Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.
sobota, 14 czerwca 2014
PROCES
niedziela, 19 lutego 2012
BO NAJPIĘKNIEJ MILCZY TRUP...
Tekst zamieszczony w Warszawskiej Gazecie.
niedziela, 31 lipca 2011
AFERA MARSZAŁKOWA. PROTOKOŁY NIEZGODNOŚCI
czwartek, 9 czerwca 2011
PROCES W SPRAWIE AFERY MARSZAŁKOWEJ
środa, 13 stycznia 2010
MARSZAŁEK DO SPRAW MEDIÓW
Postawienie dziennikarzom zarzutów ujawnienia tajemnicy śledztwa, jest logiczną kontynuacją dwuletniej polityki obecnego rządu wobec mediów. To jeden z tych nielicznych obszarów życia publicznego, w którym ludzie PO wykazują godną podziwu konsekwencję.
Ponieważ nigdy wcześniej media nie odegrały tak zasadniczej roli w wykreowaniu nowego układu rządowego, jak w czasie 2 letniej kampanii dezinformacji, zwieńczonej przedwyborczą histerią, relacje, rząd – dziennikarze, powstałe po 2007 roku musiały zostać precyzyjnie określone.
Sprawowania funkcji koordynatora i mentora środowiska dziennikarskiego podjął się Bronisław Komorowski. Jeszcze przed powołaniem na stanowisko marszałka Sejmu, pod koniec października 2007 roku, Komorowski wyraźnie wskazał, czego nowy sejm oczekuje od mediów: „Funkcjonowanie dziennikarzy w Sejmie wymaga uporządkowania. Akredytacje powinni dostawać ci lepsi. Żeby była lepsza informacja o pracach parlamentu”.
Dalsze, precyzyjne instrukcje zostały wydane dziennikarzom w trakcie afery marszałkowej – wielowątkowej kombinacji operacyjnej z udziałem ludzi WSI i ABW, w której marszałek Sejmu odegrał kluczową rolę inspiratora.
To wówczas, pod adresem dziennikarzy telewizyjnych, którzy korzystając z nieudolności ludzi pana Bondaryka znaleźli się w mieszkaniu Piotra Bączka, padły pełne irytacji słowa :
„Ci dziennikarze w ogóle nie powinni tam się zjawić. Prawdopodobnie zjawili się przez piwnicę sterowani przez pana Bączka telefonicznie, za pośrednictwem ważnej postaci w mediach publicznych. Ale w momencie, kiedy tam weszli obowiązuje dziennikarza, tak jak każdego obywatela, prawo. I jeżeli trwają czynności śledcze, nie wolno ich dokumentować z boku. Jeżeli jest wezwanie, żeby zaniechali filmowania, powinni to zrobić. Jeżeli tego nie zrobili, to oni złamali prawo”.
Usłyszeliśmy również wskazanie – jak mają się odtąd zachowywać dziennikarze w kontaktach ze „zbrojnym ramieniem” władzy: „Dziennikarze chcieli być ponad prawem. Akurat ci konkretni z programu ściśle związanego z Antonim Macierewiczem. Chcieli być ponad prawem. Dziennikarz ma prawo szukać informacji, ma prawo starać się o dobre zdjęcia, ale jak jest wezwanie funkcjonariusza, który prowadzi czynności śledcze, w imię interesu bezpieczeństwa państwa polskiego musi się dziennikarz do tego zastosować.
Trzy miesiące później, gdy rola Komorowskiego w rozpętaniu afery marszałkowej została mocno naświetlona, marszałek Sejmu skierował do środowiska dziennikarskiego kolejny, czytelny apel:
„Ja bym sugerował dużą wstrzemięźliwość w okazywaniu solidarności zawodowej dziennikarskiej, no bo sprawa nie dotyczy docierania czy łamania tajemnicy państwowej przez dziennikarza śledczego, co bym rozumiał, nie akceptował, ale rozumiał, ale dotyczy podejrzenia o korupcję, po prostu o korupcję, o pomoc w korupcji. I to w takim obszarze bardzo delikatnym, wrażliwym z punktu widzenia interesów państwa, jak służby specjalne. Więc sugerowałbym ogromną wstrzemięźliwość tutaj...”
Apel został powtórzony, gdy zapytano Komorowskiego o zwołanie specjalnego posiedzenia Komisji ds. Służb Specjalnych, czego domagali się dziennikarze programu „Misja specjalna”. Komorowski odpowiedział:
„Ja uważam, że tutaj jest jakaś głęboka przesada w okazywaniu solidarności korporacyjnej przez niektórych... a może środowiskowej takiej, bo co może Komisja ds. Służb Specjalnych w kwestii tego, czy prokuratura ocenia i sąd, że należy osobę podejrzaną o korupcję izolować czy nie? No, to jest kwestia znajomości pewnej... pomysłu na śledztwo, prawda? Oraz pewnej specyfiki danej sprawy. No, jeżeli trzeba izolować, to się wsadza do aresztu.”
Również niedawno, gdy media relacjonowały sprawę senatora Piesiewicza, marszałek Sejmu wyznał, że jest przeciwny "rozwałkowywaniu" tematu i wystąpił w roli mentora, pouczając dziennikarzy: „Uważam, że tam gdzie nie ma bezpośredniego zaangażowania politycznego, czy są jakieś mroczne fragmenty życia prywatnego, dziennikarze powinni zachować dystans. Wydaje mi się, że w polskim zwyczaju jest, że się nie wnika w prywatność.”
Jednak na szczególną uwagę zasługuje niedawny komentarz Komorowskiego, dotyczący postawienia dziennikarzom prokuratorskich zarzutów:
„Wie pani, jest tak - no zawód dziennikarza to jest zawód. Zarabiacie państwo pieniądze, między innymi na tym, że dochodzicie do dokumentów tajnych, prawda. [...]Czasami się wam, i za to dostajecie forsę jako dziennikarze, no to jest ryzyko zawodowe.
[...] ja uważam, że zadaniem dziennikarza jest dochodzenie do informacji. Natomiast rzeczywiście zawsze staje pytanie i dziennikarze mam nadzieję sobie to pytanie również zadają, czy ujawnienie przez nich jakiś dokumentów szkodzi, czy pomaga sprawie. Przez sprawę rozumiem, w tym wypadku sprawę prokuratorską...[...]...w ważnej kwestii, czy też to utrudnia czy ułatwia śledztwo, ja nie znam szczegółów, ale mam nadzieję, jeszcze powiem, że dziennikarze, nie tylko prokuratorzy odpowiadają sami sobie na pytanie czy ich skuteczne dojście do tajemnicy państwowej i jej ujawnienie pomaga czy szkodzi sprawie”.
Myślę, że warto z uwagą wsłuchiwać się w słowa marszałka, bo stanowią one czytelny przekaz, skierowany do środowiska dziennikarskiego, tuż przed rozpoczęciem procesu Wojciecha Sumlińskiego. Z praktyki ostatnich 2 lat wynika, że dziennikarze prawidłowo zrozumieli intencje obecnej władzy i nie próbowali zaglądać za kulisy zdarzeń. Nieliczne przypadki niesubordynacji były natychmiast kontrowane, a wiadomość, że służby mogą bezkarnie podsłuchiwać i inwigilować dziennikarzy została odebrana jako cenna lekcja na przyszłość.
Jednak ostatnie miesiące, dla grupy sprawującej władzę przyniosły problem, który wymaga zastosowania nadzwyczajnych środków. Wysyp afer z udziałem polityków Platformy może świadczyć, że całkiem realnie rozważa się zastąpienie obecnego układu rządzącego „ekipą zastępczą” – lub, co bardziej prawdopodobne – istotną zmianę w kierownictwie partii.
Ponieważ partia Tuska traktowana jest wyłącznie w kategoriach nośnika interesów, nic nie stoi na przeszkodzie, by nieudany lub zużyty „projekt” zastąpić innym. Jest to tym łatwiejsze, że jedyny kapitał tej partii to wizerunek medialny, zbudowany na propagandzie, dezinformacji i działaniach osłonowych. Efektem działań podejmowanych przez środowisko, które powołało Platformę do istnienia, jest zatem powolny demontaż „parasola ochronnego”. Uczestniczą w tym media, które do tej pory były najważniejszym wspornikiem rządu. Sytuacja ma również związek z ostrą walką wewnątrz Platformy, w której ścierają się dwa ośrodki, reprezentowane przez Komorowskiego i Schetynę. Szerszy kontekst tych zmagań, dotyczy środowiska byłych WSI i służb cywilnych.
W tej perspektywie warto dostrzec, że postawienie dwóm dziennikarzom zarzutów z artykuł 241 kk, który mówi o publicznym rozpowszechnianiu wiadomości z postępowania przygotowawczego – wynika z intencji mocnego zdyscyplinowania mediów i przywrócenia dawnego status quo. Jest to bardzo precyzyjne i celne uderzenie. Mamy w nim sprawę, która bezpośrednio nie dotyczy obecnego układu i dziennikarzy, których trudno posądzić o sprzyjanie opozycji. Przekaz jest wyraźny: nie cofniemy się przed realnymi represjami, jeśli nadal będziecie nas atakować i zaglądać za kulisy władzy. Możecie ujawniać informacje, ale tylko te, które nie zaszkodzą naszym interesom.
Jeśli teza o sukcesywnym zamykaniu „parasola ochronnego” nad rządem Donalda Tuska jest zasadna, może się okazać, że informacje z procesu Wojciecha Sumlińskiego będą przysłowiowym „gwoździem do trumny” obecnego układu i zostaną wykorzystane przez środowisko, które powołało Platformą, a dziś szykuje się do gruntownej wymiany ekipy.
W tej sprawie – osobisty interes Bronisława Komorowskiego, jest identyczny z interesem środowiska byłych WSI, dlatego słowa marszałka, kierowane do dziennikarzy warto rozpatrywać w szerszym kontekście. Kombinacja operacyjna, jakiej byliśmy świadkami w roku 2008 przesądziła o poczuciu bezkarności i poszerzeniu arogancji rządzących. Każda następna - z udziałem służb i polityków PO, wynikała z układu zawiązanego w czasie afery marszałkowej, miała tych samych reżyserów i była montowana według tych samych zasad.
„Mamy głębokie przekonanie o tym, że była to akcja zmierzająca absolutnie nie do wyjaśnienia kwestii wadliwych powiązań między światem mediów a służbami specjalnymi, ale akcja zmierzająca do wystraszenia dziennikarzy, powstrzymania ich przed zajmowaniem się kwestiami niewygodnymi dla niektórych polityków. Problem polega na tym, że dzisiaj ci politycy zajmują bardzo ważne miejsca w hierarchii, w strukturze państwa polskiego. Stawiamy pytanie w związku z tym, o powołanie komisji nadzwyczajnej, która miałaby zbadać kwestie związane z tymi wydarzeniami. Zadajemy to pytanie w przekonaniu, że sprawa ta nie może pozostać ukryta, nie może być pod korcem, musi być wyjaśniona, jeśli chcemy uczciwie mówić o usunięciu z państwowego życia polskiego patologii. Bo patologią jest używanie przez wysokiej rangi urzędników państwowych podległych im instytucji do rozstrzygania kwestii, które ich osobiście bolą w relacjach z dziennikarzami”.
Te słowa Bronisława Komorowskiego, wypowiedziane przed czterema laty, niech będą przestrogą, że historia bywa bezwzględną i surową nauczycielką.
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,4615903.html
http://www.polskieradio.pl/trojka/salon/default.aspx?id=50326
http://www.polskieradio.pl/jedynka/sygnalydnia/?id=15339
http://www.radiozet.pl/Programy/Gosc-Radia-ZET/Bronislaw-Komorowski3
piątek, 18 grudnia 2009
SZANSA NA DZIENNIKARSKI PROCES
Gdy rzesze dziennikarzy i blogerów rozpisują się nad losem senatora Piesiewicza, mniej lub bardziej świadomie uczestnicząc w zmaganiach dwóch środowisk służb specjalnych, niemal bez echa przechodzi informacja Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie o skierowaniu do sądu aktu oskarżenia przeciwko Wojciechowi Sumlińskiemu i płk Aleksandrowi L.
Choć w tej sprawie – jak w żadnej innej, ujawnionej na przestrzeni ostatnich dwóch lat, widoczne są wszystkie patologie dzisiejszej III RP nigdy nie stała się wiodącym tematem dziennikarskich śledztw i nie wzbudziła na dłużej zainteresowania głównych mediów.
Nie bez przyczyny. Myślę, że wielu dziennikarzom mocno musiała zapaść w pamięci „dyrektywa” marszałka Komorowskiego, sformułowana podczas radiowego wywiadu w dn.1.09.2008 roku, gdy główny reżyser „afery marszałkowej” zdobył się na tego rodzaju słowa:
„Ja bym sugerował dużą wstrzemięźliwość w okazywaniu solidarności zawodowej dziennikarskiej, no bo sprawa nie dotyczy docierania czy łamania tajemnicy państwowej przez dziennikarza śledczego, co bym rozumiał, nie akceptował, ale rozumiał, ale dotyczy podejrzenia o korupcję, po prostu o korupcję, o pomoc w korupcji. I to w takim obszarze bardzo delikatnym, wrażliwym z punktu widzenia interesów państwa, jak służby specjalne. Więc sugerowałbym ogromną wstrzemięźliwość tutaj, zostawmy to, niech prokuratura to zbada w całym trudnym kontekście...”.
Wydana wówczas przez Komorowskiego ocena sprawy okazała się wiążąca, nie tylko dla dziennikarzy, ale również dla prokuratury, która ignorując osobistą odpowiedzialność marszałka Sejmu kontaktującego się w sprawie „zakupu” aneksu z oficerami WSW/WSI i tolerując jego liczne kłamstwa - potraktowała Wojciecha Sumlińskiego jak przestępcę i postawiła mu zarzut rzekomego powoływania się na wpływy w Komisji Weryfikacyjnej WSI.
Jeśli już byliśmy świadkami zainteresowania dziennikarzy sprawą kolegi, to sposób przedstawiania tematu i kontekst publikacji wskazywał zwykle, że stanowią one część kombinacji operacyjnej „afery marszałkowej” i mogą być inspirowane przez ludzi służb.
Tak można oceniać wiele artykułów „Gazety Wyborczej” czy „Dziennika” oraz działania Anny Marszałek, Bertolda Kittela czy Pawła Reszki; by przypomnieć tylko opublikowany w listopadzie 2007 roku artykuł „Każdy może kupić tajne dokumenty. Aneks do raportu o WSI na sprzedaż”, czy „„Kto gra aneksem Macierewicza?” z kwietnia 2008 roku. Każda z tych ( i wielu innych) publikacji wyprzedzała lub uzupełniała działania organów ścigania lub była oparta na informacjach uzyskanych ze źródeł operacyjnych. Nie krył tego nawet Prokurator Krajowy Marek Staszak, pytany o rolę mediów podczas obrad sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka w dniu 26.05.2008r. , gdy stwierdził m.in, że „enuncjacje prasowe (chodzi o materiały z „Dziennika”, które mówiły o panu L. i o tym, jakie on czynności podejmował, chodzi o ten artykuł z „Dziennika”) przyspieszyły przeprowadzenie czynności procesowych przeszukania, zatrzymania i postawienia zarzutów”.
W tym samym obszarze publikacji należy umieścić artykuł Małgorzaty Subotić „Człowiek który chadzał na skróty”, zawierający manipulacje i bezpodstawne twierdzenia autorki, iż „śledczy mają pokwitowanie Sumlińskiego odbioru tych pieniędzy.” oraz sugerujący istnienie dowodów winy Sumlińskiego w postaci nagrania dokonanego przez płk L. O tego rodzaju dowodach nic nie wiedział sam podejrzany, ani jego obrońcy. Przypomnę, że wystosowany w tej sprawie „List do Rady Etyki Mediów” nie doczekał się żadnej reakcji tego szacownego grona. W podobnej konwencji wolno oceniać wypowiedzi Sylwestra Latkowskiego czy Jarosława Jabrzyka. Ten ostatni – niejako w zgodzie z „dyrektywą” marszałka Komorowskiego wyraźnie określił powinność kolegów – dziennikarzy wobec Wojciecha Sumlińskiego sugerując: „My możemy, jak na razie tylko stać z boku i czekać na to, aż ktoś co coś wie, będzie chciał nam o tym powiedzieć..”
Na szczęście nie wszyscy dziennikarze „stali z boku”, bo byli również tacy, jak Wojciech Wybranowski, Cezary Gmyz, czy dziennikarze „Gazety Polskiej” ,którzy mieli dość odwagi i zawodowej rzetelności, by opisywać sprawę nie czekając „aż ktoś będzie chciał o tym powiedzieć”.
Dziś – po upływie 2 lat od rozpętania rzekomej „afery aneksowej” – wiemy, że wielu dziennikarzy wprowadzało nas w błąd, że ( w najlepszym wypadku) dokonano manipulacji faktami i ich nieuprawnionej nadinterpretacji, że medialna kampania insynuacji i pomówień była integralną częścią kombinacji operacyjnej ludzi służb specjalnych. Nie potwierdziły się zarzuty o przecieku i handlowaniu aneksem, nic nie wiadomo o korupcji wśród członków Komisji Weryfikacyjnej. Nie postawiono żadnych zarzutów Bączkowi i Pietrzakowi, poza podejrzeniami jest Antoni Macierewicz. Wszystkie oskarżenia i rzekome „dowody” - o których miesiącami zapewniali nas dziennikarscy fachowcy okazały się fałszywe, a intensywnie prowadzone czynności śledcze nie przyniosły żadnych rezultatów.
Nikt nawet nie zwrócił uwagi na tak charakterystyczną rzecz, iż zarzuty postawione Sumlińskiemu dotyczą „powoływania się w okresie od grudnia 2006 r. do 25 stycznia 2007 r. w Warszawie na wpływy w Komisji Weryfikacyjnej ds. Wojskowych Służb Informacyjnych” – czyli domniemanych działań w czasie sporządzania Raportu z Weryfikacji WSI, podczas gdy wszystkie publikacje „Dziennika” i „Gazety Wyborczej” dotyczyły rzekomego handlu aneksem do Raportu, a więc zupełnie innego dokumentu. Już tylko ta okoliczność dowodzi skali manipulacji i dezinformacji, jakiej poddano społeczeństwo. Nawet nazwa - „afera aneksowa” była tu ordynarnym fałszem.
Pozostały jednak ofiary tej medialnej nagonki: członkowie Komisji, których zastraszano, inwigilowano, odebrano dobre imię i zarzucono działanie z niskich pobudek.
A przede wszystkim Wojciech Sumliński – poddany represjom, pozbawiony pracy i dobrego imienia, pomówiony o korupcyjne kontakty z oficerem komunistycznej policji. Zastraszony, doprowadzony do ostateczności perspektywą „aresztu wydobywczego” próbował popełnić samobójstwo. Nawet z tej, osobistej tragedii ludzie wykonujący dyrektywy rządzącego układu chcieli uczynić cyniczny spektakl i obrócić ją przeciwko dziennikarzowi. Świadczy o tym sprawa podsłuchów stosowanych wówczas przez ABW i niedawny komunikat Prokuratury Krajowej, wydany po ujawnieniu, iż protokoły z podsłuchów dziennikarzy były wykorzystane w prywatnym procesie wiceszefa ABW. Napisano w nim, iż próbę samobójczą Sumlińskiego należy traktować jako „uniemożliwienie wykonania decyzji o tymczasowym aresztowaniu”.
Ofiarami medialnej kampanii jest również ta, znaczna część społeczeństwa, która łatwo uwierzyła w oskarżenia wysuwane pod adresem Sumlińskiego, Macierewicza czy ludzi Komisji, i nadal jest przekonana o aferalnym charakterze całej sprawy. Ofiarami wreszcie - są ci wszyscy, którzy nie wierząc wówczas w doniesienia mediów i traktując je z trzeźwą rezerwą, narażali się na zarzut stronniczości i politycznego zaślepienia, a którym zarzucano tworzenie „teorii spiskowych” lub „prawackie oszołomstwo”.
Wprawdzie od zakończenia tej kampanii upłynęło wiele miesięcy, nikt nie zapytał „gwiazd” dziennikarstwa – jak to się stało, że doszło do publikacji tak kompromitujących materiałów, na jakiej podstawie wysuwano wówczas niebotyczne oskarżenia i formułowano tezy bez pokrycia? Jaką rolę odegrali wówczas publicyści „Dziennika” i innych pism, skąd czerpali informacje i inspiracje do swoich artykułów? Czy jeszcze mieliśmy do czynienia z dziennikarstwem – czy raczej z pracą agentury, ulokowanej w mediach III RP?
Są to jedne z najważniejszych pytań w tej sprawie i jestem przekonany, że bez próby znalezienia na nie odpowiedzi za kilka tygodni, czy miesięcy będziemy mieli do czynienia z następnymi akcjami medialnymi, w których padną kolejne ofiary, a Polacy zostaną potraktowani jak bezwolna, zmanipulowana masa. Rozpoczęty przed kilkoma miesiącami proces likwidacji „parasola ochronnego” nad Platformą i obecna sprawa Piesiewicza świadczą jedynie, że pytania o faktyczną rolę mediów pozostaną długo aktualne.
Trzeba również wyraźnie powiedzieć, że to my sami – odbiorcy medialnego przekazu, komentatorzy i recenzenci dziennikarskich publikacji jesteśmy odpowiedzialni za to, co stało w sprawie Wojciecha Sumlińskiego. Głownie z tej przyczyny, że traktujemy wytwory niektórych mediów jako wartościową informację, że przydajemy im przymiotów należnych dziennikarstwu, że widzimy w pracownikach tych ośrodków ludzi odpowiedzialnych za rzetelny przekaz. Tymczasem medialne kłamstwa karmią się naszą naiwną wiarą w moc słowa pisanego i telewizyjnego obrazu, ale w jeszcze większym stopniu funkcjonują w oparciu o zaniechanie krytycznego osądu rzeczywistości, o intelektualne wygodnictwo, zdejmujące z wielu odbiorców obowiązek poznania prawdy.
Doskonale wiedzą o tym specjaliści od manipulacji udający dziennikarzy, na tym żeruje obecny układ rządzący, którego jedynym, realnym kapitałem jest wizerunek medialny zbudowany na propagandzie, dezinformacji i działaniach osłonowych.
Wojciech Sumliński, w wywiadzie udzielonym PR1 po opublikowaniu komunikatu o skierowaniu do sądu aktu oskarżenia, wyraził nadzieję, że jego proces odbędzie się przy otwartej kurtynie. To bardzo ważna przesłanka, by sprawa, z którą mamy do czynienia nie została w jeszcze większym stopniu zafałszowana. Informacja o czynnościach prokuratury zawiera bowiem wzmiankę, która pozwala domniemywać, że proces może przebiegać pod dyktando intencji płk komunistycznej policji Aleksandra L. – którego rolę w sprawie należy oceniać poprzez zamysły środowiska, które sprowokowało aferę marszałkową. W akcie oskarżenia, ten były szef Zarządu I Szefostwa WSW przyznaje się do winy i chce dobrowolnie poddać się karze 2 lat więzienia w zawieszeniu na 5 lat i karze grzywny w wysokości ponad 50 tys. zł. Prokuratura popiera to rozstrzygnięcie.
Skoro, zatem jeden z oskarżonych już przyznał się do winy wolno sądzić, że pozycja procesowa Sumlińskiego zostanie zdeterminowana tym faktem, a w swoich zeznaniach płk L będzie obciążał dziennikarza.
W tej sytuacji, szczególnie ważna staje się rola dziennikarzy relacjonujących przebieg procesu i opisujących okoliczności sprawy. Sam proces – jak należy się spodziewać, zostanie utajniony, by żadne, kompromitujące prokuraturę i służby informacje nie dotarły do opinii publicznej. Nasza wiedza musi się więc opierać na tym, co (mimo blokady) przedostanie się do mediów.
Jeśli teza o sukcesywnym zamykaniu „parasola ochronnego” nad rządem Donalda Tuska jest zasadna, może się okazać, że przecieki z procesu staną się przysłowiowym „gwoździem do trumny” obecnego układu rządzącego i zostaną wykorzystane przez środowisko, które powołało twór polityczny zwany Platformą Obywatelską, a dziś szykuje się do gruntownej wymiany ekipy. Rozwiązaniem korzystnym z punktu widzenia interesów rządzących będzie zatem zablokowanie procesu sądowego i stosowanie obstrukcji tak długo, aż sprawa zniknie z obszaru zainteresowania. Podobną metodę zastosowano w przypadku Romualda Szeremietiewa, przeprowadzając 7 –letni proces - tak, by końcowy, uniewinniający wyrok nie wywołał już żadnej reakcji.
Wiele zależy więc od postawy relacjonujących sprawę mediów, ale też od zachowania opozycji, która już raz pozwoliła na wyciszenie afery marszałkowej i do tej chwili ponosi konsekwencje tego zaniechania. Ta sprawa - ówczesna kombinacja operacyjna służb, wsparta medialnymi kłamstwami, przesądziła o poczuciu bezkarności i poszerzeniu zakresu arogancji rządzących. Każda następna - z udziałem służb i polityków PO, wynikała z układu zawiązanego w czasie afery marszałkowej, miała tych samych reżyserów i była montowana według tych samych zasad.
Dlatego proces sądowy Wojciecha Sumlińskiego stwarza wyjątkową szansę na ujawnienie opinii publicznej prawdziwych intencji i działań obecnego rządu, na zdemaskowanie faktycznych decydentów Platformy i wskazanie ludzi, którym tak bardzo zależy na ukryciu prawdy, że w obronie własnych interesów nie cofnęli się przed użyciem całego aparatu państwa i rozpętaniem kampanii fałszywych oskarżeń.
Pewien dziennikarz, który przed laty odegrał niechlubną rolę w spektaklu medialnym dotyczącym oskarżeń pod adresem Romualda Szeremietiewa, napisał w 2007 roku mocny tekst oskarżycielski pod adresem swoich kolegów. W czasie, gdy środowisko dziennikarskie nie doświadczyło jeszcze manipulacji, jakich świadkami byliśmy podczas rzekomej „afery aneksowej”, dziennikarz ów pytał:
„Dlaczego dziennikarstwo stało się zawodem prostytutki władzy? Dlaczego określenie "dziennikarz śledczy" staje się etykietką pudla warującego na progu sekretariatu ministra, czekającego na ochłap z rządowego biurka? Dlaczego praca w prorządowych mediach dla tak wielu ludzi staje się powodem nie do wstydu, ale do dumy? Dlaczego głównym osiągnięciem dziennikarzy staje się puszczenie w Internecie często zmanipulowanej informacji wyłącznie w celu osiągnięcia cytowalności? Dlaczego nie mówimy głośno o wstrzymywaniu materiałów, manipulowaniu, przewalaniu tekstów, o promowaniu uzależnionych miernot?"
To dobre pytania, na które sami dziennikarze mają szansę znaleźć odpowiedź podczas procesu Wojciecha Sumlińskiego. Są mu to winni.
http://www.pa.waw.pl/index.php?cmd=chg_page&page=rzecznik/komunikaty&id=315
http://cogito.salon24.pl/77707,afera-marszalkowa-7-kalendarium
http://cogito.salon24.pl/77697,dziennikarskie-artefakty
http://cogito.salon24.pl/77731,demony-wokol-sumlinskiego
http://www.rp.pl/artykul/2,174216_Czlowiek__ktory_chadzal_na_skroty.html
http://www.facebook.com/pages/ODSTRZELIC-DZIENNIKARZA/178745869754?v=wall
niedziela, 6 grudnia 2009
HISTORIA – ŚWIADEK OSKARŻENIA
Stara zasada rzymskiego prawa mówi, że „czego nie ma w aktach, nie istnieje na świecie” (quod non est in actis, non est in mundo). Ta zasada – obowiązująca również w polskim prawie - nie zwalnia jakoby sądu z obowiązku wyjaśnienia sprawy, czyli dotarcia do prawdy. Lecz ponieważ sąd to prawo – nie sprawiedliwość, zatem sąd III RP potrafi rozstrzygnąć sprawę, bez konieczności ustalenia prawdy materialnej (obiektywnej).
Orzeczenie Sądu Apelacyjnego w Warszawie, jakie zapadło w sprawie Waldemar Chrostowski versus Wojciech Sumliński i WPROST powinno zwrócić uwagę głównie z tej przyczyny, że w kwestii ustalenia prawdy odsyła nas do niezwykłego świadka. Prowadząca rozprawy sędzia szczerze wyznała, iż „sąd nie ma możliwości przeprowadzenia dowodu: prawda czy fałsz”. A skoro nie ma takich możliwości – sąd odesłał nazbyt ciekawskich obywateli do jedynego arbitra - „historii” i uznał, że tylko ona ma prawo ocenić postępowanie Chrostowskiego. Tylko historia – zdaniem sądu III RP - jest władna rozstrzygnąć, czy Waldemar Chrostowski „był związany z SB”. Bez najmniejszej obawy narażenia się na poważny konflikt logiczny sąd przyznał, że nie wie, jaka jest prawda na temat Chrostowskiego, ale jednocześnie stwierdził, że „za wcześnie na sugerowanie, że miał on związki z SB”.
Kiedy zatem można takiej „sugestii” użyć? Tylko wówczas, gdy wypowie się na ten temat historia. Czemu – chciałoby się dociekać – sąd nie zadał owej „historii” fundamentalnego pytania, czemu nie wezwał jej na świadka, nie powołał jako eksperta? Dlaczego wydał wyrok, choć przyznał, że nie wie jak wygląda prawda?
Znamy odpowiedź na to pytanie.
Sąd III RP orzekł bowiem, że w procesie o ochronę dóbr osobistych należy oddzielić ocenę zdarzeń historycznych od stwierdzeń odnoszących się do postaw i zachowań ich uczestników. Te drugie – zdaniem sądu - muszą być poparte "wskazaniem rzetelnych i wiarygodnych źródeł".
W praktyce oznacza to, że jeśli z oceny zdarzeń historycznych wynika, iż ktoś zachował się jak zdrajca – w żaden sposób nie mogę nazwać go po imieniu, dopóki nie będę dysponował „rzetelnymi i wiarygodnymi źródłami”. Takim źródłem nie będą dokumenty archiwalne, bo zdaniem sądu – „to dokumenty szczątkowe, z których takich sugestii wywieść nie można”. Nie będą nim również zeznania biegłego i świadków – bo ten pierwszy okazał się „stronniczy” zamieszczając w prasie artykuły historyczne, a z listy kilkunastu świadków sąd wybrał jednego – byłego milicjanta, który mógł powiedzieć tylko tyle, że „nie został zwolniony z tajemnicy służbowej”.
Nie warto pytać sądu III RP – jaki werdykt wydała polska historia - bo jego odpowiedzialność za dotarcie do prawdy jest żadna, choć prawa o jej orzekaniu – ogromne. Nie warto również, dlatego, że sądom III RP nader często niezawisłość myli się z nieomylnością, co zamiast boskich przymiotów, przydaje tym ludziom pożałowania godny wymiar.
Dość zauważyć, że stosując zasady sądu III RP nie mógłbym nazwać Stalina mordercą, bo nie dysponuję żadnymi „rzetelnymi i wiarygodnymi źródłami”, by móc to wykazać. Nie mam dokumentu, w którym ów Stalin przyznał się, że jest mordercą, a w myśl logiki tego sądu - wszystkie relacje historyków i zeznania świadków będą „stronnicze”.
W tej jednak, konkretnej sprawie mamy do czynienia z szeregiem działań, których efekty pozwoliły sądowi wydać taki, a nie inny wyrok. Można nawet powiedzieć, że proces Chrostowski kontra Sumliński miał wielu współuczestników, którzy zadbali o końcowy werdykt. Oto fakty:
- 2 lutego 1984 r. Waldemar Chrostowski został zarejestrowany przez sekcję I Wydziału IV SUSW w Warszawie pod numerem 39785 - jako "zabezpieczenie operacyjne do sprawy operacyjnego rozpracowania o kryptonimie "Popiel" (to sprawa dotycząca ks.Jerzego). Na karcie ewidencyjnej dotyczącej Chrostowskiego zachowała się informacja o jego pseudonimie operacyjnym - "Desperat". „Zabezpieczenie operacyjne” - było taką konspiracją w ramach SB. Chodziło o to, by jeden funkcjonariusz nie wchodził w drogę drugiemu przy rozpracowywaniu kogoś” – wyjaśnia politolog i historyk z UJ Antoni Dudek.
-31 sierpnia 1987 r. mecenas Edward Wende w imieniu Waldemara Chrostowskiego, zawarł z MSW ugodę. Opatrzono ją klauzulą tajności. W najważniejszym fragmencie ugody zapisano: "Poszkodowany przyznaje, że wyłączną odpowiedzialność za wyrządzoną mu krzywdę ponoszą osoby skazane wyrokiem sądu Wojewódzkiego w Toruniu w dniu 7 lutego 1985 roku". W ugodzie czytamy ponadto: "Skarb Państwa - Ministerstwo Spraw Wewnętrznych (...) postanawia, kierując się pobudkami humanitarnymi, wynagrodzić powstałą szkodę ze środków budżetowych". Na podstawie tej ugody MSW wypłaciło Chrostowskiemu ogromną jak na ówczesne warunki kwotę 1 mln 800 tys. zł, co stanowiło odpowiednik kilkuletniej pensji. Nigdy wcześniej, ani później peerelowskie MSW nie zawarło podobnej ugody.
- W grudniu 1989 r. teczka z materiałami dotyczącymi Waldemara Chrostowskiego została zniszczona - rzekomo "z powodu braku jakiejkolwiek wartości operacyjnej".
- W 2006 roku prezes IPN Janusz Kurtyka w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim w TVN stwierdził: „W świetle materiałów, jakie znajdują się w IPN można powiedzieć, że Waldemar Chrostowski był TW SB”
- W 2008 r. Wojciech Sumliński został pozwany przez Waldemara Chrostowskiego. Przedmiotem pozwu był artykuł w tygodniku „Wprost”,który zapowiadał książkę Sumlińskiego „Kto naprawdę go zabił?”. „Za samą książkę nigdy nie zostałem przez Chrostowskiego pozwany, chociaż zawierała więcej materiałów, także tych bezpośrednio dotyczących Chrostowskiego” – twierdzi Sumliński.
- W maju 2008 roku Wojciech Sumliński powołał na świadka dr. Leszka Pietrzaka, którego opinię cytował w artykule, będącym przedmiotem rozprawy sądowej. Historyk zeznał, że Chrostowski był tajnym współpracownikiem (TW) SB o ps. „Desperat”. To samo zeznał inny świadek Sumlińskiego, prokurator Andrzej Witkowski, który dwukrotnie prowadził śledztwo w sprawie funkcjonowania związku przestępczego wewnątrz MSW. Wszystko, co dziennikarz napisał o kierowcy ks. Jerzego jest prawdą - stwierdził Witkowski. Zeznał też, że jako prokurator, w sprawie zamachu na ks. Popiełuszkę miał postawić zarzuty Chrostowskiemu oraz gen. Czesławowi Kiszczakowi.
- 13 maja 2008 roku ABW dokonało przeszukania w domu Sumlińskiego. W trakcie rewizji skonfiskowano mu dokumenty z jego dziennikarskiej pracy. Również te ze śledztwa w sprawie zamachu na księdza Jerzego. Przeszukania dokonano również w mieszkaniu dr.Leszka Pietrzaka
- W październiku 2008 roku sąd odrzucił zeznania Leszka Pietrzaka, zarzucając im stronniczość. Jako powód podano fakt publikacji w dzienniku „Polska” trzech artykułów Pietrzaka, w których autor wspomniał m.in.o Chrostowskim.
- 28 października 2008 roku dr. Leszek Pietrzak napisał w komentarzu pod moim tekstem „GRA ZBRODNIĄ - FAŁSZERZE Z WSI”. : W swoim artykule w "Polsce" starałem się zrekonstruować w skondensowanej formie mniej więcej wszystko to, co działo sie w sprawie pomiędzy 19 października 1984r. a marcem 1990r.(do tego momentu formalnie prowadzone były sprawy TERESA, TRAWA i ROBOT). Zabrałem głos jako historyk. Z uwagi na fakt, ze w latach 2003-2004 byłem biegłym w śledztwie nie mogę wskazywać dowodów, jakie przemawiają za tezami zawartymi w artykule. Nie taka jest tez rola historyka. Mój tekst leżał w redakcji wiele miesięcy i to redakcja podjęła decyzję o jego opublikowaniu. Zabrałem głos również dlatego, ze wiele wyników mojej ciężkiej pracy było prezentowanych przez media, niejako poza mną. Zostałem już opluty przez wiele środowisk i redakcji oraz wiele znanych "autorytetów".”
- W październiku 2008 roku sąd zażądał od Wojciecha Sumlińskiego dokumentów, na podstawie których opublikował swój artykuł we WPROST i opisał związki Chrostowskiego z SB. „Ale jak mogłem je pokazać skoro zabrało je w maju ABW. Miałem tylko pokwitowanie z prokuratury z wykazem tego, co mi zabrano. Miałem dowody na istnienie dokumentów potwierdzających te związki. Np. pokwitowanie z wyszczególnionymi dokumentami zabranymi mi przez ABW, czy skany tych dokumentów, które umieściłem w książce „Kto naprawdę go zabił?”. Sąd jednak stwierdził, że rozpatruje artykuł, który zapowiadał książkę, a nie samą książkę” – wyjaśnia Sumliński.
5 listopada 2008 roku, po orzeczeniu sądu I instancji, nakazującym przeproszenie Chrostowskiego, Wojciech Sumliński w komentarzu opublikowanym pod moim tekstem „ZABIĆ RAZ JESZCZE...” napisał m.in. :
„Mimo wzburzenia i niezrozumienia werdyktu sądu pierwszej instancji, który - moim zdaniem - ma niewiele wspólnego z zasadami sprawiedliwości, milczałbym, czekając na werdykt sądu drugiej instancji. Jeżeli zabieram głos już teraz, to dlatego, że zostałem sprowokowany: po pierwsze szokującą informacją "Wprost" i po drugie - dzisiejszą publikacją Gazety Wyborczej atakującą Bogdana Rymanowskiego, który w swoim programie dociekał, kim naprawdę jest Waldemar Chrostowski. Znana dziennikarka Gazety Wyborczej uważa, że zna odpowiedź na to pytanie.
W pierwszym zdaniu dzisiejszego tekstu autorka pisze, że Chrostowski był przyjacielem Księdza Jerzego. I niestety już to pierwsze zdanie tekstu jest kłamstwem. Waldemar Chrostowski nie był przyjacielem księdza Jerzego i wie to każdy, kto rozmawiał z rodziną bądź prawdziwymi przyjaciółmi Kapelana Solidarności. To nie przypadek, że zarówno rodzice jak i bracia księdza Jerzego nie chcą znać Chrostowskiego i nie utrzymywali z nim kontaktu od jesieni 1984 roku. (Chrostowski doskonale wie o stosunku do niego bliskich Księdza Jerzego, co przyznał w procesie, nie wie tylko - jak zeznał - dlaczego bliscy zamordowanego Księdza nie chcą go znać). Wpływ na to miało wiele faktów. Najprzód Chrostowski wielokrotnie nadużył ich zaufania - przywłaszczył sobie samochód Księdza za który nigdy się z bliskimi Księdza Jerzego nie rozliczył (był tak małostkowy, że nawet podczas mojego procesu twierdził, że tak do końca nie wiadomo, czyj to był samochód, a następnie, przygwożdżony pytaniami, twierdził, że rozliczył się z rodziną Kapelana, bo ... przekazał samochód Muzeum Księdza Popiełuszki. A przecież to muzeum powstało trzy lata temu!) Chrostowski nadużył zaufanie krewnych zamordowanego Kapłana sprzedając unikatowe zdjęcia Księdza Jerzego spoczywającego w trumnie francuskiej prasie, popełnił też względem rodziny - do której po śmierci księdza odnosił się z wyższością i pogardą - szereg innych niegodziwości.
To także nie przypadek, że prawie wszyscy - przynajmniej wszyscy do których dotarłem w liczbie killkudziesięciu - przyjaciele księdza Jerzego po jesieni 1984 roku odsunęli się od Chrostowskiego i nie chcą go znać po dziś dzień. Przyjaciele bardzo różni - od Seweryna Jaworskiego, poprzez Romę Szczepkowską, zaprzyjaźnione z księdzem Jerzym siostry Loretanki i hutników z ochrony Księdza, aż po księży Przekazińskiego czy Małkowskiego. Ci ludzie nie zrazili się do Chrostowskiego ot tak sobie, bez przyczyny. Zszokowało ich szereg jego różnych zachowań, już po tragedii. A to, że zamiast w skupieniu odnieść się do tragedii, pił na plebanii, szarogęsił się tam i wszczynał awantury. A to, że wychodził nocami na tajemnicze spotkania. To znów, że dokonywał przeszukań rzeczy księdza Jerzego (właśnie na takim występku złapał go księdz Przekaziński, który od tamtej pory nie chce go znać). Sytuacji dziwnych, czy wręcz szokujących, o których mówili mi bliscy księdza było tak wiele, że pisząc tylko o nich możnaby napisać pokaźną książkę. Drugą kwestią jest "ucieczka" Chrostowskiego z samochodu, na której skupia się dzisiejsza Gazeta Wyborcza. Niemożliwość wykonania skoku, o którym opowiadał Chrostowski, to tylko jedna z kilkudziesięciu przesłanek wskazujących, że nie mówił prawdy o okoliczność "ucieczki". Nadpiłowane ząbki kajdanek, opinia dwóch biegłych, w tym profesora Włochowicza, zawierająca jednoznaczną informację, że NAJPIERW marynarka została przecięta ostrym narzędziem, a dopiero później zetknęła się z podłożem (nawiasem mówiąc sąd w sentencji uznał, że Chrostowski mógł najpierw wyskoczyć a dopiero później uciekając gdzieś marynarkę podrzeć - TYM SAMYM SĄD POLEMIZOWAŁ Z BIEGŁYMI), policyjny pies, który podważył wersję Chrostowskiego i dziesiątki innych tylko pozornie drobnych sprzeczności. Do tego dochodzi ocena zachowanych dokumentów. Biegły Leszek Pietrzak dociskany w sądzie powiedział nawet więcej, niż zawarł to w dokumentach. Powiedział wprost, że CHROSTOWSKI WSPÓŁPRACOWAŁ Z SB (i to znajduje się w dokumentach z procesu, a mimo to sąd orzekł jak orzekł), co wywołało furię strony przeciwnej, ugoda z MSW ( nikt, a rozmawiałem z kilkudziesięcioma osobami na ten temat, nie słyszał, by ktokolwiek inny zawarł ugodę z kiszczakowskim MSW nie wspominając już o horrendalnej kwocie - 1650000 zł - kilkuletnia ówczesna pensja) której istnienia nie negował nawet mecenas strony przeciwnej. Sugerował jedynie, że Chrostowski mógł nic o niej nie wiedzieć, że mogła ona zostać zawarta poza jego plecami (Innymi słowy, z tego toku rozumowania wynikałoby, że ... mecenas Wende zawarł tę ugodę sam i przywłaszczył sobie pieniądze bez wiedzy Chrostowskiego). Ugoda ta raz na zawsze miała "przyklepać" ustalenia Procesu Toruńskiego, ponieważ wynikało z niej, że wszyscy odpowiedzialni za tę zbrodnię zostali skazani. Wątpliwości - a nawet dużo więcej, niż wątpliwości - odnośnie postawy Waldemara Chrostowskiego jest multum. Mimo to w swoich tekstach posługiwałem się więcej, niż wyważonym językiem, mając świadomość, że w takiej sprawie niechybnie będzie proces. Dlatego prace nad tekstami trwały ponad rok, dlatego też "język tekstu" analizowało trzech prawników - "Wprost", Wydawnictwa Rosner i Wspólnicy oraz jeszcze jeden, zaprzyjaźniony -i wszyscy orzekli, że w odniesieniu do posiadanych dokumentów jest on bardzo wstrzemięźliwy, bo "mając to co mamy" - jak mówili- można było ująć rzecz całą dużo ostrzej. A jednak mimo tej ostrożnośći, mimo wydawałoby się posiadania wszystkich kart w ręku - w pierwszej instancji proces przegrałem. Sąd uznał, że nie wiadomo, czy ja rzeczywiście miałem dokumenty ze śledztwa, bo IPN nie zgłaszał ich zaginięcia (A PRZECIEŻ PROKURATURA PRAGA PÓŁNOC PROWADZIŁa ROCZNE ŚLEDZTWO W SPRAWIE WYCIEKU I ZAMIESZCZENIA W MOJEJ KSIĄŻCE DOKUMENTÓW ZE ŚLEDZTWA, CZYLI PROWADZIŁA POSTĘPOWANIE W SPRAWIE WYCIEKU, KTÓREGO - ZDANIEM SĄDU - NIE BYŁO), a ponadto zeznania jednego z moich dwóch głównych świadków, dr Leszka Pietrzaka, uznał za stosunkowo mało istotne, ponieważ publikował w tej sprawie teksty, a więc jest "publicystą" - nie biegłym. Żeby to dobrze wytłumaczyć: sąd oceniał rzetelność zbierania materiałów do tekstów i zawartych w tekstach informacji. Teksty - dla Wprost i do książki pt. "Kto naprawdę Go zabił?" powstały jesienią roku 2005 i wtedy też korzystałem z opinii i wiedzy biegłego. "Publicystą" według sądu biegły stał się w roku 2008, ponieważ wtedy zawarł swoje publikacje w dzienniku "Polska". A zatem ja byłem nierzetelny w zbieraniu informacji, bo w roku 2005 nie zauważyłem, że w roku 2008 biegły Leszek Pietrzak stanie się - jak to ocenił sąd - publicystą. Jeżeli ktoś jest w stanie mi to wytłumaczyć, to bardzo proszę, bo ja tego pojąć nie umiem. Po prostu nie umiem. W tekście Gazety Wyborczej autorka skupia się na "skoku" Chrostowskiego z samochodu, jakby chciała pokazać, że to jedyny powód wątpliwości. Nic bardziej mylnego. To tylko jeden z bardzo licznych powodów wątpliwości - i wcale nie najważniejszy. Można by na ten temat - tylko tych wątpliwości - napisać tomy, ale to być może temat na inny czas. Po poniedziałkowym wyroku sądu w "sprawie Chrostowski - Sumliński", w sprawie dotyczącej Księdza Jerzego nie zdziwi mnie już nic.[...]
Ja już zrozumiałem- wyjęcie z tego muru fałszu tak dużej "cegły", jaką stanowi Waldemar Chrostowski, to wyłom na tyle duży, że mógłby stanowić początek końca i "ustaleń" Procesu Toruńskiego i wielu innych kłamstw, które w sposób bezpośredni bądź pośredni wiążą się z zamordowaniem Kapelana Solidarności. Jak pokazał poniedziałkowy werdykt sądu, bardzo trudno będzie ten mur zburzyć. Okazuje się, że nie wystarczy dotrzeć do ponad stu świadków - prokuratorów, policjantów, biegłych, życzliwych i nieżyczliwych - nie wystarczy dotrzeć do akt śledztwa, nie wystarczy złapać Chrostowskiego na licznych kłamstwach i niejasnościach. Otwarte pozostaje pytanie, co jeszcze trzeba zrobić, by obronić prawdę? Mimo wszystko - nie tracę nadziei.”
Ja także nie tracę nadziei, że przyjdzie czas, gdy ten najważniejszy – przywoływany przez sąd III RP świadek – jakim jest polska historia, okaże się bezlitosnym sędzią dla wszystkich, którzy chcą z niej uczynić narzędzie skrywające prawdę.
Na tyle bezlitosnym, że skaże ich na zapomnienie.
Źródła:
http://www.wprost.pl/ar/?O=82059&pg=2
http://www.fronda.pl/news/czytaj/kim_byl_kierowca_ks_popieluszki
http://cogito.salon24.pl/77747,gra-zbrodnia-falszerze-z-wsi#comment_1144058