Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 listopada 2015

TRZY KROKI

Za jedną z najważniejszych inicjatyw nowego rządu uważam zapowiedź przeprowadzenia „głębokich zmian” w mediach publicznych. Przygotowywana obecnie ustawa medialna ma trafić do Sejmu na przełomie roku. Zasadnicze zmiany będą dotyczyły nowego systemu wyboru władz mediów publicznych, powołania Rady Mediów Narodowych oraz wprowadzenia  powszechnej opłaty audiowizualnej, która zastąpi obecny abonament. Wybór dyrektorów i redaktorów naczelnych będzie należał do Rady, a główny nacisk ma zostać położony na „odbudowę funkcji edukacyjnej i misyjnej”.
Nazwanie tej inicjatywy „zmianami”, nie odpowiada jednak rzeczywistości. Jeśli ludziom nowego rządu nie zabraknie odwagi i determinacji, musimy mówić o stworzeniu mediów publicznych od podstaw. W tym wypadku nie jest to kwestią języka i nomenklatury.
Przez osiem lat reżim PO-PSL dokonał bowiem konsekwentnej likwidacji tych mediów. Wprawdzie w III RP nigdy nie spełniały one roli służebnej wobec społeczeństwa, to w latach 2008-2015 doszło do zniszczenia nawet tej namiastki misji publicznej. Powstała całkowicie nowa instytucja propagandowa, zbudowana na wzór  peerelowskiego radia i telewizji. Nie ma potrzeby udawać, że szefowie i pracownicy tej instytucji wykonywali jakąkolwiek misję publiczną, ani przypisywać im cech cywilizowanego dziennikarstwa. Mieliśmy do czynienia z organem propagandowym i funkcjonariuszami, działającymi na rzecz zachowania „zdobyczy” reżimu. Przekaz tych ośrodków – w warstwie informacyjnej i publicystycznej, został sprowadzony do nachalnej indoktrynacji, oparty na kłamstwie, manipulacji i dezinformacji.      
Jeśli rząd PiS-u przyjmie taką diagnozę, nie można mówić o „zmianach” i „reformie”. Powodzenie akcji zależy tu od wstępnej kwalifikacji zjawiska i zastosowania narzędzi adekwatnych do potrzeb. Dlatego zakładam, że działania wiceministra Krzysztofa Czabańskiego - pełnomocnika rządu ds. przygotowania reformy publicznej radiofonii i telewizji, będą w pierwszej kolejności zmierzały do przeprowadzenia personalnych „czystek” i konsekwentnego pozbycia się funkcjonariuszy propagandy. Bez przeprowadzenia tej dezynfekcji, nie ma mowy o odbudowie mediów publicznych.
Nie ma też najmniejszych powodów, by pospolici oszuści i propagandyści nadal pracowali w instytucji utrzymywanej z naszych pieniędzy i korzystali z miana dziennikarzy. Pozostawienie takich osób, będzie widoczną i rażącą oznaką ignorowania interesu publicznego i dowodem fikcyjności projektu medialnego PiS. Wartość „warsztatu dziennikarskiego” ludzi pracujących w TVP i PR, w niczym nie odbiega od normy peerelowskiej. Prekursorzy służyli „partii i socjalizmowi”, ci zaś służą triumwiratowi III RP” i mitologii  okrągłego stołu. Nie można popełniać tych samych błędów i wzorem fałszywej „transformacji ustrojowej” tworzyć mediów publicznych na starych, komunistycznych złogach. Nie udało się to w latach 90., nie uda się obecnie. Tylko „opcja zerowa” i zdecydowane wyrzucenie propagandystów daje szansę na odbudowę przekazu.     
Nowa ustawa medialna i próba rekonstrukcji mediów publicznych to zaledwie fragment działań, jakie należy podjąć. Trzeba pamiętać, że rząd PiS –u nie ma żadnych narzędzi legislacyjnych, by ograniczyć lub zablokować aktywność prywatnych ośrodków propagandy.
O roli tych spółek w systemie władzy III RP, decyduje ich geneza.
W wywiadzie udzielonym „Rzeczpospolitej” w roku 2007, Antoni Macierewicz przedstawiając ustalenia Raportu z Weryfikacji WSI stwierdził m.in. -“Raport ujawnia nowe fakty i zeznania, które opisują mechanizm powstawania koncernu medialnego ITI, pokazują, jak był w to zaangażowany Zarząd II Sztabu Generalnego, czyli wywiad komunistyczny”. Ówczesny szef SKW powoływał się przy tym na zeznania Grzegorza Żemka złożone przed Sądem Okręgowym w Warszawie, podczas procesu FOZZ, z których wynikało, iż  firma należąca do Jana Wejcherta, ulokowana w Irlandii, której nazwę zmieniono później na I.T.I. (…)finansowała się z kredytów banku handlowego International w Luksemburgu”. Żemek zeznawał –„Zapytałem służb wojskowych czy mogę podjąć kontakt z Wejchertem. Otrzymałem wówczas informację, że on już współpracuje ze służbami wojskowymi, więc będzie to proste.” Protokół zeznań został zamieszczony w Raporcie z Weryfikacji WSI, jako aneks nr.9. Z Raportu wynika, że „wywiad wojskowy PRL  podejmował też wysiłki powołania firmy telewizyjnej. Pierwotnie zamierzonym celem tych działań miało być ułatwienie plasowania agentury na zachodzie. Tak tłumaczył swoje działanie Grzegorz Żemek, który na zlecenie wywiadu miał podjąć w tej sprawie rozmowy z firmą ITI i reprezentującymi ją Janem Wejchertem i Mariuszem Walterem.”

niedziela, 15 listopada 2015

PARASOL NAD KOMOROWSKIM ?

"Albo Winiarski jest kłamcą i powinien odpowiedzieć, albo mówi prawdę i cała masa ludzi z Bronisławem Komorowskim na czele powinna mieć potężne kłopoty" – uznał Wojciech Sumliński po wysłuchaniu zeznań Krzysztofa Winiarskiego w sprawie afery marszałkowej.
Przez jeden dzień – 30 października br. zeznania Winiarskiego były gorącym „newsem” w niemal wszystkich „wolnych mediach”. „Sensacja”, „szokujące”, „wstrząsające zeznania na procesie Sumlińskiego” – pisano w nagłówkach doniesień, epatując czytelników „rewelacjami” wygłaszanymi przez świadka.
Następnego dnia – zapadła głucha cisza. Tematy poruszone przez Winiarskiego, nie tylko nie zainteresowały publicystów i tzw. dziennikarzy śledczych „wolnych mediów”, ale nie spowodowały żadnych reakcji ze strony polityków PiS i środowiska Belwederu. Wydarzenie potratowano jako jednodniową sensację. Wprawdzie nazbyt dociekliwi odbiorcy mogliby pytać – dlaczego nagrania rozmów z Komorowskim nie wzbudziły zainteresowania ludzi, którzy zachłystują się dziś tzw. aferą taśmową i ku uciesze kilku funkcjonariuszy pełnią wdzięczną rolę rezonatorów obcej gry - ale z perspektywy dotychczasowych praktyk nie było to zachowaniem zaskakującym.
Proces w sprawie afery marszałkowej nigdy nie cieszył się uwagą tych środowisk, zaś doniesienia z przebiegu rozpraw pojawiały się nader sporadycznie. Od czerwca 2011 roku, gdy przed Sądem Rejonowym dla Warszawy Woli ruszyło postępowanie sądowe, temat był całkowicie ignorowany przez reżimowe ośrodki propagandy (co wydaje się zrozumiałe) ale też nie wywoływał zainteresowania mediów kojarzonych z opozycją. Salę rozpraw na Kocjana 3 omijano szerokim łukiem i przez wiele lat nie zawitał tam żaden z „niepokornych” i „niezależnych” dziennikarzy. Tę swoistą zmowę milczenia przerywały jedynie relacje blogera andera, który konsekwentnie, od początku relacjonował przebieg rozpraw.
Trzeba zauważyć, że sprawa zeznań Winiarskiego i krótkotrwały „szok” wywołany jego obecnością w sądzie, doskonale ukazują indolencję i skalę zaniechania środowiska „wolnych mediów”. O tym świadku i jego perypetiach z B.Komorowskim wiadomo bowiem od 2012 roku – tj. od czasu, gdy dr. Leszek Pietrzak opublikował w „Warszawskiej Gazecie” (31 (68)  3-9 sierpnia 2012) tekst, w którym ujawnił „Przypadek Krzysztofa W”. Informacje o Winiarskim, Leszek Pietrzak przekazał następnie podczas rozprawy sądowej w dniu 28 listopada 2012 r. Bloger ander relacjonował wówczas:
Leszek Pietrzak opowiedział o podkarpackim biznesmenie Krzysztofie Winiarskim, który dotarł do niego jesienią 2010 r., na co dzień operujący w środowisku wojskowym i znający wielu polityków. Człowiek ten poinformował Leszka Pietrzaka, że na przestrzeni 2007 r. kilkakrotnie rozmawiał z ówczesnym wicemarszałkiem Bronisławem Komorowskim i że ze strony marszałka miały płynąć sugestie pomocy w znalezieniu haków na PiS i komisję weryfikacyjną. Krzysztof Winiarski poinformował Leszka Pietrzaka, że posiada dokumentację tych rozmów oraz pokazał mu formalne doniesienie do prokuratury w tej sprawie; w tym doniesieniu byli wskazani świadkowie rozmów Krzysztofa Winiarskiego z marszałkiem Komorowskim. Zdaniem Leszka Pietrzaka, może to wskazywać, że marszałek Komorowski mógł mieć interes w politycznym skompromitowaniu komisji weryfikacyjnej, co byłoby zbieżne z planami Leszka Tobiasza.”

środa, 21 października 2015

DWIE PERSPEKTYWY

Przez długie osiem lat czekałem na upadek reżimu PO-PSL – największego nieszczęścia, jakie dotknęło Polaków od czasu magdalenkowego szalbierstwa. Nie było w historii III RP ekipy, która uczyniłaby większe spustoszenia. Nigdy też, po roku 1990, nie działała grupa równie regresywna i agresywna, ściśle powiązana z triumwiratem III RP i ludźmi komunistycznej bezpieki. Poniesione w tym czasie straty kulturowe, ekonomiczne i moralne, będziemy odczuwali przez kilka następnych pokoleń.
Być może przyjdzie czas, gdy rzetelni analitycy ocenią ten okres ośmioletniej zapaści – nie tylko poprzez pryzmat polityczny bądź prawny, ale w kontekście ogromu krzywd i strat, jakich doznało polskie społeczeństwo. Taki bilans musi zostać sporządzony, choćby po to, by nigdy więcej podobna grupa szalbierzy i politycznych rzezimieszków nie mogła rujnować naszej ojczyzny.
            Nie jest tajemnicą, że czas rządów PO-PSL, można oceniać z dwóch różnych perspektyw, osadzonych w indywidualnych doświadczeniach i okolicznościach. W przededniu „rozstrzygnięcia wyborczego” warto sobie uświadomić tę różnicę, nawet nie po to, by epatować łatwym populizmem, ale dlatego, by w przyszłości nie popełniać błędów w ocenie cudzych intencji i celów.
Pierwsza perspektywa dotyczy polityków Prawa i Sprawiedliwości, działaczy partyjnych, redaktorów naczelnych „wolnych mediów”, publicystów i intelektualistów kojarzonych z opozycją. Ludzi, którzy przez ostatnie osiem lat nie utracili więzi towarzyskich, zawodowych lub finansowych, z grupą nazywaną establishmentem III RP. Tych osób nikt nie pozbawił poselskich apanaży, nie odebrał im dochodów ani profitów z uczestnictwa w spektaklach „demokracji parlamentarnej”. Przez ostatnie lata mieli dostęp do „salonów politycznych” III RP, posiedli możliwość brylowania w ośrodkach propagandy oraz budowania swoich pozycji w oparciu o przekaz publiczny. To prawda, że również ich srodze doświadczono – utratą przyjaciół poległych w Smoleńsku, seansami pomówień, oszczerstw i nienawiści, jednak przypadki te zawsze znajdowały się w centrum uwagi wyborców i były rekompensowane wsparciem moralnym i wzrostem zaufania społecznego.
Trzeba także pamiętać, że w ostatnich latach powstało wiele nowych tytułów prasowych,  powołano telewizję i media elektroniczne, kojarzone z przekazem „wolnego słowa”. Zyski z tych przedsięwzięć zasiliły kieszenie „niezależnych” dziennikarzy, zaś udziały w spółkach medialnych stały się źródłem dochodów dla prezesów i redaktorów naczelnych. Co najważniejsze - Polacy obdarzyli tych ludzi ogromnym zaufaniem, udzielając im nieograniczonego kredytu i namaszczając na rzeczników interesu społecznego. Wielu z tych ludzi – często niewspółmiernie do predyspozycji moralnych i intelektualnych, zostało wykreowanych do roli „niepokornych” opozycjonistów lub obdarzonych mianem autorytetów moralnych. Nie pomylę się też twierdząc, że dla niektórych przedstawicieli środowiska „wolnych mediów”, okres rządów PO-PSL stanowił czas najlepszej prosperity i pozwolił osiągnąć status, jakiego nigdy nie uzyskaliby w warunkach autentycznej demokracji i wolności słowa.

wtorek, 13 października 2015

AKSAMITNA ZDRADA

Od czasu, gdy kandydat na marszałka Sejmu Bronisław Komorowski, w reakcji na wezwanie przez Komisję Weryfikacyjną WSI oświadczył- „Pan Macierewicz powinien zniknąć”, osoba likwidatora Wojskowych Służb Informacyjnych należy do najczęściej atakowanych przez reżimowe ośrodki propagandy. Ta nieskrywana nienawiść do Antoniego Macierewicza ma całkowicie racjonalną podstawę. Likwidacja WSI – owego „peryskopu, za pomocą którego Rosjanie pozyskiwali wiedzę o mechanizmach funkcjonowania naszego państwa” (jak określił służbę prof. Andrzej Zybertowicz) sprawiła, że triumwirat III RP (służb-biznesu-polityki) został mocno zdezorganizowany i osłabiony. Skuteczność i konsekwencja działań Macierewicza wywołuje zatem wściekłość środowiska agenturalnego i sprawia, że jest on politykiem szczególnie znienawidzonym przez komunistycznych sukcesorów.
Już od roku 2007 ,bezwzględnym priorytetem rządu Donalda Tuska stało się przywrócenie wpływów środowiska WSI i powrót do wzorca służb ustalonego w roku 2004. Z chwilą przejęcia władzy przez PO-PSL, wszelkie działania zostały ukierunkowane na zablokowanie procesu weryfikacji żołnierzy WSI, przejęcie nowo powstałych służb wywiadu i kontrwywiadu wojskowego oraz reaktywację pokomunistycznego układu. Stałym elementem operacji, prowadzonych m.in. przez rządowe ośrodki propagandy, była kampania oszczerstw i pomówień pod adresem Antoniego Macierewicza oraz towarzysząca jej akcja dezinformacji na temat skutków likwidacji wojskowych służb. Działania te zostały zintensyfikowane po powstaniu parlamentarnego zespołu ds. zbadania przyczyn katastrofy smoleńskiej i powierzeniu Macierewiczowi funkcji przewodniczącego.
„Mamy kolejny ‘Raport Macierewicza’, tym razem na temat katastrofy smoleńskiej. Wierny harcownik Kaczyńskiego ponownie wkroczył do akcji i przy pomocy sprawdzonych, skutecznych metod sączy do głów Polaków to, co stanowi istotę bytu politycznego PIS-u, jad nienawiści zakamuflowany miłością do ojczyzny. [...] Szokuje wszystkich prawdą objawioną, prezentując mieszankę faktów i mitów i wyciągając z tej papki niewiarygodne wnioski, zawsze jednak służące konkretnemu celowi. Tym razem ma udowodnić, że katastrofa była zamachem i do tego z dużym prawdopodobieństwem udziału ekipy rządzącej” – pisał w roku 2011 anonimowy autor ze stowarzyszenia „Sowa”, założonego prze byłych oficerów WSI.
Kampanie „straszenia” Macierewiczem lub rozgrywania wypowiedzi polityka w kontrze do „umiarkowanego” stanowiska PiS, weszły do kanonu działań propagandowo-dezinformacyjnych III RP.
Nie jestem zaskoczony, że najnowszą odsłonę kombinacji zapoczątkowały teksty opublikowane w jednym z mediów zwanych „niezależnymi”. W poprzednich latach zasłynęło ono „rozprowadzaniem” takich postaci, jak Kowal, Wipler, Gowin czy TW”Tamiza” oraz prowadzeniem szeregu ciekawych gier wyborczych (np. związanych z R. Czarneckim i jego projektem „prawyborów prezydenckich” w PiS). 
Dywagacje Piotra Zaremby –„Wiemy kto będzie w rządzie PiS” („wSieci z 13.09.br) w których ów „analityk” namaścił likwidatora WSI na szefa MON, sam Antoni Macierewicz nazwał „grą medialną bez żadnego specjalnego znaczenia merytorycznego”. Dla porządku przypomnę, że ten sam „analityk” w okresie poprzedzającym wybory prezydenckie (sierpień 2014) wydedukował, iż „kandydatem Pis na prezydenta będzie pewnie prof. Piotr Gliński. Na 90 proc., bo poszukiwania się nie skończyły”.

czwartek, 1 października 2015

DOŚĆ KŁAMSTW O ŚMIERCI KSIĘDZA JERZEGO! O LIŚCIE OTWARTYM DO PREZYDENTA RP

„Od trzydziestu lat w sprawę zbrodni popełnionej na księdzu Jerzym Popiełuszko wpisywane są kłamstwa i fałsz. Prokurator Andrzej Witkowski, który dwukrotnie prowadził śledztwo w tej sprawie i dwukrotnie w kluczowym momencie był od niego odsuwany zdobył dowody, że w zbrodnię, której ofiarą padł ksiądz Popiełuszko, uwikłani są bardzo wpływowi ludzie. Inni bardzo wpływowi ludzie od lat nie chcą dopuścić do jej wyjaśnienia, gdyż obawiają się, że złamią zmowę milczenia, a tym samym spowodują lawinę. To dlatego chronieni przez wpływowych protektorów inspiratorzy zbrodni ze wszystkich dotychczasowych opresji wychodzą obronną ręką. To dlatego też prokuratorowi Andrzejowi Witkowskiemu, który oskarżał w trzystu sprawach o zbrodnię i nigdy nie poniósł sądowej porażki, aż dotąd uniemożliwiano ukończenie śledztwa, w kwestii którego złożył publiczną deklarację, iż w pół roku wykaże prawdę o tej najgłośniejszej i zarazem najbardziej tajemniczej zbrodni ostatnich kilkudziesięciu lat.
Z końcem 2015 roku prokurator Witkowski odchodzi w stan spoczynku. Zważywszy, że Andrzej Witkowski dysponuje wyjątkowym doświadczeniem i unikalną wiedzą dotyczącą tej sprawy obecny czas jest zatem prawdopodobnie ostatnim, w którym istnieje szansa na wyjaśnienie wszystkich okoliczności śmierci księdza Jerzego, a których wyjaśnienie jest kluczem do zrozumienia i wyjaśnienia wielu tajemnic III RP opatrzonych aż dotąd klauzulą najwyższej tajności. Andrzej Witkowski z grupą współpracowników zebrał dowody na kluczową rolę wojskowych służb specjalnych, polskich i rosyjskich, w zamordowaniu księdza Jerzego Popiełuszki i zamierzał udowodnić, że cała ta sprawa nie jest historyczną, lecz czymś, co wciąż trwa.

Te słowa z „Listu otwartego do Prezydenta RP”  dostatecznie wyjaśniają naglącą potrzebę podjęcia działań w sprawie powierzenia Andrzejowi Witkowskiemu śledztwa związanego ze śmierci księdza Jerzego.
Wyrażam ogromną wdzięczność Wojciechowi Sumlińskiemu za przygotowanie i publikację apelu, jak i tym wszystkim, którzy do tej chwili złożyli swój podpis pod tak arcyważnym dokumentem. To ci Polacy, są dziś godnymi i jedynymi wykonawcami testamentu świętego Jana Pawła II.
"Kościół nie może dopuścić, by zleceniodawcy zabójstwa księdza pozostali nieznani" – tymi słowami, 27 listopada 1984 roku nasz Papież zobowiązał polski Kościół do wyjaśnienia całej prawdy o męczeństwie Kapelana Solidarności . Ponieważ przez 30 lat polscy hierarchowie nie spełnili woli swojego Pasterza, trzeba, by uczynili to sami rodacy świętego Jerzego.
Wiemy, że wśród ludzi Kościoła powszechny był pogląd, jakoby ustalenia prokuratora Witkowskiego oraz hipotezy innych osób, domagających się weryfikacji oficjalnej wersji wydarzeń z października 1984 roku, stanowiły działanie na szkodę Kościoła, a nawet opóźniały proces beatyfikacyjny. Pojawiały się głosy sugerujące, jakoby wszelkie odstępstwa od ustaleń sądowych, były inspirowane przez środowiska wrogie Kościołowi. Postulator procesu beatyfikacyjnego, ks. Tomasz Kaczmarek wielokrotnie miał twierdzić, że „można się domyślać sił, stojących za nagłośnieniem, burzących ustalony w 1985 r., podczas pamiętnego procesu toruńskiego, klarowny obraz porwania i morderstwa”.
Wiemy także, że wszelkie próby wyjaśnienia prawdziwych okoliczności mordu założycielskiego III RP, były i są blokowane. W niewyjaśnionych okolicznościach ginęli świadkowie, innych zastraszano i nakłaniano do milczenia. Ludzi, którzy wykazali dość odwagi, by naruszyć tajemnicę bezpieki nazywano szaleńcami i fantastami. Odmówiono im prawa do zajmowania się sprawą, przemilczano ich argumenty, szykanowano lub skazano na zapomnienie. Tak postąpiono z prokuratorem Andrzejem Witkowskim, tak również potraktowano Wojciecha Sumlińskiego.
Zawsze utrzymywałem, że III RP zaczęła się nad grobem księdza Jerzego i skończy wówczas, gdy tajemnica tej zbrodni zostanie ujawniona. To ona dawała gwarancję bezkarności komunistycznym oprawcom, z niej uczyniono „aksjologiczne spoiwo”, łączące funkcjonariuszy bezpieki, ludzi Kościoła i „demokratycznej opozycji”. Ona sprawiła, że członkowie sowieckiej formacji, nazywanej służbami wojskowymi PRL, stali się właścicielami nowego państwa i do dziś czerpią profity z roli „strażników tajemnic”. Depozyt wiedzy o zabójstwie Kapłana, mógł stanowić jeden z najważniejszych powodów, dla których służby wojskowe nie poddano żadnej weryfikacji. Przez cały okres III RP były one nienaruszalną enklawą wpływów sowieckich i mogły liczyć na przychylność kolejnych rządów. W tym depozycie, musiała być również zawarta wiedza o agenturze ulokowanej w otoczeniu księdza Jerzego i jej udziału w doprowadzeniu do porwania i zabójstwa.
Ujawniając - kto naprawdę Go zabił i kim byli ludzie towarzyszący esbeckim porywaczom – możemy zburzyć fundament, na których wspiera się triumwirat morderców, tchórzy i donosicieli. 
Dlatego każdy, kto nosi w sobie pragnienie wolnej Polski, musi zrozumieć, że sprawa zabójstwa księdza Jerzego nie jest „tematem historycznym”, lecz wciąż żywą, nieprzedawnioną rzeczywistością, która nie tylko ukształtowała relacje istniejące w III RP, ale nadal decyduje o naszej przyszłości. Póki tryumfuje kłamstwo o tej zbrodni i trwa zasłona milczenia – nie będzie wolnej Polski.

sobota, 18 lipca 2015

WIELKIE SPRZĄTANIE

Wydarzenia związane z tzw. aferą taśmową, ukazują znaczący postęp w strategii postsowieckich służb. Do niedawna, KGB i jego agendy likwidowały nazbyt skompromitowanych wspólników lub fundowały im odwiedziny „seryjnego samobójcy”. Dla pozbycia się zakładników kłamstwa smoleńskiego i bezużytecznych uczestników paktu z Putinem, wystarczą „komprmateriały”, kontrolowane dymisje i personalne roszady. Od ponad roku są one umiejętnie rozgrywane i służą „uprzątnięciu” sceny politycznej pod nowe rozdanie.  

Zakrojona na szeroką skalę, profesjonalna akcja podsłuchiwania i nagrywania najważniejszych osób w państwie – nie mogłaby się odbyć bez zaangażowania ludzi służb specjalnych. Tylko oni mogą inspirować i dezinformować, wyciszać i nagłaśniać akcje propagandowe, wzmacniać lub ukrywać określone wątki sprawy. Mają możliwości wpływania na decyzje prokuratur i oceny polityków. Mogą kierować głosem ekspertów, naukowców i dziennikarzy. Szczególnie ci ostatni stali się wdzięcznym obiektem rozlicznych gier, w których „walka o laptop” naczelnego „Wprost”, podniesiona do rangi „obrony wolności słowa i demokracji”, ukazuje rzeczywisty zakres zmanipulowania tego środowiska.
Nie zadano wówczas pytania (i nie padło ono do dnia dzisiejszego) – co stoi na przeszkodzie, by koledzy naczelnego „Wprost” i redakcje innych mediów opublikowały wszystkie materiały z nagrań i jednym pociągnięciem zdetonowały aferalną „bombę”? Dlaczego od ponad roku są one obiektem wybiórczej selekcji, dokonywanej przez nieustalony „ośrodek decyzyjny” i służą utrącaniu tylko poszczególnych postaci?
Można oczywiście wierzyć, że za wielowątkową kombinacją operacyjną stoi biznesmen i dwóch kelnerów, którzy samotrzeć rzucili wyzwanie „systemowi Tuska”, ale w realiach III RP ta wizja wydaje się mało wiarygodna. Jeśli nawet M. Falenta współpracował z CBA, a operacja dotyczyła „rutynowego nagrywania partnerów biznesowych”, sprawa od dawna wykracza poza potencjał obecnych szefów służb i wydaje się rozgrywana przez dysponentów spoza ośrodka rządowego. I choć nad tematem pochylają się rozmaici eksperci i dziennikarze śledczy, nikt nie próbował ustalić inspiratorów owej „afery” ani wskazać środowiska, któremu ona służy. Zdumiewającą indolencję i niechęć do rozwikłania sprawy wykazuje również prokuratura. Postawienie zarzutów M. Falencie i dwóm innym osobom, nie tylko nie zahamowało publikacji nagrań, ale wywołało pojawienie się nowych rewelacji i nowych rozgrywających.
Tusk, Nowak, Graś, Sienkiewicz, Sikorski – to tylko nazwiska najważniejszych postaci reżimu, które w ostatnim roku odeszły ze stanowisk. Ich rezygnacje, w mniejszym lub większym stopniu były powiązane z ujawnieniem kompromitujących nagrań lub mają związek z rozgrywkami związanymi z aferą. Roszady i dymisje łączy wspólny mianownik – dotyczą ludzi blisko związanych z D. Tuskiem i pozbawiają wpływów osoby z „pierwszego garnituru” Platformy.

czwartek, 9 lipca 2015

OFERTA DLA RADYKAŁÓW

Słuchając deklaracji prezydenta Dudy o „odbudowywaniu wspólnoty” oraz zaproszeń pani Szydło kierowanych do „każdego Polaka, (…) i tych, którzy dokonywali innych wyborów”, zadaję sobie pytanie – jakie miejsce w planowanym scenariuszu „napraw” i „dobrych zmian” przypadnie tym, którzy „myśląc Polska”, nie chcą zacieśniać fałszywych więzi z apatrydami i domagają się wystawienia uczciwego rachunku za lata destrukcyjnej polityki reżimu?
Co stanie się z tymi, którzy nie godzą się dziś na „zasypywanie podziałów” i nie odpowiada im wspólnota z tańczącymi na grobach barbarzyńcami oraz z gronem zdrajców „jednających” nas z Putinem? Jak mają zachować się ludzie, którzy – wbrew dogmatowi „przywracania polityce wymiaru merytorycznego”, pamiętają, że przez siedem lat doświadczaliśmy niezwykłych draństw i podłości ze strony reżimu, a wielu jego przedstawicieli ponosi osobistą odpowiedzialność za krzywdy lub śmierć naszych rodaków?
Sprowadzanie polityki do zwodniczej „merytoryczności”, jest zabiegiem  mogącym zadowolić  niedowarzony zwolenników opozycji lub nawet przekonać niektórych wyznawców PO. Tym, którzy widzą w III RP komunistyczną sukcesję i dostrzegają ogrom zniszczeń dokonanych przez reżim, „panele dyskusyjne” i jałowe „debaty” nie zastąpią konkretów i radykalnych rozwiązań. Ten reżim zachował zbyt wiele sił, by obawiał się partyjnych programów i drżał przed eksperckimi analizami. W położeniu, w jakim znajduje się nasz kraj, tak pojmowana „merytoryczność”, przypomina raczej zwodnicze placebo niż stanowi efektywny środek na neokomunistyczną dżumę.
Jeśli ktoś zechce argumentować, że polityczna pragmatyka rządzi się własnymi prawami i w okresie wyborczym wymaga od PiS-u „niekonfliktowych” deklaracji - wywoła we mnie tym większy niepokój. Byłby to bowiem tani machiawelizm, obliczony za doraźne cele partyjne i oszukanie wyborców. Tacy pragmatycy zapominają, że PiS nigdy nie głosił haseł obalenia III RP, zaś jego „niekonfliktowość” zawsze kończyła się porażką.
Doświadczenie wskazuje, że scenariusz koncyliacyjnych,  miękkich relacji z reżimem, wcale nie musi wynikać z fortelu kalkulacji wyborczych, lecz z rzeczywistych układów i zapatrywań polityków PiS-u.
Nie pojmuję, dlaczego miałbym wierzyć, że wezwania do „budowania wspólnoty”, żałosne konwenanse wobec BK  i obsadzenie kancelarii prezydenta sierotami po PZPR i UW, miałoby dowodzić intencji rozliczenia prezydentury Komorowskiego?  Skąd pewność, że śliskie deklaracje pani Szydło i zapewnienia o „potrzebie dialogu i wzajemnego rozumienia się”, są zaledwie wyborczą retoryką i nie doprowadzą dzisiejszej opozycji na manowce „konstruktywnego kompromisu”? Kto uważa, że to obawy przedwczesne, nie odrobił jeszcze lekcji z „rehabilitacji” J. Gowina i nie chce dostrzec kontredansów ludzi opozycji wokół reżimowców z PO-PSL.
W ostatnich latach, pan Jarosław Kaczyński popełnił dość kardynalnych błędów i dał wystarczająco wiele dowodów „zmienności nastrojów”, bym słuchając oficjalnych wystąpień polityków Prawa i Sprawiedliwości, zabawiał się w czytanie między wierszami.  Nie mam na to ochoty ani czasu.
Pytanie – co z tymi, którzy nie zgadzają się na miałką taktykę „modernizacji” i zamiast „dobrych zmian” chcą obalenia układu magdalenkowego, tylko pozornie wydaje się bez znaczenia. Można – kierując się logiką wyznawców i „niezależnych” żurnalistów -zaliczyć tych ludzi do grona „radykałów i defetystów”, okrzyknąć prowokatorami, lub skazać na zamilczenie, ale obawiam się, że będą to rozwiązania nieskuteczne. Sprzeciw wobec ugodowych rozwiązań wyraża dziś zbyt wielu wyborców PiS, a jeszcze więcej  liczy na dogłębne oczyszczenie życia publicznego i elementarną sprawiedliwość. Po ośmiu latach  antypolskich rządów, po setkach afer, oszustw i zamachu smoleńskim, wielu uczciwych ludzi ma prawo odczuwać determinację  i oczekiwać podjęcia zdecydowanych działań. Tym bardziej, gdy pamiętają jedno ze sztandarowych haseł PiS – „Polacy zasługują na więcej”.
Tym, którym III RP nadal jawi się jako kraj prawa i demokracji, wystarczą zapewne akademickie dyskusje i blichtr partyjnych konwentykli.  Jak długo – zależy od stopnia otumanienia.
Jeśli takich oczekiwań nie można bagatelizować, już dziś panie i panowie z Prawa i Sprawiedliwości powinni poważnie pomyśleć o „ofercie” dla „kontrowersyjnych radykałów” i w miejsce bełkotliwych (acz politpoprawnych) dywagacji, udzielić jasnych odpowiedzi na zasadnicze pytania:
-  czy i jak zamierzają dokonać polityczno-prawnej oceny rządów PO-PSL i prezydentury B. Komorowskiego?;
-  czy słowa Jarosława Kaczyńskiego z lipca 2010 roku - „Nie będę współpracował z nikim, kto był nie w porządku wobec mojego brata i innych poległych. Bo zachowania wobec nich były haniebne, one politycznie i moralnie wykluczają współpracę” – nadal wytyczają granicę moralnego konsensusu, czy też stały się już nieaktualne?;
 - jakie miejsce w polityce nowego prezydenta i nowego rządu zajmie sprawa zamachu smoleńskiego i co uczynią te ośrodki dla wyjaśnienia okoliczności tragedii oraz ukarania inspiratorów, sprawców i popleczników?;
-  czy i w jaki sposób nowe władze chcą podjąć walkę z wrogą działalnością ośrodków propagandy (zwanych dziś „mediami III RP”) i jak zamierzają oczyścić życie publiczne z obecności ruskich rabów i zgrai antypolskich „autorytetów”? ;
- jakie kroki zostaną podjęte w celu stworzenia polskiego wymiaru sprawiedliwości – a wcześniej ukarania sędziów i prokuratorów wysługujący się reżimowi oraz rozbicia prawniczych klanów, wywodzących się z czasów „socjalistycznej praworządności”?
Te i wiele innych pytań, powinny być zadane ludziom chcącym uchodzić za naszych reprezentantów. Jeśli politycy PiS  nie potrafią lub nie chcą  sformułować takiej „oferty” , nie powinni się dziwić, gdy „twardy” elektorat rozpłynie się wśród neoesbeckich „alternatyw politycznych” lub porzuci oczekiwania związane z partią Kaczyńskiego i pójdzie drogą długiego marszu.
Gdyby ktoś dociekał – coś się Pan tak przyczepił „idącej ku zwycięstwu” partii opozycyjnej i tylko w nią wymierza ostrze krytyki – odpowiem po raz dziesiąty: wymagam od tych, z którymi jeszcze wiąże oczekiwania, krytykuje tych, których poważam i cenię. Są tego warci.
Od ludzi reżimu oczekuję jednej rzeczy: by zniknęli z mojego kraju na zawsze i zostali osądzeni podług swoich czynów. Po tym, co wiemy już na ich temat, kierowanie postulatów lub słów krytyki, uważam za uwłaczające i niegodne człowieka rozumnego. Takie relacje można okazywać osobom, które zasługują na zainteresowanie, nigdy zaś tym, którymi zaledwie się gardzi.

środa, 15 kwietnia 2015

O KOLEKTYWNYM WYSIŁKU


W lutym br., po opublikowaniu pierwszej części tekstu „Jak wygrać?” obiecałem nie wracać więcej do tematu tzw. strategii wyborczej opozycji. Była to decyzja świadoma, podjęta po rozważeniu za i przeciw. Uznałem, że pisanie o wyborach i postulowanie rozwiązań, które nie mają cienia szansy na realizację, nazbyt przypomina walkę z wiatrakami. Ja zaś, w żadnym stopniu nie mogę sobie pozwolić na odgrywanie roli groteskowego Don Kichota. 
Po dwóch miesiącach od publikacji „Jak wygrać” jestem przekonany o trafności tej decyzji. Zaoszczędziłem sobie zbytecznej pracy, a czytelnikom straty cennego czasu.
W tym okresie „linia wyborcza” opozycji nie uległa najmniejszej zmianie i nie warto wierzyć, by istniały skuteczne metody otrzeźwienia sztabowców PiS lub przywołania do rozumu małych demiurgów z „wolnych mediów”. Ponieważ jedni i drudzy czytają ten blog – ślę im pozdrowienia i życzę, by za kilka miesięcy wyborcy i czytelnicy okazali kompletny brak wyrozumiałości.
Jest jednak temat, o którym nie mogę nie wspomnieć. Od co najmniej dwóch miesięcy „niezależne media” oraz politycy opozycji poświęcają mnóstwo uwagi lokatorowi Belwederu. Jako autor owładnięty „obsesją” na punkcie Komorowskiego (co onegdaj zdiagnozowała u mnie pewna pani redaktor) bardzo się cieszę z zainteresowania najważniejszą postacią reżimu III RP. Cieszę się z neofickiego zapału, z jakim przedstawiciele „naszych mediów” odkrywają dziś ciemne strony życiorysu Komorowskiego i tropią dawno wytropione sprawy. Z niesłabnącym podziwem odbieram wysiłki m.in. red. Janeckiego, który po ośmiu latach od publikacji Raportu z  Weryfikacji WSI, odważnie i samodzielnie ustala dziś fakty opisane w tym dokumencie. Szczególnie zaś cieszy, że ludzie, którzy do tej chwili uważali lokatora Belwederu za postać drugoplanową i podporządkowaną woli genseka -Tuska, nagle dostrzegli ogromne wpływy „ciapowatego strażnika żyrandola” i zostali zaskoczeni jego drugim, marsowym obliczem.
Nie zasłużyłbym jednak na miano zaciętego malkontenta, gdybym do tej wyborczej sielanki nie dolał  kilku słów dziegciu.
Robię to w gorzkim przeświadczeniu, iż wielu z tych, którzy wykazują dziś natężone zainteresowanie postacią Komorowskiego, w istocie gromadzi argumenty mające osłodzić gorycz porażki wyborczej. Po co? Być może po to, że jeśli wybory prezydenckie zostaną przegrane, a wśród wyborców i czytelników znajdą się osobnicy nazbyt dociekliwi,  dzisiejsze wzmożenie posłuży za tarczę, za którą schronią się medialni „opozycjoniści”. Usłyszymy wówczas znany (acz rozpisany na głosy) monolog - „wspólnym wysiłkiem całego kolektywu, no budowali my, no i pff...”.

Podziwiam więc ów „wysiłek kolektywu”, ale nie okażę zaskoczenia, jeśli będzie on całkowicie daremny. Nie tylko z tej przyczyny, że większość polityków i publicystów  podejmuje tematy drugo, a nawet trzeciorzędne w skali dokonań Komorowskiego, lecz dlatego, że obecne wzmożenie można porównać do próby przekopania łopatką Mierzei Wiślanej. To imponujące, ale mało efektywne.
Przed wielu laty, były członek partii komunistycznej Jerzy Surdykowski napisał w „Tygodniku Powszechnym" - „W komunizmie dziennikarz-publicysta miał być lepiej wiedzącym i dalej widzącym „ojcem narodu", wieść go jak pasterz ku jedynie słusznej przyszłości”. Myślę, że taka pokusa pasterzowania nie ominęła również współczesnych żurnalistów i wielu z tych, którzy przypisują sobie miano niezależnych, chętnie kreuje się na „lepiej widzących ojców narodu”. Szkoda, że przy tym zapomnieli, że podstawowym obowiązkiem w tej profesji nie jest kreowanie rzeczywistości, „krzepienie ducha”, „mobilizacja elektoratu” itp. zadania partyjne, lecz przekazywanie rzetelnych informacji. Zawsze i wszędzie. Bez względu na cudowne „strategie wyborcze” czy pijarowskie wizje partyjnych macherów.
Może się zatem zdarzyć, że osobnicy nazbyt dociekliwi zadadzą trudne pytania: dlaczego w czasie tej prezydentury tak niewiele pisano o dokonaniach lokatora Belwederu; dlaczego przez tyle lat bagatelizowano lub umniejszano znaczenie tej postaci; czemu przemilczano rolę ośrodka belwederskiego w sprawach dotyczących służb specjalnych, armii i naszego bezpieczeństwa; dlaczego nie dostrzegano dziesiątków wydarzeń, które świadczyły o budowaniu reżimu prezydenckiego i ukazywały autentyczne centrum decyzyjne?  
Jakiż to genialny strateg sprawił, że przez ostatnie pięć lat goniono za pospolitym figurantem (którego dezercja nie wywołała nawet rysy na obliczu reżimu), lecz kompletnie zapomniano o postaci, która w tym samym czasie umacniała wpływy swojego środowiska i wznosiła mury fałszywej mitologii ?

czwartek, 26 lutego 2015

PRZECIWKO MITOLOGOM „RUSKIEJ SIŁY”


Wyhodowanie pokoleń „georealistów” jest bodaj największym, historycznym osiągnięciem komunizmu i jego sukcesorów. Samonapędzająca machina strachu nie zważa dziś na realną pozycję Rosji; nie przyjmuje do wiadomości danych ekonomicznych i socjologicznych, nie dostrzega stanu zapaści i cywilizacyjnego zacofania, nie widzi słabości militarnej i technologicznej państwa Putina. By usprawiedliwić własne ograniczenia karmi się wyobrażeniami o „wielkim mocarstwie”, wnioskuje z mitów i propagandowych wizji, czerpie z lęku, jaki niewolnik odczuwa przed gniewem „pana”.
Ten rodzaj „realizmu” wynika z akceptacji powojennego porządku, w którym dominacja sowiecka miała być nieuniknionym efektem „historycznych uwarunkowań”, zaś Polska miała stanowić przedmiot w grze światowych mocarstw. To pogląd narzucony kulami sowieckich karabinów i pałkami policji politycznej, wsparty na pseudohistorycznej, kazuistycznej argumentacji, która zawsze osłaniała postawy pospolitych koniunkturalistów i łajdaków.
Przez półwiecze sowieckiej okupacji przekonywano Polaków, że Rosja jest światowym hegemonem, a jej polityczna i militarna obecność wytycza granicę nieprzekraczalną dla polskich aspiracji
Zaszczepiany przez dziesięciolecia lęk przez Sowietami miał tłumić dążenia niepodległościowe i sprawić, że wszelkie koncepcje istnienia Niepodległej będą musiały uwzględniać interes rosyjski. Ze straszaka "wojny z Rosją" namiestnicy PRL-u uczynili podstawowy element indoktrynacji społeczeństwa i główny paralizator naszych aspiracji.
Ten sam straszak z powodzeniem wykorzystywali ludzie „demokratycznej opozycji” – namaszczeni przez Kiszczaka na narodowych przewodników, zaś cała dogmatyka „georealistów” została przejęta przez komunistyczną hybrydę III RP i przez ostatnie ćwierćwiecze skutecznie paraliżuje polską myśl polityczną. Nie może dziwić, że nie ma w niej miejsca na antyrosyjskość i antykomunizm – dwa filary polskiej racji stanu.
Uwspółcześniona koncepcja „georealizmu” kazała Bronisławowi Komorowskiemu w orędziu przed Zgromadzeniem Narodowym wyznać: "nie będzie stabilnego rozwoju naszego regionu bez współpracy z Rosją" i mówić o „interesie nas wszystkich w pojednaniu z Rosją”.
Wprawdzie rosyjska napaść na Ukrainę wymusiła chwilową zmianę retoryki, to ujawniła również, że lęk przez Rosją stanowi dziś główną przeszkodę na drodze do wyzwolenia spod władzy „czynnika rosyjskiego”.
Nie przypadkiem rozgrywanie tych lęków następuje w czasie, gdy Polacy zobaczyli, jak obala się reżim kremlowskich marionetek. Lekcja ukraińska druzgocze przecież mitologię „okrągłych stołów” i bezlitośnie obnaża fikcję tzw. mechanizmów demokracji – całkowicie martwych w państwach zawłaszczonych przez „partię rosyjską”. Co więcej - ta lekcja pokazuje rzeczywisty status Rosji – jako fikcyjnego „mocarstwa”, którego główną bronią nie jest potęga militarna lub ekonomiczna lecz ekspansja zbrodniczej mentalności, możliwa dzięki uległości zgrai eurołajdaków i słabości najgorszego w dziejach prezydenta USA.
Rosyjska agresja na Ukrainę nie może być żadnym dowodem siły militarnej („postępy” armii Putina w stosunku do ogromnych strat własnych są wręcz żałosne), lecz staje się efektem agenturalnej koniunktury i przyzwolenia na „światową ekspansję” prymitywnego kagebisty i jego bandyckiej zbieraniny.
Poczucie bezkarności kremlowskiego watażki ma trwałe, historyczne podstawy. Od czasu ustanowienia ładu jałtańskiego, polityka Rosji Sowieckiej i jej służb przyczyniła się do wyhodowania zastępów mędrków, którzy przyznają Rosji wyjątkowe prawo do ingerowania w życie innych narodów oraz wyznają dogmat poszanowania interesów rosyjskich. Szczególnie, jeśli wartość tych interesów jest mierzona w dolarach lub euro. Ci ludzie i kreowana przez nich polityka stanowią dziś śmiertelne zagrożenie dla świata. Znacznie większe niż zdezelowane ruskie tanki i zdemoralizowana armia Putina. Militarnie słaba i technologicznie zacofana Rosja, nie musi nawet udowadniać swojej siły. Robi to za nią armia tchórzliwych głupców, wspierana przez zastępy agentury wpływu.
Gdy w marcu 2013 roku opublikowałem w Gazecie Polskiej tekst – „ROSJA – IMPERIUM CZY POTĘGA MITU”, nie przypuszczałem, że kolejne dwa lata upłyną na umacnianiu rosyjskiej mitologii i triumfie postaw „georealizmu”. W zakończeniu tamtego tekstu znalazły się słowa:   
Jeśli dzisiejsza Rosja musi imitować mocarstwo i straszyć nas hardą retoryką – oznacza to tylko tyle, że państwo Putina staje się coraz słabsze i jest zmuszone sięgać do arsenału komunistycznych środków. Nic też nie wskazuje, by to państwo było w stanie sprostać globalnemu konfliktowi lub miało dążyć do jego sprowokowania. Taka konfrontacja   przyniosłaby Rosji militarną klęskę i spowodowała utratę jej najważniejszej broni - ekspansywnej sieci intryg i dezinformacji oplatającej współczesny świat. 

środa, 4 lutego 2015

KAMPANIA POD SKRZYDŁAMI SOWY


„W  bieżącym  roku  przed  nami  jako  obywatelami  stoją  ważne  polityczne  wybory.  Wybory prezydenta Rzeczpospolitej Polski i wybory parlamentarne. Jeśli  chodzi  o  prezydenta,  to  sprawa  jest  na  tyle  jasna,  że  nie  ma  kandydata,  który zagroziłby  Bronisławowi  Komorowskiemu.  I  słusznie,  jest  to  najlepszy  kandydat  na  to najważniejsze stanowisko w państwie”- napisał niedawno jeden z „wojskowych emerytów” na stronie internetowej stowarzyszenia Sowa.
Ci, którzy pamiętają słowa Dukaczewskiego o „otwieraniu szampana” na wieść o wygranej Komorowskiego i znają obopólną sympatię lokatora Belwederu i ludzi WSI, nie mogą być zaskoczeni taką deklaracją. Od roku 2010 środowisko WSI (wespół z kremlowskimi decydentami), należy do najgorliwszych zwolenników tej prezydentury i będzie zabiegało o reelekcję Komorowskiego. 

Dzisiejsze dywagacje Komorowskiego na temat orzeczenia Sądu Okręgowego i radość, z jaką powitał „naprawianie” kwestii odpowiedzialności Antoniego Macierewicza, są nie tylko wyrazem troski o „pokrzywdzonych” z WSI, ale zapowiadają działania wpisujące się w scenariusz kampanii prezydenckiej i plany związane z drugą kadencją.  Ponieważ na „wiedzy i doświadczeniu” ludzi byłych WSI są budowane fundamenty reżimu prezydenckiego, lokator Belwederu musi też zabiegać o pomoc tego lobby w prezydenckiej reelekcji.
Wielokrotnie przypominałem, że jednym z narzędzi legislacyjnych służących reaktywacji wpływów środowiska WSI, jest nowelizacja ustawy - Przepisy wprowadzające ustawę o Służbie Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służbie Wywiadu Wojskowego oraz ustawę o służbie funkcjonariuszy Służby Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służby Wywiadu Wojskowego.
Projekt MON (z 16 października 2012 roku) ma  burzliwe dzieje i nadal jest przedmiotem konsultacji i uzgodnień, do których zaproszono żołnierzy byłych WSI skupionych w stowarzyszeniu „Sowa”. Nowela powstała w związku z orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego z dnia 27 czerwca 2008 r. (sygn. akt K 51/07), w którym trybunał orzekł o niekonstytucyjność art. 70a ustawy. Zdaniem TS, poprzednia ustawa nie gwarantowała zainteresowanym osobom dostępu do akt sprawy, odmawiała prawa do wysłuchania w przedmiocie zebranych informacji oraz nie zapewniała środków prawnych umożliwiających uruchomienie sadowej kontroli decyzji o podaniu do publicznej wiadomości danych osobowych objętych raportem Komisji Weryfikacyjnej
W zaprojektowanej w MON noweli przewidywano „określenie na nowo procedury weryfikacji treści raportu”, a jej zakres miał się odnosić do instytucji "uzupełnienia raportu". Proponowane tam środki prawne miały ułatwić ponowną weryfikację żołnierzy i funkcjonariuszy byłych WSI oraz przygotować ewentualne „uzupełnienia”. Dla osób „pokrzywdzonych” treścią „raportu Macierewicza” (tak w projekcie noweli nazywa się dokument przejęty postanowieniem Prezydenta Lecha Kaczyńskiego z 16 lutego 2007 i ogłoszony w Monitorze Polskim nr 11) przewiduje się wyjątkowe w polskim prawie postępowanie rehabilitacyjne. Osoby te będą mogły wystąpić do sadu z wnioskiem „o wydanie orzeczenia ustalającego sytuację prawną zainteresowanego w kontekście opublikowanego już raportu”. Sądem właściwym będzie Sąd Okręgowy w Warszawie, orzekający w składzie trzech sędziów. Samo postępowanie byłoby jednak farsą, ponieważ nowela przewiduje zastosowanie trybu nieprocesowego, w którym sąd wydawałby końcowe postanowienie wyłącznie na podstawie wniosku osoby „pokrzywdzonej”.
21 października ub. roku prezes stowarzyszenia "Sowa" M. Dukaczewski zwrócił się z pismem do sekretarza stanu w MON Czesława Mroczka, w którym przypomniał, iż przyjęcie ustawy miało nastąpić we wrześniu 2014 roku i prosił o przekazanie „kopii projektu przyjętego przez Radę Ministrów, kopii pisma skierowującego projekt do Sejmu i numer druku sejmowego„ oraz „informacji, dlaczego Stowarzyszenie nie otrzymało przygotowanego projektu do konsultacji przed jego zatwierdzeniem przez Rade Ministrów”.

piątek, 9 stycznia 2015

BEZ PYTAŃ - BEZ ODPOWIEDZI


Na pytania – która ze służb specjalnych III RP zajmuje dziś wiodącą pozycję, kto jest ich rzeczywistym decydentem i w jakim kierunku zmierzają projekty „reformatorów” służb, padłyby zapewne różnorodne odpowiedzi. Prawidłowa ocena sytuacji w tym obszarze, nie od dziś stanowi dla opozycji poważny problem.
Przez wiele lat publicyści i eksperci kojarzeni z PiS utrzymywali, że siła koalicji PO-PSL opiera się na „systemie Tuska” (to określenie zawarto w dokumentach programowych PiS), zaś w ostatnim okresie wszechwładnym decydentem służb specjalnych miał być szef MSW Bartłomiej Sienkiewicz. Według błędnego wzorca - „systemu Tuska” oraz w perspektywie wszechwładzy jego ministrów, definiowano niemal wszystkie procesy zachodzące w służbach. Co więcej – o autorstwo tzw. reformy służb (w całości przygotowanej w środowisku Belwederu)  posądzano ludzi równie niekompetentnych, jak Cichocki, Siemoniak czy Sienkiewicz, zaś samą reformę, choć skrajnie niekorzystną i wymierzoną w grupę Tuska, okrzyknięto „rządową”.
Gdy w roku 2013 twierdziłem, że zapoczątkowane wówczas roszady zakończą się odejściem premiera i ujawnią rzeczywistych decydentów, były to tezy kompletnie odosobnione i tradycyjnie przemilczane. Mocnym preludium, zapowiadającym owe roszady była z całą pewnością tzw. afera podsłuchowa, w której ludzie bliscy kręgom belwederskim wystawili figurantów mających uwiarygodnić pochodzenie komprmateriałów wymierzonych w grupę rządzącą. Dozowanie materiałów powierzono środowiskom medialnym, czasem  pozornie dalekim od ośrodka belwederskiego. Funkcjonujące w przestrzeni medialnej opowieści o niezłomnych biznesmenach i kelnerach rzucających wyzwanie „systemowi Tuska”, trzeba oczywiście włożyć między bajki. Tzw. afera wyglądała na klasyczną kombinację, w ramach której asekurowany przez jedne służby biznesmen miał podżyrować pochodzenie nagrań, a następnie wiedzą na ten temat obciążyć ludzi z konkurencyjnych formacji. Taka zagrywka zapewniała bezpieczeństwo faktycznym decydentom i nie groziła kontrakcją ze strony dotychczasowego „zbrojnego ramienia” partii rządzącej.
Wydawałoby się, że ucieczka Tuska do Brukseli, odejście jego wszechwładnych ministrów i głęboka „reorganizacja” rządu PO-PSL wpłyną trzeźwiąco na środowisko opozycji i wywołają refleksję nad błędną metodologią.  Z każdym dniem, upływającym od powołania tzw. rządu Ewy Kopacz, tezy o potężnym premierze i jego wpływowych ministrach doznają przecież kompromitacji, zaś rzetelna refleksja byłaby wielce pożądana w okresie wyborczym. Nawet dla kompletnego laika jest oczywiste, że  ludzie służb specjalnych mają realny wpływ na procesy polityczne III RP i są aktywnymi graczami polskiej sceny.
Z wielkim zainteresowaniem przeczytałbym dziś analizę, w której padłyby odpowiedzi na pytania zawarte na początku tekstu. Bez wyjaśnienia tak ważnych okoliczności trudno przecież prowadzić sensowne działania polityczne lub tworzyć strategię wyborczą.
Niestety, od czasu powołania grupy figurantów po nazwą rząd Ewy Kopacz, nikt nie próbuje rozwiązać tej intrygującej zagadki i nie zaprząta uwagi elektoratu rzeczami tak nieistotnymi. Nie dowiemy się zatem, czy nowym, potężnym decydentem w sprawach służb specjalnych jest powiatowa lekarka (oddelegowana obecne na stanowisko premiera III RP), czy może absolwentka ATK na stanowisku ministra spraw wewnętrznych? Czy służby wojskowe są nadzorowane przez Kolegium do Spraw Służb Specjalnych, czy też włada nimi były dyrektor programu I TVP?
Problem z odpowiedzią jest tym większy, że zgodny chór publicystów i polityków opozycji zapewnia nas o porażającej słabości i ułomności rządu Ewy Kopacz. Wprawdzie wśród dociekliwych obserwatorów taka teza może wywołać niebezpieczną refleksję i sprowokować pytanie – jeśli ów rząd jest tak niekompetentny, jak słaba musi być opozycja, która nie potrafi go obalić? – to opowieści o rządowych miernotach nie ułatwiają rozwikłania zagadki.
            We wrześniu ubiegłego roku napisałem na blogu, że z zainteresowaniem będę śledził zabiegi „wolnych” i „niezależnych” mediów, które rozpoczynały wówczas pogoń za nowymi królikami. Liczyłem bowiem, że chcąc usprawiedliwić fałszywe tropy, będą również zmuszone namaścić nowych decydentów, co w przypadku obecnego rozdania, nie może być rzeczą łatwą. Pojawiała się zatem szansa, że mimo wytężonej pracy ekspertów kojarzonych z opozycją, pytanie - kto jest rzeczywistym decydentem i kto rozdaje karty w sprawach polskiego bezpieczeństwa - zostanie jednak postawione, zaś środowisko opozycji będzie zmuszone udzielić sensownej odpowiedzi.

sobota, 20 grudnia 2014

CZYM BYŁA AFERA MARSZAŁKOWA. ROLA B.KOMOROWSKIEGO


Afera marszałkowa – bo tak (od ówczesnej funkcji Bronisława Komorowskiego) nazwałem cykl wydarzeń z lat 2007-2008 jest „matką” wszystkich afer z czasów rządów PO-PSL. Powstały wówczas układ, oparty na relacjach służby-media-politycy stanowił fundament kolejnych patologicznych zdarzeń i do dnia dzisiejszego decyduje o przebiegu wielu procesów publicznych.
Kulisy afery marszałkowej nigdy nie zostały wyjaśnione i zdecydowana większość Polaków nie posiada żadnej wiedzy o jej przebiegu. Autor słów „muszę zobaczyć aneks przed publikacją” skutecznie uchylał od udzielenia odpowiedzi na pytania posłów Prawa i Sprawiedliwości, odmawiał stawienia przed Komisją Weryfikacyjną i wielokrotnie wykorzystywał swoją pozycję, by uciec od składania rzeczowych wyjaśnień.
Nad sprawą zaciągnięto tak szczelną zasłonę milczenia, że opinia publiczna nie miała możliwości zapoznać się z tematem nawet w trakcie kampanii prezydenckiej 2010 roku. Można przypuszczać, że gdyby afera marszałkowa została wyjaśniona, a jej mechanizmy ujawnione, zablokowałoby to dalszą karierę polityczną Komorowskiego i uniemożliwiło mu start w wyborach prezydenckich. Jest wielce prawdopodobne, że odsłonięcie patologicznych relacji już w roku 2008 uchroniłoby nas od niebezpieczeństw wywołanych wpływem „czynnika rosyjskiego” na życie polityczne, zapobiegło knowaniom w ramach konfliktu rząd-prezydent, a w rezultacie utrudniło lub wręcz udaremniło możliwość zastawienia pułapki smoleńskiej.
Przed ośmioma laty rząd Prawa i Sprawiedliwości podjął historyczną decyzję o likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych, zaś Sejm zatwierdził prawo umożliwiające weryfikację oświadczeń żołnierzy tej służby. Pozwoliło to sporządzić dokument o nazwie „Raport o działaniach żołnierzy i pracowników WSI” opublikowany następnie w Monitorze Polskim, na mocy postanowienia Prezydenta Lecha Kaczyńskiego z dnia 16 lutego 2007 r.
W Raporcie, korzystającym z wagi dokumentu urzędowego, zawarto opis dziesiątków wydarzeń, jakie miały miejsce na przestrzeni 15 lat istnienia WSI. Dokument wymienia setki nazwisk żołnierzy i funkcjonariuszy tej służby, nazwiska polityków, dziennikarzy i innych osób publicznych oraz wskazuje na stopień ich odpowiedzialności wobec prawa.
Nazwisko Bronisława Komorowskiego pojawia się na kartach Raportu blisko 60 razy i wymieniane jest w kontekście wielorakiej odpowiedzialności tego polityka.
Nakreślony w Raporcie wizerunek Bronisława w niczym nie przypomina obrazu „spokojnego konserwatysty” i  „męża stanu”, jaki próbują narzucić nam ośrodki propagandy III RP. To wizerunek człowieka, który od początków swojej politycznej kariery wspierał ludzi komunistycznych służb, generałów po moskiewskich uczelniach, żołnierzy wojskowej bezpieki, kursantów GRU oraz osoby oskarżane o korupcję lub współpracę z obcymi służbami. Jako wiceminister i szef resortu obrony Komorowski ponosił odpowiedzialność nie tylko za afery z udziałem ludzi WSI, nieudolność i brak profesjonalizmu tej służby, ale także za realizację polityki kadrowej, która pozwalała na zachowanie w strukturach Wojska Polskiego dominacji wyższych oficerów tzw. Ludowego Wojska Polskiego. Antoni Macierewicz podsumował kiedyś postawę Komorowskiego słowami: „Marszałek Komorowski przez lata chronił ludzi z WSI i powinien za to ponieść odpowiedzialność.”
Likwidacja WSI – tego „peryskopu, za pomocą którego Rosjanie pozyskiwali wiedzę o mechanizmach funkcjonowania naszego państwa” (jak określił tę służbę prof. Andrzej Zybertowicz) sprawiła, że funkcjonujący dotąd triumwirat III RP oparty na relacji służby-biznes –politycy  został mocno zdezorganizowany i osłabiony.
Z tej przyczyny, jedynym z priorytetów rządu Donalda Tuska stało się przywrócenie wpływów środowiska WSI i powrót do wzorca służb ustalonego w roku 2004. Z chwilą przejęcia władzy przez PO, wszelkie działania rządu zostały ukierunkowane na zablokowanie procesu weryfikacji żołnierzy WSI, przejęcie nowopowstałych służb wywiadu i kontrwywiadu wojskowego oraz pełną reaktywację komunistycznego układu. Tuż po powstaniu rządu nastąpiły czystki w służbach specjalnych, szykany wobec ich szefów, przesłuchania i represje wobec nowych funkcjonariuszy kontrwywiadu wojskowego. Kolejne miesiące przyniosły szereg zawiadomień do prokuratury przeciwko członkom Komisji Weryfikacyjnej oraz zawiadomień i pozwów wymierzonych w Antoniego Macierewicza.
W czerwcową noc 2008 roku, Sejm głosami obecnej koalicji uchwalił nowelizację ustawy o SKW i SW, która faktycznie zakończyła proces weryfikacji. W uzasadnieniu noweli napisano wprost: „Projektowane przepisy generalnie otworzą drogę żołnierzom zawodowym zniesionych Wojskowych Służbach Informacyjnych do „zagospodarowania ich” niezależnie od faktu czy Komisja Weryfikacyjna wyda, czy też nie, swoje stanowisko.”
Jednocześnie, na wszelkie sposoby utrudniano pracę Komisji Weryfikacyjnej, dyskredytowano i zastraszano jej członków, pomawiano szefa komisji, a wokół procesu likwidacji WSI wytworzono medialną atmosferę oskarżeń i klimat działań nielegalnych.
Pod koniec 2007 roku rozpoczęto kombinację operacyjną z udziałem ośrodków propagandy, ludzi WSW/WSI, szefostwa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz ówczesnego marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego - nazwaną przeze mnie aferą marszałkową.
Warto podkreślić, że przez pierwsze miesiące rozgrywania sprawy w obszarze publicznym funkcjonowała ona pod nazwą „afera aneksowa”. Wszystkie ośrodki propagandy, blogerzy oraz media kojarzone z opozycją zgodnie używały określenia, które było głównym przekaźnikiem dezinformacji. To określenie miało bowiem sugerować, że aneks do Raportu z Weryfikacji WSI stał się przedmiotem działań aferalnych, korupcyjnych. Takiej tezy dotyczyła "sztandarowa" publikacja gazety "Dziennik" z 19 listopada 2007 r. zatytułowana „Aneks do raportu o WSI na sprzedaż” i opatrzoną nagłówkiem "Każdy może kupić tajne dokumenty". Kolejne publikacje umacniały takie przeświadczenie i stanowiły jeden z podstawowych elementów dezinformacji. Medialnym zwieńczeniem rzekomej „afery aneksowej” była publikacja Anny Marszałek, Michała Majewskiego i Pawła Reszki z kwietnia 2008 roku zatytułowana – „Kto gra aneksem Macierewicza?”. „Handel aneksem Macierewicza", w  której alarmowano: „Po Warszawie od wielu miesięcy biega przeszkolony w Moskwie oficer służb wojskowych, który oferuje sprzedaż aneksu o weryfikacji”.
Żadne z kłamstw rozpowszechnianych przez funkcjonariuszy medialnych nie znalazło potwierdzenia. Nigdy nie było „afery z aneksem”, nigdy też nie wykazano, by nastąpił przeciek z tego dokumentu. Wszelkie oskarżenia i rzekome dowody, o których miesiącami zapewniali nas żurnaliści i rezonujący im „specjaliści” z WSI okazały się fałszywe.
Określenie kombinacja operacyjna, zaczerpnięte z arsenału służb specjalnych, nie jest tu przypadkowe. Chodzi bowiem o cały zespół planowych działań, wzajemnie ze sobą powiązanych i podporządkowanych jednolitej koncepcji. Miały one na celu takie oddziaływanie na przeciwnika, aby przez wprowadzenie go w błąd lub wykorzystanie błędu doprowadzić go do z góry zakładanych zachowań, które umożliwią wykonanie określonych zadań operacyjnych.
Afera marszałkowa polegała zatem na działaniach zmierzających do uzyskania dostępu do tajnego uzupełnienia (aneksu) z Raportu z Weryfikacji WSI, a gdy okazało się to niemożliwe, na skompromitowaniu członków Komisji Weryfikacyjnej oraz dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego. Działania te miały również na celu dezawuowanie treści zawartych w aneksie oraz uprzedzenie ewentualnych zarzutów dotyczących powiązań polityków PO ze środowiskiem byłych WSI. Priorytetem kombinacji pozostawała osłona politycznego „patrona” wojskowych służb - Bronisława Komorowskiego.
18 października 2007r. „Gazeta Polska” zamieściła artykuł Leszka Misiaka zatytułowany „Komorowski i WSI”, w którym nawiązywano do wcześniejszej publikacji tygodnika „Wprost”. W artykule mogliśmy przeczytać o tajemniczym przyjacielu Komorowskiego, który w marcu 2004r. informował Leszka Misiaka o wypadku samochodowym, jakiemu uległ syn Komorowskiego. Dziennikarz napisał:
„W tamtym czasie nie wiedziałem kim jest ów informator, jego nazwisko nic mi nie mówiło. Przedstawiał się jako lobbysta, mówił, że często bywa w Sejmie, kiedyś nawet spotkałem go przed Sejmem. Prawie dwa lata później dowiedziałem się, że to pułkownik WSI, były szef Zarządu I Szefostwa WSW Aleksander L”.
Ujawniając fakt wieloletniej znajomości Komorowskiego z płk L. dziennikarz zakończył pytaniem:„ Jaki interes miał wysoki rangą oficer WSI, by występować jako rzecznik Bronisława Komorowskiego? Co łączy czy łączyło obu panów? Czy była to znajomość prywatna czy też miała inny charakter? Te pytania chcieliśmy zadać marszałkowi Komorowskiemu.”
Komorowski nie znalazł wówczas czasu, by rozmawiać z "GP", zaś asystent marszałka kilkakrotnie przekładał termin wywiadu, odsyłając dziennikarza do sejmowego sekretariatu.
Kilkanaście dni później,  27 października 2007r. „Wprost” powiadomił że „Aneks do raportu komisji weryfikacyjnej Wojskowych Służb Informacyjnych trafił już do prezydenta”. Poinformowano również, że „na najbliższy poniedziałek przed komisję został wezwany były minister obrony narodowej Bronisław Komorowski. Jego wezwanie ma związek z nielegalnymi podsłuchami stosowanymi przez funkcjonariuszy WSI w latach 2000-2001.”
W odpowiedzi na to doniesienie, Komorowski oświadczył: „są to próby podważenia mojej wiarygodności. Nie tylko próbuje się stworzyć sprawę nieistniejącą, bo żadnej inwigilacji opozycji, w czasach gdy ja byłem ministrem, w moim najgłębszym przekonaniu, nie było, ale również próbuje się stworzyć wrażenie, że jest o co mnie przesłuchiwać”.
30 października 2007r. w „Rzeczpospolitej” napisano: „Nazwiska Komorowskiego, Onyszkiewicza, Kalisza, Szmajdzińskiego i Rusaka znajdują się w aneksie do raportu o Wojskowych Służbach Informacyjnych”.
Antoni Macierewicz, pytany wówczas o powód wezwania przez Komisję tych osób, uzasadnił to następująco: „Ustalenia, które są w aneksie do raportu o WSI, wymagają, aby ci panowie się do nich ustosunkowali. Jeśli tego nie zrobią, to trudno, aneks i tak zostanie opublikowany”. Jednocześnie Macierewicz przypomniał, że po opublikowaniu Raportu z Weryfikacji WSI pojawiły się zarzuty, iż szereg osób nie miało możliwości złożenia wyjaśnień, a gdyby ją miały, to "sprawy byłyby inaczej opisane". Macierewicz zaznaczył więc, że „wszyscy wezwani przez komisję będą się mogli odnieść do dokumentów i informacji, na podstawie których aneks został napisany.”