie nazwiemy po imieniu gromady Obcych, nie mamy szans na zerwanie z sukcesją komunistyczną i odbudowę wolnej państwowości.
Tej prawdy nie znajdziemy w podręcznikach historii. Nie usłyszymy o niej z ust przedstawicieli elit intelektualnych. Nie powiedzą nam o tym z ambon i nie wyjawią w listach pasterskich.
Prawda o genezie tego państwa i trwałym podziale My-Oni jest nieobecna w słowach polityków, w partyjnych programach i deklaracjach. Przemilczają ją publicyści i dziennikarze – zawsze w służbie którejś z partii i koterii.
Została wyklęta tak dalece, że nie wolno o niej wspominać i tak tchórzliwie, że wyłączono ją z publicznych dyskusji, a kto chciałby uczynić z niej przedmiot refleksji, musi liczyć się z mianem „siewcy nienawiści” i „burzyciela porządku publicznego”.
                 Dychotomii My-Oni nie stworzyły „kwestie polityczne”, nie wyznaczył jej światopogląd ani różnice w ocenie spraw polskich.
Jest konsekwencją półwiecza okupacji sowieckiej i trzech dekad sukcesji komunistycznej, pod nazwą III RP. Jest efektem zainfekowania polskości obcym tworem komunizmu i narzucenia nam fałszywej wspólnoty z Obcymi.
Wynika z przekleństwa „skazy pierworodnej” - okresu instalowania okupacji sowieckiej, gdy zgraję degeneratów i zdrajców, przywiezionych tu na ruskich czołgach, kazano uznawać za przedstawicieli państwa polskiego i obdarzono nienależnym mianem Polaków. Odtąd przyjęcie fałszywej normy – jakoby Polakiem był ten, kto urodził się na terytorium naszego kraju i posiada polskie obywatelstwo, determinuje oceny dotyczące przynależności do wspólnoty narodowej.
Wraz z fałszem państwowości skażonej okupacją komunistyczną, III RP odziedziczyła strukturę społeczną, opartą na „wspólnocie” Polaków z Obcymi.
Funkcjonariusze sowieckiego reżimu – esbecy, partyjniacy, sędziowie, stali się „elitą” tego państwa, zaludnili jego instytucje i zawłaszczyli życie publiczne. Zainfekowali je nie tylko swoją obecnością, ale wprowadzeniem następców - dzieci i wnuków agentury, potomstwem prześladowców i sługusów reżimu oraz niezliczonym mrowiem sukcesorów, złączonych wspólnotą interesu, więzami zawodowymi i towarzyskimi.
Stało się tak, ponieważ większość z nas dawno zrezygnowała z podstawowej dychotomii My-Oni i wyzbyła świadomości, że komunizm jest tworem obcym i wrogim polskości.
Stąd, był tylko krok do potraktowania Obcych jako partnerów i nazywania ich Polakami.
W przestrzeni zakłamanej i zagarniętej przez ośrodki propagandy, w której strażnikami podziałów stali się semantyczni terroryści, nie było miejsca na wytyczenie tej dychotomii. Nie znalazł się nikt, kto miałby odwagę nazwania Obcych po imieniu i odmówienia im przynależności do wspólnoty.
Od czasu paktu „okrągłego stołu” i antypolskiej mistyfikacji 4 czerwca, w tej przestrzeni dominują koncyliacyjni oszuści, piewcy „zgody narodowej” i „porozumień ponad podziałami”. Dominuje „wspólnota brudu”, rządy genetycznych „georealistów” i partyjnych „pragmatyków”, którzy z kłamstwa o „budowaniu nowoczesnej państwowości”, uczynili drogę do likwidacji narodu.
Jeśli są dziś tacy, którzy nadal nie potrafią zrozumieć haniebnych zachowań tzw.”opozycji”, jeśli nadal epatuje się nas antypolską retoryką tych środowisk, szokuje ich zaprzaństwem i dowodami obcości –to tylko dlatego, że obecne państwo, z jego partiami, mediami i instytucjami historycznymi, odrzuca elementarną dychotomię My i Oni i fałszuje obraz sukcesji komunistycznej.
Jeśli po doświadczeniach roku 2010, ktoś wykazuje „zdziwienie” postawami Obcych lub dopatruje się w nich „różnic politycznych”, niczego nie pojął z logiki zamachu smoleńskiego i jest zaledwie żałosnym ślepcem.
Dekady „oswajania” z komunizmem, a dziś – budowania „wspólnoty” z jego bękartami, zatarły w nas zdolność takiego postrzegania rzeczy i to, co było naturalne dla naszych przodków i decydowało o zachowaniu tożsamości narodowej, stało się dziedzictwem dawno utraconym.
Świadomość, że czyny popełnione przez sukcesorów komuny, wykluczają z polskiej wspólnoty i są dowodem wrogości tych środowisk – jest obca dla większości Polaków.
Obca dlatego, że ci, od których winniśmy wymagać prawdy o realiach III RP i wypełnienia obowiązku ukarania zdrajców, okłamują nas parcianą retoryką i wiodą do kolejnego etapu „zgody narodowej”.
Uznawanie ludzi poprzedniego reżimu za jakąś „opozycję”, nadawanie im praw honorowych, celebrowanie ich słów i traktowanie z polityczną atencją – jest więcej niż głupotą i więcej niż aberracją.
Jest zbrodnią fałszu, dokonywaną na otumanionych i niezdolnych do obrony Polakach.

czwartek, 23 maja 2019

GDYBY PAN COGITO ODWAŻYŁ SIĘ STRZELAĆ...


Jakaż może być dyskusja, gdy wszystko postawione jest właśnie do góry nogami. Słowa mają tu znaczenie odwrotne albo nie mają żadnego. Odbierz ludziom pierwotny sens słów, a otrzymasz właśnie ten stopień paraliżu psychicznego, którego dziś jesteśmy świadkami. To jest w swej prostocie tak genialne, jak to zrobił Pan Bóg, gdy chciał sparaliżować akcję zbuntowanych ludzi, budujących wieżę Babel: pomieszał im języki.
- Więc jakiż jest, twoim zdaniem, sposób przełamania tego zbiorowego paraliżu, wywołanego hipnozą kłamstwa?
- W każdym razie nie można go szukać na drodze polemiki. Sam fakt bowiem polemiki wciąga w orbitę i przenosi nas w płaszczyznę bolszewickiego absurdu.
- Więc jaki? Powiedz.
- Należy go szukać na drodze równie prostych odruchów psychicznych: strzelać!
- Jak to, strzelać? Do kogo?
- Zwyczajnie. Po prostu. Do bolszewików.

Dialog z „Drogi donikąd” Józefa Mackiewicza, brzmi dziś złowrogo i nieprzystępnie. Dla wielu jest równie niepojęty, jak hieroglify z wyspy File i równie przerażający, niczym wezwanie do zabijania Żydów. Nie tylko dlatego, że w mniemaniu większości nie ma dziś komunizmu ani żadnych bolszewików, ale z powodu lęku, jaki wywołują słowa nazbyt jaskrawe.
Jak przyjąć równie „prosty odruch” i słowa bez światłocienia, jeśli - nam strzelać nie kazano?
Nie kazano nazywać rzeczy po imieniu ani nadstawiać pięści zamiast policzka.
Nie pozwolono dostrzegać Obcych, zabroniono pamiętać i wiedzieć.
Ludzi, którzy na nienawiści oparli swój reżim i chcieli nas „jednać” z wrogami polskości – mamy nazywać Polakami.
Hierarchom – za ich zaprzaństwo i hańbę „pojednania” z kremlowskim bandytą – winniśmy szacunek.
Kazano nam cieszyć się kłamstwem o „zasypywaniu podziałów” i „odbudować wspólnotę” z łotrami, którzy żałobę nazywali nekrofilią i szydzili z ludzi modlących się przed krzyżem.
W miejsce tego, co prawem ludzi wolnych, nakarmiono nas mitologią demokracji i łgarstwem o „podziałach wśród Polaków”.
Wszystko zaś po to, byśmy w zderzeniu z agresją Onych – byli bezbronni. Bezbronni tym bardziej, im łatwiej uwierzymy w łgarstwo, jakoby reakcje rzekomej „opozycji” wynikały z „różnic politycznych i światopoglądowych”, były „prawem demokracji” i symptomem „pluralizmu”.
Pytania, które  Mackiewicz zadał w roku 1947 –„jak można na dłuższą metę wychowywać naród politycznie, bez przeprowadzenia „kanciastej” granicy pomiędzy pojęciami tak prymitywnymi jak: „sojusznik” i „najeźdźca”, „wierny” i „zdrajca”, „swój” a obcy, czy wrogi „agent”- nikt nie odważy się powtórzyć.
 „Kanciaste granice” dawno zostały zamazane, by żaden z Polaków nie odważył się zdefiniować zdrajcy, wroga i obcego.
Cóż po tym, że dziesiątki polityków i medialnych demiurgów dywaguje dziś o „chorych z nienawiści” i w ludziach rzekomej „opozycji” widzi „targowicę” i „spadkobierców komuny”?
Co po oracjach o walce ze „złogami komunizmu” i deklaracjach potępienia „antypolskiej narracji”?
Jaki pożytek z tradycji Żołnierzy Niezłomnych, jeśli ci, którzy nią gęby wycierają, bełkoczą o „konsensusie” z sukcesorami komuny i „porozumieniu” z antypolską hołotą?
Co po wspomnieniach o II Rzeczpospolitej, jeśli rządzą nami wyznawcy niewolniczego „georealizmu” i piewcy „przyjacielskich relacji” z Niemcami i Rosją?
Lęk, jaki towarzyszy mitologom demokracji nie pozwala przekroczyć granicy magdalenkowego szalbierstwa ani zmierzyć się z prawdziwą dychotomią My-Oni.
Nikt z tych, którzy sławią wolność okrągłostołowej pseudo państwowości, nie odważy się rozstrzygnąć:
- Jest III RP bękartem PRL-u, sukcesją sowieckiej okupacji i obrazą wolnej Rzeczpospolitej, czy przez trzy dekady tego państwa doświadczaliśmy zbiorowych imaginacji, a supremacja ludzi o sowieckim rodowodzie, to dowód ich potencjału intelektualnego i wyższości moralnej?
-Jest błąd semantyczny w definicji człowieka sowieckiego i władza takich postaci nie dowodzi  trwałości komunizmu, czy może definicja okazuje się prawidłowa, zaś buta homososów potwierdza stan naszego zniewolenia?
- Są w III RP stada apatrydów, zdrajców i wrogów polskości, czy też na postawach antypolskich, zaprzaństwie i nienawiści opiera się dziś model „nowoczesnego patriotyzmu”?

czwartek, 25 kwietnia 2019

PO CO DEMOKRACJA? 2 - „DEMOKRACJA SOCJALISTYCZNA”

Demokracji w ogóle zdefiniować niepodobna tak wielkie jest pomieszanie pojęć w tej sprawie. Samo przekonanie, że demokracja jest dobrym ustrojem, nie jest zabobonem. Jest natomiast zabobonem ślepe wierzenie, że tylko demokracja jest dopuszczalną formą ustroju - i to bez rozróżnienia różnych znaczeń tego słowa” - pisał niezrównany o. Józef Bocheński w swoich „Stu zabobonach”.
Wprawdzie sklecono podręcznikową definicję, w której demokracją nazywa się „system rządów, w którym źródło władzy stanowi wola większości obywateli” - to ma się ona tak do rzeczywistości, jak określenia nadawane komunizmowi. Zaczadzeni tym tworem ćwierćinteligenci dostrzegali w komunizmie szlachetną utopią lub ideokratyczny totalitaryzm; jedni wywodzili jego podstawy z moralizmu, inni z nihilizmu; według jednych zrodził go idealizm i humanizm, zdaniem drugich wulgarny materializm i ucieczka od wolności; ci widzieli w nim fałszywą religię, inni oświecającą gnozę. Według niektórych, komunizm był ideologią, inni twierdzili, że doktryną polityczną i ekonomiczną.
To pomieszanie świadczyło, że ludzie są zdolni wymyślić każdą brednię, byle usprawiedliwić swoje najniższe instynkty, a sam komunizm nigdy nie był tym, co stanowiły pseudonaukowe wywody.
Odniesienie tej sytuacji do definicji demokracji jest w pełni uzasadnione, bo w jednym i drugim przypadku, mamy do czynienia z narzędziem, które bywa określane w zależności od proweniencji tych, którzy się nim posługują. A skoro nawet komunistyczni bandyci nazywali swoją tyranię „demokracją socjalistyczną”, czy można wątpić, że również dziś, pod mianem demokracji można ukryć każdą formę zniewolenia?
Jedno natomiast jest pewne. Z prawdziwą demokracją, jak z niepodległością: jest lub jej nie ma.
Nie istnieje stan, który można określić mianem pół lub ćwierć demokracji, jak nie można mieć pół lub ćwierć niepodległości. Tam, gdzie się kończą, mówimy o jawnej lub skrywanej tyranii, o dyktaturze, totalitaryzmie lub anarchii.

            I tu pojawia się pierwszy problem z tzw. „demokracją” III RP. Wyznawcy tej mitologii utrzymują bowiem, że istniejąca w tym państwie „demokracja” jest (tu: w zależności, która partia sprawuje rządy): ułomna, zagrożona, wadliwa, kwitnąca, fasadowa. Nietrudno dostrzec nonsens w tak fałszywej gradacji, bo przymiotniki te (ze względu na status demokracji) nie mogą opisywać rzeczywistości, lecz wyrażają subiektywne odczucia lub anonsują partyjną retorykę.
Przypomnę, że przed kilkoma laty prezes PiS nawoływał Polaków do obrony „demokracji” III RP, ostrzegając jednocześnie, że jeśli tego nie zrobimy "pewnego dnia obudzimy się w systemie ukraińskim". Było to frapujące, bo choć demokracji wówczas nie obroniliśmy (PiS przegrał kolejne tzw. wybory), a przez następne cztery lata reżim PO-PSL dopuścił się kilkuset nowych draństw i "naruszeń demokracji", przekaz Kaczyńskiego nie uległ zmianie.
Myliłby się ten, kto sądziłby, że po rządach Tuska i Komorowskiego obudziliśmy się w "systemie ukraińskim". Następnego dnia, po wygraniu przez PiS tzw. wyborów, Polacy dowiedzieli się, że „demokracja ma się dobrze”, a cały okres rządów poprzedników (razem z rokiem 2010 i jawnymi fałszerstwami z roku 2014) należy zaliczyć do stanu „ćwierć-demokracji”.
Jeszcze w roku 2012, wyborcy PiS mogli usłyszeć od pana Kaczyńskiego podczas miesięcznicy smoleńskiej:
Polska nie będzie wolna, jeśli prawda o Smoleńsku nie wyjdzie na jaw! Polska nie jest wolna, bo nie możemy uczcić bohaterów Smoleńska, bo nie ma ciągle pomnika, bo stawiane są różne przeszkody, bo nieustannie trwa kampania obrażania tych, którzy zginęli”.
Po czterech latach, podczas których prawda o Smoleńsku nie wyszła na jaw, nie uczczono bohaterów i nie zbudowano im pomnika, zaś „kampania obrażania tych, którzy zginęli” trwała w najlepsze, wyborcy usłyszeli:
"Polska jest dzięki nam krajem wolności, jednym z niewielu w Europie!”.
A usłyszeli tylko dlatego, że partia Kaczyńskiego wygrała tzw. wybory parlamentarne.
Człowiek, który jednego roku (2013) twierdził – „W Polsce mamy do czynienia ze skrajną formą systemu postkomunistycznego”, zaledwie dwa lata później zapewniał, że „polska demokracja ma się dobrze”.
Nie można się zatem dziwić, że w logice pana Kaczyńskiego triumfy święci hiper-brednia, wypowiedziana w roku 2015 przez byłego „działacza ekologicznego” prof. Piotra Glińskiego - "Żyjemy w ćwierć-demokracji”.
Odpowiedziałbym – owszem, „żyjemy”, bo takie kłamstwa proponują nam ćwierćinteligenci.
To znamienne, że po roku 2015, przedstawiciele poprzedniego reżimu natychmiast przeszli na pozycje partii Kaczyńskiego i zaczęli krytycznie oceniać stan „demokracji” III RP, stawiając zarzuty „pogwałcenia” lub wręcz „uśmiercenia” tej systemowej „wartości”. Wrzask różnych „obrońców demokracji” jest dziś arcyważnym dowodem, że demokracja to stan całkowicie nieznany Polakom.
Bo partyjny bełkot na temat demokracji, dowodzi jednej rzeczy: zdaniem grup zarządzających III RP, demokracja istnieje wtedy, gdy one sprawują władzę i zanika natychmiast, gdy władza zostanie utracona.
To, z kolei, powinno prowadzić do konkluzji, że rządy PO-PiS-PSL-SLD itd. nie mogą mieć nic wspólnego z autentyczną demokracją, a jej nazwa jest wykorzystywana przez partyjnych szalbierzy dla zapewnienia sobie osłony propagandowej. Gdyby było inaczej, demokracja nie mogłaby znikać w chwilę po ogłoszeniu tzw. wyników wyborczych ani pojawiać się natychmiast, gdy „nasi” przejęli władzę.
Ludzie partii systemowych III RP traktują więc demokrację, w identyczny sposób, jak traktowali ją komuniści - nadając swoim rządom miano „demokracji socjalistycznej”. Użycie tego określenia ma zapewnić im „mandat społeczny” i usprawiedliwić draństwa dokonywane w imieniu „suwerena”.

           Kolejny problem pojawia się wtedy, gdy dostrzeżemy proweniencję najzagorzalszych obrońców systemu III RP. Człowiek rozumny zadałby sobie pytanie: jak to możliwe, że największymi rzecznikami owej „demokracji” są ludzie partii komunistycznej i ich mentalni sukcesorzy, że bronią jej rozmaici kapusie i donosiciele, wychwalają esbecy i kanalie służące okupantowi? Dlaczego właśnie takie postaci najmocniej krzyczą „w obronie demokracji” i na wszelkie sposoby wycierają sobie gęby odmianą tego słowa? Czy wolno nam wierzyć, że ludzie ci przeszli cudowną metamorfozę i ze zgrai prymitywnych zamordystów i pospolitych drani, stali się głosicielami „woli suwerena”?
Jeśli wierzyć nie wolno, a ludziom rozumnym, nawet nie wypada, odpowiedź może być jedna: to, czego bronią tacy ludzie, nie jest żadną demokracją lecz jej erzacem, który ma zapewnić trwałość sukcesji komunistycznej i osłonić dyktaturę ciemniaków.
         Ale – zauważy dociekliwy czytelnik - przecież pochwałę „demokracji” III RP głoszą również politycy partii Kaczyńskiego oraz środowiska przyznające sobie miano „patriotycznych”. Czy ich „demokracja” jest czymś innym od tej, której bronią esbecy?
Oczywiście – nie. Niezależnie, jakie atrybuty nadają owej „wartości” ludzie PiS, jakimi dekorują przymiotnikami, jest to ta sama „demokracja”, o którą walczą komuniści i ich sukcesorzy.
Gdyby chodziło o inną, autentyczną demokrację, usłyszelibyśmy postulat obalenia systemu III RP i wyrugowania zeń zamordystów, przypisujących sobie miano demokratów. To naturalne, że żaden zwolennik autentycznej demokracji nie chciałby stać w jednym szeregu z ludźmi, którzy przez całe życie gwałcili prawa suwerena.
Gdyby partia Kaczyńskiego miała na myśli prawdziwą demokracje, nie mogłaby uczestniczyć w inscenizacjach zwanych „wyborami”, bo każda z nich służy utrwaleniu zwodniczego systemu.
Gdyby chodziło o wprowadzenie prawdziwych rządów suwerena, ta partia nie mogłaby traktować sukcesorów komunizmu niczym partnerów ani nadawać antypolskiej zgrai miana „opozycji”.
Należy więc uznać, że w każdym przypadku jest to ta sama „demokracja” III RP, a ten, kto uczestniczy w systemie władzy lub aplikuje do udziału w tym systemie, kultywuje i broni tej samej „wartości”, o którą zabiegają członkowie partii komunistycznej i esbeccy bandyci. „Patriotyczna” retoryka tych środowisk, jakieś odmienne „programy polityczne” itp. namiastki „różnic programowych”, mają identyczne znaczenie, jak rzekoma odrębność PZPR, SD i ZSL w okresie komuny. Imitują pluralizm polityczny i służą utrwaleniu „demokracji socjalistycznej”.

              Po raz trzeci napotkamy problem, gdy spróbujemy dostrzec fundament, na jakim wspiera się owa „demokracja”. Nie mam na myśli „fundamentu ideowego”, bo taki – ze względu na niemożność jednoznacznego zdefiniowania demokracji istnieć nie może, lecz fundament ustrojowy. Praktykowanie demokracji pośredniej (a taką dziś najczęściej spotykamy) wymaga, by władza polityczna sprawowana była poprzez wybieranych przez suwerena (społeczeństwo) przedstawicieli. To zaś oznacza konieczność organizowania tzw. wyborów powszechnych, podczas których suweren ma możliwość wyrażenia swojej nieskrepowanej woli.
Nietrudno zauważyć, że aranżowanie takich „wyborów” jest głównym i podstawowym fundamentem „demokracji” III RP. Ponieważ organizują je instytucje powołane przez „ojców założycieli” (prezydent, PKW), a nadzór sprawują gremia najzagorzalszych zwolenników obecnej „demokracji” (tzw.”sądy”), zagrożenie popełnienia „błędów systemowych” - czyli wyboru przeciwników systemu, zostało ograniczone do minimum.
Mając w pamięci trzy dekady tej państwowości i ogrom ujawnionych patologii, owe „wybory powszechne” można uznać za jedyny element „demokracji” ustanowionej przy „okrągłym stole”.
A skoro pamiętamy, że pod tym pojęciem kryje się władza „naszych” nad „waszymi”, wolno twierdzić, że „wybory” służą wyłącznie grupom zarządzającym tym państwem. Gdyby ich nie organizowano, nie miałaby miejsca rotacja imitująca pluralizm, a spory „naszych” z „waszymi” nie mogłyby udawać „różnic politycznych”.
To narzędzie jest potrzebne dla utrwalenia mitologii III RP i konieczne dla tych, którzy z tej mitologii żyją.
Ponieważ organizacja wyborów powszechnych, nie może być uważana za atrybut demokracji (urządzano je w PRL-u, urządza dziś w Chinach, Rosji i innych państwach totalitarnych), trzeba uznać, że jest to fundament głęboko niewiarygodny.
Nie tylko ze względu na możliwość fałszerstw – tak powszechnych w III RP. Wbrew oficjalnej narracji, która każe postrzegać fałszerstwa w kategorii „błędów” i aberracji, są one naturalnym i logicznym następstwem reguł ustanowionych na początku tej państwowości i wynikają z „pragmatyki” procesu wyborczego. Jeśli nie można dopuścić, by po władze sięgnęli przeciwnicy systemu, fałszerstwo należy do głównych instrumentów regulacji.
Jeśli o roszadach politycznych decydują „kluby miłośników cygar” lub obce ambasady, fałszowanie wyborów urasta do rangi racji stanu.
Fakt, że w dziejach tego państwa nie znajdziemy przykładów śledztw i dochodzeń dotyczących fałszerstw wyborczych i nikt nie poniósł z tego tytułu odpowiedzialności, doskonale uwidacznia systemową logikę.
Niewiarygodność procesu wyborczego ma jednak głębszą przyczynę. Gdybyśmy mieli poważnie potraktować system demokratyczny (który do ideałów nie należy), to jego zasadniczą cechą jest dostęp do wiedzy na temat państwa i ludzi sprawujących funkcje publiczne. Ta cecha odróżnia demokrację od rządów opartych na podstępie i fałszu, w których obywatel-mieszkaniec kraju, jest traktowany przedmiotowo i podlega różnorodnej manipulacji.
Skoro w demokracji, obywatel ma sprawować funkcję suwerena i brać odpowiedzialność za system polityczny – musi posiadać wiedzę. Po to zaś, by stał się suwerenem, a w ramach tego przywileju mógł dokonywać wolnych i świadomych wyborów, musi posiadać wiedzę rzetelną- o realiach państwa, w którym żyje, o postaciach, którym powierza swój los, o przeszłości tych ludzi, ich intencjach i planach.
Bez tej elementarnej wiedzy, nie tylko nie można dokonać prawidłowego (a zatem nieobciążonego błędem wyboru), ale nie można sprawować funkcji suwerena. Bez takiej wiedzy – demokracja staje się żerowiskiem dla hordy oszustów i łajdaków, a mityczny „suweren” - żałosnym niewolnikiem.
Tu właśnie III RP ujawnia swoją prawdziwą naturę i objawia bliskość komunistycznej sukcesji.
Nasza wiedza o rzeczywistości, jest bowiem ograniczona przez cały szereg czynników, świadomie i celowo ustanowionych przez prawodawcę. Od pragmatyki pracy służb specjalnych poczynając (tu dostęp do informacji kształtują zasady rodem z PRL-u), po rozliczne ograniczenia ustawowe i rzecz zasadniczą - brak wolnych mediów. Każdy z tych czynników sprawia, że o realiach III RP wiemy tyle, ile życzą sobie ludzie zarządzający sukcesją. To oni decydują, jakie informacje przedostaną się do przekazu publicznego, co należy ukryć, ile powiedzieć i co przemilczeć.
O ile w czasach PRL-u potrzeba było instytucji cenzury, o tyle w III RP wyśmienicie zastępuje ją „zasada samoograniczenia”, oparta na mechanizmach finansowych, towarzyskich, niekiedy agenturalnych.
Głównym narzędziem regulacji są prywatne przekaźniki partyjne oraz tzw. media publiczne, wykonujące pracę na rzecz każdej grupy zarządzającej III RP. Istnienie wolnych mediów – wzorem PRL-u – jest niemożliwe. Dlatego nie ma tu ośrodków medialnych, które mogłyby realizować prawa podmiotowe obywateli lub zabiegały o poszerzenie ich wiedzy. Są za to media rezonujące interesy poszczególnych grup wpływu, narzucające nam narracje partii politycznych i bełkot antypolskich środowisk.
Obraz, jaki wyłania się z tego przekazu, musi być na tyle „sformatowany”(skrzywiony),by umacniał przekonanie o istnieniu wolności słowa, a jednocześnie chronił interesy tych grup i skrzętnie ukrywał realia III RP. Podjęte pod wpływem takiego przekazu decyzje – w tym decyzje wyborcze, zawsze będą skażone i błędne. Jeśli nie z winy tych, którzy wiedzieć nie chcą, to za przyczyna tych, którzy wiedzy zakazują.
Ten mechanizm – odbierania obywatelom prawa do rzetelnej wiedzy i skazywania na czerpanie z „zatrutych źródeł”, dobitnie ukazuje wartość „demokracji” III RP, ale też obnaża fikcję władzy suwerena. Bo obywatel głupi, nieświadomy i poddany ciągłej manipulacji – suwerenem być nie może.

               Czwarty problem z ową „demokracją”, dotyczy przymusu, konieczności. Zwracałem już uwagę, że w konstytucji III RP (wzorem PRL-u), zawarto zasadę konstytucyjną, rozstrzygającą o kształcie ustrojowym tego państwa: „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”.
W sposób oczywisty nawiązuje ona do normy art. 1.1. tzw. „konstytucji PRL”: „Polska Rzeczpospolita Ludowa jest państwem demokracji ludowej”.
Warto przypomnieć, że takich „zasad konstytucyjnych” próżno szukać w ustawach zasadniczych II Rzeczpospolitej.
Zapisy te oznaczają, że jedynym, dopuszczalnym w III RP ustrojem politycznym oraz jedyną formą sprawowania władzy – jest demokracja.
Nieprzypadkowo mamy do czynienia z przymusem ustrojowym.
Wprowadzenie takiego przymusu w konstytucji PRL świadczyło, że namiestnicy Moskwy nie dostrzegali żadnych niebezpieczeństw z praktykowania owej demokracji. Ani „wybory powszechne” ani „pluralizm partyjny”, o parlamencie i mediach nie wspominając, nie stanowił takiego zagrożenia. Póki była to „demokracja socjalistyczna” - ustanowiona według reguł farsy wyborczej z roku 1947 i nadzorowana przez instytucje okupacyjne, nie zagrażała interesom komuny. Przeciwnie – parodiowanie mechanizmów demokratycznych pozwoliło najeźdźcom uzyskać status legalizmu w oczach „wolnego świata”, a przez kolejne dekady umacniało przekonanie, że żyjemy w państwie polskim. 
Ta „demokracja socjalistyczna”, tak dalece stała się mitem służącym zniewoleniu Polaków, że na potrzeby uwierzytelnienia antypolskiego paktu zdrajców z bandytami, uknuto zgrabny termin „opozycja demokratyczna”. Tak, by stworzyć wrażenie, że z systemem komunistycznym można walczyć przy pomocy "demokratycznych" metod.
Uważam, że identyczną praktykę zastosowali „ojcowie założyciele” III RP, wprowadzając swoją zasadę ustrojową.
Analogicznie - oparto ją na sfałszowanych wyborach z roku 1989 i umocniono podczas farsy z 1991 roku, gdy z życia politycznego wyrugowano już wszystkich przeciwników „okrągłego stołu”, a system wyborczy oparto na instytucjach pokomunistycznych. Dzięki tym mistyfikacjom, państwa „wolnego świata” okrzyknęły III RP krajem wolnym i suwerennym, a Polacy uznali ją za Niepodległą.
Wszystko, co wiemy dziś o rzeczywistych regułach III RP, o jej obrońcach i ludziach uprawiających tą mitologię, jasno dowodzi, że owa "demokracja" nie stanowi dla nich najmniejszego zagrożenia.
Gdyby było inaczej, żaden komunista, kapuś czy zdrajca, nie gardłowałby „w obronie demokracji”, a w realiach naszego kraju nie byłoby setek komunistycznych „złogów”.
Póki jest to „demokracja” według reguł III RP – a więc sprowadzona do karuzeli tych samych partii i tych samych postaci, póki blokuje ona dostęp do wiedzy o tym państwie i wyklucza z życia publicznego przeciwników systemu – stanowi idealne środowisko dla sukcesorów komuny i pozwala utrzymywać Polaków w stanie narodowego „znieczulenia”.
              Konkluzja jest oczywista: żeby obalić system III RP, trzeba skończyć z erzacem takiej „demokracji”, odrzucić jej narzędzia (w tym, udział w „wyborach”) i dążyć do wprowadzenia ustroju, który zerwie z komunistyczną sukcesją.
Na takim etapie, nie może być to ustrój demokratyczny. Praktykowanie rzeczywistej demokracji – a zatem odwołanie do woli ogółu i praw całej społeczności, byłoby niedorzeczne. Społeczność tak zdemoralizowana, że „wybrała” onegdaj Tuska i Komorowskiego, i tak ogłupiała, że dziś chce „glosować” na Dudę i Kaczyńskiego, nie może decydować o losie Polski.
Ponieważ „demokracja” III RP opiera się na fałszu, przymusie i indoktrynacji, muszą być wprowadzone ograniczenia, które zniszczą atrybuty szalbierzy i zneutralizują środowiska zagrażające Polakom. Nie da się tego dokonać praktykując „reguły demokracji”, bo każda z nich zostanie bezwzględnie wykorzystana przez przeciwnika.
Dopiero zrozumienie tych konkluzji, otwiera drogę do znalezienia właściwej formuły walki z sukcesją komunistyczną.



Tekst miał kończyć się zapowiedzią "CDN", ale z uwagi na problemy związane z dalszym funkcjonowaniem bezdekretu, nie odwazyłem się umieścić tych liter.

piątek, 29 marca 2019

PO CO DEMOKRACJA? 1 – WYBORY

Najmocniejszym ogniwem łańcucha, na którym „ojcowie założyciele” III RP uwiązali miliony moich rodaków, jest przeświadczenie, że tylko demokracja i tylko narzędzia narzucone podczas mistyfikacji początku lat 90. mogą wyznaczać drogę polskiej państwowości i decydować o naszym losie.
To genialne w swojej prostocie fałszerstwo, nie ma sobie równych w dziejach współczesnej Europy , a poprzez analogię z państwem Putina, nieomylnie wskazuje źródło i zakres inspiracji.
Tylko w III RP i tylko w Rosji wmówiono obywatelom, że przepoczwarzone reżimy komunistyczne dobrowolnie przyjęły reguły demokracji i uznając wolę suwerena podczas tzw. wyborów powszechnych, wkroczyły na drogę ewolucyjnych przemian. Od czasu, gdy komuniści dostrzegli, że kontrolowany system demokratyczny w niczym nie zagraża ich władzy, „transformacja ustrojowa” stała się wygodną metodą zrzucenia starej formy komunistycznej i zastąpienia jej nową.
W efekcie - to, czego w czasach PRL-u, nie udało się dokonać przy pomocy zbrodni, terroru i ordynarnej propagandy, stało się możliwe dzięki porozumieniu namiestników Moskwy z kolaborantami i przeprowadzeniu kilku gier operacyjnych, prowadzących do „okrągłego stołu”.
Operacja zakończyła się powodzeniem, a jej finalnym efektem stała się „III Rzeczpospolita” - nazwana w dokumentach SB „państwem socjalistycznym nowego typu”.
Jeśli pamiętać, że II Rzeczpospolita wyłoniła się po latach wojny światowej, wymagała tysięcy ofiar i wielkiej daniny polskiej krwi, to ceną owej III RP (numeracja jest elementem fałszerstwa) był alkohol przelewany w Magdalence i zakulisowe ustalenia między esbekami i ich agenturą.
Zaiste - wartość tego państwa odpowiadała zapłaconej cenie.
        Wielu moich rodaków, doskonale zdaje sobie sprawę z przebiegu tych procesów i ma świadomość okoliczności, w jakich powstawało obecne państwo. Wielu też rozumie, że komuniści i ich sukcesorzy do dziś zachowali realny wpływ na kształt III RP, a inicjując fasady „demokratycznego państwa prawa”, w postaci konstytucji, trybunałów, rzeczników praw, systemu sądowego i instytucji wyborczych, zapewnili sobie trwałe gwarancje nienaruszalności swoich interesów.
Warto zauważyć, że choć każda z wymienionych tu namiastek suwerenności istniała przed rokiem 1989, nikt przy zdrowych zmysłach, nie nazwałby PRL-u państwem wolnym i niepodległym, a udziału w organizowanych wówczas ”wyborach” nie określiłby mianem polskich powinności.
Na czym polegała różnica?
Tylko na tym, że w latach 1989-91 zainicjowano kontrolowany przez bezpiekę proces „pluralizmu politycznego” i w miejsce jednej, „przewodniej siły narodu”, stworzono szereg rozmaitych partii i partyjek - zwykle przy udziale kapusiów i agentury. Łączył je jeden, wspólny mianownik – wyrażały akceptację dla systemu powstałego w Magdalence i deklarowały uczestnictwo w ”mechanizmach demokracji”. Ten, kto nie wyrażał takiego akcesu, znalazł się na marginesie życia publicznego i został wykluczony z dobrodziejstw „procesów demokratycznych”.

środa, 6 lutego 2019

OBALIĆ III RP: Robić z tego „małego, głupiego, nędznego i zakłamanego” wolną Rzeczpospolitą – jest więcej niż zbrodnią


W przededniu wydarzenia, które wytyczyło nowy obszar naszego zniewolenia i winno być nazywane zbrodnią przeciwko narodowi polskiemu, publikuję fragment mojej najnowszej książki „NUDIS VERBIS-OBALIĆ III RP”.
Gdy obecne władze tego państwa – strojąc się w szaty „patriotycznej prawicy”, będą „świętować” i „upamiętniać” pakt bandytów ze zdrajcami - trzeba pamiętać, że ów „okrągły stół” był największym nieszczęściem, jakie dotknęło nas w latach 80. ubiegłego wieku.
W odróżnieniu od innych państw Bloku Wschodniego, w PRL istniała bowiem tzw. ”opozycja demokratyczna”, a w jej szeregach, grupa komunistycznych schizmatyków (zwana dawnej „komandosami”), koncesjonowanych „katolików” oraz pospolitych kapusiów i donosicieli. Spośród tych osób, namiestnicy sowieckiego okupanta wyznaczyli swoistą „reprezentację narodową” i siadając z nią do ”okrągłego stołu” podjęli wielowątkową grę, obliczoną na stworzenie nowej formuły zniewolenia i legalizacji sukcesji komunistycznej.
Polacy mieli uwierzyć, że koncesjonowana grupa „reprezentantów” - wybrana przez szefa służb okupacyjnych, obaliła zbrodniczy reżim i przy pomocy „procesów demokratycznych” wywalczyła autentyczną niepodległość.
Operacja obcych służb zakończyła się powodzeniem, a jej finalnym efektem stała się „III Rzeczpospolita” - nazwana w dokumentach SB „państwem socjalistycznym nowego typu”.
Jeśli pamiętać, że II Rzeczpospolita wyłoniła się po latach wojny światowej, wymagała tysięcy ofiar i wielkiej daniny polskiej krwi, to ceną owej III RP (numeracja jest elementem fałszerstwa) był alkohol przelewany w Magdalence i zakulisowe ustalenia między esbekami i ich agenturą.
Zaiste - wartość tego państwa odpowiada zapłaconej cenie.
By dokończyć dzieła zniewolenia, zmuszono nas do utworzenia sztucznej wspólnoty i narzucono przekonanie, jakoby była ona państwem wolnym i niepodległym.
Ta wiara, zaszczepiana kolejnym pokoleniom, jako dogmat historyczny, ma wymiar gigantycznego, antypolskiego kłamstwa i jest mitem sankcjonującym sukcesję PRL.
W rzeczywistości bowiem, to komuniści i ich spadkobiercy stworzyli groźną hybrydę niby-państwowości i obrócili w ruinę nasze marzenia o Niepodległej.


***


                     Wielu historyków podkreślało, że przygotowania do inscenizacji „okrągłego stołu” trwały co najmniej od połowy lat 80. W zakres tych przygotowań wpisują się m.in. konkretne decyzje i działania, by wymienić tylko niektóre po stronie „opozycji demokratycznej”: ustalenia J.Kuronia i L.Wałesy z ludźmi SB (tu: rozmowy Kuronia z mjr. Lesiakiem i płk Królem z roku 1985, prowadzone w konwencji „negocjacji politycznych”), wystąpienie luminarzy „opozycji demokratycznej” z października 1986 o zniesienie przez USA sankcji gospodarczych wobec PRL, projekt „paktu antykryzysowego” Geremka z grudnia 1987 i list Geremka z roku 1988, adresowany do Gorbaczowa (pod uwagę George’a Sorosa), wizyty Michnika w Moskwie i wiele innych.
Logikę tych działań, można sprowadzić do refleksji, jaką A.Michnik zawarł w wydanej w roku 1985 książce "Takie czasy"(pisanej w warunkach więziennych). Znalazła się tam propozycja kompromisu z rządem PRL i Moskwą: "Solidarność powinna odrzucić filozofie "wszystko albo nic". [...] Dla komunistów może to być droga do uzyskania legitymacji, dla nas zaś droga do godziwego życia”.
Wiedza, jaką posiadamy dziś na temat kontaktów owej „opozycji demokratycznej” z namiestnikami Moskwy, pozwala utrzymywać, że proces „transformacji ustrojowej” został precyzyjnie zaplanowany i obejmował szereg wielowątkowych gier operacyjnych, rozpisanych na poszczególne postaci i środowiska.
Wyraźnie widać to po decyzjach związanych z realizacją długofalowej strategii komunistycznej.
Początek tego procesu wyznacza decyzja z roku 1981 - o powierzeniu nadzoru nad ministerstwem spraw wewnętrznych Czesławowi Kiszczakowi – oficerowi Informacji Wojskowej, szefowi WSW i II Zarządu Sztabu Generalnego. Człowiekowi Moskwy – najwierniejszemu z wiernych.
Z pewnością, ta nominacja niosła zapowiedź siłowej rozprawy z „Solidarnością”, ale jej głębszy sens wynikał z realizacji planu sowieckiego.
Zadanie Kiszczaka polegało bowiem na skonsolidowaniu wszystkich – wojskowych i cywilnych formacji policji politycznej PRL do walki ze społeczeństwem oraz na rozbudowie sieci agenturalnej. Jeszcze jako szef służb wojskowych, w listopadzie 1980 r. Kiszczak wydał "Wytyczne do planowania działalności WSW na rok 1981", w których nakazał rozbudowę agentury, zarówno w objętych kontrolą WSW jednostkach, wśród żołnierzy i ich rodzin, ale też w obiektach i zakładach przemysłowych.
Według koncepcji przedstawionej przez Golicyna w książce „Nowe kłamstwa w miejsce starych, komunistyczna strategia podstępu i dezinformacji”, ścisła integracja służb oraz rozbudowa sieci agenturalnej, wytyczały pierwszy etap przygotowań do „transformacji ustrojowej”. W myśl strategii sowieckiej tylko skonsolidowane, „odnowione” służby policyjne, były zdolne podjąć zadanie praktycznej realizacji planów związanych z „pierestrojką” oraz „polskiego eksperymentu” - „drogi do demokracji”.
Od roku 1981 r. wzrost liczebności tajnych współpracowników miał charakter wręcz lawinowy i sięgał blisko 30 proc. rocznie. Dynamika wzrostu z początku lat 80- tych, była porównywalna z pierwszą połową lat 50 -tych ubiegłego wieku. Znamienny był najszybszy wzrost liczby tajnych współpracowników w roku 1982 oraz po zniesieniu stanu wojennego.
W rekordowym, 1984 r. liczba pozyskanych tajnych współpracowników w całym kraju (18 756) była ponad trzykrotnie większa niż liczba wyeliminowanych (5442). Gwałtowny wzrost agentury nie wynikał wyłącznie z poczucia zagrożenia władz komunistycznych przez konspiracyjne struktury „Solidarności”, ale z celowej polityki kierownictwa resortu spraw wewnętrznych.
Kiszczak forsował rozwój sieci agenturalnej, jako podstawowej metody kontroli społeczeństwa. Liczba spraw operacyjnych pod koniec 1984 r. osiągnęła poziom 24 343, tj. zbliżony do stanu z roku 1956 (24 170). W latach 1986–1988 odnotowano dalszy, choć już słabszy wzrost ogólnej liczby TW w pionach operacyjnych SB. Według dostępnych danych cząstkowych oraz wykonanych na ich podstawie szacunków, najwyższy w historii PRL wzrost liczebności tajnych współpracowników nastąpił pod koniec 1988 r., gdy ich liczba sięgnęła niemal 100 tys.

niedziela, 28 października 2018

NUDIS VERBIS - OBALIĆ III RP


W książce „Nowe kłamstwa w miejsce starych. Komunistyczna strategia podstępu i dezinformacji”, Anatolij Golicyn, przedstawiając „Drugą operację dezinformacyjną”, która polegała na pozorowanej „ewolucji” komunizmu, napisał:
Utworzenie fałszywego i w pełni kontrolowanego ruchu opozycyjnego, jak ruch dysydencki, służy strategicznym celom wewnątrzkrajowym i zagranicznym. Na skalę krajową jest jak motor do napędzania przyszłościowej, fałszywej liberalizacji reżimu komunistycznego; podburza niektóre, być może opozycyjne elementy do ujawnienia się, a tym samym do wystawienia na kontratak władzy i służb bezpieczeństwa, inni są neutralizowani lub doprowadzani do desperacji.
W wymiarze zewnętrznym „dysydenci” mogą posłużyć jako wehikuł, poruszający machinę informacyjną, wykorzystywaną do rozgrywania różnych zagadnień dezinformacji, odnośnie ewolucji systemu komunistycznego. Odpowiednio nagłośniona fala prześladowań dysydentów, częściowo prawdziwych, po części fałszywych, wyzwala sympatie Zachodu oraz delikatne przymierza z poszkodowanymi, czyli tymi, którzy są w rzeczywistości tajnymi wytworami reżimu. Przygotowuje scenerię, w której rozgrywać się będzie przyszła dramatyczna „liberalizacja” systemu, a zacznie się ona od uwypuklenia kontrastów pomiędzy neostalinowcami oraz przyszłym „socjalizmem z ludzką twarzą”. Kształtuje kadrę ludzi, którzy znani już i rozpoznawani na Zachodzie, mogą być w przyszłości wykorzystani jako przywódcy i poplecznicy „systemu wielopartyjnego” pod rządami komunistycznymi”.
      Uwagi Golicyna warto skonfrontować z powołaniem środowiska tzw. „komandosów” i oceniać poprzez wydarzenia prowadzące do powstania „opozycji demokratycznej”.
Wyrosła z tego kręgu grupa, nigdy nie chciała i nie mogła obalić komunizmu. Ich polityczna „transformacja”, zapoczątkowana schizmą roku 1956 i utrwalona antysemicką traumą, nie pozbawiła owych dysydentów wiary w komunizm.
Celem owej „opozycji demokratycznej” (co bezceremonialnie przyznał J.Kuroń) nigdy nie było "obalenie socjalizmu" lecz jego revisio, przekształcenie i modyfikacja. Ci ludzie nigdy nie dążyli do obalenia komuny i nie byli jej wrogami. Byli schizmatykami (rewizjonistami) w granicach doktryny komunistycznej i dążyli do modelu "socjalizmu z ludzką twarzą".
Czy zdefiniujemy ich działania jako obłudne i wyrachowane, czy będziemy w nich widzieli przejaw rewizjonistycznych mrzonek – w niczym nie zmieni to faktu, że mieliśmy do czynienia z opozycją wewnątrz systemu komunistycznego – nigdy zaś – z opozycją przeciwko systemowi. Ich bitwy i potyczki dotyczyły tylko tych obszarów komunistycznej rzeczywistości, które nie przystawały do wizji dysydenckich i były sprzeczne z ich sposobem postrzegania doktryny. Znajomość „dualizmu środka i celu”, pozwalała im z równym skupieniem traktować Kościół, jak partię, w podobnym stopniu podziwiać Wojtyłę, jak Kiszczaka, na równi stawiać niepodległość, jak „socjalizm z ludzką twarzą”. Wykorzystując imperatyw walki o wolność i nasze marzenia o drodze ku Niepodległej łatwo przyszło im przyoblec się w szaty „reprezentacji narodowej” i zaspokoić nasze złudzenia szyldem „demokratycznej opozycji”.
Ta komunistyczna tradycja opozycyjności została włączona w system polityczny III RP i tworzy jeden z najgroźniejszych mitów obecnej państwowości.
Jej kontynuacja sprowadza się do prostej zasady, praktykowanej dziś przez partię Jarosława Kaczyńskiego: chcemy „III RP z ludzką twarzą” (by sparafrazować określenie uknute onegdaj przez "Kulturę Paryską"), ale nie podważamy i nie dążymy do obalenia magdalenkowego porządku. Dlatego przyjmujemy i akceptujemy narzędzia ustanowione przez „ojców założycieli” - z ich konstytucją, demokracją, prawem czy mediami – i przy ich pomocy chcemy dokonywać takich modyfikacji i reform systemu, by nie naruszały jego wewnętrznej konstrukcji.

           Napisałem na wstępie, że zrozumienie - czym jest komunizm i kim są jego sukcesorzy, prowadzi do wiedzy - jak go pokonać, jak obalić państwo sukcesorów.
Gdy Tyrmand pisał - „To tylko Golem, niebotyczny, to fakt, lecz glina i brud. O tyleż moja walka gorsza, mniejsza, brudniejsza” - wyrażał problem, przed jakim stanie każdy, kto chciałby podjąć takie zmagania.
Jak walczyć z czymś, co jest niedorzecznością – tak dalece, że tworzy świat ułudy i chaosu, kreuje nieistniejące „wartości” i naśladuje mechanizmy, które nie są w nim obecne?
Z jednej strony, istnieje „obsesja polemiki” - walki z jakąś myślą, poglądem i oceną, z drugiej – świadomość, że owe myśli, poglądy i oceny, są tylko narzędziem szalbierzy, „golemem niebotycznym” i rozprawa z nimi nie przybliża nas do zwycięstwa.
Ludzie, których „środowisko patriotyczne” uważa dziś za przeciwników, a nawet obdarza mianem „targowicy”, nie posiadają przecież żadnej „podstawy ideowej”, nie reprezentuje żadnej „koncepcji politycznej” i nie wytwarzają ani jednej racjonalnej myśli. Ich argumentacja i rzekome racje, są zbiorem bezwartościowych, pozbawionych treści komunałów, równych logice marksistowskiego bełkotu i stanowią ten sam rodzaj semantycznego śmiecia, jakim posługiwali się namiestnicy Moskwy. Nie odzwierciedlają też żadnych poglądów, bo nie mając związku z rzeczywistością, są tylko retoryką z arsenału prymitywnego terroru.