Endecki publicysta Stanisław Stroński, który w przeddzień bitwy z bolszewikami skojarzył ją z francuskim „cudem nad Marną”, nawet nie marzył, że określenie to przetrwa dziesięciolecia i zrobi oszałamiającą karierę.
Ten zadeklarowany przeciwnik Józefa Piłsudskiego wolał dopatrywać się ingerencji sił nadprzyrodzonych, niż uznać, że o zwycięstwie nad sowiecką zarazą zdecydował geniusz Marszałka i odwaga jego żołnierzy.
Słowa o „cudzie nad Wisłą” zostały natychmiast podchwycone przez publicystów endeckich i hierarchów Kościoła. Ci ostatni, nie ukrywając niechęci do Piłsudskiego, nadali zwrotowi treści religijne i połączyli dzień bitwy ze Świętem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, Królowej Korony Polski.
Ten prosty zabieg propagandowy miał służyć umniejszeniu roli Naczelnego Wodza i utrwalić przekonanie, że nie wysiłek i bohaterstwo żołnierzy, lecz nadzwyczajny przypadek - cud rozstrzygnął losy wojny z bolszewikami.
Większość z tych, którzy sięgają dziś po określenie „cud nad Wisłą”, zapewne nie zna politycznych konotacji związanych z tym zwrotem i nie obchodzą ich konflikty sprzed kilkudziesięciu lat.
Zakładam, że jeśli nawet traktują te słowa literalnie, to nie z intencją lukrowania historii lub odbierania zasług polskiemu żołnierzowi.
Wiem też, że próba zwalczania takiej maniery, byłaby bezcelowa, bo określenie to (niestety) na stałe weszło do naszego słownika i jest używane nawet przez tych, którzy deklarują się piewcami Marszałka.
Weszło zaś tym łatwiej, że o ile z zadziwiającą prostotą dostrzegamy rękę Bożej Opatrzności i skłonni jesteśmy przypisać Jej opiekę nad polską historią, o tyle trudniej przychodzi nam zrozumieć, że za narodowe zwycięstwa trzeba wpierw zapłacić – czasem cenę najwyższą.
Akceptacja dla „cudu” wydaje się o wiele łatwiejsza od świadomości ponoszenia ofiar, wyrzeczeń i ciężkiej pracy. „Cud” rozgrzesza zwykłe zaniechania, tłumaczy brak odwagi i usprawiedliwia tchórzostwo.
Nie jesteśmy dziś społeczeństwem zdolnym do „długiego marszu”. Tym bardziej - do buntu i stawienia czoła wrogowi.
Po 30 latach istnienia sukcesji komunistycznej, nikt nie zaakceptuje prawdy, że hybrydy komunizmu nie upadają pod ciosami demokracji, lecz anektują jej fasadę, by ukryć własne draństwa.
Nikt też nie próbuje zrozumieć, że niepodległość można odzyskać tylko w taki sposób, jak została utracona. Nie za cenę partyjnego kuglarstwa i pseudo-demokratycznego bełkotu, lecz poprzez twardą, bezwzględną wojnę, w której nie ma miejsca na żaden kompromis.
Gdy za kilka dni, rzesze „papierowych żołnierzyków” będą roztkliwiały się nad „cudem nad Wisłą”, nie usłyszymy od nich o cenie prawdziwej wolności. Tej, zdobytej walką i krwią, nie zaś okupionej setkami „kompromisów” i litrami wypitej wódki.
Zwycięstwo nad bolszewicką nawałą lepiej zatem kojarzyć z bogoojczyźnianym nastrojem i rozpamiętywaniem minionej chwały, niż dostrzec w nim wyzwanie, któremu nie potrafilibyśmy sprostać.
Bo jeśli nie Boża interwencja, lecz mądrość dowódców, odwaga żołnierzy i narodowa danina krwi zdecydowały o wyniku Bitwy Warszawskiej – jak zmierzyć taką miarą nasz dzisiejszy potencjał i nasze oczekiwania?
Jak wytłumaczyć, że Niepodległa wymagała wielkiej, narodowej ofiary, podczas gdy III RP powstała mocą pustych słów, zbójeckich paktów i zdrady?
Dialektyka „cudu nad Wisłą” jest dziś narzędziem pomocnym władcom III RP. Nie tylko dlatego,że doskonale wpisuje się w intencję fałszowania historii i umniejszania dzieła Józefa Piłsudskiego - odziedziczoną po PRL-u, ale z uwagi na jej przydatność w procesie „rozbrajania” Polaków.
Tam przecież, gdzie „siły nadprzyrodzone” decydują o losach Ojczyzny, gdzie „przypadek” i „zrządzenie” rozstrzyga o naszych dziejach, nie trzeba poświęceń, woli walki, honoru i odwagi.
Nie trzeba budowania własnej potęgi militarnej i pielęgnowania polskiej tradycji. Nie trzeba polegania tylko na własnych siłach, unikania złudnych sojuszy i fałszywych przyjaciół.
Nie trzeba też wymagać zbyt wiele ani zbyt wiele tłumaczyć.
Wystarczy „wiara” – tak prosta, że pozbawiona rozumu i tak wszczepiona, że wolna od odpowiedzialności.
Komunistyczna sukcesja, budowana na pakcie esbeków i agentury, w którym cenę „nowej państwowości” wyznaczały toasty z szefem bezpieki, nie może umacniać w Polakach wiedzy, że za Niepodległą płaci się krwią.
Niebezpieczna byłaby to wiedza, jeśli tak dobitnie podważałaby wysiłek samozwańczych „reprezentantów narodu”, zbratanych z okupantem.
Dialektyka „cudu nad Wisła” tym bardziej jest potrzebna, że to państwo – gloryfikując wybory „mniejszego zła”, forsując najnikczemniejsze kompromisy i zabójcze wspólnoty z Obcymi, nie może umacniać prawdy, iż system, zbudowany na przemocy i terrorze, system bezbożnej nienawiści, można obalić tylko siłą i tylko za cenę najwyższej ofiary.
Tej prawdy nie przyjmują nawet ci, którzy w patriotycznym uniesieniu powtarzają - „Co nam obca przemoc wzięła, szablą odbierzemy”.
Proszę, bym został dobrze zrozumiany. Boża ingerencja w losy Polski, opieka Matki Boskiej, to nie alegoria ani wymysł. Nic, co dzieje się w naszym życiu, ale też w życiu narodu, nie jest pozbawione Bożej logiki – czasem tak niewytłumaczalnej, że nazywanej cudem.
Ale 15 sierpnia 1920 roku nie wydarzył się „cud nad Wisłą”. I nie musiał się wydarzyć.
Pan Bóg nie działa w nicości, nie pomaga tym, którzy pomocy nie mogą przyjąć i nie czyni cudów wbrew prawom naturalnym.
Victoria Warszawska była dziełem ludzkim, zwycięstwem silnej, zdyscyplinowanej armii, którą w czasie dwóch lat niepodległego bytu państwowego stworzył Marszałek Piłsudski.
Była możliwa, dzięki odwadze polskich żołnierzy, wskutek mądrości dowódców i woli całego społeczeństwa.
Była możliwa, bo w tak krótkim czasie sformowano armię, zbudowano propaństwowe kadry, stworzono elity.
Była możliwa, gdyż nasi ojcowie dokonali dzieła, na które współcześni politycy nigdy się nie zdobędą, a moi rodacy nigdy go nie pragnęli.
W tym dniu, Pan Bóg nie musiał dokonywać cudów.
W porządku naturalnym – Polacy musieli wygrać tą bitwę, Byli lepiej przygotowani, mieli mądrzejszych dowódców, okazali więcej odwagi i „szaleńczej” determinacji.
Ale posiadali też dar i oręż, jakiego przeciwnik nigdy nie posiadł i nigdy nie posiądzie.
Eugeniusz Małaczewski – żołnierz wojny 1920 roku, kawaler Orderu Virtuti Militari, zmarły w wieku 25 lat prozaik i poeta, napisał o tej potężnej broni:
„Zali tę zionącą na wszystek świat przepaść zdziczenia i nienawiści, której na imię bolszewizm, my „obrońcy cywilizacji i chrześcijaństwa”, zdołamy zasypać, jak faszyną, jedynie gruzem polskich ciał, pozbawionych ducha wyższego niż zły duch w przepaści się miotający?
Czymś zasadniczo innym stać się musimy. Bo kto by chciał nienawiść, zło złem zwalczać a nienawiścią, niech pamięta, że wielką nienawiść zwalczy tylko od niej większa, zaś zło wielkie może być pożarte jeno przez zło od wielkiego większe […]
Przeciw ich duszy, okropnej jak ów koń na wzgórzu odarty ze skóry, musimy wystawić zwyciężające wszystko Boże człowieczeństwo duszy”.
Nie próbuję powiedzieć – czym jest owo „Boże człowieczeństwo duszy”. Bo nie o opis chodzi i nie słowami definiujemy ten dar.
Kilkadziesiąt lat po poruczniku Małaczewskim, żoliborski Kapłan wołał za świętym Pawłem: „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj”.
Małaczewski zmarł na gruźlice, której nabawił się w żołnierskich okopach Grodzieńszczyzny, Archangielska i Małopolski.
Żoliborski Kapłan został zamordowany przez bolszewickich bandytów.
Obaj wygrali - „Bożym człowieczeństwem duszy”, którego żaden przeciwnik nie był w stanie pokonać.
Jeśli szukamy przyczyn zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej i chcemy dostrzec jej prawdziwy wymiar, nie można pominąć tego szczególnego daru – dziedzictwa płynącego z tysiącletniej historii chrześcijaństwa, z tej „gramatyki prawa moralnego”, o której nauczał Jan Paweł II.
Z niej wynikała wola polskiego społeczeństwa, siła żołnierza i wiara w zwycięstwo. Na niej budowano podwaliny Niepodległej, formowano młode pokolenia, uczono dzieci.
Wartość tego daru ujawnia się w dniu zderzenia z „przepaścią zdziczenia i nienawiści”, w zetknięciu z barbarzyństwem tak wielkim, że pozbawionym wszelkich cech człowieczeństwa.
Nie sądzę, by piewcy dialektyki „cudu nad Wisłą” chcieli budować przyszłość mojego kraju na „Bożym człowieczeństwie duszy”. Jeśli nawet mają gęby pełne bogoojczyźnianych frazesów, jeśli mieszają się z purpuratami i chętnie manifestują swoją „pobożność” - zdradza ich państwo, które stworzyli.
Państwo wyrosłe na fundamencie bolszewickiej nienawiści, od trzech dekad zniewolone hegemonią Obcych, skażone nierozliczonymi zbrodniami i nędzą nieprzebranych kłamstw.
Jest coś upiornego w świętowaniu rocznicy Bitwy Warszawskiej przez ludzi III RP.
Nie tylko spadkobierców partii komunistycznej, przemianowanych dziś na SLD,PSL i inne hybrydy, ale przez wszystkich, którzy twór zbudowany na okupacji sowieckiej, uznają za Niepodległą.
W tym państwie – wzorem PRL-u, Polacy i Obcy mają tworzyć fałszywą wspólnotę, a zapominając, czym jest komunizm i kim są jego sukcesorzy - odrzucić dumę z polskości.
To państwo uśmierciło nasze marzenia o Niepodległej, zabiło wolę walki i znieprawiło dusze. Oddane na pastwę miernot, zdrajców i dewiantów, nie ma nic wspólnego z dziełem Niepodległej.
Dlatego piewcy tego państwa traktują dialektykę „cudu”, niczym broń przeciwko narodowi. Ma nas obezwładnić i uśpić, uczynić bezbronnymi wobec realnych wyzwań.
Emocjonalny pseudo – patriotyzm, zastępuje poczucie obowiązku, „wyborcza kartka” znosi nakaz walki, a „wiara” w Bożą Opatrzność, jest prostackim sposobem na zapomnienie o wymogu trudów i wyrzeczeń.
Upiorność tego świętowania, wynika ze świadomości, że wraz z fałszem państwowości skażonej okupacją komunistyczną, III RP odziedziczyła strukturę społeczną, opartą na wspólnocie Polaków z Obcymi.
Funkcjonariusze sowieckiego reżimu – esbecy, partyjniacy, sędziowie, stali się „elitą” tego państwa, zaludnili jego instytucje i zawłaszczyli życie publiczne. Zainfekowali je, nie tylko swoją obecnością, ale wprowadzeniem następców – dzieci i wnuków agentury przywiezionej na sowieckich czołgach, potomstwem tych, którzy przybyli z hordami Tuchaczewskiego, spadkobiercami prześladowców i sługusów reżimu oraz niezliczonym mrowiem sukcesorów, złączonych wspólnotą interesu, więzami zawodowymi i towarzyskimi.
Jakże ci ludzie – wyrośli z „przepaści zdziczenia i nienawiści, której na imię bolszewizm”, mogą wspominać zwycięstwo „Bożego człowieczeństwa duszy”?
Jak ich następcy – zgraje dewiantów, gorszycieli i lewackich prymitywów, owładnięte nienawiścią do wszystkiego co polskie, mają tworzyć wspólnotę z potomkami żołnierzy 1920 roku?
Społeczeństwo, które nie wie - w jakim państwie żyje, kim są jego elity, wrogowie i Obcy, musi pozostać bezbronne i zniewolone.
Społeczeństwo, w którym zabija się ducha walki, w którym zło pozostaje nienazwane, dobro zaś nie znajduje obrońców, wyzbywa się „Bożego człowieczeństwa duszy” i zatraca narodowe więzy.
Takie społeczeństwo chce dziś budować rząd „patriotycznej prawicy”.
Rząd, który nie tylko nie rozliczył żadnej z komunistycznych zbrodni, zatarł granice dobra i zła i na dekady ukrył prawdę o zamachu smoleńskim, ale tych, którzy te zbrodnie popełnili, ich następców, sukcesorów i akolitów, każe nazywać Polakami i „opozycją” i zapraszać do polskiego stołu.
Gdy będziemy wspominali dzień, o którym Eugeniusz Małaczewski pisał, że był „walką na życie i śmierć o pokój dla wszystkich ludów na ziemi”, trzeba zmierzyć się z trudnymi pytaniami.
Ten zadeklarowany przeciwnik Józefa Piłsudskiego wolał dopatrywać się ingerencji sił nadprzyrodzonych, niż uznać, że o zwycięstwie nad sowiecką zarazą zdecydował geniusz Marszałka i odwaga jego żołnierzy.
Słowa o „cudzie nad Wisłą” zostały natychmiast podchwycone przez publicystów endeckich i hierarchów Kościoła. Ci ostatni, nie ukrywając niechęci do Piłsudskiego, nadali zwrotowi treści religijne i połączyli dzień bitwy ze Świętem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, Królowej Korony Polski.
Ten prosty zabieg propagandowy miał służyć umniejszeniu roli Naczelnego Wodza i utrwalić przekonanie, że nie wysiłek i bohaterstwo żołnierzy, lecz nadzwyczajny przypadek - cud rozstrzygnął losy wojny z bolszewikami.
Większość z tych, którzy sięgają dziś po określenie „cud nad Wisłą”, zapewne nie zna politycznych konotacji związanych z tym zwrotem i nie obchodzą ich konflikty sprzed kilkudziesięciu lat.
Zakładam, że jeśli nawet traktują te słowa literalnie, to nie z intencją lukrowania historii lub odbierania zasług polskiemu żołnierzowi.
Wiem też, że próba zwalczania takiej maniery, byłaby bezcelowa, bo określenie to (niestety) na stałe weszło do naszego słownika i jest używane nawet przez tych, którzy deklarują się piewcami Marszałka.
Weszło zaś tym łatwiej, że o ile z zadziwiającą prostotą dostrzegamy rękę Bożej Opatrzności i skłonni jesteśmy przypisać Jej opiekę nad polską historią, o tyle trudniej przychodzi nam zrozumieć, że za narodowe zwycięstwa trzeba wpierw zapłacić – czasem cenę najwyższą.
Akceptacja dla „cudu” wydaje się o wiele łatwiejsza od świadomości ponoszenia ofiar, wyrzeczeń i ciężkiej pracy. „Cud” rozgrzesza zwykłe zaniechania, tłumaczy brak odwagi i usprawiedliwia tchórzostwo.
Nie jesteśmy dziś społeczeństwem zdolnym do „długiego marszu”. Tym bardziej - do buntu i stawienia czoła wrogowi.
Po 30 latach istnienia sukcesji komunistycznej, nikt nie zaakceptuje prawdy, że hybrydy komunizmu nie upadają pod ciosami demokracji, lecz anektują jej fasadę, by ukryć własne draństwa.
Nikt też nie próbuje zrozumieć, że niepodległość można odzyskać tylko w taki sposób, jak została utracona. Nie za cenę partyjnego kuglarstwa i pseudo-demokratycznego bełkotu, lecz poprzez twardą, bezwzględną wojnę, w której nie ma miejsca na żaden kompromis.
Gdy za kilka dni, rzesze „papierowych żołnierzyków” będą roztkliwiały się nad „cudem nad Wisłą”, nie usłyszymy od nich o cenie prawdziwej wolności. Tej, zdobytej walką i krwią, nie zaś okupionej setkami „kompromisów” i litrami wypitej wódki.
Zwycięstwo nad bolszewicką nawałą lepiej zatem kojarzyć z bogoojczyźnianym nastrojem i rozpamiętywaniem minionej chwały, niż dostrzec w nim wyzwanie, któremu nie potrafilibyśmy sprostać.
Bo jeśli nie Boża interwencja, lecz mądrość dowódców, odwaga żołnierzy i narodowa danina krwi zdecydowały o wyniku Bitwy Warszawskiej – jak zmierzyć taką miarą nasz dzisiejszy potencjał i nasze oczekiwania?
Jak wytłumaczyć, że Niepodległa wymagała wielkiej, narodowej ofiary, podczas gdy III RP powstała mocą pustych słów, zbójeckich paktów i zdrady?
Dialektyka „cudu nad Wisłą” jest dziś narzędziem pomocnym władcom III RP. Nie tylko dlatego,że doskonale wpisuje się w intencję fałszowania historii i umniejszania dzieła Józefa Piłsudskiego - odziedziczoną po PRL-u, ale z uwagi na jej przydatność w procesie „rozbrajania” Polaków.
Tam przecież, gdzie „siły nadprzyrodzone” decydują o losach Ojczyzny, gdzie „przypadek” i „zrządzenie” rozstrzyga o naszych dziejach, nie trzeba poświęceń, woli walki, honoru i odwagi.
Nie trzeba budowania własnej potęgi militarnej i pielęgnowania polskiej tradycji. Nie trzeba polegania tylko na własnych siłach, unikania złudnych sojuszy i fałszywych przyjaciół.
Nie trzeba też wymagać zbyt wiele ani zbyt wiele tłumaczyć.
Wystarczy „wiara” – tak prosta, że pozbawiona rozumu i tak wszczepiona, że wolna od odpowiedzialności.
Komunistyczna sukcesja, budowana na pakcie esbeków i agentury, w którym cenę „nowej państwowości” wyznaczały toasty z szefem bezpieki, nie może umacniać w Polakach wiedzy, że za Niepodległą płaci się krwią.
Niebezpieczna byłaby to wiedza, jeśli tak dobitnie podważałaby wysiłek samozwańczych „reprezentantów narodu”, zbratanych z okupantem.
Dialektyka „cudu nad Wisła” tym bardziej jest potrzebna, że to państwo – gloryfikując wybory „mniejszego zła”, forsując najnikczemniejsze kompromisy i zabójcze wspólnoty z Obcymi, nie może umacniać prawdy, iż system, zbudowany na przemocy i terrorze, system bezbożnej nienawiści, można obalić tylko siłą i tylko za cenę najwyższej ofiary.
Tej prawdy nie przyjmują nawet ci, którzy w patriotycznym uniesieniu powtarzają - „Co nam obca przemoc wzięła, szablą odbierzemy”.
Proszę, bym został dobrze zrozumiany. Boża ingerencja w losy Polski, opieka Matki Boskiej, to nie alegoria ani wymysł. Nic, co dzieje się w naszym życiu, ale też w życiu narodu, nie jest pozbawione Bożej logiki – czasem tak niewytłumaczalnej, że nazywanej cudem.
Ale 15 sierpnia 1920 roku nie wydarzył się „cud nad Wisłą”. I nie musiał się wydarzyć.
Pan Bóg nie działa w nicości, nie pomaga tym, którzy pomocy nie mogą przyjąć i nie czyni cudów wbrew prawom naturalnym.
Victoria Warszawska była dziełem ludzkim, zwycięstwem silnej, zdyscyplinowanej armii, którą w czasie dwóch lat niepodległego bytu państwowego stworzył Marszałek Piłsudski.
Była możliwa, dzięki odwadze polskich żołnierzy, wskutek mądrości dowódców i woli całego społeczeństwa.
Była możliwa, bo w tak krótkim czasie sformowano armię, zbudowano propaństwowe kadry, stworzono elity.
Była możliwa, gdyż nasi ojcowie dokonali dzieła, na które współcześni politycy nigdy się nie zdobędą, a moi rodacy nigdy go nie pragnęli.
W tym dniu, Pan Bóg nie musiał dokonywać cudów.
W porządku naturalnym – Polacy musieli wygrać tą bitwę, Byli lepiej przygotowani, mieli mądrzejszych dowódców, okazali więcej odwagi i „szaleńczej” determinacji.
Ale posiadali też dar i oręż, jakiego przeciwnik nigdy nie posiadł i nigdy nie posiądzie.
Eugeniusz Małaczewski – żołnierz wojny 1920 roku, kawaler Orderu Virtuti Militari, zmarły w wieku 25 lat prozaik i poeta, napisał o tej potężnej broni:
„Zali tę zionącą na wszystek świat przepaść zdziczenia i nienawiści, której na imię bolszewizm, my „obrońcy cywilizacji i chrześcijaństwa”, zdołamy zasypać, jak faszyną, jedynie gruzem polskich ciał, pozbawionych ducha wyższego niż zły duch w przepaści się miotający?
Czymś zasadniczo innym stać się musimy. Bo kto by chciał nienawiść, zło złem zwalczać a nienawiścią, niech pamięta, że wielką nienawiść zwalczy tylko od niej większa, zaś zło wielkie może być pożarte jeno przez zło od wielkiego większe […]
Przeciw ich duszy, okropnej jak ów koń na wzgórzu odarty ze skóry, musimy wystawić zwyciężające wszystko Boże człowieczeństwo duszy”.
Nie próbuję powiedzieć – czym jest owo „Boże człowieczeństwo duszy”. Bo nie o opis chodzi i nie słowami definiujemy ten dar.
Kilkadziesiąt lat po poruczniku Małaczewskim, żoliborski Kapłan wołał za świętym Pawłem: „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj”.
Małaczewski zmarł na gruźlice, której nabawił się w żołnierskich okopach Grodzieńszczyzny, Archangielska i Małopolski.
Żoliborski Kapłan został zamordowany przez bolszewickich bandytów.
Obaj wygrali - „Bożym człowieczeństwem duszy”, którego żaden przeciwnik nie był w stanie pokonać.
Jeśli szukamy przyczyn zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej i chcemy dostrzec jej prawdziwy wymiar, nie można pominąć tego szczególnego daru – dziedzictwa płynącego z tysiącletniej historii chrześcijaństwa, z tej „gramatyki prawa moralnego”, o której nauczał Jan Paweł II.
Z niej wynikała wola polskiego społeczeństwa, siła żołnierza i wiara w zwycięstwo. Na niej budowano podwaliny Niepodległej, formowano młode pokolenia, uczono dzieci.
Wartość tego daru ujawnia się w dniu zderzenia z „przepaścią zdziczenia i nienawiści”, w zetknięciu z barbarzyństwem tak wielkim, że pozbawionym wszelkich cech człowieczeństwa.
Nie sądzę, by piewcy dialektyki „cudu nad Wisłą” chcieli budować przyszłość mojego kraju na „Bożym człowieczeństwie duszy”. Jeśli nawet mają gęby pełne bogoojczyźnianych frazesów, jeśli mieszają się z purpuratami i chętnie manifestują swoją „pobożność” - zdradza ich państwo, które stworzyli.
Państwo wyrosłe na fundamencie bolszewickiej nienawiści, od trzech dekad zniewolone hegemonią Obcych, skażone nierozliczonymi zbrodniami i nędzą nieprzebranych kłamstw.
Jest coś upiornego w świętowaniu rocznicy Bitwy Warszawskiej przez ludzi III RP.
Nie tylko spadkobierców partii komunistycznej, przemianowanych dziś na SLD,PSL i inne hybrydy, ale przez wszystkich, którzy twór zbudowany na okupacji sowieckiej, uznają za Niepodległą.
W tym państwie – wzorem PRL-u, Polacy i Obcy mają tworzyć fałszywą wspólnotę, a zapominając, czym jest komunizm i kim są jego sukcesorzy - odrzucić dumę z polskości.
To państwo uśmierciło nasze marzenia o Niepodległej, zabiło wolę walki i znieprawiło dusze. Oddane na pastwę miernot, zdrajców i dewiantów, nie ma nic wspólnego z dziełem Niepodległej.
Dlatego piewcy tego państwa traktują dialektykę „cudu”, niczym broń przeciwko narodowi. Ma nas obezwładnić i uśpić, uczynić bezbronnymi wobec realnych wyzwań.
Emocjonalny pseudo – patriotyzm, zastępuje poczucie obowiązku, „wyborcza kartka” znosi nakaz walki, a „wiara” w Bożą Opatrzność, jest prostackim sposobem na zapomnienie o wymogu trudów i wyrzeczeń.
Upiorność tego świętowania, wynika ze świadomości, że wraz z fałszem państwowości skażonej okupacją komunistyczną, III RP odziedziczyła strukturę społeczną, opartą na wspólnocie Polaków z Obcymi.
Funkcjonariusze sowieckiego reżimu – esbecy, partyjniacy, sędziowie, stali się „elitą” tego państwa, zaludnili jego instytucje i zawłaszczyli życie publiczne. Zainfekowali je, nie tylko swoją obecnością, ale wprowadzeniem następców – dzieci i wnuków agentury przywiezionej na sowieckich czołgach, potomstwem tych, którzy przybyli z hordami Tuchaczewskiego, spadkobiercami prześladowców i sługusów reżimu oraz niezliczonym mrowiem sukcesorów, złączonych wspólnotą interesu, więzami zawodowymi i towarzyskimi.
Jakże ci ludzie – wyrośli z „przepaści zdziczenia i nienawiści, której na imię bolszewizm”, mogą wspominać zwycięstwo „Bożego człowieczeństwa duszy”?
Jak ich następcy – zgraje dewiantów, gorszycieli i lewackich prymitywów, owładnięte nienawiścią do wszystkiego co polskie, mają tworzyć wspólnotę z potomkami żołnierzy 1920 roku?
Społeczeństwo, które nie wie - w jakim państwie żyje, kim są jego elity, wrogowie i Obcy, musi pozostać bezbronne i zniewolone.
Społeczeństwo, w którym zabija się ducha walki, w którym zło pozostaje nienazwane, dobro zaś nie znajduje obrońców, wyzbywa się „Bożego człowieczeństwa duszy” i zatraca narodowe więzy.
Takie społeczeństwo chce dziś budować rząd „patriotycznej prawicy”.
Rząd, który nie tylko nie rozliczył żadnej z komunistycznych zbrodni, zatarł granice dobra i zła i na dekady ukrył prawdę o zamachu smoleńskim, ale tych, którzy te zbrodnie popełnili, ich następców, sukcesorów i akolitów, każe nazywać Polakami i „opozycją” i zapraszać do polskiego stołu.
Gdy będziemy wspominali dzień, o którym Eugeniusz Małaczewski pisał, że był „walką na życie i śmierć o pokój dla wszystkich ludów na ziemi”, trzeba zmierzyć się z trudnymi pytaniami.
Jaką Polskę mogą zbudować nam ludzie, dla których każda walka, każda „kanciasta granica”, przymioty męstwa i honoru – są tak niedostępne, że nazywane „cudem”?
Co w nas zostało z daru „Bożego człowieczeństwa duszy”, jeśli bez cienia sprzeciwu przyjmujemy tryumf bolszewickiej nienawiści?
Jaka Polska wyrośnie z tego, co gotowi jesteśmy jej poświęcić?
Co w nas zostało z daru „Bożego człowieczeństwa duszy”, jeśli bez cienia sprzeciwu przyjmujemy tryumf bolszewickiej nienawiści?
Jaka Polska wyrośnie z tego, co gotowi jesteśmy jej poświęcić?