Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

środa, 22 maja 2019

GDYBY PAN COGITO ODWAŻYŁ SIĘ STRZELAĆ...


Jakaż może być dyskusja, gdy wszystko postawione jest właśnie do góry nogami. Słowa mają tu znaczenie odwrotne albo nie mają żadnego. Odbierz ludziom pierwotny sens słów, a otrzymasz właśnie ten stopień paraliżu psychicznego, którego dziś jesteśmy świadkami. To jest w swej prostocie tak genialne, jak to zrobił Pan Bóg, gdy chciał sparaliżować akcję zbuntowanych ludzi, budujących wieżę Babel: pomieszał im języki.
- Więc jakiż jest, twoim zdaniem, sposób przełamania tego zbiorowego paraliżu, wywołanego hipnozą kłamstwa?
- W każdym razie nie można go szukać na drodze polemiki. Sam fakt bowiem polemiki wciąga w orbitę i przenosi nas w płaszczyznę bolszewickiego absurdu.
- Więc jaki? Powiedz.
- Należy go szukać na drodze równie prostych odruchów psychicznych: strzelać!
- Jak to, strzelać? Do kogo?
- Zwyczajnie. Po prostu. Do bolszewików.

Dialog z „Drogi donikąd” Józefa Mackiewicza, brzmi dziś złowrogo i nieprzystępnie. Dla wielu jest równie niepojęty, jak hieroglify z wyspy File i równie przerażający, niczym wezwanie do zabijania Żydów. Nie tylko dlatego, że w mniemaniu większości nie ma dziś komunizmu ani żadnych bolszewików, ale z powodu lęku, jaki wywołują słowa nazbyt jaskrawe.
Jak przyjąć równie „prosty odruch” i słowa bez światłocienia, jeśli - nam strzelać nie kazano?
Nie kazano nazywać rzeczy po imieniu ani nadstawiać pięści zamiast policzka.
Nie pozwolono dostrzegać Obcych, zabroniono pamiętać i wiedzieć.
Ludzi, którzy na nienawiści oparli swój reżim i chcieli nas „jednać” z wrogami polskości – mamy nazywać Polakami.
Hierarchom – za ich zaprzaństwo i hańbę „pojednania” z kremlowskim bandytą – winniśmy szacunek.
Kazano nam cieszyć się kłamstwem o „zasypywaniu podziałów” i „odbudować wspólnotę” z łotrami, którzy żałobę nazywali nekrofilią i szydzili z ludzi modlących się przed krzyżem.
W miejsce tego, co prawem ludzi wolnych, nakarmiono nas mitologią demokracji i łgarstwem o „podziałach wśród Polaków”.
Wszystko zaś po to, byśmy w zderzeniu z agresją Onych – byli bezbronni. Bezbronni tym bardziej, im łatwiej uwierzymy w łgarstwo, jakoby reakcje rzekomej „opozycji” wynikały z „różnic politycznych i światopoglądowych”, były „prawem demokracji” i symptomem „pluralizmu”.
Pytania, które  Mackiewicz zadał w roku 1947 –„jak można na dłuższą metę wychowywać naród politycznie, bez przeprowadzenia „kanciastej” granicy pomiędzy pojęciami tak prymitywnymi jak: „sojusznik” i „najeźdźca”, „wierny” i „zdrajca”, „swój” a obcy, czy wrogi „agent”- nikt nie odważy się powtórzyć.
 „Kanciaste granice” dawno zostały zamazane, by żaden z Polaków nie odważył się zdefiniować zdrajcy, wroga i obcego.
Cóż po tym, że dziesiątki polityków i medialnych demiurgów dywaguje dziś o „chorych z nienawiści” i w ludziach rzekomej „opozycji” widzi „targowicę” i „spadkobierców komuny”?
Co po oracjach o walce ze „złogami komunizmu” i deklaracjach potępienia „antypolskiej narracji”?
Jaki pożytek z tradycji Żołnierzy Niezłomnych, jeśli ci, którzy nią gęby wycierają, bełkoczą o „konsensusie” z sukcesorami komuny i „porozumieniu” z antypolską hołotą?
Co po wspomnieniach o II Rzeczpospolitej, jeśli rządzą nami wyznawcy niewolniczego „georealizmu” i piewcy „przyjacielskich relacji” z Niemcami i Rosją?
Lęk, jaki towarzyszy mitologom demokracji nie pozwala przekroczyć granicy magdalenkowego szalbierstwa ani zmierzyć się z prawdziwą dychotomią My-Oni.
Nikt z tych, którzy sławią wolność okrągłostołowej pseudo państwowości, nie odważy się rozstrzygnąć:
- Jest III RP bękartem PRL-u, sukcesją sowieckiej okupacji i obrazą wolnej Rzeczpospolitej, czy przez trzy dekady tego państwa doświadczaliśmy zbiorowych imaginacji, a supremacja ludzi o sowieckim rodowodzie, to dowód ich potencjału intelektualnego i wyższości moralnej?
-Jest błąd semantyczny w definicji człowieka sowieckiego i władza takich postaci nie dowodzi  trwałości komunizmu, czy może definicja okazuje się prawidłowa, zaś buta homososów potwierdza stan naszego zniewolenia?
- Są w III RP stada apatrydów, zdrajców i wrogów polskości, czy też na postawach antypolskich, zaprzaństwie i nienawiści opiera się dziś model „nowoczesnego patriotyzmu”?

         Jeśli w realiach tego państwa wciąż znajdujemy rys komunistycznego piekła - wolno nam karmić się kłamstwem o „śmierci komunizmu” i wierzyć, że od trzech dekad przemierzamy „wielki plac czyśćca”?
Kto dał nam prawo zamykać oczy na piętno tej sukcesji – tylko dlatego, że widząc ją, bylibyśmy zmuszeni do porzucenia fałszywych dogmatów? 
A skoro nie ma logiki, pytań ani odpowiedzi - płaszczyzna bolszewickiego absurdu wytycza naszą świadomość i dialog z Mackiewicza musi wydawać się polityczną fikcją.
Słowa pisarza pochodzą z epoki, do której chętnie odwołują się politycy „obozu patriotycznego”. W czasach, gdy Mackiewicz pisał „Drogę donikąd”(1955) żyli jeszcze Żołnierze Niezłomni.
Dla nich - „Strzelać. Zwyczajnie. Po prostu. Do bolszewików”- było nakazem i polską powinnością.
Co znaczą dziś i jak wypełnić obowiązek ludzi wolnych?
Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie namawiał do wygnania moskiewskich wasali, wieszania zdrajców, golenia łbów kolaborantom i Obcym. Nie z powodu „humanitaryzmu” czy lewackiej poprawności, ale zwyczajnie – z poczucia odpowiedzialności, w której wzgląd na realia III RP nie pozwala oczekiwać rzeczy niedopuszczalnych.
Nawet darzyć ich nienawiścią – byłoby zbyt wiele, bo jej niszczycielskie skutki niewarte postaci tak marnych.
Ale zaprzeczać ich obecności, nadawać wartość ich łgarstwom, zwać ich Polakami lub polityczną „opozycją” – jest aktem tchórzostwa i draństwa, których nie rozgrzeszają żadne mitologie  demokracji.
Jeśli polskość ma być więcej niż łatwym sentymentalizmem i prowadzić do odrodzenia prawdziwej wspólnoty, musi odrzucić wszystko co proponują nam Obcy: z ich mediami, establishmentem i „elitami” przywleczonymi na ruskich czołgach. Nie tylko ze względu na dyskursywną nicość i semantyczne zaprzaństwo, ale dlatego, że niemożliwe jest budowanie społeczności ludzi wolnych wraz z tymi, którzy noszą piętno niewolnictwa.
Jeśli patriotyzm ma nie być łzawym wspomnieniem, a honor kategorią z przeszłości - „pogarda dla szpiclów katów tchórzy” – to nie werset z wiersza Herberta, ale obowiązek, przed którym nie wolno uciekać.
Fałszerze języka, dla których „słowa mają znaczenie odwrotne albo nie mają żadnego”, nie mogą nam mówić – co i jak powinniśmy robić.
Strzelać” do nich – to zignorować ten przekaz, nie słyszeć go i nie oglądać.
Mogą panowie Kaczyński i Duda pochylać się w nad bełkotem „opozycji” i spełniać żądania antypolskiej hałastry – bo nie sobie wyrządzają krzywdę, lecz tym, którzy uwierzyli, że w imię partyjnych interesów nie wolno zła nazywać po imieniu.
Zdrajcy paktujący z wrogiem i ślący donosy do brukselskich eurołajdaków, nie mogą jednak dyktować warunków polskości.
Strzelać” do nich – to uznać takich  za Obcych i wykluczonych z polskiej wspólnoty.
Mogą panowie Kaczyński i Duda nawoływać do „porozumienia i dialogu”, a nawet „wybaczać” - nie w swoim imieniu, bo nie oni płacą cenę za zabójczy mezalians z Obcymi.
Piewcy ruskich łgarstw i szydercy ze śmierci Polaków, nie narzucą nam swoich „poglądów”. ”Strzelać” do nich – to zbojkotować zachowania, które nie mieszczą się w polskiej tradycji, skazać na hańbę i zapomnienie.
Mogą panowie Kaczyński i Duda tłumaczyć to „pluralizmem” i „prawem demokracji”, bo nie im zabrano marzenia o Niepodległej, gdy zastąpiono je państwem esbeków i kanalii.
Zawodowi kłamcy, półgłówki i propagandyści – nie są Polakom do niczego potrzebni.
Strzelać” do nich – to odmówić „polemiki” z łajdactwem, a wytworom owych miernot, cech racjonalności.
Mogą panowie Kaczyński i Duda słać apele do wrogich gadzinówek i traktować z atencją pospolitych chamów, bo kto raz został zakładnikiem mitologii demokracji, zawsze będzie głupcem i niewolnikiem.

Gdyby jednak przyszło komuś do głowy praktykować logikę mackiewiczowską – czeka go samotność.
Tam, gdzie większość akceptuje życie w kłamstwie i dobrowolnie uczęszcza „na przyspieszone kursy padania na kolana” – „postawa wyprostowana” i logika mackiewiczowska stają się niedościgłą metaforą, a ludzi, którzy chcieliby je przyjąć, skazują na wykluczenie.
Tacy nie znajdą sprzymierzeńców. Ani wśród wyznawców partii rządzącej ani w kręgu autorytetów i zaprzedanych intelektualistów. Tym bowiem, wystarczy dar medialnego namaszczenia i bojaźliwa pewność, że propaganda chroni od wszelkich wątpliwości.
Gdyby więc Panu Cogito zamarzyło się „strzelać” i wbrew logice tłumu uwierzyć słowom Mackiewicza – niech będzie gotów powtórzyć za Mistrzem:
Kiedyś nazwałem tę drogę "donikąd". Dziś uznana została przez "instynkt narodu" za docelową.
W tym zdaniu nie ma (złośliwej) ironii. Jest tylko stwierdzenie faktu.
Nie ja wygrałem.
Wygrali ci, którzy organizują "instynkt narodu".
Ja przegrałem z kretesem.
Więc proszę o pobłażanie”.


***


Przepraszam tych, którzy oczekiwali nowego tekstu. 
Wobec farsy, której nawet nazywać nie warto i wydarzeń uwłaczających ludziom rozumnym, ten wpis - z 17 maja 2017 roku, oddaje wszystko, co chciałbym powiedzieć.


środa, 24 kwietnia 2019

PO CO DEMOKRACJA? 2 - „DEMOKRACJA SOCJALISTYCZNA”

Demokracji w ogóle zdefiniować niepodobna tak wielkie jest pomieszanie pojęć w tej sprawie. Samo przekonanie, że demokracja jest dobrym ustrojem, nie jest zabobonem. Jest natomiast zabobonem ślepe wierzenie, że tylko demokracja jest dopuszczalną formą ustroju - i to bez rozróżnienia różnych znaczeń tego słowa” - pisał niezrównany o. Józef Bocheński w swoich „Stu zabobonach”.
Wprawdzie sklecono podręcznikową definicję, w której demokracją nazywa się „system rządów, w którym źródło władzy stanowi wola większości obywateli” - to ma się ona tak do rzeczywistości, jak określenia nadawane komunizmowi. Zaczadzeni tym tworem ćwierćinteligenci dostrzegali w komunizmie szlachetną utopią lub ideokratyczny totalitaryzm; jedni wywodzili jego podstawy z moralizmu, inni z nihilizmu; według jednych zrodził go idealizm i humanizm, zdaniem drugich wulgarny materializm i ucieczka od wolności; ci widzieli w nim fałszywą religię, inni oświecającą gnozę. Według niektórych, komunizm był ideologią, inni twierdzili, że doktryną polityczną i ekonomiczną.
To pomieszanie świadczyło, że ludzie są zdolni wymyślić każdą brednię, byle usprawiedliwić swoje najniższe instynkty, a sam komunizm nigdy nie był tym, co stanowiły pseudonaukowe wywody.
Odniesienie tej sytuacji do definicji demokracji jest w pełni uzasadnione, bo w jednym i drugim przypadku, mamy do czynienia z narzędziem, które bywa określane w zależności od proweniencji tych, którzy się nim posługują. A skoro nawet komunistyczni bandyci nazywali swoją tyranię „demokracją socjalistyczną”, czy można wątpić, że również dziś, pod mianem demokracji można ukryć każdą formę zniewolenia?
Jedno natomiast jest pewne. Z prawdziwą demokracją, jak z niepodległością: jest lub jej nie ma.
Nie istnieje stan, który można określić mianem pół lub ćwierć demokracji, jak nie można mieć pół lub ćwierć niepodległości. Tam, gdzie się kończą, mówimy o jawnej lub skrywanej tyranii, o dyktaturze, totalitaryzmie lub anarchii.

            I tu pojawia się pierwszy problem z tzw. „demokracją” III RP. Wyznawcy tej mitologii utrzymują bowiem, że istniejąca w tym państwie „demokracja” jest (tu: w zależności, która partia sprawuje rządy): ułomna, zagrożona, wadliwa, kwitnąca, fasadowa. Nietrudno dostrzec nonsens w tak fałszywej gradacji, bo przymiotniki te (ze względu na status demokracji) nie mogą opisywać rzeczywistości, lecz wyrażają subiektywne odczucia lub anonsują partyjną retorykę.
Przypomnę, że przed kilkoma laty prezes PiS nawoływał Polaków do obrony „demokracji” III RP, ostrzegając jednocześnie, że jeśli tego nie zrobimy "pewnego dnia obudzimy się w systemie ukraińskim". Było to frapujące, bo choć demokracji wówczas nie obroniliśmy (PiS przegrał kolejne tzw. wybory), a przez następne cztery lata reżim PO-PSL dopuścił się kilkuset nowych draństw i "naruszeń demokracji", przekaz Kaczyńskiego nie uległ zmianie.
Myliłby się ten, kto sądziłby, że po rządach Tuska i Komorowskiego obudziliśmy się w "systemie ukraińskim". Następnego dnia, po wygraniu przez PiS tzw. wyborów, Polacy dowiedzieli się, że „demokracja ma się dobrze”, a cały okres rządów poprzedników (razem z rokiem 2010 i jawnymi fałszerstwami z roku 2014) należy zaliczyć do stanu „ćwierć-demokracji”.
Jeszcze w roku 2012, wyborcy PiS mogli usłyszeć od pana Kaczyńskiego podczas miesięcznicy smoleńskiej:
Polska nie będzie wolna, jeśli prawda o Smoleńsku nie wyjdzie na jaw! Polska nie jest wolna, bo nie możemy uczcić bohaterów Smoleńska, bo nie ma ciągle pomnika, bo stawiane są różne przeszkody, bo nieustannie trwa kampania obrażania tych, którzy zginęli”.
Po czterech latach, podczas których prawda o Smoleńsku nie wyszła na jaw, nie uczczono bohaterów i nie zbudowano im pomnika, zaś „kampania obrażania tych, którzy zginęli” trwała w najlepsze, wyborcy usłyszeli:
"Polska jest dzięki nam krajem wolności, jednym z niewielu w Europie!”.
A usłyszeli tylko dlatego, że partia Kaczyńskiego wygrała tzw. wybory parlamentarne.
Człowiek, który jednego roku (2013) twierdził – „W Polsce mamy do czynienia ze skrajną formą systemu postkomunistycznego”, zaledwie dwa lata później zapewniał, że „polska demokracja ma się dobrze”.
Nie można się zatem dziwić, że w logice pana Kaczyńskiego triumfy święci hiper-brednia, wypowiedziana w roku 2015 przez byłego „działacza ekologicznego” prof. Piotra Glińskiego - "Żyjemy w ćwierć-demokracji”.
Odpowiedziałbym – owszem, „żyjemy”, bo takie kłamstwa proponują nam ćwierćinteligenci.
To znamienne, że po roku 2015, przedstawiciele poprzedniego reżimu natychmiast przeszli na pozycje partii Kaczyńskiego i zaczęli krytycznie oceniać stan „demokracji” III RP, stawiając zarzuty „pogwałcenia” lub wręcz „uśmiercenia” tej systemowej „wartości”. Wrzask różnych „obrońców demokracji” jest dziś arcyważnym dowodem, że demokracja to stan całkowicie nieznany Polakom.
Bo partyjny bełkot na temat demokracji, dowodzi jednej rzeczy: zdaniem grup zarządzających III RP, demokracja istnieje wtedy, gdy one sprawują władzę i zanika natychmiast, gdy władza zostanie utracona.
To, z kolei, powinno prowadzić do konkluzji, że rządy PO-PiS-PSL-SLD itd. nie mogą mieć nic wspólnego z autentyczną demokracją, a jej nazwa jest wykorzystywana przez partyjnych szalbierzy dla zapewnienia sobie osłony propagandowej. Gdyby było inaczej, demokracja nie mogłaby znikać w chwilę po ogłoszeniu tzw. wyników wyborczych ani pojawiać się natychmiast, gdy „nasi” przejęli władzę.
Ludzie partii systemowych III RP traktują więc demokrację, w identyczny sposób, jak traktowali ją komuniści - nadając swoim rządom miano „demokracji socjalistycznej”. Użycie tego określenia ma zapewnić im „mandat społeczny” i usprawiedliwić draństwa dokonywane w imieniu „suwerena”.

           Kolejny problem pojawia się wtedy, gdy dostrzeżemy proweniencję najzagorzalszych obrońców systemu III RP. Człowiek rozumny zadałby sobie pytanie: jak to możliwe, że największymi rzecznikami owej „demokracji” są ludzie partii komunistycznej i ich mentalni sukcesorzy, że bronią jej rozmaici kapusie i donosiciele, wychwalają esbecy i kanalie służące okupantowi? Dlaczego właśnie takie postaci najmocniej krzyczą „w obronie demokracji” i na wszelkie sposoby wycierają sobie gęby odmianą tego słowa? Czy wolno nam wierzyć, że ludzie ci przeszli cudowną metamorfozę i ze zgrai prymitywnych zamordystów i pospolitych drani, stali się głosicielami „woli suwerena”?
Jeśli wierzyć nie wolno, a ludziom rozumnym, nawet nie wypada, odpowiedź może być jedna: to, czego bronią tacy ludzie, nie jest żadną demokracją lecz jej erzacem, który ma zapewnić trwałość sukcesji komunistycznej i osłonić dyktaturę ciemniaków.
         Ale – zauważy dociekliwy czytelnik - przecież pochwałę „demokracji” III RP głoszą również politycy partii Kaczyńskiego oraz środowiska przyznające sobie miano „patriotycznych”. Czy ich „demokracja” jest czymś innym od tej, której bronią esbecy?
Oczywiście – nie. Niezależnie, jakie atrybuty nadają owej „wartości” ludzie PiS, jakimi dekorują przymiotnikami, jest to ta sama „demokracja”, o którą walczą komuniści i ich sukcesorzy.
Gdyby chodziło o inną, autentyczną demokrację, usłyszelibyśmy postulat obalenia systemu III RP i wyrugowania zeń zamordystów, przypisujących sobie miano demokratów. To naturalne, że żaden zwolennik autentycznej demokracji nie chciałby stać w jednym szeregu z ludźmi, którzy przez całe życie gwałcili prawa suwerena.
Gdyby partia Kaczyńskiego miała na myśli prawdziwą demokracje, nie mogłaby uczestniczyć w inscenizacjach zwanych „wyborami”, bo każda z nich służy utrwaleniu zwodniczego systemu.
Gdyby chodziło o wprowadzenie prawdziwych rządów suwerena, ta partia nie mogłaby traktować sukcesorów komunizmu niczym partnerów ani nadawać antypolskiej zgrai miana „opozycji”.
Należy więc uznać, że w każdym przypadku jest to ta sama „demokracja” III RP, a ten, kto uczestniczy w systemie władzy lub aplikuje do udziału w tym systemie, kultywuje i broni tej samej „wartości”, o którą zabiegają członkowie partii komunistycznej i esbeccy bandyci. „Patriotyczna” retoryka tych środowisk, jakieś odmienne „programy polityczne” itp. namiastki „różnic programowych”, mają identyczne znaczenie, jak rzekoma odrębność PZPR, SD i ZSL w okresie komuny. Imitują pluralizm polityczny i służą utrwaleniu „demokracji socjalistycznej”.

              Po raz trzeci napotkamy problem, gdy spróbujemy dostrzec fundament, na jakim wspiera się owa „demokracja”. Nie mam na myśli „fundamentu ideowego”, bo taki – ze względu na niemożność jednoznacznego zdefiniowania demokracji istnieć nie może, lecz fundament ustrojowy. Praktykowanie demokracji pośredniej (a taką dziś najczęściej spotykamy) wymaga, by władza polityczna sprawowana była poprzez wybieranych przez suwerena (społeczeństwo) przedstawicieli. To zaś oznacza konieczność organizowania tzw. wyborów powszechnych, podczas których suweren ma możliwość wyrażenia swojej nieskrepowanej woli.
Nietrudno zauważyć, że aranżowanie takich „wyborów” jest głównym i podstawowym fundamentem „demokracji” III RP. Ponieważ organizują je instytucje powołane przez „ojców założycieli” (prezydent, PKW), a nadzór sprawują gremia najzagorzalszych zwolenników obecnej „demokracji” (tzw.”sądy”), zagrożenie popełnienia „błędów systemowych” - czyli wyboru przeciwników systemu, zostało ograniczone do minimum.
Mając w pamięci trzy dekady tej państwowości i ogrom ujawnionych patologii, owe „wybory powszechne” można uznać za jedyny element „demokracji” ustanowionej przy „okrągłym stole”.
A skoro pamiętamy, że pod tym pojęciem kryje się władza „naszych” nad „waszymi”, wolno twierdzić, że „wybory” służą wyłącznie grupom zarządzającym tym państwem. Gdyby ich nie organizowano, nie miałaby miejsca rotacja imitująca pluralizm, a spory „naszych” z „waszymi” nie mogłyby udawać „różnic politycznych”.
To narzędzie jest potrzebne dla utrwalenia mitologii III RP i konieczne dla tych, którzy z tej mitologii żyją.
Ponieważ organizacja wyborów powszechnych, nie może być uważana za atrybut demokracji (urządzano je w PRL-u, urządza dziś w Chinach, Rosji i innych państwach totalitarnych), trzeba uznać, że jest to fundament głęboko niewiarygodny.
Nie tylko ze względu na możliwość fałszerstw – tak powszechnych w III RP. Wbrew oficjalnej narracji, która każe postrzegać fałszerstwa w kategorii „błędów” i aberracji, są one naturalnym i logicznym następstwem reguł ustanowionych na początku tej państwowości i wynikają z „pragmatyki” procesu wyborczego. Jeśli nie można dopuścić, by po władze sięgnęli przeciwnicy systemu, fałszerstwo należy do głównych instrumentów regulacji.
Jeśli o roszadach politycznych decydują „kluby miłośników cygar” lub obce ambasady, fałszowanie wyborów urasta do rangi racji stanu.
Fakt, że w dziejach tego państwa nie znajdziemy przykładów śledztw i dochodzeń dotyczących fałszerstw wyborczych i nikt nie poniósł z tego tytułu odpowiedzialności, doskonale uwidacznia systemową logikę.
Niewiarygodność procesu wyborczego ma jednak głębszą przyczynę. Gdybyśmy mieli poważnie potraktować system demokratyczny (który do ideałów nie należy), to jego zasadniczą cechą jest dostęp do wiedzy na temat państwa i ludzi sprawujących funkcje publiczne. Ta cecha odróżnia demokrację od rządów opartych na podstępie i fałszu, w których obywatel-mieszkaniec kraju, jest traktowany przedmiotowo i podlega różnorodnej manipulacji.
Skoro w demokracji, obywatel ma sprawować funkcję suwerena i brać odpowiedzialność za system polityczny – musi posiadać wiedzę. Po to zaś, by stał się suwerenem, a w ramach tego przywileju mógł dokonywać wolnych i świadomych wyborów, musi posiadać wiedzę rzetelną- o realiach państwa, w którym żyje, o postaciach, którym powierza swój los, o przeszłości tych ludzi, ich intencjach i planach.
Bez tej elementarnej wiedzy, nie tylko nie można dokonać prawidłowego (a zatem nieobciążonego błędem wyboru), ale nie można sprawować funkcji suwerena. Bez takiej wiedzy – demokracja staje się żerowiskiem dla hordy oszustów i łajdaków, a mityczny „suweren” - żałosnym niewolnikiem.
Tu właśnie III RP ujawnia swoją prawdziwą naturę i objawia bliskość komunistycznej sukcesji.
Nasza wiedza o rzeczywistości, jest bowiem ograniczona przez cały szereg czynników, świadomie i celowo ustanowionych przez prawodawcę. Od pragmatyki pracy służb specjalnych poczynając (tu dostęp do informacji kształtują zasady rodem z PRL-u), po rozliczne ograniczenia ustawowe i rzecz zasadniczą - brak wolnych mediów. Każdy z tych czynników sprawia, że o realiach III RP wiemy tyle, ile życzą sobie ludzie zarządzający sukcesją. To oni decydują, jakie informacje przedostaną się do przekazu publicznego, co należy ukryć, ile powiedzieć i co przemilczeć.
O ile w czasach PRL-u potrzeba było instytucji cenzury, o tyle w III RP wyśmienicie zastępuje ją „zasada samoograniczenia”, oparta na mechanizmach finansowych, towarzyskich, niekiedy agenturalnych.
Głównym narzędziem regulacji są prywatne przekaźniki partyjne oraz tzw. media publiczne, wykonujące pracę na rzecz każdej grupy zarządzającej III RP. Istnienie wolnych mediów – wzorem PRL-u – jest niemożliwe. Dlatego nie ma tu ośrodków medialnych, które mogłyby realizować prawa podmiotowe obywateli lub zabiegały o poszerzenie ich wiedzy. Są za to media rezonujące interesy poszczególnych grup wpływu, narzucające nam narracje partii politycznych i bełkot antypolskich środowisk.
Obraz, jaki wyłania się z tego przekazu, musi być na tyle „sformatowany”(skrzywiony),by umacniał przekonanie o istnieniu wolności słowa, a jednocześnie chronił interesy tych grup i skrzętnie ukrywał realia III RP. Podjęte pod wpływem takiego przekazu decyzje – w tym decyzje wyborcze, zawsze będą skażone i błędne. Jeśli nie z winy tych, którzy wiedzieć nie chcą, to za przyczyna tych, którzy wiedzy zakazują.
Ten mechanizm – odbierania obywatelom prawa do rzetelnej wiedzy i skazywania na czerpanie z „zatrutych źródeł”, dobitnie ukazuje wartość „demokracji” III RP, ale też obnaża fikcję władzy suwerena. Bo obywatel głupi, nieświadomy i poddany ciągłej manipulacji – suwerenem być nie może.

               Czwarty problem z ową „demokracją”, dotyczy przymusu, konieczności. Zwracałem już uwagę, że w konstytucji III RP (wzorem PRL-u), zawarto zasadę konstytucyjną, rozstrzygającą o kształcie ustrojowym tego państwa: „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”.
W sposób oczywisty nawiązuje ona do normy art. 1.1. tzw. „konstytucji PRL”: „Polska Rzeczpospolita Ludowa jest państwem demokracji ludowej”.
Warto przypomnieć, że takich „zasad konstytucyjnych” próżno szukać w ustawach zasadniczych II Rzeczpospolitej.
Zapisy te oznaczają, że jedynym, dopuszczalnym w III RP ustrojem politycznym oraz jedyną formą sprawowania władzy – jest demokracja.
Nieprzypadkowo mamy do czynienia z przymusem ustrojowym.
Wprowadzenie takiego przymusu w konstytucji PRL świadczyło, że namiestnicy Moskwy nie dostrzegali żadnych niebezpieczeństw z praktykowania owej demokracji. Ani „wybory powszechne” ani „pluralizm partyjny”, o parlamencie i mediach nie wspominając, nie stanowił takiego zagrożenia. Póki była to „demokracja socjalistyczna” - ustanowiona według reguł farsy wyborczej z roku 1947 i nadzorowana przez instytucje okupacyjne, nie zagrażała interesom komuny. Przeciwnie – parodiowanie mechanizmów demokratycznych pozwoliło najeźdźcom uzyskać status legalizmu w oczach „wolnego świata”, a przez kolejne dekady umacniało przekonanie, że żyjemy w państwie polskim. 
Ta „demokracja socjalistyczna”, tak dalece stała się mitem służącym zniewoleniu Polaków, że na potrzeby uwierzytelnienia antypolskiego paktu zdrajców z bandytami, uknuto zgrabny termin „opozycja demokratyczna”. Tak, by stworzyć wrażenie, że z systemem komunistycznym można walczyć przy pomocy "demokratycznych" metod.
Uważam, że identyczną praktykę zastosowali „ojcowie założyciele” III RP, wprowadzając swoją zasadę ustrojową.
Analogicznie - oparto ją na sfałszowanych wyborach z roku 1989 i umocniono podczas farsy z 1991 roku, gdy z życia politycznego wyrugowano już wszystkich przeciwników „okrągłego stołu”, a system wyborczy oparto na instytucjach pokomunistycznych. Dzięki tym mistyfikacjom, państwa „wolnego świata” okrzyknęły III RP krajem wolnym i suwerennym, a Polacy uznali ją za Niepodległą.
Wszystko, co wiemy dziś o rzeczywistych regułach III RP, o jej obrońcach i ludziach uprawiających tą mitologię, jasno dowodzi, że owa "demokracja" nie stanowi dla nich najmniejszego zagrożenia.
Gdyby było inaczej, żaden komunista, kapuś czy zdrajca, nie gardłowałby „w obronie demokracji”, a w realiach naszego kraju nie byłoby setek komunistycznych „złogów”.
Póki jest to „demokracja” według reguł III RP – a więc sprowadzona do karuzeli tych samych partii i tych samych postaci, póki blokuje ona dostęp do wiedzy o tym państwie i wyklucza z życia publicznego przeciwników systemu – stanowi idealne środowisko dla sukcesorów komuny i pozwala utrzymywać Polaków w stanie narodowego „znieczulenia”.
              Konkluzja jest oczywista: żeby obalić system III RP, trzeba skończyć z erzacem takiej „demokracji”, odrzucić jej narzędzia (w tym, udział w „wyborach”) i dążyć do wprowadzenia ustroju, który zerwie z komunistyczną sukcesją.
Na takim etapie, nie może być to ustrój demokratyczny. Praktykowanie rzeczywistej demokracji – a zatem odwołanie do woli ogółu i praw całej społeczności, byłoby niedorzeczne. Społeczność tak zdemoralizowana, że „wybrała” onegdaj Tuska i Komorowskiego, i tak ogłupiała, że dziś chce „glosować” na Dudę i Kaczyńskiego, nie może decydować o losie Polski.
Ponieważ „demokracja” III RP opiera się na fałszu, przymusie i indoktrynacji, muszą być wprowadzone ograniczenia, które zniszczą atrybuty szalbierzy i zneutralizują środowiska zagrażające Polakom. Nie da się tego dokonać praktykując „reguły demokracji”, bo każda z nich zostanie bezwzględnie wykorzystana przez przeciwnika.
Dopiero zrozumienie tych konkluzji, otwiera drogę do znalezienia właściwej formuły walki z sukcesją komunistyczną.



Tekst miał kończyć się zapowiedzią "CDN", ale z uwagi na problemy związane z dalszym funkcjonowaniem bezdekretu, nie odwazyłem się umieścić tych liter.

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

ŚWIAT WIELKIEGO PIĄTKU - po ośmiu latach

W "Zniewolonym umyśle" Miłosza znajdziemy definicję „ketmana” zaczerpniętą od francuskiego myśliciela Artura Gobineau. To z jej pomocą autor próbował analizować zachowania intelektualistów w epoce stalinizmu i rozprawić się z własnym „ukąszeniem”.
"Czym jest Ketman?– pytał Miłosz. – Zdaniem ludzi na muzułmańskim Wschodzie posiadacz prawdy nie powinien wystawiać swojej osoby, swego majątku i swego poważania na zaślepienie, szaleństwo i złośliwość tych, których Bogu spodobało się wprowadzić w błąd i utrzymać w błędzie. Należy więc milczeć o swoich prawdziwych przekonaniach, jeżeli to możliwe. Jednakże są wypadki, kiedy milczenie nie wystarcza, kiedy może ono uchodzić za przyznanie się.
Wtedy nie należy się wahać. Nie tylko trzeba wtedy wyrzec się publicznie swoich poglądów, ale zaleca się użyć wszelkich podstępów, byleby tylko zmylić przeciwnika. Będzie się wtedy wypowiadać wszelkie wyznania wiary, które mogą mu się podobać, będzie się odprawiać wszelkie obrządki, które uważa się za najbardziej niedorzeczne, sfałszuje się własne książki, wykorzysta się wszelkie środki wprowadzania w błąd.”
Znamy „ketmana”.
W opinii „elit” III RP jest on kuszącym wyzwaniem, wzniosłym, niemal egzystencjalnym testem wielkość ich ducha, zdolnego przekraczać granice dobra i zła.
Daje poczucie władzy nad złożoną dialektyką i miraże prowadzenia gry na kresach antynomicznych rzeczywistości. Miłosz podpowiedział im, że „Ketman napełnia dumą tego, kto go praktykuje. Wierzący dzięki temu osiąga stan trwałej wyższości nad tym, którego oszukał, chociażby ten ostatni był ministrem czy potężnym królem”.
Uzbrojeni w ten arsenał pseudofilozoficznych sofizmatów, wszelkiej maści konformiści, karierowicze i pospolite kanalie stworzyły przestrzeń własnej miernoty, nieistniejące „państwo ketmana”, w którym próbują dyktować fałszywą wersję zdarzeń, pisaną językiem tchórzy i łgarzy
Ta postawa istniała od zawsze, wszędzie tam, gdzie do ludzkiej nędzy przykładano miarę szlachetnej postawy, gdzie niemoc tłumaczono rozsądkiem, a pychę, przezornością.
Według niej "politycznego” wyboru dokonał Judasz, rozczarowany „niemesjańskim“ przesłaniem Jezusa.
To ona stała za Potockim, Branickim i Kossakowskim, pomagając im wytłumaczyć zdradę Targowicy.
Według niej działali w PRL-u literaccy „inżynierowie dusz” i szczytne Puczymordy, przekonani o moralnej dostojności i „potykaniu się ze złem”.
Wysublimowany z pospolitej zdrady „ketman” miał zaspokajać potrzeby ludzi nazbyt słabych, by pogodzić się z własnym zbydlęceniem i zbyt tchórzliwych, by znieść widok swojej twarzy.
To dzięki „ketmanowi” poznaliśmy współczesnych „talibów” III RP – uczniów polit-poprawnej medresy praktykujących odwieczną takijję, którą osłaniają swój prostacki oportunizm.
Ich obłudne mowy „w obronie demokracji”, ich „apele o wstrzemięźliwość”, mają uciszyć niepokój sumienia i są zaledwie oracją w obronie tchórzostwa.

Po dekadach III RP, znamy już wszystkie odmiany „ketmana”. Ich nazwiska i rejestr dokonań i żadna wiedza nie jest konieczna, by powtórzyć za Tyrmandem - „doskonale powodzi się tu służalcom, oportunistom i konformistom”.
I na tym poprzestać, bo przekroczenie granic piekła komunizmu wciąż wydaje się nieosiągalne.
Już nie za sprawą twórców komunistycznej hybrydy, lecz z winy tych, którzy mamią Polaków wizją nieistniejącej demokracji i utrzymują w próżnej nadziei „zmartwychwstania”. Ci ludzie tworzą dziś świat fikcji, w którym istnieje przyzwolenie na postawy oportunistów, lecz nie ma miejsca dla chcących „spojrzeć losowi prosto w oczy”.
Nikt ich nie zapyta - jakiej Polski dla nas pragną, jeśli nie mają odwagi zdefiniować komunistycznego piekła?
I do czego „mobilizują” naród, skoro ulegają wrzaskom oportunistów i rozgrzeszając „ketmanów” pozwalają im na zabójczą dialektykę?

Nie wolno nam godzić się na postawę „ketmana”, który z negacji dobra i zła próbuje zbudować własne imperium i swoją „niby obecnością” niszczy odwieczny porządek, występując przeciwko tym, którzy mają odwagę stawiania trudnych pytań.
Nie można pozwolić, by bełkot „ketmanów” uzasadniał najzwyklejsze łajdactwo i z zaprzeczenia rzeczy niezaprzeczalnych czynił fałszywą normę.
Nie wolno - ponieważ każdy z nich - nienazwany swoim imieniem, zabija fundamentalną prawdę o realiach tego państwa i drwi z ludzi zdolnych udźwignąć ciężar odpowiedzialności.
Ich świat - najgroźniejszej z fikcji, gorszej od „socjalistycznej demokracji” i „Europy bez granic” - jest anty-ludzki i anty-chrześcijański.
Dlatego ”ketman” zna odpowiedź na pytanie - „co to jest prawda” i wie, kiedy i przed kim być „królem żydowskim”.
Dlatego, żaden „ketman” nie powie „Oto jestem” i nie wkroczy na drogę, z której nie ma odwrotu. Lęk, jaki odczuwają przed Słowem wymusza ich nienawistny bełkot, groza pustki żąda zgiełku i agresywnej kazuistyki.
Tylko tak mogą ukryć własną rozpacz, tylko tak potrafią oszukać nieskończony lęk.

Trzeba, żebyśmy zostawili „ketmanów” w ich Świecie Wielkiego Piątku, „podziwiających zawrotną grę losu, potencje i uśmiechy fortuny”.
Nie znajdą z niego wyjścia. Książę Poetów, pogromca „ketmanów”, wiedział jak próżne ich oczekiwanie:
A Nazareńczyk
został sam
bez alternatywy
ze stromą
ścieżką
krwi”.


Na czas wielkotygodniowego zamyślenia, polecam lekturę wiersza Zbigniewa Herberta – „Pan Cogito o postawie wyprostowanej”.


xxx


Tekst „Świat Wielkiego Piątku” powstał przed ośmioma laty, gdy w realiach III RP tryumfowali czciciele „ketmana”.
Sięgam po niego ponownie, z pełną świadomością, że tamten czas nie uległ przekreśleniu.
Bo nadal „w Utyce obywatele nie chcą się bronić” i nadal „uczęszczają na przyspieszone kursy padania na kolana, szyjąc nowe sztandary niewinnie białe uczą dzieci kłamać”.
A jeśli wtedy, gdy „ketmani” drwili z naszej wiary w Zmartwychwstanie, nie umieliśmy zostawić ich w Świecie Wielkiego Piątku – po co dziś powtarzać „trzeba” ?
Nawet, gdyby Pan Cogito „chciał do końca stać na wysokości sytuacji, los patrzy mu w oczy, w miejsce gdzie była jego głowa”.
Nie powtórzę - „trzeba”.

czwartek, 28 marca 2019

PO CO DEMOKRACJA? 1 – WYBORY

Najmocniejszym ogniwem łańcucha, na którym „ojcowie założyciele” III RP uwiązali miliony moich rodaków, jest przeświadczenie, że tylko demokracja i tylko narzędzia narzucone podczas mistyfikacji początku lat 90. mogą wyznaczać drogę polskiej państwowości i decydować o naszym losie.
To genialne w swojej prostocie fałszerstwo, nie ma sobie równych w dziejach współczesnej Europy , a poprzez analogię z państwem Putina, nieomylnie wskazuje źródło i zakres inspiracji.
Tylko w III RP i tylko w Rosji wmówiono obywatelom, że przepoczwarzone reżimy komunistyczne dobrowolnie przyjęły reguły demokracji i uznając wolę suwerena podczas tzw. wyborów powszechnych, wkroczyły na drogę ewolucyjnych przemian. Od czasu, gdy komuniści dostrzegli, że kontrolowany system demokratyczny w niczym nie zagraża ich władzy, „transformacja ustrojowa” stała się wygodną metodą zrzucenia starej formy komunistycznej i zastąpienia jej nową.
W efekcie - to, czego w czasach PRL-u, nie udało się dokonać przy pomocy zbrodni, terroru i ordynarnej propagandy, stało się możliwe dzięki porozumieniu namiestników Moskwy z kolaborantami i przeprowadzeniu kilku gier operacyjnych, prowadzących do „okrągłego stołu”.
Operacja zakończyła się powodzeniem, a jej finalnym efektem stała się „III Rzeczpospolita” - nazwana w dokumentach SB „państwem socjalistycznym nowego typu”.
Jeśli pamiętać, że II Rzeczpospolita wyłoniła się po latach wojny światowej, wymagała tysięcy ofiar i wielkiej daniny polskiej krwi, to ceną owej III RP (numeracja jest elementem fałszerstwa) był alkohol przelewany w Magdalence i zakulisowe ustalenia między esbekami i ich agenturą.
Zaiste - wartość tego państwa odpowiadała zapłaconej cenie.
        Wielu moich rodaków, doskonale zdaje sobie sprawę z przebiegu tych procesów i ma świadomość okoliczności, w jakich powstawało obecne państwo. Wielu też rozumie, że komuniści i ich sukcesorzy do dziś zachowali realny wpływ na kształt III RP, a inicjując fasady „demokratycznego państwa prawa”, w postaci konstytucji, trybunałów, rzeczników praw, systemu sądowego i instytucji wyborczych, zapewnili sobie trwałe gwarancje nienaruszalności swoich interesów.
Warto zauważyć, że choć każda z wymienionych tu namiastek suwerenności istniała przed rokiem 1989, nikt przy zdrowych zmysłach, nie nazwałby PRL-u państwem wolnym i niepodległym, a udziału w organizowanych wówczas ”wyborach” nie określiłby mianem polskich powinności.
Na czym polegała różnica?
Tylko na tym, że w latach 1989-91 zainicjowano kontrolowany przez bezpiekę proces „pluralizmu politycznego” i w miejsce jednej, „przewodniej siły narodu”, stworzono szereg rozmaitych partii i partyjek - zwykle przy udziale kapusiów i agentury. Łączył je jeden, wspólny mianownik – wyrażały akceptację dla systemu powstałego w Magdalence i deklarowały uczestnictwo w ”mechanizmach demokracji”. Ten, kto nie wyrażał takiego akcesu, znalazł się na marginesie życia publicznego i został wykluczony z dobrodziejstw „procesów demokratycznych”.

środa, 13 marca 2019

CZYJ INTERES? KACZYŃSKI PYTA O ANEKS

Kto może być zainteresowany tym, że aneks nie jest publikowany? Ci, którzy mają jakieś powody do obaw. W wyjaśnieniach prawniczych bardzo ważne jest pytanie: czyj interes?
Sądzę, że warto, by tutaj takie pytanie postawić”.
Tą ważną kwestię, dotyczącą przyczyn zablokowania publikacji Aneksu do Raportu z Weryfikacji WSI poruszył przed laty prezes PiS Jarosław Kaczyński, gdy 28 czerwca 2008 roku zorganizował konferencję prasową w Szczecinie, poświęconą wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego.
Nierozsądna byłaby ucieczka od tak znamienitego przykładu solidnej dociekliwości, zatem – za panem prezesem, warto dziś zapytać:
-Kto jest zainteresowany tym, by Aneks z Weryfikacji WSI nie został opublikowany?
-Czyi interes chronią ludzie, którzy zdecydowali o ukrywaniu tajnego dokumentu przed Polakami?
-Czy Aneks w ogóle istnieje i nadal znajduje się w tajnej kancelarii Andrzeja Dudy?
-A jeśli Aneks nie istnieje i został zniszczony w latach ubiegłych – czy i jaką odpowiedzialność ponoszą osoby winne zniszczeniu oraz ci, którzy ukrywaliby ten fakt przed opinią publiczną i organami państwa?
Odpowiedź na dwa pierwsze pytania jest stosunkowo prosta.
27 kwietnia 2018 roku, prof. Andrzej Zybertowicz, doradca prezydenta Andrzeja Dudy, pytany o sprawę publikacji Aneksu, oznajmił na antenie Radia ZET:
Prezydent spotkał się z Jarosławem Kaczyńskim i podjęli decyzję, że nie ma potrzeby tej publikacji”.
Fakt, że Andrzej Duda – jedyny decydent w sprawie Aneksu, nie zdobył się na odwagę udzielenia osobistej odpowiedzi i scedował rzecz na swojego urzędnika, zaś samą wiadomość o odmowie publikacji dokumentu „wytłumaczono” odbiorcom wspólnym stanowiskiem z prezesem PiS (który nie posiada żadnych uprawnień decyzyjnych w tej kwestii), byłby pewnie fascynujący dla każdej opozycji i wywołał lawinę komentarzy wolnych mediów.
Gdyby w III RP takie zjawiska istniały.
Podobnie, jak interesujący byłby fakt, iż prezydent tego państwa, w sposób jawny, a wręcz ostentacyjny łamie ustawę sejmową z 9 czerwca 2006 r. „Przepisy wprowadzające ustawę o Służbie Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służbie Wywiadu Wojskowego oraz ustawę o służbie funkcjonariuszy Służby Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służby Wywiadu Wojskowego” i odmawia publikacji Aneksu. Znajdujący się w ustawie przepis nie zawiera bowiem trybu warunkowego, lecz nakłada na prezydenta obowiązek publikacji dokumentu w Monitorze Polskim.
Ustawa nie przewiduje możliwości nieopublikowania raportu przez prezydenta” – przypominał Antoni Macierewicz w październiku 2017 roku.
Ponieważ w III RP nie istnieją zjawiska autentycznej opozycji ani wolnych mediów, nikt wątpliwości nie wysuwał ani tematu nie drążył.
Odpowiadając jednak na pytanie zadane przed laty przez prezesa PiS, możemy dziś z łatwością stwierdzić: osobami zainteresowanymi nieopublikowaniem Aneksu są Andrzej Duda i Jarosław Kaczyński.
Odpowiedź na drugie pytanie również nie nastręcza kłopotu.
Andrzej Duda i Jarosław Kaczyński, którzy zdecydowali o odmowie publikacji Aneksu do Raportu z Weryfikacji WSI, chronią interesy tych osób i środowisk, dla których ujawnienie treści tajnego dokumentu, mogłoby okazać się niekorzystne.
Mając na uwadze opublikowany przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Raport z Weryfikacji WSI oraz zakres spraw, jakimi zajmowała się Komisja Weryfikacyjna WSI, łatwo można zidentyfikować to środowisko.
Chodzi o wysokich rangą byłych żołnierzy „Ludowego Wojska Polskiego”, wykonujących zadania wywiadowcze i kontrwywiadowcze na rzecz ZSRR, w ramach formacji wojskowych, założonych i nadzorowanych przez okupanta sowieckiego. Formacje te, działające do roku 1991 pod nazwami „Zarządu II Sztabu Generalnego WP” oraz „Wojskowej Służby Wewnętrznej”, zostały w III RP połączone i od lipca 1991 przyjęły nazwę „Wojskowych Służb Informacyjnych”.
Chodzi także o osoby podejmujące tajną współpracę z w/w formacjami oraz polityków, którzy – z racji pełnionych publicznie funkcji byli zobowiązani do nadzorowania tych służb.
Traktując rzecz obrazowo, można udzielić następującej odpowiedzi na drugie pytanie:
Andrzej Duda i Jarosław Kaczyński, odmawiając publikacji Aneksu do Raportu z Weryfikacji WSI chronią interesy takich postaci, jak: Czesław Kiszczak, Bolesław Izydorczyk, Marek Dukaczewski, Aleksander Lichocki, Kazimierz Głowacki, Aleksander Makowski, Jerzy M. Nowakowski, Janusz Onyszkiewicz, Bronisław Komorowski.
Nie ma też wątpliwości, że decydując o ukryciu Aneksu przed Polakami, Duda i Kaczyński postąpili zgodnie z żądaniami polityków Platformy. Gdy w czerwcu 2015 pojawiła się kwestia publikacji Aneksu, politycy PO apelowali do prezydenta-elekta, by „w poczuciu odpowiedzialności” nie ujawniał tajnego dokumentu.

piątek, 1 marca 2019

TO JEST WOJNA O PAMIĘĆ


Sposób, w jaki partia rządząca oszukała Polaków w sprawie ustawy o IPN, zasługuje na szczególną uwagę. Nie dlatego, iż wyborcy tej partii mieliby dostrzec zachowania swoich wybrańców lub domagali się od nich walki o polskie interesy, ale wyłącznie z tej przyczyny, że konsekwencje bezmyślności i serwilizmu partii Kaczyńskiego przez długie lata będą ciążyły nad realiami III RP i dotkną każdego, komu sprawy polskie nie są obojętne.
Postępki partii rządzącej w kwestii przyzwolenia na fałszowanie historii, nie są bowiem „tematem politycznym” i nie mają nic wspólnego z jakąkolwiek „strategią” prezesa PiS. Nie jest to również „temat żydowski” i łączenie go z urojonym „polskim antysemityzmem” jest zabiegiem z zakresu ordynarnej demagogii. Taką samą, negatywną ocenę zjawiska należałoby postawić w przypadku działań każdego innego państwa i środowiska. A jednak, nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie utrzymywał, że opór wobec legislacyjnych roszczeń Francji, Słowacji czy Rumunii, miałby być objawem „polskiej frankofobii”, „słowacko-fobii”, czy niechęci do Rumunów.
Jeśli – dla obrony słuszności postawy PiS, ktoś sięga po zarzut „antysemityzmu”, a nawet chciałby widzieć w krytyce tej partii odbicie jakichś „interesów rosyjskich”, dokonuje podobnego fałszerstwa, jakim przez trzy dekady posługiwał się aparat propagandowy III RP. Czyż ludzie z obcych ośrodków propagandy, stawiając Polakom absurdalne zarzuty „antysemityzmu”, nie czynili tego w obronie własnych interesów i życiorysów, w celu wykazania „słuszności” swoich „linii programowych”? Grupa rządząca, która w krytyce serwilistycznej postawy wobec Izraela chciałaby widzieć objaw „polskiego antysemityzmu” lub węszy w tym inspirację Putina, sięga dziś po bliźniaczą retorykę i obronę partyjnych interesów utożsamia z polską racją stanu.
           Gdy w połowie ubiegłego roku, rząd PiS zrezygnował z zapisów noweli ustawy o IPN i pod wpływem nacisków ze strony obcych państw i środowisk antypolskich wykreślił z niej sankcje karne, mieliśmy do czynienia z wydarzeniem niespotykanym w dziejach współczesnej Europy. Nie potrafiłbym podać przykładu równie spektakularnego ustępstwa, dokonanego równie otwarcie, na oczach milionów obywateli, przy milczeniu tzw.”elit” i obojętności wyborców. Nie umiałbym też odpowiedzieć na pytanie: czy Rosji bardziej zależy na poróżnieniu PiS-u z Izraelem i z USA, czy na rezygnacji z istotnego elementu suwerenności, jakim jest niezależność ustawodawcza?
Jeśli ówczesne zachowanie polityków PiS, niczego nie nauczyło zwolenników tej partii i nie wywołało w nich wstrząsu, zawdzięczamy to imponującej osłonie medialnej ze strony partyjnych przekaźników oraz zatrważająco niskiej świadomości wyborców, którym patriotyzm myli się z „wiernością partii”, a idee z „interesem partyjnym”.
W tekście „PRZEPAŚĆ” z 26 lutego 2018 roku napisałem: „Chodzi o stworzenie precedensu, w którym rząd III RP ugnie się pod presją obcych mocarstw i dokona zmiany swojego prawodawstwa. Jeśli ten precedens nastąpi, otworzy on drogę do kolejnych aktów kapitulacji i przyspieszy rezygnację z resztek suwerenności. W taki sam sposób, będzie można „sformatować” ustawę reprywatyzacyjną, wymusić korzystny kontrakt lub zgodę na przyjęcie regulacji UE.
To wydarzenie, będzie też wytyczało wyraźną cezurę w świadomości Polaków.
Nie dlatego, byśmy mieli poznać zakres utajnionych geszeftów lub chcieli wyrazić swój sprzeciw, ale z tej przyczyny, że trwając pod medialną „narkozą” partyjnej propagandy, w atmosferze „ufności” i entuzjazmu z sukcesów „naszego rządu”, przekroczymy jedną z najważniejszych granic.
Gdy ją przekroczymy-dalej będzie tylko przepaść”.
Jeśli powracam do tematu i ponownie próbuję zainteresować nim czytelników, to dlatego, że w moim najgłębszym przekonaniu, ta granica - przyzwolenia na zło, została już przekroczona, a przepaść jest jedynym kierunkiem, w jakim zmierza to państwo.
By zobrazować zakres szalbierstwa z jakim mamy dziś do czynienia, sięgnę po wypowiedzi prominentnych polityków partii rządzącej.
Jarosław Kaczyński ,w wywiadzie z 27.06.2018 perorował:
Celem podpisania polsko-izraelskiego dokumentu jest walka o prawdę historyczną.
W mojej opinii dzięki temu porozumieniu uzyskujemy więcej, niżbyśmy byli w stanie osiągnąć dzięki przepisom nowelizacji ustawy o IPN. Otwieramy sobie drogę do ofensywy antydefamacyjnej. Proszę zwrócić uwagę, że władze Izraela – a one w kontekście spraw związanych ze zbrodniami II wojny światowej z oczywistych względów są niezwykle istotne – w całości potwierdzają polskie stanowisko: sprawcami są Niemcy; polskie społeczeństwo i polskie państwo podziemne nie miało nic wspólnego z Holokaustem, przeciwnie, robiło, co mogło, by ratować swoich obywateli narodowości żydowskiej. Potępiają antypolonizm, tak jak potępiają antysemityzm.
W mojej ocenie wspólna deklaracja naszych rządów kończy sprawę i daje szansę na walkę o dobre imię Polski w zupełnie nowych, bardzo sprzyjających okolicznościach.
Tego samego dnia, szef rządu twierdził z mównicy sejmowej:
W niedalekiej przyszłości zobaczycie, że to był krok we właściwym kierunku, że to była polityka, która bardzo mocno nam się opłaciła; budujemy prawdziwą polską narrację”.
Ważną deklarację złożył też polityk, znany z obaw posądzenia o „rusofobię”. Jarosław Selin, w wypowiedzi z 28.06.2018 oświadczył:
Deklaracja Polski i Izraela jest potężnym argumentem w rękach Polski oraz o tym, że przywódca Izraela potępił antypolonizm.
Będziemy mogli posługiwać się tym dokumentem w walce o prawdę”.
Planujemy w Izraelu polski sezon historyczny. Chcemy, żeby w Izraelu odbyły się seminaria, wykłady czy wystawy polskich historyków, naukowców. Mamy dużą pracę do wykonania”.
           Wytłuszczone przeze mnie fragmenty wypowiedzi, mają uzmysłowić czytelnikom, że politycy PiS z równą łatwością tłumaczyli wówczas własną indolencję, jak dziś zapominają o swoich deklaracjach i rzekomym znaczeniu „wspólnej deklaracji”.
Bo, nie tylko nie nastąpiła żadna „ofensywa antydefamacyjna”, nie tylko nie urządzono w Izraelu „sezonu historycznego” i nie zorganizowano przedsięwzięć służących prawdzie historycznej, ale dokument podpisany z szefem izraelskiego rządu, ma obecnie wartość papieru, na którym go sporządzono i – nie będąc żadnym argumentem przeciwko oszczercom, w najmniejszym zakresie nie może „zakończyć sprawy”. To, co mówili ludzie PiS i ich propagandyści, rozprawiając o „fundamentalnym znaczeniu deklaracji, do której możemy odwoływać się w różnych aspektach” (Wildstein), oraz „wydarzeniu historycznym i zwycięstwie prawdy” (Lisiewicz), jest dziś stekiem zwietrzałych komunałów i winno być przypominane owym luminarzom „wolnych mediów” jako rzecz wybitnie kompromitująca.

wtorek, 5 lutego 2019

OBALIĆ III RP: Robić z tego „małego, głupiego, nędznego i zakłamanego” wolną Rzeczpospolitą – jest więcej niż zbrodnią


W przededniu wydarzenia, które wytyczyło nowy obszar naszego zniewolenia i winno być nazywane zbrodnią przeciwko narodowi polskiemu, publikuję fragment mojej najnowszej książki „NUDIS VERBIS-OBALIĆ III RP”.
Gdy obecne władze tego państwa – strojąc się w szaty „patriotycznej prawicy”, będą „świętować” i „upamiętniać” pakt bandytów ze zdrajcami - trzeba pamiętać, że ów „okrągły stół” był największym nieszczęściem, jakie dotknęło nas w latach 80. ubiegłego wieku.
W odróżnieniu od innych państw Bloku Wschodniego, w PRL istniała bowiem tzw. ”opozycja demokratyczna”, a w jej szeregach, grupa komunistycznych schizmatyków (zwana dawnej „komandosami”), koncesjonowanych „katolików” oraz pospolitych kapusiów i donosicieli. Spośród tych osób, namiestnicy sowieckiego okupanta wyznaczyli swoistą „reprezentację narodową” i siadając z nią do ”okrągłego stołu” podjęli wielowątkową grę, obliczoną na stworzenie nowej formuły zniewolenia i legalizacji sukcesji komunistycznej.
Polacy mieli uwierzyć, że koncesjonowana grupa „reprezentantów” - wybrana przez szefa służb okupacyjnych, obaliła zbrodniczy reżim i przy pomocy „procesów demokratycznych” wywalczyła autentyczną niepodległość.
Operacja obcych służb zakończyła się powodzeniem, a jej finalnym efektem stała się „III Rzeczpospolita” - nazwana w dokumentach SB „państwem socjalistycznym nowego typu”.
Jeśli pamiętać, że II Rzeczpospolita wyłoniła się po latach wojny światowej, wymagała tysięcy ofiar i wielkiej daniny polskiej krwi, to ceną owej III RP (numeracja jest elementem fałszerstwa) był alkohol przelewany w Magdalence i zakulisowe ustalenia między esbekami i ich agenturą.
Zaiste - wartość tego państwa odpowiada zapłaconej cenie.
By dokończyć dzieła zniewolenia, zmuszono nas do utworzenia sztucznej wspólnoty i narzucono przekonanie, jakoby była ona państwem wolnym i niepodległym.
Ta wiara, zaszczepiana kolejnym pokoleniom, jako dogmat historyczny, ma wymiar gigantycznego, antypolskiego kłamstwa i jest mitem sankcjonującym sukcesję PRL.
W rzeczywistości bowiem, to komuniści i ich spadkobiercy stworzyli groźną hybrydę niby-państwowości i obrócili w ruinę nasze marzenia o Niepodległej.


***


                     Wielu historyków podkreślało, że przygotowania do inscenizacji „okrągłego stołu” trwały co najmniej od połowy lat 80. W zakres tych przygotowań wpisują się m.in. konkretne decyzje i działania, by wymienić tylko niektóre po stronie „opozycji demokratycznej”: ustalenia J.Kuronia i L.Wałesy z ludźmi SB (tu: rozmowy Kuronia z mjr. Lesiakiem i płk Królem z roku 1985, prowadzone w konwencji „negocjacji politycznych”), wystąpienie luminarzy „opozycji demokratycznej” z października 1986 o zniesienie przez USA sankcji gospodarczych wobec PRL, projekt „paktu antykryzysowego” Geremka z grudnia 1987 i list Geremka z roku 1988, adresowany do Gorbaczowa (pod uwagę George’a Sorosa), wizyty Michnika w Moskwie i wiele innych.
Logikę tych działań, można sprowadzić do refleksji, jaką A.Michnik zawarł w wydanej w roku 1985 książce "Takie czasy"(pisanej w warunkach więziennych). Znalazła się tam propozycja kompromisu z rządem PRL i Moskwą: "Solidarność powinna odrzucić filozofie "wszystko albo nic". [...] Dla komunistów może to być droga do uzyskania legitymacji, dla nas zaś droga do godziwego życia”.
Wiedza, jaką posiadamy dziś na temat kontaktów owej „opozycji demokratycznej” z namiestnikami Moskwy, pozwala utrzymywać, że proces „transformacji ustrojowej” został precyzyjnie zaplanowany i obejmował szereg wielowątkowych gier operacyjnych, rozpisanych na poszczególne postaci i środowiska.
Wyraźnie widać to po decyzjach związanych z realizacją długofalowej strategii komunistycznej.
Początek tego procesu wyznacza decyzja z roku 1981 - o powierzeniu nadzoru nad ministerstwem spraw wewnętrznych Czesławowi Kiszczakowi – oficerowi Informacji Wojskowej, szefowi WSW i II Zarządu Sztabu Generalnego. Człowiekowi Moskwy – najwierniejszemu z wiernych.
Z pewnością, ta nominacja niosła zapowiedź siłowej rozprawy z „Solidarnością”, ale jej głębszy sens wynikał z realizacji planu sowieckiego.
Zadanie Kiszczaka polegało bowiem na skonsolidowaniu wszystkich – wojskowych i cywilnych formacji policji politycznej PRL do walki ze społeczeństwem oraz na rozbudowie sieci agenturalnej. Jeszcze jako szef służb wojskowych, w listopadzie 1980 r. Kiszczak wydał "Wytyczne do planowania działalności WSW na rok 1981", w których nakazał rozbudowę agentury, zarówno w objętych kontrolą WSW jednostkach, wśród żołnierzy i ich rodzin, ale też w obiektach i zakładach przemysłowych.
Według koncepcji przedstawionej przez Golicyna w książce „Nowe kłamstwa w miejsce starych, komunistyczna strategia podstępu i dezinformacji”, ścisła integracja służb oraz rozbudowa sieci agenturalnej, wytyczały pierwszy etap przygotowań do „transformacji ustrojowej”. W myśl strategii sowieckiej tylko skonsolidowane, „odnowione” służby policyjne, były zdolne podjąć zadanie praktycznej realizacji planów związanych z „pierestrojką” oraz „polskiego eksperymentu” - „drogi do demokracji”.
Od roku 1981 r. wzrost liczebności tajnych współpracowników miał charakter wręcz lawinowy i sięgał blisko 30 proc. rocznie. Dynamika wzrostu z początku lat 80- tych, była porównywalna z pierwszą połową lat 50 -tych ubiegłego wieku. Znamienny był najszybszy wzrost liczby tajnych współpracowników w roku 1982 oraz po zniesieniu stanu wojennego.
W rekordowym, 1984 r. liczba pozyskanych tajnych współpracowników w całym kraju (18 756) była ponad trzykrotnie większa niż liczba wyeliminowanych (5442). Gwałtowny wzrost agentury nie wynikał wyłącznie z poczucia zagrożenia władz komunistycznych przez konspiracyjne struktury „Solidarności”, ale z celowej polityki kierownictwa resortu spraw wewnętrznych.
Kiszczak forsował rozwój sieci agenturalnej, jako podstawowej metody kontroli społeczeństwa. Liczba spraw operacyjnych pod koniec 1984 r. osiągnęła poziom 24 343, tj. zbliżony do stanu z roku 1956 (24 170). W latach 1986–1988 odnotowano dalszy, choć już słabszy wzrost ogólnej liczby TW w pionach operacyjnych SB. Według dostępnych danych cząstkowych oraz wykonanych na ich podstawie szacunków, najwyższy w historii PRL wzrost liczebności tajnych współpracowników nastąpił pod koniec 1988 r., gdy ich liczba sięgnęła niemal 100 tys.
Było to więcej niż w szczytowym okresie tzw. „epoki stalinowskiej”. Jeśliby doliczyć do tej liczby kontakty operacyjne (około 15 tys. w roku 1985), służbowe oraz tzw. lokale kontaktowe, to ogólna ilość osobowych źródeł informacji znacznie przekraczała 100 tys. Dane te należałoby jeszcze uzupełnić o agenturę służb wojskowych. Raport z Weryfikacji WSI wskazywał na blisko 10 tysięcy współpracowników tych służb w roku 1990.
Wszystkie instrukcje operacyjne z tego okresu kładły szczególny nacisk na pozyskiwanie TW i ustanawiały wyśrubowane limity werbunkowe.
Istnieje więc uzasadnione pytanie - o związek rozbudowy sieci agenturalnej z celami komunistycznej strategii podstępu i dezinformacji oraz drogą do budowania podwalin III RP.
Nie ma wątpliwości, że związek taki istnieje, bo ogromna rzesza pozyskanej wówczas agentury miała decydujący udział w procesie „transformacji ustrojowej”, a następnie – w charakterze polityków, biznesmenów, sędziów, dziennikarzy itp.”elity”, umacniała sukcesję komunistyczną. Jeśli do dziś, na różnych stanowiskach odkrywamy kapusiów i współpracowników bezpieki, oznacza to, że Kiszczak dobrze wykonał powierzoną mu robotę.
O wielowątkowych przygotowaniach do „okrągłego stołu” świadczy też tzw.„afera FOZ”, podczas której ludzie służ wojskowych zapewnili sobie środki z kradzieży resztek majątku PRL i zbudowali podstawy swojej „stabilizacji finansowej”.
Przypominam o tych okolicznościach i przedstawiam konkretne dane, by tym mocniej podkreślić, że budowa III RP wymagała angażowania ogromnych środków oraz działań wykraczających poza obszar procesów politycznych.
              To nadzwyczaj ważna konkluzja, której doniosłość podważa wszelkie projekty związane z wizją „demokratycznych zmian” i ma kolosalne znaczenie dla wytyczenia właściwej strategii.
Jeśli „transformacja ustrojowa” była procesem rozpisanym na lata i wymagała wdrożenia złożonych kombinacji operacyjnych oraz angażowania gigantyczny środków, jeśli to państwo zbudowano na fundamencie sowieckiej strategii, przy udziale agentury i policji politycznej, metodą zdrady, szantażu, zabójstw i kłamstw, jak można przypuszczać, że ten patologiczny „stan posiadania” upadnie pod naporem procesów demokracji ?
Niedorzeczna jest myśl, jakoby „zdobycze” tej sukcesji – materialne, polityczne i strategiczne, w wymiarze korzyści osobistych oraz globalnych celów komunistycznej strategii podstępu i dezinformacji, można było odebrać mocą karty wyborczej i legalnych mechanizmów demokratycznych.
Takie wizje – powszechne przecież w „środowisku patriotycznym” III RP i nachalne rozgrywane m.in. przez partię Kaczyńskiego, nie znajdują uzasadnienia w rzetelnej refleksji historycznej i wiedzy o świecie współczesnym.
Są sprzeczne z elementarną logiką, bo proponując środki kompletnie nieadekwatne do celu, ignorują prawdę materialną i historyczną.
Wiara, iż III RP można obalić, tworząc tu jakieś partyjki i podejmując gry w ramach „demokracji parlamentarnej”, jest sprzeczna z wiedzą na temat komunizmu, znajomością metod bezpieki i prawdą o genezie tego państwa.
To, co powstało na fundamencie siły, bezprawia i zbrodni, nie da się pokonać na drodze „konsensusu” i „pokojowych przemian”. Nie po to przeprowadzono wiele skomplikowanych operacji, dokonano licznych zabójstw (zbrodnia założycielska) i zaangażowano tysiące agentów, by efekt tych działań został anulowany z woli wyborców.
Jeśli spojrzymy na konflikty rozgrywane w świecie współczesnym, na próby obalenia różnych reżimów i tyranii, nie znajdziemy sytuacji, w której dokonano tego metodą proponowaną przez mitologów demokracji.
Wprawdzie sukcesja komunistyczna nie musi – wzorem PRL-u – sięgać po przemoc i terror, a wpływy okupanta zostały rozłożone na siłę agentury i dezinformacji, wprawdzie tyranię maskuje się tu dyktatem tzw. „sądów”, partii i tajną akcją służb, a rolę ośrodków propagandy przejęły „wolne media” - w niczym nie zmienia to faktu, że sukcesja komunistyczna czerpie trwałość z metod obcych i wrogich demokracji.
Jeśli ktoś ma świadomość – jak powstawała III RP, jak budowano jej polityczne podstawy, kreowano „autorytety” i fałszowano wybory, jeśli widział zaprzaństwo ówczesnych „elit” i dostrzegał zamysł oszukania Polaków – jakże może dziś twierdzić, że konstrukcję tego państwa można obalić przy pomocy demokratycznych mitów?
Jest w takiej diagnozie ogromny zamęt intelektualny, jest pospolite tchórzostwo – a jeśli bywa głoszona intencjonalnie, z zamiarem własnych korzyści – draństwo i hańba.
Odporność tej sukcesji na zmiany wprowadzane metodami demokracji, nie wynika bynajmniej z siły komunistycznego bękarta. Każda kolejna hybryda jest bowiem słabsza od organizmu rodzicielskiego, a to oznacza, że III RP nie posiada równie mocnego fundamentu jak PRL.
Dynamika tej odporności ma natomiast podstawy w naszym stosunku do magdalenkowego tworu: w wierze, że jest państwem prawa i demokracji oraz przeświadczeniu, iż tylko formuła demokratyczna zapewnia efektywność i legalność działań.
To przeświadczenie i ta wiara, zaszczepione nam terroryzmem semantycznym „ojców założycieli” i umacniane codziennie przez „elity” obecnego państwa, stanowi najskuteczniejszą barierę i chroni III RP przed upadkiem.
Rzecz nie polega bowiem na nadzwyczajnej sile środowisk zarządzających tym państwem, na wszechmocy środowiska byłej „wojskówki” i sprawności agentury, lecz na naszej nieprzemijającej słabości i uleganiu mitologii. To nie figura retoryczna.
Każdy, kto poważnie traktuje swoją robotę, nim podejmie nowe zadanie, dokonuje analizy sytuacyjnej, oblicza koszty, zbiera potrzebne narzędzia, szacuje środki.
Tam, gdzie analiza wykazuje wielki stopień trudności, komplikacji i ryzyka, gdzie można spodziewać się „oporu materii”, ogromnej pracy i kosztów, robotę wykona tylko mistrz i najwyższej klasy fachowiec.
Tam zaś, gdzie jest ona zaledwie rutyną i pozwala wykonać dzieło nędznymi narzędziami, przy użyciu skromnych środków, otwiera się pole dla zwykłych rzemieślników i „złotych rączek”.
Linia obrony sukcesji komunistycznej nie wymaga dziś nawet połowy zasobów, jakich użyto w okresie „transformacji ustrojowej”. Nie wymaga też „mistrzowskiej ręki”, a ci, którzy zarządzają tym państwem w „klubach miłośników cygar”, są zaledwie sprawnymi wyrobnikami.
Stworzono funkcjonalne, wydajne perpetuum mobile, którego siłę napędową stanowią rozliczne mity i pseudo-demokratyczna samodyscyplina Polaków.

           Jest oczywiste, że tak działający system nigdy nie dopuści do udziału w życiu publicznym ludzi o poglądach sprzecznych z dogmatyką III RP. Zepchnie ich na margines, odizoluje i skaże na wykluczenie. Taką praktykę zastosowano już w latach 1988-1991, dokonują „oczyszczenia” przestrzeni politycznej z osób i środowisk przeciwnych paktom „okrągłego stołu”.
Logika tej operacji wynikała bezpośrednio ze strategii komunistycznej lat 1944-56, gdy w ramach instalowania okupacji sowieckiej, likwidowano i zwalczano każdy przejaw polskości, rugując z życia publicznego przeciwników obcego tworu.
Struktura polityczna III RP, w której brak jakiejkolwiek partii lub siły, dążącej do obalenia magdalenkowego porządku, jest widocznym dowodem skuteczności „moderacji”, dokonanej na przełomie lat 90.
Żadna partia i środowisko otwarcie głoszące postulat obalenia III RP i rozprawy z dziedzictwem komunizmu, nie wejdzie w obecny układ polityczny, nie znajdzie dostępu do środków przekazu i źródeł finansowania.
Przeszkodą jest nie tylko zasada konstytucyjna, rozstrzygająca o kształcie ustrojowym tego państwa, zawarta w art.2 konstytucji: „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”, a nawiązująca wprost do równie fałszywej normy art. 1.1. tzw. „konstytucji PRL”- „Polska Rzeczpospolita Ludowa jest państwem demokracji ludowej”, ale cała organizacja życia politycznego – z jego narzędziami instytucjonalnym oraz niepodważalnym dogmatem, jakoby tylko demokracja mogła organizować polską państwowość.
Nietrudno dostrzec tu zasadniczą różnicę z zasadami ustrojowymi II Rzeczpospolitej, w których nie narzucano Polakom „jedynie słusznej” formuły demokratycznej i nie rozstrzygano o kształcie ustrojowym. Ostatnia konstytucja wolnej Polski, z 23 kwietnia 1935 r. stanowiła w art.1:
1. Państwo Polskie jest wspólnem dobrem wszystkich obywateli.
2. Wskrzeszone walką i ofiarą najlepszych swoich synów ma być przekazywane w spadku dziejowym z pokolenia w pokolenie.
3. Każde pokolenie obowiązane jest wysiłkiem własnym wzmóc siłę i powagę Państwa.
4. Za spełnienie tego obowiązku odpowiada przed potomnością swoim honorem i swojem imieniem.
Z oczywistych względów, tak skonstruowana ustawa zasadnicza, nie mogła być źródłem prawa dla sukcesji komunistycznej. Brak odniesienia do „demokracji” - sprawdzonej i użytecznej w procesie legalizacji okupacji sowieckiej, niósłby katastrofalne skutki dla III RP:
- groził rozliczeniem zbrodni i zbrodniarzy komunistycznych oraz wykluczeniem ich ze wspólnoty narodowej,
- kształtował zasady prawne według interesu narodowego, a nie dobra beneficjentów sukcesji,
- uniemożliwiał wpływ na system polityczny, obsadę stanowisk i strukturę instytucji państwa,
- podważał gwarancje zachowania władzy „ojców założycieli”,
- pozbawiał narzędzi indoktrynacji i zarządzania „masami”.
Tylko mit demokracji, z jego nieodłącznymi elementami: fikcyjną „władzą suwerena”, „pluralizmem politycznym”, „parlamentaryzmem”, „wyborami powszechnymi”, zasadą „poszanowania praw obywatelskich”, istnienia „opozycji” itp. kanonami, mógł zapewnić trwałość władzy sukcesorów komunizmu. To dostateczny powód, by owa „demokracja” stała się dogmatem III RP i ograniczała nas w dążeniach niepodległościowych.
Ograniczenie to sięga tak daleko, że nie potrafimy już dostrzegać innych dróg, niż ta, na którą wprowadzili nas założyciele tego państwa.
Przeświadczenie, że wystarczy powołać nową partię i wejść z nią w obieg systemu III RP, jest dziś równie powszechne, jak wiara w możliwość pokonania „patologii” na drodze „przemian politycznych”.
Problem z odbiorem proponowanej w tej książce optyki, dotyczy przezwyciężenia naturalnych skłonności naszej percepcji i sprowadza się do odrzucenia zmodyfikowanej „nowej świadomości”.
W czasach okupacji sowieckiej, świadomość ta prowadziła do uznania PRL-u za państwo polskie i „oswojenia” nas z obcym tworem komunizmu.
III RP uczyniła z niej broń stokroć groźniejszą, bo powstały w Magdalence projekt „państwa socjalistycznego nowego typu(nazwa IIIRP w dokumentach SB) kazała uznawać za Niepodległą, zaś rządzące nim mechanizmy, określić mianem prawa i demokracji.
Tak dalece przekonano nas o istnieniu tych wartości, że klasyczne simulacrum – pozorujące zaledwie stan rzeczywisty, okryte zasłoną zdrady, kłamstwa, a nawet zbrodni, zaczęliśmy postrzegać jako domenę wolnej państwowości. Wystarczyła falsyfikacja języka i podważenie podstawowych pojęć, by oszukać nas i wykorzystać nasze marzenia o Niepodległej.
U podstaw tej mistyfikacji leży strach przed zdefiniowaniem PRL-u, komunizmu i jego sukcesorów. Gdyby taka definicja powstała i została przyjęta - z całą konsekwencją, nikt zdrowy na umyśle nie mógłby utrzymywać, że twór powołany w Magdalence jest wolną i niepodległą Rzeczpospolitą.
Jest tu ten sam rodzaj „zaczadzenia bolszewickim fetorem”, o którym mówił Zbigniew Herbert w trakcie rozmowy z Jackiem Trznadlem: „Na początku była mała grupka agentów, którzy uczepili się intelektualistów, a intelektualiści odegrali na cześć „nowego” symfonię patetyczną... To było małe, głupie, nędzne, zakłamane”.
Robić z tego „małego, głupiego, nędznego i zakłamanego” wolną Rzeczpospolitą – jest więcej niż zbrodnią.