Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

środa, 13 marca 2019

CZYJ INTERES? KACZYŃSKI PYTA O ANEKS

Kto może być zainteresowany tym, że aneks nie jest publikowany? Ci, którzy mają jakieś powody do obaw. W wyjaśnieniach prawniczych bardzo ważne jest pytanie: czyj interes?
Sądzę, że warto, by tutaj takie pytanie postawić”.
Tą ważną kwestię, dotyczącą przyczyn zablokowania publikacji Aneksu do Raportu z Weryfikacji WSI poruszył przed laty prezes PiS Jarosław Kaczyński, gdy 28 czerwca 2008 roku zorganizował konferencję prasową w Szczecinie, poświęconą wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego.
Nierozsądna byłaby ucieczka od tak znamienitego przykładu solidnej dociekliwości, zatem – za panem prezesem, warto dziś zapytać:
-Kto jest zainteresowany tym, by Aneks z Weryfikacji WSI nie został opublikowany?
-Czyi interes chronią ludzie, którzy zdecydowali o ukrywaniu tajnego dokumentu przed Polakami?
-Czy Aneks w ogóle istnieje i nadal znajduje się w tajnej kancelarii Andrzeja Dudy?
-A jeśli Aneks nie istnieje i został zniszczony w latach ubiegłych – czy i jaką odpowiedzialność ponoszą osoby winne zniszczeniu oraz ci, którzy ukrywaliby ten fakt przed opinią publiczną i organami państwa?
Odpowiedź na dwa pierwsze pytania jest stosunkowo prosta.
27 kwietnia 2018 roku, prof. Andrzej Zybertowicz, doradca prezydenta Andrzeja Dudy, pytany o sprawę publikacji Aneksu, oznajmił na antenie Radia ZET:
Prezydent spotkał się z Jarosławem Kaczyńskim i podjęli decyzję, że nie ma potrzeby tej publikacji”.
Fakt, że Andrzej Duda – jedyny decydent w sprawie Aneksu, nie zdobył się na odwagę udzielenia osobistej odpowiedzi i scedował rzecz na swojego urzędnika, zaś samą wiadomość o odmowie publikacji dokumentu „wytłumaczono” odbiorcom wspólnym stanowiskiem z prezesem PiS (który nie posiada żadnych uprawnień decyzyjnych w tej kwestii), byłby pewnie fascynujący dla każdej opozycji i wywołał lawinę komentarzy wolnych mediów.
Gdyby w III RP takie zjawiska istniały.
Podobnie, jak interesujący byłby fakt, iż prezydent tego państwa, w sposób jawny, a wręcz ostentacyjny łamie ustawę sejmową z 9 czerwca 2006 r. „Przepisy wprowadzające ustawę o Służbie Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służbie Wywiadu Wojskowego oraz ustawę o służbie funkcjonariuszy Służby Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służby Wywiadu Wojskowego” i odmawia publikacji Aneksu. Znajdujący się w ustawie przepis nie zawiera bowiem trybu warunkowego, lecz nakłada na prezydenta obowiązek publikacji dokumentu w Monitorze Polskim.
Ustawa nie przewiduje możliwości nieopublikowania raportu przez prezydenta” – przypominał Antoni Macierewicz w październiku 2017 roku.
Ponieważ w III RP nie istnieją zjawiska autentycznej opozycji ani wolnych mediów, nikt wątpliwości nie wysuwał ani tematu nie drążył.
Odpowiadając jednak na pytanie zadane przed laty przez prezesa PiS, możemy dziś z łatwością stwierdzić: osobami zainteresowanymi nieopublikowaniem Aneksu są Andrzej Duda i Jarosław Kaczyński.
Odpowiedź na drugie pytanie również nie nastręcza kłopotu.
Andrzej Duda i Jarosław Kaczyński, którzy zdecydowali o odmowie publikacji Aneksu do Raportu z Weryfikacji WSI, chronią interesy tych osób i środowisk, dla których ujawnienie treści tajnego dokumentu, mogłoby okazać się niekorzystne.
Mając na uwadze opublikowany przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Raport z Weryfikacji WSI oraz zakres spraw, jakimi zajmowała się Komisja Weryfikacyjna WSI, łatwo można zidentyfikować to środowisko.
Chodzi o wysokich rangą byłych żołnierzy „Ludowego Wojska Polskiego”, wykonujących zadania wywiadowcze i kontrwywiadowcze na rzecz ZSRR, w ramach formacji wojskowych, założonych i nadzorowanych przez okupanta sowieckiego. Formacje te, działające do roku 1991 pod nazwami „Zarządu II Sztabu Generalnego WP” oraz „Wojskowej Służby Wewnętrznej”, zostały w III RP połączone i od lipca 1991 przyjęły nazwę „Wojskowych Służb Informacyjnych”.
Chodzi także o osoby podejmujące tajną współpracę z w/w formacjami oraz polityków, którzy – z racji pełnionych publicznie funkcji byli zobowiązani do nadzorowania tych służb.
Traktując rzecz obrazowo, można udzielić następującej odpowiedzi na drugie pytanie:
Andrzej Duda i Jarosław Kaczyński, odmawiając publikacji Aneksu do Raportu z Weryfikacji WSI chronią interesy takich postaci, jak: Czesław Kiszczak, Bolesław Izydorczyk, Marek Dukaczewski, Aleksander Lichocki, Kazimierz Głowacki, Aleksander Makowski, Jerzy M. Nowakowski, Janusz Onyszkiewicz, Bronisław Komorowski.
Nie ma też wątpliwości, że decydując o ukryciu Aneksu przed Polakami, Duda i Kaczyński postąpili zgodnie z żądaniami polityków Platformy. Gdy w czerwcu 2015 pojawiła się kwestia publikacji Aneksu, politycy PO apelowali do prezydenta-elekta, by „w poczuciu odpowiedzialności” nie ujawniał tajnego dokumentu.
Co ciekawe – w tych apelach, „patriotyczne media” dostrzegały wówczas wezwanie do łamania prawa. Stanisław Żaryn (dziś naczelnik Wydziału Komunikacji Społecznej przy Ministrze Koordynatorze Służb Specjalnych) pisał:
Prezydent oraz rząd powinni dążyć do ujawnienia Uzupełnienia do Raportu dot. WSI, w sposób wymuszony przez orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego. Dziś wzywanie do zaniechania w tej sprawie działań jest wezwaniem de facto do działań niezgodnych z przepisami. Władza przekonuje właśnie prezydenta Andrzeja Dudę, by… łamał prawo”.
Z chwilą, gdy stało się jasne, że Andrzej Duda nie ujawni Aneksu, żaden z partyjnych żurnalistów nie odważył się powtórzyć takiego zarzutu.
Pytania trzecie i czwarte, nie są już autorstwa prezesa PiS. W roku 2008, gdy Jarosław Kaczyński wykazywał swoją dociekliwość, kwestia istnienia Aneksu do Raportu nie nasuwała żadnych wątpliwości.
Jako datę przełomową w tym zakresie, można wskazać 10 kwietnia 2010 roku, gdy jeden z najważniejszych „bohaterów” Raportu z Weryfikacji WSI, którego nazwisko pojawia się blisko 60 razy na kartach dokumentu, został p.o. prezydenta i przejął władze nad Kancelarią Lecha Kaczyńskiego.
W czerwcu 2015 roku, Antoni Macierewicz podzielił się wątpliwościami:
"Czy raport WSI istnieje tego nie wiem. Wiem, że istniał do 10 kwietnia 2010 roku, istniał też do momentu objęcia Pałacu Prezydenckiego przez Bronisława Komorowskiego.
Co się z nim stało później – trudno powiedzieć. Istnieje wiele spekulacji, podobno mieli go oglądać dawni koledzy z WSI.
Liczę na to, ze rzeczywiście istnieje, bo istniał tylko w jednym egzemplarzu, wszystkie kopie, poza prezydenckim egzemplarzem, zgodnie z przepisami, zostały zniszczone".
Proszę zapamiętać arcyważne, ostatnie zdanie z tej wypowiedzi: „istniał tylko w jednym egzemplarzu, wszystkie kopie, poza prezydenckim egzemplarzem, zgodnie z przepisami, zostały zniszczone".
Na forach internetowych i w „przekazie plotkarskim”, dość powszechne jest przeświadczenie, jakoby istniały jakieś kopie Aneksu lub (nawet) był on w posiadaniu ministra Macierewicza lub członków Komisji Weryfikacyjnej WSI. To głęboko fałszywe przekonanie, jest pokłosiem kombinacji operacyjnej z lat 2007-2008, nazwanej przeze mnie „aferą marszałkową”. To wówczas, współpracujący ze służbami funkcjonariusze medialni (zwani nie wiedzieć czemu -"dziennikarzami"), rozpowszechniali łgarstwa, jakoby "na mieście" pojawiały się oferty sprzedaży Aneksu, a dwa egzemplarze tajnego dokumentu "zostały wyniesione" z Kancelarii Premiera na dzień przed zaprzysiężeniem nowego rządu PO- PSL.
Mając na uwadze stan faktyczny, potwierdzony m.in. uwagą ministra Macierewicza z roku 2015, należy przyjąć, że istniał tylko jeden, prezydencki egzemplarz Aneksu do Raportu.
Jeśli ktoś twierdzi, jakoby ocalały jakieś "kopie", jest w tym kłamstwie echo tamtej kampanii dezinformacyjnej, rozgrywanej w interesie „długiego ramienia Moskwy”.
Wątpliwości, co do istnienia Aneksu są całkowicie uzasadnione.
Podczas prac prowadzonych przez MON w roku 2012 nad nowelizacją ustawy o Służbie Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służbie Wywiadu Wojskowego, pojawiło się wielostronicowe tzw. Stanowisko Stowarzyszenia „SOWA” z dnia 28 listopada 2012 roku. W nim zaś, ludzie b. WSI zawarli interesującą sugestię:
Sprawa istniejącego problemu związanego z Aneksem powinna znaleźć się w treści dokumentu: „Założenia do projektu ustawy o zmianie ustawy…”. Istnieją dwa sensowne rozwiązania tego problemu.
Pierwsze: Niejawny dokument Aneks o klauzuli „ściśle tajne” otrzymuje kategorię archiwalną „A” i zostaje przekazany do archiwum centralnego, np. Archiwum Akt Nowych z zastrzeżeniem, że może być udostępniony po 50 latach, tj. po 2056 roku.
Drugie: Niejawny dokument Aneks o klauzuli „ściśle tajne” otrzymuje kategorię archiwalną „Bc”, co oznacza, że dokumentacja ma krótkotrwałe znaczenie praktyczne i po pełnym jej wykorzystaniu (co już nastąpiło), jest przekazywana na makulaturę – Aneks zostaje zniszczony”.
Wprawdzie postulat „SOWY” nie został oficjalnie uwzględniony i do noweli ustawy nie wprowadzono zapisów dotyczących postępowania z aneksem, nie sposób wykluczyć, że z „dobrej rady” ludzi WSI nie skorzystał Bronisław Komorowski.
Premier Jan Olszewski, który 9 listopada 2007 roku objął stanowisko szefa Komisji Weryfikacyjnej, zastępując na tym stanowisku Antoniego Macierewicza (była to ostatnia publiczna funkcja byłego premiera), dziesięć lat później podzielił się wątpliwościami odnośnie istnienia Aneksu:
W październiku 2017 r. Jan Olszewski stwierdził:
Nie wiem, czy raport jest w dyspozycji prezydenta. Nie mam wiedzy, czy został mu przekazany i czy odnalazł się po kadencji prezydenta Bronisława Komorowskiego.
Prezydent Lech Kaczyński pracował nad dostosowaniem dokumentu do wymogów orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, który miał do niego zastrzeżenia. W związku z tym pan prezydent żądał różnych materiałów z Biura Bezpieczeństwa Narodowego.
10 kwietnia 2010 r., kiedy nastąpiła smoleńska katastrofa, raport był w podręcznym sejfie prezydenta”.
Jeśli postać pokroju Jana Olszewskiego, publicznie wyraża wątpliwości dotyczące posiadania Aneksu przez obecnego prezydenta, rzecz wydaje się poważna i zasługująca na uwagę.
Warto też przypomnieć, że śp. Jan Olszewski należał do zwolenników publikacji tajnego dokumentu przez władze „dobrej zmiany”. W czerwcu 2015 roku oświadczył: „Uważam, że aneks powinien zostać opublikowany. Przecięłoby to krążące w przestrzeni publicznej nieprawdopodobne i nieprawdziwe o nim informacje. Choć ze względu na upływ czasu aneks jest w części zdezaktualizowany, to opinia publiczna ma prawo do zorientowania się, czym jest ten dokument”.

Spekulacje związane z istnieniem tajnego dokumentu, mogłyby zostać przecięte przez lokatora Pałacu Prezydenckiego. Niestety – nie ma żadnej wypowiedzi Andrzeja Dudy ani żadnego, oficjalnego dokumentu, w których potwierdzono by, że Aneks znajduje się tam, gdzie jego miejsce -w tajnej kancelarii prezydenta.
Są natomiast takie wystąpienia i zachowania A. Dudy i jego urzędników, które powinny wywoływać wątpliwości. Istnieje też szereg okoliczności sugerujących (niezrozumiałą) niechęć dla potwierdzenia faktu istnienia Aneksu.
Odpowiedź prezydenckiego ministra Krzysztofa Szczerskiego z 2015 roku, na zapytanie o Aneks – „to temat, którego nie ma” - wydaje się symptomatyczna.
W styczniu 2016 roku, Andrzej Duda – wzorem swojego poprzednika, który za taką samą decyzję był srodze atakowany przez PiS i ówczesne „media opozycyjne”, odmówił udostępnienia kopii Aneksu na potrzeby prokuratury.
Gdy w czerwcu 2017, prawowity właściciel dokumentu- szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego, zwrócił się do prezydenta o zwrot niewykorzystanego Aneksu, nie uzyskał żadnej odpowiedzi.
Usunięcie Antoniego Macierewicza z funkcji szefa MON oraz czystki dokonane w służbach wojskowych, skutecznie oddaliły od ośrodka prezydenckiego żądania dotyczące Aneksu.
Stowarzyszenie Blogmedia24, od chwili objęcia urzędu prezydenckiego przez Andrzeja Dudę, domagało się ujawnienia informacji publicznej i pytało – czy Aneks jest w posiadaniu nowego prezydenta. Po wielomiesięcznych bojach z prezydenckim urzędnikiem, dyrektorem Biura Prawa i Ustroju, A. Dorszem ( w kancelarii od czasów Jaruzelskiego) i wysyłaniu szeregu próśb o dostęp do informacji publicznej,w listopadzie 2015 stowarzyszenie uzyskało odpowiedź, z której wynikało tylko tyle, iż w roku 2007 minister Macierewicz przekazał Aneks prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu. Ani Dorsz, ani żaden inny urzędnik KP nigdy nie przyznali, że tajny dokument znajduje się w prezydenckim sejfie.
W roku 2015, prof. Andrzej Zybertowicz zapytany wprost - czy Aneks znajduje się w Kancelarii Prezydenta, odpowiedział- „odmawiam udzielenia odpowiedzi na to pytanie” i odesłał pytających do ministra Solocha. Tenże zaś, na to samo pytanie, odparł: „w kancelarii tajnej nie ma aneksu, o który panowie pytają. Nie ma go na terenie Biura Bezpieczeństwa Narodowego”.
Niewiele osób wówczas zrozumiało, że Soloch z nich zakpił i nie udzielił żadnej odpowiedzi ale zbył ją tzw. „oczywistą oczywistością”. W BBN nie mogło być Aneksu, bo jedynym miejscem, w którym może znajdować się ten dokument jest tajny sejf prezydenta, a jedyną osobą, która może to potwierdzić, jest sam Andrzej Duda.
Mając na uwadze stan faktyczny, można dziś z całą pewnością powiedzieć: nie wiemy - czy Aneks w ogóle istnieje i czy znajduje się w tajnej kancelarii Andrzeja Dudy.
Zachowania lokatora Pałacu i jego urzędników – w miejsce czytelnej odpowiedzi, przynoszą raczej szereg wątpliwości i powinny budzić obawy odnośnie intencji.
Czynnikiem obciążającym jest również rozpowszechnianie przez środowisko pałacowe insynuacji, jakoby prezydent Lech Kaczyński był przeciwny publikacji Aneksu lub orzeczenie TK z 2008 roku uniemożliwiało taką publikację. W październiku 2017, szef BBN sięgnął po te dwa kłamstwa, by uzasadnić obstrukcję swojego pryncypała.
Soloch oświadczył wówczas:
Aneks jest tajny, jeżeli będą decyzje prezydenta jakiekolwiek w tym względzie, to będą one zakomunikowane, natomiast ja przypomnę opinię na temat aneksu śp. prezydenta prof. Lecha Kaczyńskiego. Na przeszkodzie opublikowania treści aneksu stoi też wyrok Trybunału Konstytucyjnego i potrzebne byłyby niezbędne kroki legislacyjne, jeżeli taka decyzja miałaby zapaść”.
Tymczasem prezydent Lech Kaczyński nigdy nie deklarował, że nie opublikuje Aneksu. Przeciwnie – usilnie do tego dążył i był zainteresowany dostosowaniem dokumentu do reguł narzuconych przez wyrok TK. Pytany o tą kwestię Antoni Macierewicz, oznajmił w czerwcu 2015 roku:
Prezydent nie podjął decyzji o niepublikowaniu aneksu, czyli Uzupełnienia nr 1 Raportu z likwidacji WSI. Jego decyzja dotyczyła wypełnienia zaleceń Trybunału. Te zalecenia zostały zrealizowane, zmiany poprzez eliminację nazwisk, na których publikację nie zgodził się TK, zostały wprowadzone. Niestety jednak zdarzyła się tragedia smoleńska i pan prezydent nie mógł wykonać zapisów ustawy, związanych z przekazaniem do publikacji tego dokumentu”.
Nie jest też prawdą, jakoby orzeczenie TK blokowało publikację lub przygotowanie Aneksu wymagało „kroków legislacyjnych”.
W roku 2015 wyraźnie o tym mówił Antoni Macierewicz oraz Piotr Woyciechowski, zaś Sławomir Cenckiewicz przypomniał, że „aneks jest dostosowany do reguł, które prezydentowi narzucił Trybunał Konstytucyjny”. Chodzi o wymóg anonimizacji danych.
Nie ma zatem żadnych, formalnych przeszkód, by dokument mógł zostać opublikowany.

Wprawdzie temat Aneksu nie może zaprzątać uwagi zwolenników Prawa i Sprawiedliwości, a tym bardziej, nie wywoła reakcji dziennikarzy partyjnych, to wątpliwości związane z istnieniem tajnego dokumentu należą do najważniejszych kwestii bezpieczeństwa. Można – w zgodzie z partyjnymi dyrektywami i zapisami cenzury, o nich nie mówić, co nie zmienia faktu, że niezdolność do udzielenia odpowiedzi na pytanie: czy Aneks w ogóle istnieje i nadal znajduje się w tajnej kancelarii Andrzeja Dudy - kompromituje cały „system bezpieczeństwa” III RP, a obywateli tej sukcesji komunistycznej, naraża na ogromne niebezpieczeństwa. Dlaczego?
Odpowiedź wydaje się prosta.
Dość wyobrazić sobie sytuację, w której sprawa bezprawnego zniszczenia dokumentu o tak doniosłym znaczeniu, staje się przedmiotem szantażu, służy do wywierania rozmaitych nacisków lub prowadzenia gier operacyjnych. Z takiej okazji zawsze skorzystają służby obcych państw.
Dość pomyśleć o przypadku, w którym ten, kto zniszczył dokument, podzielił się tą informacją ze swoim następcą, a tenże następca ukrył taki fakt przed instytucjami państwa i opinią publiczną.
Dość wyobrazić sobie, że ów następca nie wiedział o zniszczeniu tajnego dokumentu, ale gdy dostrzegł jego brak, nie poinformował o tym odpowiednich organów i zataił to przed opinią publiczną.
Tylko z jednego powodu – rzecz dotyczy osoby/osób piastujących najwyższy urząd w państwie, każda z powyższych sytuacji stwarza wielorakie i poważne zagrożenia.
Można również zakładać, że tego rodzaju „wspólnota wiedzy” tworzy okoliczności nadzwyczaj sprzyjające pozyskiwaniu materiałów kompromitujących, ale też buduje patologiczne więzy i zależności.
Z uwagi na specyfikę środowiska, którego dotyczy sprawa Aneksu – w dużej mierze związanego ze służbami ZSRR/Federacji Rosyjskiej oraz relacjami agenturalnymi, jakikolwiek element potencjalnego szantażu, byłby szczególnie niebezpieczny.
W czerwcu 2015 roku, Antonii Macierewicz, mówiąc o podobnym scenariuszu, mocno podkreślał- „Gdyby się okazało, że dokument już nie istnieje, to sankcje prawne na osoby, które tego nie dopilnowały są bardzo surowe”.
Sprawa nie dotyczy jednak sankcji karnych, bo tego rodzaju groźba, w realiach III RP jest kompletnie nierealna. Gdyby dokument zniszczono za czasów Komorowskiego, nie ma wątpliwości, że „system prawny” tego państwa nigdy nie ukarałby winnych.
Rzecz miałaby natomiast znaczenie dla opinii publicznej i mogła poważnie zaszkodzić wizerunkowym łgarstwom obecnej i poprzedniej władzy.
Informacja o zniszczeniu Aneksu mogłaby generować żądania związane z rozliczeniem okresu prezydentury Komorowskiego – w tym przeprowadzenia rzetelnego audytu w KP i BBN. Takie działania były wielokrotnie zapowiadane przez Solocha i nigdy nie zostały zrealizowane. Nie dałoby się też udawać, że B.Komorowski był „strażnikiem żyrandola”, a jedyne nieprawidłowości z tego okresu dotyczyły „zakupu sokowirówek”. Upadłby mit o „cywilizowanym przejęciu władzy prezydenckiej” i rzekomych „mechanizmach demokracji”. Zniszczenie Aneksu obciążałoby samego Komorowskiego, jak i całe środowisko b.WSI, a świadomość tego bezprawia mogłaby prowadzić do postulatu dokończenia procesu weryfikacji i sporządzenia kolejnych uzupełnień-aneksów do Raportu z Weryfikacji WSI.
      Jako niepoprawny realista, nie mam wątpliwości, że dopóki Andrzej Duda jest prezydentem, nikt nie odważy się domagać od niego odpowiedzi na pytanie – czy Aneks do Raportu z Weryfikacji WSI znajduje się w tajnej kancelarii? Nie zrobią tego partyjne „wolne media”, nie odważy się żaden polityk, publicysta, „prawicowy autorytet”.
Taka postawa wobec lokatora Pałacu nazbyt przypomina czasy prezydentury Komorowskiego, by można było dopatrywać się symptomów „dobrej zmiany”. Ale i to wiedzą partyjni luminarze, przyjmując wobec Dudy postawę klakierską.
Pozostawienie tej kwestii bez rozstrzygnięcia – jak życzą sobie Duda i Kaczyński, zawsze będzie rodziło podejrzenia i prowadziło do spekulacji.
Jeśli nie da się wykluczyć, że Aneks został zniszczony, nie da się również oddalić podejrzeń o zmowę, szantaż, patologiczne relacje.
Odium tak ważnej – a niewyjaśnionej sprawy, zawsze będzie ciążyło nad tą prezydenturą.

piątek, 1 marca 2019

TO JEST WOJNA O PAMIĘĆ


Sposób, w jaki partia rządząca oszukała Polaków w sprawie ustawy o IPN, zasługuje na szczególną uwagę. Nie dlatego, iż wyborcy tej partii mieliby dostrzec zachowania swoich wybrańców lub domagali się od nich walki o polskie interesy, ale wyłącznie z tej przyczyny, że konsekwencje bezmyślności i serwilizmu partii Kaczyńskiego przez długie lata będą ciążyły nad realiami III RP i dotkną każdego, komu sprawy polskie nie są obojętne.
Postępki partii rządzącej w kwestii przyzwolenia na fałszowanie historii, nie są bowiem „tematem politycznym” i nie mają nic wspólnego z jakąkolwiek „strategią” prezesa PiS. Nie jest to również „temat żydowski” i łączenie go z urojonym „polskim antysemityzmem” jest zabiegiem z zakresu ordynarnej demagogii. Taką samą, negatywną ocenę zjawiska należałoby postawić w przypadku działań każdego innego państwa i środowiska. A jednak, nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie utrzymywał, że opór wobec legislacyjnych roszczeń Francji, Słowacji czy Rumunii, miałby być objawem „polskiej frankofobii”, „słowacko-fobii”, czy niechęci do Rumunów.
Jeśli – dla obrony słuszności postawy PiS, ktoś sięga po zarzut „antysemityzmu”, a nawet chciałby widzieć w krytyce tej partii odbicie jakichś „interesów rosyjskich”, dokonuje podobnego fałszerstwa, jakim przez trzy dekady posługiwał się aparat propagandowy III RP. Czyż ludzie z obcych ośrodków propagandy, stawiając Polakom absurdalne zarzuty „antysemityzmu”, nie czynili tego w obronie własnych interesów i życiorysów, w celu wykazania „słuszności” swoich „linii programowych”? Grupa rządząca, która w krytyce serwilistycznej postawy wobec Izraela chciałaby widzieć objaw „polskiego antysemityzmu” lub węszy w tym inspirację Putina, sięga dziś po bliźniaczą retorykę i obronę partyjnych interesów utożsamia z polską racją stanu.
           Gdy w połowie ubiegłego roku, rząd PiS zrezygnował z zapisów noweli ustawy o IPN i pod wpływem nacisków ze strony obcych państw i środowisk antypolskich wykreślił z niej sankcje karne, mieliśmy do czynienia z wydarzeniem niespotykanym w dziejach współczesnej Europy. Nie potrafiłbym podać przykładu równie spektakularnego ustępstwa, dokonanego równie otwarcie, na oczach milionów obywateli, przy milczeniu tzw.”elit” i obojętności wyborców. Nie umiałbym też odpowiedzieć na pytanie: czy Rosji bardziej zależy na poróżnieniu PiS-u z Izraelem i z USA, czy na rezygnacji z istotnego elementu suwerenności, jakim jest niezależność ustawodawcza?
Jeśli ówczesne zachowanie polityków PiS, niczego nie nauczyło zwolenników tej partii i nie wywołało w nich wstrząsu, zawdzięczamy to imponującej osłonie medialnej ze strony partyjnych przekaźników oraz zatrważająco niskiej świadomości wyborców, którym patriotyzm myli się z „wiernością partii”, a idee z „interesem partyjnym”.
W tekście „PRZEPAŚĆ” z 26 lutego 2018 roku napisałem: „Chodzi o stworzenie precedensu, w którym rząd III RP ugnie się pod presją obcych mocarstw i dokona zmiany swojego prawodawstwa. Jeśli ten precedens nastąpi, otworzy on drogę do kolejnych aktów kapitulacji i przyspieszy rezygnację z resztek suwerenności. W taki sam sposób, będzie można „sformatować” ustawę reprywatyzacyjną, wymusić korzystny kontrakt lub zgodę na przyjęcie regulacji UE.
To wydarzenie, będzie też wytyczało wyraźną cezurę w świadomości Polaków.
Nie dlatego, byśmy mieli poznać zakres utajnionych geszeftów lub chcieli wyrazić swój sprzeciw, ale z tej przyczyny, że trwając pod medialną „narkozą” partyjnej propagandy, w atmosferze „ufności” i entuzjazmu z sukcesów „naszego rządu”, przekroczymy jedną z najważniejszych granic.
Gdy ją przekroczymy-dalej będzie tylko przepaść”.
Jeśli powracam do tematu i ponownie próbuję zainteresować nim czytelników, to dlatego, że w moim najgłębszym przekonaniu, ta granica - przyzwolenia na zło, została już przekroczona, a przepaść jest jedynym kierunkiem, w jakim zmierza to państwo.
By zobrazować zakres szalbierstwa z jakim mamy dziś do czynienia, sięgnę po wypowiedzi prominentnych polityków partii rządzącej.
Jarosław Kaczyński ,w wywiadzie z 27.06.2018 perorował:
Celem podpisania polsko-izraelskiego dokumentu jest walka o prawdę historyczną.
W mojej opinii dzięki temu porozumieniu uzyskujemy więcej, niżbyśmy byli w stanie osiągnąć dzięki przepisom nowelizacji ustawy o IPN. Otwieramy sobie drogę do ofensywy antydefamacyjnej. Proszę zwrócić uwagę, że władze Izraela – a one w kontekście spraw związanych ze zbrodniami II wojny światowej z oczywistych względów są niezwykle istotne – w całości potwierdzają polskie stanowisko: sprawcami są Niemcy; polskie społeczeństwo i polskie państwo podziemne nie miało nic wspólnego z Holokaustem, przeciwnie, robiło, co mogło, by ratować swoich obywateli narodowości żydowskiej. Potępiają antypolonizm, tak jak potępiają antysemityzm.
W mojej ocenie wspólna deklaracja naszych rządów kończy sprawę i daje szansę na walkę o dobre imię Polski w zupełnie nowych, bardzo sprzyjających okolicznościach.
Tego samego dnia, szef rządu twierdził z mównicy sejmowej:
W niedalekiej przyszłości zobaczycie, że to był krok we właściwym kierunku, że to była polityka, która bardzo mocno nam się opłaciła; budujemy prawdziwą polską narrację”.
Ważną deklarację złożył też polityk, znany z obaw posądzenia o „rusofobię”. Jarosław Selin, w wypowiedzi z 28.06.2018 oświadczył:
Deklaracja Polski i Izraela jest potężnym argumentem w rękach Polski oraz o tym, że przywódca Izraela potępił antypolonizm.
Będziemy mogli posługiwać się tym dokumentem w walce o prawdę”.
Planujemy w Izraelu polski sezon historyczny. Chcemy, żeby w Izraelu odbyły się seminaria, wykłady czy wystawy polskich historyków, naukowców. Mamy dużą pracę do wykonania”.
           Wytłuszczone przeze mnie fragmenty wypowiedzi, mają uzmysłowić czytelnikom, że politycy PiS z równą łatwością tłumaczyli wówczas własną indolencję, jak dziś zapominają o swoich deklaracjach i rzekomym znaczeniu „wspólnej deklaracji”.
Bo, nie tylko nie nastąpiła żadna „ofensywa antydefamacyjna”, nie tylko nie urządzono w Izraelu „sezonu historycznego” i nie zorganizowano przedsięwzięć służących prawdzie historycznej, ale dokument podpisany z szefem izraelskiego rządu, ma obecnie wartość papieru, na którym go sporządzono i – nie będąc żadnym argumentem przeciwko oszczercom, w najmniejszym zakresie nie może „zakończyć sprawy”. To, co mówili ludzie PiS i ich propagandyści, rozprawiając o „fundamentalnym znaczeniu deklaracji, do której możemy odwoływać się w różnych aspektach” (Wildstein), oraz „wydarzeniu historycznym i zwycięstwie prawdy” (Lisiewicz), jest dziś stekiem zwietrzałych komunałów i winno być przypominane owym luminarzom „wolnych mediów” jako rzecz wybitnie kompromitująca.

wtorek, 5 lutego 2019

OBALIĆ III RP: Robić z tego „małego, głupiego, nędznego i zakłamanego” wolną Rzeczpospolitą – jest więcej niż zbrodnią


W przededniu wydarzenia, które wytyczyło nowy obszar naszego zniewolenia i winno być nazywane zbrodnią przeciwko narodowi polskiemu, publikuję fragment mojej najnowszej książki „NUDIS VERBIS-OBALIĆ III RP”.
Gdy obecne władze tego państwa – strojąc się w szaty „patriotycznej prawicy”, będą „świętować” i „upamiętniać” pakt bandytów ze zdrajcami - trzeba pamiętać, że ów „okrągły stół” był największym nieszczęściem, jakie dotknęło nas w latach 80. ubiegłego wieku.
W odróżnieniu od innych państw Bloku Wschodniego, w PRL istniała bowiem tzw. ”opozycja demokratyczna”, a w jej szeregach, grupa komunistycznych schizmatyków (zwana dawnej „komandosami”), koncesjonowanych „katolików” oraz pospolitych kapusiów i donosicieli. Spośród tych osób, namiestnicy sowieckiego okupanta wyznaczyli swoistą „reprezentację narodową” i siadając z nią do ”okrągłego stołu” podjęli wielowątkową grę, obliczoną na stworzenie nowej formuły zniewolenia i legalizacji sukcesji komunistycznej.
Polacy mieli uwierzyć, że koncesjonowana grupa „reprezentantów” - wybrana przez szefa służb okupacyjnych, obaliła zbrodniczy reżim i przy pomocy „procesów demokratycznych” wywalczyła autentyczną niepodległość.
Operacja obcych służb zakończyła się powodzeniem, a jej finalnym efektem stała się „III Rzeczpospolita” - nazwana w dokumentach SB „państwem socjalistycznym nowego typu”.
Jeśli pamiętać, że II Rzeczpospolita wyłoniła się po latach wojny światowej, wymagała tysięcy ofiar i wielkiej daniny polskiej krwi, to ceną owej III RP (numeracja jest elementem fałszerstwa) był alkohol przelewany w Magdalence i zakulisowe ustalenia między esbekami i ich agenturą.
Zaiste - wartość tego państwa odpowiada zapłaconej cenie.
By dokończyć dzieła zniewolenia, zmuszono nas do utworzenia sztucznej wspólnoty i narzucono przekonanie, jakoby była ona państwem wolnym i niepodległym.
Ta wiara, zaszczepiana kolejnym pokoleniom, jako dogmat historyczny, ma wymiar gigantycznego, antypolskiego kłamstwa i jest mitem sankcjonującym sukcesję PRL.
W rzeczywistości bowiem, to komuniści i ich spadkobiercy stworzyli groźną hybrydę niby-państwowości i obrócili w ruinę nasze marzenia o Niepodległej.


***


                     Wielu historyków podkreślało, że przygotowania do inscenizacji „okrągłego stołu” trwały co najmniej od połowy lat 80. W zakres tych przygotowań wpisują się m.in. konkretne decyzje i działania, by wymienić tylko niektóre po stronie „opozycji demokratycznej”: ustalenia J.Kuronia i L.Wałesy z ludźmi SB (tu: rozmowy Kuronia z mjr. Lesiakiem i płk Królem z roku 1985, prowadzone w konwencji „negocjacji politycznych”), wystąpienie luminarzy „opozycji demokratycznej” z października 1986 o zniesienie przez USA sankcji gospodarczych wobec PRL, projekt „paktu antykryzysowego” Geremka z grudnia 1987 i list Geremka z roku 1988, adresowany do Gorbaczowa (pod uwagę George’a Sorosa), wizyty Michnika w Moskwie i wiele innych.
Logikę tych działań, można sprowadzić do refleksji, jaką A.Michnik zawarł w wydanej w roku 1985 książce "Takie czasy"(pisanej w warunkach więziennych). Znalazła się tam propozycja kompromisu z rządem PRL i Moskwą: "Solidarność powinna odrzucić filozofie "wszystko albo nic". [...] Dla komunistów może to być droga do uzyskania legitymacji, dla nas zaś droga do godziwego życia”.
Wiedza, jaką posiadamy dziś na temat kontaktów owej „opozycji demokratycznej” z namiestnikami Moskwy, pozwala utrzymywać, że proces „transformacji ustrojowej” został precyzyjnie zaplanowany i obejmował szereg wielowątkowych gier operacyjnych, rozpisanych na poszczególne postaci i środowiska.
Wyraźnie widać to po decyzjach związanych z realizacją długofalowej strategii komunistycznej.
Początek tego procesu wyznacza decyzja z roku 1981 - o powierzeniu nadzoru nad ministerstwem spraw wewnętrznych Czesławowi Kiszczakowi – oficerowi Informacji Wojskowej, szefowi WSW i II Zarządu Sztabu Generalnego. Człowiekowi Moskwy – najwierniejszemu z wiernych.
Z pewnością, ta nominacja niosła zapowiedź siłowej rozprawy z „Solidarnością”, ale jej głębszy sens wynikał z realizacji planu sowieckiego.
Zadanie Kiszczaka polegało bowiem na skonsolidowaniu wszystkich – wojskowych i cywilnych formacji policji politycznej PRL do walki ze społeczeństwem oraz na rozbudowie sieci agenturalnej. Jeszcze jako szef służb wojskowych, w listopadzie 1980 r. Kiszczak wydał "Wytyczne do planowania działalności WSW na rok 1981", w których nakazał rozbudowę agentury, zarówno w objętych kontrolą WSW jednostkach, wśród żołnierzy i ich rodzin, ale też w obiektach i zakładach przemysłowych.
Według koncepcji przedstawionej przez Golicyna w książce „Nowe kłamstwa w miejsce starych, komunistyczna strategia podstępu i dezinformacji”, ścisła integracja służb oraz rozbudowa sieci agenturalnej, wytyczały pierwszy etap przygotowań do „transformacji ustrojowej”. W myśl strategii sowieckiej tylko skonsolidowane, „odnowione” służby policyjne, były zdolne podjąć zadanie praktycznej realizacji planów związanych z „pierestrojką” oraz „polskiego eksperymentu” - „drogi do demokracji”.
Od roku 1981 r. wzrost liczebności tajnych współpracowników miał charakter wręcz lawinowy i sięgał blisko 30 proc. rocznie. Dynamika wzrostu z początku lat 80- tych, była porównywalna z pierwszą połową lat 50 -tych ubiegłego wieku. Znamienny był najszybszy wzrost liczby tajnych współpracowników w roku 1982 oraz po zniesieniu stanu wojennego.
W rekordowym, 1984 r. liczba pozyskanych tajnych współpracowników w całym kraju (18 756) była ponad trzykrotnie większa niż liczba wyeliminowanych (5442). Gwałtowny wzrost agentury nie wynikał wyłącznie z poczucia zagrożenia władz komunistycznych przez konspiracyjne struktury „Solidarności”, ale z celowej polityki kierownictwa resortu spraw wewnętrznych.
Kiszczak forsował rozwój sieci agenturalnej, jako podstawowej metody kontroli społeczeństwa. Liczba spraw operacyjnych pod koniec 1984 r. osiągnęła poziom 24 343, tj. zbliżony do stanu z roku 1956 (24 170). W latach 1986–1988 odnotowano dalszy, choć już słabszy wzrost ogólnej liczby TW w pionach operacyjnych SB. Według dostępnych danych cząstkowych oraz wykonanych na ich podstawie szacunków, najwyższy w historii PRL wzrost liczebności tajnych współpracowników nastąpił pod koniec 1988 r., gdy ich liczba sięgnęła niemal 100 tys.
Było to więcej niż w szczytowym okresie tzw. „epoki stalinowskiej”. Jeśliby doliczyć do tej liczby kontakty operacyjne (około 15 tys. w roku 1985), służbowe oraz tzw. lokale kontaktowe, to ogólna ilość osobowych źródeł informacji znacznie przekraczała 100 tys. Dane te należałoby jeszcze uzupełnić o agenturę służb wojskowych. Raport z Weryfikacji WSI wskazywał na blisko 10 tysięcy współpracowników tych służb w roku 1990.
Wszystkie instrukcje operacyjne z tego okresu kładły szczególny nacisk na pozyskiwanie TW i ustanawiały wyśrubowane limity werbunkowe.
Istnieje więc uzasadnione pytanie - o związek rozbudowy sieci agenturalnej z celami komunistycznej strategii podstępu i dezinformacji oraz drogą do budowania podwalin III RP.
Nie ma wątpliwości, że związek taki istnieje, bo ogromna rzesza pozyskanej wówczas agentury miała decydujący udział w procesie „transformacji ustrojowej”, a następnie – w charakterze polityków, biznesmenów, sędziów, dziennikarzy itp.”elity”, umacniała sukcesję komunistyczną. Jeśli do dziś, na różnych stanowiskach odkrywamy kapusiów i współpracowników bezpieki, oznacza to, że Kiszczak dobrze wykonał powierzoną mu robotę.
O wielowątkowych przygotowaniach do „okrągłego stołu” świadczy też tzw.„afera FOZ”, podczas której ludzie służ wojskowych zapewnili sobie środki z kradzieży resztek majątku PRL i zbudowali podstawy swojej „stabilizacji finansowej”.
Przypominam o tych okolicznościach i przedstawiam konkretne dane, by tym mocniej podkreślić, że budowa III RP wymagała angażowania ogromnych środków oraz działań wykraczających poza obszar procesów politycznych.
              To nadzwyczaj ważna konkluzja, której doniosłość podważa wszelkie projekty związane z wizją „demokratycznych zmian” i ma kolosalne znaczenie dla wytyczenia właściwej strategii.
Jeśli „transformacja ustrojowa” była procesem rozpisanym na lata i wymagała wdrożenia złożonych kombinacji operacyjnych oraz angażowania gigantyczny środków, jeśli to państwo zbudowano na fundamencie sowieckiej strategii, przy udziale agentury i policji politycznej, metodą zdrady, szantażu, zabójstw i kłamstw, jak można przypuszczać, że ten patologiczny „stan posiadania” upadnie pod naporem procesów demokracji ?
Niedorzeczna jest myśl, jakoby „zdobycze” tej sukcesji – materialne, polityczne i strategiczne, w wymiarze korzyści osobistych oraz globalnych celów komunistycznej strategii podstępu i dezinformacji, można było odebrać mocą karty wyborczej i legalnych mechanizmów demokratycznych.
Takie wizje – powszechne przecież w „środowisku patriotycznym” III RP i nachalne rozgrywane m.in. przez partię Kaczyńskiego, nie znajdują uzasadnienia w rzetelnej refleksji historycznej i wiedzy o świecie współczesnym.
Są sprzeczne z elementarną logiką, bo proponując środki kompletnie nieadekwatne do celu, ignorują prawdę materialną i historyczną.
Wiara, iż III RP można obalić, tworząc tu jakieś partyjki i podejmując gry w ramach „demokracji parlamentarnej”, jest sprzeczna z wiedzą na temat komunizmu, znajomością metod bezpieki i prawdą o genezie tego państwa.
To, co powstało na fundamencie siły, bezprawia i zbrodni, nie da się pokonać na drodze „konsensusu” i „pokojowych przemian”. Nie po to przeprowadzono wiele skomplikowanych operacji, dokonano licznych zabójstw (zbrodnia założycielska) i zaangażowano tysiące agentów, by efekt tych działań został anulowany z woli wyborców.
Jeśli spojrzymy na konflikty rozgrywane w świecie współczesnym, na próby obalenia różnych reżimów i tyranii, nie znajdziemy sytuacji, w której dokonano tego metodą proponowaną przez mitologów demokracji.
Wprawdzie sukcesja komunistyczna nie musi – wzorem PRL-u – sięgać po przemoc i terror, a wpływy okupanta zostały rozłożone na siłę agentury i dezinformacji, wprawdzie tyranię maskuje się tu dyktatem tzw. „sądów”, partii i tajną akcją służb, a rolę ośrodków propagandy przejęły „wolne media” - w niczym nie zmienia to faktu, że sukcesja komunistyczna czerpie trwałość z metod obcych i wrogich demokracji.
Jeśli ktoś ma świadomość – jak powstawała III RP, jak budowano jej polityczne podstawy, kreowano „autorytety” i fałszowano wybory, jeśli widział zaprzaństwo ówczesnych „elit” i dostrzegał zamysł oszukania Polaków – jakże może dziś twierdzić, że konstrukcję tego państwa można obalić przy pomocy demokratycznych mitów?
Jest w takiej diagnozie ogromny zamęt intelektualny, jest pospolite tchórzostwo – a jeśli bywa głoszona intencjonalnie, z zamiarem własnych korzyści – draństwo i hańba.
Odporność tej sukcesji na zmiany wprowadzane metodami demokracji, nie wynika bynajmniej z siły komunistycznego bękarta. Każda kolejna hybryda jest bowiem słabsza od organizmu rodzicielskiego, a to oznacza, że III RP nie posiada równie mocnego fundamentu jak PRL.
Dynamika tej odporności ma natomiast podstawy w naszym stosunku do magdalenkowego tworu: w wierze, że jest państwem prawa i demokracji oraz przeświadczeniu, iż tylko formuła demokratyczna zapewnia efektywność i legalność działań.
To przeświadczenie i ta wiara, zaszczepione nam terroryzmem semantycznym „ojców założycieli” i umacniane codziennie przez „elity” obecnego państwa, stanowi najskuteczniejszą barierę i chroni III RP przed upadkiem.
Rzecz nie polega bowiem na nadzwyczajnej sile środowisk zarządzających tym państwem, na wszechmocy środowiska byłej „wojskówki” i sprawności agentury, lecz na naszej nieprzemijającej słabości i uleganiu mitologii. To nie figura retoryczna.
Każdy, kto poważnie traktuje swoją robotę, nim podejmie nowe zadanie, dokonuje analizy sytuacyjnej, oblicza koszty, zbiera potrzebne narzędzia, szacuje środki.
Tam, gdzie analiza wykazuje wielki stopień trudności, komplikacji i ryzyka, gdzie można spodziewać się „oporu materii”, ogromnej pracy i kosztów, robotę wykona tylko mistrz i najwyższej klasy fachowiec.
Tam zaś, gdzie jest ona zaledwie rutyną i pozwala wykonać dzieło nędznymi narzędziami, przy użyciu skromnych środków, otwiera się pole dla zwykłych rzemieślników i „złotych rączek”.
Linia obrony sukcesji komunistycznej nie wymaga dziś nawet połowy zasobów, jakich użyto w okresie „transformacji ustrojowej”. Nie wymaga też „mistrzowskiej ręki”, a ci, którzy zarządzają tym państwem w „klubach miłośników cygar”, są zaledwie sprawnymi wyrobnikami.
Stworzono funkcjonalne, wydajne perpetuum mobile, którego siłę napędową stanowią rozliczne mity i pseudo-demokratyczna samodyscyplina Polaków.

           Jest oczywiste, że tak działający system nigdy nie dopuści do udziału w życiu publicznym ludzi o poglądach sprzecznych z dogmatyką III RP. Zepchnie ich na margines, odizoluje i skaże na wykluczenie. Taką praktykę zastosowano już w latach 1988-1991, dokonują „oczyszczenia” przestrzeni politycznej z osób i środowisk przeciwnych paktom „okrągłego stołu”.
Logika tej operacji wynikała bezpośrednio ze strategii komunistycznej lat 1944-56, gdy w ramach instalowania okupacji sowieckiej, likwidowano i zwalczano każdy przejaw polskości, rugując z życia publicznego przeciwników obcego tworu.
Struktura polityczna III RP, w której brak jakiejkolwiek partii lub siły, dążącej do obalenia magdalenkowego porządku, jest widocznym dowodem skuteczności „moderacji”, dokonanej na przełomie lat 90.
Żadna partia i środowisko otwarcie głoszące postulat obalenia III RP i rozprawy z dziedzictwem komunizmu, nie wejdzie w obecny układ polityczny, nie znajdzie dostępu do środków przekazu i źródeł finansowania.
Przeszkodą jest nie tylko zasada konstytucyjna, rozstrzygająca o kształcie ustrojowym tego państwa, zawarta w art.2 konstytucji: „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”, a nawiązująca wprost do równie fałszywej normy art. 1.1. tzw. „konstytucji PRL”- „Polska Rzeczpospolita Ludowa jest państwem demokracji ludowej”, ale cała organizacja życia politycznego – z jego narzędziami instytucjonalnym oraz niepodważalnym dogmatem, jakoby tylko demokracja mogła organizować polską państwowość.
Nietrudno dostrzec tu zasadniczą różnicę z zasadami ustrojowymi II Rzeczpospolitej, w których nie narzucano Polakom „jedynie słusznej” formuły demokratycznej i nie rozstrzygano o kształcie ustrojowym. Ostatnia konstytucja wolnej Polski, z 23 kwietnia 1935 r. stanowiła w art.1:
1. Państwo Polskie jest wspólnem dobrem wszystkich obywateli.
2. Wskrzeszone walką i ofiarą najlepszych swoich synów ma być przekazywane w spadku dziejowym z pokolenia w pokolenie.
3. Każde pokolenie obowiązane jest wysiłkiem własnym wzmóc siłę i powagę Państwa.
4. Za spełnienie tego obowiązku odpowiada przed potomnością swoim honorem i swojem imieniem.
Z oczywistych względów, tak skonstruowana ustawa zasadnicza, nie mogła być źródłem prawa dla sukcesji komunistycznej. Brak odniesienia do „demokracji” - sprawdzonej i użytecznej w procesie legalizacji okupacji sowieckiej, niósłby katastrofalne skutki dla III RP:
- groził rozliczeniem zbrodni i zbrodniarzy komunistycznych oraz wykluczeniem ich ze wspólnoty narodowej,
- kształtował zasady prawne według interesu narodowego, a nie dobra beneficjentów sukcesji,
- uniemożliwiał wpływ na system polityczny, obsadę stanowisk i strukturę instytucji państwa,
- podważał gwarancje zachowania władzy „ojców założycieli”,
- pozbawiał narzędzi indoktrynacji i zarządzania „masami”.
Tylko mit demokracji, z jego nieodłącznymi elementami: fikcyjną „władzą suwerena”, „pluralizmem politycznym”, „parlamentaryzmem”, „wyborami powszechnymi”, zasadą „poszanowania praw obywatelskich”, istnienia „opozycji” itp. kanonami, mógł zapewnić trwałość władzy sukcesorów komunizmu. To dostateczny powód, by owa „demokracja” stała się dogmatem III RP i ograniczała nas w dążeniach niepodległościowych.
Ograniczenie to sięga tak daleko, że nie potrafimy już dostrzegać innych dróg, niż ta, na którą wprowadzili nas założyciele tego państwa.
Przeświadczenie, że wystarczy powołać nową partię i wejść z nią w obieg systemu III RP, jest dziś równie powszechne, jak wiara w możliwość pokonania „patologii” na drodze „przemian politycznych”.
Problem z odbiorem proponowanej w tej książce optyki, dotyczy przezwyciężenia naturalnych skłonności naszej percepcji i sprowadza się do odrzucenia zmodyfikowanej „nowej świadomości”.
W czasach okupacji sowieckiej, świadomość ta prowadziła do uznania PRL-u za państwo polskie i „oswojenia” nas z obcym tworem komunizmu.
III RP uczyniła z niej broń stokroć groźniejszą, bo powstały w Magdalence projekt „państwa socjalistycznego nowego typu(nazwa IIIRP w dokumentach SB) kazała uznawać za Niepodległą, zaś rządzące nim mechanizmy, określić mianem prawa i demokracji.
Tak dalece przekonano nas o istnieniu tych wartości, że klasyczne simulacrum – pozorujące zaledwie stan rzeczywisty, okryte zasłoną zdrady, kłamstwa, a nawet zbrodni, zaczęliśmy postrzegać jako domenę wolnej państwowości. Wystarczyła falsyfikacja języka i podważenie podstawowych pojęć, by oszukać nas i wykorzystać nasze marzenia o Niepodległej.
U podstaw tej mistyfikacji leży strach przed zdefiniowaniem PRL-u, komunizmu i jego sukcesorów. Gdyby taka definicja powstała i została przyjęta - z całą konsekwencją, nikt zdrowy na umyśle nie mógłby utrzymywać, że twór powołany w Magdalence jest wolną i niepodległą Rzeczpospolitą.
Jest tu ten sam rodzaj „zaczadzenia bolszewickim fetorem”, o którym mówił Zbigniew Herbert w trakcie rozmowy z Jackiem Trznadlem: „Na początku była mała grupka agentów, którzy uczepili się intelektualistów, a intelektualiści odegrali na cześć „nowego” symfonię patetyczną... To było małe, głupie, nędzne, zakłamane”.
Robić z tego „małego, głupiego, nędznego i zakłamanego” wolną Rzeczpospolitą – jest więcej niż zbrodnią.

niedziela, 20 stycznia 2019

DEZINFORMACJA – STUDIUM NIEWIEDZY (2)

Dezinformacja oznacza systematyczne wysiłki zmierzające do rozprzestrzeniania nieprawdziwych informacji i do zafałszowania lub zablokowania informacji dotyczących rzeczywistej sytuacji i polityki świata komunistycznego.
W konsekwencji praktyki dezinformacyjne miały doprowadzić do zmylenia, wprowadzenia w błąd i wpływania tendencyjnie na świat niekomunistyczny, do podważania jego polityki oraz do skłonienia przeciwnika z Zachodu do nieświadomego przyczyniania się do realizacji celów komunizmu.
Program takiej strategicznej Dezinformacji był wcielany w życie od 1958 roku. Jego głównym celem było stworzenie warunków do realizacji długoterminowej, dalekosiężnej polityki Bloku Komunistycznego, uniemożliwienie podjęcia skutecznych przeciwdziałań przez świat niekomunistyczny i zabezpieczenie strategicznych zdobyczy światowego komunizmu.
Choć zrozumienie programu dezinformacji jest kluczowe dla prawidłowej analizy sytuacji w świecie komunistycznym, to jego istnienie było albo ignorowane, albo dezawuowane przez Zachód” - pisał Anatolij Golicyn w „Nowe kłamstwa w miejsce starych, komunistyczna strategia podstępu i dezinformacji".
      Znaczenie książki byłego oficera KGB, nie polega na tym, że autor precyzyjnie przedstawił procesy dezinformacji w świecie sowieckim. Nawet nie na tym, że już w roku 1984 trafnie przewidział transformację PRL-u w III RP i nakreślił scenariusz prowadzący do „okrągłego stołu”.
Praca Golicyna ma kolosalne znaczenie w wymiarze, o którym nie wspomni dziś żaden polityk, którego nie biorą pod uwagę historycy, analitycy i ludzie służb specjalnych.
Konkluzja tej książki sprowadza się do fundamentalnej tezy: komunizm nie umarł i nigdy nie upadł, a to, co świat postrzega jako efekt „śmierci komunizmu”, jest kolejnym etapem mutacji tego tworu i największym zwycięstwem strategii podstępu i dezinformacji.
Autor „Nowych kłamstw” prowadzi czytelnika przez dziesięciolecia sowieckiej kampanii i bezwzględnie obnaża prawdę, iż wszelkie procesy, odczytywane przez świat Zachodu, jako droga ewolucji komunizmu do „wyższej jakości”-demokracji, nie były tym, za co uznawali je zachodni analitycy.
Żadne z sowieckich wzorców dezinformacji: „Słabość i Ewolucja”, „Fasada i Siła”, nie zostały prawidłowo rozpoznane przez państwa Zachodu, a ich przeprowadzenie pozwoliło Sowietom/Rosji na odegranie teatru „upadku komunizmu” i przepoczwarzenie w nowe formy bytowania.
Teza Golicyna (gdyby została zrozumiana i przyjęta) miałaby znaczenie tak dalece rewolucyjne, że żaden z aspektów współczesnej polityki, gospodarki czy relacji międzynarodowych, nie ostałby się w obecnym kształcie.
Przyjęcie tej tezy oznacza natomiast, że „świat Zachodu” pozostaje całkowicie bezbronny wobec rosyjskiej strategii podstępu i dezinformacji i nie ma szans na rozpoznanie kremlowskiej gry.
    Do „uśmiercenia” komunizmu, doprowadziło w istocie jedno z najskuteczniejszych kłamstw, wpisujących się w obszar sowieckiej strategii – teoria o ewolucji komunizmu. To za jej przyczyną wprowadzono bezzasadną gradację, rozróżniając w komunizmie okresy: „terroru” lat 20. i 30., czas „błędów i wypaczeń” lat 50. oraz następujący po nim „proces destalinizacji”, którego uwieńczeniem miały stać się rządy Gorbaczowa i jego „pierestrojka”.
Przeobrażenia w świecie komunizmu, Zachód odczytywał jednoznacznie - jako dowód jego postępującej słabości, a każde z poszczególnych wydarzeń miało być objawem „wzrostu tendencji odśrodkowych wewnątrz międzynarodowego komunizmu”. Zgodnie z tą teorią, polityka „pierestrojki”, zmiany dokonywane w państwach Bloku Wschodniego, a wreszcie upadek ZSRR, stanowiły logiczny ciąg zdarzeń, będący wynikiem naturalnej ewolucji systemu.

poniedziałek, 31 grudnia 2018

DEZINFORMACJA – STUDIUM BEZSILNOŚCI (1)

Walka z fałszywymi wiadomościami („fake news”) wydaje się stosunkowo prosta. Solidna weryfikacja źródeł i ocena faktów, dokonywana przez kompetentne osoby lub instytucje, może rozbroić nawet najbardziej złożone „fałszywki” i jest działaniem dostępnym dla większości państw i rządów. Trzeba nakładu środków, woli politycznej i determinacji.
Inaczej rzecz ma się z dezinformacją. Walka z tym zagrożeniem, a w szczególności - z systemem podstępu i dezinformacji w wydaniu rosyjskim, jest nieosiągalna dla państw Europy i stanowi wyzwanie, któremu współczesny „świat” nie zdołał sprostać.
          Z dużą irytacją przeczytałem doniesienie, jakoby Ministerstwo Cyfryzacji III RP miało „plan walki z dezinformacją i fake newsami”. W ramach tego planu, MC zapowiada stworzenie „specjalnego narzędzia, które pomoże administracji publicznej w rozpoznawaniu fałszywych informacji inspirowanych przez środowiska antypolskie”. Działania te mają być prowadzone wspólnie z Komisją Europejską, która również „wypowiedziała wojnę fake newsom i rosyjskiej dezinformacji”. Odpowiedzią KE na tę ostatnią ma być „system szybkiego ostrzegania, kodeksy postępowania mediów społecznościowych, edukacja” itp. „środki miękkie”.
Powodem irytacji jest świadomość, iż rozgłaszając podobne „rewelacje”, rząd III RP dopuszcza się dwóch rzeczy wyjątkowo nagannych: trwoni publiczne pieniądze na działania pozorowane, kompletnie nonsensowne i nieadekwatne oraz oszukuje mieszkańców Polski wizją efektów, które nigdy nie nastąpią.
Już tylko fakt, iż w tego rodzaju doniesieniach, „fake news” i dezinformacja są wymieniane łącznie, a nawet traktowane zamiennie, dowodzi potężnej ignorancji i niezrozumienia istoty zagrożeń.
Kłamstwo – choćby najlepiej zamaskowane, służy „zaledwie” wprowadzeniu w błąd, ma cele krótkotrwałe i upada z chwilą konfrontacji z prawdą – co zwykle szybko następuje. Może poruszać emocje, a nawet fałszować osąd rzeczywistości, nie ma jednak wpływu na nasze decyzje i dokonywane wybory.
Dezinformacja jest natomiast trucizną o długotrwałym, systematycznym działaniu. Atakuje nie tylko procesy poznawcze, ale godzi w wolę człowieka, wymusza określone zachowania i kształtuje sądy o rzeczywistości. Pozostający pod jej wpływem błądzi, ale też działa i postępuje tak, jak życzy sobie tego nieprzyjaciel.
Kłamstwo (jak kto woli „fake news”) może z nas uczynić błaznów lub głupców.
Dezinformacja zawsze czyni z nas ofiary i zamienia człowieka w bezwolne „zombi”.
Próba zestawienia tych dwóch narzędzi – w sposób, jaki robi się to obecnie, przypomina zamysł zrównania kataru z chorobą nowotworową, zaś poszukiwanie wspólnego „lekarstwa”, jest oszustwem i szarlatanerią.
            Zwracam uwagę na komunikaty dotyczące „walki z dezinformacją i fake newsami”, ponieważ to zagrożenie uważam za największe wyzwanie w czekającym nas okresie. Jak zaznaczyłem na wstępie – wyzwanie, któremu ani III RP, ani Europa i Ameryka, nie zdołają sprostać. Ponieważ przedstawienie tematu w tak szerokim spectrum, byłoby niemożliwe w tekście blogowym, skoncentruję się na naszym, polskim przykładzie. Wymaga to pewnej retrospekcji i dostrzeżenia obecnego statusu służb specjalnych III RP.

Wielokrotnie przypominałem na blogu słowa doskonałego znawcy Rosji, Włodzimierza Bączkowskiego, który w szkicu „Uwagi o istocie siły rosyjskiej” z roku 1938, pisał: „Głównym rodzajem broni rosyjskiej, decydującym o dotychczasowej trwałości Rosji, jej sile i ewentualnych przyszłych zwycięstwach, nie jest normalny w warunkach europejskich czynnik siły militarnej, lecz głęboka akcja polityczna, nacechowana treścią dywersyjną, rozkładową i propagandową.”
Świadomość tego stanu kształtowała politykę II Rzeczpospolitej i jej stosunek do Rosji Sowieckiej, miała wpływ na decyzje dotyczące polityki zagranicznej, pracę instytucji państwowych i służb specjalnych. Doceniając znaczenie „treści dywersyjnej”, wolna Rzeczpospolita prowadziła szereg samodzielnych operacji dezinformacyjnych, wykorzystując w tym celu kanały tajne, ale też media krajowe i zagraniczne. W tekście „Dezinformacja”, Rafał Brzeski podaje, że: „operacje dezinformacyjne polskich służb prowadziła specjalna komórka w Referacie C Oddziału II Sztabu Głównego występująca w dokumentach pod nazwami Ekspozytura Lotna, L.VI oraz Referat I.
W latach 1926-1930 komórki dezinformacyjne Oddziału II przygotowały ponad 430 spreparowanych dokumentów. Co najmniej 176 podsunięto wywiadowi niemieckiemu, około 120 sowieckiemu, 10 brytyjskiemu, 2 litewskiemu i jeden wywiadowi łotewskiemu. Dane te są najprawdopodobniej zaniżone, gdyż na wielu materiałach dezinformacyjnych brak adnotacji o ich wykorzystaniu.” Autor przytacza też opinię płk. Tadeusza Pełczyńskiego z roku 1936, w której Szef Oddziału II Sztabu Generalnego jasno sprecyzował cele Rosji:
Armia Czerwona skorzysta z pierwszej nadarzającej się okazji, żeby wtargnąć do Polski i pozostać w niej. To, czego chce Rosja, to zupełne zniknięcie państwa polskiego; czerwoni zostawiliby nam może nazwę i nasz język, ale z punktu widzenia duchowego bylibyśmy całkowicie wchłonięci”.
Trzeba przypomnieć, że cała historia myśli politycznej II Rzeczypospolitej, była w znacznej mierze kształtowana przez antykomunizm, a on sam, był czymś znacznie ważniejszym niż prostą, propagandową odpowiedzią na sowieckie zagrożenie. „Bardzo dalecy jesteśmy od bolszewizmu- mógł powiedzieć Józef Piłsudski, w maju 1919 roku – „Widząc spustoszenie, dokonane przez ustrój komunistyczny, nie rozumiem, jak mogą istnieć w Europie socjaliści, odnoszący się do niego przychylnie”.

niedziela, 23 grudnia 2018

ŻYCZENIA - BOŻE NARODZENIE 2018



Na początku było Słowo,
a Słowo było u Boga,
i Bogiem było Słowo.

Ono było na początku u Boga.
Wszystko przez Nie się stało,
a bez Niego nic się nie stało,
co się stało.

A Słowo stało się ciałem
i zamieszkało wśród nas.
I oglądaliśmy Jego chwałę,
chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca,
pełen łaski i prawdy.


      
            Wszystkim, którzy odwiedzają mój blog – życzę błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia, radości z przeżywania Tajemnicy Słowa, pokoju w sercu, ducha nadziei i światła wiary.
Życzę obecności Słowa - które jest początkiem i końcem, miarą Boga i Człowieka.
Niech Boże Dziecię obdarza każdego łaskami i dobrem.
Życzę też Państwu szczęśliwych chwil w rodzinnym gronie, we wspólnocie bliskich, kochających osób.
Naszej Ojczyźnie i nam wszystkim życzę, by w ten czas Wyzwolenia, spełniły się słowa Stanisława Wyspiańskiego -
Byś zwiódł z wędrówki długiej mój naród do Wszechmocy! Byś dał, co mają inni, gdy przyjdziesz jako Dziecię tej nocy Bożego narodzenia.....
Daj nam poczucie siły i Polskę daj nam żywą, by słowa się spełniły nad ziemią tą szczęśliwą...

środa, 5 grudnia 2018

ANEKS – LOGIKA „DOBREJ ZMIANY”

Najważniejszym kryterium stosunku Andrzeja Dudy do kwestii bezpieczeństwa narodowego oraz probierzem intencji grupy rządzącej, jest sprawa Aneksu z Weryfikacji WSI.
      Słowa prof. Andrzeja Zybertowicza, doradcy lokatora Pałacu, z kwietnia 2018 roku - „Prezydent spotkał się z Jarosławem Kaczyńskim i podjęli decyzję, że nie ma potrzeby publikacji Aneksu”- jednoznacznie wskazują, że tzw.”dobra zmiana” nie chce ujawnienia tajnego dokumentu.
Fakt, że Andrzej Duda – jedyny decydent w sprawie Aneksu, nie zdobył się na odwagę udzielenia osobistej odpowiedzi i scedował rzecz na swojego urzędnika, zaś samą wiadomość o ukryciu dokumentu „wytłumaczono” odbiorcom wspólnym stanowiskiem z prezesem PiS (który nie posiada najmniejszych uprawnień decyzyjnych w tej kwestii), byłby pewnie fascynujący dla każdej opozycji i wywołał lawinę komentarzy wolnych mediów. Gdyby w III RP takowe zjawiska istniały.
Podobnie, jak interesujący byłby fakt, iż prezydent tego państwa, w sposób jawny, a wręcz ostentacyjny łamie ustawę sejmową z 9 czerwca 2006 r. „Przepisy wprowadzające ustawę o Służbie Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służbie Wywiadu Wojskowego oraz ustawę o służbie funkcjonariuszy Służby Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służby Wywiadu Wojskowego”, odmawiając publikacji Aneksu.
Znajdujący się w ustawie przepis nie zawiera bowiem trybu warunkowego, lecz nakłada na prezydenta obowiązek publikacji dokumentu w Monitorze Polskim.
W roku 2017 przypomniał o tym Antoni Macierewicz, podkreślając w radiowej „Trójce”: „ustawa mówi, że prezydent publikuje raport. Oczywiście można zwracać uwagę na kwestie, które powinny być inaczej ujęte, ale ustawa nie przewiduje możliwości nieopublikowania raportu przez prezydenta”.
Warto też przypomnieć, że zgodnie z przepisami w/w ustawy, jedynym dysponentem materiałów komisji weryfikacyjnej WSI oraz dokumentacji związanej z pracami komisji, jest szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego. To kolejny obszar, w którym lokator Pałacu nie stosuje się do zapisów ustawy i – mimo wezwań ze strony szefa SKW, nie zwrócił dokumentów właścicielowi. O tym obowiązku, przypominał w październiku 2017 roku minister Macierewicz: „Andrzej Duda powinien zwrócić Służbie Kontrwywiadu Wojskowego aneks do raportu z weryfikacji WSI”.
Uważam, że decyzja Andrzeja Dudy o ukryciu Aneksu ma kolosalne znaczenie, nie tylko dla naszego bezpieczeństwa wewnętrznego i relacji z innymi państwami, ale jest jedynym rozstrzygnięciem, które prawdziwie i w pełni definiuje intencje grupy rządzącej.
Wprawdzie większość wyborców PiS nie jest zainteresowana tego rodzaju tematyką lub – posiłkując się łaską niewiedzy, nie chce zrozumieć znaczenia utajnienia Aneksu, to takiej aberracji nie można uważać za stan naturalny. Tego typupatrioci”, nie chcą nawet pamiętać, że w latach 2010-2015 przedstawiciele PiS oraz ówczesne „wolne media” wielokrotnie potępiały B. Komorowskiego – dokładnie za te same zachowania w sprawie Aneksu, z których dziś rozgrzeszają A. Dudę. Ten partyjny dualizm - w stosunku do spraw kluczowych dla Polski, jest jednym z najbardziej kompromitujących aspektów „dobrej zmiany”.
Dlaczego Aneks do Raportu z Weryfikacji WSI ma takie znaczenie?

1. Dokument opisuje działania środowiska służb wojskowych, które w latach okupacji sowieckiej stanowiłozbrojne ramię Moskwy” (S. Cenckiewicz), zaś w czasach sukcesji komunistycznej – III RP, spełniało rolę „peryskopu, za pomocą którego Rosjanie pozyskiwali wiedzę o mechanizmach funkcjonowania naszego państwa” (A.Zybertowicz), było „naturalną bazą werbowniczą dla rosyjskich służb” (St. Żaryn) i od początku tej państwowości posiadało ogromne wpływy na wszystkie obszary życia publicznego.
Taka pozycja b.WSI musiała prowadzić do powstania szeregu patologicznych więzów. Ich przecięcie – a jest to możliwe tylko poprzez ujawnienie i napiętnowanie – musi być zatem rzeczą najistotniejszą, z punktu widzenia interesów państwa.
Dotyczy to obszaru działalności służb specjalnych, spraw armii, polityki czy gospodarki, w których, bez wiedzy na temat mechanizmów wpływu środowiska b.WSI, nie można dokonać żadnej sanacji.
Z szeregu wypowiedzi Antoniego Macierewicza na temat zawartości Aneksu, wyłania się również obraz dokumentu niezwykle ważnego dla bezpieczeństwa narodowego. Głównie w obszarze gospodarczym, który - zgodnie z deklaracjami PiS, jest dziś priorytetem dla polityków tego ugrupowania.