Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

wtorek, 18 kwietnia 2017

ESBECKI GAMBIT CZY MAT MACIEREWICZA ?

Od początku lat 90. konstrukcja ataków na Antoniego Macierewicza opierała się na tym samym modelu: epatowaniu prymitywnym kłamstwem i dezinformacją oraz odwoływaniu do negatywnych skojarzeń i odczuć, wśród których strach, zawiść i irracjonalna niechęć odgrywają rolę wiodących ekscytacji. Wielu naszym rodakom - ludziom słabym i zależnym od projekcji ośrodków propagandy z łatwością wmówiono, że polityk skuteczny, mający trwałe zasady moralne i solidny fundament ocen rzeczywistości, musi należeć do osób „kontrowersyjnych i ekstrawaganckich”.
Operacja „esbeckiego gambitu”, której celem jest pozbawienie stanowiska ministra obrony narodowej, nie odróżnia się od poprzednich kombinacji, w których sięgano po dowolne łgarstwa, manipulacje i intrygi. Jeśli nawet nie miały one żadnego związku z faktami i prowadziły na bezdroża rozumu – tym gorzej dla faktów i logiki. Efekt nie jest bowiem zależny od miary intelektu lub normy sumienia, ale od możliwości dotarcia do odbiorcy i zmuszenia go do obcowania z zatrutym źródłem. Odbiorca jest tym bardziej podatny na dezinformację, im dłużej trwa atak  i częściej utrwalają się negatywne skojarzenia. Dla osiągnięcia celu nie trzeba nic więcej.
Jedna okoliczność tworzy „nową jakość” w obecnej kombinacji – aktywny udział polityków Prawa i Sprawiedliwości oraz włączenie w nią partyjnych przekaźników, zwanych „wolnymi mediami”. W tekstach z poprzednich miesięcy wskazywałem na szereg wypowiedzi i decyzji, które jednoznacznie podkreślały to uczestnictwo i przyczyniały się do wytworzenia atmosfery korzystnej dla celów „esbeckiego gambitu”. Jeśli dziś niektórzy mędrcy odkrywają, że „odejście Antoniego Macierewicza jest możliwe”, to konkluzja spóźniona o co najmniej pół roku.  
Przedświąteczna inscenizacja z „dyscyplinowaniem” B. Misiewicza, rozegrana przez J. Kaczyńskiego i jego media, przecina wątpliwości co do intencji prezesa PiS. Na oczach milionów Polaków urządzono ponure widowisko, angażując w nie najważniejszych polityków, ośrodek prezydencki i rządowe media. Tylko niewiele osób potrafiło dostrzec, że wokół „casusu Misiewicza” – rozegranego wyłącznie w celu dyskredytacji Antoniego Macierewicza, powstała realna „wspólnota brudu” – sojusz partii rządzącej i antypolskich ośrodków propagandy. To ważny dowód na prawdziwość tezy, że większość rzekomych sporów na linii rząd -„opozycja”, gros medialnych potyczek i  spektakularnych walk, należy traktować jako mistyfikację mającą uwiarygodnić mitologię demokracji i istnienie w III RP „mechanizmów politycznych”. W rzeczywistości – mamy do czynienia z rodzajem gry, w której Polacy występują w roli widzów teatru cieni. Gry korzystnej dla obu stron, ponieważ jedną uwiarygadnia jako „opozycję”, drugą zaś stawia w roli „ofiary” i rozgrzesza jej zaniechania. Warto zwrócić uwagę, że z „pola rażenia” tej gry wyłączony jest prezydent Andrzej Duda – co też znakomicie podkreśla jego rolę „stabilizatora układu”.
Powstały w ten sposób „system naczyń połączonych”, pozwala manipulować nastrojami społecznymi i unikać prawdziwych zmian. Dopiero temat, w którym pojawia się interes nadrzędny środowiska decydenckiego III RP, ujawnia faktyczną symbiozę i korelacje działań PiS-u i tzw. ”opozycji”.
Po przeprowadzeniu przedświątecznej inscenizacji, wpojeniu wyborcom kilku „sondaży” poparcia oraz wytężonej pracy partyjnych wyrobników – owa „wspólnota brudu” przejdzie wkrótce do etapu końcowego.  Trzeba będzie przekonać elektorat, że obecność Antoniego Macierewicza na tyle szkodzi świetlanemu wizerunkowi partii, iż została ona zmuszona podjąć niezbędne kroki w celu "obrony nadrzędnych wartości".
Intensyfikacja działań pozwala przypuszczać, że ten etap potrwa ok.2-3 tygodni i zakończy się odejściem szefa MON.
Skłaniam się ku opinii, że, tzw. „względy wizerunkowe” odgrywają tu jedynie rolę pretekstu, tym mocniej nagłaśnianego, że elektorat PiS od lat utrzymywany jest w przeświadczeniu, iż należy unikać wszelkich „prowokacji”, dbać o dobre relacje z ośrodkami propagandy oraz zabiegać o poparcie mitycznego „wyborcy centrowego”.
Decyzja J. Kaczyńskiego, by ze „sprawy Misiewicza” uczynić kilkudniowy spektakl medialny i  rozegrać go w świetle kamer telewizyjnych pokazuje, że szef partii niespecjalnie zabiega o  jej wizerunek, a teza o „obronie wizerunku” jest niewiele warta. Gdyby było inaczej, nie dopuszczono by do takiej ekspozycji tematu i publicznego „kajania” partyjnych aparatczyków.
Ponieważ PiS musi osłonić swój udział w „esbeckim gambicie”, tematem przewodnim operacji wymierzonej w Macierewicza będą działaniach służące poprawie wizerunku partii oraz trosce  o najwyższe standardy sprawowania władzy. To bardzo „chwytliwy” temat, bo dla większości wyborców PiS zarzut „szkodnictwa wizerunkowego” jest rodzajem najciężej zbrodni, zaś postawienie tego zarzutu skutecznie paraliżuje krytykę i samodzielne myślenie.
Stopień zaawansowania  kombinacji sprawia, że istota problemu nie dotyczy już kwestii – jak i kiedy, lecz pytania, którego nikt nie ma ochoty zadać: dlaczego?
Jeśli odrzucimy „względy wizerunkowe”, których logika prowadziłaby do intencji przypodobania się idiotom i kanaliom, pozostanie motyw, który zawsze był faktycznym powodem ataków na Antoniego Macierewicza – ochrona interesów agentury i „długiego ramienia Moskwy”.
Na przestrzeni ostatnich trzech dekad, trudno byłoby wskazać polityka, który mocniej naruszył interesy tego środowiska. Zawsze więc, gdy pojawiają się żądania odejścia Macierewicza, inspiratorów i decydentów kombinacji trzeba szukać w środowisku służb wojskowych PRL i ich agentury. To sprawia, że, (co najmniej od roku 1992) rzetelna odpowiedź na pytanie: komu i dlaczego przeszkadza Antonii Macierewicz, musi uwzględniać diagnozę wpływów Kremla na procesy zachodzące w III RP.
Jeśli również dziś rządzą nami ludzie, którym obawa przed zarzutem rusofobii (i każdej innej załganej normy) nie pozwala  wyjść z kręgu jałtańskiego „georealizmu” i skłania ich do ustępstw przed antypolską  zgrają, jest to oznaką tej najgorszej patologii.
Podobnie, jak ucieczka PiS-u od wszystkich tematów związanych z aktywnością środowiska b. WSI, jak ukrywanie Aneksu, nierozliczenie okresu prezydentury B.Komorowskiego czy wstrzymanie przez J.Kaczyńskiego MON-owskich projektów ustawy dezubekizacyjnej i degradacyjnej. Ostatnim przejawem tej tendencji jest pominięcie najważniejszej z afer poprzedniego reżimu - afery marszałkowej, w zbiorze opublikowanej przez PiS tzw. ”listy afer koalicji PO-PSL”. Nie sposób uznać to za przypadek.
Niełatwo też wytłumaczyć, że właśnie w takich sprawach i wszędzie tam, gdzie pojawia się cień „długiego ramienia Moskwy”, można dostrzec złowrogą ciszę i niechęć do podjęcia trudnych tematów.
Dawno temu napisałem, że jeśli partia rządząca nie wykazuje woli oczyszczenia Polski z wpływów środowiska WSW/WSI, jeśli ucieka od oceny byłego lokatora Belwederu i nie zamierza podjąć audytu tej prezydentury, można to wytłumaczyć tylko jedną okolicznością – istnienia układu gwarantującego bezkarność ludzi z tego środowiska.
Współuczestnictwo prezydenta Dudy i polityków partii Kaczyńskiego w działaniach wymierzonych w szefa MON, wyglądają zatem niczym efekt jakichś tajnych paktów lub ograniczeń, które legły u podstaw „nowego rozdania” z 2015 roku. To, że nikt nie ma odwagi ich dostrzec, a tym bardziej – nazwać po imieniu, jest kolejnym dowodem pozostawania III RP pod kuratelą obcych sił i interesów. Dopatrywanie się w tych działaniach wyłącznie aktywności „totalnej opozycji”, nie tylko kompromituje wyznawców takiej tezy, ale znakomicie osłania rzeczywistych inspiratorów.
Drugie pytanie, które warto sobie zadać, jest zdecydowanie trudniejsze i sprowadza się do wątpliwości – co dalej?
Dziś tylko sygnalizuję temat, bo wydarzenia z najbliższych tygodni pozwolą wypracować bardziej wiarygodne wnioski.
Ewentualna dymisja Antoniego Macierewicza musi wywołać negatywne reakcje elektoratu PiS, a przynajmniej tych wyborców, których stać na rozstanie z partyjną demagogią. Sądzę jednak, że te nastroje zostaną sprawnie okiełznane i skanalizowane przez partyjnych wyrobników z „wolnych mediów". Kilka występów polityków PiS oraz wytężona praca tzw. „sondażowni”, szybko przekonają wyborców o nieomylności „strategii” J.Kaczyńskiego.
Już dziś jednak ujawnia się lęk, który będzie towarzyszył uczestnikom „esbeckiego gambitu”. Straszenie „rozłamem w PiS”, złowieszcze opowieści o „radykalizacji” i „strategii ślepego marszu”, należą do tego samego arsenału środków dezynfekcyjnych, jakimi posługują się przedstawiciele ”opozycji” i są obliczone na wprowadzenie odbiory w błąd.  Gdy R. Sikorski  próbuje „mobilizować” prezesa PiS alarmującą teoryjką – „jeżeli Macierewicz nie wyleci, to znaczy, że ma na Kaczyńskiego haki", jest w tym ten sam ładunek fałszu, jak w prognozach małych demiurgów z „wolnych mediów”.
Jedna brednia ma uśmierzyć nastroje społeczne, druga zaś, przekierować je w stronę konfabulacji i niedorzecznych podejrzeń o „nieczystą grę” Macierewicza. Obie służą propagandowej osłonie „esbeckiego gambitu”.
Lęk przed niekontrolowaną reakcją elektoratu i utratą rządu dusz „na prawicy”, może mieć jednak racjonalne podstawy. Odejście z rządu szefa MON i chwilowa (lecz silna) fala krytyki PiS-u, to właściwy czas dla stworzenia nowej siły politycznej – autentycznej opozycji antysystemowej. Tego boją się wszyscy uczestnicy kombinacji wymierzonej w Antoniego Macierewicza, a szczególnie ci, którzy pod osłoną patriotycznej retoryki i pozorowanych zmian, chcieliby kontynuacji komunistycznej hybrydy.
Po to, by nie była to kolejna „trzecia siła”, inspirowana przez środowiska esbeckie, trzeba jednego warunku – wiarygodnego i silnego przywódcy, który z klęski zawiedzionych nadziei i traumy utraconych szans, potrafiłby zbudować potencjał ruchu politycznego. Można przypuszczać, że taki ruch zdobyłby poparcie ogromnej większości „twardego” elektoratu PiS, ale też przyciągnął wyborców z innych środowisk, wykluczonych dziś na mocy systemowych inscenizacji.
Lęk przed podobnym scenariuszem jest tym większy, że ze strony Antoniego Macierewicza nigdy nie groziły i nie grożą działania wymierzone w partię J. Kaczyńskiego, a tym bardziej, sprzeczne z interesem  Polski. Żadna „partia ludu pisowskiego” nie musi być wrogiem pana Kaczyńskiego ani dążyć do marginalizacji PiS-u. To sprawia, że próba przymusowej „radykalizacji” takiej inicjatywy lub szermowanie zarzutem „ataku na PiS”, byłoby absurdalne i skazane na porażkę.
Teoria szachowa mówi, że poprawne przeprowadzenie gambitu, powinno gwarantować graczowi uzyskanie lepszej pozycji. Ponieważ „esbecki gambit” nie jest potyczką dwóch szachistów, lecz niespotykaną w teorii gier kombinacją „organizatora turnieju”, to zakończenie ma wzmocnić wyłącznie jego pozycję. Gdyby odpowiedź na pytanie – co dalej, uwzględniała zamysł powstania autentycznej opozycji, efekt fałszywego gambitu okazałby się zabójczy dla kreatorów tej gry.


Teksty związane z tematem:








sobota, 15 kwietnia 2017

WIELKANOC 2017




Budowniczowie śmierci Syna Człowieczego zabezpieczają grób strażą i pieczętują kamień. Często budowniczowie świata, za który Chrystus chce umrzeć, usiłowali położyć kamień ostateczny na Jego grobie. Ale kamień pozostaje zawsze odwalony z Jego grobu.
Kamień: świadek śmierci - stał się świadkiem zmartwychwstania:
"Prawica Pańska moc okazała"
Święty Jan Paweł II

Wszystkim Państwu, którzy odwiedzacie mój blog, życzę prawdziwej radości, siły i hartu ducha oraz wszelkich łask płynących z przeżywania Świąt Zmartwychwstania Pańskiego.
Życzę, by ten błogosławiony czas był pełen nadziei i wiary, dawał siłę do pokonywania codziennych trudności i pozwolił z ufnością patrzeć w przyszłość. Jeśli nawet kamień nagrobny musiał stać się świadkiem zmartwychwstania – nikt ani nic nie powstrzyma Prawicy Pańskiej.
Wesołego Alleluja !


Aleksander Ścios

niedziela, 9 kwietnia 2017

NIE BĘDZIEMY RAZEM

Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu, po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę, idź wyprostowany wśród tych co na kolanach, wśród odwróconych plecami i obalonych w proch ocalałeś nie po to aby żyć...
Trzeba było, by mój Prezydent zginął w Katyniu, w ziemi ciemnego kresu, gdzie giną najlepsi z najlepszych, odbierając ostatnią nagrodę.  Trzeba było, by mój Prezydent wrócił w prostej trumnie, by tym, co na kolanach, i tym, odwróconym od prawdy przypomnieć czym jest ofiara życia.
bądź odważny gdy rozum zawodzi, bądź odważny, w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy...
Odwaga jest w nienawiści u tchórzy. Dlatego szydzili z niej, pytając o „ślepego snajpera”, gdy mój Prezydent został bohaterem Gruzji. Dlatego zagłuszano jego głos, gdy przypominał o mordercach z Katynia i drwiono z niego, gdy bronił naszej pamięci.
oni wygrają pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę, a kornik napisze twój uładzony życiorys...
Oni wiedzą, że dziś można. Pokazywać zdjęcia nigdy nie widziane, nazywać mężem stanu i ciepłym człowiekiem. Dziś, gdy mój Prezydent nie żyje, zgraja hipokrytów prześciga się w pochwałach, z nikczemnym przekonaniem, że martwy już im nie przeszkodzi. Po latach szyderstw, tanim bełkotem próbują zmyć hańbę, wierząc, że oszukać Polaków jest rzeczą łatwą. 
i nie przebaczaj, zaiste nie w twojej mocy przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie...
Nie będzie przebaczenia. Dopóki trwa kolejna odsłona kłamstwa katyńskiego, załgany spektakl pod dyktando Moskwy, odgrywany przez media i rządzących. Rozpoczęty przed wieloma miesiącami, gdy ten rząd, z tym pułkownikiem KGB postanowili z mojego Prezydenta uczynić przedmiot rozgrywek. Nie będzie przebaczenia, bo nim zebrano ciała ze smoleńskiego lotniska, już zabrzmiał haniebny dwugłos  - o „winie polskich pilotów” i „roli jaką mógł odegrać upór prezydenta” – zwiastujący to, co będzie się działo za kilka tygodni.
Nie będzie przebaczenia, bo chcą nam zabrać nawet naszą dumę.
 strzeż się jednak dumy niepotrzebnej, oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz...
Chcą, żebyśmy ślepą nienawiścią wystawili się na ciosy. Łatwe do zadania, bo ten kto nienawidzi, już przegrał. Przed swoją maską „żalu”, chcą postawić naszą „wrogość” i pokazać światu, jako „dumę niepotrzebną”. 
niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda, dla szpiclów katów tchórzy...
I dla namiestnika, który w nienawiści do mojego  Prezydenta, przez lata topił lęk. Dziś – wyniesiony na jego śmierci chce „łączyć w żałobie” i załganym frazesem - „bądźmy wszyscy razem” próbuje zatrzeć nieprzekraczalne granice.
Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę.
Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych.
Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy -  kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.  

Tekst z 11 kwietnia 2010 r.

wtorek, 21 marca 2017

GRA NA „WYBUDZONEGO” PREZYDENTA

List Andrzeja Dudy do szefa MON wpisuje się w cele kombinacji operacyjnej wymierzonej w Antoniego Macierewicza i może zapowiadać eskalację konfliktu na linii Belweder-MON. Nie wykluczam, że świadome uczestnictwo ośrodka prezydenckiego w „esbeckim gambicie” stanowi preludium przed próbą odwołania ministra obrony narodowej. Za taką interpretacją intencji prezydenta przemawia forma i treść listu oraz sposób i miejsce upublicznienia tej informacji.
Jako zwierzchnik Sił Zbrojnych Andrzej Duda ma oczywiste prawo wyrażania opinii na temat funkcjonowania resortu obrony, a tym bardziej, do troski o stan armii i sprawy dotyczące bezpieczeństwa. Nie dziwi zatem sam list, lecz to, w jakich okolicznościach powstał, jakich spraw dotyczy oraz kiedy i jak został upubliczniony.
Wskaże tylko najważniejsze okoliczności związane z tym wydarzeniem.
Jeśli list pana prezydenta został wysłany w ubiegły czwartek, tj. 16 marca br., należałoby wyjaśnić zachowanie prezydenckiego rzecznika  M. Magierowskiego, który dwa dni po wystosowaniu listy, 18 marca, podczas audycji w radiowej Trójce zapewniał, że „wszystkie nominacje w armii są w pełni uzgodnione z panem prezydentem”, a zdaniem Andrzeja Dudy – „wymiana kadr w armii postępuje w sposób spokojny, nie ma zagrożenia destabilizacją na szczytach hierarchii wojskowej”. Magierowski podkreślał również, że „pan prezydent spotyka się bardzo regularnie z szefem MON”. Z wypowiedzi prezydenckiego ministra w żaden sposób nie wynikało, by Andrzej Duda miał być zaniepokojony sprawami obsady stanowisk lub chciał wyrażać jakieś „oczekiwania” wobec szefa MON – co dobitnie sformułował w liście. Zasadnym jest pytanie – jeśli dochodziło do „bardzo regularnych” spotkań obu polityków, po co potrzebna była nadzwyczajna i spektakularna forma listowego wystąpienia? Czy tego rodzaju spraw nie można było uzgodnić podczas osobistego spotkania?
Poważne podejrzenia powinien budzić sposób ujawnienia informacji. Choć list prezydenta nie był dokumentem tajnym, to należałoby wyjaśnić – w jakich okolicznościach doszło do przecieku i kto tego dokonał? Byłoby to tym łatwiejsze, że taka korespondencja nie trafia do rąk podrzędnych urzędników, a zatem krąg potencjalnych donosicieli jest stosunkowo niewielki.
Do listu miał rzekomo dotrzeć reporter "Faktów" TVN Krzysztof Skórzyński i właśnie w tym medium ujawniono treść korespondencji. To zaskakujące, że przeciek pojawił się w stacji, która od wielu miesięcy nagłaśniała dokładnie te same sprawy i tematy, jakie zawarto w prezydenckim wystąpieniu. Ów „reporter śledczy” TVN był autorem programów, w których atakowano Antoniego Macierewicza za zwolnienia dotychczasowych attaché wojskowych i stawiano mu zarzuty opieszałości  w obsadzie tych stanowisk.
Czytając teksty publikowane na TVN24 i prezentowane tam głosy żarliwych obrońców oficerów zwolnionych z ataszatów, można dojść do wniosku, że autor prezydenckiego listu został wręcz zainspirowany tematyką rozgrywaną przez tą stację. Jeśli w liście Andrzeja Dudy wyrażano „zaniepokojenie” brakiem obsady ataszatów w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Szwecji, Bułgarii czy na Ukrainie – dokładnie tych samych kwestii dotyczyła troska organu TVN.
Nie jest to  przypadkowa tematyka.

sobota, 18 marca 2017

CZY ZASŁUŻYMY NA NIENAWIŚĆ MOSKWY ?

Zakres polityki zagranicznej rządu Prawa i Sprawiedliwości, wytyczają słowa Andrzeja Dudy z orędzia prezydenckiego –  „Polityka zagraniczna, która nie lubi rewolucji, potrzebuje dzisiaj korekty. Ta korekta to zwiększenie aktywności”. Kilka dni później, prezydent powtórzył: „Absolutnie nie będzie żadnej rewolucji. Potrzebna jest nam korekta. Chodzi mi o zwiększenie aktywności. Akcentowałem konieczność poprawy relacji z sąsiadami.
Zapowiedź „korekty” zasadniczo przeczyła wcześniejszym ocenom polityki zagranicznej rządów PO-PSL. Szereg wypowiedzi polityków PiS oraz sztandarowy dokument tej partii, tzw. „Program PiS 2014” zawierał wyłącznie negatywne opinie na temat  dokonań poprzedników i w okresie przedwyborczym zapowiadał wręcz rewolucyjne zmiany.
Zasada „konieczności poprawy relacji z sąsiadami”, sformułowana dobitnie przez Andrzeja Dudę, już wówczas dowodziła podległości dogmatyce „georealizmu” i sytuowała partię pana Kaczyńskiego w grupie utopistów i mistyfikatorów, którzy od dziesiątków lat niweczą nasze marzenia o silnej i niepodległej Polsce. Ta grupa nie tylko odrzuca doświadczenia historyczne, ale nie chce dostrzec, że niezależnie od ilości podpisanych umów i werbalnych deklaracji, Moskwa i Berlin zawsze  będą wrogami polskości.
Historycznym dążeniem tych państw jest ustanowienie na Wiśle granicy rosyjsko-niemieckiej i wymazanie Polski z mapy świata.  To, czego nie sformułuje dziś żaden polityk niemiecki, jest od lat realizowane na mocy sojuszu Merkel-Putin i dokonywane przy współudziale „elit” III RP. Różnica między obecną sytuacją, a rokiem 1939 polega jedynie na odwróceniu zadań i modyfikacji akcentów: konflikt zbrojny ma wywołać Rosja, Niemcom zaś przewidziano rolę politycznego i ekonomicznego wspornika.
Jeśli nie ma dziś polityków zdolnych do rewizji naszej strategii wobec najbliższych sąsiadów, zaś rządząca III RP klasa polityczna nawet nie próbuje zdefiniować polskiej racji stanu, jest w tym dowód uległości wobec dyktatu porządku jałtańskiego i akceptacji ambicji rosyjskich i niemieckich.
Obowiązek zachowania „przyjacielskich” relacji z Rosją i Niemcami, to podstawowy mit paraliżujący polską myśl polityczną. Po roku 1989 został on „wzbogacony” retoryką unijną i narzucony III RP, jako trwała zasada polityki zagranicznej.
Przedstawiciele partii pana Kaczyńskiego celebrują go tym chętniej, że gorliwe zapewnienia o „przyjaźni” i „normalizacji stosunków” zdejmuje z nich odium najgorszego przekleństwa politpoprawności – posądzenia o „rusofobię” lub antyniemieckość.
Chwilowe pogorszenie relacji z Niemcami, wywołane dziś ambicjonalną hucpą prezesa Kaczyńskiego w związku z tzw. wyborami przewodniczącego RE oraz buńczuczne wypowiedzi polityków PiS, nie powinny zatrzeć prawdy, że przez ostatnie półtora roku ten rząd bezmyślnie zabiegał o „przyjazne relacje” z zachodnim sąsiadem i w żadnym zakresie nie potrafił podważyć niemieckiej dominacji nad Europą. Idę o zakład, że wkrótce będziemy świadkami kolejnej „normalizacji” tych stosunków i żadne incydenty (w tym nagłaśniana ostatnio sprawa instrukcji szefa RASP) nie wpłyną na kontynuację mitologii „georealistów”.

poniedziałek, 27 lutego 2017

DO RUSOFOBÓW I ANTYDEMOKRATÓW

Próba antyrządowego puczu, awaria systemów informatycznych PAP, zakłócenia w odbiorze TVP, włamanie do mieszkania wiceministra spraw wewnętrznych i administracji, zagadkowe awarie sieci komórkowych, kombinacja operacyjna „sprawa Misiewicza”, atak na domenę internetową Centralnej Ewidencji Działalności Gospodarczej, próba włamania hackerskiego do MSZ, wypadek samochodowy z udziałem ministra Antoniego Macierewicza, ataki internetowe na polski sektor bankowy, włamanie do systemu informatycznego Komisji Nadzoru Finansowego, wypadek samochodowy z udziałem premier Beaty Szydło – to tylko niektóre z wydarzeń, jakie miały miejsce w Polsce w okresie ostatnich trzech miesięcy.
Wprawdzie są to epizody różnej wagi, związane z różnymi aspektami polskiej rzeczywistości, to łączy je wspólny mianownik – wszystkie dotyczą szeroko rozumianego obszaru bezpieczeństwa  państwa.  
Takiej kumulacji zagrożeń, nie sposób uznać za przypadek. Część z nich jest zapewne efektem operacji dokonywanych w ramach wojny hybrydowej (testowanie systemów informatycznych III RP oraz podatności na dezinformację), inne zaś dowodzą porażającej słabości i nieudolności służb ochrony państwa. Analizowanie przyczyn, byłoby jednak stratą czasu i objawem skrajnego infantylizmu. Jeśli poświęcam uwagę tym wydarzeniom, to dlatego, by pokazać mechanizm fałszywej gry prowadzonej przez ekipę rządzącą oraz ostrzec przed jej konsekwencjami.
To konieczna uwaga, bo politycy PiS, jak i apologeci tej partii, nie są i nigdy nie byli zainteresowani tematem bezpieczeństwa. Nie jest to odkrywcza konkluzja, bo od czasu, gdy partyjny „mędrzec” A. Lipiński, dał się sromotnie ograć pewnej posłance „Samoobrony”, PiS pozostaje bezbronny wobec realnych zagrożeń, gier operacyjnych i prowokacji, a swoje przetrwanie na arenie politycznej zawdzięcza uczestnictwu w systemie fałszerstw III RP i uprawnianiu mitologii demokracji. W kwestiach bezpieczeństwa, politycy PiS i większość wyborców tej partii, zadowalają się zatem prostacką propagandą i demagogią.
Zjawisko to przybiera postać niepokojącej patologii, o czym świadczą dwa charakterystyczne przykłady.
Niestety nie wszyscy zrozumieli powagę sytuacji i wypadek potraktowali jako okazję do krytyki rządzących” – głosił tytuł publikacji zamieszczonej na łamach wpolityce.pl., tuż po wypadku samochodu z premier Szydło. Takie dictum ucinało dyskusję nad problemami związanymi z ochroną VIP-ów i sprowadzało temat do poziomu partyjnej retoryki oraz wyrażania peanów na cześć pani premier. Najwyraźniej, zdaniem prorządowych żurnalistów, „powaga sytuacji” powinna wymuszać zaniechanie jakiejkolwiek krytyki i refleksji.
Kwintesencją zjawiska był jednak tekst Doroty Kani, zamieszczony na portalu niezalezna.pl. Tytuł – „Seryjny samobójca przeniósł się na ulice?” wprost sugerował, że za wypadkiem B.Szydło mogły stać działania „nieznanych sprawców”. W kilku nieskładnych zdaniach, bez wskazania choćby cienia argumentów, autorka insynuowała, jakoby taką  interpretację można było zastosować do wypadku prezydenta Dudy czy kolizji z udziałem auta szefa MON. Tekst Kani, można uznać za wzorcowy przykład propagandowych emanacji „wolnych mediów”. Głoszenie podobnych bredni ma wszakże określony cel. Prorządowe dziennikarstwo służy „mobilizacji” elektoratu, wywołuje pożądane emocje i skojarzenia, generuje uczucie strachu i zagrożeń (nieodzowne w sprawowaniu „rządu dusz”),  a przede wszystkim, chroni rządzących przed krytyką ze strony wyborców, samych zaś wyborców - przed samodzielnym myśleniem.

wtorek, 7 lutego 2017

ESBECKI GAMBIT

Jedna z metod pracy operacyjnej SB polegała na atakach wymierzonych w rodzinę, bliskich oraz osoby z otoczenia figuranta. Sięgano po nią tym chętniej, jeśli sam figurant – z powodu pozycji społecznej, autorytetu lub środowiskowej reputacji, znajdował się poza zasięgiem bezpośrednich działań esbeków, zaś klasyczne metody operacyjne (podsłuchy, inwigilacja, prowokacje) nie przyniosły spodziewanych rezultatów.
Atak na osoby bliskie czy współpracowników stosowano wtedy, gdy (mimo usilnych starań esbeków) nie potrafiono znaleźć żadnego „haka” ani skutecznego komprmateriału na samego figuranta. Zastraszając i nękając ludzi z jego otoczenia, liczono nie tylko na pozyskanie takich narzędzi, ale też na wzbudzenie w figurancie poczucia „winy” („to przez ciebie muszą cierpieć bliskie ci osoby”) oraz zmuszenie go do określonych zachowań, ustępstw i rezygnacji.
Ponieważ III RP zbudowano na pakcie esbeków z ich agenturą i z tego środowiska wywodzi się większość przedstawicieli obecnych „elit”, również zasady pracy operacyjnej SB zostały zaprzęgnięte w  rozgrywki i schematy działań publicznych. Tam, gdzie ludzie ślepi lub głupi chcą dostrzegać „mechanizmy polityczne” i śledzić „naturalne procesy demokracji”, zwykle mamy do czynienia z klasyczną kombinacją operacyjną i pragmatyką pracy służb specjalnych.
Teza ta doskonale się broni na przykładzie obecnej wojny hybrydowej – rozgrywanej według zasad zaczerpniętych z arsenału SB: poczynając od akcji propagandowych i dezinformacyjnych (z wykorzystaniem funkcjonariuszy z podległych ośrodków medialnych), poprzez gry i kombinacje wymuszające określone zachowanie przeciwnika, po stosowanie prowokacji i dywersji politycznej, jako formy działania partii i grup określanych mianem „opozycji”. Również analiza narzędzi wykorzystywanych przez ową „opozycję” nie pozostawia wątpliwości, że mocodawców i źródeł inspiracji należy szukać w środowisku byłych esbeków.
Sami zaś, tzw. politycy „opozycji” oraz poszczególne indywidua wystawiane na widok publiczny, spełniają w tej grze rolę „słupów ogłoszeniowych” i nie posiadają większych właściwości sprawczych.
W ramach prowadzonej przez to środowisko wojny, można wskazać jeden, za to niezwykle spektakularny przykład, który znakomicie obrazuje charakterystykę pracy operacyjnej bezpieki i obnaża intencje mocodawców „opozycji”.
Od wielu miesięcy, a dokładnie od dnia likwidacji tzw. Centrum Eksperckiego NATO (grudzień 2015) osoba Bartłomieja Misiewicza znajduje się na celowniku środowisk chcących uderzyć w samego szefa MON. Ataki na dyrektora gabinetu politycznego, są efektem stosowania opisanej powyżej metody operacyjnej i częścią kombinacji zmierzającej do pozbawienia stanowiska Antoniego Macierewicza . To jest przyczyna owej „koncentracji wysiłku dezinformacyjnego”, o którą pytał niedawno szef MON.
„Zastępczy cel” nie jest oczywiście przypadkowy.
Likwidacja „Centrum”, w której aktywnie uczestniczył Bartłomiej Misiewicz uniemożliwiła ludziom ze środowiska b.WSI stworzenie „eksterytorialnej” służby specjalnej, wyjętej spod władzy i jurysdykcji ministra obrony narodowej.  Szefami nowej struktury mieli zostać oficerowie SKW, przyjęci do służby przez reżim PO-PSL. Projekt realizowany przez ówczesne kierownictwo SKW, miał stanowić rodzaj „wyborczego spadochronu”, dzięki któremu oficerowie ci staliby się  „nietykalni” i praktycznie nieusuwalni ze struktur Sił Zbrojnych. Jedynie szybka i zdecydowana reakcja ministra Macierewicza, zapobiegła tym planom. Na odpowiedź „skrzywdzonych” nie trzeba było długo czekać. Pułkownik Dusza wysmarował natychmiast sześciostronicowy elaborat, a publikująca go „GW” przypuściła atak na nowe kierownictwo MON, alarmując o „Demolce kontrwywiadu”. Marek Biernacki, były koordynator służb specjalnych, w liście do prezydenta Andrzeja Dudy zadawał zaś dramatyczne pytanie - "Czy przypadkiem celem niespodziewanego najścia nie była  potencjalna a bardziej domniemana zawartość kasy pancernej w CEK NATO? Ciekawe, a na jakie to dokumenty liczyli trafić kontrolerzy ministra?"

niedziela, 22 stycznia 2017

CHIŃSKA MAŁPA I GŁUPI TYGRYS

Prezydentura Donalda Trumpa nie przyniesie przełomu. Nie zmieni globalnych relacji na korzyść Ameryki i nie wpłynie na zmniejszenie światowych zagrożeń. Donald Trump nie tylko nie odbuduje mocarstwowej pozycji USA, lecz swoją krótkowzroczną, dyletancką polityką wzmocni jej największego wroga.
Kardynalnym błędem Donalda Trumpa nie jest koncepcja odbudowy stosunków z Rosją. Nie jest nim również upatrywanie w Putinie sprzymierzeńca w walce z terroryzmem, przyzwolenie na okupację Krymu czy uczynienie z kremlowskiego watażki głównego gracza na Bliskim Wschodzie. Te groźne kryteria, mające ułatwić ludziom Trumpa robienie interesów z Rosją, są zaledwie konsekwencją znacznie poważniejszej herezji.
Błędem, który wyklucza Trumpa z grona wielkich graczy i wizjonerów politycznych, jest przekonanie, że można „rozegrać” Rosję przeciwko Chinom i na odbudowie relacji z Putinem doprowadzić do osłabienia Państwa Środka.
Jakiekolwiek motywy przypisać działaniom nowego przywódcy USA i jakkolwiek oceniać infantylizm jego poglądów na świat, to stanowisko ujawnia zatrważającą ignorancję polityczną i już dziś pozwala przewidzieć fiasko amerykańskiej strategii.
Gdy w jednym z niedawnych wywiadów, Donald Trump przyznał, że „chciałby wykorzystać wszelkie dostępne środki, aby zbalansować stosunki z Moskwą i Pekinem” i zapewnił, że „dopóki nie zauważy zmiany w podejściu Pekinu do szkodzących gospodarce USA praktyk walutowych i handlowych nie będzie się trzymał porozumienia z ChRL z roku 1979”, ujawnił przywiązanie do najgroźniejszego zabobonu politycznego XX wieku. Jego ciepłe deklaracje pod adresem Putina -"Jeśli się porozumiemy i Rosja faktycznie nas wesprze, jeżeli ktoś robi naprawdę wspaniałe rzeczy, dlaczego utrzymywać sankcje?” oraz naiwna wiara, że umizgi do pułkownika KGB stworzą przeciwwagę dla relacji z Chinami, są dla mnie dostatecznym argumentem, by odmówić Trumpowi miana poważnego polityka.   
Genezy fałszywej wizji, w której Rosję można „rozegrać” przeciwko Chinom należy doszukiwać się w koncepcji wyrażonej onegdaj przez Winstona Churchilla - o gotowości „sprzymierzenia się z diabłem, żeby tylko wypędzić szatana”. Zaledwie „diabłem” miał być wówczas Stalin, odpowiedzialny za śmierć blisko 200 milionów istnień. W opinii przywódców „wolnego świata” stanowił on mniejsze zagrożenie od „szatana” – Hitlera, winnego zagładzie prawie 60 milionów ludzi.
Współczesna geopolityka stanowi prostą kontynuację tamtej mitologii i wspiera na szalbierskich dogmatach ustanowionych w czasach Jałty. Nie ma w niej miejsca na racjonalną metodologię, która uwzględniałaby rzeczywiste relacje „diabła i szatana” ani na prawidłową ocenę głównej broni światowego komunizmu - strategii podstępu i dezinformacji.

poniedziałek, 9 stycznia 2017

MY NIE WIEMY – RZECZ O GRANICACH

"Służba Bezpieczeństwa może i powinna kreować rożne stowarzyszenia, kluby czy nawet partie polityczne. Ma za zadanie głęboko infiltrować istniejące gremia kierownicze tych organizacji na szczeblu centralnym i wojewódzkim, a także na szczeblach podstawowych, musza być one przez nas operacyjnie opanowane. Musimy zapewnić operacyjne możliwości oddziaływania na te organizacje, kreowania ich działalności i kierowania ich polityką" – instruował  Czesław Kiszczak, podczas posiedzenia kierownictwa MSW, w lutym 1989 roku.
Dziś wiemy, że cały proces „transformacji ustrojowej” był kierowany i nadzorowany przez bezpiekę. Nim rozpoczęły się rozmowy okrągłego stołu, instrukcje SB wskazywały na potrzebę „wspierania zwolenników konstruktywnego nurtu opozycji w naszym kraju, kosztem wyhamowania najbardziej agresywnych inicjatyw podejmowanych przez ekstremistów".
W ramach dyspozycji wydanych przez szefa bezpieki, inspirowano więc powstawanie nowych partii i środowisk politycznych. Udział w tym procederze brali ludzie powiązani z policją polityczną PRL, którzy po roku 1990 przemienili się w biznesmenów, bankierów i polityków. Jedną z partii, w której znalazły się takie postacie, był Kongres Liberalno Demokratyczny, z którego, w roku 2001 powstała Platforma Obywatelska.
Gdy w świetle kamer telewizyjnych „trzech tenorów” obwieszczało powołanie „nowej siły” zapowiadając przy tym „uwalnianie tkwiących w nas talentów”, Ludwik Dorn w Tygodniku „Nowe Państwo” (z 2.03.2001) pisał: „Niezależnie od tego, że udział w tym przedsięwzięciu bierze szereg osobistości politycznych o życiorysach związanych z opozycją wobec PRL, to zarówno Andrzej Olechowski, główny animator Platformy (zarejestrowany tajny współpracownik kontrwywiadu zagranicznego PRL), jak i jego bezpośrednie zaplecze intelektualno-organizacyjne w postaci funkcjonariuszy komunistycznych służb specjalnych (generałowie Petelicki i Czempiński) oraz grupa finansowego wsparcia (Business Centre Club, gdzie czołową rolę odgrywają byli pracownicy biur radców handlowych PRL-owskich ambasad) kojarzeni są z komunistycznym wywiadem – dawnym I Departamentem MSW. Platforma Obywatelska nie jest wyłącznie ekspozyturą “jedynki”, ale w rękach realnej grupy kierowniczej stanowi użyteczne, w dużym stopniu kontrolowane narzędzie realizacji jej ekonomicznych interesów.

środa, 21 grudnia 2016

TRZECI TEST

Poświęcanie czasu analizie rzeczywistości pod rządami „dobrej zmiany” jest czynnością tyleż jałową, jak bezużyteczną. Apologeci Prawa i Sprawiedliwości nie są zainteresowani podobnymi refleksjami, zaś  stali czytelnicy bezdekretu mogą poczuć znużenie powielaniem krytycznych uwag.  Byłaby to reakcja tym bardziej uzasadniona, że sierpniowym tekstem „NIE BĘDZIEMY RAZEM. KONKLUZJA” zakończyłem publicystyczną przygodę z partią pana Kaczyńskiego i nie mam tym ludziom nic więcej do powiedzenia.
Po tym, co wydarzyło się w ostatnich dniach, muszę jednak powrócić do niewdzięcznej tematyki i zaproponować refleksję bynajmniej nieświąteczną. Nie robię tego, by okazać troskę o dalsze losy „dobrej zmiany” i przyszłość polityków PiS, ale z powodu zagrożeń, jakie w najbliższej perspektywie przyniesie nam bezmierna słabość i indolencja zakładników mitologii demokracji. Trzeba o tym powiedzieć, nim świąteczny nastrój lub zalew partyjnej demagogii „wolnych mediów”, zatrą pamięć o skali zagrożenia.
W styczniowym tekście  „SAMOBÓJSTWO W OBRONIE DEMOKRACJI” sformułowałem opinię, że „jeśli nawet nastąpi dziś wyciszenie kombinacji i chwilowa zmiana retoryki, to doświadczenia płynące z reakcji PiS-u zostaną z pewnością zapamiętane i spożytkowane” oraz prognozę, iż celem ówczesnej kombinacji było „zainicjowanie procedury obalenia tego rządu i w najbliższej przyszłości należy się spodziewać powtórzenia sprawdzonego scenariusza.”
Prognoza była tym łatwiejsza, że rząd PiS cyklicznie popełnia te same błędy i panicznie boi się siłowej rozprawy z Obcymi. Nigdy nie podjęto tematyki zagrożeń dywersją polityczną i atakami ośrodków propagandy, zignorowano kolejne odsłony wojny hybrydowej i pozwolono na eskalację szeregu negatywnych czynników. Ówczesna kombinacja związana z tzw. unijną „debatą nad stanem demokracji” w III RP i kampanią szkalowania państwa na arenie międzynarodowej, była pierwszym, przygotowawczym etapem.
Autorzy kombinacji mogli się dowiedzieć, że rząd „georealistów” z PiS uczyni wszystko, by w drodze „dialogu i porozumienia” zadowolić oczekiwania eurołajdaków i uchronić się od najgorszego przekleństwa poprawności politycznej – posądzeń o niedemokratyczność. Zrozumiano też, że, Jarosław Kaczyński, słynący z poszanowania zasad demokracji i zapewnień o jej prymacie, zawsze podda się dyktatowi tej mitologicznej normy. Cele ówczesnej kombinacji obejmowały testowanie reakcji grupy rządzącej, przećwiczenie procedur służących obaleniu rządu, związanie uwagi ośrodków rządowych sztucznie wywołanymi problemami, destabilizacje organów państwa oraz pacyfikację (uprzedzenie) ewentualnych działań wymierzonych w wewnętrznych wrogów.
Kolejny etap dywersji politycznej przećwiczono w przeddzień lipcowego szczytu NATO. Poprzez fałszywe i całkowicie irracjonalne oskarżenia, zaatakowano wtedy nie tylko osobę szefa MON, ale również jego małżonkę, generując w ten sposób patologiczne zainteresowanie opinii publicznej oraz budując atmosferę podejrzeń i pomówień. Kolejny krok polegał na włączeniu w akcję politycznej agentury wpływu i wykorzystaniu fałszywych zarzutów, jako pretekstu do sformułowania wniosku o odwołanie Antoniego Macierewicza. Korelacja poszczególnych etapów dowodziła, że mieliśmy do czynienia z działaniem zsynchronizowanym i całkowicie zamierzonym, którego kulminacja miała nastąpić w przededniu warszawskiego szczytu. Dzięki ścisłej współpracy prorządowych „wolnych mediów”, rezonujących każdy występ „opozycji” oraz braku reakcji ze strony organów państwa, łatwo osiągnięto cele operacji. Podważono zaufanie do osoby ministra, przekierunkowano uwagę opinii publicznej, wywołano chaos i zamęt informacyjny oraz doprowadzono do osłabienia pozycji negocjacyjnej Polski i wytworzenia negatywnego wizerunku grupy rządzącej w oczach natowskich partnerów.  
Powodzenie tych wstępnych etapów wojny hybrydowej, zawdzięczamy dwóm czynnikom: dominacji dogmatyki politycznej (partyjnej) nad sprawami bezpieczeństwa oraz braku procedur i mechanizmów obronnych służących eliminowaniu zagrożeń wewnętrznych. W obu przypadkach ujawniła się kompletna bezczynność i indolencja służb specjalnych oraz podatność partii rządzącej na retorykę mitologii demokracji.

Obecny, trzeci etap testowania, jest tylko naturalną konsekwencją wcześniejszych błędów i politycznej głupoty PiS, ale świadczy też o postępującej dynamice działań zaczepno-sondażowych. Pretekst, pod jakim podjęto próbę puczu antyrządowego jest całkowicie nieistotny, zaś skupianie „analiz politycznych” na poszczególnych decyzjach PiS (farsa ustawy dezubekizacyjnej, rozporządzenie marszałka Sejmu, itp.) dowodzi niezrozumienia logiki agresora.

czwartek, 1 grudnia 2016

KONSERWATYŚCI WSZYSTKICH KRAJÓW, ŁĄCZCIE SIĘ!

W książce „GRU. Radziecki wywiad wojskowy”, Wiktor Suworow opisywał poszczególne kategorie sowieckich agentów. Wymienił przy tym „kategorię najbardziej ze wszystkich obrzydliwą” i określił ją mianem „gawnojedów” – nadanym owym „członkom wszelkiej maści Towarzystw Przyjaźni ze Związkiem Radzieckim, działaczom organizacji pacyfistycznych (z ruchem na rzecz jednostronnego rozbrojenia na czele), Zielonym i innych postępowym radykałom”, przez ludzi radzieckiego wywiadu.
Przypominam ten (ogólnie znany, jak sądzę) termin, bo trudno dziś znaleźć określenie celniejsze, dla opisania tak powszechnej, odpychającej i niewolniczej postawy wobec Rosji. W ostatnich latach nabrało ono nowego rysu i wolno je zastosować do kilku innych,(poza agenturalnymi) grup prorosyjskiej menażerii.
Rosja posiadła zdolność doskonałego rozgrywania tej anomalii i od wielu dziesięcioleci wykorzystuje ją do budowania swojej pozycji. Tysiące polityków, pisarzy, dziennikarzy oraz zastępy tzw. artystów i aktorów, wzorem amerykańskiego półgłówka Johna Reeda, infekują „wolny świat” bałwochwalczym uniżeniem wobec ludobójczego reżimu i zatruwają umysły fałszywym obrazem Rosji.
Przez szereg lat, ta najniższa kategoria rosyjskich paputczików obejmowała głownie osoby z kręgów lewackich i lewicowych - rozmaitych ekologów, liberałów i „postępowych demokratów”, piewców światowego „odprężenia” i ogłupiałych rzeczników „resetów”, traktujących państwo Putina niczym solidnego partnera w rozwiązywaniu globalnych problemów.
Ta ostatnia patologia – bodaj najpowszechniejsza we współczesnej polityce, jest pochodną sowieckiej idei zbieżności – zwanej teorią konwergencji. Uknuta w podziemiach Łubianki „doktryna” kazała wierzyć, że dwa rywalizujące za sobą i początkowo krańcowo odmienne systemy polityczne, w miarę rozwoju wzajemnych kontaktów, będą stopniowo upodabniały się do siebie i mogły nawiązywać bliższe kontakty. „Konwergencja” usprawiedliwiała więc wszelkie związki ze światowym komunizmem i rozgrzeszała zgraję łajdaków z paktowania z kremlowskimi bandytami. Dzięki uprawianiu tej hiper bredni, zalegalizowaniu partii i środowisk komunistycznych, sowieckie zniewolenie bez przeszkód torowało sobie drogę do zachodnich szkół i uniwersytetów, co wkrótce doprowadziło do sytuacji, w której znaczna część wpływowych środowisk opiniotwórczych znalazła się pod inspiracją „idei marksistowskich”. Tym samym – „konwergencja”, w wydaniu sowieckim, doprowadziła do „oswojenia” Zachodu z komunizmem i zainfekowania całej myśli politycznej błędnymi teoriami i wyobrażeniami. Była pseudonaukowym podłożem, na którym wyrastały nowe zastępy gawnojedów i użytecznych idiotów, sławiących ducha współpracy i przyjaźni z Rosją.
Osadzenie tych dewiacji w środowiskach lewackich i lewicowych, nie wynikało bynajmniej z „pobratymstwa ideowego”, jak tłumaczy się to zauroczenie. Komunizm, który nigdy nie był żadną ideologią, filozofią ani doktryną polityczną, wykorzystał jedynie intelektualne upośledzenie liderów tych środowisk i narzucił im „kilka pojęć jak cepy”. 
A czymże jest nasza teoria – przyznawał Lew Trocki - jeśli nie po prostu narzędziem działania? Tym narzędziem jest dla nas teoria marksistowska, bo aż do dziś nie wymyślono lepszego.”
Pułkownik Putin, który nie musiał już bawić się w „marksistowskie teorie” itp. absurdy, doprowadził komunizm na wyższy stopień pasożytnictwa i posłużył narzędziem dostosowanym do potrzeb współczesnego świata. Należało tylko usprawnić „konwergencję” o motyw pieniądza i żądzę zysku, by uczynić z niej doskonałą przynętę na sytych i głupich gawnojedów.  Ich samych również podniesiono na wyższy poziom i zaczęto traktować jako wspólników, kontrahentów i partnerów politycznych. Zasady nie uległy jednak zmianie.
Kluczem do nowego rozdania starej bredni o „konwergencji”, są opowieści o „potrzebie normalizacji” stosunków Rosji z Zachodem  oraz powszechne przeświadczenie, że bez udziału kremlowskiego satrapy, nie da się rozwiązać światowych problemów.