Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

środa, 27 czerwca 2018

PREZYDENTURA – GWARANT III RP

Konstrukcja systemu politycznego III RP wyraźnie wskazuje, że najważniejszym gwarantem trwałość magdalenkowego tworu oraz zachowania wpływów środowiska decydentów III RP, jest osoba prezydenta.
Bez uwzględnienia tej zasady, nie sposób zrozumieć logiki procesów zachodzących w państwie ani ocenić  poszczególnych wydarzeń.
Ta reguła została mocno podkreślona już na początku formowania sukcesji komunistycznej, gdy pierwszym prezydentem został obrany W. Jaruzelski. Nominacja sowieckiego agenta, nie tylko akcentowała rzeczywistą kontynuację PRL-u (w tym personalną), ale wyznaczała kluczową rolę prezydenta w zmodyfikowanym tworze pokomunistycznym. Nietrudno zrozumieć powody takiego umocowania. Wyznaczenie jednej, konkretnej osoby oraz „namaszczenie” jej na urząd prezydencki, jest zadaniem stosunkowo łatwym z punktu pragmatyki pracy operacyjnej. W państwie zbudowanym na pakcie esbeków z ich agenturą, w którym „procesy polityczne” poddane są woli niejawnych środowisk decyzyjnych i zdeterminowane wiedzą „władców tajemnic”, wytypowanie takiej osoby nie wiąże się  z żadnym ryzykiem.
Oparcie gwarancji nienaruszalności systemu III RP  na urzędzie prezydenckim, stanowi prostą kontynuację procesu, jaki miał miejsce w latach 1947-52, gdy tzw. prezydentem RP został inny agent sowiecki - B. Bierut. Antologie sięgają jeszcze głębiej, jeśli zauważyć, że wyboru Bieruta dokonał Sejm Ustawodawczy, ukonstytuowany w wyniku sfałszowanych wyborów z roku 1947. 
Tę sekwencję wiernie powtórzono w roku 1989, gdy po sfałszowanych wyborach z czerwca 1989, Zgromadzenie Narodowe podjęło decyzję o powołaniu Jaruzelskiego.
Wybory dwóch kolejnych prezydentów- tajnych współpracowników bezpieki, potwierdzały generalną zasadę: na tym stanowisku musi znajdować się „nasz człowiek”.
Za rzecz całkowicie naturalną należy uznać, że w kancelariach L. Wałęsy i A. Kwaśniewskiego lokowano byłych członków PZPR, ale też funkcjonariuszy, agentów oraz pomniejszych kapusiów służb komunistycznych. Głównie w obszarze dotyczącym  spraw bezpieczeństwa. Symbolem tej reguły, może być  postać b. szefa WSI M. Dukaczewskiego, który w kancelarii Kwaśniewskiego zajmował stanowisko zastępcy szefa BBN.
Tego rodzaju praktyki służyły dwóm celom: konsolidacji środowiska, które budowało sukcesję komunistyczną oraz zapewnieniu „opieki i wsparcia” dla  figurantów politycznych, wyniesionych do roli głowy państwa. Ci ludzie musieli być kontrolowani i odpowiednio „motywowani” przez osoby postawione w ich najbliższym otoczeniu.
Ówczesną rolę prezydentów, można rozpoznać w szeregu decyzji służących zachowaniu status quo, np. podczas nocnego zamachu na rząd premiera Jana Olszewskiego, czy w przyjęciu konstytucji III RP, do której m.in. wpisano gwarancje wpływów „władzy sądowniczej”- najtrwalszego elementu komunistycznej spuścizny.
      W takim kontekście, wydarzenia z roku 2005  i wybór Lecha Kaczyńskiego na prezydenta, należałoby  uznać za klasyczny „błąd systemowy”.
Ponieważ nie miejsce tu na szczegółowa analizę ówczesnych wydarzeń, dość zauważyć dwa, znamienne fakty, które wykluczały Lecha Kaczyńskiego z grona „naturalnych kandydatów: nie był on współpracownikiem bezpieki i nie miał związków z komunistycznym „establishmentem”. Nie istniały też żadne „komprmateriały”, które mogłyby posłużyć do wymuszenia określonych zachowań nowego prezydenta. 
Ten wybór – na tle postaci Jaruzelskiego, Wałęsy i Kwaśniewskiego, trzeba zatem uznać za polityczną anomalię, którą „system” musiał  naprawić.
W tekście „LAWA” z kwietnia 2010 roku, przypomniałem fragment opracowania A.Golicyna „Nowe kłamstwa w miejsce starych, komunistyczna strategia podstępu i dezinformacji”.
W rozdziale poświęconym analizie zamachu na Jana Pawła II, Golicyn wskazywał przypadki, w których „według wiedzy i rozumowania autora, rząd sowiecki i KGB uciekłyby się do politycznego zabójstwa zachodniego przywódcy” i wymieniał oraz uzasadniał tylko trzy takie sytuacje:
1. Jeśli zachodni przywódca, który jest zwerbowanym agentem sowieckim jest zagrożony na stanowisku przez politycznego rywala.
2. Jeśli zachodni przywódca stałby się poważną przeszkodą dla strategii komunistycznej i strategicznego programu dezinformacji.
3. Jeśli zabicie przywódcy daje możliwość na przejęcie jego pozycji przez agenta kontrolowanego przez Sowietów.

W zakresie pierwszego przypadku, Golicyn wskazywał na „sprawozdanie Żenichowa”, byłego rezydenta KGB w Finlandii. Przedstawił on historię prowadzonego przez siebie agenta, który pełnił wysokie stanowisko państwowe i w pewnym okresie był w kampanii wyborczej zagrożony przez konkurenta, antykomunistycznego socjaldemokratę. Wkrótce więc ten konkurent został otruty przez zaufanego agenta KGB.
W drugim przypadku – autor zwracał uwagę, że „zachodni przywódca, który jest zaangażowany we wzmacnianie skutecznej kontr-strategii przeciwko komunistom, powinien unikać wizyt w krajach komunistycznych, czy brać udział w jakichkolwiek spotkaniach na szczycie z ich przywódcami”.
Trzeci przypadek, Golicyn uzasadniał informacją uzyskaną od Lewinowa, doradcy KGB w Czechosłowacji, który zamordowanie przez służby sowieckie prezydenta Benesza tłumaczył  zamiarem obsadzenia stanowiska prezydenckiego przez przywódcę komunistów Gottwalda.
    Wiedza, jaką  posiadamy dziś o prezydenturze Lecha Kaczyńskiego oraz o zamachu smoleńskim, pozwala z przekonaniem stwierdzić, że zachodzą dwie sytuacje, które mogłyby prowadzić do sięgnięcia po zabójstwo polityczne:
1. działania Lecha Kaczyńskiego stanowiły poważną przeszkodę dla strategii rosyjskiej i strategicznego programu dezinformacji,
2. zabicie tego prezydenta dawało możliwość przejęcia jego pozycji przez człowieka kontrolowanego przez Rosję.
W kwietniowym tekście z roku 2010 napisałem również:
Kluczem do zrozumienia i interpretacji wielu procesów politycznych zachodzących w ostatnich dwóch latach, jest osoba Bronisława Komorowskiego. Wydarzenia  z udziałem tego polityka – począwszy od afery marszałkowej, poprzez „prawybory” w PO, aż po skutki katastrofy z 10 kwietnia – spinają  ten okres niczym logiczna klamra i wyznaczają kierunek, w jakim obecnie zmierza III RP.”
Nie mam wątpliwości, że prezydentura Komorowskiego stanowiła swoiste „ukoronowanie” procesu  budowania III RP w oparciu o opcje rosyjską – a zatem, dawała najmocniejszą gwarancję zachowania wpływów środowiska  „ojców założycieli” III RP.
Nigdy wcześniej – nawet w czasach Wałęsy i Kwaśniewskiego, nie nastąpiło tak mocne i spektakularne „zbliżenie” z państwem Putina.
Jeśli zabójstwo prezydenta Kaczyńskiego oceniać w kategorii „naprawy błędu systemowego”, to  późniejsze działania Komorowskiego i jego partyjnych kamratów, ale też zachowania przedstawicieli polskiego Kościoła i tzw.”elit” III RP, przypominają ten rodzaj ekscytacji, z jaką niewolnik wita powrót swojego „pana” i – na wszelkie sposoby, próbuje zatrzeć negatywne skutki popełnionych błędów. W forsowanej wówczas „idei pojednania polsko-rosyjskiego”, znajdujemy rys niezrozumiały dla ludzi wolnych.
Było coś wręcz makabrycznego w tej szaleńczej wspólnocie zatroskania nad „pojednaniem polsko-rosyjskim” – wyrażanej natychmiast po tragicznej śmierci polskiego prezydenta i polskiej elity.
Głos Komorowskiego, głosy hierarchów i innych piewców „pojednania”, nie mieściły się w żadnej logice ludzkich zachowań i były wyrazem jakiejś antypolskiej aberracji, która w śmierci Polaków nakazywała upatrywać szansę na „zbliżenie dwóch narodów”. Aberracji tym większej, że proces ten nigdy nie został poprzedzony jakimkolwiek wyznaniem win, rachunkiem krzywd lub próbą ich naprawienia. Jeśli to makabryczne zjawisko, nie doczekało się dotąd rzetelnej analizy i oceny prawo-polityczno-historycznej, dowodzi to, jak mocne jest zniewolenie grupy rządzącej dziś III RP.
Ale prezydentura Komorowskiego, to nie tylko haniebny proces „pojednania”. Wielokrotnie pisałem o metodycznym i celowym budowaniu reżimu prezydenckiego oraz zawłaszczeniu przez środowisko belwederskie najważniejszych obszarów życia publicznego.  W żaden sposób i w najmniejszym zakresie, ówczesny lokator Belwederu nie był „strażnikiem żyrandola” - jak fałszywie przedstawiali tę postać żurnaliści „wolnych mediów”.
Okres prezydentury Komorowskiego niesie pełne potwierdzenie dla tezy o wiodącej roli tego ośrodka władzy.
Koncepcję umocnienia władzy prezydenckiej, można znaleźć w jednej z wypowiedzi szefa BBN, S.Kozieja z roku 2011: „Z konstytucji wynika, że są dwa ośrodki władzy wykonawczej – rządowy i prezydencki. Bierzemy jednak pod uwagę, że w przyszłości może się pojawić wola zmiany konstytucji i na przykład przejście na system prezydencki albo gabinetowy”. To stwierdzenie należało odczytać, jako wyraźną zapowiedź ewolucji w stronę reżimu prezydenckiego.
Od chwili objęcia stanowiska, B. Komorowski wykazywał zaangażowanie w szczególnym obszarze polityki. Dotyczył spraw bezpieczeństwa, wojskowości i służb specjalnych. Kilka legislacyjnych posunięć zwiększyło wpływy Belwederu na armię, w tak newralgicznych kwestiach, jak obsada najwyższych stanowisk, rozbudowa „potencjału obronnego” i modernizacja przemysłu zbrojeniowego (tu: wpływy środowiska b.WSI) oraz dało podstawę do wdrożenia prezydenckiej „koncepcji kułaka”, w której znacząco ograniczono uprawnienia cywilnego wywiadu i kontrwywiadu, utworzono nową służbę (Narodowe Centrum Kryptologii) i umocniono formacje wojskowe. Kolejne regulacje prawne, poszerzały zakres władzy prezydenckiej nad siłami zbrojnymi (reforma dowodzenia), a cały system bezpieczeństwa narodowego podporządkowały tzw. „doktrynie Komorowskiego” - zbudowanej na bazie, tyleż nonsensownych, jak groźnych dla  naszego bezpieczeństwa „rekomendacji”, powstałych w ramach Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego.
      Tym większym zaskoczeniem, mogła wydawać się przegrana Komorowskiego w wyborach prezydenckich 2015. Biorąc pod uwagę tezę zarysowaną w tym tekście, było to wydarzenie niewytłumaczalne na gruncie wiedzy o funkcjonowaniu III RP.
Wśród pytań, jakie wówczas zadałem, znalazły się kwestie związane z realną pozycją lokatora Belwederu:
-Dlaczego A.Duda wygrał z człowiekiem wspieranym przez ośrodki propagandy i potężnych reżimowych graczy?
-Dlaczego pozwolono, by w drodze „demokratycznych przemian” odszedł patron ludzi z wojskowej bezpieki, najgorliwszy przyjaciel Moskwy i filar triumwiratu III RP?
-Dlaczego rozstrzygnięcie to tak łatwo przyjęto na Kremlu, jeśli to stamtąd wyszedł projekt zamachu smoleńskiego?
-Dlaczego środowisko Belwederu pogodziło się z utratą wpływu na armie i służby specjalne?

W mojej ocenie, wygrana Andrzeja Dudy była wydarzeniem nieweryfikowalnym - w tym sensie, że nie podlegała prostej pragmatyce działań układu III RP i nie można było jej zaakceptować (przewidzieć) na podstawie wiedzy o istniejących mechanizmach. Weryfikacja mogła nastąpić tylko wówczas, gdybyśmy (a priori) przyjęli, że ta kandydatura i ta wygrana stanowiły element strategii wpisanej w  potrzeby systemu – czyli przyjęli hipotezę niemożliwą wówczas do dowiedzenia.
    Sugestię, iż w roku 2015 doszło do kolejnego „błędu systemowego”, a wygrana A.Dudy była dowodem prymatu demokracji nad realnym systemem III RP, uważam za kompletnie nonsensowną.
Przeczy jej, nie tylko logika zbrodni smoleńskiej i budowanie reżimu w oparciu o efekty tej zbrodni, ale też jawne fałszerstwa wyborcze z roku 2014 oraz rozliczne akty lekceważenia lub łamania prawa przez grupę rządzącą.
Jeśli zaledwie rok wcześniej, ta władza nie cofnęła się przed sfałszowanie wyborów samorządowych, dlaczego miałaby zaakceptować wygraną Dudy stosunkiem głosów 51,55- 48.45?
Skoro służby Putina podjęły zadanie naprawy „błędu systemowego” i przywróciły nad Wisłą władzę „długiego ramienia Moskwy”, jak mogły dopuścić do zaprzepaszczenia tych zdobyczy poprzez akt wolnego wyboru?
Przyjęcie mitologii demokracji – w tym przypadku i na użytek tego wydarzenia – oznaczałoby poddanie się amnezji i odrzucenie wiedzy o ośmiu latach funkcjonowania poprzedniego reżimu.
Nade wszystko, podobnym sugestiom przeczy jednak wiedza o przebiegu tej prezydentury i zachowaniach obecnego lokatora Pałacu.
Wiedza, która ponad wszelką wątpliwość pozwala dostrzec faktyczną kontynuację poprzedniej prezydentury.
Nie tylko w wymiarze personalnych (obecność „ludzi Komorowskiego” w BBN i Kancelarii Prezydenta) ale w zakresie szeregu projektów (od „narodowego czytania” poczynając, na „strategicznym partnerstwie” z Chinami kończąc), konkretnych zachowań (decyzja o nieujawnianiu Aneksu) oraz forsowaniu rozwiązań służących wzmocnieniu władzy ośrodka prezydenckiego.
Jeśli projekt „referendum konstytucyjnego” ma jakikolwiek sens, to właśnie w zakresie zasadniczego pytania: „Czy jest Pani/Pan za wzmocnieniem kompetencji wybieranego przez Naród Prezydenta w sferze polityki zagranicznej i zwierzchnictwa nad Siłami Zbrojnymi Rzeczypospolitej Polskiej?”.
Te obszary – nadzoru nad armią i prowadzenia polityki zagranicznej, stanowiły najmocniejszą domenę poprzednich środowisk prezydenckich, a za czasów B. Komorowskiego należały do wyłącznej gestii prezydenta. Wypowiedź T. Nałęcza z roku 2014, gdy powstawał rząd E.Kopacz, dobitnie potwierdza ten zakres władzy: ”Myślę, że prezydent będzie zwłaszcza zainteresowany tymi resortami, które się wiążą z jego konstytucyjną odpowiedzialnością. A prezydent konstytucyjnie jest odpowiedzialny za bezpieczeństwo państwa i politykę zagraniczną”.
Objaśnianie budowy reżimu prezydenckiego „konstytucyjną odpowiedzialnością” i prerogatywami, należało do stałego repertuaru takich wystąpień. 
Istotnym wskaźnikiem, jest również zachowanie Andrzeja Dudy wobec Antoniego Macierewicza i wymuszenie dymisji ministra obrony narodowej.
Ten aspekt „przebudzenia” , opisany przeze mnie w wielu tekstach, pozwala zrozumieć, że – wzorem swoich poprzedników, obecny lokator Pałacu trafnie dostrzegał zagrożenia płynące z uwolnienia polskiej armii od komunistycznego „garbu” i budowania naszych gwarancji bezpieczeństwa na ścisłym sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. Postawienie na czele MON M.Błaszczaka -postaci równie bezbarwnej i bezwolnej, jaką za czasów Komorowskiego był T. Siemoniak, służyło zablokowaniu „niebezpiecznych” projektów Antoniego Macierewicza i pozwalało środowisku pałacowemu na przejęcie faktycznej władzy nad armią. Podobnego zabiegu dokonano w MSZ, gdzie prezydencki nominant J. Czaputowicz, uzupełnia jedynie decyzje podejmowane przez  Bogusława Winida - doradcę Andrzeja Dudy.
Tu – z kolei, ujawnia się drugi obszar wyjątkowej troski wszystkich prezydentów III RP. Dotyczy on osadzenia Polski w pojałtańskim systemie „georealizmu”, w którym gwarancje ograniczonej suwerenności, mają płynąć z uprawiania mitu „integracji europejskiej”.   Jedno ze szczególnie groźnych pytań referendalnych: „Czy jest Pani/Pan za konstytucyjnym zagwarantowaniem członkostwa Rzeczypospolitej Polskiej w Unii Europejskiej?” pozwala rozpoznać również ten zakres sukcesji.
Podobnie, jak blokowanie przez lokatora Pałacu ustaw mogących naruszyć status III RP – jako domeny rozmaitych grup wpływu. Dotyczy to, nie tylko ustaw sądowych, czy ustawy o IPN, ale obejmuje decyzje tak spektakularne, jak odrzucenie (głęboko okaleczonej względem oryginału) ustawy degradacyjnej.  
Nieomylnym znakiem przyjęcia przez A.Dudę roli strażnika systemu magdalenkowego, jest także bezwzględnie podporządkowanie partii Jarosława Kaczyńskiego  projektom płynącym z Pałacu.
Mocnym dowodem była tzw. „rekonstrukcja rządu”, podczas której partia skoncentrowana na efektach „pijarowskich”, musiała zrezygnować z doskonale notowanego rządu Beaty Szydło, na rzecz grupy utworzonej przez „mojego premiera”-jak A.Duda nazwał M.Morawieckiego. 
To zachowanie potwierdza, że środowisko prezydenckie przejęło pełnię władzę nad ważnymi dziedzinami państwa –  siłami zbrojnymi i polityką zagraniczną.
Potwierdza również zasadę sformułowaną na tym blogu przed dwoma laty: gwarantem zachowania status quo jest ośrodek prezydencki i jakiekolwiek spory w tym zakresie, będą rozstrzygane na korzyść tego ośrodka.
        Jeśli dziś, z coraz większą mocą dostrzegamy ciężar tej zależności i coraz bardziej mamy prawo obawiać się jej negatywnych skutków, warto sformułować myśl kluczową dla zatrzymania  groźnych procesów. Sprowadza się ona do przekonania, że nie wolno akceptować dalszego wzmacniania władzy prezydenckiej.
Nie z powodu „osobistych predyspozycji” obecnego lokatora Pałacu lub wiary, że szkodzi on „dobrej zmianie”, ale z uwagi na fakt, że to stanowisko i ten ośrodek był, jest i będzie największą przeszkodą na drodze obalenia porządku magdalenkowego. Nie mam przy tym wątpliwości, że taką samą rolę odegra następca Andrzeja Dudy, jak i każdy inny prezydent III RP.
Dlatego prawdziwy proces oczyszczenia Polski z jarzma sukcesji komunistycznej, należałoby rozpocząć od likwidacji urzędu prezydenckiego i przecięcia tych patologicznych relacji.
Tak postąpiłaby władza świadoma obecnych zagrożeń i zdecydowana na budowanie wolnej Polski. 
Tak też myślałby polityk, który interes narodowy wynosi ponad korzyści partyjne.
Taka konkluzja wypływa z analizy trzech dekad funkcjonowania urzędu prezydenckiego i jest logicznym wnioskiem z oceny prezydentury Lecha Kaczyńskiego - jako „błędu systemowego”.
Nie stać nas na utrzymywanie fikcji, jakoby prezydent III RP był „reprezentantem narodu”. To stanowisko prezentuje interesy grupy „założycieli” obecnej sukcesji i nie ma nic wspólnego z realizacją narodowych aspiracji Polaków. 
Dlatego dalsze pogłębianie władzy prezydenckiej – w jakimkolwiek zakresie i stopniu, jest drogą  kontynuacji systemu narzuconego w roku 1989.

czwartek, 21 czerwca 2018

GDYBY PAN COGITO NIE BAŁ SIĘ POTWORA


Rozsądni mówią, że można współżyć z potworem, należy tylko unikać gwałtownych ruchów, gwałtownej mowy.
Rozsądni wierzą w mechanizmy demokracji, deliberują uczenie o potrzebie konsensusu i próbują omijać potwora szerokim łukiem, zapewniając siebie i innych o potędze karty wyborczej i potrzebie konstruktywnych działań.
Ich strach nie ma twarzy umarłego, umarli są dla nich łagodni.
Rozsądni uznali, że ocaleli aby żyć, a ich świadectwo ma być dane w warunkach „demokracji”, w czasie politycznych debat i rzeczowej polemiki. Cyzelują swoje wystąpienia i z kilku sofizmatów próbują sklecić parcianą logikę – nie mieliśmy dokąd odejść, zostaliśmy na śmietniku, zrobiliśmy porządek, kości i blachę oddaliśmy do archiwum.
Rozsądni „chcą łączyć nie dzielić”, głoszą dogmat „dobrych zmian” i zapewniają o odrzuceniu „zemsty i odwetu”.
Wprawdzie dialektyka oprawców nadal brzmi złowrogo i nie da się dostrzec żadnej dystynkcji w rozumowaniu, rozsądni ufają w cywilizowane normy i pokładają nadzieję w formie kamienia albo liścia
Wierzą w mądrość Polaków, a nawet w to, że polskość jest „wartością dodaną” do miejsca urodzenia i tam, gdzie przez mgłę widać tylko ogromny pysk nicości , trzeba wypatrywać twarzy rodaka, brata, przyjaciela.
Wystarczy wierzyć. Jak wtedy, gdy futrzana czapka spada na baranie oczy.
Rozsądni odrzucają zgubne podziały i każą słuchać mądrej Natury, która zaleca mimetyzm. Uwielbiają prowadzić strategiczną grę Kropotkin, która ma wiele zalet, wyzwala wyobraźnię historyczną i poczucie solidarności. Jeśli nawet obfituje w dramatyczne epizody, to jej reguły są szlachetne.
Dlatego rozsądni rozstawiają figury na wielkiej tablicy imaginacji , na której nie ma miejsca na niewdzięczne role bękartów ani dialektykę My - Oni.
Nie zrobią tego nawet wówczas, gdy opadnie groza, pogasną reflektory i odkryjemy że jesteśmy na śmietniku w bardzo dziwnych pozach, jedni z wyciągniętą szyją, drudzy z otwartymi ustami z których sączyła się jeszcze ojczyzna. W ucieczce przed potworem - tak bardzo chcieliby ocalić życie na niby, że na końcu swoich dni ponieść zwyczajną śmierć, bez glorii, powaleni bezwładem.


Czas, w którym zbrodnia będzie nazwana, nadejdzie nieuchronnie.
Ci, którzy są jej winni już budzą się z krzykiem, gdy nawiedza ich sen cesarza szukającego szpary, w którą mógłby się wcisnąć. Z obawy, że podłoga jest gładka i śliska wciąż posyłają kolejnych żołnierzy, by chodzili wokół sypialni z obnażonymi mieczami.
To już niczego nie zmieni.
Czas, w którym zbrodnia zostanie nazwana postawi nas twarzą w twarz z potworem.
Nie takim, jakiego widzieliśmy dotąd na ekranach telewizorów, ubranym w drogie garnitury i służbowe grymasy, namaszczonym na miano „opozycji” i „partnerów w dialogu”.
Do końca nie wiadomo – czy będzie miał wtedy spoconą gębę i przyspieszony ze strachu oddech, czy tylko przywdzieje kolejną maskę i śmiejąc się z gapiów regulaminowo zastuka kopytami.
O jego twarzy zdecydują rozsądni, wybierając jedną ze ścieżek - na prawo (gdzie) było źródło lub na lewo (gdzie) było wzgórze.
Oni wiedzą, że nie można mieć zarazem źródła i wzgórza idei i liścia i przelać wielość bez szatańskich pieców ciemnej alchemii zbyt jasnej abstrakcji.
Oni zrozumieli, że obywatele szyją nowe sztandary niewinnie białe i nie wypada postępować wbrew radom stoików.
Drogę na wprost - gdzie niewola niewolą, nóż jest nożem a śmierć śmiercią - wskażą tylko poeci i kilku nieuleczalnych marzycieli.
Kiedykolwiek nadejdzie ten czas, na krótką chwilę przywróci nam prawa utracone przed laty.

Pierwsze – do czerpania ze śmierci tych, których dosięgła nienawiść.
Przed siedemdziesięcioma laty i dziś.
Drugie – do semantycznego ładu i prostoty wyboru: tak lub nie.
Ten czas rozstrzygnie – czy dołączymy do grona przodków, czy staniemy się potworem.



……………………….

Nie można zrozumieć naszego wczoraj i dziś bez słów Zbigniewa Herberta. Nie można zobaczyć jutra, jeśli odrzuci się myśl Poety. Dlatego przypomnienie tego tekstu – właśnie teraz i dziś, jest konieczne.


Potwór Pana Cogito, Potęga smaku, Gra Pana Cogito, Raport z oblężonego miasta, Nasz strach, Przebudzenie, Pan Cogito i wyobraźnia, Sen cesarza, Ścieżka, Przepaść Pana Cogito, Pan Cogito o postawie wyprostowanej.


poniedziałek, 28 maja 2018

FAŁSZYWA ALTERNATYWA – 2.TERAPIA

Publikacja pierwszej części tekstu „FAŁSZYWA ALTERNATYWA” pozwoliła mi zrozumieć, jak głęboko sięga obszar mitologii III RP i jak mocno zakorzenione są kłamstwa o „mechanizmach politycznych” tego państwa.
Przeświadczenie, że wystarczy powołać nową partię i wejść z nią w obieg systemu III RP, jest dziś równie powszechne, jak wiara w możliwość obalenia tego systemu na drodze „przemian politycznych”.
Mogę podejrzewać, że nawet uważnym czytelnikom bezdekretu, ten fragment „FAŁSZYWEJ ALTERNATYWY” mógł sprawić niemałą trudność:
Trzeba odrzucić optykę sprowadzoną do budowania „trzecich dróg”, tworzenia kanapowych partyjek lub środowisk wzajemnej adoracji. Trzeba zapomnieć o „wynikach wyborów”, „sondażach”, programach politycznych i walkach parlamentarnych. Są to iluzje, mające utrzymać nas w karbach mitologii obecnego państwa.
Trzeba przyjąć za pewnik, że nie da się obalić porządku III RP w drodze wyborów parlamentarnych i wolnej gry politycznej. Znając prawdę o genezie tego tworu i historię ostatnich dekad, nie można pokładać nadziei w fasadowych cechach parlamentaryzmu i pseudo-demokracji. Nie wolno też wierzyć w mit państwa prawa, gdy tym obszarem zarządzają ludzie służący sowieckiemu okupantowi.
Byłoby absurdem widzieć – czym jest to państwo i znać jego reguły, a jednocześnie przyjmować narzędzia narzucone przez wroga
.”
    Problem z odbiorem takiej optyki, dotyczy przezwyciężenia naturalnych skłonności naszej percepcji i sprowadza się do odrzucenia zmodyfikowanej „nowej świadomości”. 
W czasach okupacji sowieckiej, świadomość ta prowadziła do uznania PRL-u za państwo polskie i „oswojenia” nas z obcym tworem komunizmu.
III RP uczyniła z niej broń stokroć groźniejszą, bo powstały w Magdalence projekt „państwa socjalistycznego nowego typu”, kazała uznawać za Niepodległą, zaś rządzące nim mechanizmy, określić mianem zasad prawa i demokracji.
Tak dalece przekonano Polaków o istnieniu tych wartości, że klasyczne simulacrum – pozorujące zaledwie stan rzeczywisty, okryte zasłoną zdrady, kłamstwa, a nawet zbrodni, zaczęli postrzegać jako domenę wolnej państwowości. Wystarczyła falsyfikacja języka i podważenie podstawowych pojęć (jak: naród, patriotyzm, wolność, demokracja, itd.), by oszukać Polaków i wykorzystać nasze marzenia o Niepodległej.
U podstaw tej mistyfikacji leży strach przed zdefiniowaniem PRL-u, komunizmu i jego sukcesorów. Gdyby taka definicja powstała i została przyjęta - z całą konsekwencją, nikt zdrowy na umyśle nie mógłby utrzymywać, że twór powołany w Magdalence jest wolną i niepodległą Rzeczpospolitą.
Jest tu ten sam rodzaj „zaczadzenia bolszewickim fetorem”, o którym mówił Zbigniew Herbert w trakcie rozmowy z Jackiem Trznadlem: „Na początku była mała grupka agentów, którzy uczepili się intelektualistów, a intelektualiści odegrali na cześć „nowego” symfonię patetyczną... To było małe, głupie, nędzne, zakłamane”.
Robić z tego „małego, głupiego, nędznego i zakłamanego” „wolną Rzeczpospolitą” – jest więcej niż zbrodnią.

wtorek, 24 kwietnia 2018

FAŁSZYWA ALTERNATYWA – 1. DIAGNOZA


PiS albo PO, Kaczyński lub Tusk, Duda albo Komorowski, prawica bądź lewica – każde z tych zestawień, funkcjonujących na co dzień w realiach III RP, tworzy fałszywą alternatywę i jest elementem mitologii pustoszącej umysły Polaków.
Każde z nich powstało po to, by w stanie nienaruszonym zachować status sukcesji komunistycznej i zagrodzić nam drogę do Niepodległej.
Ludzie, którzy chętnie sięgają po takie zestawienia, by usprawiedliwić własną niemoc i wybory dokonywane podług tej mitologii, są zakładnikami systemu stworzonego przy „okrągłym stole” i - choćby deklarowali sprzeciw obecnej rzeczywistości-postępują zgodnie z intencją magdalenkowych szalbierzy.
Ci ludzie ignorują prawdę o fundamentach dzisiejszego państwa i o metodach, jakimi narzucono nam system polityczny III RP. Ignorują ją w przeświadczeniu, że upływ czasu doprowadził do konwalidacji „grzechów pierworodnych” tego państwa i zniwelował atrybuty nadane mu przez „ojców założycieli”. Tymczasem - bez uwzględnienia tych okoliczności i solidnej refleksji historycznej, deliberowanie o „alternatywach”, przypomina bełkot idioty.
                Dokonana 31 grudnia 1989 roku, przez tzw. Sejm kontraktowy, zmiana nazwy państwa i jego godła, miała wyłącznie wymiar symboliczny. Nie oznaczała zerwania formalnoprawnej więzi z okresem okupacji sowieckiej i konserwowała historyczną i personalną spuściznę PRL. Nigdy też nie przyjęto ustawy o restytucji państwa polskiego i nie odważono się wskrzesić Konstytucji II Rzeczpospolitej z 1935 roku.
U podstaw tworzenia fałszywych alternatyw i schematu politycznego III RP, leżała dyspozycja szefa bezpieki:
"Służba Bezpieczeństwa może i powinna kreować rożne stowarzyszenia, kluby czy nawet partie polityczne. Ma za zadanie głęboko infiltrować istniejące gremia kierownicze tych organizacji na szczeblu centralnym i wojewódzkim, a także na szczeblach podstawowych, muszą być one przez nas operacyjnie opanowane. Musimy zapewnić operacyjne możliwości oddziaływania na te organizacje, kreowania ich działalności i kierowania ich polityką" – instruował Czesław Kiszczak, podczas posiedzenia kierownictwa MSW, w lutym 1989 roku.
Nim rozpoczęły się rozmowy „okrągłego stołu”, instrukcje SB wskazywały na potrzebę „wspierania zwolenników konstruktywnego nurtu opozycji w naszym kraju, kosztem wyhamowania najbardziej agresywnych inicjatyw podejmowanych przez ekstremistów".
W ramach wydanych wówczas dyrektyw, inspirowano powstawanie nowych partii i środowisk politycznych, które wspierały proces esbeckiej „transformacji ustrojowej” oraz niszczono i marginalizowano tych, którzy nie godzili się na kontynuację komunistycznej sukcesji. Udział w tym procederze brali ludzie powiązani z policją polityczną PRL, którzy po roku 1989 przemienili się w biznesmenów, bankierów lub polityków. Istotną role powierzono również zgrai kapusiów i donosicieli, wyselekcjonowanych w ramach tzw.”opozycji demokratycznej” oraz hierarchom Kościoła.
Utworzona w ten sposób „reprezentacja narodowa”, miała zadbać o „prawidłowy przebieg przebieg procesów politycznych”, eliminując z życia publicznego przeciwników magdalenkowej zdrady oraz wspierając tych, którzy bez sprzeciwu przyjmowali status III RP.
Przytoczę słowa Krzysztofa Czabańskiego - bezpośredniego obserwatora obrad „okrągłego stołu”, który w wydanej w roku 2005 książce „Pierwsze podejście. Zapiski naocznego świadka” odsłaniał kulisy tego szalbierczego procesu. Relacjonując wydarzenia od 6 lutego do 6 kwietnia 1989 roku, Czabański pisał:
Zadaniem K. W. wszystko to jest mistyfikacją. Według L. za „okrągłym stołem”, a właściwie za zawartym wcześniej układem, stoją duże pieniądze (kilka miliardów dolarów) i to skłania władzę do porozumienia. Według K. jest to plan sowiecki, realizowany bezwzględnie przez Jaruzelskiego i Wałęsę, który zwietrzył możliwość utworzenia przez elitę opozycji establishmentu wespół z elitą władzy. Jakby jednak nie było, wydaje się, że efekt końcowy może być podobny. Otóż, nastąpi legitymizacja władzy, Jaruzelski zostanie prezydentem wybranym przez sejm, który z kolei będzie wybrany przez naród. Wałęsa zaś będzie następnym prezydentem, a na razie np. przewodniczącym Frontu Porozumienia Narodowego. (...) U końca drogi zaś, prorokuje K. W., skorumpowane elity będą blokować społeczeństwo, zaś rządzić będzie prezydent – choćby i Wałęsa – i tajna policja”.
Narzucony wówczas schemat polityczny, wykluczał działalność „sił wstecznych, hamujących rozwój”(z dokumentów SB). Ludzi, którzy sprzeciwiali się hańbie „okrągłego stołu” zepchnięto na margines, zmuszono do emigracji lub skazano na zapomnienie. Traktowano ich jako „ekstremistów” i „terrorystów”.

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

NIE BĘDZIEMY RAZEM

Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu, po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę, idź wyprostowany wśród tych co na kolanach, wśród odwróconych plecami i obalonych w proch ocalałeś nie po to aby żyć...
Trzeba było, by mój Prezydent zginął w Katyniu, w ziemi ciemnego kresu, gdzie giną najlepsi z najlepszych, odbierając ostatnią nagrodę.  Trzeba było, by mój Prezydent wrócił w prostej trumnie, by tym, co na kolanach, i tym, odwróconym od prawdy przypomnieć czym jest ofiara życia.
bądź odważny gdy rozum zawodzi, bądź odważny, w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy...
Odwaga jest w nienawiści u tchórzy. Dlatego szydzili z niej, pytając o „ślepego snajpera”, gdy mój Prezydent został bohaterem Gruzji. Dlatego zagłuszano jego głos, gdy przypominał o mordercach z Katynia i drwiono z niego, gdy bronił naszej pamięci.
oni wygrają pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę, a kornik napisze twój uładzony życiorys...
Oni wiedzą, że dziś można. Pokazywać zdjęcia nigdy nie widziane, nazywać mężem stanu i ciepłym człowiekiem. Dziś, gdy mój Prezydent nie żyje, zgraja hipokrytów prześciga się w pochwałach, z nikczemnym przekonaniem, że martwy już im nie przeszkodzi. Po latach szyderstw, tanim bełkotem próbują zmyć hańbę, wierząc, że oszukać Polaków jest rzeczą łatwą. 
i nie przebaczaj, zaiste nie w twojej mocy przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie...
Nie będzie przebaczenia. Dopóki trwa kolejna odsłona kłamstwa katyńskiego, załgany spektakl pod dyktando Moskwy, odgrywany przez media i rządzących. Rozpoczęty przed wieloma miesiącami, gdy ten rząd, z tym pułkownikiem KGB postanowili z mojego Prezydenta uczynić przedmiot rozgrywek. Nie będzie przebaczenia, bo nim zebrano ciała ze smoleńskiego lotniska, już zabrzmiał haniebny dwugłos  - o „winie polskich pilotów” i „roli jaką mógł odegrać upór prezydenta” – zwiastujący to, co będzie się działo za kilka tygodni.
Nie będzie przebaczenia, bo chcą nam zabrać nawet naszą dumę.
 strzeż się jednak dumy niepotrzebnej, oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz...
Chcą, żebyśmy ślepą nienawiścią wystawili się na ciosy. Łatwe do zadania, bo ten kto nienawidzi, już przegrał. Przed swoją maską „żalu”, chcą postawić naszą „wrogość” i pokazać światu, jako „dumę niepotrzebną”. 
niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda, dla szpiclów katów tchórzy...
I dla namiestnika, który w nienawiści do mojego  Prezydenta, przez lata topił lęk. Dziś – wyniesiony na jego śmierci chce „łączyć w żałobie” i załganym frazesem - „bądźmy wszyscy razem” próbuje zatrzeć nieprzekraczalne granice.
Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę.
Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych.
Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy -  kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.  


Tekst z 11 kwietnia 2010 roku

sobota, 31 marca 2018

ŻYCZENIA WIELKANOCNE



Dlaczego mamy się nie lękać? Ponieważ człowiek został odkupiony przez Boga. W tej prawdzie jest najgłębsza afirmacja owego ,,Nie lękajcie się!'': ,,Bóg umiłował świat - tak umiłował, że Syna swego Jednorodzonego dał'' (por. J'3,'16). Ten Syn trwa w dziejach ludzkości jako Odkupiciel. Odkupienie przenika całe dzieje człowieka, również przed Chrystusem, i przygotowuje jego eschatologiczną przyszłość. Jest tym światłem, które ,,w ciemnościach świeci i żadne ciemności nie potrafią jej ogarnąć'' (por. J 1, 5). 
Potęga Chrystusowego krzyża i zmartwychwstania jest zawsze większa od wszelkiego zła, którego człowiek może i powinien się lękać.
Święty Jan Paweł II Przekroczyć próg nadziei.



Życzę Państwu, by ten błogosławiony czas Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa, był pełen radości, miłości i wiary, dawał siłę w pokonywaniu trudności i pozwolił z ufnością patrzeć w przyszłość.
Pamiętne słowa naszego świętego Rodaka – Nie lękajcie się – znajdują sens w prawdzie o Odkupieniu i przynoszą, jakże potrzebny nam dar nadziei.
Wszystkim, którzy odwiedzają mój blog – życzę, by nigdy nie utracili prostoty wiary, płynącej ze świadomości Krzyża i Zmartwychwstania. Nawet, gdyby wydawało się, że przyszłość to nadal „proces nad Chrystusem w Jego braciach”, my-chrześcijanie wiemy, że On zwyciężył śmierć.
Życzę pragnienia wolności i woli dążenia do prawdy – darów szczególnie potrzebnych w naszej Ojczyźnie.
Niech Chrystus Pan będzie obecny przy świątecznym stole, w naszych rodzinach i wspólnotach, niech obdarzy je miłością i pełnią życia.

Radosnego Alleluja !

środa, 14 marca 2018

USTAWA DEGRADACYJNA – W INTERESIE WSI

Podpisanie przez lokatora Pałacu Prezydenckiego tzw. ustawy degradacyjnej (ustawy z dnia 6 marca 2018 r. o pozbawianiu stopni wojskowych osób i żołnierzy rezerwy, którzy w latach 1943–1990 swoją postawą sprzeniewierzyli się polskiej racji stanu), zostanie okrzyknięte „aktem sprawiedliwości dziejowej i wykorzystane przez rządowych propagandystów do umocnienia wizerunku „patriotycznego” partii rządzącej i A. Dudy.
Tym projektem chcemy przywrócić podstawowy porządek moralny. Chcemy nazwać po imieniu zło złem, dobro dobrem, zdradę zdradą, bohaterstwo bohaterstwem” - perorował M. Morawiecki, ogłaszając przyjęcie przez rząd projektu ustawy.
Bardzo długo czekaliśmy na ten akt sprawiedliwości. WRONA Orła nie pokona. Orzeł zwyciężył. Ta ustawa ma wymiar symboliczny. Przywraca normalność i sprawiedliwość” - z emfatycznym zadęciem chwalił obecny szef MON.
Prawda – ta ustawa ma wymiar symboliczny. Symbolizuje ogrom fałszu i cynizm grupy rządzącej. Wskazuje na intencję oszukania Polaków i zastąpienia autentycznej sprawiedliwości jej propagandowym erzacem.
Prawda również, że przywraca normalność. Czyni to w takim zakresie, w jakim ochrona interesów rzeczywistych decydentów III RP, należy do priorytetów każdego rządu.

Pod koniec 2016 roku, powstał pierwszy projekt ustawy degradacyjnej MON. Dotyczył wprowadzenia zmian w ustawie o powszechnym obowiązku obrony i przewidywał degradację "za służbę na rzecz totalitarnego państwa". Projekt wymieniał trzy przypadki:
- popełnienia czynu świadczącego o utracie wymaganych wartości moralnych,
- dokonania czynu uwłaczającego godności posiadanego stopnia wojskowego,
- służby na rzecz totalitarnego państwa w okresie od dnia 22 lipca 1944 r. do dnia 31 sierpnia 1990 r. w wojskowych instytucjach i formacjach - jednostkach organizacyjnych Ministerstwa Obrony Narodowej.
Gdyby ustawa została przyjęta w takim brzmieniu, dotyczyłaby wszystkich żołnierzy tzw. „ludowego wojska” i obejmowała czyny popełnione w latach 1944-1990.
W tym samym czasie, pojawił się też projekt ustawy dezubekizacyjnej MON, w którym proponowano drastyczne obniżenie wojskowych emerytur i rent inwalidzkich żołnierzom, „którzy pełnili służbę na rzecz totalitarnego państwa w latach 1944-90 oraz rent rodzinnych po tych żołnierzach”.
Komunikat MON głosił, iż „projekt ten dotyczy wyłącznie tych osób, które wysługiwały się komunistycznym wojskowym służbom specjalnym działającym na rzecz umocnienia imperium sowieckiego w Polsce i na świecie”.
W przypadku generałów LWP, emerytury mogły zostać obniżone nawet o 8 tys. zł miesięcznie, zaś objęci ustawą żołnierze niższych stopni i służący na niższych stanowiskach, mogli stracić od 8 tys. do kilkuset zł miesięcznie.
Datowany na 2 grudnia 2016 roku i podpisany przez premier Beatę Szydło projekt ustawy nie został zamieszczony na stronie Rządowego Centrum Legislacji, otrzymał natomiast numer jako druk sejmowy.
O tym, dlaczego projekty MON nie zostały wówczas przyjęte i kto podjął decyzję o ich „zamrożeniu”, mogliśmy dowiedzieć się z wywiadu jaki Jarosław Kaczyński udzielił Onetowi w marcu 2017 roku.
Zapytano prezesa PiS:
Dlaczego zdecydował się pan zatrzymać dezubekizację w wojsku, czyli cięcie świadczeń wojskowym z czasów PRL? Ten projekt Antoniego Macierewicza został wycofany z sejmowych obrad. Nie słychać także o innym projekcie Macierewicza-dotyczącym degradacji komunistycznych oficerów, nawet po śmierci, co mogłoby być wykorzystane do pozbawienia stopni generalskich Jaruzelskiego i Kiszczaka”.
Padła odpowiedz:
- „Nie wycofujemy się. Ale wszystko w swoim czasie”.
Na pytanie - „co to znaczy”, Kaczyński sprecyzował:
- „To znaczy, że zrobimy to w momencie, który uznamy za właściwy”.
Kolejny projekt ustawy degradacyjnej MON powstał w maju 2017 roku i został opublikowany na stronach Rządowego Centrum Legislacji pod nr UD267. W art.1 tego projektu proponowano dokonanie następującej zmiany:
W ustawie z dnia 21 listopada 1967 r. o powszechnym obowiązku obrony Rzeczypospolitej Polskiej (Dz. U. z 2016 r. poz. 1534 oraz z 2017 r. poz. 60) po art. 78 dodaje się art. 78a w brzmieniu:
Art. 78a. 1. Osoba, która z racji ukończonego wieku lub stanu zdrowia nie podlega obowiązkowi służby wojskowej, oraz żołnierz rezerwy, którzy:
1)byli członkami Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego,
2)pełnili służbę w organach bezpieczeństwa państwa, o których mowa w art. 2 ustawy z dnia 18 października 2006 r. o ujawnianiu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa z lat 1944-1990 oraz treści tych dokumentów (Dz. U. z 2016 r. poz. 1721, 1948, 2260 i 2261)
mogą być pozbawieni stopnia oficerskiego lub podoficerskiego.”
Ustawa proponowała jeden tryb odwoławczy:
Na postanowienie w sprawie pozbawienia stopnia oficerskiego lub podoficerskiego służy odwołanie do wojskowego sądu okręgowego w terminie 30 dni od dnia jego doręczenia stronie. Do postępowania odwoławczego stosuje się odpowiednio przepisy działu IX ustawy z dnia 6 czerwca 1997 r. – Kodeks postępowania karnego (Dz. U. z 2016 r. Poz. 1749).”
Projekt został skierowany do uzgodnień, przy czym na uwagę zasługują opinie zgłoszone wówczas przez szefa BBN P. Solocha. Zdaniem prezydenckiego urzędnika, należałoby określić przesłanki stosowania degradacji, tak „by nie istniała możliwość wybiórczego stosowania omawianej regulacji”. Wątpliwości Solocha wzbudził również tryb odwoławczy.

poniedziałek, 26 lutego 2018

PRZEPAŚĆ

Nie można wygrać wojny z wrogiem zewnętrznym, jeśli we własnym kraju zezwala się na bezkarność targowiczan,aprobuje donosicielstwo i zdradę,hołubi wrogie ośrodki propagandy.
Nie można obronić Polaków przed kombinacją obcych służb i szajką fałszerzy, jeśli rządzą nami wyznawcy zgubnej „strategii dialogu i kompromisu”, zaś politykę III RP kształtują mitolodzy „georealizmu”.
Za bezmiar słabości i głupoty rządzących,zapłacimy my i następne pokolenia Polaków.
Mam świadomość, że analiza realiów pod rządami „dobrej zmiany”, to czynność tyleż jałową, jak bezużyteczna. Nie jest potrzebna – ani tym, którzy rządzą, mając w pogardzie fakty i przyszłość mojego kraju, ani tym, którzy są rządzeni i za całą „troskę o Polskę” wystarcza im propaganda i emocjonalny bełkot.
Jeśli sięgam po temat „konfliktu polsko-żydowskiego”, to tylko dlatego, że konsekwencje skandalicznych zachowań ludzi PiS spadną wyłącznie na nas i tylko po to, by przypomnieć, że prosta relacja skutku i przyczyny, obciąża partię Kaczyńskiego największą winą.
Poziom prymitywnej demagogii, łgarstw i bezczelnej cenzury, przekroczył dziś miarę przyzwoitości i jeśli moi rodacy dotąd nie dostrzegli – gdzie zmierza obecna władza i czym przyjdzie nam zapłacić za jej polityczne geszefty, zawdzięczają to wyłącznie własnym ograniczeniom.
Pierwsze, zasadnicze kłamstwo polega na fałszywej definicji przyczyn obecnego „konfliktu”.
Ta władza i jej partyjne media usilnie narzucają nam wizję rzekomego „nieporozumienia” i „niezrozumienia” w relacjach polsko-żydowskich oraz utrzymują, że sprawa ma kontekst polityczny i zostanie wyciszona po wyborach w Izraelu.
Kwintesencją takiej wizji są słowa minister B.Kempy:”Kiedyś w Izraelu skończy się kampania wyborcza. Po wyborach zawsze opada kurz i mam nadzieję na wielką refleksję również tych środowisk. Dlatego, że my chcemy współpracować i chcemy wzajemnie bardzo się szanować”.
To argumentacja rażąco sprzeczna.
Jeśli mamy do czynienia wyłącznie z nieprawidłową interpretacją zapisów ustawy o IPN oraz „brakiem refleksji”, jakże pogodzić kategorię błędu z przypisywaniem Żydom świadomych intencji politycznych? Gdyby zaś, nagłośniono temat z powodu wewnętrznych walk politycznych w Izraelu i miałby on pomóc Netanjahu w reelekcji (jego kadencja kończy się w 2019), gdzież tu miejsce na narrację o „nieporozumieniu”?
Nie ma też wątpliwości, że owa kategoria błędu, byłaby najłatwiejsza do pokonania – nawet dla nieudolnego rządu PiS. Wystarczyłoby wyjaśnić naszym „żydowskim przyjaciołom” zamysł ustawy i jej formalne przesłanki oraz przyjąć, że nierozgarnięty „partner” zdobędzie się na refleksję. W przypadku premiera rządu Izraela, byłaby to nawet wielce pożądana postawa.
Ten człowiek traktuje bowiem prawdę historyczną w sposób prawdziwie żydowski – poprzez pryzmat interesów własnego narodu. Przed trzema laty, podczas Światowego Kongresu Syjonistycznego, premier Izraela stwierdził, że Hitler wcale nie planował eksterminacji Żydów. Zdaniem Netanjahu, namówił go do tego wielki mufti Jerozolimy Al-Hadżdż Muhammad Amin al-Husajni. Skoro dla „dokopania” Palestyńczykom, Netanjahu sięgnął po taka brednię, dlaczego dziś miałby nie oskarżać Polaków o pomoc w Holocauście?
Problem w tym, że trwający w „niewiedzy” Żydzi unikają kontaktów z rządowym spec zespołem i nie wykazują żadnej woli prowadzenia „dialogu”. To sprawia, że argument – „z niezrozumienia”, sypie się w gruzy.

wtorek, 20 lutego 2018

NUDIS VERBIS-PRZECIWKO MITOM - ODCZYTAĆ MACKIEWICZA

Ta książka jest publicystyczną próbą wytyczenia drogi do autentycznej wspólnoty. Próbą niełatwą, bo wymagającą pokonania szeregu mitów, które od dziesięcioleci ciążą nad naszą myślą polityczną i skutecznie paraliżują dążenia Polaków.
Mitologia, stworzona przez „elity” III RP, dotyczy nie tylko kwestii wewnętrznych i odrzucenia dychotomii My-Oni, ale fałszuje obraz relacji z naszymi sąsiadami, Europą i „wolnym światem”.
Dwa przerażające mity – georealizmu i demokracji III RP, zagradzają nam drogę do wolnej Rzeczpospolitej.
11 listopada 2017 roku, wydawnictwo PROHIBITA Pana Pawła Toboły Pertkiewicza, wydało książkę „Nudis verbis-przeciwko mitom”. Zamieszczony powyżej fragment wstępu ujawnia intencję jaka towarzyszyła mi podczas pisania tej książki.
Jeśli powracam do tematu „Nudis verbis” i absorbuję uwagę książką wydaną przed kilkoma miesiącami, to dlatego, że chciałbym rozpoznać – czy i na ile, wyrażony we wstępie zmysł wytyczenia drogi do autentycznej wspólnoty, znajduje potwierdzenie w opiniach czytelników i jest przez nich akceptowany?
Czy refleksje zawarte w tej książce, wolno traktować jako próbę pokonania mitów i ograniczeń narzuconych nam przez „elity” III RP, czy też pozostają one w sferze politycznych mrzonek i utopii ?
W jakim zakresie, tego rodzaju publikacja, może wyznaczać punkt wyjścia na drodze długiego marszu? Nie jego karykatury - marszu „trzech kadencji”, politycznego kuglarstwa,troski o posady i apanaże, lecz trudnej, polskiej drogi do Niepodległej.
Jako autor piszący pod pseudonimem, pozbawiony zatem przywileju bezpośrednich spotkań z czytelnikami, nie mam innego sposobu na poznanie Państwa opinii, jak poprzez rozmowę na blogu bezdekretu. Zrozumienie – jak tematy poruszone w „Nudis verbis-przeciwko mitom” są przez Państwa odbierane, do jakich prowadzą konkluzji, jest dla mnie niezwykle ważne.
Istnieją podobno dwa rodzaje recenzji: jedne-podobają się autorowi, drugie-wyrażają myśli czytelnika. Wiem jednak, że jeśli książka ma stanowić jakąkolwiek wartość, to tylko wyznaczoną ocenami tych, którzy ją przeczytali.
By przypomnieć tematykę „Nudis verbis-przeciwko mitom”, pozwalam sobie zamieścić recenzję, która sprawiła mi tyleż prawdziwej radości, jak wprawiła w niemałą konsternację.
Radości, bo autor tekstu, Pan Bogdan Zalewski – człowiek wolnej myśli i niepospolitej wiedzy, dogłębnie i nader odważnie odczytał „Nudis verbis”, odnajdując w niej pokłady bliskich mu idei, zakłopotania zaś, bo słowa, jakimi zechciał nakreślić portret autora książki, mogłyby skruszyć nawet mury franciszkańskiej pokory.
Nade wszystko dziękuję Panu Zalewskiemu, że odnalazł w tej książce dziedzictwo myśli Józefa Mackiewicza i zechciał o tym tak dobitnie napisać:
To jest jakby głos Mackiewicza zza grobu, jako autora "Nudis verbis" - publicystyki z lat 1939 - 1949. Jeśli ktoś chce wiedzieć, o czym i w jaki sposób pisałby autor "Kontry", gdyby żył, powinien sięgnąć po dzieło Ściosa.”
Znajduję w tych słowach najwyższe wyróżnienie i równie wielką odpowiedzialność. Sięgając po mackiewiczowski tytuł, czerpiąc z jego literackiej spuścizny i geniuszu myśli, nie miałem cienia pewności, że choć w części sprostam wyzwaniu.
Tym bardziej chciałbym poznać opinie czytelników, że żyjemy w państwie, które wzorem komunistycznego poprzednika, odrzuca myśl Józefa Mackiewicza lub czyni z niej jakąś politycznie poprawną karykaturę. 
Odczytać Mackiewicza – to wielkie zadanie dla wolnych Polaków.



Tekst Bogdana Zalewskiego z 29 listopada 2017:

JAK ŚCIOS SŁOWA OCIOSAŁ DO SAMEGO SEDNA

Pozostaje od lat w ukryciu, pisząc swe artykuły i książki pod pseudonimem Aleksander Ścios.
W swoich wpisach nieraz sięgałem do jego tekstów i tomów, które często czytałem z ołówkiem w ręku. A są to: „Trzecia Rzeczpospolita czy Trzecia Faza”, „Kręgi Piekła sprawa Krzysztofa Olewnika”, „Zbrodnia smoleńska. Anatomia dezinformacji”, „Smoleńsk. Pułapka tajnych służb?”, „Antykomunizm broń utracona”, „Bezpieka. O mitologii służb specjalnych PRL”, „Afera marszałkowa”, „Zbrodnia założycielska III RP. Zabójstwo księdza Jerzego Popiełuszki” i najnowsza „Nudis verbis – przeciwko mitom” wydana w oficynie Prohibita przez prawego wydawcę Pawła Tobołę Pertkiewicza.
Zachęcam z całego serca i umysłu. To tom pełen rozumnych emocji i myśli będących wyrazem pięknych uczuć.
Aleksander Ścios jest w prostej linii spadkobiercą idei, postawy i stylu Józefa Mackiewicza, jednego z niewielu prawdziwie antykomunistycznych polskich pisarzy XX wieku. Oczywistym znakiem tej kontynuacji jest tytuł- "Nudis verbis- przeciwko mitom". To jest jakby głos Mackiewicza zza grobu, jako autora "Nudis verbis" - publicystyki z lat 1939 - 1949. Jeśli ktoś chce wiedzieć, o czym i w jaki sposób pisałby autor "Kontry", gdyby żył, powinien sięgnąć po dzieło Ściosa. Ten nasz współczesny, według mnie najwybitniejszy i najbardziej osobny myśliciel polityczny, dokonuje twórczej ekstrapolacji Mackiewicza. To projekcja tamtej prozy na nasz krajowy ekran, gdy usuniemy z niego neokomunistyczne widma, propagandowe symulakry, wszystkie puste słowa i nierzeczywiste obrazy.

niedziela, 4 lutego 2018

SMOLEŃSK – ŹRÓDŁO NADZIEI

Z partią pana Kaczyńskiego nie wiążę nadziei na odzyskanie Polski. Jako część systemu politycznego III RP nie jest ona zdolna do zerwania z fałszywą mitologią  i nie chce obalenia magdalenkowego porządku. Nie ma w niej „oferty dla radykałów”, o którą prosiłem w jednym z lipcowych tekstów.
Odzyskanie władzy przez PiS, może prowadzić do dobrych zmian i polepszenia życia moich rodaków, nie zakończy jednak państwowości komunistycznej hybrydy. Wbrew temu, jak zwolennicy PiS interpretują wyborcze zachowania, uważam, że ukrywanie najtrudniejszych tematów nie jest „posunięciem taktycznym” i nie ma nic wspólnego z „mądrą strategią”. Anonsuje raczej słabość tego środowiska i jest zwiastunem rzeczywistych, acz skrywanych intencji. Taką zapowiedź przynosi już prezydentura Andrzeja Dudy, z jej specyficznym rysem kontynuacji „doktryny Komorowskiego” i skrupulatnym unikaniem tematyki smoleńskiej. Wiara, że po wygranych przez PiS wyborach nastąpi „cud nad Wisłą”, jest równie uzasadniona, jak partyjny dogmat o ćwierćwieczu wolności i demokracji”.
Gdy we wrześniu 2015 roku, w tekście „OPOZYCJA DEMOKRATYCZNA – CZYLI CONTRADICTIO IN ADIECTO” napisałem te słowa, nie sądziłem, że nawet tak umiarkowana ocena przyszłych rządów „dobrej zmiany” okaże się nazbyt optymistyczna.
Jeśli po dwóch latach działalności tego rządu, tylko niepoprawni „radykałowie” wspominają o obowiązku wyjaśnienia narodowej sprawy smoleńskiej, jeśli dla większości Polaków nie jest ona bezwzględnym kryterium polskiej racji stanu – zawdzięczamy to „strategii” Jarosława Kaczyńskiego i zaniechaniom, które przejdą do historii jako dowód wyjątkowej słabości i zaprzaństwa.
Nie ma sensu przypominać, że podczas tych dwóch lat nie podjęto tematu żadnej zbrodni z okresu PRL i III RP, że nie wyjaśniono ani jednej afery, nie wszczęto i nie doprowadzono do końca żadnego śledztwa w sprawach najważniejszych dla Polaków. Nie ma sensu, bo większość naszych rodaków nie zada sobie pytania: jeśli ten rząd obawia się ujawnienia prawdy o zbrodni założycielskiej III RP-zabójstwie księdza Jerzego, jeśli ucieka od wyjaśnienia dziesiątków tajemniczych zgonów z lat 2010-2015, jeśli nie chce pokazać Polakom kulisów afery marszałkowej, stoczniowej i paliwowej i odmawia im prawa do poznania aneksu do Raportu z Weryfikacji WSI- jakże mógłby zmierzyć  się z prawdą o zbrodni smoleńskiej?
Nie słowa i nie partyjne deklaracje, ale fakty świadczą o tym, czym dla partii Kaczyńskiego jest sprawa smoleńska i jak PiS traktuje ten narodowy obowiązek.
Faktem jest, że wyjaśnienie największej zbrodni we współczesnej historii Polski powierzono zaledwie podkomisji ministerialnej, o budżecie 2 mln zł w roku 2017. Dla porównania: tyle samo przeznaczono na stworzenie aplikacji mobilnej i strony internetowej akcji Agencji Rolnictwa „Polska smakuje” czy na nagrody dla pracowników biur poselskich. W tym samym budżecie 2017, rząd PiS wyłożył ponad 5,5 mln zł na działania tzw. Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia (TPPR-bis).
Faktem jest, że nikt i nigdy nie rozważał projektów powołania specjalnego trybunału do zbadania tej zbrodni, uchwalenia dodatkowych przepisów karnych, stosowania aresztów wobec czołowych polityków poprzedniego reżimu i ludzi służb, zaangażowania najlepszych kancelarii prawniczych na świecie, powołania sztabów specjalistów ze wszystkich dziedzin związanych z tematem oraz wyłożenia z budżetu kwoty wielu miliardów złotych.
Nie rozważał zaś nie dlatego, by były to projekty nierealne, ale z tej przyczyny, że tak mogłoby postąpić tylko państwo wolne i niepodległe, w którym nie „kwestie wizerunkowe” i geszefty partyjne decydują o narodowych powinnościach.
 Faktem jest, że temat zbrodni smoleńskiej w ogóle nie istnieje na arenie międzynarodowej, a od czasu wymuszonej dymisji ministra Macierewicza, nie jest podnoszony przez żadnego polityka tego rządu. Nie ma też ani jednej inicjatywy „dobrej zmiany”, która zmierzałaby do informowania opinii światowej o okolicznościach zamachu lub budowania koalicji państw zainteresowanych wyjaśnieniem tej zbrodni.
Gdyby istniała wola odkrycia prawdy o Smoleńsku, ten temat winien  być priorytetem  polityki zagranicznej i od udzielonej nam pomocy, winny zależeć wszelkie kontakty i kontrakty zagraniczne. Żaden Trump, Merkel czy Macron, nie mogliby korzystać z polskiej przychylności ani liczyć na dostęp do polskiego rynku, póki nie udzieliliby wsparcia sprawie najważniejszej dla naszego interesu narodowego.

niedziela, 7 stycznia 2018

WARTO TO ZROBIĆ

Od czasu zdrady jałtańskiej i wepchnięcia Polski pod okupację sowiecką, wspomnienie o Niepodległej II Rzeczpospolitej stało się uciążliwym bagażem. Tak dalece, że w roku 1968 władze okupacyjne dokonały historycznego szalbierstwa i przypadającą wówczas 50 rocznicę odzyskania niepodległości próbowały zastąpić „świętowaniem” półwiecza rezydentury sowieckiej, organizując obchody powstania tzw. Komunistycznej Partii Polski.
Rozpoczęte 11 listopada 1968 roku obrady V Zjazdu PZPR, których gościem honorowym był Leonid Breżniew, potwierdzały okupacyjny status PRL i symbolizowały zamysł niszczenia pamięci o Niepodległej.
W III RP, ten sam zamysł musiał towarzyszyć rządom reżimu PO-PSL, gdy próbowano przekonać Polaków, że narodowe Święto Niepodległości powinno być kojarzone z atmosferą zagrożenia,  prowokacji i represji ze strony służb.
Upłynęło kolejne półwiecze i los sprawił, że 100 rocznicę odzyskania niepodległości zmuszeni są świętować „prawicowi” mitolodzy demokracji oraz wszelkiej maści „georealiści”, którzy w zachowaniu „ładu jałtańskiego” i sukcesji PRL-u, chcą widzieć fundament dzisiejszej państwowości.
Wspomnienie o tradycjach Niepodległej, o ideach nieznanych współczesnym politykom, musi być problemem dla tych, którzy z „wielkiej inscenizacji” roku 1989 wywodzą byt III RP i esbecko-agenturalną kombinację, przedstawiają jako źródło niepodległości.
Spektakl odegrany w latach 1989-1990 wprost nawiązywał do tradycji sfałszowanych wyborów z roku 1947, z których komunistyczni najeźdźcy wywodzili prawo do rządzenia Polakami. W odróżnieniu od tamtego oszustwa, koncepcja powstała przy „okrągłym stole” tworzyła jednak odrębny mit założycielski, oparty na dogmacie „porozumienia” koncesjonowanej „opozycji demokratycznej” z przedstawicielami okupacyjnego reżimu.
III RP symbolizuje więc „nową jakość” w procesie legalizacji komunizmu i nie przypadkowo żaden z namaszczonych przez "elity" mędrców, nie odważy się zmierzyć z pytaniami: kiedyż to doszło do konwalidacji sukcesji komunistycznej w polską państwowość? Jakie wydarzenia i fakty sprawiły, że okupacja, narzucona Polakom siłą i terrorem, zmieniła się w wolne i niepodległe państwo?
Brak krytycznej refleksji nad tworem zwanym III RP sprawia, że od trzech dekad jesteśmy świadkami tragicznej w skutkach asymilacji komunizmu i polskości. Obecne państwo stanowi szczytowy produkt strategii podstępu i dezinformacji, a jednocześnie jest modelowym przykładem przepoczwarzonego komunizmu, który – ku uciesze gawiedzi, przyjął maskę „europejskości” i sznyt pseudo-demokracji. To państwo mogło powstać tylko dlatego, że wmówiono Polakom, iż  komunizm „umarł” i bezpowrotnie znikł z naszej rzeczywistości, równie szybko, jak znikał alkohol z kieliszków opróżnianych w Magdalence.
Polacy mieli uwierzyć, że samozwańcza grupa „reprezentantów narodu” obaliła zbrodniczy reżim i wywalczyła autentyczną niepodległość. Ta wiara, podawana kolejnym pokoleniom jako dogmat historyczny, ma wymiar gigantycznego, antypolskiego kłamstwa.
W rzeczywistości bowiem, to komuniści i ich sukcesorzy stworzyli groźną hybrydę niby-państwowości i obrócili w ruinę nasze marzenia o Niepodległej.
A skoro nakreślona tu wizja jest całkowicie odrzucana, a wręcz zakazana przez „elity polityczne” III RP, skoro „elity” te utrzymują, że żyjemy w państwie suwerennym i demokratycznym, czy nie istnieje obawa, że obchody setnej rocznicy odzyskania niepodległości, staną się kolejnym aktem historycznego szalbierstwa i posłużą do umocnienia antypolskich mitów? 
Obawa tym mocniejsza, że „elity” tego państwa nie mają nic wspólnego z dziedzictwem II Rzeczpospolitej i walką o niepodległość.