Afera
marszałkowa – bo tak (od ówczesnej funkcji Bronisława Komorowskiego) nazwałem
cykl wydarzeń z lat 2007-2008 jest „matką” wszystkich afer z czasów rządów
PO-PSL. Powstały wówczas układ, oparty na relacjach służby-media-politycy
stanowił fundament kolejnych patologicznych zdarzeń i do dnia dzisiejszego
decyduje o przebiegu wielu procesów publicznych.
Kulisy afery marszałkowej nigdy nie zostały
wyjaśnione i zdecydowana większość Polaków nie posiada żadnej wiedzy o jej
przebiegu. Autor słów „muszę zobaczyć
aneks przed publikacją” skutecznie uchylał od udzielenia odpowiedzi na
pytania posłów Prawa i Sprawiedliwości, odmawiał stawienia przed Komisją
Weryfikacyjną i wielokrotnie wykorzystywał swoją pozycję, by uciec od składania
rzeczowych wyjaśnień.
Nad sprawą zaciągnięto tak szczelną zasłonę
milczenia, że opinia publiczna nie miała możliwości zapoznać się z tematem
nawet w trakcie kampanii prezydenckiej 2010 roku. Można przypuszczać, że gdyby
afera marszałkowa została wyjaśniona, a jej mechanizmy ujawnione, zablokowałoby
to dalszą karierę polityczną Komorowskiego i uniemożliwiło mu start w wyborach
prezydenckich. Jest wielce prawdopodobne, że odsłonięcie patologicznych relacji
już w roku 2008 uchroniłoby nas od niebezpieczeństw wywołanych wpływem
„czynnika rosyjskiego” na życie polityczne, zapobiegło knowaniom w ramach
konfliktu rząd-prezydent, a w rezultacie utrudniło lub wręcz udaremniło
możliwość zastawienia pułapki smoleńskiej.
Przed ośmioma laty rząd
Prawa i Sprawiedliwości podjął historyczną decyzję o likwidacji Wojskowych
Służb Informacyjnych, zaś Sejm zatwierdził prawo umożliwiające weryfikację
oświadczeń żołnierzy tej służby. Pozwoliło to sporządzić dokument o nazwie
„Raport o działaniach żołnierzy i pracowników WSI” opublikowany następnie w
Monitorze Polskim, na mocy postanowienia Prezydenta Lecha Kaczyńskiego z dnia
16 lutego 2007 r.
W Raporcie, korzystającym z wagi dokumentu
urzędowego, zawarto opis dziesiątków wydarzeń, jakie miały miejsce na
przestrzeni 15 lat istnienia WSI. Dokument wymienia setki nazwisk żołnierzy i
funkcjonariuszy tej służby, nazwiska polityków, dziennikarzy i innych osób
publicznych oraz wskazuje na stopień ich odpowiedzialności wobec prawa.
Nazwisko Bronisława Komorowskiego pojawia się na
kartach Raportu blisko 60 razy i wymieniane jest w kontekście wielorakiej
odpowiedzialności tego polityka.
Nakreślony w Raporcie wizerunek Bronisława w
niczym nie przypomina obrazu „spokojnego konserwatysty” i „męża stanu”, jaki próbują narzucić nam
ośrodki propagandy III RP. To wizerunek człowieka, który od początków swojej
politycznej kariery wspierał ludzi komunistycznych służb, generałów po
moskiewskich uczelniach, żołnierzy wojskowej bezpieki, kursantów GRU oraz osoby
oskarżane o korupcję lub współpracę z obcymi służbami. Jako wiceminister i szef
resortu obrony Komorowski ponosił odpowiedzialność nie tylko za afery z
udziałem ludzi WSI, nieudolność i brak profesjonalizmu tej służby, ale także za
realizację polityki kadrowej, która pozwalała na zachowanie w strukturach Wojska Polskiego
dominacji wyższych oficerów tzw. Ludowego Wojska Polskiego. Antoni Macierewicz
podsumował kiedyś postawę Komorowskiego słowami: „Marszałek Komorowski przez lata chronił ludzi z WSI i powinien za to
ponieść odpowiedzialność.”
Likwidacja WSI – tego „peryskopu, za pomocą którego Rosjanie pozyskiwali wiedzę o mechanizmach
funkcjonowania naszego państwa” (jak określił tę służbę prof. Andrzej
Zybertowicz) sprawiła, że funkcjonujący dotąd triumwirat III RP oparty na
relacji służby-biznes –politycy został
mocno zdezorganizowany i osłabiony.
Z tej przyczyny, jedynym z priorytetów rządu
Donalda Tuska stało się przywrócenie wpływów środowiska WSI i powrót do wzorca
służb ustalonego w roku 2004. Z chwilą przejęcia władzy przez PO, wszelkie
działania rządu zostały ukierunkowane na zablokowanie procesu weryfikacji
żołnierzy WSI, przejęcie nowopowstałych służb wywiadu i kontrwywiadu wojskowego
oraz pełną reaktywację komunistycznego układu. Tuż po powstaniu rządu nastąpiły
czystki w służbach specjalnych, szykany wobec ich szefów, przesłuchania i
represje wobec nowych funkcjonariuszy kontrwywiadu wojskowego. Kolejne miesiące
przyniosły szereg zawiadomień do prokuratury przeciwko członkom Komisji Weryfikacyjnej
oraz zawiadomień i pozwów wymierzonych w Antoniego Macierewicza.
W czerwcową noc 2008 roku, Sejm głosami obecnej
koalicji uchwalił nowelizację ustawy o SKW i SW, która faktycznie zakończyła
proces weryfikacji. W uzasadnieniu noweli napisano wprost: „Projektowane przepisy generalnie otworzą
drogę żołnierzom zawodowym zniesionych Wojskowych Służbach Informacyjnych do
„zagospodarowania ich” niezależnie od faktu czy Komisja Weryfikacyjna wyda, czy
też nie, swoje stanowisko.”
Jednocześnie, na wszelkie sposoby utrudniano pracę
Komisji Weryfikacyjnej, dyskredytowano i zastraszano jej członków, pomawiano
szefa komisji, a wokół procesu likwidacji WSI wytworzono medialną atmosferę
oskarżeń i klimat działań nielegalnych.
Pod koniec 2007 roku
rozpoczęto kombinację operacyjną z
udziałem ośrodków propagandy, ludzi WSW/WSI, szefostwa Agencji Bezpieczeństwa
Wewnętrznego oraz ówczesnego marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego - nazwaną
przeze mnie aferą marszałkową.
Warto podkreślić, że przez pierwsze miesiące rozgrywania
sprawy w obszarze publicznym funkcjonowała ona pod nazwą „afera aneksowa”. Wszystkie
ośrodki propagandy, blogerzy oraz media kojarzone z opozycją zgodnie używały
określenia, które było głównym przekaźnikiem dezinformacji. To określenie miało
bowiem sugerować, że aneks do Raportu z Weryfikacji WSI stał się przedmiotem
działań aferalnych, korupcyjnych. Takiej tezy dotyczyła "sztandarowa"
publikacja gazety "Dziennik" z 19 listopada 2007 r. zatytułowana „Aneks do raportu o WSI na sprzedaż” i
opatrzoną nagłówkiem "Każdy może
kupić tajne dokumenty". Kolejne publikacje umacniały takie
przeświadczenie i stanowiły jeden z podstawowych elementów dezinformacji. Medialnym
zwieńczeniem rzekomej „afery aneksowej” była publikacja Anny Marszałek, Michała
Majewskiego i Pawła Reszki z kwietnia 2008 roku zatytułowana – „Kto gra aneksem
Macierewicza?”. „Handel aneksem Macierewicza", w której alarmowano: „Po Warszawie od wielu miesięcy biega przeszkolony w Moskwie oficer
służb wojskowych, który oferuje sprzedaż aneksu o weryfikacji”.
Żadne z kłamstw rozpowszechnianych przez
funkcjonariuszy medialnych nie znalazło potwierdzenia. Nigdy nie było „afery z
aneksem”, nigdy też nie wykazano, by nastąpił przeciek z tego dokumentu.
Wszelkie oskarżenia i rzekome dowody, o których miesiącami zapewniali nas
żurnaliści i rezonujący im „specjaliści” z WSI okazały się fałszywe.
Określenie kombinacja
operacyjna, zaczerpnięte z arsenału służb specjalnych, nie jest tu przypadkowe.
Chodzi bowiem o cały zespół planowych działań, wzajemnie ze sobą powiązanych i
podporządkowanych jednolitej koncepcji. Miały one na celu takie oddziaływanie
na przeciwnika, aby przez wprowadzenie go w błąd lub wykorzystanie błędu
doprowadzić go do z góry zakładanych zachowań, które umożliwią wykonanie
określonych zadań operacyjnych.
Afera
marszałkowa polegała zatem na działaniach zmierzających do uzyskania
dostępu do tajnego uzupełnienia (aneksu) z Raportu z Weryfikacji WSI, a gdy
okazało się to niemożliwe, na skompromitowaniu członków Komisji Weryfikacyjnej
oraz dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego. Działania te miały również na celu
dezawuowanie treści zawartych w aneksie oraz uprzedzenie ewentualnych zarzutów
dotyczących powiązań polityków PO ze środowiskiem byłych WSI. Priorytetem
kombinacji pozostawała osłona politycznego „patrona” wojskowych służb -
Bronisława Komorowskiego.
18 października 2007r.
„Gazeta Polska” zamieściła artykuł Leszka Misiaka zatytułowany „Komorowski i
WSI”, w którym nawiązywano do wcześniejszej publikacji tygodnika „Wprost”. W
artykule mogliśmy przeczytać o tajemniczym przyjacielu Komorowskiego, który w
marcu 2004r. informował Leszka Misiaka o wypadku samochodowym, jakiemu uległ
syn Komorowskiego. Dziennikarz napisał:
„W tamtym
czasie nie wiedziałem kim jest ów informator, jego nazwisko nic mi nie mówiło.
Przedstawiał się jako lobbysta, mówił, że często bywa w Sejmie, kiedyś nawet
spotkałem go przed Sejmem. Prawie dwa lata później dowiedziałem się, że to
pułkownik WSI, były szef Zarządu I Szefostwa WSW Aleksander L”.
Ujawniając fakt wieloletniej znajomości
Komorowskiego z płk L. dziennikarz zakończył pytaniem:„ Jaki interes miał wysoki rangą oficer WSI, by występować jako rzecznik
Bronisława Komorowskiego? Co łączy czy łączyło obu panów? Czy była to znajomość
prywatna czy też miała inny charakter? Te pytania chcieliśmy zadać marszałkowi
Komorowskiemu.”
Komorowski nie znalazł wówczas czasu, by rozmawiać
z "GP", zaś asystent marszałka kilkakrotnie przekładał termin
wywiadu, odsyłając dziennikarza do sejmowego sekretariatu.
Kilkanaście dni później, 27 października 2007r. „Wprost” powiadomił że
„Aneks do raportu komisji weryfikacyjnej
Wojskowych Służb Informacyjnych trafił już do prezydenta”. Poinformowano
również, że „na najbliższy poniedziałek
przed komisję został wezwany były minister obrony narodowej Bronisław
Komorowski. Jego wezwanie ma związek z nielegalnymi podsłuchami stosowanymi
przez funkcjonariuszy WSI w latach 2000-2001.”
W odpowiedzi na to doniesienie, Komorowski
oświadczył: „są to próby podważenia mojej
wiarygodności. Nie tylko próbuje się
stworzyć sprawę nieistniejącą, bo żadnej inwigilacji opozycji, w czasach gdy ja
byłem ministrem, w moim najgłębszym przekonaniu, nie było, ale również próbuje
się stworzyć wrażenie, że jest o co mnie przesłuchiwać”.
30 października 2007r. w „Rzeczpospolitej” napisano: „Nazwiska
Komorowskiego, Onyszkiewicza, Kalisza, Szmajdzińskiego i Rusaka znajdują się w
aneksie do raportu o Wojskowych Służbach Informacyjnych”.
Antoni Macierewicz, pytany wówczas o powód
wezwania przez Komisję tych osób, uzasadnił to następująco: „Ustalenia, które są w aneksie do raportu o
WSI, wymagają, aby ci panowie się do nich ustosunkowali. Jeśli tego nie zrobią,
to trudno, aneks i tak zostanie opublikowany”. Jednocześnie Macierewicz
przypomniał, że po opublikowaniu Raportu z Weryfikacji WSI pojawiły się
zarzuty, iż szereg osób nie miało możliwości złożenia wyjaśnień, a gdyby ją
miały, to "sprawy byłyby inaczej
opisane". Macierewicz zaznaczył więc, że „wszyscy wezwani przez komisję będą się mogli odnieść do dokumentów i
informacji, na podstawie których aneks został napisany.”