Sposób, w jaki partia rządząca
oszukała Polaków w sprawie ustawy o IPN, zasługuje na szczególną
uwagę. Nie dlatego, iż wyborcy tej partii mieliby dostrzec
zachowania swoich wybrańców lub domagali się od nich walki o
polskie interesy, ale wyłącznie z tej przyczyny, że konsekwencje
bezmyślności i serwilizmu partii Kaczyńskiego przez długie lata
będą ciążyły nad realiami III RP i dotkną każdego, komu sprawy
polskie nie są obojętne.
Postępki
partii rządzącej w kwestii przyzwolenia na fałszowanie historii,
nie są bowiem „tematem politycznym” i nie mają nic wspólnego z
jakąkolwiek „strategią” prezesa PiS. Nie jest to również
„temat żydowski” i łączenie go z urojonym „polskim
antysemityzmem” jest zabiegiem z zakresu ordynarnej demagogii. Taką
samą, negatywną ocenę zjawiska należałoby postawić w przypadku
działań każdego innego państwa i środowiska. A jednak, nikt przy
zdrowych zmysłach nie będzie utrzymywał, że opór wobec
legislacyjnych roszczeń Francji, Słowacji czy Rumunii, miałby być
objawem „polskiej frankofobii”, „słowacko-fobii”, czy
niechęci do Rumunów.
Jeśli
– dla obrony słuszności postawy PiS, ktoś sięga po zarzut
„antysemityzmu”, a nawet chciałby widzieć w krytyce tej partii
odbicie jakichś „interesów rosyjskich”, dokonuje podobnego
fałszerstwa, jakim przez trzy dekady posługiwał się aparat
propagandowy III RP. Czyż ludzie z obcych ośrodków propagandy,
stawiając Polakom absurdalne zarzuty „antysemityzmu”, nie
czynili tego w obronie własnych interesów i życiorysów, w celu
wykazania „słuszności” swoich „linii programowych”? Grupa
rządząca, która w krytyce serwilistycznej postawy wobec Izraela
chciałaby widzieć objaw „polskiego antysemityzmu” lub węszy w
tym inspirację Putina, sięga dziś po bliźniaczą retorykę i
obronę partyjnych interesów utożsamia z polską racją stanu.
Gdy
w połowie ubiegłego roku, rząd PiS zrezygnował z zapisów noweli
ustawy o IPN i pod wpływem nacisków ze strony obcych państw i
środowisk antypolskich wykreślił z niej sankcje karne, mieliśmy
do czynienia z wydarzeniem niespotykanym w dziejach współczesnej
Europy. Nie potrafiłbym podać przykładu równie spektakularnego
ustępstwa, dokonanego równie otwarcie, na oczach milionów
obywateli, przy milczeniu tzw.”elit” i obojętności wyborców.
Nie umiałbym też odpowiedzieć na pytanie: czy Rosji bardziej
zależy na poróżnieniu PiS-u z Izraelem i z USA, czy na rezygnacji
z istotnego elementu suwerenności, jakim jest niezależność
ustawodawcza?
Jeśli
ówczesne zachowanie polityków PiS, niczego nie nauczyło
zwolenników tej partii i nie wywołało w nich wstrząsu,
zawdzięczamy to imponującej osłonie medialnej ze strony partyjnych
przekaźników oraz zatrważająco niskiej świadomości wyborców,
którym patriotyzm myli się z „wiernością partii”, a idee z
„interesem partyjnym”.
W
tekście „PRZEPAŚĆ” z 26 lutego 2018 roku napisałem: „Chodzi
o stworzenie precedensu, w którym rząd III RP ugnie się pod presją
obcych mocarstw i dokona zmiany swojego prawodawstwa. Jeśli ten
precedens nastąpi, otworzy on drogę do kolejnych aktów kapitulacji
i przyspieszy rezygnację z resztek suwerenności. W taki sam sposób,
będzie można „sformatować” ustawę reprywatyzacyjną, wymusić
korzystny kontrakt lub zgodę na przyjęcie regulacji UE.
To
wydarzenie, będzie też wytyczało wyraźną cezurę w świadomości
Polaków.
Nie
dlatego, byśmy mieli poznać zakres utajnionych geszeftów lub
chcieli wyrazić swój sprzeciw, ale z tej przyczyny, że trwając
pod medialną „narkozą” partyjnej propagandy, w atmosferze
„ufności” i entuzjazmu z sukcesów „naszego rządu”,
przekroczymy jedną z najważniejszych granic.
Gdy
ją przekroczymy-dalej będzie tylko przepaść”.
Jeśli
powracam do tematu i ponownie próbuję zainteresować nim
czytelników, to dlatego, że w moim najgłębszym przekonaniu, ta
granica - przyzwolenia na zło, została już przekroczona, a
przepaść jest jedynym kierunkiem, w jakim zmierza to państwo.
By
zobrazować zakres szalbierstwa z jakim mamy dziś do czynienia,
sięgnę po wypowiedzi prominentnych polityków partii rządzącej.
Jarosław
Kaczyński ,w wywiadzie z 27.06.2018 perorował:
„Celem
podpisania polsko-izraelskiego dokumentu jest walka o prawdę
historyczną.
W
mojej opinii dzięki temu porozumieniu uzyskujemy więcej, niżbyśmy
byli w stanie osiągnąć dzięki przepisom nowelizacji ustawy o IPN.
Otwieramy sobie drogę do ofensywy antydefamacyjnej.
Proszę zwrócić uwagę, że władze Izraela –
a one w kontekście spraw związanych ze zbrodniami II wojny
światowej z oczywistych względów są niezwykle istotne – w
całości potwierdzają polskie stanowisko: sprawcami są Niemcy;
polskie społeczeństwo i polskie państwo podziemne nie miało nic
wspólnego z Holokaustem, przeciwnie, robiło, co mogło,
by ratować swoich obywateli narodowości żydowskiej. Potępiają
antypolonizm, tak jak potępiają antysemityzm.
W
mojej ocenie wspólna deklaracja naszych rządów kończy sprawę i
daje szansę na walkę o dobre imię Polski w zupełnie nowych,
bardzo sprzyjających okolicznościach”.
Tego
samego dnia, szef rządu twierdził z mównicy sejmowej:
„W
niedalekiej przyszłości zobaczycie, że to był krok we właściwym
kierunku, że to była polityka, która bardzo mocno nam się
opłaciła; budujemy prawdziwą polską narrację”.
Ważną
deklarację złożył też polityk, znany z obaw posądzenia o
„rusofobię”. Jarosław Selin, w wypowiedzi z 28.06.2018
oświadczył:
„Deklaracja
Polski i Izraela jest potężnym argumentem w rękach Polski
oraz o tym, że przywódca Izraela potępił antypolonizm.
Będziemy
mogli posługiwać się tym dokumentem w walce o prawdę”.
Planujemy
w Izraelu polski sezon historyczny. Chcemy, żeby w Izraelu odbyły
się seminaria, wykłady czy wystawy polskich historyków, naukowców.
Mamy dużą pracę do wykonania”.
Wytłuszczone
przeze mnie fragmenty wypowiedzi, mają uzmysłowić czytelnikom, że
politycy PiS z równą łatwością tłumaczyli wówczas własną
indolencję, jak dziś zapominają o swoich deklaracjach i rzekomym
znaczeniu „wspólnej deklaracji”.
Bo,
nie tylko nie nastąpiła żadna „ofensywa
antydefamacyjna”, nie
tylko nie urządzono w Izraelu „sezonu
historycznego” i nie
zorganizowano przedsięwzięć służących prawdzie historycznej,
ale dokument podpisany z szefem izraelskiego rządu, ma obecnie
wartość papieru, na którym go sporządzono i – nie będąc
żadnym argumentem przeciwko oszczercom, w najmniejszym zakresie nie
może „zakończyć
sprawy”. To, co mówili
ludzie PiS i ich propagandyści, rozprawiając o „fundamentalnym
znaczeniu deklaracji, do której możemy odwoływać się w różnych
aspektach”
(Wildstein), oraz „wydarzeniu
historycznym i zwycięstwie prawdy”
(Lisiewicz), jest dziś stekiem zwietrzałych komunałów i winno być
przypominane owym luminarzom „wolnych mediów” jako rzecz
wybitnie kompromitująca.