Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komorowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komorowski. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 marca 2019

CZYJ INTERES? KACZYŃSKI PYTA O ANEKS

Kto może być zainteresowany tym, że aneks nie jest publikowany? Ci, którzy mają jakieś powody do obaw. W wyjaśnieniach prawniczych bardzo ważne jest pytanie: czyj interes?
Sądzę, że warto, by tutaj takie pytanie postawić”.
Tą ważną kwestię, dotyczącą przyczyn zablokowania publikacji Aneksu do Raportu z Weryfikacji WSI poruszył przed laty prezes PiS Jarosław Kaczyński, gdy 28 czerwca 2008 roku zorganizował konferencję prasową w Szczecinie, poświęconą wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego.
Nierozsądna byłaby ucieczka od tak znamienitego przykładu solidnej dociekliwości, zatem – za panem prezesem, warto dziś zapytać:
-Kto jest zainteresowany tym, by Aneks z Weryfikacji WSI nie został opublikowany?
-Czyi interes chronią ludzie, którzy zdecydowali o ukrywaniu tajnego dokumentu przed Polakami?
-Czy Aneks w ogóle istnieje i nadal znajduje się w tajnej kancelarii Andrzeja Dudy?
-A jeśli Aneks nie istnieje i został zniszczony w latach ubiegłych – czy i jaką odpowiedzialność ponoszą osoby winne zniszczeniu oraz ci, którzy ukrywaliby ten fakt przed opinią publiczną i organami państwa?
Odpowiedź na dwa pierwsze pytania jest stosunkowo prosta.
27 kwietnia 2018 roku, prof. Andrzej Zybertowicz, doradca prezydenta Andrzeja Dudy, pytany o sprawę publikacji Aneksu, oznajmił na antenie Radia ZET:
Prezydent spotkał się z Jarosławem Kaczyńskim i podjęli decyzję, że nie ma potrzeby tej publikacji”.
Fakt, że Andrzej Duda – jedyny decydent w sprawie Aneksu, nie zdobył się na odwagę udzielenia osobistej odpowiedzi i scedował rzecz na swojego urzędnika, zaś samą wiadomość o odmowie publikacji dokumentu „wytłumaczono” odbiorcom wspólnym stanowiskiem z prezesem PiS (który nie posiada żadnych uprawnień decyzyjnych w tej kwestii), byłby pewnie fascynujący dla każdej opozycji i wywołał lawinę komentarzy wolnych mediów.
Gdyby w III RP takie zjawiska istniały.
Podobnie, jak interesujący byłby fakt, iż prezydent tego państwa, w sposób jawny, a wręcz ostentacyjny łamie ustawę sejmową z 9 czerwca 2006 r. „Przepisy wprowadzające ustawę o Służbie Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służbie Wywiadu Wojskowego oraz ustawę o służbie funkcjonariuszy Służby Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służby Wywiadu Wojskowego” i odmawia publikacji Aneksu. Znajdujący się w ustawie przepis nie zawiera bowiem trybu warunkowego, lecz nakłada na prezydenta obowiązek publikacji dokumentu w Monitorze Polskim.
Ustawa nie przewiduje możliwości nieopublikowania raportu przez prezydenta” – przypominał Antoni Macierewicz w październiku 2017 roku.
Ponieważ w III RP nie istnieją zjawiska autentycznej opozycji ani wolnych mediów, nikt wątpliwości nie wysuwał ani tematu nie drążył.
Odpowiadając jednak na pytanie zadane przed laty przez prezesa PiS, możemy dziś z łatwością stwierdzić: osobami zainteresowanymi nieopublikowaniem Aneksu są Andrzej Duda i Jarosław Kaczyński.
Odpowiedź na drugie pytanie również nie nastręcza kłopotu.
Andrzej Duda i Jarosław Kaczyński, którzy zdecydowali o odmowie publikacji Aneksu do Raportu z Weryfikacji WSI, chronią interesy tych osób i środowisk, dla których ujawnienie treści tajnego dokumentu, mogłoby okazać się niekorzystne.
Mając na uwadze opublikowany przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Raport z Weryfikacji WSI oraz zakres spraw, jakimi zajmowała się Komisja Weryfikacyjna WSI, łatwo można zidentyfikować to środowisko.
Chodzi o wysokich rangą byłych żołnierzy „Ludowego Wojska Polskiego”, wykonujących zadania wywiadowcze i kontrwywiadowcze na rzecz ZSRR, w ramach formacji wojskowych, założonych i nadzorowanych przez okupanta sowieckiego. Formacje te, działające do roku 1991 pod nazwami „Zarządu II Sztabu Generalnego WP” oraz „Wojskowej Służby Wewnętrznej”, zostały w III RP połączone i od lipca 1991 przyjęły nazwę „Wojskowych Służb Informacyjnych”.
Chodzi także o osoby podejmujące tajną współpracę z w/w formacjami oraz polityków, którzy – z racji pełnionych publicznie funkcji byli zobowiązani do nadzorowania tych służb.
Traktując rzecz obrazowo, można udzielić następującej odpowiedzi na drugie pytanie:
Andrzej Duda i Jarosław Kaczyński, odmawiając publikacji Aneksu do Raportu z Weryfikacji WSI chronią interesy takich postaci, jak: Czesław Kiszczak, Bolesław Izydorczyk, Marek Dukaczewski, Aleksander Lichocki, Kazimierz Głowacki, Aleksander Makowski, Jerzy M. Nowakowski, Janusz Onyszkiewicz, Bronisław Komorowski.
Nie ma też wątpliwości, że decydując o ukryciu Aneksu przed Polakami, Duda i Kaczyński postąpili zgodnie z żądaniami polityków Platformy. Gdy w czerwcu 2015 pojawiła się kwestia publikacji Aneksu, politycy PO apelowali do prezydenta-elekta, by „w poczuciu odpowiedzialności” nie ujawniał tajnego dokumentu.

środa, 27 czerwca 2018

PREZYDENTURA – GWARANT III RP

Konstrukcja systemu politycznego III RP wyraźnie wskazuje, że najważniejszym gwarantem trwałość magdalenkowego tworu oraz zachowania wpływów środowiska decydentów III RP, jest osoba prezydenta.
Bez uwzględnienia tej zasady, nie sposób zrozumieć logiki procesów zachodzących w państwie ani ocenić  poszczególnych wydarzeń.
Ta reguła została mocno podkreślona już na początku formowania sukcesji komunistycznej, gdy pierwszym prezydentem został obrany W. Jaruzelski. Nominacja sowieckiego agenta, nie tylko akcentowała rzeczywistą kontynuację PRL-u (w tym personalną), ale wyznaczała kluczową rolę prezydenta w zmodyfikowanym tworze pokomunistycznym. Nietrudno zrozumieć powody takiego umocowania. Wyznaczenie jednej, konkretnej osoby oraz „namaszczenie” jej na urząd prezydencki, jest zadaniem stosunkowo łatwym z punktu pragmatyki pracy operacyjnej. W państwie zbudowanym na pakcie esbeków z ich agenturą, w którym „procesy polityczne” poddane są woli niejawnych środowisk decyzyjnych i zdeterminowane wiedzą „władców tajemnic”, wytypowanie takiej osoby nie wiąże się  z żadnym ryzykiem.
Oparcie gwarancji nienaruszalności systemu III RP  na urzędzie prezydenckim, stanowi prostą kontynuację procesu, jaki miał miejsce w latach 1947-52, gdy tzw. prezydentem RP został inny agent sowiecki - B. Bierut. Antologie sięgają jeszcze głębiej, jeśli zauważyć, że wyboru Bieruta dokonał Sejm Ustawodawczy, ukonstytuowany w wyniku sfałszowanych wyborów z roku 1947. 
Tę sekwencję wiernie powtórzono w roku 1989, gdy po sfałszowanych wyborach z czerwca 1989, Zgromadzenie Narodowe podjęło decyzję o powołaniu Jaruzelskiego.
Wybory dwóch kolejnych prezydentów- tajnych współpracowników bezpieki, potwierdzały generalną zasadę: na tym stanowisku musi znajdować się „nasz człowiek”.
Za rzecz całkowicie naturalną należy uznać, że w kancelariach L. Wałęsy i A. Kwaśniewskiego lokowano byłych członków PZPR, ale też funkcjonariuszy, agentów oraz pomniejszych kapusiów służb komunistycznych. Głównie w obszarze dotyczącym  spraw bezpieczeństwa. Symbolem tej reguły, może być  postać b. szefa WSI M. Dukaczewskiego, który w kancelarii Kwaśniewskiego zajmował stanowisko zastępcy szefa BBN.
Tego rodzaju praktyki służyły dwóm celom: konsolidacji środowiska, które budowało sukcesję komunistyczną oraz zapewnieniu „opieki i wsparcia” dla  figurantów politycznych, wyniesionych do roli głowy państwa. Ci ludzie musieli być kontrolowani i odpowiednio „motywowani” przez osoby postawione w ich najbliższym otoczeniu.
Ówczesną rolę prezydentów, można rozpoznać w szeregu decyzji służących zachowaniu status quo, np. podczas nocnego zamachu na rząd premiera Jana Olszewskiego, czy w przyjęciu konstytucji III RP, do której m.in. wpisano gwarancje wpływów „władzy sądowniczej”- najtrwalszego elementu komunistycznej spuścizny.
      W takim kontekście, wydarzenia z roku 2005  i wybór Lecha Kaczyńskiego na prezydenta, należałoby  uznać za klasyczny „błąd systemowy”.
Ponieważ nie miejsce tu na szczegółowa analizę ówczesnych wydarzeń, dość zauważyć dwa, znamienne fakty, które wykluczały Lecha Kaczyńskiego z grona „naturalnych kandydatów: nie był on współpracownikiem bezpieki i nie miał związków z komunistycznym „establishmentem”. Nie istniały też żadne „komprmateriały”, które mogłyby posłużyć do wymuszenia określonych zachowań nowego prezydenta. 
Ten wybór – na tle postaci Jaruzelskiego, Wałęsy i Kwaśniewskiego, trzeba zatem uznać za polityczną anomalię, którą „system” musiał  naprawić.

środa, 14 czerwca 2017

AFERA MARSZAŁKOWA, ANEKS – NIERÓWNA GRA

„Gdyby afera marszałkowa została rzetelnie wyjaśniona, a jej mechanizmy ujawnione społeczeństwu, zablokowałoby to karierę Bronisława Komorowskiego, udaremniało jego udział w wyborach prezydenckich i oszczędziło Polakom wielu bolesnych doświadczeń i upokorzeń.
Odsłonięcie patologicznych relacji już w roku 2008 uchroniłoby nas od niebezpieczeństw wywołanych wpływem Rosji na polskie życie polityczne, zapobiegło obcym knowaniom w ramach konfliktu rząd-prezydent, a w rezultacie – o czym jestem przeświadczony, udaremniło pułapkę smoleńską i zamach z 10 kwietnia.
Nie trzeba tworzyć alternatywnej historii, by zrozumieć, że do dziś płacimy cenę za zignorowanie tego największego zagrożenia.”

Cytowany fragment pochodzi z jednego z moich tekstów z roku 2013. Przyznaję, że w tamtym czasie do głowy mi nie przyszło, że po wygranych wyborach parlamentarnych partia pana Kaczyńskiego nie powróci do wyjaśnienia okoliczności afery marszałkowej i nie pokaże Polakom, kim był człowiek sprawujący najwyższy urząd w III RP.
Choć osiem lat rządów reżimu PO-PSL obfitowało w setki najpoważniejszych występków, nie było w tym czasie sprawy równie ważnej, a zarazem symbolicznej niż afera marszałkowa – „matka” wszystkich afer.  Powstały wówczas układ, oparty na patologicznych relacjach służby-politycy-media stworzył fundament dla kolejnych szalbierstw i gier operacyjnych i do dnia dzisiejszego decyduje o kondycji tego państwa i logice wielu procesów publicznych.
Nie ma potrzeby wracać do szczegółowego opisu sprawy. Na moim blogu, pod hasłami „Komorowski” i „afera marszałkowa” widnieje kilkadziesiąt tekstów poświęconych tematowi.
Przypomnę jedynie, że afera marszałkowa  była wielowątkową kombinacją operacyjną z udziałem ludzi WSW/WSI, Bronisława Komorowskiego, ABW, prokuratury i ośrodków propagandy, zmierzającą do uzyskania dostępu do tajnego uzupełnienia (Aneksu) z Raportu z Weryfikacji WSI. Gdy okazało się to niemożliwe, podjęto działania służące skompromitowaniu członków Komisji Weryfikacyjnej i sparaliżowaniu prac Komisji oraz akcję odwetową wobec dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego. Działania te mogły mieć również na celu uprzedzenie ewentualnych zarzutów dotyczących powiązań polityków PO ze środowiskiem byłych WSI i były rodzajem „uderzenia wyprzedzającego”. Chodziło o zdezawuowanie treści zawartych w Aneksie i wytworzenie wokół Komisji Weryfikacyjnej atmosfery podejrzeń o nielegalne działania. Priorytetem kombinacji pozostawała ochrona politycznego „patrona” wojskowych służb - Bronisława Komorowskiego.
Są w tej sprawie skandaliczne akcje prokuratury i ludzi ABW, jest wątek funkcjonariuszy ośrodków propagandy, są próby stosowania aresztów wydobywczych, rewizje, zastraszanie i nękanie świadków, są niewyjaśnione zgony.
Logikę kombinacji wytyczały słowa B. Komorowskiego ze stycznia 2008 roku – „Muszę zobaczyć aneks przed publikacją”. Padły one w reakcji na wiadomość, że prezydent Lech Kaczyński rozważa publikację Aneksu i ma wątpliwości, czy przed ujawnieniem dokumentu powinien skierować go do marszałków Sejmu i Senatu.
Komorowski, o czym w grudniu 2014 roku przypomniał Antonii Macierewicz – „robił wszystko, działał legalnie i nielegalnie, by zapoznać się z tym dokumentem i uniemożliwić jego opublikowanie, bądź go za wszelką cenę zdyskredytować.”
Można przyjąć za pewnik, że wobec tak silnego imperatywu i wewnętrznego przymusu, lektura Aneksu była pierwszą czynnością, jakiej oddał się B. Komorowski po przeprowadzeniu operacji zajęcia Kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego, zaś oświadczenie lokatora Belwederu, złożone podczas sądowych zeznań  w sprawie afery marszałkowej – „aneks jest wymierzony we mnie”, opiera się na bezpośredniej wiedzy Komorowskiego i znajduje potwierdzenie w treści dokumentu.
Wszystko, co wiemy na temat tej ponurej postaci oraz niezwykle dramatyczne okoliczności towarzyszące aferze marszałkowej, muszą prowadzić do konkluzji, że sam zainteresowany, jak i bliskie mu środowisko b. WSI, uważało publikację Aneksu za rzecz wyjątkowo niepożądaną i wręcz groźną dla swoich interesów. W tzw. stanowisku stowarzyszenia „Sowa” do projektu  nowelizacji ustawy o Służbie Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służbie Wywiadu Wojskowego, z 28 listopada 2012 roku, można znaleźć opinię ludzi b. WSI na temat „rozwiązania problemu Aneksu”. „Sowa” doradzała dwa scenariusze :
Niejawny dokument Aneks o klauzuli „ściśle tajne” otrzymuje kategorię archiwalną „A” i zostaje przekazany do archiwum centralnego, np. Archiwum Akt Nowych z zastrzeżeniem, że może być udostępniony po 50 latach, tj. po 2056 roku. Drugie: Niejawny dokument Aneks o klauzuli „ściśle tajne” otrzymuje kategorię archiwalną „Bc”, co oznacza, że dokumentacja ma krótkotrwałe znaczenie praktyczne i po pełnym jej wykorzystaniu (co już nastąpiło), jest przekazywana na makulaturę – Aneks zostaje zniszczony”.
Na podstawie wiedzy o aferze marszałkowej i wydarzeniach prowadzących do 10 kwietnia 2010 roku, warto postawić pytanie: jeśli po to, by nie doszło do ujawnienia Aneksu, w latach 2007-2008 prowadzono brutalną i bezprawną grę wymierzoną w ustawowy organ państwa – Komisję Weryfikacyjną, podczas której dopuszczono się szeregu poważnych przestępstw, jeśli B. Komorowski nie cofnął się przed atakami na prezydenta Lecha Kaczyńskiego i usilnie zabiegał o dostęp do tajnego dokumentu, zaś środowisko b. WSI tak wielką wagę przywiązywało do jego zablokowania, a nawet doradzało całkowite zniszczenie, jak należy interpretować stanowisko prezydenta Andrzeja Dudy wyrażone w słowach – „to nie jest najważniejsza sprawa dla Polaków, mam znacznie poważniejsze sprawy do załatwienia” oraz znamienne słowa prezydenckiego ministra K. Szczerskiego z 2015 roku – „to temat, którego nie ma”?

wtorek, 24 maja 2016

CYROGRAF

Aneks do Raportu z Weryfikacji WSI, sprawa zabójstwa księdza Jerzego, strategia bezpieczeństwa narodowego, sądowe zeznania świadka Winiarskiego, publicystyka Wojciecha Sumlińskiego.
Co łączy te różne tematy i sprawia, że można dopatrywać się w nich wspólnego mianownika? Znajduję jedną, podstawową cechę – wszystkie są związane z osobą Bronisława Komorowskiego i z środowiskiem, któremu patronował były lokator Belwederu. Wszystkie też należą do spraw skrupulatnie przemilczanych i ignorowanych przez Andrzeja Dudę i układ rządzący.
Prezydent mówił, że aneks jest dokumentem wymierzonym w niego. Przecież to jest 800 stron tekstu, tam są dokumenty, nazwiska, dane pokazujące przestępcze działania WSI. Jeśli cały ten dokument, w przekonaniu prezydenta Bronisława Komorowskiego, jest wymierzony przeciwko niemu, a jest tam mowa o setkach przestępstw, jest aktem oskarżenia przeciwko niemu, to rzeczywiście Prezydent Komorowski ma się czego obawiać. To pozwala lepiej zrozumieć jego ostatnie działania. Jego działania z ostatnich siedmiu lat, a głównie pięciu lat, są obecnie znacznie lepiej zrozumiałe.” – przypomniał Antoni Macierewicz, w grudniu 2014 roku, komentując sądowe zeznania Komorowskiego w sprawie afery marszałkowej.
W roku 2007 Komisja Weryfikacyjna WSI przekazała do Instytutu Pamięci Narodowej dokumenty, z których wynikało, że w dniu uprowadzenia księdza Jerzego funkcjonariusze WSW monitorowali działanie grupy esbeckich porywaczy. Wojskowi byli w Górsku - miejscu uprowadzenia, jak również w kolejnych miejscach, do których przewożono księdza Jerzego. W jednym z dokumentów znajdował się zapis, iż wojskowi znaleźli się w tych miejscach w związku z prowadzoną przez nich sprawą „Popiel", a taki kryptonim nosiła akcja inwigilacji księdza przez SB. O związkach „wojskówki” z zabójstwem księdza Jerzego mówił także prokurator Andrzej Witkowski, który od wielu miesięcy oczekuje na przywrócenie do śledztwa w sprawie mordu założycielskiego III RP. Odkrycie tych związków i próba postawienia przed sądem Cz.Kiszczaka i ludzi służb wojskowych, były bezpośrednią przyczyną, dla której prokuratorowi dwukrotnie odbierano śledztwo.

poniedziałek, 23 listopada 2015

RAPORT ZAMKNIĘCIA

Dokument, nazywany szumnie „Raportem otwarcia Kancelarii Prezydenta RP” jest zbiorem drugorzędnych banałów i bardziej przypomina sprawozdanie gminnego buchaltera, niż zasługuje na miano rzetelnej analizy.
Jeśli ludzie pana prezydenta Dudy tylko tyle mają Polakom do powiedzenia na temat pracy kancelarii prezydenckiej i pięciu lat kadencji Komorowskiego, lepiej było im milczeć aniżeli częstować nas również płytkim i trywialnym dokumentem.
Najnowsze dzieło tej ekipy wpisuje się w ciąg pozorowanych działań i nie ma nic wspólnego z rzeczową i dogłębną oceną dokonań poprzednika. Ponieważ tezy owego „Raportu” zostały nagłośnione przez „wolne media” i okrzyknięte „miażdżącymi” dla Komorowskiego, większość odbiorców może być przekonana, że największą patologią tej prezydentury były „nieuprawnione” zakupy sokowirówek i ekspresów do kawy, zaś najpoważniejszym nadużyciem - „niedobór” dwóch obrazów i miniwieży „Yamaha” oraz rozdawnictwo „upominków”.
Mistyfikacja polega na sporządzeniu „raportu otwarcia” w bardzo wąskim i mało istotnym zakresie. Jak informują twórcy – „diagnoza została przeprowadzona w głównych obszarach: zarządczym,  kadrowym, w tym budowy kompetencji własnych zasobów, finansowym”. Nie wspomina się jednak, że obejmuje ona mocno „wybrane problemy” i dotyczy zaledwie ostatniego okresu prezydentury Komorowskiego. Nie dowiemy się zatem, jakie środki przeznaczono na Strategiczny Przegląd Bezpieczeństwa Narodowego (SPBN) i flagowy projekt tzw. doktryny Komorowskiego. Nie poznamy „kadr” uczestniczących w pracach SPBN, nie uzyskamy informacji o strukturze organizacyjnej tego przedsięwzięcia ani nakładach finansowych. Nie wiemy np., ile pieniędzy polskich podatników poszło na sporządzenie pierwotnych „rekomendacji” SPBN, w których „eksperci” zatrudnieni przez Komorowskiego zalecali „przyjęcie Rosji takiej jaką ona jest i chce być”, chcieli rezygnacji „z misyjności i życzeniowej polityki zmierzającej do skłonienia Rosji do pełnego przyjęcia zachodniego modelu ustrojowego” i żądali - „Polska musi zdecydować się na pojednanie z Rosjanami i traktowanie ich państwa nie jako tradycyjnego przeciwnika, lecz istotnego gwaranta bezpieczeństwa europejskiego, w tym naszego bezpieczeństwa”.
To zaniechanie tym bardziej zastanawiające, że twórcy obecnego „Raportu” dość szczegółowo opisali realizację „Prezydenckiego Programu  Eksperckiego”, który m.in. obejmował  prowadzenie  prac  analitycznych, a nie zechcieli dostrzec sztandarowych projektów minionej prezydentury.
Nie może zatem dziwić, że podsumowaniem tego „miażdżącego raportu” jest zaledwie jedno zdanie – równie obłe, jak kompletnie jałowe-  Zgodnie z zasadami określonymi w art. 44 ust. 3 pkt 1 ustawy o finansach publicznych  wydatki publiczne powinny być dokonywane w sposób celowy i oszczędny, z zachowaniem  zasad  uzyskiwania  najlepszych  efektów  z  danych  nakładów  oraz  optymalnego  doboru   metod i środków służących osiągnięciu założonych celów.”
To wszystko, co nowa ekipa prezydencka ma do powiedzenie o działalności organu byłego lokatora Belwederu.
Uwadze odbiorcy umyka fakt, że „nasz” prezydent i jego urzędnicy unikają przedstawienia jakiejkolwiek oceny politycznej kadencji B. Komorowskiego. Tymczasem jest to najważniejsza i podstawowa diagnoza, jaką mamy prawo usłyszeć od prezydenta deklarującego troskę o bezpieczeństwo i „wsłuchiwanie się w głos Polaków”.

niedziela, 15 listopada 2015

PARASOL NAD KOMOROWSKIM ?

"Albo Winiarski jest kłamcą i powinien odpowiedzieć, albo mówi prawdę i cała masa ludzi z Bronisławem Komorowskim na czele powinna mieć potężne kłopoty" – uznał Wojciech Sumliński po wysłuchaniu zeznań Krzysztofa Winiarskiego w sprawie afery marszałkowej.
Przez jeden dzień – 30 października br. zeznania Winiarskiego były gorącym „newsem” w niemal wszystkich „wolnych mediach”. „Sensacja”, „szokujące”, „wstrząsające zeznania na procesie Sumlińskiego” – pisano w nagłówkach doniesień, epatując czytelników „rewelacjami” wygłaszanymi przez świadka.
Następnego dnia – zapadła głucha cisza. Tematy poruszone przez Winiarskiego, nie tylko nie zainteresowały publicystów i tzw. dziennikarzy śledczych „wolnych mediów”, ale nie spowodowały żadnych reakcji ze strony polityków PiS i środowiska Belwederu. Wydarzenie potratowano jako jednodniową sensację. Wprawdzie nazbyt dociekliwi odbiorcy mogliby pytać – dlaczego nagrania rozmów z Komorowskim nie wzbudziły zainteresowania ludzi, którzy zachłystują się dziś tzw. aferą taśmową i ku uciesze kilku funkcjonariuszy pełnią wdzięczną rolę rezonatorów obcej gry - ale z perspektywy dotychczasowych praktyk nie było to zachowaniem zaskakującym.
Proces w sprawie afery marszałkowej nigdy nie cieszył się uwagą tych środowisk, zaś doniesienia z przebiegu rozpraw pojawiały się nader sporadycznie. Od czerwca 2011 roku, gdy przed Sądem Rejonowym dla Warszawy Woli ruszyło postępowanie sądowe, temat był całkowicie ignorowany przez reżimowe ośrodki propagandy (co wydaje się zrozumiałe) ale też nie wywoływał zainteresowania mediów kojarzonych z opozycją. Salę rozpraw na Kocjana 3 omijano szerokim łukiem i przez wiele lat nie zawitał tam żaden z „niepokornych” i „niezależnych” dziennikarzy. Tę swoistą zmowę milczenia przerywały jedynie relacje blogera andera, który konsekwentnie, od początku relacjonował przebieg rozpraw.
Trzeba zauważyć, że sprawa zeznań Winiarskiego i krótkotrwały „szok” wywołany jego obecnością w sądzie, doskonale ukazują indolencję i skalę zaniechania środowiska „wolnych mediów”. O tym świadku i jego perypetiach z B.Komorowskim wiadomo bowiem od 2012 roku – tj. od czasu, gdy dr. Leszek Pietrzak opublikował w „Warszawskiej Gazecie” (31 (68)  3-9 sierpnia 2012) tekst, w którym ujawnił „Przypadek Krzysztofa W”. Informacje o Winiarskim, Leszek Pietrzak przekazał następnie podczas rozprawy sądowej w dniu 28 listopada 2012 r. Bloger ander relacjonował wówczas:
Leszek Pietrzak opowiedział o podkarpackim biznesmenie Krzysztofie Winiarskim, który dotarł do niego jesienią 2010 r., na co dzień operujący w środowisku wojskowym i znający wielu polityków. Człowiek ten poinformował Leszka Pietrzaka, że na przestrzeni 2007 r. kilkakrotnie rozmawiał z ówczesnym wicemarszałkiem Bronisławem Komorowskim i że ze strony marszałka miały płynąć sugestie pomocy w znalezieniu haków na PiS i komisję weryfikacyjną. Krzysztof Winiarski poinformował Leszka Pietrzaka, że posiada dokumentację tych rozmów oraz pokazał mu formalne doniesienie do prokuratury w tej sprawie; w tym doniesieniu byli wskazani świadkowie rozmów Krzysztofa Winiarskiego z marszałkiem Komorowskim. Zdaniem Leszka Pietrzaka, może to wskazywać, że marszałek Komorowski mógł mieć interes w politycznym skompromitowaniu komisji weryfikacyjnej, co byłoby zbieżne z planami Leszka Tobiasza.”

wtorek, 8 września 2015

NIEPRZEMIJAJĄCY UROK REŻIMU BELWEDERSKIEGO

Bronisław Komorowski pozostawił po sobie efekt „spalonej ziemi”. Nie tylko w prezydenckiej kasie i w kancelarii, ale przede wszystkim w obszarze spraw dotyczących bezpieczeństwa narodowego i polityki zagranicznej.
Nasi rodacy nadal nie rozumieją, że tylko wydarzenia na Majdanie i odwaga Ukraińców uratowały nas od wprowadzenia w życie obłędnych koncepcji bezpieczeństwa, których celem była „redefinicja dotychczasowych tez polityki polskiej”, oparcie jej na gwarancjach udzielanych przez Moskwę i uczynienie z III RP państwa bezbronnego wobec współczesnych wyzwań.
Rosyjska agresja obnażyła nie tylko prawdziwe oblicze kremlowskiego watażki, ale ukazała wyjątkowe dyletanctwo Komorowskiego i jego środowiska w kwestiach bezpieczeństwa. Koncepcje powstałem w ramach tzw. Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego (SPBN), mimo ich rażącej ogólnikowości i pseudonaukowego żargonu, zawierały czytelną myśl: współpraca z państwem Putina ma być gwarantem naszego bezpieczeństwa i stabilności. Była to teza kompromitująca - nie tylko w wymiarze politycznym, ale naukowym i kompetencyjnym.
Do szczególnie rażących trzeba zaliczyć te pomysły SPBN, w których zawarto zapisy niedorzeczne i nieadekwatne do zagrożeń związanych z ofensywą rosyjską. Zmodyfikowane w tzw. doktrynę Komorowskiego, miały one kształtować długookresową strategię państwa, decydować o uzbrojeniu Sił Zbrojnych, rozstrzygać o sojuszach oraz kierunkach rozwoju armii i służb specjalnych. Trzeba pamiętać, że to właśnie reżim prezydencki stał się głównym decydentem w tych sprawach, zaś kolejne rządy PO-PSL były zaledwie wykonawcą planów powstałych w otoczeniu Komorowskiego.
Wszystkie projekty „modernizacji” w Siłach Zbrojnych, „reformy” w służbach specjalnych i przemyśle zbrojeniowym, koncepcje „cyberbezpieczeństwa” i zmian w systemie dowodzenia, powstały w tym środowisku lub były inspirowane przez Belweder. Narzucona przez Komorowskiego „implementacja wyników SPBN” prowadziła później do nowelizacji szeregu ustaw i tworzenia nowych, a każde złe rozwiązanie w tym obszarze bezpośrednio obciąża byłego lokatora Belwederu.
Gdyby III RP była normalnym państwem prawa, w którym urzędnicy ponoszą odpowiedzialność za błędów, zaś politycy są rozliczani ze swoich działań – kompromitacja SPBN i zależnych odeń „doktryn”, zakończyłaby się dymisjami i całkowitą utratą zaufania do Komorowskiego. Gdyby oceniano je w kategoriach odpowiedzialności konstytucyjnej, musiano by wyciągnąć poważniejsze konsekwencje. Nie można było dokonać bardziej obłędnych analiz ani wyprodukować równie niedorzecznych wniosków, jak uczynili to „stratedzy” z otoczenia Belwederu. Niestety, szczelna osłona propagandowa, tchórzostwo opozycji oraz potężny deficyt zdrowego rozsądku sprawiły, że po rosyjskiej agresji na Ukrainę środowisko to mogło dokonać bezbolesnej transformacji i z pozycji piewców „pojednania polsko-rosyjskiego”, znaleźć się w awangardzie antyputinowskich „sił postępu”.
W tym czasie jedynie wypowiedzi gen. Romana Polko, niosły trafną i krytyczną ocenę belwederskich projektów.  Opinie generała, iż -„polska tarcza antyrakietowa to mrzonki”, a „to, co w tej chwili zabija polską armię, to reforma systemu dowodzenia” oraz nazywanie projektu tej reformy „wręcz zdeformowaniem systemu”, były unikalnym przykładem sensownych recenzji. Podobne opinie gen. Polko wyrażał na temat Narodowych Sił Rezerwowych, nazywając je „niewypałem, który trzeba odrzucić, bo nie da się go zreformować”.

piątek, 21 sierpnia 2015

CO Z ANEKSEM ?

Czy ten aneks jest w dyspozycji prawowitego dysponenta, jakim jest prezydent - to informacja publiczna. Nie ma przeszkód, by poinformować opinię publiczną, czy ten dokument jest. Jeśli jest - to niech prezydent zdecyduje, co dalej”.
Ta niedawna wypowiedź Piotra Woyciechowskiego na antenie Telewizji Republika, zawierała arcyważne pytanie o aneks do Raportu z Weryfikacji WSI. Czy dokument powstały w 2007 roku nadal znajduje się w tajnym sejfie prezydenckim? Czy nowy prezydent zdecyduje się na jego publikację – jak nakazuje ustawa z 14 grudnia 2006 r.?
Z chwilą przegranej B.Komorowskiego w wyborach prezydenckich, sprawa aneksu do raportu ponownie pojawiła się w debacie publicznej i wywołując żywe zainteresowanie sprowokowała też wypowiedzi osób uczestniczących w sporządzeniu tego dokumentu.
Ten dokument musi istnieć, w innym przypadku odpowiedzialność poniósłby osobiście Bronisław Komorowski” – przypominał Antoni Macierewicz. I dodawał – „Tylko prezydent odpowiada za publikację tego dokumentu. Nie ma żadnych warunków, jest tylko opinia marszałków oraz szefa i wiceszefów rządu, ale to tylko opinie. Nie są one wiążące dla prezydenta”.
Z kolei dr hab. Sławomir Cenckiewicz w rozmowie z Piotrem Woyciechowskim, stwierdził – „Nie chcę podpowiadać prezydentowi, co ma zrobić - jest głową państwa i suwerennym politykiem - ale nie ulega wątpliwości, że prezydent powinien ten dokument przeczytać. Prezydent musi być wyposażony w wiedzę. Ta wiedza jest osadzona w pewnym okresie czasu, ale prezydent powinien być wyposażony w tę wiedzę”.
O potrzebie publikacji aneksu jednoznacznie wypowiedział się premier Jan Olszewski w czerwcu br. - . „Uważam, że aneks powinien zostać opublikowany. (…) Przecięłoby to krążące w przestrzeni publicznej nieprawdopodobne i nieprawdziwe o nim informacje. Choć ze względu na upływ czasu aneks jest w części zdezaktualizowany, to opinia publiczna ma prawo do zorientowania się, czym jest ten dokument”.
Podobnie Antoni Macierewicz, komentując w grudniu 2014 roku przesłuchanie B. Komorowskiego w sprawie afery marszałkowej, nie miał wątpliwości, że publikacja aneksu jest konieczna – „Należy obecnie żądać, by aneks został upubliczniony. Opinia publiczna ma prawo wiedzieć, jak wygląda ten swoisty akt oskarżenia przeciwko Bronisławowi Komorowskiemu. On ma prawo się bronić, ale Polacy mają prawo wiedzieć, jakie dokumenty gromadzone były przez WSI, których tak przeraził się Bronisław Komorowski.”
Likwidator WSI odniósł się wówczas do treści zeznań Komorowskiego, z których wynikało, że lokator Belwederu jest przekonany, iż aneks został wymierzony właśnie w niego:
- „To również ma posmak sensacji” – stwierdził Macierewicz. – „Prezydent mówił, że aneks jest dokumentem wymierzonym w niego. Przecież to jest 800 stron tekstu, tam są dokumenty, nazwiska, dane pokazujące przestępcze działania WSI. Jeśli cały ten dokument, w przekonaniu prezydenta Bronisława Komorowskiego, jest wymierzony przeciwko niemu, a jest tam mowa o setkach przestępstw, jest aktem oskarżenia przeciwko niemu, to rzeczywiście Prezydent Komorowski ma się czego obawiać. To pozwala lepiej zrozumieć jego ostatnie działania. Jego działania z ostatnich siedmiu lat, a głównie pięciu lat, są obecnie znacznie lepiej zrozumiałe.”

wtorek, 16 czerwca 2015

ANEKS I BÓL EGZYSTENCJALNY


Jest pewne, że tożsamość gen. Dukaczewskiego na wieki wieków będzie wypełniona istotnym elementem – bólem egzystencjalnym po utracie WSI. No trudno, gen. Dukaczewski będzie się musiał z tym pogodzić – był szefem WSI, ale WSI zostały zlikwidowane, w mojej ocenie zresztą za późno. Zachowanie zdrowego dystansu do formacji, w której się pełni lub pełniło służbę, jest warunkiem zachowania zdrowia psychicznego, i to radzę gen. Dukaczewskiemu. Nie wszystko, co robiły WSI, było świetne, profesjonalne. Wysoki profesjonalizm WSI to mit” – mówił w czerwcu 2011 roku płk Grzegorz Reszka, były p.o. szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego, w wywiadzie udzielonym „Gazecie Polskiej”.
Od dnia klęski wyborczej lokatora Belwederu, ów „egzystencjalny ból po utracie WSI” stanie się nieodłącznym towarzyszem całego środowiska byłych służb wojskowych oraz dziesiątków tajnych współpracowników i medialnych „sierot” po WSI. Porażka politycznego patrona tej formacji oznacza bowiem, że nie ma szans na uchwalenie nowelizacji ustawy - przepisy wprowadzające ustawę o Służbie Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służbie Wywiadu Wojskowego oraz ustawę o służbie funkcjonariuszy Służby Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służby Wywiadu Wojskowego, według projektu MON z 16 października 2012 roku.
Przypomnę, że projekt ten powstał w związku z orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego z dnia 27 czerwca 2008 r. (sygn. akt K 51/07), w którym trybunał orzekł o niekonstytucyjność art. 70a ustawy, dotyczącym sporządzenia przez Przewodniczącego Komisji Weryfikacyjnej Raportu o działaniach żołnierzy i pracowników WSI. Zdaniem TS, poprzednia ustawa nie gwarantowała zainteresowanym osobom dostępu do akt sprawy, odmawiała prawa do wysłuchania w przedmiocie zebranych informacji oraz nie zapewniała środków prawnych umożliwiających uruchomienie sadowej kontroli decyzji o podaniu do publicznej wiadomości danych osobowych objętych Raportem Komisji Weryfikacyjnej.
Od 2012 roku projekt noweli służącej „określeniu na nowo procedury weryfikacji treści raportu” był przedmiotem rozlicznych ustaleń i konsultacji, do których zaproszono też stowarzyszenie „SOWA”, reprezentujące byłych żołnierzy WSI. Środki prawne przewidziane w nowelizacji miały ułatwić ponowną weryfikację żołnierzy i funkcjonariuszy oraz przygotować ewentualne „uzupełnienia” raportu. Dla osób „pokrzywdzonych” „raportem Macierewicza” (tak w projekcie noweli nazywano dokument przyjęty postanowieniem Prezydenta Lecha Kaczyńskiego z 16 lutego 2007 i ogłoszony w Monitorze Polskim nr 11) przewidywano nadzwyczajne sądowe postępowanie rehabilitacyjne.
Nim pojawił się projekt MON, środowisko byłych WSI prowadziło ożywioną „działalność lobbingową”.  
W liście z maja 2011 roku skierowanym do Donalda Tuska, gen. Marek Dukaczewski pisał: „Pragnę podkreślić, ze do chwili obecnej nasze problemy nie zostały rozwiązane mimo deklaracji przedwyborczych partii Pana Premiera oraz oburzenia wyrażonego w tzw. "Antyraporcie", jak również mimo uchwalenia przez posłów Platformy Obywatelskiej zmian w ustawie znoszącej WSI w dniu 25 lipca 2008 r., która nie uwzględnia zapisów zawartych w wyrokach Trybunału Konstytucyjnego”. Miesiąc później, Dukaczewski w piśmie do premiera wyraził nadzieję, że „sprawa skrzywdzonych przez Raport Antoniego Macierewicza i Komisje Weryfikacyjną żołnierzy i pracowników WSI zostanie w końcu rozwiązana zgodnie z zasadami obowiązującymi w demokratycznym państwie”.
Warto zauważyć, że pretensje byłego szefa WSI do ludzi  Platformy Obywatelskiej, były mocno niesprawiedliwe. Wprawdzie brylujący wówczas w rządowych mediach, M. Dukaczewski tworzył  obraz całkowicie odmienny od faktów i twierdził, że „oficerowie WSI znaleźli się w drugim obiegu, potraktowano ich bardzo źle, wielu ma problemy ze znalezieniem pracy, mają negatywne sygnały w swoich środowiskach, w swoich rodzinach”, to oficjalne statystyki przeczyły tym słowom. Od chwili powstania, rząd D. Tuska szczególnie zabiegał o reaktywację wpływów WSI i przywrócił do służby wielu żołnierzy i funkcjonariuszy tej formacji.

środa, 27 maja 2015

NIEBEZPIECZNE PYTANIA


Mądrzy ludzie powiadają, że zadawanie pytania  – „dlaczego”, jest rzeczą wyjątkowo niebezpieczną. Nie tylko wówczas, gdy wywołuje gniew osobników prymitywnych lub irytuje nadętych pyszałków, ale szczególnie, gdy stawia nas wobec problemu, który chcielibyśmy ominąć lub w ogóle go nie dostrzec. Od końca Średniowiecza, gdy nastąpił upadek życia umysłowego, pytanie to bywa skwapliwie omijane również przez świat nauki (wybitni głupcy uznali je nawet za „infantylne”) i powszechnie ignorowane przez ludzi współczesnych. Tak dalece, że zepchnięto je na margines pseudo-filozofii i skutecznie wyrugowano z obszaru życia publicznego.
Zdaję sobie zatem sprawę, że stawianie takiego pytania w kontekście ostatnich wydarzeń politycznych, jawi się jako czyn niebezpieczny, a nawet szalony. Tym bardziej, gdy wokół panuje (uzasadniony) nastrój euforii  i radość z wyborczego tryumfu.  
Pytać dziś – dlaczego tak się stało, to, w najlepszym wypadku narażać się na zarzut malkontenctwa i snucia teorii spiskowych, w najgorszym – zostać posądzonym o złą wolę, agenturalność lub działanie na rzecz przeciwnika. Ponieważ w czasie mojej wieloletniej bytności w sieci, dostąpiłem już wszystkich, tego typu oskarżeń, nie muszę obawiać się głosów oburzenia i podzielę się kilkoma powyborczymi refleksjami.
Po pierwsze - odejście Komorowskiego uważam za jedno z najlepszych, najszczęśliwszych wydarzeń w najnowszej historii Polski. Upadek tej ponurej postaci kładzie kres próbie budowy reżimu belwederskiego (na wzór kremlowski) i kończy najtragiczniejszy, posmoleński okres w naszych dziejach. Zapewne będzie okazja, by wskazać wszystkie konsekwencje tego arcyważnego wydarzenia.
Po drugie – świadomość, że ten człowiek zostanie pozbawiony miana reprezentanta mojego narodu, a związane z nim środowisko utraci głównego patrona, sprawia, że z lekkim sercem przyznaję się do błędnych kalkulacji przedwyborczych. Uczyniłem to już pod poprzednim wpisem, bo uważam, że rzetelność i szacunek wobec czytelników wymagają takiego wyznania. 
Chciałbym jedynie podkreślić, że wbrew temu, co sądzą ludzie nieznający moich tekstów, kalkulacje te nie były oparte na tezie o „wszechmocy” układu byłych WSI i nie wynikały ze „skrajnego defetyzmu” autora.  Pisząc o scenariuszu drugiej kadencji BK, opierałem się na analizie dotychczasowych wydarzeń, a w szczególności - na  rozstrzygnięciach wyborczych z lat 2007-2014, na dokonywanych w tym okresie rozlicznych fałszerstwach i aktach zamordyzmu politycznego, na racjonalnej (bo opartej na faktach) ocenie skuteczności tzw. strategii wyborczych, na realnych efektach działań opozycji, na wiedzy o pozycji III RP w świecie i ocenie sytuacji międzynarodowej.
Po trzecie – szczerze się cieszę z wygranej Andrzeja Dudy i życzę mu jak najlepiej. Uważam go za prawego, uczciwego człowieka, który ma szansę wyrosnąć na polskiego męża stanu.
Jednocześnie – nie formułuję dziś żadnych oczekiwań wobec tej prezydentury, ale też nie odwołuję krytycznych ocen poglądów Andrzeja Dudy głoszonych podczas kampanii wyborczej. Głęboko nie zgadzam się z jego wizją „naprawy” III RP i nie podzielam wiary w „mechanizmy demokracji”, które mogłyby zmienić status tego państwa. Nie życzę sobie „budowania wspólnoty narodowej” razem z apatrydami, ani „zasypywania podziałów” z osobnikami, którzy wyrzekli się polskości. Uważam, że nie można zbudować społeczności ludzi wolnych wraz z tymi, którzy noszą piętno niewolnictwa. Kto próbuje takiej sztuki – nie tylko nie ocali niewolników, ale zgubi ludzi pragnących wolności.
Nie znam też żadnych osiągnięć politycznych pana Dudy i zachowuję dystans wobec deklaracji składanych w czasie kampanii. Zwracam uwagę, że do tej chwili, postać nowego prezydenta można oceniać wyłącznie na podstawie jego słów i oświadczeń. Póki Andrzej Duda nie podejmie pierwszych decyzji  i nie określi priorytetów swojej misji, nie sposób orzec, jakim będzie prezydentem.
Jako złą prognozę odbieram zapowiedź zatrudnienia w Kancelarii Prezydenckiej Piotra Glińskiego i kilku innych osób, znanych z wierności „ideałom” III RP i z wielce „umiarkowanych” poglądów.  Mam jednak nadzieję, że człowiek, który uczył się spraw polskich od prezydenta Lecha Kaczyńskiego, będzie wiedział, że największym wyzwaniem jego prezydentury jest prawda o zamachu smoleńskiego. Tylko wówczas to zwycięstwo będzie miało wartość i tylko wtedy może otworzyć nowy rozdział polskiej historii, jeśli ofiara życia smoleńskich pielgrzymów nie zostanie zaprzepaszczona.
Po czwarte – wciąż stawiam sobie kilka niebezpiecznych pytań i nie znajduję na nie odpowiedzi.

czwartek, 14 maja 2015

TRUDNO UWIERZYĆ W WYBORCZY CUD NAD WISŁĄ


16 listopada ubiegłego roku, chwilę po ogłoszeniu tzw. exit poll wyborcy PiS usłyszeli radosną wiadomość – „Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory samorządowe!”. „Sztab PiS triumfuje”, „PiS wygrywa niemal w każdej grupie wiekowej. Młodzi zdecydowanie wskazali na partię Kaczyńskiego”– głosiły „wolne media”, a Jarosław Kaczyński stwierdził: „Wygraliśmy! Wszystko jest możliwe!”
Przyszły kandydat opozycji w wyborach prezydenckich Andrzej Duda nie krył zadowolenia i w wypowiedzi dla wPolityce.pl uznał: „To piękny wieczór. Monopol, który miała Platforma, da się przełamać! Przede wszystkim to niesamowity dla nas, piękny wieczór. To pierwsze zwycięstwo od dawna, bo przecież to nasze zwycięstwo po długiej przerwie. Nie tylko jesteśmy bardzo szczęśliwi, ale dziękujemy tym wszystkim, którzy poszli do wyborów i zagłosowali na naszych kandydatów”.
Chwilę później, demokratycznym „sznytem” popisała się E. Kopacz:
"My tych wyników nie będziemy kwestionować, nie będziemy mówić, że ktoś sfałszował wybory. Gratulujemy zwycięzcom, tym, którzy w tych wyborach byli od nas lepsi. Co nie znaczy, że wszystko jest dane na zawsze".
Ostatnie zdanie tej wypowiedzi raczej umknęło uwadze rozemocjonowanych polityków opozycji. 16 listopada, na podstawie wróżby zwanej exit poll, PiS i wszystkie „wolne media” zgodnie wiwatowały z powodu „święta demokracji”.
Następnego dnia dowiedzieliśmy się, jak należy rozumieć zagadkową przepowiednię E. Kopacz. Schwytana w „pułapkę” exit poll opozycja została zmuszona do nagłej zmiany narracji i wkrótce łamy „wolnych mediów” zaroiły się od uwag dalece odbiegających od radosnej atmosfery: „Najbardziej skandaliczne wybory w III RP. Takich rzeczy nie widziano nawet w PRL...” – głosili „niezależni” publicyści po konfrontacji z faktami. "Nie krasnoludki, tylko ‘zielone ludziki’ sfałszowały wybory. Niestety było na to przyzwolenie władz" – grzmiał rzecznik Mastalerek, a J.Gowin dopowiadał "Jestem przekonany, że mogło dojść do masowego zafałszowania, czy nazwijmy rzecz precyzyjnie: sfałszowania wyborów”. Również prezes PiS nie miał wątpliwości, jak wyglądało „święto demokracji” III RP: „Muszą paść słowa prawdy. Te wybory zostały sfałszowane!” – ogłosił Jarosław Kaczyński z mównicy sejmowej. Padły też  zapowiedzi konkretnych działań: „Przyjdzie moment, gdy pokażemy całkiem bezpośrednie dowody na fałszerstwa tych wyborów. Jest ich wiele”, „Chcemy audytu i nowych wyborów!, To szansa na obronę polskiej demokracji", „Wykażemy na jaką skalę w Polsce fałszuje się wybory” – deklarowali politycy PiS.
W raporcie przygotowanym przez posłów zasiadających w Zespole Parlamentarnym ds. Obrony Demokratycznego Państwa Prawa, znalazło się stwierdzenie – „Wybory samorządowe naruszają standardy demokratyczne i są niezgodne z wymogami instytucji UE, zasługują na ocenę niedostateczną”.
Słuchając wówczas wypowiedzi niektórych polityków PiS, można było odnieść wrażenie, że opozycja nie uzna legalności wyborów i wezwie swoich zwolenników do ogólnopolskiego protestu: ”Majdan byłby odpowiednią reakcją na obecną sytuację. III RP od początku była zarażona bakteriami gnicia” – twierdził prof. Legutko, zaś wiceprezes PiS Brudziński zauważył - "Nigdy nie było takiego społecznego oburzenia, jak teraz, gdy wyraźnie widać, że mamy do czynienia ze sfałszowanym wynikiem wyborów samorządowych".
Po kilkutygodniowej medialnej „burzy”, sprawa fałszerstw wyborczych została jednak definitywnie porzucona, a ostateczne reakcje opozycji dostosowano do „rady” udzielonej przez niezrównaną prof. Staniszkis – „Jarosław Kaczyński popełnia błąd. PiS powinno powtarzać: wygraliśmy! PiS powinno cieszyć się, że ma najwięcej młodych ludzi, że jednak wygrał. Pokazywać twarz triumfu, a nie twarz kogoś kto szuka dziury w całym, słusznie być może, ale to nie pomaga w kolejnej wygranej”. Ponieważ w podobnym tonie wypowiadali się opozycyjni „specjaliści od służb” („Radykalizowanie nastrojów sprzyja pozostaniu rządzących przy władzy”- ogłosił B. Święczkowski) -  temat wygaszono i zepchnięto na margines.
Ówczesny problem opozycji trafnie wyraził prof. Andrzej Nowak: „Stajemy wobec straszliwego dylematu. Albo uznamy się za głupców, którzy nie umieją skreślić poprawnie krzyżyka na kartce wyborczej, albo za podpalaczy, którzy chcą zniszczyć obywatelski konsensus”. Niestety, w tej logice wyraźnie zabrakło trzeciej opcji i wezwania, byśmy wreszcie stali się  panami własnego losu i podjęli otwartą walkę z reżimowym determinizmem.
Przez kolejne miesiące narrację zdominował nastrój  „oczekiwania na zwycięstwo” i nakaz „mobilizacji elektoratu”, a ktokolwiek próbował podważać partyjny optymizm lub przypominał o powinnościach i obietnicach PiS-u z okresu wyborów samorządowych, mógł liczyć na miano defetysty i „wroga opozycji”.

wtorek, 5 maja 2015

KOMOROWSKI. W CIENIU MOSKWY – 4 ZAKOŃCZENIE


Gdyby nie doszło do napaści Rosjan na Ukrainę i wymuszonego odwrotu od polityki „pojednania”, państwo Putina byłoby dziś gwarantem bezpieczeństwa III RP. Nasi rodacy nadal wydają się nie rozumieć, że tylko wydarzenia na Majdanie i odwaga Ukraińców uratowały nas od wprowadzenia w życie obłędnych koncepcji bezpieczeństwa narodowego, których celem była „redefinicja dotychczasowych tez polityki polskiej” i uczynienie z III RP państwa bezbronnego wobec współczesnych wyzwań.
Projekt tzw. Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego (SPBN) został podjęty natychmiast po zaprzysiężeniu obecnego lokatora Belwederu i miał stać się sztandarową inicjatywą Bronisława Komorowskiego. Już wówczas wiele wskazywało, że mamy do czynienia z realizacją autorskiego pomysłu gen. Stanisława Kozieja, który od wielu lat prowadził prace nad narodową strategią. Ta hipoteza znalazła potwierdzenie, gdy do SPBN zaangażowano osoby z prywatnej uczelni i fundacji, w szef BBN zasiadał do niedawna jako członek rady nadzorczej.
Fundacja Gloria Victoribus oraz Wyższa Szkoła Zarządzania Personelem (WSZP), w której pracował gen. Koziej, były szczególnie zaangażowane w projekt Strategicznego Przeglądu i zainteresowane jego realizacją. Już w roku 2006, w ramach działalności WSZP powołano tzw. Instytut Bezpieczeństwa Krajowego (IBK), na którego czele stanął Stanisław Koziej. Jednym z podstawowych zadań instytutu miało być „badanie spraw bezpieczeństwa i sporządzanie analiz prognoz i ekspertyz”, a jego struktura w dużej mierze odzwierciedlała misję prezydenckiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego.
Z bełkotliwej nowomowy uzasadniającej projekt SPBN można było wywnioskować, że chodzi o sporządzenie raportu zawierającego „analizy i rekomendacje w zakresie bezpieczeństwa narodowego RP”. Jego opracowaniem miało zająć się szereg komisji, sztabów oraz grono tzw. ekspertów.  Wśród nich znaleźli się m.in.: Adam Rotfeld, Dariusz Rosati, Krzysztof Kozłowski, Janusz Onyszkiewicz, Leon Kieres, Roman Kuźniar, Aleksander Smolar, Paweł Świeboda, Janusz Reiter, Maria Wągrowska, Jerzy Nowak, Marek Goliszewski, Piotr Gulczyński, Henryk Goryszewski i Marek Siwiec. Szefem sztabu SPBN został zastępca szefa BBN Zdzisław Lachowski – zidentyfikowany przez „Gazetę Polską” jako tajny współpracownik SB o pseudonimie „Zelwer”. Zespołowi Systemu Bezpieczeństwa Narodowego przewodniczył Andrzej Karkoszka z WSZP, jego zastępcą był płk Maciej Marszałek, zaś członkami zespołu Krzysztof Janik i płk Jacek Pawłowski z Instytutu Bezpieczeństwa Krajowego WSZP. Członkiem zespołu Interesów Narodowych i Celów Strategicznych został Tadeusz Chabiera z rady naukowej IBK WSZP.
Sztandarowym dokumentem opracowanym na potrzeby nowej strategii bezpieczeństwa, była ekspertyza autorstwa prof. dr hab. Ryszarda Zięby i dr hab. Justyny Zając zatytułowana „Budowa zintegrowanego systemu bezpieczeństwa narodowego Polski”. Znajdujące się w niej rekomendacje miały posłużyć sporządzeniu końcowego dokumentu.
W opracowaniu tym mogliśmy m.in. przeczytać:
Warunkiem jaki musimy zaakceptować, co wymaga kroku do przodu ze strony Polski i całej wspólnoty atlantyckiej, jest porozumienie z Rosją taką jaka ona jest i chce być. Trzeba zrezygnować z misyjności i życzeniowej polityki zmierzającej do skłonienia Rosji do pełnego przyjęcia zachodniego modelu ustrojowego i uznać, że jest możliwa promowana przez Kreml modernizacja Rosji bez demokratyzacji na wzór zachodni.
Polska w tym scenariuszu musi zdecydować się na pojednanie z Rosjanami i traktowanie ich państwa nie jako tradycyjnego przeciwnika, lecz istotnego gwaranta bezpieczeństwa europejskiego, w tym naszego bezpieczeństwa. Zacieśnianie współpracy z Rosją ułatwi pojednanie polsko-rosyjskie. Zwielokrotni się również szansa innych państw poradzieckich na utrwalenie demokracji i włączenie się w proces integracji europejskiej. Stanie się tak dlatego, że nie będzie do wywoływało dezaprobaty w Moskwie ani zachowawczych elit politycznych w tych krajach”.

czwartek, 30 kwietnia 2015

KOMOROWSKI. W CIENIU MOSKWY - 3


Od kilku lat ośrodek belwederski stanowi centrum decyzyjne w sprawach kluczowych dla bezpieczeństwa Polski. Wszystkie projekty zmian systemowych w Siłach Zbrojnych, służbach specjalnych i przemyśle zbrojeniowym powstały w środowisku Komorowskiego, lub były inspirowane przez Belweder. Trzeba sięgnąć do opracowań gen. Kozieja z roku 2009 oraz tzw. rekomendacji Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego (SPBN), by dostrzec, że „ projekty rządowe” zostały opracowane przez ludzi związanych z Belwederem.
 Wyjątkowa pozycja Komorowskiego została ustalona już na początku 2010 roku, gdy w niewyjaśnionych okolicznościach doszło do nagłej rezygnacja Tuska z ubiegania o prezydenturę i wystawienia kandydatury marszałka Sejmu. Poznanie przyczyn tej rezygnacji pozwoliłoby dostrzec rzeczywisty układ sił rządzących III RP. Potwierdzeniem pozycji byłego marszałka Sejmu były wydarzenia po zamachu smoleńskim, gdy Komorowski w sposób bezwzględny zawłaszczał prerogatywy prezydenckie i dokonywał przejęcia Kancelarii Lecha Kaczyńskiego. Już tylko ta okoliczność powinna uświadomić, jak fałszywy jest obraz „niezdarnego fajtłapy” i bezwolnego „strażnika żyrandola”, budowany przez tzw. wolne media.
Wywołanie i eskalacja konfliktu wokół krzyża smoleńskiego ukazały z kolei prawdziwe oblicze owego „konserwatysty”, zaś pierwsza inicjatywa ustawodawcza – nowela ustawy o stanie wojennym i rozpoczęcie SPBN, dały początek projektom legislacyjnym zmierzającym do budowy reżimu prezydenckiego.
Prorosyjskość Komorowskiego jest szczególnie widoczna w obszarze spraw dotyczących bezpieczeństwa narodowego oraz projektów politycznych forsowanych na arenie międzynarodowej Gdy w roku 2010 Komorowskiego niespodziewanie wyznał - "w porozumieniu z premierem jest już przygotowywana strategia naszego wyjścia z NATO", stwierdzenie to wcale nie musiało być językowym lapsusem. Już wówczas mogło wskazywać na plany środowiska belwederskiego i zapowiadało istotne zmiany w obszarze bezpieczeństwa narodowego.
Jeśli od niedawna Komorowski jest uznawany za polityka pronatowskiego i proamerykańskiego, zawdzięczamy to wyłącznie skutecznej kampanii propagandowej, realizowanej przez ośrodki III RP po agresji rosyjskiej na Ukrainę. Rzeczywista aktywność lokatora Belwederu świadczy, że taka orientacja byłaby zjawiskiem całkowicie fikcyjnym i równie wiarygodnym, jak zapał, z jakim neofici z PZPR przeistoczyli się w piewców demokracji europejskiej.
Już pierwszy występ Komorowskiego na arenie międzynarodowej ujawnił prawdziwe cele tej prezydentury.
W listopadzie 2010 roku podczas szczytu NATO w Lizbonie największą troską Bronisława Komorowskiego była kwestia „zbliżenia” Rosja-NATO. „Polska w pełni popiera szukanie sposobu na współpracę z Rosją, to jest w interesie sojuszu jako całości i w interesie Polski. Współpraca polsko-rosyjska będzie elementem ułatwiającym lub nawet warunkującym współpracę NATO-Rosja, bo my jesteśmy w sojuszu, Rosja nie” – deliberował reprezentant III RP.
Komorowski uznał wówczas, iż szczyt sojuszu był "wyjątkowo udany i dobrze przeprowadzony oraz zaowocował przyjęciem dokumentu absolutnie po myśli Polski". Ponieważ wśród oficjalnych dokumentów, a w szczególności w tzw. „Deklaracji Szczytu w Lizbonie” nie było żadnego stwierdzenia, który uprawniałoby do takiej deklaracji, przyczyn zadowolenia Komorowskiego należało poszukiwać w innym obszarze.
Z wypowiedzi lokatora Belwederu, opublikowanych wówczas na stronie prezydenckiej jasno wynikało, że podstawową korzyść upatrywał on w zapowiedzi współpracy Rosja-NATO. „Sesja Rady NATO-Rosja, z udziałem rosyjskiego prezydenta Dmitrija Miedwiediewa, otworzyła nowe perspektywy współpracy, mimo że obie strony dzielą niektóre aspekty polityki międzynarodowej. Ujawniły się różne wrażliwości, ale dominował ton szukania możliwości pogłębionej współpracy” – perorował Komorowski. „Sojusz podkreślił chęć budowy systemu, który byłby w stanie współpracować z systemem rosyjskim. Ze strony rosyjskiej padły słowa, które świadczą o pełnym zrozumieniu dla takiego rozwiązania. Ze strony prezydenta Miedwiediewa została złożona bardzo ważna deklaracja, że Rosja zaakceptuje głębokość tej współpracy w zależności od propozycji sojuszu” – dodawał.
Peany na cześć Miedwiediewa przeplatały się z zapewnieniami o  sukcesie całego sojuszu i Polski”. Komorowski dowodził, że Polsce w sposób szczególny zależało, aby sojusz nie zamieniał się w organizację bezpieczeństwa na całym świecie, ale „by utrzymał spoistość w sprawach podstawowych, czyli w sprawach zdolności do obrony terytorium krajów członkowskich”.

niedziela, 26 kwietnia 2015

KOMOROWSKI. W CIENIU MOSKWY - 2


Miesiąc po tragedii smoleńskiej w organie putinowskiej „Naszej Rosji” napisano - „Moskwa powinna teraz maksymalnie wykorzystać czas, który ma do dyspozycji, by sprawić, aby korzystne zmiany w stosunkach z Warszawą stały się nieodwracalne”.
Czytając takie słowa, racjonalnie myślący człowiek mógłby zapytać – w jaki sposób tragiczna śmierć 96 wybitnych Polaków, poniesiona na nieludzkiej ziemi, może stanowić fundament „pojednania” i „korzystnych zmian” w relacjach polsko-rosyjskich?
W książce „Białe plamy – Czarne plamy” Adama Rotfelda i Anatolija Torkunowa (z tzw. Grupy ds. Trudnych) nie próbowano nawet sprostać takim wątpliwościom. Posłużono się ordynarną demagogią i zrównując katów z ofiarami stwierdzono:
Wydarzenia z 7 i 10 kwietnia 2010 stały się punktem zwrotnym w relacjach między naszymi państwami. Nie tylko dlatego, że zerwały tkaną przez 70 lat pajęczynę kłamstwa – ale co ważniejsze – uświadomiły milionom Polaków i Rosjan, że w masowych grobach w lesie pod Smoleńskiem spoczywają obok polskich jeńców tysiące innych, bezimiennych ofiar represji stalinowskich. [...] To, co się wydarzyło na wiosnę 2010 roku jest szansą. Można ją wykorzystać jedynie poprzez wyjście naprzeciw sobie w sposób trwały i instytucjonalny”.
Było coś wyjątkowo makabrycznego w tej fałszywej wspólnocie zatroskania nad „pojednaniem polsko-rosyjskim” – wyrażanej natychmiast po śmierci polskiej elity. Ówczesne głosy polityków, hierarchów i reżimowych publicystów, nie mieściły się bowiem w racjonalnej logice ludzkich reakcji i były wyrazem jakiejś antypolskiej aberracji, która w śmierci rodaków nakazywała upatrywać szansę na „zbliżenie dwóch narodów”. Aberracji tym większej, że proces ten nie został poprzedzony jakimkolwiek wyznaniem win, rachunkiem krzywd i próbą ich naprawienia, zaś miesiące poprzedzające Smoleńsk były okresem szczególnie agresywnej propagandy antypolskiej i wrogich, niechętnych Polakom wystąpień.
Zwracałem kiedyś uwagę, że semantyczne podwaliny owego „pojednania” wytyczyła retoryka byłego pułkownika bezpieki Tomasza Turowskiego. Straszliwy w swej wymowie passus o krwi będącej „zaczynem pojednania polsko –rosyjskiego” oraz słowa o „mieszaniu z krwią polską ogromu krwi narodu rosyjskiego  - niosły najgroźniejsze, historyczne  fałszerstwo, w którym następowało zrównanie losu ofiar z losem katów. W wizjach kreślonych przez Turowskiego i powielanych przez polskich hierarchów, nie było wskazania winnych śmierci naszych rodaków ani potępienia dwóch stuleci rosyjskiego terroru. Zamiast Rosjan-oprawców i nazwania zbrodni –znajdowaliśmy niewolniczą „wspólnotę krwi”, brednie o „słowiańszczyźnie” i „tradycji judeochrześcijańskiej” oraz  mityczny „nieludzki system”, który sam wymordował miliony istnień. Polityczny dogmat, iż „kwestie historyczne stały się w istocie przeszkodą  determinował język zwolenników „pojednania” i leżał u podstaw fałszowania relacji polsko-rosyjskich.
Wspominam o tym okresie wyjątkowego upodlenia, bo nie byłby on możliwy, gdyby nie ludzie, na których Rosjanie mogli opierać swoje kalkulacje i liczyć na ich wsparcie.
Postać Komorowskiego urasta w tym czasie do wymiaru negatywnego symbolu, a jego prorosyjskość znajduje rozkwit w  rozlicznych inicjatywach, wypowiedziach i aktach poddania woli Moskwy.

czwartek, 23 kwietnia 2015

KOMOROWSKI. W CIENIU MOSKWY - 1


-Kocham moją władzę.
-A za co ją właściwie kochasz?
-Za wszystko.
-Za to, że cię nie ruszała i nie wsadzała do więzienia?
-Za to szczególnie. Za wszystko gotów jestem kochać moją władzę.
-A co ci się najbardziej podoba w twojej władzy: jej słowa, jej usta, jej chód i czyny?
-Wszystko w niej kocham. To wy, kurwa mać, możecie sobie rozprawiać o mojej władzy. Wy możecie strugać wariata, ja bardzo kocham swoją władzę, i nikt tak nie kocha swojej władzy, żadna gadzina nie kocha tak mojej władzy
 Wieniedikt Jerofiejew, „Moskwa-Pietuszki”

Nie ma w życiu publicznym III RP polityka bardziej prorosyjskiego niż Bronisław Komorowski. W dobie zagrożenia rosyjską agresją i obalenia mitologii „pojednania” z państwem Putina - ta cecha lokatora Belwederu nabiera wyjątkowego znaczenia i powinna decydować o pozbawieniu go urzędu prezydenckiego.
Działalności politycznej tego człowieka – od funkcji wiceministra ON, po stanowisko prezydenta- nie można należycie ocenić, nie uwzględniając faktu, że ów „prawicowiec” i „konserwatysta” od ponad ćwierćwiecza wykazuje szczególną fascynacje ludźmi służącymi Moskwie i w sposób gorliwy zabiega o interesy rosyjskie.      Zatajenie tej prawdy jest jednym z największych wyczynów aparatu propagandy w dziele budowania fałszywego wizerunku Komorowskiego. Było to zadanie tym trudniejsze, że obecny lokator Belwederu niespecjalnie ukrywał swój prawdziwy stosunek do państwa Putina i do ludzi służących sowieckiemu okupantowi. 
Prorosyjskość Komorowskiego miała niewątpliwy wpływ na decyzje personalne podejmowane  przezeń na początku lat 90.(„gruba kreska” w MON) i po roku 2000, rzutowała na jego działania na stanowisku szefa sejmowej komisji obrony (m.in. sprawa utajnienia decyzji o umorzeniu śledztwa w/s płk. R. Kuklińskiego) oraz decydowała o szeregu jego wypowiedzi i reakcji jako marszałka Sejmu.
Przedstawione tu przykłady obejmują tylko okres rządów PO-PSL i ledwie sygnalizują rzeczywisty zakres tego groźnego zjawiska.
Bronisław Komorowski wielokrotnie udowadniał, że w sytuacji konfliktu interesu polskiego z racją rosyjską, zajmuje pozycję rzecznika Rosjan. Tak było w listopadzie 2008, gdy podczas wizyty prezydenta Kaczyńskiego w Gruzji, Rosjanie ostrzelali konwój prezydencki. Znane słowa Komorowskiego - „Jaka wizyta, taki zamach, bo z 30 metrów nie trafić w samochód to trzeba ślepego snajpera”, poza bezprzykładnym cynizmem i grubiaństwem zawierają więcej niż kpinę wyrażoną przez kogoś, który nigdy nie narażał własnego bezpieczeństwa. Winą za ostrzelanie prezydenckiego konwoju, Komorowski obarczył bowiem Lecha Kaczyńskiego, a jedyną troską ówczesnego marszałka Sejmu była obawa, iż „incydent będzie miał negatywny wpływ na stosunki polsko-rosyjskie”.  Pytany wówczas - czy polskie władze powinny domagać się wyjaśnień od strony rosyjskiej, Komorowski zdecydowanie oponował i twierdził, że „trzeba zacząć zadawać pytania, idąc od siebie samych, to znaczy najpierw muszą paść pytania do polskiego prezydenta, do jego ochrony, do osób, które organizowały wizytę, odpowiadały za przebieg tej wizyty. Potem, oczywiście, także do Gruzinów”. Taka reakcja - całkowicie zgodna z ówczesną narracją Moskwy, stawiała polityka PO w roli rzecznika interesów rosyjskich.
Podobną reakcję Komorowskiego można dostrzec w sprawie amerykańskiej tarczy antyrakietowej. Z ujawnionej w Wikileaks depeszy ambasadora USA w Polsce Victora Ashe z 7 maja 2009 roku, na uwagę zasługuje fragment, w którym ambasador relacjonuje swoją rozmowę z politykami Platformy -Bronisławem Komorowskim i Sławomirem Nowakiem. Ashe zanotował: „Marszałek Komorowski i Nowak zgodnie wskazywali na to, że zgadzając się na lokalizację tarczy antyrakietowej Polska zapłaciła „wysoką cenę” – szczególnie w relacjach z innymi członkami UE i Rosją. Komorowski wyraził obawę, że po dwunastu latach poprawy relacji Polska ponownie staje się rosyjskim celem – wysocy rangą rosyjscy politycy grozili wymierzeniem w Polskę głowic nuklearnych, podgrzewane są antypolskie nastroje wśród Rosjan i podejmowane działania przeciwko polskim interesom na Ukrainie.”

środa, 15 kwietnia 2015

O KOLEKTYWNYM WYSIŁKU


W lutym br., po opublikowaniu pierwszej części tekstu „Jak wygrać?” obiecałem nie wracać więcej do tematu tzw. strategii wyborczej opozycji. Była to decyzja świadoma, podjęta po rozważeniu za i przeciw. Uznałem, że pisanie o wyborach i postulowanie rozwiązań, które nie mają cienia szansy na realizację, nazbyt przypomina walkę z wiatrakami. Ja zaś, w żadnym stopniu nie mogę sobie pozwolić na odgrywanie roli groteskowego Don Kichota. 
Po dwóch miesiącach od publikacji „Jak wygrać” jestem przekonany o trafności tej decyzji. Zaoszczędziłem sobie zbytecznej pracy, a czytelnikom straty cennego czasu.
W tym okresie „linia wyborcza” opozycji nie uległa najmniejszej zmianie i nie warto wierzyć, by istniały skuteczne metody otrzeźwienia sztabowców PiS lub przywołania do rozumu małych demiurgów z „wolnych mediów”. Ponieważ jedni i drudzy czytają ten blog – ślę im pozdrowienia i życzę, by za kilka miesięcy wyborcy i czytelnicy okazali kompletny brak wyrozumiałości.
Jest jednak temat, o którym nie mogę nie wspomnieć. Od co najmniej dwóch miesięcy „niezależne media” oraz politycy opozycji poświęcają mnóstwo uwagi lokatorowi Belwederu. Jako autor owładnięty „obsesją” na punkcie Komorowskiego (co onegdaj zdiagnozowała u mnie pewna pani redaktor) bardzo się cieszę z zainteresowania najważniejszą postacią reżimu III RP. Cieszę się z neofickiego zapału, z jakim przedstawiciele „naszych mediów” odkrywają dziś ciemne strony życiorysu Komorowskiego i tropią dawno wytropione sprawy. Z niesłabnącym podziwem odbieram wysiłki m.in. red. Janeckiego, który po ośmiu latach od publikacji Raportu z  Weryfikacji WSI, odważnie i samodzielnie ustala dziś fakty opisane w tym dokumencie. Szczególnie zaś cieszy, że ludzie, którzy do tej chwili uważali lokatora Belwederu za postać drugoplanową i podporządkowaną woli genseka -Tuska, nagle dostrzegli ogromne wpływy „ciapowatego strażnika żyrandola” i zostali zaskoczeni jego drugim, marsowym obliczem.
Nie zasłużyłbym jednak na miano zaciętego malkontenta, gdybym do tej wyborczej sielanki nie dolał  kilku słów dziegciu.
Robię to w gorzkim przeświadczeniu, iż wielu z tych, którzy wykazują dziś natężone zainteresowanie postacią Komorowskiego, w istocie gromadzi argumenty mające osłodzić gorycz porażki wyborczej. Po co? Być może po to, że jeśli wybory prezydenckie zostaną przegrane, a wśród wyborców i czytelników znajdą się osobnicy nazbyt dociekliwi,  dzisiejsze wzmożenie posłuży za tarczę, za którą schronią się medialni „opozycjoniści”. Usłyszymy wówczas znany (acz rozpisany na głosy) monolog - „wspólnym wysiłkiem całego kolektywu, no budowali my, no i pff...”.

Podziwiam więc ów „wysiłek kolektywu”, ale nie okażę zaskoczenia, jeśli będzie on całkowicie daremny. Nie tylko z tej przyczyny, że większość polityków i publicystów  podejmuje tematy drugo, a nawet trzeciorzędne w skali dokonań Komorowskiego, lecz dlatego, że obecne wzmożenie można porównać do próby przekopania łopatką Mierzei Wiślanej. To imponujące, ale mało efektywne.
Przed wielu laty, były członek partii komunistycznej Jerzy Surdykowski napisał w „Tygodniku Powszechnym" - „W komunizmie dziennikarz-publicysta miał być lepiej wiedzącym i dalej widzącym „ojcem narodu", wieść go jak pasterz ku jedynie słusznej przyszłości”. Myślę, że taka pokusa pasterzowania nie ominęła również współczesnych żurnalistów i wielu z tych, którzy przypisują sobie miano niezależnych, chętnie kreuje się na „lepiej widzących ojców narodu”. Szkoda, że przy tym zapomnieli, że podstawowym obowiązkiem w tej profesji nie jest kreowanie rzeczywistości, „krzepienie ducha”, „mobilizacja elektoratu” itp. zadania partyjne, lecz przekazywanie rzetelnych informacji. Zawsze i wszędzie. Bez względu na cudowne „strategie wyborcze” czy pijarowskie wizje partyjnych macherów.
Może się zatem zdarzyć, że osobnicy nazbyt dociekliwi zadadzą trudne pytania: dlaczego w czasie tej prezydentury tak niewiele pisano o dokonaniach lokatora Belwederu; dlaczego przez tyle lat bagatelizowano lub umniejszano znaczenie tej postaci; czemu przemilczano rolę ośrodka belwederskiego w sprawach dotyczących służb specjalnych, armii i naszego bezpieczeństwa; dlaczego nie dostrzegano dziesiątków wydarzeń, które świadczyły o budowaniu reżimu prezydenckiego i ukazywały autentyczne centrum decyzyjne?  
Jakiż to genialny strateg sprawił, że przez ostatnie pięć lat goniono za pospolitym figurantem (którego dezercja nie wywołała nawet rysy na obliczu reżimu), lecz kompletnie zapomniano o postaci, która w tym samym czasie umacniała wpływy swojego środowiska i wznosiła mury fałszywej mitologii ?

wtorek, 24 marca 2015

CYWILNY MINISTER I WOJSKOWE PRO CIVILI


W życiorysie politycznym Bronisława Komorowskiego są tematy wywołujące szczególnie nerwową reakcję polityka PO.
W listopadzie 2008 roku Antoni Macierewicz w jednym z wywiadów zauważył:
„Ostatnio kilkakrotnie widziałem marszałka w stanie silnego podenerwowania. Pierwszy raz, gdy pytano go o związaną z WSI spółkę „Pro Civili”. Drugi raz niedawno, gdy pytano go o kontakty z Leszkiem Tobiaszem i Aleksandrem L.”
Wypowiedź ta nawiązywała do przesłuchania przez sejmową komisję ds.służb specjalnych redaktora Wojciecha Sumlińskiego. Dowiedzieliśmy się wówczas, że Komorowski skłamał przed prokuratorem zeznając iż nie zna dziennikarza. Kłamał również publicznie przed mikrofonami radia, gdy 1 sierpnia 2008 roku twierdził, iż „akurat o panu Sumlińskim nic nie wiem, chyba nie znałem tego pana, więc moje zeznania dotyczyły byłego czy pułkownika dawnych służb komunistycznych.
Tymczasem Wojciech Sumliński występując przed sejmową komisją oświadczył, że spotykał się z Komorowskim w roku 2007, a tematem rozmów był przygotowywany dla programu „30 minut" w TVP Info materiał o Fundacji Pro Civili.
Sprawa fundacji musiała szczególnie utkwić Komorowskiemu w pamięci, bo pytany w lutym 2007 r w wywiadzie dla Gazety.pl – czy z WSI nie było problemów - stwierdził:
 Były. Ale znaczna większość grzechów WSI przytoczonych w raporcie nie jest żadną sensacją. Te sprawy od dawna bada prokuratura. Np. afera fundacji Pro Civili. Rozpracowały ją same WSI za czasów gen. Rusaka. W 2000 roku, kiedy kierowałem MON, sprawa została skierowana do prokuratury i znalazła finał w sądzie.”
Ponieważ w przestrzeni medialnej pojawia się coraz więcej informacji na temat Pro Civili, a wiele z nich dotyczy osoby obecnego lokatora Belwederu, warto przypomnieć o okresie szefowania Komorowskiego w MON i spróbować wyjaśnić, dlaczego wzmianka o tej szczególnej fundacji może wywoływać u polityka Platformy „stan silnego podenerwowania”.  
Przed kilkoma laty Wojciech Sumliński na blogu Wojciecha Wybranowskiego na Salonie24, pod tekstem „Mój przyjaciel szpieg” napisał:
Zakładam, że dyskusję śledzi wielu dziennikarzy, nawet jeśli nie biorą w niej udziału. Może któryś z nich podjąłby temat Fundacji Pro Civili i sprawdził, czy to tylko przypadek, że badających ten temat spotykają różne "przypadłości", że Roberta Zielińskiego zablokowano i grożono mu, że Darka Kosa wyrzucono z pracy, a mnie, cóż... ja zostałem "wyłączony" z działalności dziennikarza śledczego. Może to rzeczywiście tylko ciąg przypadków, a może nie - warto to sprawdzić. Warto także z tego względu, że temat nie został wyczerpany i choć przy pomocy tej fundacji zdefraudowano kilkaset milionów złotych, nikt nie poniósł konsekwencji. Bo co do badania tej sprawy przez WSI, o czym mówił marszałek Komorowski, to proszę wybaczyć, wolne żarty. "Badanie" polegało na tym, by przez siedem lat markować śledztwo mając nad nim pełną kontrolę i by w efekcie dojść donikąd. Ale to już temat właśnie dla dziennikarza śledczego, który zechciałby przejąć pałeczkę. Tylko który dziennikarz i która redakcja naprawdę byłabym zainteresowana dociekaniem prawdy, po odkryciu której - jak w oparciu o szereg danych przypuszczam z prawdopodobieństwem bliskim pewności - ziemia zatrząsałby się na dobre?
Sumlinski nie był pierwszym, który próbował rozwikłać aferę związaną z Pro Civili. W lutym 2007 roku dziennikarz Dariusz Kos tak opisywał okoliczności, w jakich wspólnie z Robertem Zielińskim badali w „Super Expresie” sprawę fundacji:

poniedziałek, 16 marca 2015

MACHIAVELLI Z BUDY RUSKIEJ


Przed pięcioma laty, w czerwcu 2010 roku opublikowałem na blogu dwuczęściowy tekst zatytułowany „Machiavelli z Budy Ruskiej”. Znajdują się w nim wypowiedzi Bronisława Komorowskiego z lat 2007 – 2010 oraz opinie na temat tego polityka. Ponieważ dziś pojawia się szansa obalenia reżimu prezydenckiego i uniknięcia kolejnych lat upokorzeń, przypominam ten tekst w nadziei, że poszerza on wiedzę o osobie lokatora Belwederu.  


Każdy widzi, za jakiego uchodzisz, lecz bardzo mało wie, kim jesteś”- „Książe”.

Wprawdzie wyborcom PO skutecznie wmówiono, że B. Komorowski jest naturalnym i najlepszym kandydatem ich partii, to warto przypomnieć, że w rzeczywistości jest kandydatem "z przypadku”, zaś prawdziwym „ojcem” tej kandydatury powinien być przyjaciel i  alter ego Komorowskiego  - Janusz Palikot. 
To on, 28 maja 2008 roku obwieścił w RMF FM- „gdyby Donald Tusk nie zdecydował się kandydować, to najbardziej prawdopodobnym kandydatem jest Bronisław Komorowski”. 1 Sam marszałek Sejmu, jeszcze do niedawna zdawał się doskonale rozumieć własne ograniczenia. Pytany w czerwcu 2008  o ewentualny start w wyborach prezydenckich, wyznał wprost - „Nie mam takich planów”  i zdobył się na ciekawą refleksję -„Nie należy sobie przesadnie planować. Życie pisze scenariusze takie jakie uważa, że są stosowne. Werdykty demokracji są różne, a dzisiaj planowanie wszelkie w tym zakresie jest szkodliwe dla sprawy - z każdego punktu widzenia. Uważam, że prezydent powinien dobrze pełnić swoją funkcję, premier premierowską, a ja - jak Bóg da – marszałkowską”.
Według Komorowskiego „polityk, który nie ma ambicji nie powinien brać się za politykę, ale najgorsze dla polityka to być ambicjonerem, który przede wszystkim myśli w kategoriach własnych aspiracji i własnej kariery”.2
W marcu 2009 roku Komorowski pytany o kandydaturę prezydencką Tuska, zadeklarował: „Nie dam się wmontować w sytuację, w której będę kontrkandydatem Tuska”  i dodał „Dziś tylko wariat albo kanalia mógłby chcieć osłabiać szanse kandydata z tak dużym poparciem jak Donald Tusk” .3  Jeśli w lutym 2010 roku poparcie dla D.Tuska było równie wysokie jak przed rokiem, warto się zastanowić – kto z osób decydujących o zmianie kandydata PO zasługuje na te epitety? 
W październiku ubiegłego roku posłowie Platformy pytani o ewentualną kandydaturę Komorowskiego, twierdzili, że marszałek Sejmu ma znikome szanse na wygranie z innymi kandydatami i zapewniali, że „Donald Tusk jest obecnie idealnym kandydatem Platformy na prezydenta Polski. Bronisław Komorowski to też dobry kandydat, ale nie jest idealny. A idealny to taki, który wygrywa - twierdził poseł Tomasz Tomczykiewicz.
-„Nic mu nie ujmując, ale Donald Tusk w trudnych sytuacjach radzi sobie lepiej. Polacy mu ufają, sprawdził się w roli premiera” – wtórował poseł PO Zbigniew Rynasiewicz. 4
O tym, jaką pozycję wśród wyborców Platformy faktycznie zajmował Komorowski, nim został im wskazany przez rządowe media i okrzyknięty „najlepszym kandydatem”, świadczy wynik sondażu GfK Polonia na zlecenie "Rzeczpospolitej" z czerwca 2009 roku, w którym na pytanie - kto byłby najlepszym kandydatem PO na prezydenta? – tylko 5 procent wskazało ówczesnego marszałka Sejmu. 5 Jeszcze gorzej wypadł Komorowski w listopadzie 2009 roku, gdy otrzymał tylko 4 procentowe poparcie. 6  Zaledwie dwa miesiące później, gdy ośrodki propagandy rozpoczęły kampanię „rozprowadzania”, zaś uczynne „sondażownie” przystąpiły do kreowania nowej rzeczywistości, wynik marszałka w sondażu GfK Polonia ustalono już na 45 procent. 7
Spójrzmy zatem, w jaki sposób B. Komorowski pełnił  funkcję marszałkowską, by na tej podstawie móc wnioskować, jak wyglądałaby ewentualna prezydentura tego człowieka.
Znamy poglądy polityka PO na temat zasad, jakimi winien kierować się  marszałek Sejmu  – wypowiadane wówczas, gdy dotyczyły innych polityków zajmujących to stanowisko. Jako samorodny moralista, poseł Platformy był rzecznikiem wysokich standardów: 
Marszałek jest drugą osobą w państwie po prezydencie, więc kwestia jego wiarygodności, jego słowa jest sprawą bardzo istotną. [...]  jeżeli mówimy o autorytecie, no to od polityków odpowiedzialnych, którzy deklarują swoje propaństwowe myślenie należy oczekiwać trochę więcej niż takie pełne tylko i wyłącznie podporządkowanie się prawu. Tu chodzi o autorytet państwa, autorytet prawa, autorytet parlamentu również” – deliberował Komorowski z roku 2004 i domagał się ustąpienia marszałka Oleksego, po nieprawomocnej decyzji sądu, uznającej Oleksego za kłamcę lustracyjnego. 8
Dwa lata później, gdy marszałkiem Sejmu był Marek Jurek, Komorowski grzmiał na dyktat partii rządzącej i nieliczenie się z głosem parlamentarnej opozycji, twierdząc, iż PiS „dysponuje marszałkiem, a marszałek dysponuje władzą w Parlamencie ogromną, może decydować o posiedzeniu, o braku posiedzenia, o tym, co jest wprowadzane pod obrady. Natomiast według mnie rolą marszałka jest jako właśnie drugiej osoby w państwie jednak tworzenie możliwości debaty publicznej w Parlamencie, bo inaczej jak tego nie ma, to się ona toczy na ulicach. Taka jest zawsze reguła9

czwartek, 12 marca 2015

NIEBEZPIECZNIE JAK ZA KOMOROWSKIEGO


Największym zagrożeniem, przed jakim stoją dziś Polacy, jest perspektywa drugiej kadencji Bronisława Komorowskiego. Gdyby w systemie prawnym III RP nie istniały tak szerokie uprawnienia prezydenta w zakresie bezpieczeństwa i obronności państwa i był on (jak utrzymują niektórzy) „strażnikiem żyrandola”, kolejne pięć lat sprawowania urzędu przez polityka PO narażałoby nas wyłącznie na ryzyko rozlicznych gaf, lapsusów i skandali dyplomatycznych. 
Niestety, Bronisław Komorowski jest nie tylko zwierzchnikiem Sił Zbrojnych i reprezentantem państwa w stosunkach zewnętrznych, ale wytycza strategię bezpieczeństwa narodowego, zatwierdza plany operacyjne użycia Sił Zbrojnych, może wprowadzać stany nadzwyczajne i posiada prawo mianowania najwyższych dowódców i urzędników państwowych. W trakcie pierwszej kadencji lokator Belwederu zadbał o znaczące poszerzenie swoich uprawnień m.in. poprzez zgłoszenie noweli ustawy o stanie wojennym oraz kompetencjach Naczelnego Dowódcy Sił Zbrojnych, ustawy o powszechnym obowiązku obrony oraz ustawami dotyczącymi „reformy armii i służb specjalnych”, które powstały na postawie tzw. rekomendacji Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego (SPBN).
W czasie obecnej kampanii prezydenckiej, Komorowski kreuje się osobę szczególnie przygotowaną do pełnienia funkcji zwierzchnika armii i podkreśla swoje doświadczenia związane z wojskowością. Predyspozycje lokatora Belwederu mają wynikać z pełnionych w przeszłości funkcji wiceministra i ministra obrony narodowej oraz wypracowania w ostatnich latach tzw. doktryny Komorowskiego, która miałaby stanowić fundament bezpieczeństwa III RP.
Te propagandowe slogany warto skonfrontować z rzeczywistością i przypomnieć, że Bronisław Komorowski był nie tylko wyjątkowo nieudolnym i słabym wiceministrem ON oraz najgorszym w dziejach III RP szefem tego resortu, ale jego dokonania z czasów pierwszej kadencji dyskwalifikują go w roli zwierzchnika armii i gwaranta bezpieczeństwa Polaków.
Z nieznanych do dziś powodów ten były nauczyciel historii trafił na początku lat 90. do MON i objął funkcję wiceministra. Atutem Komorowskiego miał być fakt, że umiał rozmawiać z „czerwonymi” generałami i ułożyć sobie stosunki z generałem satelickiej armii LWP Florianem Siwickim. „Ułożenie stosunków” polegało w istocie na przyjęciu optyki „czerwonej” generalicji oraz na negatywnym stosunku do lustracji i dekomunizacji w wojsku.

środa, 4 lutego 2015

KAMPANIA POD SKRZYDŁAMI SOWY


„W  bieżącym  roku  przed  nami  jako  obywatelami  stoją  ważne  polityczne  wybory.  Wybory prezydenta Rzeczpospolitej Polski i wybory parlamentarne. Jeśli  chodzi  o  prezydenta,  to  sprawa  jest  na  tyle  jasna,  że  nie  ma  kandydata,  który zagroziłby  Bronisławowi  Komorowskiemu.  I  słusznie,  jest  to  najlepszy  kandydat  na  to najważniejsze stanowisko w państwie”- napisał niedawno jeden z „wojskowych emerytów” na stronie internetowej stowarzyszenia Sowa.
Ci, którzy pamiętają słowa Dukaczewskiego o „otwieraniu szampana” na wieść o wygranej Komorowskiego i znają obopólną sympatię lokatora Belwederu i ludzi WSI, nie mogą być zaskoczeni taką deklaracją. Od roku 2010 środowisko WSI (wespół z kremlowskimi decydentami), należy do najgorliwszych zwolenników tej prezydentury i będzie zabiegało o reelekcję Komorowskiego. 

Dzisiejsze dywagacje Komorowskiego na temat orzeczenia Sądu Okręgowego i radość, z jaką powitał „naprawianie” kwestii odpowiedzialności Antoniego Macierewicza, są nie tylko wyrazem troski o „pokrzywdzonych” z WSI, ale zapowiadają działania wpisujące się w scenariusz kampanii prezydenckiej i plany związane z drugą kadencją.  Ponieważ na „wiedzy i doświadczeniu” ludzi byłych WSI są budowane fundamenty reżimu prezydenckiego, lokator Belwederu musi też zabiegać o pomoc tego lobby w prezydenckiej reelekcji.
Wielokrotnie przypominałem, że jednym z narzędzi legislacyjnych służących reaktywacji wpływów środowiska WSI, jest nowelizacja ustawy - Przepisy wprowadzające ustawę o Służbie Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służbie Wywiadu Wojskowego oraz ustawę o służbie funkcjonariuszy Służby Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służby Wywiadu Wojskowego.
Projekt MON (z 16 października 2012 roku) ma  burzliwe dzieje i nadal jest przedmiotem konsultacji i uzgodnień, do których zaproszono żołnierzy byłych WSI skupionych w stowarzyszeniu „Sowa”. Nowela powstała w związku z orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego z dnia 27 czerwca 2008 r. (sygn. akt K 51/07), w którym trybunał orzekł o niekonstytucyjność art. 70a ustawy. Zdaniem TS, poprzednia ustawa nie gwarantowała zainteresowanym osobom dostępu do akt sprawy, odmawiała prawa do wysłuchania w przedmiocie zebranych informacji oraz nie zapewniała środków prawnych umożliwiających uruchomienie sadowej kontroli decyzji o podaniu do publicznej wiadomości danych osobowych objętych raportem Komisji Weryfikacyjnej
W zaprojektowanej w MON noweli przewidywano „określenie na nowo procedury weryfikacji treści raportu”, a jej zakres miał się odnosić do instytucji "uzupełnienia raportu". Proponowane tam środki prawne miały ułatwić ponowną weryfikację żołnierzy i funkcjonariuszy byłych WSI oraz przygotować ewentualne „uzupełnienia”. Dla osób „pokrzywdzonych” treścią „raportu Macierewicza” (tak w projekcie noweli nazywa się dokument przejęty postanowieniem Prezydenta Lecha Kaczyńskiego z 16 lutego 2007 i ogłoszony w Monitorze Polskim nr 11) przewiduje się wyjątkowe w polskim prawie postępowanie rehabilitacyjne. Osoby te będą mogły wystąpić do sadu z wnioskiem „o wydanie orzeczenia ustalającego sytuację prawną zainteresowanego w kontekście opublikowanego już raportu”. Sądem właściwym będzie Sąd Okręgowy w Warszawie, orzekający w składzie trzech sędziów. Samo postępowanie byłoby jednak farsą, ponieważ nowela przewiduje zastosowanie trybu nieprocesowego, w którym sąd wydawałby końcowe postanowienie wyłącznie na podstawie wniosku osoby „pokrzywdzonej”.
21 października ub. roku prezes stowarzyszenia "Sowa" M. Dukaczewski zwrócił się z pismem do sekretarza stanu w MON Czesława Mroczka, w którym przypomniał, iż przyjęcie ustawy miało nastąpić we wrześniu 2014 roku i prosił o przekazanie „kopii projektu przyjętego przez Radę Ministrów, kopii pisma skierowującego projekt do Sejmu i numer druku sejmowego„ oraz „informacji, dlaczego Stowarzyszenie nie otrzymało przygotowanego projektu do konsultacji przed jego zatwierdzeniem przez Rade Ministrów”.