Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą afera marszałkowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą afera marszałkowa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 października 2017

W INTERESIE WSI

Kto i jak zbadał, czy afera marszałkowa i zawiązany wówczas sojusz rosyjskiej agentury ze służbami III RP, miał, czy też nie miał wpływu na działania zmierzające do zastawienia pułapki smoleńskiej i doprowadzenia do śmierci 96 Polaków?
Czy bez gruntownego śledztwa, w sprawie relacji ludzi WSI z politykami PO-PSL oraz ustalenia, jaki wpływ miały te relacje na działania związane ze Smoleńskiem,  można myśleć o rozwikłaniu tajemnic zamachu lub rozprawie z obcą agenturą?
Skoro w latach 2007-2008, prowadzono brutalną operację wymierzoną w członków Komisji Weryfikacyjnej WSI, podczas której dopuszczono się szeregu poważnych przestępstw, zaś B. Komorowski usilnie zabiegał o dostęp do aneksu i nie cofnął się przed atakami na prezydenta Lecha Kaczyńskiego, skoro środowisko WSI tak wielką wagę przywiązywało do dyskredytacji tajnego dokumentu, a w latach późniejszych doradzało jego całkowite zniszczenie – czy tę tematykę wolno uważać za nieistotną, w perspektywie wydarzeń, które rozegrały się w 2010 roku?
Czy w latach poprzedzających Smoleńsk, mogło dojść do równie dynamicznej działalności ludzi b. WSI oraz reaktywacji ich wpływów, gdyby B. Komorowski poniósł odpowiedzialność za udział w aferze marszałkowej i nie mógł kandydować na stanowisko prezydenta?
Jeśli były lokator Belwederu oraz ludzie z kręgów WSI, posiadają informacje na temat zawartości aneksu i wiedzą, co naprawdę wydarzyło się 10 kwietnia, podczas, gdy Polakom odebrano prawo do posiadania tej wiedzy, jakie zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego tworzy taka dysproporcja oraz związana z nią możliwość prowadzenia gier i kombinacji operacyjnych przez środowisko b. WSI?

Każde z pytań, związanych z aferą marszałkową, procesem likwidacji WSI oraz aneksem do Raportu z Weryfikacji, pozostanie bez odpowiedzi.
Wbrew logice i elementarnym zasadom bezpieczeństwa uznano, że najważniejsza afera okresu rządów PO-PSL nie zasługuje na uwagę, a Polacy nie mają prawa poznać zawartości dokumentu, o który w latach ubiegłych toczyły się dramatyczne rozgrywki.
Nad wspólną decyzją prezydenta Dudy i prezesa Kaczyńskiego o nieujawnianiu treści aneksu, ciąży odium niewyjaśnionych spraw, nierozpoznanych zagrożeń, ale też pospolitych  kłamstw i manipulacji.
Bo też - jakim imperatywem musiał kierować się Jarosław Kaczyński, jeśli w kwestii tak zasadniczej dla naszego bezpieczeństwa, pozwolił sobie na deklarację sprzeczną z wcześniejszymi oświadczeniami?
Ja należę do nielicznych ludzi, którzy czytali aneks.  Naprawdę lepiej będzie, jeśli nie zostanie opublikowany. To jest moje głębokie przeświadczenie” – oznajmił prezes PiS, podczas zjazdu Klubów „Gazety Polskiej” w Spale, 14 listopada br.
Jednak dwa lata wcześniej, podczas wywiadu w "Rozmowach niedokończonych" TV Trwam z 26 marca 2015, na pytanie prowadzącego: „jaki jest problem z aneksem i z Bronisławem  Komorowskim” – pan Kaczyński przyznał, że nie zna treści tajnego dokumentu:
No cóż, ja tu też niestety mogę się odwoływać do tajemnicy, przy tym ja pamiętam, ja tego aneksu nie zdołałem przeczytać. Byłem premierem i tylko wtedy miałem takie prawo ale to przy końcu mojego urzędowania zostało dostarczone i miałem tyle różnych innych zajęć, że po prostu nie dałem rady”.
Czytał więc czy nie czytał? A jeśli czytał, to kiedy, skoro po roku 2007 nie miał już żadnych uprawnień do zapoznania się z tajnym dokumentem?

środa, 14 czerwca 2017

AFERA MARSZAŁKOWA, ANEKS – NIERÓWNA GRA

„Gdyby afera marszałkowa została rzetelnie wyjaśniona, a jej mechanizmy ujawnione społeczeństwu, zablokowałoby to karierę Bronisława Komorowskiego, udaremniało jego udział w wyborach prezydenckich i oszczędziło Polakom wielu bolesnych doświadczeń i upokorzeń.
Odsłonięcie patologicznych relacji już w roku 2008 uchroniłoby nas od niebezpieczeństw wywołanych wpływem Rosji na polskie życie polityczne, zapobiegło obcym knowaniom w ramach konfliktu rząd-prezydent, a w rezultacie – o czym jestem przeświadczony, udaremniło pułapkę smoleńską i zamach z 10 kwietnia.
Nie trzeba tworzyć alternatywnej historii, by zrozumieć, że do dziś płacimy cenę za zignorowanie tego największego zagrożenia.”

Cytowany fragment pochodzi z jednego z moich tekstów z roku 2013. Przyznaję, że w tamtym czasie do głowy mi nie przyszło, że po wygranych wyborach parlamentarnych partia pana Kaczyńskiego nie powróci do wyjaśnienia okoliczności afery marszałkowej i nie pokaże Polakom, kim był człowiek sprawujący najwyższy urząd w III RP.
Choć osiem lat rządów reżimu PO-PSL obfitowało w setki najpoważniejszych występków, nie było w tym czasie sprawy równie ważnej, a zarazem symbolicznej niż afera marszałkowa – „matka” wszystkich afer.  Powstały wówczas układ, oparty na patologicznych relacjach służby-politycy-media stworzył fundament dla kolejnych szalbierstw i gier operacyjnych i do dnia dzisiejszego decyduje o kondycji tego państwa i logice wielu procesów publicznych.
Nie ma potrzeby wracać do szczegółowego opisu sprawy. Na moim blogu, pod hasłami „Komorowski” i „afera marszałkowa” widnieje kilkadziesiąt tekstów poświęconych tematowi.
Przypomnę jedynie, że afera marszałkowa  była wielowątkową kombinacją operacyjną z udziałem ludzi WSW/WSI, Bronisława Komorowskiego, ABW, prokuratury i ośrodków propagandy, zmierzającą do uzyskania dostępu do tajnego uzupełnienia (Aneksu) z Raportu z Weryfikacji WSI. Gdy okazało się to niemożliwe, podjęto działania służące skompromitowaniu członków Komisji Weryfikacyjnej i sparaliżowaniu prac Komisji oraz akcję odwetową wobec dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego. Działania te mogły mieć również na celu uprzedzenie ewentualnych zarzutów dotyczących powiązań polityków PO ze środowiskiem byłych WSI i były rodzajem „uderzenia wyprzedzającego”. Chodziło o zdezawuowanie treści zawartych w Aneksie i wytworzenie wokół Komisji Weryfikacyjnej atmosfery podejrzeń o nielegalne działania. Priorytetem kombinacji pozostawała ochrona politycznego „patrona” wojskowych służb - Bronisława Komorowskiego.
Są w tej sprawie skandaliczne akcje prokuratury i ludzi ABW, jest wątek funkcjonariuszy ośrodków propagandy, są próby stosowania aresztów wydobywczych, rewizje, zastraszanie i nękanie świadków, są niewyjaśnione zgony.
Logikę kombinacji wytyczały słowa B. Komorowskiego ze stycznia 2008 roku – „Muszę zobaczyć aneks przed publikacją”. Padły one w reakcji na wiadomość, że prezydent Lech Kaczyński rozważa publikację Aneksu i ma wątpliwości, czy przed ujawnieniem dokumentu powinien skierować go do marszałków Sejmu i Senatu.
Komorowski, o czym w grudniu 2014 roku przypomniał Antonii Macierewicz – „robił wszystko, działał legalnie i nielegalnie, by zapoznać się z tym dokumentem i uniemożliwić jego opublikowanie, bądź go za wszelką cenę zdyskredytować.”
Można przyjąć za pewnik, że wobec tak silnego imperatywu i wewnętrznego przymusu, lektura Aneksu była pierwszą czynnością, jakiej oddał się B. Komorowski po przeprowadzeniu operacji zajęcia Kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego, zaś oświadczenie lokatora Belwederu, złożone podczas sądowych zeznań  w sprawie afery marszałkowej – „aneks jest wymierzony we mnie”, opiera się na bezpośredniej wiedzy Komorowskiego i znajduje potwierdzenie w treści dokumentu.
Wszystko, co wiemy na temat tej ponurej postaci oraz niezwykle dramatyczne okoliczności towarzyszące aferze marszałkowej, muszą prowadzić do konkluzji, że sam zainteresowany, jak i bliskie mu środowisko b. WSI, uważało publikację Aneksu za rzecz wyjątkowo niepożądaną i wręcz groźną dla swoich interesów. W tzw. stanowisku stowarzyszenia „Sowa” do projektu  nowelizacji ustawy o Służbie Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służbie Wywiadu Wojskowego, z 28 listopada 2012 roku, można znaleźć opinię ludzi b. WSI na temat „rozwiązania problemu Aneksu”. „Sowa” doradzała dwa scenariusze :
Niejawny dokument Aneks o klauzuli „ściśle tajne” otrzymuje kategorię archiwalną „A” i zostaje przekazany do archiwum centralnego, np. Archiwum Akt Nowych z zastrzeżeniem, że może być udostępniony po 50 latach, tj. po 2056 roku. Drugie: Niejawny dokument Aneks o klauzuli „ściśle tajne” otrzymuje kategorię archiwalną „Bc”, co oznacza, że dokumentacja ma krótkotrwałe znaczenie praktyczne i po pełnym jej wykorzystaniu (co już nastąpiło), jest przekazywana na makulaturę – Aneks zostaje zniszczony”.
Na podstawie wiedzy o aferze marszałkowej i wydarzeniach prowadzących do 10 kwietnia 2010 roku, warto postawić pytanie: jeśli po to, by nie doszło do ujawnienia Aneksu, w latach 2007-2008 prowadzono brutalną i bezprawną grę wymierzoną w ustawowy organ państwa – Komisję Weryfikacyjną, podczas której dopuszczono się szeregu poważnych przestępstw, jeśli B. Komorowski nie cofnął się przed atakami na prezydenta Lecha Kaczyńskiego i usilnie zabiegał o dostęp do tajnego dokumentu, zaś środowisko b. WSI tak wielką wagę przywiązywało do jego zablokowania, a nawet doradzało całkowite zniszczenie, jak należy interpretować stanowisko prezydenta Andrzeja Dudy wyrażone w słowach – „to nie jest najważniejsza sprawa dla Polaków, mam znacznie poważniejsze sprawy do załatwienia” oraz znamienne słowa prezydenckiego ministra K. Szczerskiego z 2015 roku – „to temat, którego nie ma”?

niedziela, 15 listopada 2015

PARASOL NAD KOMOROWSKIM ?

"Albo Winiarski jest kłamcą i powinien odpowiedzieć, albo mówi prawdę i cała masa ludzi z Bronisławem Komorowskim na czele powinna mieć potężne kłopoty" – uznał Wojciech Sumliński po wysłuchaniu zeznań Krzysztofa Winiarskiego w sprawie afery marszałkowej.
Przez jeden dzień – 30 października br. zeznania Winiarskiego były gorącym „newsem” w niemal wszystkich „wolnych mediach”. „Sensacja”, „szokujące”, „wstrząsające zeznania na procesie Sumlińskiego” – pisano w nagłówkach doniesień, epatując czytelników „rewelacjami” wygłaszanymi przez świadka.
Następnego dnia – zapadła głucha cisza. Tematy poruszone przez Winiarskiego, nie tylko nie zainteresowały publicystów i tzw. dziennikarzy śledczych „wolnych mediów”, ale nie spowodowały żadnych reakcji ze strony polityków PiS i środowiska Belwederu. Wydarzenie potratowano jako jednodniową sensację. Wprawdzie nazbyt dociekliwi odbiorcy mogliby pytać – dlaczego nagrania rozmów z Komorowskim nie wzbudziły zainteresowania ludzi, którzy zachłystują się dziś tzw. aferą taśmową i ku uciesze kilku funkcjonariuszy pełnią wdzięczną rolę rezonatorów obcej gry - ale z perspektywy dotychczasowych praktyk nie było to zachowaniem zaskakującym.
Proces w sprawie afery marszałkowej nigdy nie cieszył się uwagą tych środowisk, zaś doniesienia z przebiegu rozpraw pojawiały się nader sporadycznie. Od czerwca 2011 roku, gdy przed Sądem Rejonowym dla Warszawy Woli ruszyło postępowanie sądowe, temat był całkowicie ignorowany przez reżimowe ośrodki propagandy (co wydaje się zrozumiałe) ale też nie wywoływał zainteresowania mediów kojarzonych z opozycją. Salę rozpraw na Kocjana 3 omijano szerokim łukiem i przez wiele lat nie zawitał tam żaden z „niepokornych” i „niezależnych” dziennikarzy. Tę swoistą zmowę milczenia przerywały jedynie relacje blogera andera, który konsekwentnie, od początku relacjonował przebieg rozpraw.
Trzeba zauważyć, że sprawa zeznań Winiarskiego i krótkotrwały „szok” wywołany jego obecnością w sądzie, doskonale ukazują indolencję i skalę zaniechania środowiska „wolnych mediów”. O tym świadku i jego perypetiach z B.Komorowskim wiadomo bowiem od 2012 roku – tj. od czasu, gdy dr. Leszek Pietrzak opublikował w „Warszawskiej Gazecie” (31 (68)  3-9 sierpnia 2012) tekst, w którym ujawnił „Przypadek Krzysztofa W”. Informacje o Winiarskim, Leszek Pietrzak przekazał następnie podczas rozprawy sądowej w dniu 28 listopada 2012 r. Bloger ander relacjonował wówczas:
Leszek Pietrzak opowiedział o podkarpackim biznesmenie Krzysztofie Winiarskim, który dotarł do niego jesienią 2010 r., na co dzień operujący w środowisku wojskowym i znający wielu polityków. Człowiek ten poinformował Leszka Pietrzaka, że na przestrzeni 2007 r. kilkakrotnie rozmawiał z ówczesnym wicemarszałkiem Bronisławem Komorowskim i że ze strony marszałka miały płynąć sugestie pomocy w znalezieniu haków na PiS i komisję weryfikacyjną. Krzysztof Winiarski poinformował Leszka Pietrzaka, że posiada dokumentację tych rozmów oraz pokazał mu formalne doniesienie do prokuratury w tej sprawie; w tym doniesieniu byli wskazani świadkowie rozmów Krzysztofa Winiarskiego z marszałkiem Komorowskim. Zdaniem Leszka Pietrzaka, może to wskazywać, że marszałek Komorowski mógł mieć interes w politycznym skompromitowaniu komisji weryfikacyjnej, co byłoby zbieżne z planami Leszka Tobiasza.”

wtorek, 16 czerwca 2015

ANEKS I BÓL EGZYSTENCJALNY


Jest pewne, że tożsamość gen. Dukaczewskiego na wieki wieków będzie wypełniona istotnym elementem – bólem egzystencjalnym po utracie WSI. No trudno, gen. Dukaczewski będzie się musiał z tym pogodzić – był szefem WSI, ale WSI zostały zlikwidowane, w mojej ocenie zresztą za późno. Zachowanie zdrowego dystansu do formacji, w której się pełni lub pełniło służbę, jest warunkiem zachowania zdrowia psychicznego, i to radzę gen. Dukaczewskiemu. Nie wszystko, co robiły WSI, było świetne, profesjonalne. Wysoki profesjonalizm WSI to mit” – mówił w czerwcu 2011 roku płk Grzegorz Reszka, były p.o. szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego, w wywiadzie udzielonym „Gazecie Polskiej”.
Od dnia klęski wyborczej lokatora Belwederu, ów „egzystencjalny ból po utracie WSI” stanie się nieodłącznym towarzyszem całego środowiska byłych służb wojskowych oraz dziesiątków tajnych współpracowników i medialnych „sierot” po WSI. Porażka politycznego patrona tej formacji oznacza bowiem, że nie ma szans na uchwalenie nowelizacji ustawy - przepisy wprowadzające ustawę o Służbie Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służbie Wywiadu Wojskowego oraz ustawę o służbie funkcjonariuszy Służby Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służby Wywiadu Wojskowego, według projektu MON z 16 października 2012 roku.
Przypomnę, że projekt ten powstał w związku z orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego z dnia 27 czerwca 2008 r. (sygn. akt K 51/07), w którym trybunał orzekł o niekonstytucyjność art. 70a ustawy, dotyczącym sporządzenia przez Przewodniczącego Komisji Weryfikacyjnej Raportu o działaniach żołnierzy i pracowników WSI. Zdaniem TS, poprzednia ustawa nie gwarantowała zainteresowanym osobom dostępu do akt sprawy, odmawiała prawa do wysłuchania w przedmiocie zebranych informacji oraz nie zapewniała środków prawnych umożliwiających uruchomienie sadowej kontroli decyzji o podaniu do publicznej wiadomości danych osobowych objętych Raportem Komisji Weryfikacyjnej.
Od 2012 roku projekt noweli służącej „określeniu na nowo procedury weryfikacji treści raportu” był przedmiotem rozlicznych ustaleń i konsultacji, do których zaproszono też stowarzyszenie „SOWA”, reprezentujące byłych żołnierzy WSI. Środki prawne przewidziane w nowelizacji miały ułatwić ponowną weryfikację żołnierzy i funkcjonariuszy oraz przygotować ewentualne „uzupełnienia” raportu. Dla osób „pokrzywdzonych” „raportem Macierewicza” (tak w projekcie noweli nazywano dokument przyjęty postanowieniem Prezydenta Lecha Kaczyńskiego z 16 lutego 2007 i ogłoszony w Monitorze Polskim nr 11) przewidywano nadzwyczajne sądowe postępowanie rehabilitacyjne.
Nim pojawił się projekt MON, środowisko byłych WSI prowadziło ożywioną „działalność lobbingową”.  
W liście z maja 2011 roku skierowanym do Donalda Tuska, gen. Marek Dukaczewski pisał: „Pragnę podkreślić, ze do chwili obecnej nasze problemy nie zostały rozwiązane mimo deklaracji przedwyborczych partii Pana Premiera oraz oburzenia wyrażonego w tzw. "Antyraporcie", jak również mimo uchwalenia przez posłów Platformy Obywatelskiej zmian w ustawie znoszącej WSI w dniu 25 lipca 2008 r., która nie uwzględnia zapisów zawartych w wyrokach Trybunału Konstytucyjnego”. Miesiąc później, Dukaczewski w piśmie do premiera wyraził nadzieję, że „sprawa skrzywdzonych przez Raport Antoniego Macierewicza i Komisje Weryfikacyjną żołnierzy i pracowników WSI zostanie w końcu rozwiązana zgodnie z zasadami obowiązującymi w demokratycznym państwie”.
Warto zauważyć, że pretensje byłego szefa WSI do ludzi  Platformy Obywatelskiej, były mocno niesprawiedliwe. Wprawdzie brylujący wówczas w rządowych mediach, M. Dukaczewski tworzył  obraz całkowicie odmienny od faktów i twierdził, że „oficerowie WSI znaleźli się w drugim obiegu, potraktowano ich bardzo źle, wielu ma problemy ze znalezieniem pracy, mają negatywne sygnały w swoich środowiskach, w swoich rodzinach”, to oficjalne statystyki przeczyły tym słowom. Od chwili powstania, rząd D. Tuska szczególnie zabiegał o reaktywację wpływów WSI i przywrócił do służby wielu żołnierzy i funkcjonariuszy tej formacji.

sobota, 20 grudnia 2014

CZYM BYŁA AFERA MARSZAŁKOWA. ROLA B.KOMOROWSKIEGO


Afera marszałkowa – bo tak (od ówczesnej funkcji Bronisława Komorowskiego) nazwałem cykl wydarzeń z lat 2007-2008 jest „matką” wszystkich afer z czasów rządów PO-PSL. Powstały wówczas układ, oparty na relacjach służby-media-politycy stanowił fundament kolejnych patologicznych zdarzeń i do dnia dzisiejszego decyduje o przebiegu wielu procesów publicznych.
Kulisy afery marszałkowej nigdy nie zostały wyjaśnione i zdecydowana większość Polaków nie posiada żadnej wiedzy o jej przebiegu. Autor słów „muszę zobaczyć aneks przed publikacją” skutecznie uchylał od udzielenia odpowiedzi na pytania posłów Prawa i Sprawiedliwości, odmawiał stawienia przed Komisją Weryfikacyjną i wielokrotnie wykorzystywał swoją pozycję, by uciec od składania rzeczowych wyjaśnień.
Nad sprawą zaciągnięto tak szczelną zasłonę milczenia, że opinia publiczna nie miała możliwości zapoznać się z tematem nawet w trakcie kampanii prezydenckiej 2010 roku. Można przypuszczać, że gdyby afera marszałkowa została wyjaśniona, a jej mechanizmy ujawnione, zablokowałoby to dalszą karierę polityczną Komorowskiego i uniemożliwiło mu start w wyborach prezydenckich. Jest wielce prawdopodobne, że odsłonięcie patologicznych relacji już w roku 2008 uchroniłoby nas od niebezpieczeństw wywołanych wpływem „czynnika rosyjskiego” na życie polityczne, zapobiegło knowaniom w ramach konfliktu rząd-prezydent, a w rezultacie utrudniło lub wręcz udaremniło możliwość zastawienia pułapki smoleńskiej.
Przed ośmioma laty rząd Prawa i Sprawiedliwości podjął historyczną decyzję o likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych, zaś Sejm zatwierdził prawo umożliwiające weryfikację oświadczeń żołnierzy tej służby. Pozwoliło to sporządzić dokument o nazwie „Raport o działaniach żołnierzy i pracowników WSI” opublikowany następnie w Monitorze Polskim, na mocy postanowienia Prezydenta Lecha Kaczyńskiego z dnia 16 lutego 2007 r.
W Raporcie, korzystającym z wagi dokumentu urzędowego, zawarto opis dziesiątków wydarzeń, jakie miały miejsce na przestrzeni 15 lat istnienia WSI. Dokument wymienia setki nazwisk żołnierzy i funkcjonariuszy tej służby, nazwiska polityków, dziennikarzy i innych osób publicznych oraz wskazuje na stopień ich odpowiedzialności wobec prawa.
Nazwisko Bronisława Komorowskiego pojawia się na kartach Raportu blisko 60 razy i wymieniane jest w kontekście wielorakiej odpowiedzialności tego polityka.
Nakreślony w Raporcie wizerunek Bronisława w niczym nie przypomina obrazu „spokojnego konserwatysty” i  „męża stanu”, jaki próbują narzucić nam ośrodki propagandy III RP. To wizerunek człowieka, który od początków swojej politycznej kariery wspierał ludzi komunistycznych służb, generałów po moskiewskich uczelniach, żołnierzy wojskowej bezpieki, kursantów GRU oraz osoby oskarżane o korupcję lub współpracę z obcymi służbami. Jako wiceminister i szef resortu obrony Komorowski ponosił odpowiedzialność nie tylko za afery z udziałem ludzi WSI, nieudolność i brak profesjonalizmu tej służby, ale także za realizację polityki kadrowej, która pozwalała na zachowanie w strukturach Wojska Polskiego dominacji wyższych oficerów tzw. Ludowego Wojska Polskiego. Antoni Macierewicz podsumował kiedyś postawę Komorowskiego słowami: „Marszałek Komorowski przez lata chronił ludzi z WSI i powinien za to ponieść odpowiedzialność.”
Likwidacja WSI – tego „peryskopu, za pomocą którego Rosjanie pozyskiwali wiedzę o mechanizmach funkcjonowania naszego państwa” (jak określił tę służbę prof. Andrzej Zybertowicz) sprawiła, że funkcjonujący dotąd triumwirat III RP oparty na relacji służby-biznes –politycy  został mocno zdezorganizowany i osłabiony.
Z tej przyczyny, jedynym z priorytetów rządu Donalda Tuska stało się przywrócenie wpływów środowiska WSI i powrót do wzorca służb ustalonego w roku 2004. Z chwilą przejęcia władzy przez PO, wszelkie działania rządu zostały ukierunkowane na zablokowanie procesu weryfikacji żołnierzy WSI, przejęcie nowopowstałych służb wywiadu i kontrwywiadu wojskowego oraz pełną reaktywację komunistycznego układu. Tuż po powstaniu rządu nastąpiły czystki w służbach specjalnych, szykany wobec ich szefów, przesłuchania i represje wobec nowych funkcjonariuszy kontrwywiadu wojskowego. Kolejne miesiące przyniosły szereg zawiadomień do prokuratury przeciwko członkom Komisji Weryfikacyjnej oraz zawiadomień i pozwów wymierzonych w Antoniego Macierewicza.
W czerwcową noc 2008 roku, Sejm głosami obecnej koalicji uchwalił nowelizację ustawy o SKW i SW, która faktycznie zakończyła proces weryfikacji. W uzasadnieniu noweli napisano wprost: „Projektowane przepisy generalnie otworzą drogę żołnierzom zawodowym zniesionych Wojskowych Służbach Informacyjnych do „zagospodarowania ich” niezależnie od faktu czy Komisja Weryfikacyjna wyda, czy też nie, swoje stanowisko.”
Jednocześnie, na wszelkie sposoby utrudniano pracę Komisji Weryfikacyjnej, dyskredytowano i zastraszano jej członków, pomawiano szefa komisji, a wokół procesu likwidacji WSI wytworzono medialną atmosferę oskarżeń i klimat działań nielegalnych.
Pod koniec 2007 roku rozpoczęto kombinację operacyjną z udziałem ośrodków propagandy, ludzi WSW/WSI, szefostwa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz ówczesnego marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego - nazwaną przeze mnie aferą marszałkową.
Warto podkreślić, że przez pierwsze miesiące rozgrywania sprawy w obszarze publicznym funkcjonowała ona pod nazwą „afera aneksowa”. Wszystkie ośrodki propagandy, blogerzy oraz media kojarzone z opozycją zgodnie używały określenia, które było głównym przekaźnikiem dezinformacji. To określenie miało bowiem sugerować, że aneks do Raportu z Weryfikacji WSI stał się przedmiotem działań aferalnych, korupcyjnych. Takiej tezy dotyczyła "sztandarowa" publikacja gazety "Dziennik" z 19 listopada 2007 r. zatytułowana „Aneks do raportu o WSI na sprzedaż” i opatrzoną nagłówkiem "Każdy może kupić tajne dokumenty". Kolejne publikacje umacniały takie przeświadczenie i stanowiły jeden z podstawowych elementów dezinformacji. Medialnym zwieńczeniem rzekomej „afery aneksowej” była publikacja Anny Marszałek, Michała Majewskiego i Pawła Reszki z kwietnia 2008 roku zatytułowana – „Kto gra aneksem Macierewicza?”. „Handel aneksem Macierewicza", w  której alarmowano: „Po Warszawie od wielu miesięcy biega przeszkolony w Moskwie oficer służb wojskowych, który oferuje sprzedaż aneksu o weryfikacji”.
Żadne z kłamstw rozpowszechnianych przez funkcjonariuszy medialnych nie znalazło potwierdzenia. Nigdy nie było „afery z aneksem”, nigdy też nie wykazano, by nastąpił przeciek z tego dokumentu. Wszelkie oskarżenia i rzekome dowody, o których miesiącami zapewniali nas żurnaliści i rezonujący im „specjaliści” z WSI okazały się fałszywe.
Określenie kombinacja operacyjna, zaczerpnięte z arsenału służb specjalnych, nie jest tu przypadkowe. Chodzi bowiem o cały zespół planowych działań, wzajemnie ze sobą powiązanych i podporządkowanych jednolitej koncepcji. Miały one na celu takie oddziaływanie na przeciwnika, aby przez wprowadzenie go w błąd lub wykorzystanie błędu doprowadzić go do z góry zakładanych zachowań, które umożliwią wykonanie określonych zadań operacyjnych.
Afera marszałkowa polegała zatem na działaniach zmierzających do uzyskania dostępu do tajnego uzupełnienia (aneksu) z Raportu z Weryfikacji WSI, a gdy okazało się to niemożliwe, na skompromitowaniu członków Komisji Weryfikacyjnej oraz dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego. Działania te miały również na celu dezawuowanie treści zawartych w aneksie oraz uprzedzenie ewentualnych zarzutów dotyczących powiązań polityków PO ze środowiskiem byłych WSI. Priorytetem kombinacji pozostawała osłona politycznego „patrona” wojskowych służb - Bronisława Komorowskiego.
18 października 2007r. „Gazeta Polska” zamieściła artykuł Leszka Misiaka zatytułowany „Komorowski i WSI”, w którym nawiązywano do wcześniejszej publikacji tygodnika „Wprost”. W artykule mogliśmy przeczytać o tajemniczym przyjacielu Komorowskiego, który w marcu 2004r. informował Leszka Misiaka o wypadku samochodowym, jakiemu uległ syn Komorowskiego. Dziennikarz napisał:
„W tamtym czasie nie wiedziałem kim jest ów informator, jego nazwisko nic mi nie mówiło. Przedstawiał się jako lobbysta, mówił, że często bywa w Sejmie, kiedyś nawet spotkałem go przed Sejmem. Prawie dwa lata później dowiedziałem się, że to pułkownik WSI, były szef Zarządu I Szefostwa WSW Aleksander L”.
Ujawniając fakt wieloletniej znajomości Komorowskiego z płk L. dziennikarz zakończył pytaniem:„ Jaki interes miał wysoki rangą oficer WSI, by występować jako rzecznik Bronisława Komorowskiego? Co łączy czy łączyło obu panów? Czy była to znajomość prywatna czy też miała inny charakter? Te pytania chcieliśmy zadać marszałkowi Komorowskiemu.”
Komorowski nie znalazł wówczas czasu, by rozmawiać z "GP", zaś asystent marszałka kilkakrotnie przekładał termin wywiadu, odsyłając dziennikarza do sejmowego sekretariatu.
Kilkanaście dni później,  27 października 2007r. „Wprost” powiadomił że „Aneks do raportu komisji weryfikacyjnej Wojskowych Służb Informacyjnych trafił już do prezydenta”. Poinformowano również, że „na najbliższy poniedziałek przed komisję został wezwany były minister obrony narodowej Bronisław Komorowski. Jego wezwanie ma związek z nielegalnymi podsłuchami stosowanymi przez funkcjonariuszy WSI w latach 2000-2001.”
W odpowiedzi na to doniesienie, Komorowski oświadczył: „są to próby podważenia mojej wiarygodności. Nie tylko próbuje się stworzyć sprawę nieistniejącą, bo żadnej inwigilacji opozycji, w czasach gdy ja byłem ministrem, w moim najgłębszym przekonaniu, nie było, ale również próbuje się stworzyć wrażenie, że jest o co mnie przesłuchiwać”.
30 października 2007r. w „Rzeczpospolitej” napisano: „Nazwiska Komorowskiego, Onyszkiewicza, Kalisza, Szmajdzińskiego i Rusaka znajdują się w aneksie do raportu o Wojskowych Służbach Informacyjnych”.
Antoni Macierewicz, pytany wówczas o powód wezwania przez Komisję tych osób, uzasadnił to następująco: „Ustalenia, które są w aneksie do raportu o WSI, wymagają, aby ci panowie się do nich ustosunkowali. Jeśli tego nie zrobią, to trudno, aneks i tak zostanie opublikowany”. Jednocześnie Macierewicz przypomniał, że po opublikowaniu Raportu z Weryfikacji WSI pojawiły się zarzuty, iż szereg osób nie miało możliwości złożenia wyjaśnień, a gdyby ją miały, to "sprawy byłyby inaczej opisane". Macierewicz zaznaczył więc, że „wszyscy wezwani przez komisję będą się mogli odnieść do dokumentów i informacji, na podstawie których aneks został napisany.”

sobota, 14 czerwca 2014

PROCES


Proces sądowy w sprawie afery marszałkowej rozpoczął się 8 czerwca 2011 roku przed Sądem Okręgowym w Warszawie. Na liście świadków znajdowały się m.in. nazwiska Bronisława Komorowskiego, Krzysztofa Bondaryka, Pawła Grasia, Antoniego Macierewicza oraz znanych postaci życia publicznego i wysokich rangą oficerów służb specjalnych.
Już w grudniu 2009 roku, po opublikowaniu komunikatu o skierowaniu do sądu aktu oskarżenia, Wojciech Sumliński, w wywiadzie udzielonym PR1 wyraził nadzieję, że proces odbędzie się przy otwartej kurtynie. To bardzo ważna okoliczność, ponieważ od początku istniała obawa, iż proces może przebiegać pod dyktando pułkownika komunistycznej bezpieki Aleksandra L. W akcie oskarżenia, ten były szef Zarządu I Szefostwa WSW przyznał się do winy i chciał dobrowolnie poddać karze 2 lat więzienia w zawieszeniu na 5 lat oraz karze grzywny w wysokości 50 tys. zł. Prokuratura poparła to rozstrzygnięcie. Nietrudno zrozumieć, że decyzja Aleksandra L. o przyznaniu do winy wywarła niekorzystny wpływ na pozycję procesową drugiego oskarżonego, a w powstałej sytuacji można było się spodziewać, iż zeznania oficera WSW będą obciążające dla dziennikarza.
Podczas pierwszego posiedzenia sądu doszło do kuriozalnej sytuacji. Obecni na rozprawie Antoni Macierewicz i Piotr Bączek złożyli wniosek o umożliwienie im uczestnictwa w procesie w charakterze oskarżycieli posiłkowych. Wniosek poparł oskarżony Wojciech Sumliński i jego obrońcy, jednak prokurator wyraźnie się temu sprzeciwił.
Obrońcy dziennikarza wskazali na podstawy prawne, w oparciu o które Antoni Macierewicz i Piotr Bączek powinni zostać oskarżycielami posiłkowymi. Wypowiadając się na temat sprawy Antonii Macierewicz wielokrotnie podkreślał, że jego zdaniem na ławie oskarżonych powinien zasiąść nie Wojciech Sumliński, a były oficer WSI ppłk Leszek T. oraz obecny prezydent, Bronisław Komorowski. Antoni Macierewicz złożył w tej sprawie odpowiednie wnioski do prokuratury, nie zostały one jednak uwzględnione.
Do dziś odbyło się kilkadziesiąt rozpraw, podczas których zeznawali m.in. Paweł Graś, Krzysztof Bondaryk, Leszek Pietrzak, Antonii Macierewicz, Sławomir Cenckiewicz.
Zeznań przed sądem nigdy już nie złoży główny i jedyny świadek oskarżenia, ppłk. Leszek Tobiasz. Przez wiele miesięcy Tobiasz skutecznie unikał stawienia w sądzie. Wojciech Sumlinski twierdził: „Tobiasz nie był przesłuchany na żadnej rozprawie - był wzywany na rozprawy i nigdy się nie stawiał - nie wiadomo dlaczego. Na ostatniej rozprawie był nawet sen. Romaszewski, który pytał: "czy można tak nie stawiać się bez końca".

wtorek, 14 stycznia 2014

PRZED PRAWEM…


Przed prawem stoi strażnik. Do strażnika zgłasza się człowiek ze wsi i prosi o pozwolenie wejścia do prawa. Ale strażnik powiada, że na razie nie może mu pozwolić na wejście. Człowiek zastanawia się, a potem pyta, czy wobec tego będzie mu wolno wejść później.
 - To możliwe - mówi strażnik - ale teraz nie.
Ponieważ brama do prawa stoi otworem, jak zawsze, a strażnik ustępuje na bok, człowiek pochyla się, aby zajrzeć przez bramę do środka. Gdy strażnik to spostrzega, śmieje się i mówi:
- Jeśli cię to tak nęci, spróbuj wobec tego wejść pomimo mego zakazu. Lecz zapamiętaj sobie: jestem potężny. A jestem tylko najniższym strażnikiem. Lecz przed każdą salą znajdują się strażnicy coraz potężniejsi. I nawet ja nie mogę już znieść widoku trzeciego strażnika.
Człowiek ze wsi nie spodziewał się takich trudności; prawo powinno być przecież dostępne dla wszystkich i zawsze, myśli sobie, lecz gdy dokładniej ogląda teraz strażnika w kożuchu, gdy widzi jego wielki szpiczasty nos i jego długą, rzadką, czarną tatarską brodę, postanawia jednak raczej zaczekać, aż otrzyma pozwolenie na wejście. Strażnik podaje mu stołek i pozwala mu usiąść z boku przed bramą. Siedzi tam dniami i latami.
Podejmuje wiele prób, aby wpuszczono go do środka, i zamęcza strażnika prośbami. Strażnik poddaje go często małym przesłuchaniom, wypytuje o jego ojczyznę i o wiele innych spraw, ale są to pytania obojętne, takie, jakie stawiają wielcy panowie, a na koniec wciąż mu powtarza, że jeszcze nie może go wpuścić.
Człowiek, który dobrze zaopatrzył się na tę podróż, oddaje wszystko, nawet to, co najkosztowniejsze, aby przekupić strażnika. Ten przyjmuje wprawdzie wszystko, lecz mówi przy tym:
- Biorę to tylko dlatego, abyś był spokojny, żeś nie zaniedbał niczego.
W ciągu długich lat człowiek obserwuje strażnika prawie bez przerwy. Zapomina o innych strażnikach i ten pierwszy wydaje mu się jedyną przeszkodą do wejścia do prawa. Przez pierwsze lata przeklina swój nieszczęśliwy los brutalnie i głośno, Później, gdy się już postarzał, mruczy tylko coś do siebie. Dziecinnieje, a ponieważ dzięki długoletniej obserwacji strażnika poznał nawet pchły na kołnierzu jego kożucha, prosi więc także pchły, aby mu przyszły z pomocą i zmieniły humor strażnika. Wreszcie wzrok jego słabnie i nie wie już, czy to wokół niego robi się ciemno, czy też oczy go oszukują. Ale dobrze widzi teraz w ciemności blask, który bez przerwy bije z bramy prawa. Niewiele mu już teraz życia pozostało. Przed śmiercią wszystkie doświadczenia całego tego czasu zlewają się w jego głowie w jedno pytanie, którego dotychczas nie postawił jeszcze strażnikowi. Przyzywa go, gdyż nie może już wyprostować swego zesztywniałego ciała. Strażnik musi się pochylić ku niemu bardzo głęboko, ponieważ różnica ich wzrostu zmieniła się bardzo na niekorzyść człowieka.
- Cóż jeszcze teraz chcesz wiedzieć? - zapytuje strażnik. - Jesteś nienasycony.
- Wszyscy przecież pragną prawa – powiada człowiek - jak więc to się dzieje, że przez te wszystkie lata nikt inny poza mną nie domagał się wejścia?
Strażnik poznaje, że nadchodzi koniec człowieka, i aby dosięgnąć jeszcze jego zanikający słuch, krzyczy do niego:
- Tędy nie mógł przejść nikt inny oprócz ciebie, gdyż to wejście było przeznaczone tylko dla ciebie. Teraz odchodzę i zamykam je.

…I SPRAWIEDLIWOŚCIĄ

Apolog Kafki nie jest tekstem politycznym. Nie da się dopasować go do spraw bieżących; spuentować nim afer, opisać działania służb, zanalizować politycznych strategii. Ksiądz, który opowiedział tę przypowieść Józefowi K. wyraźnie zaznaczył: „Łudzisz się co do sądu. We wprowadzeniach do prawa jest mowa o takiej pomyłce…”.
Dlatego nie będę protestował, gdy jako pomyłkę uznają go ci, którzy oczekiwali innego komentarza, a w jego miejsce otrzymują kawałek literatury. Pasujący raczej do podręcznika licealisty niż politycznego blogu bezdekretu.
Przyznaję: nie znalazłem trafniejszych słów, by powiedzieć o tym co jest. I co być może, jeśli wybierzemy złudzenia. Bo alegoria Kafki nie kończy się „przed Prawem”. Jak twierdził Herling Grudziński, wymaga dopełnienia o ostatnie słowa „Procesu”:  
Logika wprawdzie jest niewzruszona, ale człowiekowi, który chce żyć, nie może się ona oprzeć. Gdzie był sędzia, którego nigdy nie widział? Gdzie był wysoki sąd, do którego nigdy nie doszedł? Podniósł ręce i rozwarł wszystkie palce.
Ale na gardle jego spoczęły ręce jednego z panów, gdy drugi tymczasem wepchnął mu nóż w serce i dwa razy w nim obrócił.
Gasnącymi oczyma widział jeszcze K., jak panowie, blisko przed jego twarzą, policzek przy policzku, śledzili ostateczne rozstrzygnięcie. "Jak pies!" - powiedział do siebie: było tak, jak gdyby wstyd miał go przeżyć.”

wtorek, 7 maja 2013

WĘGIERSKI EPILOG AFERY MARSZAŁKOWEJ

Opisana przed kilkoma dniami afera, w której ludzie węgierskich służb specjalnych i mafii zbierali haki na partię opozycyjną, ujawnia mechanizmy znane nam doskonale z afery marszałkowej. Przypomnienie tych mechanizmów skłania jednocześnie do smutnej refleksji nad jakże różnym finałem obu spraw.
Z tekstu Grzegorza Górnego opublikowanego w portalu wpolityce.pl wynika, że węgierski parlament powołał speckomisję mającą wyjaśnić okoliczności działań podejmowanych przez służby w 2008 roku. Władzę na Węgrzech sprawowali wówczas socjaliści, a z przedwyborczych sondaży niezbicie wynikało, że najbliższe wybory wygra Fidesz Viktora Orbana. Ta perspektywa sprawiła, że w czerwcu 2008 roku doszło do spotkania Tamasa Portika, jednego z mafijnych bossów z Sandorem Laborcem, szefem węgierskiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Rok wcześniej partia opozycyjna ujawniła, że Sandor Laborc zataił w swoim życiorysie niewygodny dlań okres, czyli studia w moskiewskiej Akademii Wojskowo-Politycznej im. Feliksa Dzierżyńskiego. Polskim absolwentom tej zacnej uczelni warto przypomnieć słowa Ervina Demetera, byłego szefa węgierskich służb specjalnych, który stwierdził, że „absolwenci tej akademii automatycznie stawali się agentami KGB”. Mimo sprzeciwów opozycji, Laborca wybrano jednak szefem węgierskiego BBN, a w lutym 2008 roku został nawet przewodniczącym Komitetu Wywiadu NATO.
Podczas spotkania w roku 2008, Tamas Portik zaoferował Laborcowi zamieszczanie materiałów promujących partię socjalistyczną na kontrolowanych przez mafię stronach internetowych. Szef BBN miał jednak inny pomysł. Chciał, by Portik organizował prowokacje wobec polityków Fideszu, składając im m.in. propozycje korupcyjne i nagrywając odpowiednie komprmateriały. Miały zostać wykorzystane do szantażowania członków partii Viktora Orbana. Na takie działania obie strony uzyskały zgodę ówczesnego ministra ds. służb specjalnych, György’a Szilvásy’ego.

poniedziałek, 27 lutego 2012

STAN PODLEGŁOŚCI


Śmierć płk. Leszka Tobiasza i kryjące się za nią okoliczności dotyczące afery marszałkowej powinny zwrócić uwagę na bezprecedensowy w demokratycznych krajach fakt, iż głową państwa jest dziś człowiek uwikłany w rozliczne kontakty z ludźmi wojskowej bezpieki i wysokimi oficerami „ludowego” wojska.
Zmarły przed kilkoma dniami główny świadek oskarżenia w procesie przeciwko Wojciechowi Sumlińskiemu należał z pewnością do ludzi, którzy posiadali istotną wiedzę o Bronisławie Komorowskim. To płk Leszek Tobiasz miał zgłosić się do Komorowskiego 21 listopada 2007 r. z propozycją przedstawienia dowodów na korupcyjną działalność Komisji Weryfikacyjnej i przez kolejne tygodnie wielokrotnie odwiedzał ówczesnego marszałka Sejmu. To ten człowiek był uczestnikiem tajnej narady z Bronisławem Komorowskim, Krzysztofem Bondarykiem, Grzegorzem Reszką i Pawłem Grasiem, podczas której poczyniono ustalenia w zakresie działań dotyczących członków Komisji Weryfikacyjnej. W następstwie tych ustaleń Tobiasz został przewieziony przez Bondaryka do siedziby ABW, gdzie złożył zawiadomienie o podejrzeniu rzekomej korupcji. Choć wobec Tobiasza toczyły się postępowania prokuratorskie, a w roku 2011 został skazany prawomocnym wyrokiem na pół roku więzienia w zawieszeniu – należał do osób obdarzonych szczególnym zaufaniem organów III RP.
Nagła śmierć głównego świadka oskarżenia uniemożliwi realizację wniosku Wojciecha Sumlińskiego o przeprowadzenie konfrontacji pomiędzy płk. Tobiaszem, płk. Aleksandrem L. oraz Bronisławem Komorowskim – w celu wyjaśnienia rozlicznych rozbieżności istniejących w zeznaniach tych osób.
To wydarzenie nakazuje spojrzeć w stronę samego Bronisława Komorowskiego. Ludzie, których darzył zaufaniem, nie służyli bowiem w armii stojącej na straży polskich granic, a ich zadanie nie polegało na obronie naszej niepodległości. Służby wojskowe PRL nie miały zaś nic wspólnego z ich odpowiednikami w armiach wolnego świata.
Z instrukcji „o działalności kontrwywiadowczej w siłach zbrojnych PRL” wynika, iż podstawowe zadanie kontrwywiadu wojskowego polegało na „ochronie wojska przed oddziaływaniem sił antysocjalistycznych i ośrodków dywersji ideologicznej” oraz „wykrywaniu w wojsku przestępstw, zwłaszcza charakteru politycznego”, zaś tzw. wywiad wojskowy miał zajmować się „zdobywaniem, opracowywaniem i przekazywaniem kierownictwu Partii i Rządu, kierownictwu Ministerstwa Obrony Narodowej i siłom zbrojnym PRL materiałów i informacji wywiadowczych o potencjalnych przeciwnikach Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i państw wspólnoty socjalistycznej.”
Sławomir Cenckiewicz, który przez lata studiował archiwa LWP, nie miał najmniejszych wątpliwości pisząc, że „armia PRL stała się głównym gwarantem wpływów i kontroli sowieckiej nad Polską”, zaś na zakończenie swojej fundamentalnej pracy „Długie ramię Moskwy” doszedł do jednoznacznej konkluzji : „Przez wiele lat byłem skłonny wierzyć tym wszystkim, którzy powtarzali, że wyjąwszy politruków z Głównego Zarządu Politycznego, większość oficerów LWP była polskimi patriotami. Badania nad wywiadem wojskowym PRL [...] nakazały negatywnie zweryfikować te zapewnienia. Analizując przez lata tysiące dokumentów, materiałów operacyjnych i akt personalnych oficerów, doszedłem do przekonania, że LWP było niemal w pełni zsowietyzowane. Ta książka jest ostatecznym pożegnaniem z mitem o „patriotach w mundurach” z LWP.”
Choć głos historyka dalece odbiega od oficjalnej propagandy III RP, nakazującej postrzegać w żołnierzach LWP „ludzi honoru” i przyrównywać tradycje tej armii z dziejami polskiego oręża - warto na związki Bronisława Komorowskiego patrzeć nie tylko w perspektywie historycznej, ale też poprzez obecną postawę lokatora Belwederu i jego stosunek do kremlowskiego reżimu. Tym bardziej, jeśli mamy świadomość, że dla Komorowskiego istnieje cienka granica, między dwiema skrajnymi postawami, a granicę tę wyznacza...przypadek.
Gdy na początku lat 90. ten nauczyciel historii z Niższego Seminarium Duchownego w Niepokalanowie i przewodniczący Fundacji Pomocy Bibliotekom Polskim, trafił nagle do ministerstwa obrony narodowej, kierował nim jeszcze gen.Florian Siwicki, dowódca 2 armii LWP podczas interwencji w Czechosłowacji, jeden z twórców stanu wojennego. Atutem Komorowskiego miał być fakt, że umiał rozmawiać z „czerwonymi” generałami i potrafił ułożyć sobie stosunki z Siwickim. Na czym polegała umiejętność nowego wiceministra możemy wnioskować z relacji samego Komorowskiego. Wspominał on, że Siwicki zagadnął go kiedyś: „A wie pan, że ja mogłem być teraz w Londynie, ale nie zdążyłem do armii Andersa”. „Wtedy zrozumiałem – mówił Komorowski – że życiem rządzi przypadek. Przecież on przez to, że nie zdążył, został komunistą, a ja przez to, że urodziłem się odpowiednio późno – zostałem antykomunistą”.
Zgodnie z tą życiową filozofią, Bronisław Komorowski nie mógł w „przypadkowych komunistach” i oficerach LWP widzieć zbrodniarzy lub zdrajców – nawet, jeśli w 2006 roku Główna Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu postawiła Siwickiego w stan oskarżenia za zbrodnie komunistyczne.
Negatywny stosunek do lustracji i dekomunizacji w wojsku, Komorowski manifestował od początku pracy w MON. Wtedy, gdy struktury postkomunistyczne były najsłabsze, a opinia publiczna pamiętała zbrodnie stanu wojennego, on chronił aparat postsowiecki, tłumacząc np., że wywiad wojskowy nie pracował na rzecz ZSRR, a zarzuty o patologiach istniejących w WSI są „efektem inspiracji służb cywilnych”.  
Pytany w roku 1992: „Na czym polegają patologiczne układy w służbach specjalnych MON?- Komorowski odpowiadał: - „Nie wiem. Nie podzielam spiskowej teorii dziejów. Przez dwa lata pracy w MON nie zetknąłem się z sytuacjami, które mogłyby potwierdzić istnienie takich układów”. Było to zaledwie kilka miesięcy po sporządzeniu poufnego raportu tzw. komisji Okrzesika, w której opisano m.in. szereg nieprawidłowości i nadużyć finansowych w dawnym Szefostwie WSW; przedstawiono działania tej służby przeciwko opozycji politycznej, przypadki niszczenia akt, a przede wszystkim, potwierdzono fakt ścisłej współpracy oficerów WSW ze służbami sowieckiego okupanta. 
Natomiast w roku 2005, gdy prasa szeroko rozpisywała się na temat działań WSI, Komorowski dywagował: „nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że niezweryfikowanie WSI to jeden z grzechów pierworodnych III RP. A to, że tyle się ostatnio mówi o wszelkich patologiach w WSI..., cóż, jestem przekonany, że są to działania z inspiracji służb cywilnych. To efekt walki między tymi dwiema instytucjami - może z zewnątrz wcale tak niewyglądającej, ale w gruncie rzeczy zdrowej rywalizacji.”
Od początku swojej pracy w MON Komorowski musiał cieszyć się niezwykłym zaufaniem oficerów wojskowej bezpieki. Krzysztof Wyszkowski w piśmie procesowym złożonym w toku postępowania przed Sądem Okręgowym w Gdańsku, złożył wniosek o powołanie na świadka Bronisława Komorowskiego - „na okoliczność współpracy Lecha Wałęsy z SB”. W uzasadnieniu wniosku Wyszkowski napisał: „Jako wiceminister ON poinformował mnie, po pierwszej turze wyborów prezydenckich w r. 1990, że otrzymał z WSI szczegółowe informacje w sprawie zawartości tzw. czarnej teczki Tymińskiego, czyli dokumentów potwierdzających współpracę Lecha Wałęsy z SB.” Nowy wiceminister obrony był zatem dla ludzi wojskowego kontrwywiadu człowiekiem godnym zaufania, skoro dzielono się z nim tak szczególną wiedzą. Jak wiemy, słynną „czarną teczkę” Tymińskiego z materiałami obciążającymi Wałęsę, miały przygotować służby wojskowe.
Było to zaufanie wzajemne, ponieważ w tym samym czasie Komorowski awansował na szefa kontrwywiadu płk Lucjana Jaworskiego, tropiącego w latach 80. „wrogów ojczyzny” spod znaku  konspiracyjnych „Wiadomości”, ˝Tygodnika Wojennego˝, czy „Robotnika”. Składając wyjaśnienia przed Komisją Weryfikacyjną płk Jaworski stwierdził, że  „minister Komorowski zgodził się, abym mógł dobierać sobie ludzi do kontrwywiadu”. To wówczas pozytywną weryfikację przeszli: płk Aleksander L. (szef Zarządu I Szefostwa WSW) i ppłk Leszek Tobiasz, przyjęci przez Komorowskiego do kontrwywiadu. Ten drugi – przyjaciel płk Jaworskiego należał w latach 80. do prześladowców opozycji niepodległościowej, a po roku 1990 zajmował się penetracją Kościoła i środowiska dziennikarskiego. Z teczki Nadzoru Szczególnego Kryptonim "Anioł", założonej 28 lutego 2002 roku w związku z pozyskiwaniem materiałów kompromitujących abp. Juliusza Paetza wynika, że oficerem odpowiedzialnym za tę robotę był Leszek Tobiasz.
Nie jest też prawdą, jak twierdził Komorowski, że w latach 90 sam usunął płk L. ze służby. Odejście szefa Zarządu I WSW nastąpiło w efekcie ujawnienia wniosków zawartych w „Raporcie podkomisji nadzwyczajnej do zbadania działalności byłej WSW”, w której zwrócono uwagę na nieprawidłowości i przestępstwa, jakie miały miejsce w WSW.
O tym, że związki z L. przetrwały próbę czasu, może świadczyć wydarzenie opisane przed laty przez Leszka Misiaka. Przypomniał on, że gdy w roku 2004 syn Komorowskiego został potrącony przez samochód jednego z najbogatszych Polaków, o fakcie tym poinformował Misiaka właśnie płk. Aleksander L., przedstawiając się jako rzecznik i znajomy Komorowskiego. Do dziś nie wiemy: jakie związki łączyły Komorowskiego z głównym aktorem afery marszałkowej, podejrzewanym przez ABW o współpracę z rosyjskim wywiadem.
Kilka lat później, gdy Komorowski pełnił już funkcję ministra obrony narodowej, podejmowane przez niego decyzje świadczyły o szczególnym zaufaniu, jakim obdarzał  ludzi wojskowej bezpieki. To on był wówczas protektorem dalszej kariery gen Bolesława Izydorczyka, kursanta GRU z 1989 roku i szefa WSI z lat 1992-94. W roku 2000 związki Izydorczyka ze służbami sowieckimi i rosyjskimi były przedmiotem zainteresowania Biura Bezpieczeństwa Wewnętrznego WSI, w ramach sprawy o krypt. „GWIAZDA” oraz postępowania sprawdzającego, w związku z ubieganiem się przez generała o wydanie poświadczenia bezpieczeństwa. Ustalono m.in., że latem 1992 r. Izydorczyk spotkał się w Zakopanem z rezydentem służb rosyjskich w okolicznościach „które jednoznacznie wskazywały na spotkanie wywiadowcze”. W liście do ministra Komorowskiego, ówczesny szef WSI Tadeusz Rusak pisał, że „analiza całego materiału […] skłania nas do stwierdzenia, iż gen. dyw. Izydorczyk celowo może ukrywać fakty związane z okresem pobytu w Moskwie” i odmówił wydania certyfikatu. Musiał to jednak uczynić – jak sam stwierdził - „na skutek nacisków szefa MON ministra Bronisława Komorowskiego”. Dzięki Komorowskiemu Izydorczyk uzyskał certyfikat bezpieczeństwa NATO do dokumentów oznaczonych klauzulą „ściśle tajne” i mógł wyjechać do Brukseli, gdzie objął funkcję Dyrektora Partnership Coordination Cell (PCC) w Mons. Przebywał tam do 2003 r. mając dostęp do informacji stanowiących najwyższe tajemnice NATO. W tym samym czasie media ujawniły, że związany z Grzegorzem Żemkiem i aferą FOZZ płk Zenon Klamecki, zastępca szefa Zarządu III WSI, kontaktował się z autorami filmu „Dramat w trzech aktach” (o rzekomym udziale Jarosława i Lecha Kaczyńskich w aferze FOZZ). W obronie Klameckiego stanął natychmiast minister Komorowski, tłumacząc mediom, że Klamecki jest „restrukturyzowany”.
Okres ministrowania Komorowskiego w MON to czas, gdy w polskim sejmie grupa oficerów WSI stosując techniki operacyjne podsłuchiwała rozmowy posłów z sejmowej Komisji Obrony, którzy decydowali o losach trzech ogromnych przetargów: na zakup samolotu wielozadaniowego, transportera opancerzonego i przeciwpancernego pocisku kierowanego. To także czas przestępczej działalności fundacji „Pro Civili” zarządzanej przez ludzi WSI,  storpedowania reformy szkolnictwa wojskowego, przeprowadzenia kombinacji operacyjnej przeciwko wiceministrowi Szeremietiewowi, gospodarczej „aktywności” oficerów WSI w Wojskowej Akademii Technicznej, działalności prywatnej Szkoły Wyższej Warszawskiej i Fundacji Rozwoju Edukacji i Techniki, które również okazały się biznesem kierowanym przez WSI, sprzedaży gruntów Wojskowego Instytutu Medycznego firmie Euro-Medical Lilianny Wejchert czy zakupu bez przetargu samolotów CASA, pozbawionych w Polsce centrum serwisowego.. To wówczas zabrakło pieniędzy na żołd dla żołnierzy, kolejka kadry oficerskiej czekającej na mieszkanie wzrosła do 17 tys. osób., a eksport uzbrojenia spadł do 20 mln dolarów rocznie. Ostatnia decyzja Komorowskiego na stanowisku ministra MON – podjęta miesiąc po atakach terrorystycznych na Nowy Jork i Waszyngton - dotyczyła zaś drastycznego obniżenia zarobków żołnierzy jednostki GROM. Na skutek tej decyzji, w lutym 2003 r. odeszło z GROM- u  czterdziestu doskonale wyszkolonych żołnierzy, czyli połowa składu jednostki.
Za wieloma z tych zdarzeń kryją się również nazwiska znajomych i współpracowników Bronisława Komorowskiego: gen. Adama Tylusa, gen. Bogusława Smólskiego, gen. Mariana Robełka, gen. Andrzeja Ameliańczyka, płk. Henryka Demiańczuka, mjr. Smolińskiego czy gen. Pawła Nowaka.
Przed pięcioma laty rząd PiS podjął historyczną decyzję o likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych, a Sejm zatwierdził prawo umożliwiające weryfikację oświadczeń żołnierzy tej służby oraz sporządzenie „ Raportu o działaniach żołnierzy i pracowników WSI” opublikowanego następnie w Monitorze Polskim na mocy postanowienia Prezydenta RP z dnia 16 lutego 2007 r. W Raporcie, korzystającym z wagi dokumentu urzędowego zawarto szczegółowy opis setek patologii, jakie miały miejsce w WSI, na przestrzeni 15 lat istnienia tej formacji; licznych przypadków korupcji, nadużywania władzy, przestępstw gospodarczych i skarbowych. Dokument wymienia setki nazwisk żołnierzy, polityków, dziennikarzy i innych osób publicznych oraz wskazuje na stopień ich odpowiedzialności wobec prawa.
Nazwisko Bronisława Komorowskiego pojawia się na kartach Raportu ponad 60 razy i wymieniane jest w kontekście wielorakiej odpowiedzialności tego polityka. To dostateczny powód, by Komorowski stał się najzagorzalszym krytykiem procesu likwidacji WSI i na przestrzeni ostatnich lat w niewybrednych słowach atakował jego autorów, podważając polityczne znaczenie tego aktu. Nazwisko dzisiejszego prezydenta miało się również przewijać w niepublikowanym uzupełnieniu do Raportu. Tam też miały znaleźć się informacje kompromitujące wpływowych polityków Platformy Obywatelskiej. To z kolei wydaje się dostatecznym powodem dla rozpętania afery marszałkowej i poszukiwania sposobów na zdyskredytowanie Komisji Weryfikacyjnej.
Wizerunek Bronisława Komorowskiego, nakreślony w Raporcie z Weryfikacji WSI w niczym nie przypomina obrazu „spokojnego konserwatysty” i  „męża stanu” – usilnie narzucanego przez media III RP. To wizerunek człowieka, który od początków swojej politycznej kariery wspierał ludzi z aparatu komunistycznych służb, generałów po moskiewskich uczelniach ,żołnierzy wojskowej bezpieki prześladujących polskie społeczeństwo, kursantów GRU oraz ludzi oskarżanych o korupcję czy współpracę z wrogimi Polsce służbami. Jako wiceminister i szef resortu obrony, Komorowski odpowiada nie tylko za afery z udziałem ludzi WSI, za nieudolność i brak profesjonalizmu tej służby, ale także za realizację polityki kadrowej, która pozwalała na zachowanie w strukturach Wojska Polskiego dominacji wyższych oficerów LWP, ludzi o skostniałych,  prosowieckich poglądach - wywodzących się z formacji, która w okresie PRL-u kontynuowała zbrodnicze tradycje Informacji Wojskowej.
Antoni Macierewicz podsumował kiedyś postawę Komorowskiego słowami: „Marszałek Komorowski przez lata chronił ludzi z WSI i powinien za to ponieść odpowiedzialność.” Dziś ochrona ludzi WSI wykracza poza obszar politycznej i personalnej protekcji i dotyczy planów przeprowadzenia „systemowych reform” służb specjalnych. Koncepcje prezydenckiego BBN-u zmierzają wprost do odtworzenia stanu sprzed 2006 roku i mają cofnąć nas w epokę układu personalnego byłych WSI. To najgroźniejsza konsekwencja obecnej pozycji Komorowskiego i jego przeświadczenia o całkowitej bezkarności. 
Człowiek, który doskonale znał realia sowieckiego zniewolenia, były agent GRU Wiktor Suworow, na wieść o likwidacji WSI powiedział:
Ludzie szkoleni w Moskwie nigdy nie przestaną służyć Moskwie. Niezależne od tego, czy na Kremlu będzie zasiadał car, Putin czy gensek, oni zawsze będą niewolnikami Moskwy. Zależność ta jest zaprogramowana w mózgach wszystkich, których Moskwa wykształciła. Oficerowie, którzy byli szkoleni przez sowieckie służby, nigdy nie powinni pracować w służbach niepodległej Polski. Oni nie są niepodlegli.”



 

Artykuł opublikowany w nr 8/2012 Gazety Polskiej po tytułem „Wojskowa twarz Bronisława Komorowskiego”.

niedziela, 19 lutego 2012

BO NAJPIĘKNIEJ MILCZY TRUP...

Z przebiegu ostatniej rozprawy przeciwko Wojciechowi Sumlińskiemu i Aleksandrowi L., z dnia 30 stycznia 2012 roku jednoznacznie wynika, że oskarżony Aleksander L. zapowiedział, iż podczas kolejnego posiedzenia wyznaczonego na dzień 1 marca br. ujawni  kulisy prowokacji dokonanej przez płk Leszka Tobiasza. W związku z tą zapowiedzią, sędzia Stanisław Zdun oczekiwał od oskarżonego i jego obrońcy ewentualnego wniosku o utajnienie rozprawy i przeprowadzenia jej w sali Sądu Najwyższego wyposażonej w odpowiednie urządzenia antypodsłuchowe.
30 stycznia br. sąd zdecydował także o wystosowaniu kolejnego wezwania do Leszka Tobiasza. Z przebiegu poprzednich rozpraw wiemy, że wysyłane dwukrotnie wezwania nie były odbierane przez adresata, a świadek ten nie składał jeszcze zeznań przed sądem. 
Również Wojciech Sumliński deklarował, że będzie chciał zadać Tobiaszowi szereg pytań i wykaże, iż główny świadek prokuratury jest kłamcą, zaś sprawa oskarżenia została spreparowana przez ludzi służb specjalnych. W oświadczeniu opublikowanym na portalu wpolityce Sumliński informował:
Gdyby udało się przesłuchać płk. Tobiasza, gdybym zadał mu przygotowane przeze mnie pytania, to myślę, że nikt by... Zresztą tak powiedziałem podczas ostatniej rozprawy, że nie mogę się doczekać spotkania w sądzie z płk. Tobiaszem i tego momentu, w którym zadam mu te pytania i jestem ciekaw jego odpowiedzi na te pytania - to jest w aktach sprawy. I mówiłem o tym, że gdy padną te pytania, to wtedy każdy  zobaczy, "jaki koń jest". Tak, jak udało się wykazać, że Lichodzki kłamał, tak samo bez problemu wykazałbym to odnośnie Tobiasza.”
Sumliński zapowiadał także, że po zeznaniach pułkownika będzie chciał ewentualnie uzupełnić swoje zeznania oraz złożyć nowe wnioski dowodowe.
Dziś już wiemy, że śmierć głównego świadka przekreśli te plany, a powstała obecnie nowa sytuacja procesowa utrudni oskarżonym prowadzenie skutecznej obrony.
Warto przypomnieć, że całość oskarżenia przeciwko Wojciechowi Sumlińskiemu o „płatną protekcję” oparto na doniesieniu złożonym przez byłego pułkownika WSW/WSI Leszka Tobiasza - żołnierza Oddziału 33. Zarządu III WSI. Tobiasz - absolwent moskiewskich kursów GRU, pracował w charakterze oficera operacyjnego ataszatu w Moskwie, w tym samym czasie, gdy na placówce tej przebywał Tomasz Turowski – późniejszy ambasador tytularny.  W okresie PRL-u Tobiasz zajmował się prześladowaniem opozycji niepodległościowej, zaś w okresie rządów SLD - UP był odpowiedzialny za działania wobec hierarchów Kościoła katolickiego, a następnie - do chwili rozwiązana WSI - za inwigilację i pozyskiwanie dziennikarzy. W sprawie Tobiasza prokuratury wojskowe prowadziły od 2006 r. dwa śledztwa: z doniesienia podwładnych o fałszowanie dokumentów i z doniesienia Komisji Weryfikacyjnej WSI o złożenie nieprawdziwego oświadczenia weryfikacyjnego. W lipcu 2011 roku Leszek Tobiasz został prawomocnie skazany na pół roku więzienia w zawieszeniu, za przekroczenie uprawnień. Sądy uznały za przestępstwo wezwanie przezeń do WSI pewnego oficera – po to, by uniemożliwić mu udział w ważnym głosowaniu. Przeszłość Tobiasza nie przeszkadzała prokuraturze traktować tego świadka jako w pełni wiarygodnego i na podstawie jego donosu przez wiele miesięcy podejmować działania wobec dziennikarza i członków Komisji Weryfikacyjnej WSI.
Proces Wojciecha Sumlińskiego oraz związana z nim sprawa afery marszałkowej - „matki” wszystkich późniejszych afer za czasów rządów PO-PSL,  - jest zgodnie przemilczany przez ośrodki propagandy III RP. Chociaż na liście świadków znajdują się m.in. Bronisław Komorowski, szef ABW Krzysztof Bondaryk czy rzecznik rządu Paweł Graś, a także znani dziennikarze i wysocy rangą byli oficerowie WSI – media mainstreamowe nie informują Polaków o przebiegu tego ważnego procesu.
Przyczyna wydaje się prosta. Sprawa dotyczy bowiem kombinacji operacyjnej z udziałem ludzi WSW/WSI, szefostwa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz ówczesnego marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego, rozgrywanej w latach 2007-2008. Celem kombinacji było uzyskanie dostępu do tajnego aneksu z Raportu z Weryfikacji WSI, a gdy okazało się to niemożliwe – podjęcie działań zmierzających do oskarżenia członków Komisji Weryfikacyjnej WSI oraz dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego. Chodziło przy tym o zdezawuowanie treści zawartych w aneksie oraz uprzedzenie ewentualnych zarzutów dotyczących powiązań polityków Platformy ze środowiskiem byłych WSI. Priorytetem kombinacji pozostawała osłona politycznego „patrona” wojskowych służb - Bronisława Komorowskiego, autora słów „muszę zobaczyć aneks przed publikacją”.
Osobą odpowiednią do przeprowadzenia tej akcji wydawał się były szef komunistycznego kontrwywiadu wojskowego płk Aleksander L. - wieloletni znajomy Komorowskiego, działający również jako informator w środowisku dziennikarskim. L. łączyła znajomość z Wojciechem Sumlińskim, a poprzez dziennikarza liczono na dotarcie do Leszka Pietrzaka oraz do pozostałych członków Komisji Weryfikacyjnej WSI. Prawdopodobnie w grze uczestniczyli jeszcze inni oficerowie WSI, zajmując się osłoną działań Aleksandra L., zaś operacja zdobycia aneksu była prowadzona na długo przed wyborami parlamentarnymi 2007r.
To obecny prezydent spotkał się z oskarżonym Aleksandrem L i przystał na jego propozycję uzyskania nielegalnego dostępu do informacji stanowiących ścisłą tajemnicę państwową, a następnie umówił się z nim w kwestii dalszych kontaktów. W dniu 27.07.2008r., składając zeznania w Prokuraturze Krajowej w Warszawie w sprawie sygnatura akt PR-IV-X-Ds. 26/07 Bronisław Komorowski pod rygorem odpowiedzialności karnej zeznał: „Ja wyraziłem wstępnie zainteresowanie jego propozycją. Umówiliśmy się, że on odezwie się, gdy będzie miał możliwość dotarcia do tych dokumentów”.
Problem pojawił się w momencie, gdy okazało się, że nie ma szans na dotarcie do ludzi Komisji Weryfikacyjnej, a tym bardziej, że nie uda się uzyskać dostępu do aneksu. To wówczas nastąpiła zmiana kombinacji i został do niej włączony płk Leszek Tobiasz. Zajął się on uzyskaniem „materiałów dowodowych” obciążający Sumlińskiego i członków Komisji Weryfikacyjnej. Taka koncepcja zakładała również, że dobrowolną „ofiarą” stanie się Aleksander L., z którym rozmowy Tobiasz. miał nagrywać. Działania te rozpoczęto w momencie, gdy pojawiły się publikacje medialne wskazujące na odpowiedzialność Komorowskiego w sprawie inwigilacji członków komisji sejmowej w roku 2000 oraz informacja o wezwaniu kandydata PO na marszałka Sejmu przez Komisję Weryfikacyjną. Niemałe znaczenie dla przyspieszenia kombinacji mógł mieć również artykuł Leszka Misiaka, w którym ujawniono fakt bliskiej znajomości Komorowskiego z płk Aleksandrem L.
Natomiast z  zeznań płk Tobiasza wynikało, że na początku listopada 2007 r. doszło do jego spotkania z Bronisławem Komorowskim, Krzysztofem Bondarykiem, Grzegorzem Reszką (pełniącym wówczas obowiązki Szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego) oraz Pawłem Grasiem (ówczesnym zastępcą przewodniczącego sejmowej komisji ds. Służb Specjalnych). Na spotkaniu tym poczyniono ustalenia w zakresie działań dotyczących członków Komisji Weryfikacyjnej. Ustalenia te były następnie realizowane przy udziale płk Tobiasza - jako jedynego świadka w sprawie domniemanej korupcji. O tym spotkaniu Komorowski nie poinformował podczas przesłuchania przed prokuratorem, a w jego zeznaniach istnieją rozliczne luki i  rozbieżności.
W efekcie ustaleń poczynionych w listopadzie 2007 roku, płk Tobiasz złożył zawiadomienie do prokuratury o podejrzeniu korupcji wokół Komisji Weryfikacyjnej, obciążając w nim Aleksandra L. i Wojciecha  Sumlińskiego. Jednocześnie uruchomiono celową kampanię medialną, mająca na celu dezinformację społeczeństwa, w tym wytworzenie fałszywego przekonania jakoby doszło do „wycieku” aneksu, a sprawa miała podłoże korupcyjne. Momentem kulminacyjnym kombinacji był dzień 15 maja 2008 r. gdy ABW dokonała przeszukania w domach Wojciecha Sumlińskiego, Piotra Bączka i Leszka Pietrzaka, licząc na znalezienie jakiegokolwiek dowodu potwierdzającego z góry założoną tezę o wycieku aneksu. Aresztowanie Aleksandra L miało zaś uwiarygodnić twierdzenie, że oficer WSW/WSI współpracował z ludźmi Komisji. Podjęto również próbę „aresztu wydobywczego” wobec Wojciecha Sumlińskiego, licząc prawdopodobnie na zastraszenie dziennikarza i uzyskanie materiałów obciążających członków Komisji.  Ponieważ nie doszło do aresztowania dziennikarza, a prezydent Lech Kaczyński ogłosił, iż nie opublikuje aneksu - zdecydowano o zakończeniu kombinacji.
W listopadzie 2008 roku, Antoni Macierewicz komentując zachowania Bronisława Komorowskiego, zauważył: „Ostatnio kilkakrotnie widziałem marszałka w stanie silnego podenerwowania. Pierwszy raz, gdy pytano go o związaną z WSI spółkę „Pro civili”. Drugi raz niedawno, gdy pytano go o kontakty z Leszkiem Tobiaszem i Aleksandrem L.
Zdenerwowanie Komorowskiego wydaje się zrozumiałe, jeśli dostrzec liczne rozbieżności w zeznaniach byłego marszałka Sejmu z zeznaniami Tobiasza, a nawet z zeznaniami szefa ABW Krzysztofa Bondaryka. Dotyczą one dat oraz okoliczności, w jakich doszło do współpracy Tobiasza z ABW.
Z zeznań Bondaryka, ujawnionych przed kilkoma miesiącami na portalu niezależna.pl wynika, że Komorowski wezwał szefa ABW w dniu 23 listopada 2007 roku, a spotkanie z Tobiaszem odbyło się tego samego dnia na terenie Sejmu. Tobiasz – zdaniem Bondaryka - miał mieć przy sobie dowody na rzekomą korupcję w Komisji Weryfikacyjnej WSI. W tym samym dniu, Bondaryk swoim samochodem przewiózł Tobiasza do siedziby Agencji na Rakowiecką, zaprowadził do pokoju, po czym wezwał „funkcjonariusza pionu śledczego panią Fetke”. Tobiasz został przesłuchany i przyjęto od niego zawiadomienie o przestępstwie. Komorowski zaś zeznawał, iż jego pierwsze spotkanie z Tobiaszem miało miejsce 21 listopada 2007r., podkreślając: „tej daty jestem pewien, w kalendarzu niestety nie zapisano dnia spotkania z Lichockim, ale mogło to być około dzień lub dwa przed rozmową z Tobiaszem.” Dalej Komorowski oświadczył: „Tobiasz chciał mi okazać zdobyte dowody w postaci nagrań i na kolejne spotkanie, 3 grudnia 2007 r. – przyniósł je. Widziałem kamerę, dyktafon, kasetę video i kasety do dyktafonu.” „O ile pamiętam – oświadczył Komorowski prokuratorowi - następnego dnia przekazałem powyższą informację Ministrowi Koordynatorowi Pawłowi Grasiowi oraz szefowi SKW płk. Reszce. Minister Graś następnie powiedział mi , że jest to sprawa, którą powinno zająć się ABW z uwagi nie tylko na korupcję, ale również na zagrożenie państwa. Po kilku dniach przeprowadziłem rozmowę z szefem ABW panem Bondarykiem. Po pewnym czasie, myślę że po około dwóch tygodniach, Tobiasz stawił się w umówionym miejscu i czasie do dyspozycji ABW, która zajęła się tą sprawą.”
Rozbieżności dotyczą także terminu i okoliczności poznania płk Tobiasza. Komorowski zeznał bowiem przed prokuraturą, iż to posłanka PO Jadwiga Zakrzewska przekazała mu informację, że chce się ze z nim spotkać pułkownik z WSI, „który jest jej sąsiadem”, podczas gdy Jadwiga Zakrzewska zaprzeczyła tej informacji. Komorowski w swoich złożonych w Prokuraturze Krajowej w Warszawie w sprawie sygnatura akt PR-IV-X-Ds.26/07 pod rygorem odpowiedzialności karnej zeznał także, że : „nazwisko Wojciecha Sumlińskiego kojarzę jedynie z prasy. Nie znam go osobiście”, podczas gdy w listopadzie 2008 roku Wojciech Sumliński składając wyjaśnienia przed sejmową komisją ds. służb specjalnych oświadczył, że spotykał się wielokrotnie z Komorowskim w roku 2007, a tematem ich rozmów był przygotowywany dla programu „30 minut" w TVP Info materiał o Fundacji Pro Civili.
Nie powinno zatem dziwić, że Antoni Macierewicz wielokrotnie podkreślał, że jego zdaniem na ławie oskarżonych powinien zasiąść nie Wojciech Sumliński, a były oficer WSI płk Leszek Tobiasz oraz były marszałek Sejmu, Bronisław Komorowski. Wnioski w tej sprawie składane przez Macierewicza do prokuratury – zostały odrzucone. Nie może również dziwić, że prokuratura usilnie sprzeciwiała się wnioskowi Antoniego Macierewicza i Piotra Bączka o umożliwienie im uczestnictwa w procesie sądowym w charakterze oskarżycieli posiłkowych. Choć wniosek poparł oskarżony Wojciech Sumliński i jego obrońcy, prokurator wyraźnie się temu sprzeciwił.
30 stycznia br. podczas rozprawy przed sądem Wojciech Sumliński ponowił zatem wniosek o przeprowadzenie konfrontacji pomiędzy płk Leszkiem Tobiaszem, płk Aleksandrem L. oraz Bronisławem Komorowskim – w celu wyjaśnienia rozlicznych rozbieżności istniejących w zeznaniach tych osób.
Dziś już wiemy, że również ten wniosek nie zostanie uwzględniony, a śmierć głównego świadka oskarżenia zasadniczo zmieni obraz sprawy i utrudni ustalenie stanu faktycznego.
Jakkolwiek byśmy nie oceniali faktu śmierci płk Tobiasza, to  - w kontekście tej sprawy - niełatwo zapomnieć o jednym z podstawowych przykazań tajnych służb, które mówi, że  „nic nie jest tak piękne jak milczenie”. Trudno wówczas nie dostrzec, że najpiękniej milczy trup.


Tekst zamieszczony w Warszawskiej Gazecie.  

niedziela, 31 lipca 2011

AFERA MARSZAŁKOWA. PROTOKOŁY NIEZGODNOŚCI

Sprawa afery marszałkowej - „matki” wszystkich późniejszych afer za czasów rządów PO-PSL, zdaje się nie zaprzątać dziś uwagi publicznej. Zgodnie z zasadą przemilczania własnych draństw, rządowe media nie poświęcają uwagi procesowi, który niedawno rozpoczął się przed warszawskim Sądem Rejonowym na Bemowie. Proces ma zostać przemilczany, chociaż na liście świadków znajdują się m.in. Bronisław Komorowski, szef ABW Krzysztof Bondaryk, rzecznik rządu Paweł Graś, Antoni Macierewicz, a także znani dziennikarze oraz wysocy rangą byli oficerowie WSI.
Przypomnę, że chodzi o kombinację operacyjną z udziałem ludzi WSW/WSI, szefostwa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz ówczesnego marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego, rozgrywaną w latach 2007-2008. Celem kombinacji było uzyskanie dostępu do tajnego aneksu z Raportu z Weryfikacji WSI, a gdy okazało się to niemożliwe – podjęcie działań zmierzających do oskarżenia członków Komisji Weryfikacyjnej WSI oraz dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego. Chodziło przy tym o zdezawuowanie treści zawartych w aneksie oraz uprzedzenie ewentualnych zarzutów dotyczących powiązań polityków Platformy ze środowiskiem byłych WSI. Priorytetem kombinacji pozostawała osłona politycznego „patrona” wojskowych służb - Bronisława Komorowskiego.
W toku kombinacji korzystano z silnego wsparcia medialnego, a sygnałem do rozpoczęcia akcji pod fałszywą nazwą „afera aneksowa” był artykuł Anny Marszałek opublikowany w „Dzienniku” w dn. 19 listopada 2007r. zatytułowany - „Aneks do raportu o WSI na sprzedaż” i opatrzony nagłówkiem – „Każdy może kupić tajne dokumenty”. Żadne z kłamstw rozpowszechnianych przez rządowe media nie znalazły potwierdzenia. Nigdy nie było żadnej „afery z aneksem”, nigdy nie wykazano, by nastąpił jakikolwiek przeciek treści z tego dokumentu. Wszelkie oskarżenia i rzekome dowody, o których miesiącami zapewniali nas żurnaliści i „specjaliści” od służb okazały się fałszywe, a intensywnie prowadzone czynności śledcze nie przyniosły rezultatów.  To z tego powodu trwa dziś tchórzliwe milczenie „wiodących mediów”.
Oskarżenie przeciwko Wojciechowi Sumlińskiemu o „płatną protekcję” oparto zatem na doniesieniu złożonym przez byłego pułkownika WSW/WSI Leszka Tobiasza z Oddziału 33. Zarządu III WSI. Tobiasz - absolwent moskiewskich kursów GRU, pracował w charakterze oficera operacyjnego ataszatu w Moskwie, a  w okresie rządów SLD - UP był odpowiedzialny za działania wobec hierarchów Kościoła katolickiego, a następnie - do chwili rozwiązana WSI - za inwigilację i pozyskiwanie dziennikarzy. W sprawie Tobiasza prokuratury wojskowe prowadziły od 2006 r. dwa śledztwa: z doniesienia podwładnych o fałszowanie dokumentów i z doniesienia Komisji Weryfikacyjnej WSI o złożenie nieprawdziwego oświadczenia weryfikacyjnego. W lipcu br. Leszek Tobiasz został prawomocnie skazany na pół roku więzienia w zawieszeniu za przekroczenie uprawnień. Sądy uznały za przestępstwo wezwanie przezeń do WSI pewnego oficera – po to, by uniemożliwić mu udział w ważnym głosowaniu.
Nie przeszkadzało to prokuraturze traktować Tobiasza jako w pełni wiarygodnego świadka oskarżenia i na podstawie jego donosu  przez wiele miesięcy podejmować działania wobec członków Komisji Weryfikacyjnej WSI.
Przed kilkoma dniami portal niezależna.pl opublikował kopie dokumentów dotyczących afery marszałkowej. Są to  m.in. zawiadomienie Krzysztofa Bondaryka do prokuratury, protokół jego przesłuchania oraz postanowienie o przeszukaniu domu Piotra Bączka.
Treść tych dokumentów winna wywołać polityczne „trzęsienie ziemi” w każdym praworządnym państwie. Lektura protokołu przesłuchania szefa ABW oraz złożonego przezeń zawiadomienia, pozwala na postawienie tezy, że mamy do czynienia z rażącą niezgodnością między zeznaniami Komorowskiego, a oświadczeniem Bondaryka.
Przypomnę, że 30 października 2008 roku Wojciech Sumliński złożył w warszawskiej prokuraturze doniesienie, w którym wskazał, że stał się ofiarą fałszywego pomówienia i podkreślił, iż prowokację przeprowadzili wspólnie i w porozumieniu marszałek Sejmu Bronisław Komorowski i szef ABW Krzysztof Bondaryk. Doniesienie dotyczyło możliwości zorganizowanych działań, które miały na celu skompromitowanie Komisji Weryfikacyjnej WSI, a sam Sumliński jako dziennikarz, który sprawę WSI badał, niejako "przy okazji" stał się jednym z celów prowokacji. Miesiąc wcześniej, ówczesny szef klubu PiS Przemysław Gosiewski, zwrócił się do prokuratury z wnioskiem o zbadanie, czy Bronisław Komorowski miał obowiązek zawiadomić prokuraturę, po tym jak oficer WSW/WSI Aleksander L. złożył mu propozycję korupcyjną, a Leszek Tobiasz poinformował go o rzekomej korupcji. Klub PiS złożył zawiadomienie po ujawnieniu przez media na początku września 2008 roku treści zeznań Komorowskiego złożonych przed prokuraturą.
W przypadku obu zawiadomień, prokuratura nie dopatrzyła się ze strony marszałka Sejmu żadnego naruszenia prawa i odmówiła wszczęcia śledztwa.
Warto zatem zwrócić uwagę, że w zeznaniach Komorowskiego oraz w ujawnionych obecnie zeznaniach Bondaryka, występują oczywiste, rażące niezgodności.
Ówczesny marszałek Sejmu zeznał bowiem, że jego pierwsze spotkanie z Tobiaszem miało miejsce 21 listopada 2007r.. Co więcej podkreślił: „tej daty jestem pewien, w kalendarzu niestety nie zapisano dnia spotkania z Lichockim, ale mogło to być około dzień lub dwa przed rozmową z Tobiaszem.” Dalej Komorowski oświadczył: „Tobiasz chciał mi okazać zdobyte dowody w postaci nagrań i na kolejne spotkanie, 3 grudnia 2007 r. – przyniósł je. Widziałem kamerę, dyktafon, kasetę video i kasety do dyktafonu.”
O ile pamiętam – oświadczył Komorowski prokuratorowi -  następnego dnia przekazałem powyższą informację Ministrowi Koordynatorowi Pawłowi Grasiowi oraz szefowi SKW płk. Reszce. Minister Graś następnie powiedział mi , że jest to sprawa, którą powinno zająć się ABW z uwagi nie tylko na korupcję, ale również na zagrożenie państwa. Po kilku dniach przeprowadziłem rozmowę z szefem ABW panem Bondarykiem. Po pewnym czasie, myślę że po około dwóch tygodniach, Tobiasz stawił się w umówionym miejscu i czasie do dyspozycji ABW, która zajęła się tą sprawą.”
Całkowicie inny przebieg zdarzeń wynika z ujawnionego przez niezależna.pl protokołu przesłuchania Krzysztofa Bondaryka. Szef ABW zeznał, że „około tygodnia po powierzeniu mi przez Premiera funkcji p.o obowiązki szefa ABW w dniu 16 listopada 2008 w godzinach popołudniowych  minister Graś poinformował mnie telefonicznie o potrzebie spotkania” na terenie Sejmu i zawiadomił, „w skrócie, że istnieje potrzeba-prośba ze strony Marszałka Komorowskiego, abym się udał do jego biura poselskiego, ponieważ jest u niego w tym memencie ktoś, kto ma informacje ważne dla bezpieczeństwa kraju”. Z treści dalszych zeznań Bondaryka wynika, że spotkanie z Tobiaszem odbyło się w Sejmie tego samego dnia, a Tobiasz miał mieć przy sobie dowody na rzekomą korupcję w Komisji Weryfikacyjnej WSI. W tym samym też dniu, Bondaryk swoim samochodem przewiózł Tobiasza do siedziby ABW na Rakowiecką, zaprowadził do pokoju, po czym wezwał „funkcjonariusza pionu śledczego panią Fetke”. Tobiasz został przesłuchany i przyjęto od niego zawiadomienie o przestępstwie.
Z zeznań Bondaryka wynika zatem, że Komorowski wezwał szefa ABW 23 listopada 2007 roku, a nie, jak twierdził marszałek Sejmu dopiero w grudniu.  Bondaryk przewiózł Tobiasza swoim samochodem do siedziby ABW, a nie Tobiasz „stawił się w umówionym miejscu i czasie do dyspozycji ABW”.  Tobiasz miał przy sobie „dowody” rzekomej korupcji już w dniu spotkania z Bondarykiem, a nie 3 grudnia, jak twierdzi Komorowski.
Najciekawsze jednak, że w zawiadomieniu złożonym do prokuratury w dniu 27 listopada 2007 roku Bondaryk przedstawia jeszcze inny scenariusz i w ogóle przemilcza rolę Komorowskiego.  Szef ABW zawiadamia bowiem Prokuraturę Okręgową w Warszawie, że „w dniu 23 listopada do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego zgłosił się ob. RP Leszek Tobiasz”. Nie ma słowa o roli Komorowskiego, o osobistej eskorcie Bondaryka ani o zdarzeniach, które doprowadziły Tobiasza do siedziby ABW. 
Te i wiele innych niezgodności w zeznaniach najważniejszych aktorów afery marszałkowej powinny zainteresować każdy niezależny organ ścigania oraz wzbudzić podejrzenia odnośnie intencji owych świadków. Z umorzeń dokonanych przez prokuraturę wynika, że takich niezgodności nie stwierdzono, choć dysponowała ona tymi samymi materiałami. 
To zaledwie jeden przykład z szeregu nieprawidłowości, jakie można dostrzec w tej sprawie. O prawdziwym przebiegu afery, Polacy nigdy nie zostali poinformowani. Obowiązująca do dziś zmowa milczenia sprawiła, że została ona ukryta przed opinią publiczną i żadne z jej elementów nie pojawiły się w trakcie prezydenckiej kampanii Bronisława Komorowskiego. Wybór tej postaci na prezydenta Polski, to ceną, jaką już zapłaciliśmy za zaniechanie wyjaśnienia afery marszałkowej.


Artykuł opublikowany w „Warszawskiej Gazecie”  

czwartek, 16 czerwca 2011

CENA AFERY MARSZAŁKOWEJ

„Ci, co liche swoje przywileje okupują tylko milczeniem w obliczu świństwa, na które mogą reagować, będą musieli za te same przywileje płacić rychło aktywnym udziałem w świństwie” – napisał przed laty Kołakowski. Coraz dotkliwiej doświadczamy prawdziwości tych słów, widząc jak państwo zbudowane na historycznym „udziale w świństwie” upada przygniecione monumentalną  „sumą zaniechań”.
Do tych najważniejszych i najbardziej brzemiennych w skutki należy przemilczenie afery marszałkowej – „matki” wszystkich późniejszych afer za czasów rządów PO-PSL. Przypomnę, że chodzi o kombinację operacyjną z udziałem ludzi byłych WSW/WSI, szefostwa ABW oraz ówczesnego marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego rozgrywaną w latach 2007-2008. Scenariusz kombinacji .zakładał m.in. aresztowanie Wojciecha Sumlińskiego pod zarzutem płatnej protekcji i handlu tajnym aneksem. Liczono, że osadzony w „areszcie wydobywczym” dziennikarz zrobi wszystko, aby wyjść na wolność. W zamian, musiałby złożyć zeznania obciążające kluczowych polityków PiS w tym Antoniego Macierewicza. Pozwoliłoby to postawić zarzuty osobom rzekomo odpowiedzialnym za przeciek. W ten sposób skompromitowaną Komisję Weryfikacyjną WSI można byłoby natychmiast rozwiązać i zakończyć jej prace, a przez to umożliwić powrót do służby negatywnie zweryfikowanym żołnierzom WSI.. W toku działań dokonano również przeszukania w domach członków Komisji, licząc na znalezienie obciążających materiałów związanych z pracami weryfikatorów.
Przed kilkoma dniami przed sądem w Warszawie rozpoczął się proces Wojciecha Sumlińskiego, pomówionego o przez dwóch żołnierzy wojskowej bezpieki. Na liście świadków znajdują się m.in. Bronisław Komorowski, szef ABW Krzysztof Bondaryk, rzecznik rządu Paweł Graś, Antoni Macierewicz, a także znani dziennikarze oraz wysocy rangą byli oficerowie WSI. Mimo obecności takich postaci i politycznej wagi sprawy, proces nie wzbudził żadnego zainteresowania mediów i został przez nie zgodnie przemilczany.
To reakcja zrozumiała, bowiem te same media w latach 2007 – 2008 były aktywnym uczestnikiem kombinacji, a publikacje Anny Marszałek czy Pawła Reszki oparte na wiedzy operacyjnej służb i przeciekach ze śledztwa skutecznie służyły „moderowaniu” opinii publicznej, utrwalając fałszywe przekonanie o rzekomym „handlu aneksem”. Do działań skierowanych przeciwko legalnie działającemu organowi państwa – jakim była Komisja Weryfikacyjna WSI, zaprzęgnięto wówczas wielu dziennikarzy, rozpętując niebywałą w swej zaciętości kampanię medialną. Stworzona na podstawie ich publikacji fikcyjna „afera aneksowa” nigdy nie miała miejsca, a żadna z sensacji rozpowszechnianych wówczas przez media nie znalazła potwierdzenia.    
O prawdziwym przebiegu afery marszałkowej, Polacy nie zostali jednak poinformowani. Obowiązująca do dziś tchórzliwa zmowa milczenia sprawiła, że została ona ukryta przed opinią publiczną, a jej główny bohater nie musiał się tłumaczyć, nawet w trakcie kampanii prezydenckiej. Tej powszechnej manipulacji zawdzięczamy fakt, że większość Polaków nadal wykazuje porażającą niewiedzę co do postaci Bronisława Komorowskiego, a jedyny dostępny przekaz dotyczy rozlicznych gaf obecnego prezydenta i sprowadza się do wskazywania satyrycznego wymiaru tej postaci lub powielania „rewelacji” dotyczących rzekomego pochodzenia. Wobec wagi autentycznych zarzutów, takie zabiegi mogą służyć jedynie ośmieszeniu prawdziwej krytyki i obniżeniu rangi rzeczowych pytań.
Polacy nie mieli możliwości dowiedzieć się: dlaczego marszałek Sejmu przyjął korupcyjną ofertę płk Aleksandra L. - byłego szefa komunistycznego kontrwywiadu wojskowego i „wyraził zainteresowanie” przestępczą ofertą wykradzenia aneksu do Raportu, a następnie nie poinformował o tym organów ścigania? Nie wiemy, jakie relacje łączyły Komorowskiego z Aleksandrem L. choć ten wieloletni znajomy polityka PO był podejrzany o kontakty z rosyjskim wywiadem. Nie wiemy też: dlaczego w zeznaniach przed prokuratorem ukrył informację o spotkaniach z byłym oficerem WSW/WSI płk Leszkiem T. i nie poinformował o spotkaniu płk T z Krzysztofem Bondarykiem, Grzegorzem Reszką  i Pawłem Grasiem, podczas którego poczyniono ustalenia w zakresie postępowania z członkami Komisji Weryfikacyjnej? Polacy nie mieli możliwości dowiedzieć się:  dlaczego zeznając pod rygorem odpowiedzialności karnej oświadczył, że nie zna osobiście Wojciecha Sumlińskiego, choć sam dziennikarz składając wyjaśnienia przed sejmową komisją ds. służb specjalnych przypomniał, że spotykał się wielokrotnie z Komorowskim w roku 2007, a tematem ich rozmów był przygotowywany dla programu „TVP Info materiał o Fundacji Pro Civili?
Istnieje szereg zasadniczych pytań dotyczących faktycznej roli Komorowskiego w aferze marszałkowej i jego działań podejmowanych wspólnie z oficerami wojskowej bezpieki. Autor słów „muszę zobaczyć aneks przed publikacją” skutecznie uciekał od udzielenia odpowiedzi na pytania posłów PiS-u, odmawiał stawienia przed Komisją i wielokrotnie wykorzystywał swoją sejmową funkcję, by uchylić się od konfrontacji z trudnym tematem. Milczeniem zbył pytania podnoszone przez opozycję podczas debat nad odwołaniem marszałka Sejmu, choć w uzasadnieniu wniosku o odwołanie podkreślono, że „Jedną z decydujących spraw skłaniających wnioskodawców do sformułowania tego wniosku była sprawa związana z podejmowaniem przez Pana Marszałka działań służących uzyskaniu nielegalnego dostępu do tekstu „ściśle tajnego” Uzupełnienia nr 1 do Raportu Przewodniczącego Komisji Weryfikacyjnej, tj. tzw. aneksu do raportu o WSI”.
Do dziś,  dzięki szczelnej osłonie ze strony głównych mediów, ale też z powodu porzucenia tematu przez partię opozycyjną, większość obywateli nie miała możliwości poznania faktów z życia Bronisława Komorowskiego ani uzyskania wiedzy o bezprawnych działaniach służb wobec legalnego organu państwa.
Taką szansę mógłby dać rozpoczęty właśnie proces sądowy. Zwolennikiem jawności procesu jest Wojciech Sumliński, który wielokrotnie podkreślał, że nie musi obawiać się żadnych zarzutów, jeśli tylko umożliwi mu się publiczne ukazanie mechanizmów afery marszałkowej. Jednak już przebieg pierwszej rozprawy nie postawia złudzeń co do intencji prokuratury. Obecni na niej, Antoni Macierewicz i Piotr Bączek złożyli wniosek o umożliwienie uczestnictwa w procesie w charakterze oskarżycieli posiłkowych i choć wniosek poparł sam oskarżony i jego obrońcy, prokurator wyraźnie się temu sprzeciwił. Może to świadczyć, że istnieje zamysł, by proces toczył się według scenariusza narzuconego przez obecną władzę.
W tym planie, nie ma miejsca na jawność „procesu o korupcję”, podczas którego opinia publiczna mogłaby poznać kulisy działań ludzi WSI, rolę służby Krzysztofa Bondaryka i zachowania ówczesnego marszałka Sejmu. Próżno też oczekiwać, by wiedzę na temat sprawy Polacy otrzymali ze strony dziennikarzy, skutecznie wystraszonych casusem Sumlińskiego i pamiętających pouczenia Komorowskiego o „dużej wstrzemięźliwości w okazywaniu solidarności zawodowej dziennikarskiej”.
W tej sytuacji, rzetelne wyjaśnienie okoliczności afery marszałkowej powinno leżeć w interesie wszystkich osób domagających się jawności życia publicznego oraz środowisk patriotycznych dążących do usunięcia obecnej ekipy.  Winien być to priorytet w działaniach opozycji, ale też nakaz dla odważnych dziennikarzy i temat poruszany w blogerskich publikacjach. Tym ważniejszy, że głęboko związany z tragedią smoleńską
Chodzi bowiem o bezprecedensową sprawę, w której doszło do groźnego sojuszu polityków partii rządzącej, funkcjonariuszy służb oraz ludzi komunistycznej bezpieki wymierzonego w ustawowy organ państwa. W tle tej kombinacji są interesy obcych służb, dążących do zablokowania procesu weryfikacji i przywrócenia wpływów tego „peryskopu, za pomocą którego Rosjanie pozyskiwali wiedzę o mechanizmach funkcjonowania naszego państwa ” – jak nazwał WSI prof. Zybertowicz.
Powstały wówczas układ był wykorzystany w kolejnych działaniach z udziałem tych samych środowisk. Można go dostrzec w aferze stoczniowej czy hazardowej i wszędzie tam, gdzie grupa rządząca pokazywała swoje prawdziwe oblicze. Jednocześnie kluczem do zrozumienia wielu procesów zachodzących w ostatnich latach jest osoba Bronisława Komorowskiego. Wydarzenia z udziałem tego polityka – począwszy od afery marszałkowej, poprzez kampanię prezydencką, aż po skutki tragedii smoleńskiej – łączą ten okres logiczną klamrą i wyznaczają kierunek, w jakim zmierza obecnie III RP.
Gdyby afera marszałkowa została wyjaśniona wcześniej, a jej mechanizmy stały się jawne, zablokowałoby to karierę Bronisława Komorowskiego, uniemożliwiając mu start w wyborach prezydenckich i oszczędziło Polakom bolesnych doświadczeń i upokorzeń. Odsłonięcie tych relacji już w roku 2008, uchroniłoby nas od niebezpieczeństw wywołanych wpływem Rosji na polskie życie polityczne, zapobiegło obcym knowaniom w ramach konfliktu rząd-prezydent, a w rezultacie udaremniło pułapkę smoleńską i tragedię z 10 kwietnia. Nie trzeba tworzyć alternatywnej historii, by zrozumieć, że płacimy dziś cenę za zignorowanie zagrożeń i brak determinacji w wyjaśnieniu sprawy. Dramat tego  zaniechania nie powinien się powtórzyć, bo za przemilczenie sądowego epilogu afery marszałkowej zapłacimy kolejnymi latami  hańby.


Artykuł opublikowany w nr 24/2011 Gazety Polskiej.