Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ketman. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ketman. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 kwietnia 2019

ŚWIAT WIELKIEGO PIĄTKU - po ośmiu latach

W "Zniewolonym umyśle" Miłosza znajdziemy definicję „ketmana” zaczerpniętą od francuskiego myśliciela Artura Gobineau. To z jej pomocą autor próbował analizować zachowania intelektualistów w epoce stalinizmu i rozprawić się z własnym „ukąszeniem”.
"Czym jest Ketman?– pytał Miłosz. – Zdaniem ludzi na muzułmańskim Wschodzie posiadacz prawdy nie powinien wystawiać swojej osoby, swego majątku i swego poważania na zaślepienie, szaleństwo i złośliwość tych, których Bogu spodobało się wprowadzić w błąd i utrzymać w błędzie. Należy więc milczeć o swoich prawdziwych przekonaniach, jeżeli to możliwe. Jednakże są wypadki, kiedy milczenie nie wystarcza, kiedy może ono uchodzić za przyznanie się.
Wtedy nie należy się wahać. Nie tylko trzeba wtedy wyrzec się publicznie swoich poglądów, ale zaleca się użyć wszelkich podstępów, byleby tylko zmylić przeciwnika. Będzie się wtedy wypowiadać wszelkie wyznania wiary, które mogą mu się podobać, będzie się odprawiać wszelkie obrządki, które uważa się za najbardziej niedorzeczne, sfałszuje się własne książki, wykorzysta się wszelkie środki wprowadzania w błąd.”
Znamy „ketmana”.
W opinii „elit” III RP jest on kuszącym wyzwaniem, wzniosłym, niemal egzystencjalnym testem wielkość ich ducha, zdolnego przekraczać granice dobra i zła.
Daje poczucie władzy nad złożoną dialektyką i miraże prowadzenia gry na kresach antynomicznych rzeczywistości. Miłosz podpowiedział im, że „Ketman napełnia dumą tego, kto go praktykuje. Wierzący dzięki temu osiąga stan trwałej wyższości nad tym, którego oszukał, chociażby ten ostatni był ministrem czy potężnym królem”.
Uzbrojeni w ten arsenał pseudofilozoficznych sofizmatów, wszelkiej maści konformiści, karierowicze i pospolite kanalie stworzyły przestrzeń własnej miernoty, nieistniejące „państwo ketmana”, w którym próbują dyktować fałszywą wersję zdarzeń, pisaną językiem tchórzy i łgarzy
Ta postawa istniała od zawsze, wszędzie tam, gdzie do ludzkiej nędzy przykładano miarę szlachetnej postawy, gdzie niemoc tłumaczono rozsądkiem, a pychę, przezornością.
Według niej "politycznego” wyboru dokonał Judasz, rozczarowany „niemesjańskim“ przesłaniem Jezusa.
To ona stała za Potockim, Branickim i Kossakowskim, pomagając im wytłumaczyć zdradę Targowicy.
Według niej działali w PRL-u literaccy „inżynierowie dusz” i szczytne Puczymordy, przekonani o moralnej dostojności i „potykaniu się ze złem”.
Wysublimowany z pospolitej zdrady „ketman” miał zaspokajać potrzeby ludzi nazbyt słabych, by pogodzić się z własnym zbydlęceniem i zbyt tchórzliwych, by znieść widok swojej twarzy.
To dzięki „ketmanowi” poznaliśmy współczesnych „talibów” III RP – uczniów polit-poprawnej medresy praktykujących odwieczną takijję, którą osłaniają swój prostacki oportunizm.
Ich obłudne mowy „w obronie demokracji”, ich „apele o wstrzemięźliwość”, mają uciszyć niepokój sumienia i są zaledwie oracją w obronie tchórzostwa.

Po dekadach III RP, znamy już wszystkie odmiany „ketmana”. Ich nazwiska i rejestr dokonań i żadna wiedza nie jest konieczna, by powtórzyć za Tyrmandem - „doskonale powodzi się tu służalcom, oportunistom i konformistom”.
I na tym poprzestać, bo przekroczenie granic piekła komunizmu wciąż wydaje się nieosiągalne.
Już nie za sprawą twórców komunistycznej hybrydy, lecz z winy tych, którzy mamią Polaków wizją nieistniejącej demokracji i utrzymują w próżnej nadziei „zmartwychwstania”. Ci ludzie tworzą dziś świat fikcji, w którym istnieje przyzwolenie na postawy oportunistów, lecz nie ma miejsca dla chcących „spojrzeć losowi prosto w oczy”.
Nikt ich nie zapyta - jakiej Polski dla nas pragną, jeśli nie mają odwagi zdefiniować komunistycznego piekła?
I do czego „mobilizują” naród, skoro ulegają wrzaskom oportunistów i rozgrzeszając „ketmanów” pozwalają im na zabójczą dialektykę?

Nie wolno nam godzić się na postawę „ketmana”, który z negacji dobra i zła próbuje zbudować własne imperium i swoją „niby obecnością” niszczy odwieczny porządek, występując przeciwko tym, którzy mają odwagę stawiania trudnych pytań.
Nie można pozwolić, by bełkot „ketmanów” uzasadniał najzwyklejsze łajdactwo i z zaprzeczenia rzeczy niezaprzeczalnych czynił fałszywą normę.
Nie wolno - ponieważ każdy z nich - nienazwany swoim imieniem, zabija fundamentalną prawdę o realiach tego państwa i drwi z ludzi zdolnych udźwignąć ciężar odpowiedzialności.
Ich świat - najgroźniejszej z fikcji, gorszej od „socjalistycznej demokracji” i „Europy bez granic” - jest anty-ludzki i anty-chrześcijański.
Dlatego ”ketman” zna odpowiedź na pytanie - „co to jest prawda” i wie, kiedy i przed kim być „królem żydowskim”.
Dlatego, żaden „ketman” nie powie „Oto jestem” i nie wkroczy na drogę, z której nie ma odwrotu. Lęk, jaki odczuwają przed Słowem wymusza ich nienawistny bełkot, groza pustki żąda zgiełku i agresywnej kazuistyki.
Tylko tak mogą ukryć własną rozpacz, tylko tak potrafią oszukać nieskończony lęk.

Trzeba, żebyśmy zostawili „ketmanów” w ich Świecie Wielkiego Piątku, „podziwiających zawrotną grę losu, potencje i uśmiechy fortuny”.
Nie znajdą z niego wyjścia. Książę Poetów, pogromca „ketmanów”, wiedział jak próżne ich oczekiwanie:
A Nazareńczyk
został sam
bez alternatywy
ze stromą
ścieżką
krwi”.


Na czas wielkotygodniowego zamyślenia, polecam lekturę wiersza Zbigniewa Herberta – „Pan Cogito o postawie wyprostowanej”.


xxx


Tekst „Świat Wielkiego Piątku” powstał przed ośmioma laty, gdy w realiach III RP tryumfowali czciciele „ketmana”.
Sięgam po niego ponownie, z pełną świadomością, że tamten czas nie uległ przekreśleniu.
Bo nadal „w Utyce obywatele nie chcą się bronić” i nadal „uczęszczają na przyspieszone kursy padania na kolana, szyjąc nowe sztandary niewinnie białe uczą dzieci kłamać”.
A jeśli wtedy, gdy „ketmani” drwili z naszej wiary w Zmartwychwstanie, nie umieliśmy zostawić ich w Świecie Wielkiego Piątku – po co dziś powtarzać „trzeba” ?
Nawet, gdyby Pan Cogito „chciał do końca stać na wysokości sytuacji, los patrzy mu w oczy, w miejsce gdzie była jego głowa”.
Nie powtórzę - „trzeba”.

środa, 1 kwietnia 2015

ŚWIAT WIELKIEGO PIĄTKU


„Życie w komunizmie jest piekłem, ale nie dla wszystkich – pisał Leopold Tyrmand - Jest piekłem dla ludzi dobrej woli. Dla uczciwych. Dla rozsądnych. Dla chcących pracować z pożytkiem dla siebie i dla innych. Dla przedsiębiorczych. Dla tych, którzy chcą coś zrobić lepiej, wydajniej, ładniej. Dla tych, którzy chcą rozwijać, wzbogacać, pomnażać. Dla wrażliwych. Dla prostolinijnych i skromnych. Natomiast dobrze prosperują w komunizmie głupcy nie dostrzegający własnej marności i śmieszności. Doskonale powodzi się służalcom, oportunistom i konformistom; wiedzie im się tym lepiej, że z czystym sumieniem mogą nie robić nic, albowiem i tak nie sądzą, że należy coś robić w zamian za serwilizm - czują się zwolnieni z wszelkiej odpowiedzialności co wzmaga ich znakomite samopoczucie”.
            Jeśli w realiach III RP wciąż znajdujemy rys komunistycznego piekła - czy wolno nam karmić się wiarą w „śmierć komunizmu” i utrzymywać, że od ćwierćwiecza przemierzamy „wielki plac czyśćca”? Czy mamy prawo zamykać oczy na piętno tej sukcesji – tylko dlatego, że definiując ją zostaniemy zmuszeni do porzucenia kilku wygodnych dogmatów?  
Widok służalców i kanalii, decydujących dziś o przyszłości Polaków ujawnia nie tylko historyczną otchłań dychotomii My-Oni, ale jest dowodem tragicznego zniewolenia. Dotyka ono ludzi nieświadomych istnienia tak głębokiej sukcesji, ale również tych, którzy z rozmysłem uciekają od nazywania rzeczy po imieniu.
Tam, gdzie większość akceptuje życie w kłamstwie i dobrowolnie „uczęszcza na przyspieszone kursy padania na kolana” – herbertowska „postawa wyprostowana” staje się niedościgłą metaforą, a ludzie, którzy chcieliby ją przyjąć, zostają skazani na samotność.
Problem z nazwaniem naszych czasów wynika z kryzysu, w jakim znalazły się polskie elity. Pisząc – elity –mam na myśli środowiska, które przyznają się do tradycji patriotycznej lub chcą uchodzić za rzeczników polskich interesów. To kryzys odwagi i ucieczka od zdefiniowania rzeczywistości. Ujawnia on postawy, w których nadzieja na rychłe „zmartwychwstanie” ma usprawiedliwiać zacieranie wizji komunistycznego piekła. Stąd rodzi się przeświadczenie, że łatwiej tłumaczyć zjawiska III RP fałszywą miarą „postkomunizmu” lub „złożonością procesów demokracji” niż sięgając korzeni, dostrzec grozę obecnego położenia.
W napisanym przed kilkoma laty tekście „Świat Wielkiego Piątku” przypomniałem o definicji „ketmana” – wyjątkowo załganym sofizmacie, który „ukąszonym” komunizmem miernotom pozwalał dostąpić łaski fałszywego przebaczenia, zaś pospolitych zdrajców stroił w szaty „biegłych dialektyków”.
„Ketmani” pojawiali się tam, gdzie do ludzkiej nędzy przykładano miarę mądrości, gdzie słabość tłumaczono rozsądkiem, a lęk rozgrzeszano cnotą przezorności. Według reguł „ketmana” - Judasz dokonał politycznego wyboru, słusznie rozczarowany „niemesjańskim“ przesłaniem Jezusa. One stały za Potockim i Kossakowskim - tłumacząc hańbę Targowicy. Według nich działali literaccy „inżynierowie dusz” i szczytne Puczymordy PRL-u - przeświadczeni o moralnej dostojności i heroicznym „potykaniu się ze złem”. Wysublimowany z pospolitej zdrady „ketman” miał zaspokajać potrzeby ludzi nazbyt słabych, by pogodzili się z własnym zbydlęceniem i zbyt tchórzliwych, by znosili widok własnej twarzy.
Pisałem wówczas, że nie wolno nam godzić się na postawę „ketmanów” – którzy z negacji dobra i zła chcą budować załgane państwo i swoją niby obecnością występują przeciwko tym, którzy mają odwagę stawiania trudnych pytań. Nie można pozwolić, by pseudointelektualny bełkot „ketmanów” uzasadniał najzwyklejsze łajdactwo i z zaprzeczenia rzeczom niezaprzeczalnym, czynił fałszywą normę. Nie wolno było na to pozwolić - bo każdy z „ketmanów” zabijał prawdę o naszej rzeczywistości i drwił z ludzi zdolnych udźwignąć jej ciężar.
Po ćwierćwieczu III RP znamy już wszystkie odmiany „ketmana”. Znamy ich nazwiska i rejestr dokonań i żadna dodatkowa wiedza nie jest konieczna, by powtórzyć za Tyrmandem - „doskonale powodzi się służalcom, oportunistom i konformistom”.  
I na tym poprzestać, bo przekroczenie granic piekła komunizmu wciąż wydaje się nieosiągalne.
Już nie za sprawą twórców komunistycznej hybrydy, lecz z winy tych, którzy mamią Polaków wizją nieistniejącej demokracji i utrzymują w próżnej nadziei „zmartwychwstania”.  Ci ludzie tworzą dziś świat najgroźniejszej fikcji, w którym istnieje przyzwolenie na postawy oportunistów, lecz nie ma miejsca dla chcących „spojrzeć losowi prosto w oczy”.
Nikt nie zapyta - jakiej Polski dla nas pragną, jeśli nie mają odwagi zdefiniować komunistycznego piekła? Do czego „mobilizują” naród, skoro sami ulegają wrzaskom oportunistów i pozwalają im na zabójczą dialektykę? 
Przed czterema laty napisałem, że trzeba, byśmy zostawili „ketmanów” w ich świecie Wielkiego Piątku, „podziwiających zawrotną grę losu, potencje i uśmiechy fortuny”. Nie znajdą z niego wyjścia i nie doczekają dnia Zmartwychwstania.
Ten rok rozstrzygnie, czy w świecie Wielkiego Piątku pozostaną również polskie elity i ci, którzy im zawierzyli. 


Na czas wielkotygodniowego zamyślenia szczerze polecam lekturę wiersza Zbigniewa Herberta – „Pan Cogito o postawie wyprostowanej”.