Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 sierpnia 2019

BŁOTO


Z przemówienia Marszałka Józefa Piłsudskiego na bankiecie w hotelu „Bristol” w dn. 3 lipca 1923.

        Powtarzam raz jeszcze, że nie znam faktu tak dziwnego, nie znam faktu tak śmiesznego w swojej prostocie, jak ten, który jednego człowieka, tak mało zna­nego, tak mało odczutego, tak mało zżytego z calem tem społe­czeństwem — bo wśród posłów znałem może kilkunastu, wszyscy inni byli mi obcy ludzie, którzy mnie nie znali, którzy nic nigdy nie widzieli w mojem życiu — wynosi na to stanowiska, bez ża­dnego gwałtu, przymusu, bez ża­dnej agitacji, a nawet wbrew je­go woli, gdyż tego nie szukał da­je mu dobrowolnie władzę tale wybitną i tak wyjątkową.
Kazano mi wreszcie reprezen­tować siebie, wszystkich w Polsce nazewnątrz i wewnątrz.
Jeże­li przedtem mogłem tłumaczyć zjawisko, jakiemś zamąceniem, jakąś nieumiejętnością — to w tym wypadku ludzie wybrani, mający czas do namysłu, do na­rad, do krytyki każdego swego postanowienia — dają mi poza tem co miałem poprzednio, dają mi siłę moralną, którą każdy człowiek mieć może, gdy takiem obdarzony jest zaufaniem, gdy to zaufanie w taki manifestacyjny, w taki uroczysty, w taki niezwy­kły sposób się wyraża.
Lecz od­tąd, Panowie, te piękne zaszczy­ty, cudne jak z bajki tysiąca i je­dnej nocy, odtąd historja się zmienia.
Postawiono umie tak wysoko, jak nigdy nikogo nie stawiano, postawiono mnie tak, bym cień na wszystkich rzucał, stojąc jeden w świetle.
         Był cień, który biegł koło mnie. to wyprzedzał mnie, to zostawał w tyle.
Cieniów takich było mnó­stwo, ciernie te otaczały mnie za­wsze, cienie nieodstępne, chodzą­ce krok w krok, śledzące mnie i przedrzeźniające. Czy na polu bi­tew, czy w spokojnej pracy w Belwederze, czy w pieszczotach dziecka — cień ten nieodstępny koło mnie ścigał mnie i prześla­dował.
Zapluty potworny karzeł na krzywych nóżkach, wypluwa­jący swoją brudną duszę, oplu­wający mnie zewsząd, nie szczę­dzący niczego co szczędzić trze­ba —rodziny, stosunków, bliskich mi łudzi, śledzący moje kroki, robiący małpie grymasy, przekształcający każdą myśl odwrot­nie — ten potworny karzeł pełzał za mną jak nieodłączny druh, ubrany w chorągiewki różnych typów i kolorów — to obcego, to swego państwa, krzyczący fraze­sy, wykrzywiający potworną gębę, wymyślający jakieś niesły­chane historje, ten karzeł był moim nieodstępnym druhem, nieodstępnym towarzyszem doli i niedoli, szczęścia nieszczęścia, zwycięstwa i klęski.
Nie sądźcie, panowie, że to jest tylko metafo­ra, ja zacytuję tylko kilka fak­tów, takich potwornych, dzikich, że trudno pojąć,. z jakiej kadzi nieczystości zarazić trzeba sobie wyobraźnię, by podobne rzeczy wymyśleć.
Reprezentant narodu wybra­ny przez wszystkich, reprezentu­jący wszystkich—kradnie! Zbie­ra, się komisja Sejmowa, aby szu­kać skradzionych przez tego re­prezentanta insygniów królew­skich. Komisja Sejmowa, obra­dująca pod egidą czy pod kierow­nictwem marszałka Sejmu szu­ka, śledzi, bada, poszukuje skra­dzionych przez tego reprezentan­ta rzeczy!
Czy Panowie coś bar­dziej potwornego, coś bardziej wstrętnego, coś bardziej oplute­go pomyśleć możecie? Czy można mieć reprezentanta tego rodzaju? Pomyślcie sobie to gdzie indziej wśród wolnych swobodnych na­rodów — nasz reprezentant — złodziej! Nasz reprezentant zdra­dza kraj w czasie wojny, umawia się z nieprzyjacielem! Naczelny Wódz, prowadzący wojnę, jest zdrajcą. Gdzież na niego kara! Czy jest próba usunięcia go? Czy jest próba pociągnięcia go do odpowiedzialności? Czy jest próba zrobienia go odpowiedzialnym za te niebywałe zbrodnie? Niema, idzie tylko o plucie, idzie tylko o kał wewnętrzny, którego pełna musiała być dusza, jeżeli na te rzeczy się zdobyła.
Idzie o jakieś niesłychanie obrzydłe zjawisko duszy ludzkiej, która w ten spo­sób postąpić może. Potworny ka­rzeł wylęgły z bagien rodzimych. Bity po pysku przez każdego z za­borców, sprzedawany z rąk do rąk, płatny.
Oto ci, którzy chcą obniżyć do swego poziomu to, co zostało wzniesione wysoko..

wtorek, 28 sierpnia 2018

NIE IDZIEMY ZA PARTIĄ ANI POD OBCĄ FLAGĄ. ZMIERZAMY DO POLSKI


Fałsz i nędza polityki prowadzonej przez obecnych rządców III RP, ma prawo odstręczać i napawać odrazą ludzi rozumnych.
Jako autor setek tekstów z lat 2008-2015, w których niezwykle krytycznie oceniałem reżim PO-PSL, mogę napisać – tak prostackiej propagandy, takich pokładów zakłamania i ordynarnego fałszu, nie widziałem nawet w tamtych latach. I nie z powodu tego, iż rządy PiS miałyby być gorsze od nieszczęść tamtego okresu, ale z prostej przyczyny – istniały wówczas media i politycy, którzy potrafili dokonywać krytycznych ocen i działać w społecznym interesie.
Dziś brakuje tej fundamentalnej wartości, a termin „wolne media” jest tylko jałowym frazesem.
     Opisywanie obecnych zjawisk lub komentowanie poszczególnych wypowiedzi, postaw i decyzji, nie miałoby najmniejszego sensu. Zakładam, że czytelnicy bezdekretu znają moje teksty z ostatnich trzech lat i doświadczając codziennej hipokryzji luminarzy „dobrej zmiany”, potrafią też dokonać racjonalnej oceny tej polityki. To, co napisałem w tekście „FAŁSZYWA ALTERNATYWA”, wydaje się dostateczną konkluzją.
Z kolei - kierowanie takich opisów do wyznawców i apologetów PiS, tym bardziej byłoby niedorzeczne. Ogromna rzesza wyborców tej partii, nie tylko nie jest zainteresowana sprawami polskimi i w głębokim poważaniu ma przyszłość mojego kraju, ale w rezygnacji z używania rozumu i niewolniczym serwilizmie wobec rządowej propagandy, zeszła poniżej poziomu pogardzanych „lemingów”.
Chcąc więc zachować szacunek do czytelników bloga, ale też uniknąć „syzyfowej”, bezcelowej pracy, niełatwo znaleźć obszar, w którym publicystyka nie byłaby tylko agitacją, a myśl podążała na przekór utartym schematom.
Z jednej strony - istnieje silna pokusa totalnej krytyki zastanej rzeczywistości, z drugiej - nęci postawa bojkotu i „wzniosłego milczenia”.
Obie są mi zasadniczo obce, dlatego w czasach trudnych wyzwań, trzeba obrać drogę unikalną, stawiając sobie i czytelnikom równie wysokie wymagania.
Drogę, która pozwoli uniknąć pułapek zastawionych przez szalbierzy III RP, nie doprowadzi na polityczne manowce i skieruje uwagę na sprawy dalece ważniejsze, od bełkotu pana Kaczyńskiego i żałosnych wolt pana Dudy.
     Od kilku lat, konsekwentnie i z uporem próbuję wytyczać taką drogę, nadając jej w roku 2011 nazwę długiego marszu. Nie z powodu skojarzeń historycznych, które nijak się mają do naszej rzeczywistości, ale dlatego, by uzmysłowić ogrom pracy, jaka czeka ludzi pragnących dojść do wolnej Polski. Nie jest to projekt dla tych, którzy państwo zbudowane w Magdalence uznają za urzeczywistnienie polskich aspiracji i oceniają je miarą Niepodległej.
Za każdym razem, gdy ze strony odbiorców moich tekstów, padają „sakramentalne” pytania: „ale jakie ma pan lekarstwo, które „mniejsze zło” wybierać, na kogo głosować, komu teraz zaufać” - nabieram pewności, że będzie to długi i męczący marsz.
By zobrazować problem, pozwolę sobie na analogię.
Uwzględniając wszelkie różnice formalne i historyczne, stawianie takich kwestii, można porównać do pytań kierowanych w stronę osamotnionej garstki „szaleńców” z Pierwszej Brygady: dla którego zaborcy będziecie walczyli, pod jaką „flagą” toczycie boje, który z nich zagwarantuje nam niepodległość ?
Analogia jest uprawniona, bo wówczas i dziś podobna jest skala ignorancji, zagubienia, błędnych ocen i nadziei.
Na początku XX wieku wytyczały ją rozmaite „koncepcje polityczne”, oparte o rachuby małych politykierów, upatrujących polską przyszłość w przychylności Francji, Niemiec czy Rosji.
Dziś wytycza ją ciężar pojałtańskiej mitologii „georealizmu”, w której polskie aspiracje sprowadzono do poziomu „integracji europejskiej” i kultywowania „przyjacielskich relacji” z odwiecznymi wrogami. Partie rozdzielające między sobą rządy w III RP, nie próbują nawet ukrywać, że służba pod obcą „flagą” - rosyjską, niemiecką, amerykańską czy izraelską, należy do głównych powinności „georealistów”.
W polityce wewnętrznej, przygniata nas ciężar jeszcze większy – zaszczepiona przez „ojców założycieli” mitologia demokracji, która wszelkie perspektywy zmian każe rozpatrywać poprzez zatrutą wizję „parlamentaryzmu” i mamidła „demokratycznych wyborów”.
Jak więc nie mówić o długim marszu, jeśli w powszechnej świadomości naszych rodaków, narzędzia narzucone przez beneficjentów sukcesji komunistycznej, mają służyć do zbudowania niepodległej państwowości?
Ile trudu wymaga obalenie rozlicznych mitologii III RP, jeśli ich wyznawcy nie potrafią inaczej postrzegać rzeczywistości, jak tylko oczami tych, którzy zakpili z naszych marzeń o Niepodległej?
A wreszcie - czy i jaka byłaby II Rzeczpospolita, gdyby garstka kadrowych „szaleńców” i ich dowódca, przyjęli dyktat zaborców lub pokładali nadzieje w łaskawości wersalskich graczy?
     Mogło się wydawać, że trzy lata „dobrej zmiany”, spośród 30 lat podobnych „eksperymentów” , to dość, by otrzeźwić ludzi głosujących na partię Kaczyńskiego i zmusić ich do refleksji.
Podobno – nie dla szalbierczych „programów+”, nie z powodu atencji wobec „opozycji” i nie dla populistycznego bełkotu obdarzono tych polityków zaufaniem.
Nie trzeba też szczególnej wiedzy politycznej, by po doświadczeniach tych lat zrozumieć – jak bardzo zostaliśmy oszukani i z kim naprawdę mamy do czynienia.
Nie trzeba głębi analiz, by dostrzec nędzę ludzi mieniących się „patriotyczną prawicą” i pod płaszczem rozlicznych świństw, ustępstw i łgarstw, zobaczyć realną „wspólnotę brudu” systemowych oszustów.
Skoro i tego nie chcą widzieć nasi rodacy, skoro i tym, którzy plują im w twarz przyznają miano „strategów” i „mężów stanu” - jak mogliby wejść na drogę długiego marszu i porzucić wygodny stan wegetacji?
Proszę nie winić mnie, że – w zgodzie z własną wiedzą i sumieniem, nazywam długim marszem drogę do Niepodległej i z tych samych powodów, odrzucam każdą chimerę „sił politycznych” działających w III RP. Żadna z nich – przyjmując reguły ustalone przez magdalenkowych szalbierzy i biorąc udział w mistyfikacji „świąt demokracji”, nie może zmienić ani obalić pokomunistycznego truchła.

Trzeba świeżej wizji, otwarcia myśli i perspektywy przekraczającej ramy III RP.
Trzeba zerwania ze schematami narzuconymi przez partyjnych macherów: prymatem „demokracji” nad bezpieczeństwem i racją stanu, wyborem „mniejszego zła”, w miejsce walki o dobro, wiarą w moc karty wyborczej, na rzecz potencjału społecznego buntu i sprzeciwu.

poniedziałek, 17 lipca 2017

CIEŃ

Głównymi powodami obecnego stanu rzeczy w Polsce – to jest nędzy, słabizny wewnętrznej i zewnętrznej – były złodziejstwa, pozostające bezkarne. Ponad wszystkim w Polsce zapanował interes jednostki i partii, zapanowała bezkarność za wszelkie nadużycia i zbrodnie.
W odrodzonym państwie nie nastąpiło odrodzenie duszy narodu. 
Gdy wróciłem z Magdeburga i posiadłem władzę, jakiej nikt w Polsce nie piastował, wierząc w odrodzenie narodu, nie chciałem rządzić batem i oddałem władzę w ręce zwołanego przez siebie Sejmu Ustawodawczego, którego wszak mogłem nie zwoływać. 
Naród się jednak nie odrodził. Szuje i łajdaki rozpanoszyły się. Naród odrodził się w jednej tylko dziedzinie, w dziedzinie walki orężnej, tzn. pod względem odwagi osobistej i ofiarności względem państwa w czasie walki. Dzięki temu mogłem doprowadzić wojnę do zwycięskiego końca. We wszystkich innych dziedzinach odrodzenia nie znalazłem.
Ustawiczne waśnie personalne i partyjne, jakieś dziwne rozpanoszenie się brudu i jakiejś bezczelnej, łajdackiej przewagi sprzedajnego nieraz elementu.
Rozwielmożniło się w Polsce znikczemnienie ludzi.
Swobody demokratyczne zostały nadużyte tak, że można było znienawidzieć całą demokrację.
Interes partyjny przeważał ponad wszystko.
Partie w Polsce rozmnożyły się tak licznie, iż stały się niezrozumiałe dla ogółu. To wszystko skierowane było przeciw każdemu, kto reprezentował państwo. Tych reprezentujących państwo było trzech: mnie, jako Naczelnikowi Państwa, obrzydzano życie ciągłą nagonką, oszczerstwami i najwstrętniejszymi potwarzami. Nie upadłem tylko dlatego, że jestem silniejszy od was wszystkich. Drugiego reprezentanta wprost zamordowano, a moralni sprawcy tego mordu uszli bezkarnie. Trzeci padał pod ciężarem męki z powodu sejmu i senatu. Gdy byłem po raz ostatni w Belwederze u pana Wojciechowskiego, żal mi go było. Człowiek tajał, postarzał się pod wpływem pracy sejmu i senatu. Kiedy go usiłowałem namówić do nieulegania wpływom partyjnym, odrzekł, że chciałby partiom oprzeć się, ale czuje, że ulegnie. (…)
Wydałem wojnę szujom, łajdakom, mordercom i złodziejom i w walce tej nie ulegnę. Sejm i senat mają nadmiar przywilejów i należałoby, aby ci, którzy powołani są do rządów, mieli więcej praw. Parlament winien odpocząć. Dajcie możność rządzącym odpowiadać za to, czego dokonają. Niech Prezydent tworzy rząd, ale bez nacisku partyj. To jest jego prawo. (…)
W rozkazie moim do wojska powiedziałem, że wziąwszy państwo słabe i ledwie dyszące – oddaliśmy obywatelom odrodzone i zdolne do życia.
Cóżeście z tym państwem uczynili? Uczyniliście zeń pośmiewisko!

Z przemówienia Marszałka Józefa Piłsudskiego do przedstawicieli stronnictw sejmowych – 29 maja 1926 roku.



Był cień, który biegł koło mnie - to wyprzedzał mnie, to zostawał w tyle.
Cieniów takich było mnóstwo, cienie te otaczały mnie zawsze, cienie nieodstępne, chodzące krok w krok, śledzące mnie i przedrzeźniające. (…)
Zapluty, potworny karzeł na krzywych nóżkach, wypluwający swoją brudną duszę, opluwający mnie zewsząd, nie szczędzący niczego, co szczędzić trzeba - rodziny, stosunków, bliskich mi ludzi, śledzący moje kroki, robiący małpie grymasy, przekształcający każdą myśl odwrotnie - ten potworny karzeł pełzał za mną jak nieodłączny druh, ubrany w chorągiewki różnych typów i kolorów - to obcego, to swego państwa, krzyczący frazesy, wykrzywiający potworną gębę, wymyślający jakieś niesłychane historie, ten karzeł był moim nieodstępnym druhem, nieodstępnym towarzyszem doli i niedoli, szczęścia i nieszczęścia, zwycięstwa i klęski. (…)
            Potworny karzeł, wylęgły z bagien rodzimych. Bity po pysku przez każdego z zaborców, sprzedawany z rąk do rąk, płatny. Oto ci, którzy chcą obniżyć do swego poziomu to, co zostało wzniesione wysoko.
Moi panowie, powtarzam, nie znam, gdy nad ubiegłymi latami się zastanawiam, nie znam zjawiska bardziej stałego, bardziej metodycznie prowadzonego jak to dotykanie rodzinnych stosunków, przed którymi każdy człowiek się zatrzymuje, jak to dotykanie moich przyjaciół, mojego otoczenia, każdego nieledwie człowieka, który się do mnie zbliżył, brudnymi rękoma, brudną duszą, brudnymi słowami i brudnym, stęchłym powietrzem.
Nie znam, moi panowie, zjawiska bardziej stałego, gdy przebiegam swoją historię za ubiegłe lata!...
Miałem przyjaciół, którzy się zmęczyli i odeszli, miałem współpracowników, z którymi źle czy dobrze współpracowałem, którzy w ten czy inny sposób ode mnie odchodzili. Ale to paskudztwo duszy, które do mnie przylepiano, było tak nieodłączne, tak systematyczne, że gdy myślę o przeszłości, zawsze się oglądam, czy ubranie moje jeszcze nie cuchnie.
A plucie to chrzczono wysokimi słowami, wysokimi hasłami. Była to prasa tak zwana narodowa, prasa tak zwana patriotyczna! Nie jest to tragizmem - dla mnie. Rzeczy takie rzadko się zdarzały na świecie, gdyż są one potworne, niemoralne, dzikie i wstrętne.
Wylęgać się takie zjawiska mogą tylko w bagnie niewoli, przez które narody przechodzą.


Józef Piłsudski w Hotelu Bristol, 3 lipca 1923 roku. 

poniedziałek, 12 listopada 2012

DOBRZE SIĘ STAŁO


Dobrze się stało, że poszliśmy osobno - My i Oni. Oni prowadzeni przez człowieka, który na nienawiści zbudował swoją pozycję, My – kierowani tradycją i obowiązkiem Polaka.
Dobrze się stało, że po stronie Onych zebrały się zastępy cmentarnych postaci – politycznych „wampirów, upiorów i zmór nocnych” oraz tych, „których nawet nazywać nie warto”.
Dobrze, że rozdzieliły nas kordony „bijącego serca partii”. Ich dzieci i kobiety szły pod ochroną BOR-u i armii tajniaków, nasze dzieci i kobiety zaatakowano gazem i pałkami. Tam towarzyszem marszu był strach i prywata, nam wtórowały myśli Polaków i słowa dumnych pieśni.
Wczorajsza lekcja nie pójdzie na marne. Młodym ludziom, którzy widzieli policyjnych prowodyrów i poczuli zapach sowieckiej „czieremuchy" – nikt już nie wmówi, że żyją w wolnym państwie. Sami odkryją, ile kosztuje niepodległość i jak długa do niej droga. Na warszawskim bruku odebrali najważniejszą lekcję patriotyzmu. Tę samą, na której moje pokolenie zdawało egzaminy w latach 80.   
Dobrze się stało, że po raz kolejny podzieliła nas pamięć o Niepodległej – dla Onych groźne i obce słowo, dla nas – czas dumy i narodowego święta.
W tym dniu, podział na My i Oni był konieczny. Wytyczył nie tylko nasze poczucie odrębności - to kim jesteśmy i z jakiej historii wyrastamy, ale równie mocno obnażył miejsce Onych, sytuując ich poza tradycją i wspólnotą narodu. Oni wiedzą, że ta dychotomia jest dla nich zabójcza – buduje grupową solidarność i pozwala odróżnić swoich od obcych. Boją się jej, bo bez załganych haseł i „budującej zgody" - nie mają tożsamości, celu ani perspektyw.

Dobrze się stało, że po wczorajszym dniu możemy powiedzieć - "Polska należy do nas" i doświadczać dumy z bycia Polakiem. Tej dumy, której Oni nigdy nie odczują. 

piątek, 20 lipca 2012

PRZECIWKO "POJEDNANIU"

„Cały ciąg tyranii moskiewskiej w Polszcze jest dowodem, do jakiego stopnia ta przemoc miotała losem naszym i używając koleją przekupstwa, zwodniczych przyrzeczeń, podchlebiania, przesądom, głaskania namiętności, burzenia jednych przeciwko drugim, czernienia u obcych, wszystkiego słowem, co złość piekielna z chytrością najprzewrotniejszą połączona wymyślić może. W tylokrotnych zdarzeniach, w których Polacy do broni przeciw niej się porwali, możesz ten ród rozbójników liczyć jedno nad nimi prawdziwe zwycięstwo? A przecież zawsze koniec śmiałości polskiej był ten że zwyciężony nieprzyjaciel wracał na karki zwycięzców jarzmo na moment ulżone.
Zkąd więc pochodził taki rzeczy polskich obrót? Czemu ten naród jęczał bez sposobu wydobycia się? Oto stąd, że chytrość moskiewskich intryg, mocniejsza niż broń, gubiła zawsze Polaków samymi Polakami.” – pisał Tadeusz Kościuszko w Uniwersale Połanieckim.
Tekst z 1794 roku wart jest przypomnienia, bo nie utracił swojej aktualności. Do dziś najsilniejszą bronią tyranii kremlowskiej nie jest siła militarna lecz „zdrada, podstęp i chytrość moskiewskich intryg”. Te zaś są skuteczne, bo – jak ostrzegał Kościuszko - „gubią Polaków samymi Polakami” i czerpią moc nie tylko z naszych narodowych słabości, ale też z działań zdrajców i kolaborantów paktujących z obcym mocarstwem.
Podobnie jak przed dwustu laty, tak i obecnie są w III RP ludzie gotowi uznać, że „nic innego nam nie zostaje, tylko uciec się z ufnością do Wielkiej Katarzyny, która narodowi sąsiedzkiemu, przyjaznemu i sprzymierzonemu, z taką sławą i sprawiedliwością panuje, zabezpieczając się tak na wspaniałości tej wielkiej monarchini, jako i na traktatach, które ją z Rzczpltą wiążą”.
Te słowa z aktu konfederacji targowickiej również dziś znalazłyby wyznawców i epigonów. Szczególnie wśród tych, którzy „pojednanie” z reżimem ludobójców przedkładają nad obowiązek wyjaśnienia okoliczności narodowej tragedii, zaś podejrzenia pod adresem pułkownika KGB traktują jako działania nieodpowiedzialne, grożące wojną i konfliktem. Dla nich - oskarżenie kremlowskiego satrapy o udział w zabójstwie polskiej elity  wiedzie wprost do „wypowiedzenia wojny” i jest niedopuszczalnym zamachem na „polską rację stanu”
Już ponad dwieście lat temu te same lęki i niewolnicza mentalność popchnęły ich protoplastów do zdrady narodowej i podyktowały słowa Targowicy:
„My senatorowie, ministrowie Rzczpltej, tudzież urzędnicy, dygnitarze i rycerstwo., widząc, że już dla nas nie masz Rzczpltej” - każąc przy tym oskarżać patriotów o zamiar wplątania Polski „w wojnę szkodliwą przeciwko Rosji, sąsiadki naszej najlepszej, najdawniejszej z przyjaciół i sprzymierzeńców naszych [...] konfederujemy się i wiążemy się węzłem nierozerwanym konfederacji wolnej przy wierze św. katolickiej rzymskiej, przy równości i dawności dla wszystkich”.
Wprawdzie historia nie powtarza tych samych zdarzeń i odmiennie doświadcza kolejne pokolenia, to niezmienne przecież pozostają cechy zdrajców, którym strach lub podłość nakazuje nazywać wroga najlepszym sąsiadem i sprzymierzeńcem.
Można zignorować te doświadczenia polskich dziejów lub przykryć ich sens wrzaskiem medialnych terrorystów - nie sposób jednak nie dostrzec piętna zdrady wśród tych, którzy po tragedii z 10 kwietnia mają czelność nawoływać nas do „pojednania” z kremlowskim reżimem.
„Pojednania”, które bez prawdy o śmierci naszych rodaków i bez rachunku krzywd doznanych od katów – będzie tylko aktem zaprzaństwa i drogą do kolejnego zniewolenia. „Pojednania”, które nie tylko nie znajduje uzasadnienia w relacjach cywilizowanych państw, ale jest głęboko sprzeczne z całym porządkiem moralnym, z polską tradycją i nauką Kościoła.
Jeśli więc ktoś nie przyjmuje przesłania naszych dziejów, lub ponad nie przedkłada własne, pseudopolityczne wyobrażenia - jest zaledwie idiotą. Jeśli jednak robi to w imieniu Polaków lub wymachując sztandarem wiary chce nas jednać z katem - jest wówczas zdrajcą, dla którego nie ma miejsca we wspólnocie polskości.
Ci ludzie powtarzają dziś za targowiczanami „To są nasze zamiary, te abyśmy dokonać zdołali, dzielnej pomocy tej wielkiej monarchini wzywamy, która ozdobą i chlubą wieku naszego będąc, wzgardzając podłą zazdrością i chytremi podstępy, których zawody dzielność jej kruszy i niszczy, szczęśliwość narodu cenić umie i im pomocną podaje rękę”.
Ten antypolski i antychrześciański postulat "pojednania" prowadzi nie tylko do zatarcia granic między dobrem a złem, ale ma nas odwieść od poszukiwania prawdy i zabić w nas pragnienie sprawiedliwości. Ludzie, którzy go głoszą nie kierują się ani polskim interesem ani troską o naszą przyszłość. Nie da się ich bowiem zbudować na haniebnym zrównaniu oprawców z ofiarami i tchórzliwym przemilczeniu nierównego rachunku krzywd. Nie ma żadnej „drogi pojednania, zbliżenia narodów oraz Kościołów” – jeśli nie nazwało się zła po imieniu, nie rozliczyło win i nie okazało skruchy.
Tym ludziom trzeba przypomnieć, że po Targowicy przychodzi Insurekcja, a kościuszkowski uniwersał  kończy się słowami:
„Naprzeciw kupie strwożonych już niewolników postawmy masę potężną swobodnych mieszkańców, którzy o własne szczęście walcząc nie mogą chybić zwycięstwa, a to, czym nas dotąd pokonywali, to narzędzie gadzin milczkiem gryzących, ten obmierzły machiawelizmu przemysł, pokona baczność nasza, gorliwość poczciwych obywatelów i groźny miecz sprawiedliwości, który dosięgnie wszędzie, gdzie się zdrada lub przewrotność szkodliwa narodowi okaże.”
Gdy zwolennicy fałszywego „pojednania” ponad wszystko przedkładają wasalne uwikłania lub kierują się lękiem przed ujawnieniem zafajdanych życiorysów – muszą wiedzieć, że ocena ich czynów dopadnie ich za życia lub w godzinę śmierci. Nie będzie miała względu na stanowisko ani szatę i po równo zażąda zapłaty - od prezydenta, polityka, czy biskupa.


Tekst zamieszczony w Warszawskiej Gazecie

sobota, 24 grudnia 2011

NIE MA TAKIEGO DRUGIEGO KRAJU...

„Nie ma na świecie takiego drugiego kraju, gdzie by Boże Narodzenie tak wrosło w historię i było przeżywane z tak wielką dawką uczucia, jak w naszej Ojczyźnie. Boże Narodzenie to święto miłości, święto przebaczenia. Wieczór wigilijny potrafi często skruszyć serca najbardziej zatwardziałe w nienawiści.” – zanotował w swoich zapiskach  ksiądz Jerzy Popiełuszko. Szczególnie on ma prawo powiedzieć nam, jaki jest sens tych najpiękniejszych, najbardziej polskich świąt.
Potrzeba nam tego wieczoru i doświadczenia Tajemnicy Bożego Narodzenia – również po to, by w czasach pogardy i zniewolenia nie zatracić człowieczeństwa i wiary w zwycięstwo. Z tej Tajemnicy czerpiemy siłę, nawet wówczas, gdy doświadczają nas ciężary, które trudno podźwignąć.

Nie trzeba wiele. Jak przypominał ksiądz Jerzy  - „W wieczór Bożego Narodzenia wystarczyłoby podać sobie nawzajem dłonie, spojrzeć głęboko w oczy, ogarnąć uczuciem miłości siebie nawzajem. Zobaczyć łzy cierpiących. W myśli przytulić do serca niewinnie prześladowanych, ich rodziny. Przytulić do serca dzieci osierocone, żony owdowiałe przedwcześnie. Zaśpiewać kolędę. I to by wystarczyło.”
Chciałbym życzyć wszystkim – znanym i nieznanym Przyjaciołom odwiedzającym ten blog, byśmy na przekór czasom hańby potrafili dokonywać tych rzeczy „niewielkich”: czynić dobro, gdy wokół sieją nienawiść, mówić prawdę, gdy wokół milczą i przebaczać, gdy inni tego nie potrafią. 
Błogosławionych Świąt i Szczęśliwego Nowego -2012 Roku.


Aleksander Ścios

środa, 12 października 2011

DŁUGI MARSZ

Przegraliśmy. O przyszłości Polski zdecydowało kilka milionów osób zamieszkujących terytorium III RP. Sytuacja jest klarowna, a pomruki zadowolenia w Moskwie i Berlinie zapowiadają bliski rechot historii.
Nie ma potrzeby wskazywania czekających nas zagrożeń. Większość mieszkańców III RP nie jest nimi zainteresowana, zatem dokonany przez te osoby wybór należy traktować jako dobrowolny akt samobójstwa i nie odmawiać im prawa do skorzystania z dobrodziejstw wolnej woli.
Wynik wyborczy oznacza również porażkę opozycji i wskazuje, że nie istnieje dziś realna alternatywa dla układu rządzącego. Jest oczywistym dowodem na popełnienie kardynalnych błędów w trakcie kampanii wyborczej oraz rezultatem kumulacji wcześniejszych zaniechań. Poszukiwanie przyczyn zewnętrznych nie ma sensu, skoro nie wyciągnięto lekcji z poprzednich porażek. Jeśli niektórzy politycy PiS-u dywagują już, że „nie ma potrzeby rozliczeń” – okazują tym samym pogardę dla wyborców i stają w obronie własnych błędów. Można sądzić, że dopóki o strategii opozycji decydują ludzie pokroju Lipińskiego czy Hofmana - głównym efektem działań będą mandaty poselskie dla tych panów i postępująca marginalizacja PiS-u. Kolejnym – rozpad partii i tworzenie koncesjonowanej „prawicy”.
Jeśli z niedzielnych wyborów mamy odnieść jakąkolwiek korzyść, trzeba zrezygnować z kojącej i naiwnej retoryki oraz pokonać kilka groźnych mitów utrudniających widzenie rzeczy. Zamiast rozdzierania szat bądź obrażania się na werdykt większości warto dokonać rewizji poglądów i pokusić się o prognozę na przyszłość.
Po pierwsze: na podstawie tzw. wyniku wyborczego, można przyjąć, że na terytorium III RP mieszkają zaledwie cztery miliony Polaków, którzy nie godzą się z hańbą obecnych rządów. Pora zaprzestać bałamutnych zapewnień, że żyjemy w społeczeństwie dojrzałym, mądrym i samodzielnym, które kształtuje swoje decyzje w sposób racjonalny i odpowiedzialny. Już ubiegłoroczne wybory prezydenckie dowiodły, jak łatwo zwieść Polaków opierając się na  kłamstwie i nienawiści. Obecne pokazały zaś, że nie istnieje taki poziom upodlenia, którego mieszkańcy III RP nie byliby w stanie zaakceptować. Niech ta refleksja warunkuje pozostałe wnioski. 
Po wtóre zatem: trzeba odrzucić mrzonki, jakoby układ rządzący miał wkrótce upaść i nie oczekiwać, że za rok bądź dwa odbędą się przyspieszone wybory parlamentarne. Podobne stanowisko uważam za jeden z najgroźniejszych mitów, a jego rozpowszechnianie za działania dezinformujące. Nie uwzględnia ono realiów III RP i pozbawia owe cztery miliony obywateli prawa do decydowania o swoim losie w zgodzie z prawdą i sumieniem. Jeśli dla doraźnych celów taki mit chce propagować opozycja – uczyni Polakom ogromną krzywdę i roztrwoni nawet ten skromny potencjał wyborców.
Przekaz ten wypływa z gloryfikowania wizji pseudodemokracji oraz z definiowania naszej rzeczywistości poprzez mechanizmy i reakcje społeczne właściwe dla państw Europy Zachodniej. Mogą to być np.: pogarszająca się sytuacja bytowa, złe wskaźniki ekonomiczne, odzew na afery z udziałem rządzących czy sprzeciw wobec korupcji i cenzurze. W funkcjonalnych demokracjach potrafią one doprowadzić do wybuchu niezadowolenia społecznego i wymusić zmianę ekipy rządzącej. W III RP podobne reakcje nie będą miały miejsca. 
Rachuby takie nie biorą pod uwagę, że działający u nas układ wypracował skuteczne metody kanalizowania nastrojów społecznych przy jednoczesnym wyciszaniu lub przemilczaniu informacji niekorzystnych i krytycznych. Do tego celu służą głównie ośrodki propagandy zwane mediami, a jeśli ich osłona okazałby się niedostateczna – władza może liczyć na wsparcie organów ściągania i służb specjalnych.
W III RP od dawna nie działają instytucje nadzoru nad poczynaniami rządu, zaś pozbawione wolnych mediów społeczeństwo podąża za głosem funkcjonariuszy medialnych i bezrefleksyjnie przyjmuje narzucony przekaz. Tak skorelowany aparat państwa, przy użyciu dezinformacji i cenzury oraz rozlicznych gier operacyjnych zapewnia sobie wpływ na kształtowanie poglądów i zachowań i jest w stanie zneutralizować każdy przejaw niezadowolenia społecznego. Przekładem skutecznego działania tego systemu jest ukrycie prawdy o tragedii smoleńskiej, czy wyciszenie setek afer tandemu PO-PSL.
Mitolodzy „wcześniejszych wyborów” nie biorą pod uwagę, że mieszkańcy kraju nad Wisłą są  przeświadczeni o istnieniu autentycznych mechanizmów demokracji i wykazują bezgraniczne zaufanie do ośrodków propagandy. Tego rodzaju wiara w połączeniu z upośledzeniem aktywnego myślenia czyni z owych mieszkańców raczej marionetki niż świadomych obywateli. Takie społeczności nie są zdolne do buntu. Wymierają w poczuciu błogiego spokoju, a ich marzenia odnoszą się do koloru łańcucha, na którym są więzione. Tryumf tchórzostwa i postaw patologicznych, dopełnia wizji rozkładu. 
W świadomości społeczeństwa nie pojawią się zatem żadne problemy mogące zakłócić reakcje stadne. Skutki kryzysu, wzrost cen, czy wysokie podatki zostaną przedstawione według sprawdzonego scenariusza.  „Wy jesteście doskonali, tamci są zgnili ze szczętem. Już dawno żylibyście w raju, gdyby złość waszych wrogów nie stała na przeszkodzie” – pisał przed czterdziestu laty Kołakowski, wyjaśniając czym jest „jasne orędzie” komunizmu.
Z tej konkluzji wynika trzecia teza.
Czeka nas długi i wyniszczający marsz. Większość z dzisiejszych czterech milionów pochłonie dżuma codzienności: przejdą na stronę „sytych umarłych”, stracą wiarę i zęby, zaszyją się w głąb siebie lub uciekną ze skowytem przekleństw. Marsz będzie tym dłuższy, że ani najbliższe ani kolejne wybory nie zmienią sytuacji Polski. Państwa realnego komunizmu nie upadają pod ciosami demokracji. Anektują jej fasadę, by ukryć własne draństwa, jednak nie po to, by oddać władzę obywatelom. Odzyskać ją można tylko w taki sposób, jak została narzucona. Możemy liczyć na zbieg korzystnych okoliczności lub przypadkową iskrę, która wyzwoli pożar. Pokładanie nadziei w demokracji byłoby równie niedorzeczne, jak wiara, że większość ma zawsze rację.
Na tej drodze nie możemy oczekiwać żadnych sprzymierzeńców. Nie będą nim hierarchowie Kościoła, którzy w dążeniu do ideału Cerkwi przekroczyli boskie i ludzkie nakazy. Nie oczekujmy na wsparcie „demokracji zachodnich”, bo żadna z nich nie będzie umierać za polską prawdę. Entuzjastyczne reakcje unijnych rządów są zgodne z prawidłami historii, w których słaba i uległa III RP stanowi ucieleśnienie marzeń dawnych zaborców.
Ci, którzy chcą przetrwać, muszą zacząć budować autentyczną wspólnotę: odtworzyć język, powołać media, propagować polską kulturę i styl życia. Każda gazeta, książka czy film wydane poza obiegiem propagandy mają odtąd wartość kamieni, z których powstanie solidna barykada. Stowarzyszenia i organizacje obywatelskie będą zaczątkiem wolnej społeczności, a oddolne inicjatywy i ruchy społeczne uderzą w monopol władzy. Podstawą takiej wspólnoty może być tylko rodzina, dom, środowisko zawodowe, krąg znajomych. Partia opozycyjna, jeśli chce przetrwać, musi zrezygnować z ciułania wyborców i zainicjować powszechny ruch obywatelski w oparciu o twardy, klarowny przekaz.
Integracja na poziomie całego społeczeństwa i poszukiwanie więzi ze stronnikami obecnej władzy – wydają się niemożliwe. Nie możemy być razem, bo ich i nasze drogi prowadzą w różnych kierunkach, a obecna III RP jest rezultatem budowania takiej fałszywej wspólnoty.
To państwo musi upaść, z jego mediami, instytucjami i samozwańczymi „elitami”. Mamidła  „zgody narodowej” i bełkot rzeczników „porozumienia” służą podtrzymywaniu groźnej fikcji i konserwują wrogi, patologiczny twór.
Nie ma dialogu z kimś, komu trzeba udowadniać, że tragiczna śmierć Polaków wymaga wyjaśnienia i pamięci.. Nie ma dialogu z łgarzem, skrytym za mianem dziennikarza, który z kłamstwa uczynił narzędzie pracy. Nie ma polemiki z chamem drwiącym z ofiar tragedii ani z umysłowym kaleką powtarzającym rosyjskie brednie.  
Szczególnie szkodliwe jest czerpanie z przekazu ośrodków propagandy, podążanie za ich wydzielinami i opiniami, zachłystywanie każdym śmieciem wytworzonym w rządowych rozgłośniach. Takie zachowanie wyróżnia osoby chwiejne, niezdolne do własnych ocen i samodzielnego myślenia. Jeśli dotyczy polityków opozycji lub środowisk deklarujących sprzeciw – jest dowodem ich słabości i intelektualnych ograniczeń, zaś obsesja polemiki z tezami propagandystów zawsze wyraża niepewność własnych racji, wskazuje na kompleksy i  tchórzostwo. Zamiast dyskutować z oszustami lub tracić energię na odpieranie bełkotu idiotów – lepiej tworzyć niezależne środki przekazu i samodzielnie opisywać rzeczywistość. Pora również, by naiwną wiarę w zwycięstwo zastąpić rzetelną wiedzą o tym - jak wygrać, a w miejsce prostych definicji i dumnych haseł nauczyć Polaków historii i racjonalnego działania..
To postulaty minimum, zaledwie na przetrwanie. Chcąc osiągnąć więcej – trzeba obalić kolejne mity i przekroczyć zakazane granice. Zasłużyć na nienawiść i samotność, poczuć się mniejszością we własnym kraju.
Czeka nas długi marsz. Tak długi, jak przewlekła będzie agonia III RP. Można zostać po drodze z milionami polskojęzycznych apatrydów lub dojść do wolnej Polski.

Na tym będzie polegał wybór. 

sobota, 8 października 2011

1947-2011 – WYBÓR SUMIENIA

„To co się działo w 1989 r. nie miało nic wspólnego z wyborami i w tamtym czasie wszyscy to jeszcze nie tylko rozumieli ale i głośno mówili, nawet zwolennicy tej operacji. Po latach jednak sejm RP przyjmuje uchwałę nazywającą wydarzenia 1989 r. ‘wolnymi wyborami’. Ta operacja językowa jest niesłychanie ważna i groźna zarazem. Dla ludzi Platformy Obywatelskiej wywodzących się z ugrupowania powstałego przy okrągłym stole i z niego czerpiących swoje siły fikcja demokracji u źródeł III RP jest przesłanką usprawiedliwiającą ograniczenie, a nawet likwidację demokracji obecnie. Platforma wychodzi bowiem z założenia, że społeczeństwo, które nie potrafiło wywalczyć demokracji i niepodległości, a następnie pogodziło się z ich fikcją da sobie odebrać istniejące wciąż namiastki demokratycznych instytucji” -  napisał Antoni Macierewicz w referacie wygłoszonym w grudniu 2009  podczas konferencji zorganizowanej przez Annę Walentynowicz.
„Wielka inscenizacja” z 1989 roku stała się podstawą wszystkich procesów politycznych „nowego” państwa i pozwoliła zastąpić autentyczną demokrację agenturalno-esbeckim erzacem. Nawiązywała wprost do tradycji sfałszowanych wyborów roku 1947, z których komunistyczni najeźdźcy wywodzili swoje prawa do rządzenia Polakami. Podobnie jak pierwsze powojenne wybory stały się jednym z najważniejszych elementów „mitu założycielskiego” PRL, tak farsa roku 1989 jest do dziś fundamentem legitymizacji układu okrągłego stołu.
Historyk Maciej Korkuć w artykule „Wybory 1947 – mit założycielski komunizmu” (Biuletyn IPN 1-2/2007) pisał: „Niepodległe państwo polskie nie uporało się dotychczas pod względem prawnym z dziedzictwem komunizmu w Polsce. Dokonana w dniu 31 grudnia 1989 r. przez ostatni, „kontraktowy” Sejm PRL zmiana nazwy państwa i jego godła miała znaczenie przede wszystkim w wymiarze symboli. Mimo że w roku 1991 odbyły się pierwsze wolne wybory parlamentarne, w sensie prawnym została podtrzymana w sposób niezakłócony ciągłość porządku prawnego zapoczątkowanego utworzeniem PKWN w Moskwie w 1944 roku. Od 1989 roku potwierdzały to także kolejne nowelizacje wywodzącej się z 1952 roku stalinowskiej konstytucji, przekształcające Polskę w państwo demokratyczne, ale nie podważające expresis verbis legalizmu władzy komunistycznej z lat 1944–1989, której faktycznym i najważniejszym źródłem były jednoosobowe decyzje Józefa Stalina.”
Zapewne dopiero po upadku obecnego tworu dowiemy się jak bezpośredni sukcesorzy MBP, UB i SB, przemianowani na UOP i ABW nadzorowali kolejne akty wyborcze, by podtrzymać mit założycielski III RP.
W perspektywie obecnych wyborów parlamentarnych trzeba powtórzyć słowa Antoniego Macierewicza o stosunku Platformy do demokracji i do Polaków. Trafnie wskazują, że rządzący nami układ znajduje swoje źródła w antypolskiej spuściźnie komunizmu i z pogardą traktuje naród, którego nie stać na niepodległość. Wypowiedziane przed dwoma laty nabrały złowrogiego znaczenia po 10 kwietnia, gdy niemal każdy dzień przynosił nam potworne upokorzenia, czyniąc nawet z ułomnej demokracji III RP ponurą, moskiewską farsę. Rozpętana wówczas kampania nienawiści wobec osób sprzeciwiających się kłamstwu smoleńskiemu dokonała ostatecznej, historycznej segregacji - dzieląc Polaków linią, której dziś już nie sposób przekroczyć. 
Napisałem wówczas: „Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na ‘zdradę o świcie’ i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo”.
Również dziś powtórzę słowa: nie możemy być razem. Nie możemy, bo to co nas podzieliło trwa nadal i przybrało postać substancji, na której nie wolno dłużej budować.  Kto chciałby ukryć tę prawdę i tworzyć fikcję „wspólnego domu” – pogłębi istniejące podziały i przyłoży rękę do powstania kolejnego mitu założycielskiego. Czteroletnie rządy obecnego układu, z tragicznym finałem katastrofy smoleńskiej są ostatecznym dowodem, że państwo zbudowane na sojuszu kata i ofiary musi upaść. Trzeba sobie uświadomić, że ludzie powtarzający rosyjskie kłamstwa na temat śmierci polskiej elity, nie są żadnymi polskimi politykami, dziennikarzami bądź „wyborcami” Platformy. W polskiej kulturze nie istnieje bowiem przyzwolenie na nienawiść tak wielką, by drwiła z naturalnego prawa do dochodzenia prawdy o śmierci osób bliskich. Nie ma w naszej tradycji zgody na taką nikczemność, by Polaków żądających wyjaśnienia tragedii lżyć i oskarżać. Żadna też norma polityczna bądź moralna nie usprawiedliwia szyderstw ze śmierci własnych rodaków i niszczenia pamięci o poległych.  Kto tak czyni – staje się bękartem nie znającym swojego miejsca na ziemi i trzeba zrobić wszystko, by pozbawić go władzy.
To myślenie nie ma polskich korzeni, a wywołane przez nie podziały skazały nas na rolę marionetek rozgrywanych przez obcy, wrogi element. Takiej mentalności nie wytworzyły przecież polityczne dychotomie, lecz planowe działania aparatu nienawiści niszczącego poczucie wspólnoty narodowej.  Tu nie o żadną politykę chodzi, lecz o walkę z człowiekiem i jego systemem wartości.
Dlatego dzisiejsze państwo, czerpiące swój rodowód z „jednoosobowej decyzji Józefa Stalina” nie wymaga żadnej „naprawy” ani „modernizacji”. Jest tworem głęboko obcym polskości i musi odejść w historyczny niebyt.
Mogłoby się wydawać, że tragedia smoleńska przygniecie nas ciężarem zbrodni, spod której już nigdy nie zdołamy powstać. Groza tego zdarzenia, jego wymiar moralny, polityczny i historyczny miały raz na zawsze zniweczyć marzenia o wolności i przeciąć ostatnią nić narodowych więzi. U podstaw tej śmierci leżała bowiem ta sama koncepcja, która nakazała Sowietom wymordować tysiące Polaków w Katyniu. Dokonana z premedytacją likwidacja oficerów II Rzeczpospolitej w zamyśle Stalina miała otworzyć drogę do budowy „nowego państwa” pod przywództwem skarlałych, poddanych sowieckiej woli zaprzańców. Katyńskie ludobójstwo otwierało zatem przestrzeń dla porozumienia z ludźmi podległymi Moskwie, a w perspektywie dziesięcioleci miało doprowadzić do zniszczenia polskiej tradycji i kultury. Śmierć naszych elit w Smoleńsku, wpisuje się w ten sam zbrodniczy scenariusz i rządzi tymi samymi regułami.
W jednej ze swoich książek Włodzimierz Odojewski stworzył analogię; między szekspirowskim lasem Birnam, ruszającym ku okrutnemu władcy, by go zniszczyć, a lasem katyńskim, w którym Rosjanie chcieli pogrzebać nasze marzenia o niepodległości. Ten obraz miał zwiastować kres sowieckiego imperium.
„Początek końca — napisał Odojewski — zrodził się już w tych ciemnych lasach, gdzie oni mordowali strzałem w tył głowy. (...) Las Birnam ruszył już wtedy przed laty, kiedy oni tych oficerów gnali przez dwuszereg, wyłamywali, krępowali ręce, po strzale kopniakiem spychali ciało w dół... i idzie...”
Po raz pierwszy od 1947 roku mamy szansę, by pokrzyżować obce plany. Rządząca nami koalicja jest bowiem końcowym sukcesorem układu okrągłego stołu, ostatnią redutą sił niszczących Polskę od dziesięcioleci. Jej upadek otworzy drogę do prawdziwie niepodległego państwa i pozwoli zerwać ze spuścizną komunizmu. Będzie początkiem końca imperium zbudowanego na nienawiści. Imperium, które zapuściło w nas mocne korzenie.
By tak się stało, wystarczy dokonać wyboru według najprostszych reguł: dobra i zła. Nie wymagają one znajomości spraw polityki ani biegłości w niuansach życia publicznego. By wybrać – dość kierować się uczciwością i drogowskazem własnego sumienia.


Tekst został opublikowany w „Warszawskiej Gazecie” 

piątek, 16 września 2011

ŚWIAT OSTREGO WIDZENIA

Trudno, coraz trudniej wyznać: „Świat zaczyna się od dokładnego, ostrego widzenia. Ostrego widzenia przedmiotów w jasnym obiektywnym świetle. Bez cienia.” Choć minęło ledwie kilka lat, gdy Książę Poetów przypomniał tę oczywistą prawdę – ilu z nas potrafi jeszcze patrzeć na rzeczywistość bez skazy „straszliwego zamazania”? Bez lęku przed kształtem i słowem, które kształt nadaje?
Nawet ci, deklarujący wybór „w imię prawa i sprawiedliwości” – czy nie zasłaniają oczu znoszoną szmatą pragmatyzmu, słusznie przeczuwając, że jej porzucenie skończy złudny czas spokoju i wymusi decyzje, od których chcieliby uciec? Decyzje ostateczne, niosące odpowiedzialność ponad ich wątłe siły. Znajdą odwagę, by nam o tym powiedzieć? Czy po raz kolejny nazwą swoje tchórzostwo „politycznym realizmem” pozostawiając nas z otwartymi gębami? Na pośmiewisko.
Tylko poetę stać dziś na słowa: „teraz jest wojna”. Kto jej nie dostrzegł, niech nie mówi o wygranej i nie snuje planów na przyszłość. Ta bowiem niesie hańbę Wielkiej Ściemy, o której wkrótce będą pisać tylko samobójcy.
Adolf Bocheński w tekście z 1934 roku przypomniał, jak po stłumieniu Powstania Listopadowego car Mikołaj I przemówił do generała Łubieńskiego: „Ja wam wszystko przebaczam, bunt, detronizację... ale czego nie mogę to — żeście mi zwichnęli plan panowania. Ja chciałem przez was cywilizować Rosję Wyście temu stanęli na przeszkodzie przez waszą głupią rewolucję". Bocheński dalej napisał: „Gdyby dziś Woroszyłow zlikwidował regime bolszewicki, reprezentant polskiej opinii — może redaktor „Wiadomości" — odezwałby się doń prawdopodobnie w te słowa: „Wszystko wam daruję Klim Jefremowicz, ale nie to, żeście zwichnęli mi plan. Przez Rosję bolszewicką pragnąłem cywilizować Polskę".

Świat ostrego widzenia dla każdego zaczyna się za inną granicą. Nie zna reguły ani wzorca . Ci, którzy wiedzą o co dziś toczy się wojna, muszą odczuwać lęk. Jest to lęk przed powtórzeniem rozmowy z „Rusyfikacji Polski współczesnej” – tego dziejowego dialogu, w którym Polsce zawsze przypada rola ofiary. W świecie, o którym przypomniał nam Książę Poetów – nie ma miejsca na taki dialog.
Tym, którzy z zamazywania tego świata czynią dziś polityczny spektakl – trzeba wyznaczyć nieprzekraczalne granice. Trzeba, by wiedzieli, że naruszając je wystawiają się na naszą pogardę i gniew.

niedziela, 14 sierpnia 2011

RĘKA Z TAMTEGO ŚWIATA. ROK 1920


Dziwny jakiś traf zrządził, że kierunek kontrakcji naszej Brygady rozwijał się właśnie wzdłuż dróg prowadzących do mej okolicy. Po nagłym załamaniu się generalnego ataku nieprzyjaciela na linię Wisły i odparciu go od Warszawy, kolej zwyciężać przyszła na wojska polskie. Dwojąc się i trojąc w powszechnym natarciu na zuchwałego wroga, forsownymi marszami dosłownie nadeptywając mu na pięty, ledwośmy zdążali go wytracać, roznosząc na bagnetach i szablach bose i głodne kupy najeźdźców, którzy, potraciwszy głowy i dowódców, umykali w popłochu, czasami tylko zwracając się ku nam do obrony, z rozpaczą i rozjuszeniem osaczonego zwierza. (...) Po niejakim czasie straciliśmy nawet łączność z rozbitym nieprzyjacielem. Uchodził zawsze o dzień drogi marszu przed nami, plądrując, niszcząc, paląc i rabując, co się da.
Jako dowódcy kompanii piechoty, dano mi rozkaz zajęcia i utrzymania, aż do nadejścia sił głównych, pewnego wzgórza, które było położone na rozstaju dróg, skąd kilkanaście tylko wiorst dzieliłoby mnie od wsi Jaskrońca.
Prawie bez przeszkód, wyłapując jedynie maruderów, oraz czerwonoarmistów, brodatych wielkorusów, chcących się poddać "z dobrawoli", dotarłem pomyślnie do wskazanego miejsca. Na owym wzgórzu u rozstajnych dróg stał znany mi z dawien dawna dworek, otoczony starym parkiem. Właściciele uszli przed burzą wojenną, zaś zdobywcy stali tam przez jakiś czas kwaterą, o czym świadczyły wymownie ślady ich krótkiej, ale że się tak wyrażę, doszczętnej gospodarki.
Dla tego dworku miałem zawsze osobliwy sentyment. Leżał na drodze do powiatu, którędym jeździł do szkół za czasów mego chłopięctwa. Ile razy mijałem to miejsce, i wtenczas, i potem uderzało mię zawsze wielkie podobieństwo tego domu i ogrodu i w ogóle całego obejścia, do własnego mego gniazda, gdziem się urodził, wychował i żył.
Skoro więc rozstawiłem placówki i posłałem dowództwu odpowiedni meldunek, nie mogłem się opędzić dawnemu sentymentowi. I w szczerym wzruszeniu jąłem lustrować opuszczone obejście, począwszy od domu.
Smutny obraz dawało to domostwo, urządzane jak widać, w ciągu długich lat, może paru stuleci. W czcigodne naczynie, wznoszone i przebudowywane przez szereg pokoleń, kształtując zbiorową duszę szlacheckiej familii od dziadów-pradziadów tu osiadłej, rojne od wspomnień droższych, nad relikwie, pełne żywego smutku i radości tych, co się w zaciszu starych ścian urodzili, żyli byli i pomarli - wdarł się żywioł obcy, wrogi i niszczący. I pohulał, wygodziwszy niszczycielskim swym instynktem.
W oknach nie zostało ani jednej całej szyby. Nie od kul wyleciały - powytłukiwano je snać naumyślnie kolbą, kijem, pięścią, z sołdackiej chandry, dla zbytku. W pokojach wszystka posadzka była dokładnie wyważona, klepka po klepce wydarta ze spojeń. W pośrodku izby, niegdyś jadalnej, pozostała kupa popiołu i węgli po ognisku, wznieconym z połamanych mebli. Komu i po co przydał się ten ogień - niewiadome; było lato, upał dokuczał nawet w nocy, a dla uwarzenia strawy znajdowała się obok dobrze urządzona kuchnia. Wszystkie meble, szafy, kredensy, leżały w drzazgach, szczapach i strzępach. Nogi co krok deptały po szkle, ścielącym się od roztrzaskanych luster. Tapety tu i ówdzie powydzierano pasami od sufitu aż do podłogi, ściany okryto szeregiem odręcznych napisów i rysunków kredą, węglem lub dziegciem, utrzymanych w stylu owych prymitywów, które zdobią mury i parkany moskiewskich koszar, więzień i fabryk. Doborowa biblioteka, składająca się z paru tysięcy starannie oprawionych ksiąg, przedstawiała zwichrzoną kupę podartych, zetlonych szpargałów.
Uwagę mą zwróciła duża księga in folio, leżąca na podłodze w niedbałym rozwarciu i roztrzepaniu kart, z resztkami grubej pozłoty na brzegach i grzbiecie, tłoczona czcionkami greckimi na papierze, pożółkłym od czasu. Nachyliwszy się zapuściłem wzrok między wiersze. Owiała mię wspomnieniem znajoma treść: boski Platon bronił w obliczu wieków nieśmiertelnego Sokratesa... Przebiegłem oczami kartę do samego dołu i odwróciłem ją, sam o tym dobrze nie wiedząc. Wtem nagły fetor odepchnął, odtrącił mię od rozwartej księgi... Odwróconą kartę ohydną lepką kałużą okrywały rozlane odchody ludzkie. Jakem się przekonał, wszystkim wykwintniejszym księgom tej bibijoteki, przygodni czytelnicy wygodzili w ten sam sposób.
I co wogóle szczególniej mię uderzyło w całym tym rozgromionym domu, to mnogość tego specyficznie moskiewskiego zostawiania po sobie zelżywej, śmierdzącej pamiątki: w każdym kącie, w pośrodku każdego pokoju, na parapetach okien, na rozprutych materacach łóżek, na potłuczonej klawiaturze rozbitego fortepianu. Szczególna to chuć robić ze wszystkiego kloakę. Jeśli ślad obecności tych ludzi jest taki, cóż dopiero dziać się musi w nich samych, pomyślałem...
Ból prawie fizyczny targnął mą duszę. Wybiegłem co tchu z zapowietrzonych izb, aby się przejść po ogrodzie. Lecz i tu ścigała mię zmora w obrazie krzewów, roślin południowych, które wyniszczone były w sposób niezwykle gruntowny, tak, aby nigdy już odrosnąć nie mogły: w obrazie malw, róż, georginii, słoneczników, pościnanych snać ciosami kija czy też knuta; w obrazie urodzajnych jabłoni i grusz, których gałęzie, obciążone rzęsnym, zielonym jeszcze owocem, zwisały, wsparte czubem o stratowaną murawę; odłamano je od macierzystego pnia, który świecił w miejscu oddarcia gałęzi okrutną, białą raną.
Uchodząc od tych widoków zabrnąłem, idąc zboczem porosłego gęsto wzgórza, aż nad staw, będący właściwie dużą sadzawką, sakramentalnym dodatkiem "parku" w każdym niemal obejściu dworskim w Polsce.
Woda, obrzeżona gajem tataraków, lśniła w sierpniowym słońcu, jak żywe srebro i jak szczere złoto. Bliżej ku zaroślom brzegów wydawała się być szczelnie okryta mnóstwem dużych, mokrych szmaragdów: to rzęsa wodna, oraz wywrócone na kształt płaskich talerzów, lśniące listowie przekwitłych nenufarów leżały na wodnej tafli, niby zielona łuska bajecznych płazów, pospanych w południowym upale.
Z rozkoszą zanurzyłem wzrok w tym zakątku wilgotnej zieleni. Wtem zwidziało mi się, że w pośrodku srebrno - złotej wody nieruchomieje coś białego, coś niby kilka kęp śniegu, kiedy wraz z lodem taje na wiosnę w odmarzającym stawie. Po uważnych oględzinach rozpoznałem, że są to martwe łabędzie. Jeden, drugi, trzeci... piąty... dziesiąty... Powystrzelano je zapewne, ot, tak sobie, dla moskiewskiej, hulaszczej zabawy.
W drodze powrotnej szczegół innych, nierównie więcej przykry, zabrał mą uwagę. Idąc aleją wygracowaną brzegiem stawu, ujrzałem jeszcze kilka łabędzi. Były również martwe. Ktoś wpadł widocznie na pomysł osobliwy. Młode sadzonki wierzb nad stawem czyjeś ręce rozłupały toporem, czy szablą od góry aż do korzenia i w otrzymane stąd widły, sprężyście zwierające się rozdartemi połowami, powszczepiano wysmukłe długie szyje ptaków. Płaskie ich głowy, z rozwartymi szeroko dziobem, zwisały martwo z jednej strony drzewek, zaś z rozpacznie rozpostartymi skrzydły, których pióra wbiły się, wgrzebały w ziemię, niby zgrabiałe palce zmarłych w męce. Szary i biały puch wyścielał dokoła trawę i słaniał się za najlżejszym powiewem.
- Łabędziom nawet, za to jedno, że były "pańskim" ptactwem, nie darowali ci ludzie -pomyślałem w zgryzocie i cały nieswój, dygocąc z obrzydzenia, podążyłem w stronę rozstawionych za parkiem placówek, niby to w celu sprawdzenia, jak się służba pełni, w istocie zaś po to, żeby coś czynić, czymś się zająć, żeby tylko nie pozostawać dłużej sam na sam z sobą, z moją męką pęczniejącą mi w głowie, jak obolały gnojny wrzód.
Ledwom się z parku wydostał, natrafiłem wnet na mych żołnierzy. Zgromadzeni byli w liczbie kilku pod murem ogrodu. Mówili bardzo głośno i wszyscy razem, pilnie ze wszystkich stron oglądając coś znajdującego się na ziemi. Na mój widok ucichli i rozstąpili się, dając mi przejść. Rzuciłem okiem wdół na rzecz, która wywołała zbiegowisko.
W pierwszej chwili pomyślałem, że to jakiś niesamowity, pokraczny grzyb, białawy, i bardzo duży, po niedawnym deszczu wyparł się z mokrego gruntu.
- Melduję posłusznie - posłusznie - odraportował mi któryś - względem tego, co wiejskie ludzie powiadają, że tutaj ma leżeć nasz polski oficer. Ciężko był ranny, powiadają. Popod lasem znalazły go "bolszewniki" po jednej bitwie i przywlokły, psiekrwie, aż tutaj; ciągli za nogi, włócząc gębą po ziemi, ta i zakopały żywcem, nieboraka. Ino ręką z tamtego świata kiwa nam teraz... Mamy los, panie poruczniku!
Ukląkłem, aby się lepiej przyjrzeć. Nie nasuwało się żadnych wątpliwości, że ręka stercząca z ziemi, należy do człowieka, zakopanego żywcem. Dokoła kiści ziemia była szczególniej zruszona. A w zastygłym na wieki ruchu samej ręki było coś, mrożącego krew w żyłach: wymowna, chociaż niema jak śmierć, opowieść umarłego gestu o strasznym skonie istoty żywcem pogrzebanej, która ostatnim wysiłkiem rozpaczy, z podziemnym krzykiem ust, pełnych gliny, siliła się wydostać na powietrze, lecz tylko tą ręką okropną ręką trupa, zdołała wydrzeć się z grobu na świat...
- Sterczy ku tobie błagalna dłoń! - samo się tak określiło w mej myśli, wersetem z ponurego "Chorału", zjawisko z pod ziemi wyszłe, zapozywające Wojnę przed sąd Boga Żywego...
Po ziemistym już ciele owej ręki biegało kilka skrzętnych mrówek, jak to mrówki zazwyczaj biegają po czymś: pośpiesznie, niby-to bez żadnego celu, po mrówczemu. Wszystkie palce, prócz wskazującego, układały się w nieszczelną pięść, ten jeden zaś, niedołężnie przygarbiony, wskazywał kędyś na ukos, w niewiadomy punkt. Wpełzła nań właśnie boża krówka, podobna do toczącej się kropelki krwi, wydostała się na koniec paznokcia, po czem rozpołowiła nie odrazu twarde korale swych łusek, wreszcie rozpięła błoniaste skrzydełka i odleciała prosto w sierpniowy błękit!...
- Sierżancie! gdzie jest sierżant? zawołać sierżanta! - krzyknąłem, nie wiedząc o tym, że głos mój brzmi charkotliwie jak bełkot, pomieszany z jękiem, i że na twarzy jestem blady i ziemisty, jak ta z pod ziemi wskazująca na coś ręka.
- Ściągnąć zaraz wszystkie posterunki. Opatrzyć broń. Za kwadrans maszerujemy do Jaskrońca!...
Serce tłukło się mi po całej piersi wyżalonym tempie, niby sto bębnów, głuchym warkotem uderzających z nagła na alarm.

***********************


Tom opowiadań "Koń na wzgórzu" 23-letniego porucznika Eugeniusza Małaczewskiego (1897-1922), z którego pochodzi powyższy fragment był uważany w okresie międzywojennym za jedną z najbardziej wstrząsających opowieści o wojnie bolszewickiej, a także za jeden z najbardziej antysowieckich utworów, jakie stworzyła literatura polska.
Do twórczości Małaczewskiego nawiązywał Prymas Tysiąclecia ks. kard. Stefan Wyszyński, gdy 3 sierpnia 1962 roku mówił w Warszawie:
"Będziemy szli najmilsi, po kolana w polskim błocie, a jeśli trzeba, to padniemy na twarz w to błoto, bo mamy je uświęcić (...), tak - jak zapowiadał ongiś Eugeniusz Małaczewski w 'Koniu na wzgórzu'. Upaść duchowo na ziemię polską, miłośnie ją objąć, a przycisnąwszy usta i serce swoje do niej, wsłuchiwać się w głosy, które tam słychać. Może jeszcze nie słychać ich na powierzchni w pogwarze, jak to określił Małaczewski - 'sejmikującego życia', ale już są w głębi serca Matki - ziemi polskiej, już idą".
W przededniu święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, 91 rocznicy Bitwy Warszawskiej i Dnia Wojska Polskiego - warto przypomnieć fragment wielkiej, a zapomnianej literatury oraz nadal aktualne słowa Prymasa Wyszyńskiego.

sobota, 23 kwietnia 2011

ŚWIAT WIELKIEGO PIĄTKU

W "Zniewolonym umyśle" Miłosza znajdziemy definicję „ketmana” zaczerpniętą od francuskiego myśliciela Artura Gobineau. To z jej pomocą Miłosz próbował analizować zachowania intelektualistów w epoce stalinizmu i rozprawić się z  własnym „ukąszeniem”.
"Czym jest Ketman?” – pytał Miłosz. – „Zdaniem ludzi na muzułmańskim Wschodzie posiadacz prawdy nie powinien wystawiać swojej osoby, swego majątku i swego poważania na zaślepienie, szaleństwo i złośliwość tych, których Bogu spodobało się wprowadzić w błąd i utrzymać w błędzie. Należy więc milczeć o swoich prawdziwych przekonaniach, jeżeli to możliwe. Jednakże są wypadki, kiedy milczenie nie wystarcza, kiedy może ono uchodzić za przyznanie się. Wtedy nie należy się wahać. Nie tylko trzeba wtedy wyrzec się publicznie swoich poglądów, ale zaleca się użyć wszelkich podstępów, byleby tylko zmylić przeciwnika. Będzie się wtedy wypowiadać wszelkie wyznania wiary, które mogą mu się podobać, będzie się odprawiać wszelkie obrządki, które uważa się za najbardziej niedorzeczne, sfałszuje się własne książki, wykorzysta się wszelkie środki wprowadzania w błąd.”
Znamy „ketmana”. W opinii przedstawicieli „elit” III RP jest kuszącym wyzwaniem, wzniosłym, niemal egzystencjalnym testem wielkość ich ducha, zdolnego przekraczać granice dobra i zła. Daje poczucie władzy nad złożoną dialektyką i miraże prowadzenia gry na kresach antynomicznych rzeczywistości. Miłosz podpowiedział im, że „Ketman napełnia dumą tego, kto go praktykuje. Wierzący dzięki temu osiąga stan trwałej wyższości nad tym, którego oszukał, chociażby ten ostatni był ministrem czy potężnym królem”.
Uzbrojeni w ten arsenał pseudofilozoficznych sofizmatów, wszelkiej maści konformiści, bufoni, karierowicze i pospolite kanalie stworzyły przestrzeń własnej miernoty, nieistniejące „państwo ketmana”, w którym próbują dyktować fałszywą wersję zdarzeń pisaną  językiem tchórzy i łgarzy
Ta postawa istniała od zawsze, wszędzie tam, gdzie do ludzkiej nędzy przykładano miarę szlachetnej postawy , gdzie niemoc tłumaczono rozsądkiem, a pychę, przezornością. To według niej "politycznego” wyboru dokonał Judasz rozczarowany „niemesjańskim“ przesłaniem Jezusa. To ona stała za Potockim, Branickim i Kossakowskim, pomagając im wytłumaczyć zdradę Targowicy. Według niej działali w PRL-u literaccy „inżynierowie dusz” i szczytne Puczymordy przekonani o moralnej „dostojności” i „potykaniu się ze złem”. Wysublimowany z pospolitej zdrady „ketman” miał zaspokajać potrzeby ludzi nazbyt słabych, by pogodzić się z własnym zbydlęceniem, zbyt tchórzliwych, by znieść swoją prawdziwą twarz.
Tragedia smoleńska jedynie obnażyła te postawy, niosąc tryumf nienawiści i ucieczkę od elementarnych zasad. To dzięki niej dostrzegliśmy pozę „ketmana” podniesioną do rangi „racji stanu” i usłyszeliśmy mowy pospolitych oszustów udających elitę. Jednego możemy być pewni.  Kapitulacja przed rosyjskim dyktatem w sprawie  tragedii i walka z pamięcią o jej ofiarach zostanie rozgrzeszona przez „elity intelektualnych trupów” tym samym zabiegiem, jakim ich peerelowscy pobratymcy rozgrzeszali peany na cześć Stalina. „Podpowiedź” Miłosza łączy te dwa okresy i odsłania trwałe przymierze postaw.
To dzięki „ketmanowi” poznaliśmy współczesnych „talibów” III RP –  uczniów politpoprawnej medresy praktykujących odwieczną takijję, by zasłonić nią swój prostacki oportunizm. Można w nich rozpoznać semantycznych terrorystów, próbujących za pomocą „odwróconego języka” sparaliżować ludzi odważnych i pozbawić ich prawa do głosu. 
Ich obłudne mowy „w obronie demokracji”, ich „apele o wstrzemięźliwość” mają uciszyć niepokój sumienia i są zaledwie oracją w obronie własnego tchórzostwa. 
Nie wolno nam godzić się na postawę „ketmana” – który z negacji dobra i zła próbuje zbudować własne imperium i swoją „niby obecnością” niszczy odwieczny porządek, występując przeciwko tym, którzy mają odwagę stawiania trudnych pytań. 
Nie można pozwolić, by bełkot „ketmanów” uzasadniał najzwyklejsze łajdactwo i z zaprzeczenia  rzeczy niezaprzeczalnych czynił fałszywą normę. Nie wolno - ponieważ każdy z nich, nienazwany swoim imieniem zabija fundamentalną prawdę o naszej rzeczywistości i drwi z ludzi zdolnych udźwignąć ciężar odpowiedzialności.
Ich świat - najgroźniejszej z fikcji, gorszej od „socjalistycznej demokracji” i „Europy bez granic” - jest anty- ludzki i anty -chrześcijański.
To dlatego ”ketman” zna odpowiedź na pytanie „cóż to jest prawda” i wie, kiedy i przed kim być „królem żydowskim”. To dlatego, żaden „ketman” nie powie „Oto jestem” i nie wkroczy na drogę z której nie ma odwrotu. Lęk, jaki odczuwają przed Słowem wymusza nienawistny bełkot, groza pustki żąda zgiełku i agresywnej  kazuistyki. Tylko tak mogą ukryć własną beznadzieję, tylko tak potrafią oszukać nieskończony strach.
Trzeba, żebyśmy zostawili „ketmanów” w ich świecie Wielkiego Piątku, „podziwiających zawrotną grę losu, potencje i uśmiechy fortuny.”  Nie znajdą z niego wyjścia. Książę Poetów, pogromca „ketmanów” wiedział jak próżne ich oczekiwanie:
„A Nazareńczyk
 został sam
 bez alternatywy
 ze stromą
 ścieżką
 krwi”.


Tekst opublikowany w Warszawskiej Gazecie.


**********************



Wszystkim Państwu, którzy odwiedzacie mój blog, chciałbym życzyć wielu łask płynących z przeżywania Świąt Wielkanocnych. A szczególnie - prawdziwej nadziei, zrodzonej ze świadomości, że po smutku Wielkiego Piątku przychodzi radość Niedzieli Zmartwychwstania.  Z tą nadzieją trzeba patrzeć na nasze dziś, gdy rzesze „ketmanów” sprawują „proces nad Chrystusem w Jego braciach”. Ich świat kończy się na Wielkim Piątku. My wierzymy w Nowe Życie. 



piątek, 13 sierpnia 2010

NIE BĘDZIE BARDZIEJ BOLAŁO.

Historia prześladowań kapłanów, historia mordów dokonywanych przez esbeckich oprawców jest zawsze historią krzyża.
Takim Kapłanom Niezłomnym poświęcona była  konferencja zorganizowana w Belwederze 9 grudnia 2009 r. przez Kancelarię Prezydenta Lecha Kaczyńskiego i Instytut Pamięci Narodowej. Prowadzący konferencję prof. Jan Żaryn, podkreślił wówczas, że odbyła się  ona z inspiracji Anny Walentynowicz: - „To z głowy i serca Pani Anny, wyszła ta inicjatywa. Spotykamy się tu, by przywrócić naszej wspólnej pamięci niezłomnych ludzi Kościoła, których jest tak wielu. Winniśmy im z perspektywy państwa oddać cześć i szacunek, bo zawdzięczamy im niepodległość”.
Prezydent Lech Kaczyński uhonorował wielu Kapłanów najwyższymi odznaczeniami, m.in.: księdza Jerzego Popiełuszkę – Orderem Orła Białego, księży Kazimierza Jancarza, Romana Kotlarza, Stefana Niedzielaka, Stefana Miecznikowskiego – Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski, księży Władysława Gurgacza, Stanisława Suchowolca, Sylwestra Zycha – Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, księdza Józefa Wójcika - Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski. 
Elżbieta Szmigielska-Jezierska,  w relacji z konferencji  przypomniała, że ksiądz Sylwester Zych  trafił na listę SB już w latach 70,  z adnotacją „wikary Zych jest niebezpiecznym zwolennikiem przywrócenia krzyży w szkołach".
Podobnie esbecja zaczęła szczególnie prześladować księdza Stefana Niedzielaka, gdy w roku 1977 rozpoczął razem z Wojciechem Ziembińskim budowę Sanktuarium Poległych na Wschodzie. Dzięki niemu wmurowano w ścianę świątyni pomnik-krzyż i blisko 1000 tabliczek ku czci ofiar zbrodni katyńskiej, pamiątkowe tablice poświęcone dowódcom Armii Krajowej na Kresach Wschodnich, a w głównym ołtarzu kościoła umieszczono replikę obrazu Matki Bożej Kozielskiej. Ksiądz Niedzielak został zamordowany w styczniu 1989 roku i uznany za „ostatnią ofiarę Katynia”. 
Spośród wielu przykładów heroicznych postaw obrońców krzyża, warto przypomnieć księdza Józefa Wójcika, który w roku 1958, już w trzy miesiące po święceniach kapłańskich znalazł się w więzieniu. Był wówczas wikariuszem parafii Ożarów koło Ostrowca Świętokrzyskiego. W reakcji na rozporządzenie ministra oświaty o przestrzeganiu świeckości szkoły, za którym poszło zdejmowanie krzyży, młody wikary Wójcik powiedział w niedzielnym kazaniu:
 „ Dzieci, Polska to nie Rosja… Jeżeli tam dzieci uczą się bez krzyży, to nie znaczy, że i wy macie uczyć się bez krzyży w klasach. Konstytucja PRL gwarantuje nam wszystkim prawo do wolności sumienia i wyznania. Jeżeli te prawa zostały pogwałcone, to moim obowiązkiem jest domagać się sprawiedliwości, domagać się tego, aby wasze uczucia religijne zostały uszanowane”.
Następnego dnia dzieci nie chciały wejść do klas. Stały wszystkie na podwórku szkolnym. Gdy kierownik szkoły zapytał: - Dlaczego nie wchodzicie? - Otrzymał odpowiedź: - My w chlewie nie chcemy się uczyć.
Z pomocą dzieciom przyszły matki. Przyniosły młotek i gwoździe. Wszystkie krzyże, pozdejmowane wcześniej przez nauczycieli wróciły na swoje miejsca. Kierownik szkoły zawiadomił milicję. Ksiądz Józef Wójcik został oskarżony o „nawoływanie do rewolucji” i wezwany do wojewódzkiej prokuratury w Kielcach. Oskarżono go o publiczne nawoływania z ambony do przeciwstawienia się zarządzeniom ministra oświaty o przestrzeganiu świeckości szkoły. Prokurator odczytał mu zeznania świadków. Jedna z nauczycielek zeznała: - „Ksiądz powiedział: - Dzieci, wy powinniście być rewolucjonistami Bożej sprawy”. Ksiądz Wójcik został aresztowany. Przesłuchujący go ubek skomentował całą sytuację: - Potrzebne to było księdzu? My krzyże zdejmujemy i będziemy zdejmować i ani ręka nam nie uschła, ani noga nam nie uschła”.
Ksiądz Józef Wójcik podczas uroczystości pogrzebowych śp. Przemysława Gosiewskiego przypomniał słowa Jana Pawła II , wypowiedziane w Kielcach 3 czerwca 1991 podczas homilii w czasie Mszy św. na lotnisku w Masłowie, gdy Papież wzywał do zrobienia rachunku sumienia u progu III Rzeczypospolitej. Mocne, najmocniejsze słowa, jakie usłyszeliśmy z ust polskiego Papieża:
„Może dlatego mówię tak, jak mówię, ponieważ to jest moja matka, ta ziemia! To jest moja matka, ta Ojczyzna! To są moi bracia i siostry! I zrozumcie, wy wszyscy, którzy lekkomyślnie podchodzicie do tych spraw, zrozumcie, że te sprawy nie mogą mnie nie obchodzić, nie mogą mnie nie boleć! Was też powinny boleć! Łatwo jest zniszczyć, trudniej odbudować. Zbyt długo niszczono! Trzeba intensywnie odbudowywać! Nie można dalej lekkomyślnie niszczyć!”
Po przypomnieniu słów Papieża,  ksiądz Wójcik powiedział:
„Te słowa musiały tu paść, bo niestety nie przejęliśmy się wtedy tymi słowami Ojca Świętego, nie bolało nas to, że niektóre rzeczy w Polsce, że Polska idzie w złym kierunku. Nie bolało nas to, że pana Prezydenta Najjaśniejszej Rzeczpospolitej Polskiej, pana profesora Lecha Kaczyńskiego tak znieważano i obrażano, tak ukrywano tę prawdę o jego wielkości, jego wartości, jak ukrywano prawdę o Katyniu. [...] Nie bolało nas to, że Polsce podcina się korzenie tożsamości, nie bolało nas to, że podcina się Polsce korzenie na których stała od tysiąca lat. Wierna krzyżowi.
I widocznie słabe były te słowa naszego ukochanego Ojca Świętego. Trzeba było jeszcze mocniejszych słów. I one przyszły. One przyszły spod Smoleńska, kiedy naród zawołał „O Boże, co się stało”. A stało się i wtedy żeśmy zaboleli, wtedy ból doszedł aż do kości szpiku i zrozumieliśmy, że te ofiary przemawiają, te ofiary potrząsają nasze sumienia, te ofiary pokazują nam prawdę o nas, prawdę o Polsce!”

Nie wiem, jak zakończy się sprawa krzyża smoleńskiego. Dzisiejszy apel Episkopatu o przeniesienie krzyża „po decyzji władz o uczczeniu katastrofy smoleńskiej” świadczy, że tę władzę i tych hierarchów nic „nie zabolało”. I nic już nie zaboli, aż do godziny śmierci.
Nie będzie mocniejszych słów, poza tymi, które padły. 
I nie będzie bardziej bolało.


 


sobota, 17 lipca 2010

POLSKA ZA ZAMKNIĘTYMI OCZAMI

Rzetelna analiza, blisko trzyletniego okresu rządów obecnego układu musiałaby stworzyć obraz przerażający. Szczególnie dla tej części polskiego społeczeństwa, która zwiedziona medialnym fałszem uwierzyła, że politycy Platformy mogą zbudować nową, polityczną jakość. Tymczasem, zamiast deklarowanych „standardów” ujrzeliśmy pogardę dla prawa, ordynarne oszustwa i całkowitą degrengoladę – w wykonaniu najwyższych urzędników państwowych i partyjnych przyjaciół Donalda Tuska.  Polacy zapomnieli, że wielu ludzi Platformy wywodzi się z KLD – znanej w latach 90. partii „aferałów”, której krótki epizod udziału w rządach zakończył się licznymi procesami i wyrokami skazującymi dla czołowych działaczy.
Kwintesencją rządów Platformy w tym zakresie była tzw. afera hazardowa, gdy prawdziwym obliczem partii stała się spocona twarz Chlebowskiego, a językiem przekazu - prymitywne i pełne wulgaryzmów rozmowy partyjnych macherów.
Kazus afery hazardowej czy stoczniowej był możliwy ponieważ w rządzie Donalda Tuska panowało przyzwolenie na tego rodzaju praktyki, zbudowane na poczuciu aroganckiej bezkarności – ta zaś, wynikała ze świadomości zawłaszczenia wszystkich, newralgicznych miejsc życia politycznego i gospodarczego. W poczuciu tej bezkarności, podejmowano działania mające na celu zabezpieczenie finansowania partii, poprzez wpływy z gier hazardowych oraz uwłaszczenia na majątku upadających stoczni. Kontakty polityków PO z biznesem hazardowym, który w ogromnym zakresie jest własnością środowisk przestępczych i ludzi peerelowskich służb, nie byłyby możliwe, gdyby urzędujący premier nie rozmontował demokratycznych mechanizmów kontrolnych i nie oparł swoich rządów na środowisku wywodzącym się z tych służb.
Zwycięstwo wyborcze z roku 2007 otworzyło przed obecnym układem drogę do zagarnięcia jak największych obszarów władzy.  Fakt, iż aneksję rozpoczęto od służb specjalnych wskazuje na rzeczywiste mechanizmy rządzące III RP. Nie przypadkiem do służb wróciła „stara kadra” – Janusz Bojarski, Andrzej Barcikowski,  Marian Janicki, Leszek Elas czy Zdzisław Skorża Nie przypadkiem, priorytetem stało się przywrócenie wpływów żołnierzy i agentów zlikwidowanych WSI oraz reaktywacja układu stworzonego przez to środowisko.
Odtąd też, model funkcjonowania służb specjalnych – jako „zbrojnego ramienia” grupy rządzącej i wspornika gwarantującego nienaruszalność jej interesów, stał się „podstawą programową” ekipy Donalda Tuska.
Kolejne dwa lata upłynęły na umacnianiu prerogatyw „odzyskanych” służb, poprzez powrót do peerelowskich metod zarządzania bezpieczeństwem oraz na przejmowaniu spółek skarbu państwa i nielicznych, niezależnych jeszcze instytucji. Przejęcie nadzoru nad CBA ,pozwoliło na skupienie w rękach Platformy wszystkich mechanizmów kontroli antykorupcyjnej i otworzyło nieograniczone możliwości w zakresie „ręcznego”  sterowania prywatyzacją.
W wymiarze politycznym, proces ten mógł nabrać tempa po tragedii smoleńskiej, gdy śmierć prezydenta i dziesiątek towarzyszących mu osób otworzyła przed partią Tuska wiele, niedostępnych dotąd obszarów władzy. Symbolem tych bezwzględnych dążeń jest postać Bronisława Komorowskiego, który natychmiast po informacji o katastrofie, nim jeszcze potwierdzono śmierć prezydenta przystąpił do zawłaszczania uprawnień głowy państwa i obsadzenia wakujących stanowisk. IPN, NBP i urząd Rzecznika Praw Obywatelskich były ostatnimi, brakującymi ogniwami w łańcuchu totalnej władzy. Wbrew werbalnym deklaracjom marszałka, że „w obliczu śmierci prezydenta nie będę wchodził w jego rolę”, uczynił on wszystko, by jak najszybciej i najszerzej przejąć kompetencje tragicznie zmarłego prezydenta. Podpisanie przez Komorowskiego, w okresie pełnienia obowiązków aż 64 ustaw wskazuje na skalę władczych ambicji tego człowieka.
Jednocześnie, w okresie poprzedzającym wybory prezydenckie zadbano o dalsze poszerzenie nadzoru nad społeczeństwem. W tym celu, grupa rządząca  nie respektując wyroku Trybunału Konstytucyjnego, przyznała nowe uprawnienia funkcjonariuszom „odzyskanego” Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Służbie udzielono kompetencji, o jakich nie śniło się nawet Mariuszowi Kamińskiemu.  Biuro ma odtąd zbierać bez żadnej kontroli dane o chorobach, przekonaniach politycznych i religijnych oraz preferencjach seksualnych obywateli. Jego działalność nie będzie się ograniczać do korupcji urzędników. CBA ma ścigać wszystkich i wszystkie rodzaje przestępstw, co pozwoli na wykorzystanie tej służby do dyscyplinowania „niepokornych” przedsiębiorców lub nazbyt aktywnych przeciwników politycznych.
 W tym samym obszarze działań, można umieścić decyzję Urzędu Komunikacji Elektronicznej, który bez żadnych zapowiedzi rozpoczął spis powszechny wszystkich Internautów w Polsce. Do 11 czerwca br. tzw. providerzy Internetu zobowiązani zostali do przekazania danych wszystkich swoich abonentów. Jak informuje UKE oficjalnym powodem ma być „rozpoczęcie procesu analiz lokalnych rynków usług dostępu szerokopasmowego do Internetu” . Nie mamy żadnej pewności, że dane te nie zostaną wykorzystane przez służby podległe rządzącym i nie posłużą do inwigilacji lub represji  wobec użytkowników Internetu. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że ten obszar aktywności obywatelskiej zdaje się stanowić ostatni bastion, niedostępny dla wpływów oficjalnej propagandy.
Obecny stan prawny już pozwala służbom na uzyskanie od operatora telekomunikacyjnego lub dostawcy Internetu tzw. logów, czyli rejestrów połączeń. Prawo każe przechowywać je operatorom przez dwa lata. Ustawa o policji stanowi też, w jakich przypadkach organa ścigania mogą prowadzić niejawnie tzw. kontrolę operacyjną, czyli np. podsłuch internetowy.
Ostatecznym akcentem, kończącym proces monopolizacji władzy jest wygrana Komorowskiego w wyborach prezydenckich.  Trzeba przy tym pamiętać, że przejęcie uprawnień prezydenta RP, było dla ludzi z grupy rządzącej celem nadrzędnym. Ten swoisty program „totalitarnych liberałów” można streścić w słowach, jakie Komorowski wypowiedział 13 listopada 2009 roku: „ Póki jest ten prezydent, nie da się dobrze rządzić”.
Stwierdził też wówczas: „Do wyborów prezydenckich trudne reformy będą leżały odłogiem, bo urząd prezydenta jest wielkim i skutecznym hamulcowym".
Warto zauważyć, jak deklaracje Komorowskiego stoją w jaskrawej sprzeczności z dywagacjami Donalda Tuska o „prezydenckich żyrandolach”, którymi szef rządu chciał zdezawuować rolę prezydenckiego ośrodka władzy i usprawiedliwić swoją rezygnację z ubiegania się o ten urząd. Pamiętając o wieloletniej kampanii nienawiści wobec Lecha Kaczyńskiego oraz ciągłego oczerniania i atakowania postaci prezydenta, trudno nie zauważyć, że dla ludzi Platformy zajęcie Pałacu Prezydenckiego stanowi spełnienie marzeń o władzy absolutnej. Również dla środowisk wspierających grupę rządzącą –od Urbana i Jaruzelskiego, po Wałęsę i Dukaczewskiego - postać prezydenta Kaczyńskiego była ostatnią „przeszkodą” w drodze do pełnej „normalizacji”.
Oczywiście – nie jest prawdziwa teza, jakoby w tej sytuacji grupa ta nie miała innego wyjścia, jak tylko przystąpić do realizowania wyborczych obietnic. Taka konieczność istniałaby wówczas, gdyby funkcjonowały jakiekolwiek mechanizmy kontrolne władzy, w postaci niezależnych instytucji, służb antykorupcyjnych lub wolnych mediów. Ponieważ mechanizmy takie nie istnieją, skutecznie rozmontowane przez Donalda Tuska,  a podstawowym atrybutem tych rządów jest osłona propagandowa ze strony wiodących mediów – nie należy spodziewać się, by przejęcie pełni władzy musiało obligować rządzących do podjęcia jakichkolwiek poważnych reform. Wystarczy medialna gra pozorami oraz skupienie uwagi społeczeństwa na tematach zastępczych, w tym, temacie podstawowym – generowaniu lęku przed powrotem PiS-u do władzy i nakręcaniem spirali nienawiści do Jarosława Kaczyńskiego.
Ta koncepcja była skuteczna przez ostatnie 3 lata, pozwalając grupie rządzącej na całkowitą bezkarność w zakresie odpowiedzialności za Polskę i za złożone wyborcom obietnice.
Jak każdy prosty zabieg socjotechniczny, oparty na manipulacji właściwej systemowi totalitarnemu, będzie nadal efektywna w społeczeństwie uzależnionym od przekazu telewizyjnego i powszechnego, bezkrytycznego przyjmowania dziennikarskich relacji. W połączeniu z nadzorem Internetu,  dziennikarską autocenzurą i przemilczaniem wiadomości niekorzystnych sprawi, że do świadomości Polaków nie przedostanie się żadna informacja, mogąca zaszkodzić propagandowemu wizerunkowi grupy rządzącej. 
Błędem również byłoby porównywanie obecnej sytuacji do tej, w jakiej znajdował się w roku 2006 Jarosław Kaczyński , będąc szefem koalicyjnego rządu i mając w Pałacu Prezydenckim sprzyjającego mu polityka. Różnica nie polega wyłącznie na fakcie, że Tusk stoi na czele rządu wyłonionego z dwupartyjnej koalicji i cieszy się propagandowym wsparciem medialnym. O wiele ważniejsza jest okoliczność, że grupa rządząca posiada wsparcie dwóch, najważniejszych  sił zewnętrznych, mających wpływ na politykę III RP – Rosji i Niemiec, ale też może liczyć na poparcie ze strony postkomunistycznej oligarchii, rozlicznej (nadal wpływowej) agentury oraz środowisk wojskowej i cywilnej bezpieki. Ponieważ to one, w ogromnym stopniu decydują o procesach politycznych i gospodarczych zachodzących w Polsce, o czym wielokrotnie mogliśmy przekonać się w ostatnich trzech latach – bezpieczeństwo i zakres władzy sprawowanej przez ludzi Platformy, jest nieporównywalnie większy, niż miało to miejsce z rządami w latach 2005/ 2006.
To głównie z tego powodu, wynika realna groźba totalnego zawłaszczenia życia publicznego i politycznego i sprawowania rządów w interesie wąskich grup społecznych, dla których pojęcia polskości czy patriotyzmu są całkowicie obce. Groźba, o tyle poważna, że gwarantem owego „paktu nad trumnami” ma być putinowska Rosja, której rozwiązania legislacyjne w zakresie zapewnienia nadzoru nad społeczeństwem, są dla obecnego rządu wzorem w procesie bondaryzacji Polski.
W wymiarze politycznym i historycznym oznacza to dążenie do pozornego „pojednania” z moskiewskimi „siłownikami”, nawet za cenę rezygnacji z prawdy o Smoleńsku i ograniczenia polskiej suwerenności.
Ten cel, tuż przed tragedią z 10 kwietnia wyraźnie wskazał Bronisław Komorowski, definiując „pojednanie” z Rosją jako „interes nas wszystkich” oraz mówiąc otwarcie o słowach Putina „niosących Polsce nadzieję”.
Jeśli zatem objęcie pełni władzy przez ludzi grupy rządzącej, nie będzie niosło korzyści dla ogółu społeczeństwa i nie należy liczyć na żadne, poważne reformy, można pytać: jak tego rodzaju władza zamierza zapewnić sobie nienaruszalność, czego możemy spodziewać się w najbliższej przyszłości?
Sądzę, że odpowiedzi na to pytanie można szukać w orwellowskiej wizji „Roku 1984”, gdzie pada stwierdzenie:
„Jeżeli ktoś chce rządzić, rządzić nieprzerwanie, musi umieć burzyć w poddanych poczucie rzeczywistości”. Tu kryje się groźba największa, bo owo poczucie rzeczywistości nie jest niczym innym, jak prawdą o otaczającym nas świecie, trudnym do przecenienia darem należnym ludziom wolnym. Przygotowania, jakie poczyniono w ostatnich trzech latach mogą świadczyć, że uprawnienia służb specjalnych i innych organów państwa zostaną wykorzystane dla fałszowania obiegu informacji publicznych, działań dezinformacyjnych oraz poddania społeczeństwa nadzorowi. Władza – jaką dziś osiągnęła grupa rządząca Polską, stanie się nieusuwalna i totalna wówczas, gdy pozwolimy zburzyć prawdziwy obraz rzeczywistości i tchórzliwie zamkniemy na nią oczy.


Artykuł opublikowany w „Gazecie Finansowej” z 16 lipca  2010 r.