Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

poniedziałek, 23 sierpnia 2021

JAKA POLSKA ?

 „Nikogo nie „oskarżam” i nikomu nie „zarzucam”. Że inni, czy wszyscy inni, idą jakąś drogą polityczną, ideową, czy każdą uznaną przez nich za słuszną, to ich rzecz.
Upieram się natomiast, że wolno mi tę ich drogę obserwować i — w warunkach wolności słowa — nawet opisywać.
Kiedyś nazwałem tę drogę „donikąd”. Dziś uznana została przez „instynkt narodu” za docelową.
W tym zdaniu nie ma (złośliwej) ironii. Jest tylko stwierdzenie faktu
”.
Nieuchronnie zbliża się czas, w którym wybór musi być dokonany. Nie z przymusu, ani groźby upadku, nie dla zysku lub makiawelicznych planów.
Musi być dokonany, by nie spadły na nas słowa Józefa Mackiewicza.
Ten, który „drogę wielkiego ześlizgu” przemierzył skalą nudis verbis, wiedział, jak kończy się „stwierdzenie faktu”.
„Nie ja wygrałem.
Wygrali ci, którzy organizują "instynkt narodu".
Ja przegrałem z kretesem.
Więc proszę o pobłażanie”.

Przed pięcioma laty pisałem, że to wyznanie Mackiewicza, uczynione u kresu życia wielkiego pisarza, jest wyrazem geniuszu i politycznej wizji.
Darów, które ciężarem logiki mackiewiczowskiej, zawsze skazują na wykluczenie i samotność.
Jednocześnie - to słowa tak wstrząsające, że nie wolno dopuścić, by ktoś je powtórzył.
        Nieuchronny jest więc wybór – między tym, co „instynkt narodu” uczynił dziś drogą powszechną, prowadząc moich rodaków na manowce III RP, ku obcej krainie „donikąd” - i tym, co w naszych marzeniach, w niepoprawnie śmiałych planach, wytycza drogę długiego marszu i wiedzie do Niepodległej.
Trzeba się zdecydować - „gdzie kończy się wmówienie a zaczyna związek realny czy wskutek przeżyć historycznych nie staliśmy się psychicznie skrzywieni i na wypadki reagujemy teraz z prawidłowością histeryków czy wciąż jesteśmy barbarzyńskim plemieniem wśród sztucznych jezior i puszcz elektrycznych”.
Trzeba wybrać – czy dalej „obserwować”, „opisywać” i obdarzać uwagą zwodnicze „realia”, w jakie wpychają nas mali demiurdzy, w służbie tego państwa, czy może – odrzucić to nędzne simulacrum i skierować myśl na projekt godny Polaków.
Nie sposób pominąć słów Mackiewicza, nie wolno ich lekceważyć ani odsyłać w otchłań historii.
Głupcami są ludzie, którym dziś wydaje się oderwane od przeszłości i narodowych doświadczeń.
Głupcami są ci, którzy słów autora „Nudis verbis” nie odczytują jako współczesnej przestrogi.

    „Jak można na dłuższą metę wychowywać naród politycznie, bez przeprowadzenia „kanciastej” granicy pomiędzy pojęciami tak prymitywnymi jak: „sojusznik” i „najeźdźca”, „wierny” i „zdrajca”, „swój” a obcy, czy wrogi „agent ?” – pytał Mackiewicz w roku 1947.
Skoro dziś – w całej przestrzeni publicznej tego państwa, nikt nie odważy się postawić takiego pytania, czy wolno twierdzić, że uwolniliśmy się z ówczesnych ograniczeń?
Mackiewicz – pisarz przeklęty geniuszem, musiał przekopać powojenną rzeczywistość do fundamentów, a nie znajdując nigdzie ratunku przed tymi, którzy „organizują instynkt narodu”, uznać swoją porażkę.
My nie musimy.
Nie dlatego, by z sukcesji komunistycznej, pod nazwą III RP miała wyrosnąć Wolna i Niepodległa, ale z uwagi na przestrogę pozostawioną przez Mackiewicza.
Dzięki niemu wiemy, że „obserwacja” i „opis” – zawsze kończy się porażką, a „zarzuty” i „oskarżenia” - choćby najcelniejsze i trafiające w głąb przegniłych fundamentów, doprowadzą do wyznania – „nie ja wygrałem”.

        Wiem, że wielu z Państwa odczuwa odrazę do rzeczywistości skleconej przez „wybrańców narodu”, że mierzi stan tego państwa, przeraża ogrom nieprawości i niebotyczne zakłamanie politycznych decydentów.
Kilka lat temu napisałem, że fałsz i nędza polityki prowadzonej przez obecnych rządców III RP, ma prawo odstręczać i napawać odrazą ludzi rozumnych.
Jako autor setek tekstów z lat 2007-2015, w których niezwykle krytycznie oceniałem reżim PO-PSL, mogę dziś napisać – tak prostackiej propagandy, takich pokładów zakłamania i ordynarnego fałszu, takiej pogardy dla polskich aspiracji - nie widziałem nawet w tamtych, ponurych latach.
Bo choć były one naznaczone zbrodnią smoleńską, choć odsłoniły najgłębsze pokłady upodlenia  tzw.”elit” tego państwa, ich postępki, ich słowa pełne nienawiści, nie dotykały tak boleśnie.
Jak nie dotyka to, co pochodzi od Obcych.
Tych zaś, którzy dziś rządzą – jakiż w tym absurd i ciężar goryczy – czy nie chcieliśmy nazywać „naszymi” i widzieć w nich rzeczników polskich interesów?
Ilu z tych, którzy czytają te słowa pokładało nadzieję w zapowiedziach „dobrej zmiany”, ilu wierzyło, że rządy tak długo wyczekiwane, przyniosą czas prawa i sprawiedliwości?
Powie ktoś – przecież ludzie reżimu PO-PSL prowadzili jeszcze bardziej nędzną i fałszywą politykę, przecież kłamali na potęgę i traktowali naszych rodaków niczym stado idiotów.
Odpowiem: prawda, lecz świadomość – kim byli ci ludzie, była równie naturalna, jak wiedza o objawach śmiertelnej choroby. Byli tymi, za kogo ich uważaliśmy – zbieraniną obcych, twardogłowych typów, złączonych nienawiścią do wszystkiego co polskie.
Byli tacy, jakich poznaliśmy po Smoleńsku – grupą załganych karłów, ludzi bez czci i odwagi.
Spodziewać się po nich dobra, oczekiwać uczciwości i działań honorowych - byłoby niepodobne.
Od takich, nie oczekiwałem więc niczego.
Poza życzeniem, jakie wyraziłem przed dziesięcioma laty: by zniknęli z mojego kraju na zawsze.
Ich świat - świat Obcych, dawno stał się rozpoznawalny i tylko ludzie bez daru rozróżnienia dobra od zła, mogli go nie dostrzec.
Dziś, gdy jedni i drudzy są równie Obcymi, nie zasługują nawet na pogardę.

Odraza do obecnej rzeczywistości, jest naturalną reakcją ludzi wolnych.
Lecz niedostateczną, by mienić się Polakiem.
Bo poza odrazą, poza krytyką i (choćby najświętszym) oburzeniem, musi podążać poczucie obowiązku.
Z niego zaś-świadomość, że jest czas, w którym trzeba dokonać wyboru.
Dla tych, którzy wraz ze mną od lat przemierzają drogę długiego marszu, wybór wydaje się oczywisty. Wiedza – czym jest to państwo, jak i dla kogo je stworzono, kim są jego „elity”, jakie interesy i zakres suwerenności - niesie dostateczną pewność, by dokonać wyboru właściwego.
    Zawsze twierdziłem, że długi marsz jest drogą dla ludzi odważnych. Tych zaś, nie zadowala „szat rozrywanie” i najwznioślejsza krytyka. Nie wybiorą „wewnętrznej imigracji” i nie poddają myśli dyktaturze miernot.
Tacy muszą stanąć przed pytaniem – co dalej?
W tym pytaniu ujawniają się dziesiątki wyzwań: jak obalić bękarta, udającego państwo polskie, gdzie wiedzie droga ku niepodległości, na czym budować silną państwowość, jaki jej ustrój, organizacja i sojusze, czym jest racja stanu, czym polskość i naród, jakiej Polski chcemy i na jaką się odważymy?
Wybór – to próba odpowiedzi na takie pytania, to obowiązek ich podjęcia.
        Nie wystarczy wiedzieć - co za sobą zostawiamy i co odrzuciliśmy na ścieżce donikąd. Tyle wiedział Mackiewicz, gdy wiedza ta pozwoliła mu wyznać - „Nie ja wygrałem. Wygrali ci, którzy organizują "instynkt narodu".
Dlatego wybór, musi przekraczać granicę dzisiejszej niby-państwowości, a przekraczając je, budować wizję nowej, wolnej Polski.
Świadomość - czego chcemy, do czego zmierzamy, jest odpowiedzią ludzi wolnych i niezależnych, jest antidotum na dzisiejsze zniechęcenie, na poczucie beznadziei i apatii.
Trzeba wiedzieć, że przez trzydzieści lat sukcesji komunistycznej, pseudo-elity tego państwa nie wypracowały żadnej wizji Niepodległej, nie wytyczyły drogi do obalenia magdalenkowego porządku i zerwania więzów łączących nas z komunizmem.
Ludzie, którzy nadali sobie nienależne miano „autorytetów” i „przywódców narodu”, okazali się niezdolni do „myślenia po polsku”, do wyjścia poza tchórzliwe dogmaty i zbiór prostackich banałów. Oparcie owych „elit” na systemie partyjnym, uzależnienie ich od profitów i politycznych synekur sprawia, że odwaga i autonomia intelektualna, są atrybutami nieznanymi w III RP.
Tu nigdy nie pojawi się świeża myśl, nie zaistnieje „pomysł na Polskę”, nie powstanie projekt burzenia starych fundamentów.
To nie przypadek, że przez trzy dekady nie znalazł się żaden polityk, żaden intelektualista, który rozstanie z mitami „demokracji” i „georealizmu”, uznałby za wymóg polskiej racji stanu.
Nie ma też – i być nie może, ani jednej partii, która podważałyby przymus ustrojowy, zapisany w konstytucji tego państwa.
Tym bardziej – nie znajdziemy środowisk, dla których punktem wyjścia refleksji politycznej, byłby pogląd, że linia dzisiejszych podziałów, nie wynika z urojonej „wojny polsko-polskiej”, lecz jest konsekwencją półwiecza okupacji rosyjskiej, efektem zdrady magdalenkowej i budowania fałszywej wspólnoty My-Oni.
    Świadomość tych ograniczeń, powinna decydować o odrzuceniu dotychczasowych „modeli politycznych”  - z ich łgarstwem o państwie demokracji, o roli partii politycznych, wyborach powszechnych itp. erzacach służących dominacji miernot i kanalii.
Uleganie tym łgarstwom sprawia, że w miejsce odważnych wniosków dominuje zabobon, jakoby Polacy odzyskali pełnię wolność i na jej fundamentach budują dziś państwo prawa i demokracji. Ten irracjonalny pogląd, sprzeczny z elementarnym doświadczeniem i wiedzą o stanie państwa, spycha nas w pułapkę „georealizmu”, wywołuje dysonans poznawczy i przesądza o klęsce.

Dlatego stawiam dziś pytanie – co dalej?
Po 15 latach prowadzenia tego bloga, po setkach zamieszczonych tu tekstów, chciałbym usłyszeć o Państwa wizji wolnej Rzeczpospolitej, chciałbym dowiedzieć się – czy są jeszcze Polacy zdolni do  sformułowania takiej wizji, do śmiałych projektów politycznych i myślenia poza schematami.
Jeśli droga długiego marszu ma mieć sens,  musi przynieść odpowiedź na pytania – jaka Polska i jak ją zbudować?
Do tego wyzwania nie trzeba nam mediów, partyjnych gazet i ekranów telewizji. Nie trzeba polemik z Obcymi i zawierania zabójczych „kompromisów”. Nie trzeba akcesu do pseudo-elity, ani pochwały fałszywych proroków.
Potrzebna jest pewności, że wszystko zależy od nas.
Od naszej reakcji na zakłamanie i łajdactwo, od odrzucenia rzeczy łatwych i sprzeciwu wobec zła. Od codziennych, prozaicznych czynności, z których powstaje polska teraźniejszość i od myśli, które budują przyszłość.
Proszę się nimi podzielić.
Niech głupcy uznają to za utopię, tchórze zaś - za szaleństwo.
Niech ludzie zaczadzeni partyjną retoryką i zniewoleni bełkotem „elit”, wzruszają ramionami.
To bez znaczenia.

    Pewien zacny człowiek, w korespondencji kierowanej do mnie, podjął ważki temat. Zwrócił bowiem uwagę na rzecz równie pewną, jak prozaiczną – autor tego bloga kiedyś przestanie pisać, zamilknie.
Co wówczas z projektem długiego marszu? Czy ta myśl i setki naszych blogowych dyskusji podzieli los rzeczy zapomnianych, zagubionych w globalnej sieci?
Czy  mocą przekleństwa „instynktu narodu”, zostanie skazana na zamilczenie?
Intencje tego listu były tak zbieżne z moimi refleksjami, że zdecydowałem się nim wspomnieć.
Dlatego prośba o dokonanie wyboru i rozmowę o wolnej Polsce, jest otwarciem na kolejny etap długiego marszu.
Może najważniejszy, bo po odpowiedzi – co było, ma przynieść nadzieję – co będzie?
Mam pewność, że pisanie dziś o sprawach bieżących i roztrząsanie politycznego ‘”łajna” III RP, jest stratą czasu.
To państwo ludzi martwych, państwo na równi pochyłej, z którym nie wolno wiązać  nadziei.
Trzeba natomiast, by upadek tego państwa nie zastał nas w więzieniu codzienności, wśród „sytych – umarłych” , bez odwagi myśli i bez wizji przyszłości.
„Trzeba śnić cierpliwie w nadziei że treść się dopełni że brakujące słowa wejdą w kalekie zdania i pewność na którą czekamy zarzuci kotwicę”.



W tekście zawarłem cytaty: z Józefa Mackiewicza-„Na drodze wielkiego ześlizgu” i Zbigniewa Herberta -”Zasypiamy na słowach…”, „Rozważania o problemie narodu”.

sobota, 17 lipca 2021

SMOLEŃSK - ZBRODNIA NOWEGO ŁADU (3) - SŁUŻBY

Podobno tylko tajne służby mają możliwość dokonania zbrodni doskonałej.
Typując ofiarę, decydują również o okolicznościach towarzyszących zbrodni: wybierają czas i miejsce, znają wykonawcę i sposób przeprowadzenia akcji. Są pierwsze na miejscu zbrodni; mogą zacierać ślady i preparować nowe; tworzą tropy wiodące donikąd, fałszują dane i dowody. Mogą dowolnie inspirować i dezinformować, wyciszać lub nagłaśniać akcje propagandowe, wzmacniać lub ukrywać określone wątki.
To ludzie służb mogą wpływać na decyzje prokuratur, sądów i polityków. Potrafią kierować głosem ekspertów, pracą naukowców i dziennikarzy.
Jeśli i te środki byłyby niedostateczne – tajne służby zastraszą nazbyt dociekliwych, sięg po szantaż lub groźby. W ostateczności – zdecydują o fizycznej likwidacji. 
 
    Nawet dla ludzi mających mglistą znajomość sprawy smoleńskiej, wydaje się pewne, że wokół niej toczyła i nadal się toczy, gra tajnych służb. Nie tylko rosyjskich, czy polskich, ale kilku innych, działających na rzecz ważnych mocarstw.
Gra, o której tak naprawdę niewiele wiemy, a jeszcze mniej rozumiemy jej sens.
Dlatego praca nad trzecią częścią cyklu „Smoleńsk – Zbrodnia nowego ładu”, w której chcę poruszyć temat służb specjalnych, nastręcza największe trudności.
O ile znakomitą część zawartych tu informacji i opinii, każdy z czytelników może sam zweryfikować, o tyle niektóre hipotezy muszą korzystać z autorskiego prawa do interpretacji.
Nie dlatego, by miały się opierać na „wiedzy tajemnej”, ale z tej przyczyny, że sposób ich dowodzenia musi być ograniczony do objętości blogowego tekstu.
By właściwie ocenić skutki zaniechania sprawy smoleńskiej w kontekście służb III RP, trzeba cofnąć się do czasu, gdy tandem PO-PSL wygrał wybory parlamentarne.
Czystki personalne i brutalny demontaż mechanizmów ochrony państwa, powrót do koncepcji „zbrojnego ramienia grupy rządzącej”, zablokowanie procesu weryfikacji WSI i odbudowa wpływów tego środowiska, wielowątkowe kombinacje operacyjne, mające na celu inwigilację prezydenta i pozbawienie go buforów bezpieczeństwa, celowe osłabienie systemu kontroli nad działalnością tajnych formacji oraz bagatelizowanie zagrożeń wynikających z aktywności obcych służb – to tylko niektóre ze zjawisk mających miejsce w latach 2007-2010.
W żaden sposób nie można uznać, by były one efektem realizacji koncepcji zamachu na polską elitę.
A jednak, bez tych zdarzeń, bez ich destrukcyjnej dynamiki, nie mogłoby dojść do wydarzeń z 10 kwietnia.
    Mieliśmy wówczas do czynienia ze zjawiskiem, w którym państwo dokonywało powolnej samolikwidacji i zmierzało w przepaść obcych zależności. Jeśli nawet decydenci tego procesu nie planowali zastawienia pułapki smoleńskiej, wydarzenie to stanowiło zwieńczenie okresu rządów PO-PSL i wynikało z wewnętrznej logiki dokonywanych wyborów.
Służbom specjalnym należy wówczas przypisać rolę tych, którzy jako pierwsi wywiesili białą flagę i ponieśli najbardziej spektakularną klęskę.
Stało się to na długo przed 10 kwietnia, gdy III RP znalazła się w centrum zainteresowania rosyjskiego wywiadu, a w życiu publicznym zaczęły dominować postaci forsujące ideę „przyjaźni” z reżimem Putina. Nastąpiło to wówczas, gdy przy zamkniętej kurtynie medialnej i wrzasku propagandy, podejmowano obłędne decyzje polityczne i gospodarcze, służące interesom moskiewskich „siłowników”.
Ten wieloletni proces, musiał doprowadzić do degeneracji całego systemu bezpieczeństwa, a w szczególności dotknął formacje nazywane „polskimi służbami”.
Określenie zasługuje na cudzysłów, bo – w moim odczuciu - nie należy traktować go literalne.
Jeśli zadania wywiadu zdefiniujemy, jako ukierunkowane na niejawne pozyskiwanie informacji istotnych z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa, zaś w celach kontrwywiadu dostrzeżemy przeciwdziałanie zdobywaniu takich informacji przez struktury identyfikowane jako obce – model ten ma niewiele wspólnego z charakterystyką pracy służb III RP.
Cele propaństwowe, zostały bowiem sprowadzone do użytecznej fasady, za którą skrywają się relacje z okresu PRL-u.
W istocie, od początku istnienia III RP mamy do czynienia z formacjami działającymi na zlecenie „grupy trzymającej władzę” – tę zaś możemy opisać, jako grono polityków, oligarchów i wysokich rangą funkcjonariuszy, zarządzających najważniejszymi obszarami życia publicznego.
Jeśli przyjmiemy, że tajne służby winny być sprawnym i wszechstronnym instrumentem zapewniającym bezpieczeństwo państwa i obywateli – ta teoria nie ma zastosowania do praktyki III RP. Powstałe po 1989 roku służby nigdy nie pełniły i nie mogły pełnić takiej roli.
Z dwóch, podstawowych powodów.

sobota, 29 maja 2021

SMOLEŃSK - ZBRODNIA NOWEGO ŁADU (2)

Obecna pozycja III RP na arenie międzynarodowej i przedmiotowe traktowanie tego państwa, jest bezpośrednim skutkiem zaniechania sprawy smoleńskiej i efektem utrwalenia patologii zaistniałych po 10 kwietnia 2010 r.

        Realny status tej pozycji określają dwa, kluczowe wydarzenia: spektakl unijnej „debaty nad stanem demokracji” z roku 2016, oraz wymuszenie zmiany prawodawstwa w roku 2018, poprzez odstąpienie od zapisów ustawy o IPN.W pierwszym wypadku pozwolono, by nonsensowny temat „zagrożenia demokracji” został sfingowany, nagłośniony i narzucony Polakom, jako wiodący motyw walki politycznej. Autorzy tego widowiska zmusili lokatora Pałacu, rząd i posłów IIIRP do uczestnictwa w ponurym spektaklu i tłumaczenia się przed zgrają lewaków i wrogów Polski. Za sprawą ludzi PiS, każdy z głosujących wówczas za „dobrą zmianą” został postawiony pod unijnym pręgierzem i zaprzęgnięty do udowadniania swojej niewinności.
Okazało się zatem, że po ośmiu latach katastrofy rządów PO-PSL, po rujnującej kadencji Komorowskiego, setkach najpoważniejszych afer i przestępstw, po latach bezprawia i rozpasanej samowoli władzy, Polacy nie znajdowali innych spraw, jak emocje towarzyszące „obrońcom demokracji”.
To upokorzenie nie mogłoby mieć miejsca, gdyby ówczesny rząd twardo i jednoznacznie postawił sprawę zamachu smoleńskiego; wskazując tym samym, że rządy reżimu PO-PSL obfitowały w rozliczne akty zdrady, łamania praw obywatelskich, zamordyzmu i budowania państwa totalitarnego. Należało wykazać, iż okres ten nie miał nic wspólnego z „wartościami demokracji”, a ludzie, którzy sprawowali wówczas władzę paktowali z obcym mocarstwem przeciwko prezydentowi własnego kraju, a następnie uczestniczyli w ukrywaniu prawdy o zamachu smoleńskim i wspierali obcą, wrogą Polakom wersję wydarzeń.
Taka, zgodna ze stanem faktycznym diagnoza, pozwoliłaby podjąć jedynie sensowne i sprawiedliwe rozstrzygnięcie i w miejsce przyzwolenia na wrzask o „zagrożeniu demokracji” doprowadziła do postawienia Obcych przed Narodowym Trybunałem i skazania ich na wieloletnie kary więzienia.Gdyby jakiś zwolennik PiS oburzał się na podobną ocenę, przypomnę, że jeszcze w roku 2013 J. Kaczyński wołał w uniesieniu - „W Polsce mamy do czynienia ze skrajną formą systemu postkomunistycznego”. Gdy dwa lata później pozwolono Kaczyńskiemu zasmakować fruktów władzy, partyjni wyznawcy mogli usłyszeć zgoła inną diagnozę: „polska demokracja ma się dobrze”.
Te i wiele innych wypowiedzi owego „męża stanu” dowodzą, że w logice Kaczyńskiego triumfy święci hiper-brednia, wypowiedziana w roku 2015 przez byłego „działacza ekologicznego” prof. Piotra Glińskiego - "Żyjemy w ćwierć-demokracji”.
Owszem - odpowiedziałbym - żyjemy, bo takie kłamstwa narzucają nam ćwierćinteligenci.
Partyjny bełkot na temat demokracji, bądź jej braku, dowodzi jednej rzeczy: zdaniem grup zarządzających III RP, demokracja istnieje wtedy, gdy one sprawują władzę i zanika natychmiast, gdy władza zostanie utracona.
To z kolei, powinno prowadzić do konkluzji, że rządy PO-PiS-PSL-SLD itd. nie mogą mieć nic wspólnego z prawdziwą demokracją, a jej nazwa jest wykorzystywana przez partyjnych szalbierzy dla zapewnienia sobie osłony propagandowej. Gdyby było inaczej, demokracja nie mogłaby znikać w chwilę po ogłoszeniu tzw. wyników wyborczych, ani pojawiać się natychmiast, gdy „nasi” przejęli władzę.
Ludzie partii systemowych III RP traktują więc demokrację w identyczny sposób, jak traktowali ją komuniści - nadając swoim rządom miano „demokracji socjalistycznej”. Użycie tego określenia ma zapewnić im „mandat społeczny” i usprawiedliwić draństwa dokonywane w imieniu mitycznego „suwerena”
W tekście „Samobójstwo w obronie demokracji” ze stycznia 2016 roku, pisałem:
Pułapka demokracji okaże się tym bardziej skuteczna, że zastawiono ją na arenie międzynarodowej, w środowisku wrogim i dalekim od znajomości spraw polskich. To nieprzypadkowa okoliczność. Odtąd każdy łajdak, któremu chciano by postawić zarzuty, będzie mógł wylewać żale na forum PE i udowadniać, że stał się ofiarą „nagonki politycznej”. Gdyby komuś przyszło do głowy stawiać przed sądem polityków PO-PSL – niechybnie usłyszymy o okrutnym „prześladowaniu opozycji” i „zamachu na demokrację”. Tym kontroskarżeniem można zablokować wszelkie działania w sprawie Smoleńska, ale też sprawy dotyczące afer i pospolitych przestępstw.
Formuła, zastosowana podczas obecnej kombinacji okaże się przydatna w każdym przypadku, w którym dojdzie do naruszenia interesów układu III RP. Można ją również zastosować do forsowania interesów niemieckich i unijnych. Groźba wszczęcia procedur przeciwko Polsce, będzie odtąd najwygodniejszym straszakiem i argumentem tzw. opozycji.
Wolno sobie wyobrazić sytuację, w której poszczególne ustawy i decyzje rządu PiS trafią pod ocenę organów unijnych i zostaną skonfrontowane z „zasadami demokracji”. Próba ukrócenia interesów korporacyjnych, zmiany ustawy o TK czy rewizji konstytucji, będzie osądzana jako „zamach” i stanie się powodem nakręcania antypolskiej histerii. Dość łatwo można zagrozić wprowadzeniem sankcji przeciwko Polsce lub posłużyć się szantażem wykluczenia nas z Unii Europejskiej. Jestem przekonany, że postawiony wobec takiej alternatywy rząd „georealistów” z PiS, uczyni wszystko, by w drodze „dialogu i porozumienia” zadowolić oczekiwania eurołajdaków.”
    Nietrudno zauważyć, że przewidywania te wkrótce się spełniły, zaś obecne problemy z antypolskimi działaniami UE i aktywnością tutejszych Obcych, są konsekwencją „samobójstwa w obronie demokracji”.
Trzeba przy tym podkreślić, że partia Kaczyńskiego świadomie odrzuciła narrację smoleńską. Nie istniała ona w trakcie tzw.”kampanii wyborczej”, była przemilczana na arenie międzynarodowej i nie wywołała żadnych działań, po przejęciu władzy w roku 2015.
Przez lata rządów PiS nie podjęto tematu ani jednej zbrodni z okresu PRL i III RP, nie wyjaśniono żadnej afery, nie wszczęto ani jednego śledztwa w sprawach najważniejszych dla Polaków.
Faktem jest, że wyjaśnienie największej zbrodni we współczesnej historii Polski powierzono zaledwie podkomisji ministerialnej, o budżecie 2 mln zł w roku 2017.
Faktem jest, że nikt i nigdy nie rozważał projektów powołania narodowego trybunału do zbadania i osądzenia tej zbrodni, uchwalenia dodatkowych przepisów karnych, stosowania aresztów wobec polityków poprzedniego reżimu i ludzi służb, zaangażowania najlepszych kancelarii prawniczych na świecie, powołania sztabów specjalistów ze wszystkich dziedzin związanych z tematem oraz wyłożenia z budżetu miliardów złotych ma rozwiązanie sprawy smoleńskiej.
Faktem jest, że temat ten w ogóle nie istnieje na arenie międzynarodowej, a od czasu wymuszonej przez A.Dudę dymisji ministra Macierewicza, nie jest podnoszony przez żadnego polityka tego rządu. Nie ma też ani jednej inicjatywy, która zmierzałaby do informowania opinii światowej o okolicznościach zamachu lub budowania koalicji państw zainteresowanych wyjaśnieniem zbrodni.
Dla miraży władzy, PiS pozostawił 96 Polaków w smoleńskim błocie.
Jeśli tak niewielu z nas postrzega dziś Smoleńsk jako sprawę narodową, rzecz najważniejszą i godzi się z zaprzaństwem partii Kaczyńskiego, jest w tym największy tryumf środowiska,które na zbrodni smoleńskiej zbudowało wpływy,a pięć lat później doprowadziło do "nowego rozdania".
Ludzie PiS wiedzą, że prawda materialna o Smoleńsku kosztowałaby zbyt wiele; groziła utratą „spokoju społecznego”, niosła perspektywę ostrej walki, wizję wyrzeczeń i ofiar. Dla partii, której fundament władzy opiera się na relatywizmie, propagandzie i minimalizowaniu aspiracji Polaków, oznaczałaby konieczność podejmowania trudnych decyzji i wyborów.
Prawda formalna jest bezpieczniejsza. Wsparta na „wspólnocie pomnikowej” i prymitywnej grze na emocjach, na długo może absorbować uwagę Polaków i zapewnić PiS- owi miano „obrońcy pamięci”.

    W drugim przypadku – rezygnacji z zapisów ustawy o IPN, doszło do niezwykłego, jak na warunki europejskie precedensu, w którym rząd (nominalnie) wolnego państwa ugiął się pod presją obcych mocarstw i dokonał zmiany swojego prawodawstwa. Ten precedens otworzył drogę do kolejnych aktów kapitulacji i przyspieszył rezygnację z resztek suwerenności.

Również w tej sprawie mielimy do czynienia z narzuceniem obcej, szkodliwej dla Polski kombinacji. Nie tylko w wymiarze operacji służb izraelskich i nacisków ze strony USA, ale poprzez aktywność agentury ulokowanej w partiach politycznych, działań agentury wpływu oraz polskojęzycznych mediów, zainstalowanych na obszarze III RP.
Na skutek tej operacji doszło do wymuszenia zmiany ustawy o IPN, mającej gwarantować poszanowanie prawdy historycznej, ale też do rezygnacji z ustawy reprywatyzacyjnej, która zakładała, że​tylko obywatele Polski mogą żądać zwrotu utraconej własności.
Działania te były możliwe, ponieważ rząd PiS przejął status państwa z roku 2015 i zaaprobował patologiczny układ, oparty na relacjach wasalnych i agenturalnych. W tym układzie, o sprawach polskich decydowały ambasady Rosji, USA czy Izraela, a decyzje dotyczące Polaków były warunkowane interesem obcych mocarstw.
Działania takie były możliwe, ponieważ ponad narodowy obowiązek sprawy smoleńskiej, ten rząd przedłożył mitologię demokracji, a w miejsce twardej rozprawy z Obcymi, przyjął kłamstwo o istnieniu „opozycji” i dogmat o respektowaniu jej praw.
Jak trudno sobie wyobrazić, by rządy Izraela lub Stanów Zjednoczonych, zaatakowane przez agresywnych oszczerców, odpowiedziały im bełkotem o „woli dialogu” i deklaracją „zrozumienia racji drugiej strony”, tak dla partii Kaczyńskiego i jej zwolenników niewyobrażalna była reakcja wykraczająca poza ramy mitologii demokracji.
Tak dalece przekonano tych ludzi, że to, co mówią w przekaźnikach odpowiada faktom, a to, co deklarują politycy, jest zgodne z ich działaniem, tak otumaniono ich partyjnym bełkotem o prymacie „dobrych relacji” nad polską racją stanu, że niewyobrażalne stało się dewizą niewolników.
Dramat rozgrywający się w roku 2018 był tym większy, że ówczesne zachowania „dobrej zmiany” – nacechowane tchórzostwem, słabością i koniunkturalizmem, podlegały ścisłej osłonie propagandowej, nie były oceniane przez autentyczną opozycję (taka w III RP nie istnieje) i zostały wyłączone z logicznej analizy przyczynowej (związku skutków i przyczyny).
Za wzorcowe dla zrozumienia ówczesnych intencji PiS, uważam słowa prezydenckiego doradcy, prof. A.Zybertowicza, przytoczone w pierwszej części tekstu.
Dokonując przekładu tych słów na język polski, mogliśmy się dowiedzieć: „Najważniejsze dla PiS jest zachowanie władzy. Nawet za cenę prawdy lub podległości obcym interesom”.
Słysząc takie dictum, przedstawiciele obcych interesów, żerujący lub aspirujący do żerowania na majątku Polaków, szybko zrozumieli, że ten rzad można zmusić do każdej kapitulacji.
To tylko kwestia środków i „punktu przyłożenia”.Nie może zatem dziwić, że na arenie międzynarodowej rząd PiS jest traktowany niczym „pochyłe drzewo”, że podlega i ulega ciągłym naciskom ze strony obcych mocarstw, grup i kapitałów, że jest poddawany presji unijnych gangsterów i postrzegany, jako grupa wyjątkowo uległa i skłonna do ustępstw.
    Narzucenie unijnych budżetów, podpisanie "Listy działań Komisji Europejskiej na rzecz poprawy równego traktowania osób LGBTI" i zobowiązania do "walki o równouprawnienie środowisk LGBTI”, antypolskie orzeczenia tzw. TSUE, upokorzenie nas niemieckim ambasadorem – agentem wywiadu, synem hitlerowca, ucieczka od wypowiedzenia „konwencji stambulskiej”, rezygnacja z reparacji wojennych od Niemiec i Rosji, zaniechanie kosmetycznej „reformy sądownictwa”, skandaliczne „listy” pani Mosbacher i nienawistne ataki ambasadora Rosji, przyjęcie bandyckiego kredytu, pod nazwą „fundusz odbudowy" i zgoda na zadłużenie wielu pokoleń Polaków – to tylko niektóre z długiej listy aktów upodlenia, serwilizmu i kapitulacji.
Opinia wyrażona onegdaj przez prof. Pawłowicz : "Polskie władze działają z przystawionym do głowy pistoletem, który wymusza poddanie się dyktatowi unijnemu", nie jest – jak chcą to widzieć partyjni propagandyści, rodzajem „usprawiedliwienia”, lecz najcięższym, historycznym aktem oskarżenia pod adresem partii Kaczyńskiego.
Jest obrazem hańby, której wymiar można porównać tylko z okresem rozbiorowym.
        Większość naszych rodaków, zachwycona soc-ochłapami rzucanymi z pańskiego stołu, nie zaprząta sobie głowy pytaniem: jak to możliwe, że 40-milionowe państwo, o tysiącletniej tradycji i kluczowej, geo-politycznej roli w Europie, jest traktowane jako domena obcych interesów, niczym podległe, ułomne kondominium?
Poważna odpowiedź wymagałaby sięgnięcia w czasy jałtańskie, okres okupacji sowieckiej i narodową tragedię, zwaną „okrągłym stołem”. Ponieważ rozpatrujemy rzecz w odniesieniu do sytuacji obecnej i rządu istniejącego od sześciu lat, nie sposób pominąć sprawy smoleńskiej.
Ta sprawa – od chwili, gdy polski prezydent został unurzany w smoleńskim błocie, musiała zaprzątać uwagę zagranicznych gremiów. Jeśli nie z powodu rosyjskiego sprawstwa, to z uwagi na szereg uwarunkowań politycznych, jakie stwarzała nowa sytuacja.
Historia współczesna nie zna zdarzenia tej miary, jakim była nagła śmierć prezydenta europejskiego państwa, dziesiątków najwyższych urzędników państwowych i niemal całego dowództwa sił zbrojnych. Do takich tragedii, nie dochodzi nawet w czasie konfliktu zbrojnego, cóż dopiero w okresie pokoju. Poza oczywistym kontekstem politycznym, zdarzenie to musiało zostać odebrane w świecie służb specjalnych z najwyższą uwagą i poddane wszechstronnym analizom. Byłoby aktem naiwności uważać, że reakcje tych służb ograniczały się tylko do zachowań ujawnionych publicznie.
Można z dużym prawdopodobieństwem zakładać, że szereg decyzji podjętych przez rządy europejskie i administrację USA, było efektem analiz dokonanych przez wywiady tych państw. Tego rodzaju wiedza, jest dziś jednym z podstawowych narzędzi kształtowania stosunków międzynarodowych.Nie sposób wykluczyć, że proces wycofywania Ameryki z polityki wschodniej, rezygnacja z rozszerzania NATO, czy decyzje Zachodu umożliwiające odbudowę wpływów rosyjskich – są w dużej mierze następstwem obserwacji zachowania władz IIIRP po zamachu smoleńskim.
Jeśli dostrzeżono, że przez wiele miesięcy poprzedzających zamach dochodziło do zbliżenia relacji polsko-rosyjskich a cały okres po-smoleński obfitował w zacieśnienie „przyjaźni” z państwem Putina ,decyzje wobec III RP były uwarunkowane tymi obserwacjami.
Nietrudno zrozumieć, jak postrzegano rząd PO-PSL - po oddaniu śledztwa smoleńskiego Rosjanom, po żarliwych deklaracjach „pojednania polsko-rosyjskiego”, po przyjęciu „raportu Anodiny”, rezygnacji z pomocy NATO, podpisaniu wasalnych kontraktów gazowych czy oparciu belwederskiej „strategii bezpieczeństwa narodowego” na rosyjskich gwarancjach.
Z tych aktów kapitulacji, zaprzaństwa i głupoty, nasi zagraniczni „partnerzy” budowali wizerunek III RP- państwa słabego i zależnego.
          Gdy następcą reżimowców z PO-PSL została partia, która przez lata deklarowała wolę wyjaśnienia tragedii smoleńskiej, a lokatorem Pałacu, były urzędnik Kancelarii Lecha Kaczyńskiego – beneficjent tej tragedii, można było przypuszczać, że III RP odbuduje swoją pozycje wśród światowej wspólnoty.
Sprawa smoleńska byłaby tym nośnikiem, fundamentem, na którym można było budować nowe relacje.
Rzetelne podjęcie tej sprawy, wywołałoby światowy wstrząs. Nie „wojnę z Rosją” – jak bredzą tchórze i miłośnicy Putina, lecz wstrząs polityczny i gospodarczy. Na tyle odczuwalny, że prowadzący do zmiany sojuszy, rewizji pojęć „sprzymierzeniec” - „przeciwnik”, do weryfikacji rozmaitych „partnerstw”, priorytetów politycznych i gospodarczych.
Budowa szerokiej koalicji antyrosyjskiej, uzależnienie uprzywilejowanej pozycji w relacjach z Polską (również handlowych) od stosunku do sprawy smoleńskiej, inicjatywy na forum NATO i UE, zmierzające do izolowania państwa Putina, światowa kampania medialno-informacyjna, zerwanie relacji gospodarczych i politycznych z Rosją i jej poplecznikami – to tylko niektóre z działań, jakie można było podjąć po roku 2015.
Jeśli żadnych działań nie podjęto, a większość naszych rodaków wzrusza dziś ramionami na podobne propozycje, oznacza to, że III RP pozostała na pozycji państwa słabego i wasalnego. Państwa, z którym nikt nie musi się liczyć, ani zabiegać o jego względy.
Państwa zbudowanego na mitologii „geo-realistów” i kłamstwach iluzorycznych „sojuszy”.
Takie państwo nie może liczyć na szacunek ani oczekiwać poważnego traktowania. W świecie budowanym na twardej grze interesów i obronie własnych racji, nie można szanować kogoś, kto nie zabiega o wyjaśnienie okoliczności śmierci swoich rodaków, akceptuje bezkarność sprawców i butę pomocników zbrodni.
Potencjał takiego państwa nie wynika z argumentów etycznych (te nie mają znaczenia w polityce globalnej) lecz z oceny zdolności do prowadzenia samodzielnej polityki, do obrony swoich interesów i zapewnienia bezpieczeństwa.
        Nie sądzę, by po roku 2015, którekolwiek z państw zainteresowanych kontaktami z III RP musiało zmieniać swoje relacje z rządem. Nastąpiła kontynuacji polityki zagranicznej, podtrzymanie wszelkich układów i zależności, a partia Kaczyńskiego zaakceptowała „sugestie” płynące z obcych stolic.
Oświadczenie Andrzeja Dudy, zawarte w orędziu prezydenckim, iż polska polityka zagraniczna „potrzebuje tylko korekty”, okraszone troską o „spójność Unii Europejskiej” oraz ”jedność Sojuszu Północnoatlantyckiego” , przecinało nadzieje na budowanie nowej państwowość, w oparciu o własną, polską drogę. Bez oglądania na Wschód i Zachód. Bez dogmatu „dobrosąsiedzkich” stosunków i „zakopania” Polski w UE. Bez wiary w gwarancje NATO i papierowe sojusze z państwami, które nas wielokrotnie zdradziły.
Szybko się okazało, że w zakresie polityki zagranicznej, między partiami systemowymi III RP nie istnieją żadne różnice. Ludzie rozdzielający między sobą rządy, nie próbują nawet ukrywać, że służba pod obcą „flagą” - rosyjską, niemiecką, amerykańską czy izraelską, należy do głównych powinności „georealistów”.
PiS znalazł się w grupie groźnych mistyfikatorów, którzy od dziesiątków lat niweczą nasze marzenia o silnej i niepodległej Polsce. Ta grupa, nie tylko odrzuca doświadczenia historyczne, ale nie chce przyjąć, że niezależnie od ilości umów i werbalnych deklaracji, Moskwa i Berlin zawsze będą wrogami polskości, a poleganie na „europejskich gwarancjach”. jest aktem samobójstwa.
Obrazu klęski dopełniała zgoda PiS na bezkarność targowiczan, hołubienie komunistycznych miernot, przyzwolenie na zdradę, pogardę i łamanie prawa.
    Nie można szanować państwa,w którym doradca prezydenta ds. bezpieczeństwa publicznie oświadcza : „Rosyjska agentura wpływu swobodnie działała w kluczowych polskich mediach”, a po tak wyrazistej diagnozie nie następują akcje kontrwywiadu ani próby likwidacji zagrożeń związanych z działalnością agentury.
Nie można szanować państwa, w którym minister spraw wewnętrznych stwierdza: doszło do puczu, nielegalnej próby przejęcia władzy”, jeśli za tymi słowami nie następują aresztowania i śledztwa w sprawie zamachowców.
Nie można szanować państwa, w którym szef partii rządzącej oznajmia z infantylną szczerością : Prezes Trybunału Konstytucyjnego ostentacyjnie i bezczelnie łamie prawo, ale póki Rzepliński będzie prezesem, nie da się nic zrobić”.
W miarę rozgarnięty obywatel takiego państwa, zawołałby – jakże to, panowie politycy, po to otrzymaliście od nas władzę, pieniądze i profity, żeby zabawiać się w czcze pogadanki i zamiast chronić nasze bezpieczeństwo, pozwalać na bezkarność agentury, dywersantów i przestępców?

Byłoby głupotą sądzić, że tego obrazu III RP nie widzą przedstawiciele innych państw, że ignorują go obce służby i grupy interesów.

Ci ludzie wiedzą, że władza, która kapituluje przed zgrają rozwrzeszczanej hołoty, ulegnie przed zewnętrznym agresorem, że służby zniewolone hańbą Smoleńska, nie zablokują obcej agentury, a obecność przestępców w życiu publicznym, jest efektem odrzucenia prawa i sprawiedliwości i przyjęcia po-smoleńskiej patologii.
Mając tę wiedzę i tą pewność, mogą wypatrywać łupu.

        Obserwacja tego, co było i co dziś dzieje się w III RP, musi prowadzić do wniosku, że konsekwencje zamachu smoleńskiego będziemy odczuwali przez kolejne pokolenia. Dla ludzi rządzących tym państwem, Smoleńsk wytycza „nowy ład” – z jego „elitami”, koneksjami i wszechobecnym relatywizmem. Wzorem esbeckiej „transformacji ustrojowej”, tworzy nową „wspólnotę brudu”,w której kaci i ofiary mają uczestniczyć w budowaniu kolejnej hybrydy - sukcesji komunistycznej. Istotą „nowego ładu”, będzie mezalians dobra ze złem – tak głęboki, by każde z nich było nierozpoznawalne.

To, co wyłoni się z tego chaosu, nie będzie państwem polskim.

Twórcy „nowego ładu” wiedzą, że narodu nie zabija się pałką ani karabinem. Nie zamyka w więzieniu i nie stawia pod ścianą. Narzędziem zabójstwa jest zawsze kłamstwo – powolna, skuteczna trucizna, sączona z pokolenia w pokolenie.


Cdn.

     


niedziela, 14 marca 2021

SMOLEŃSK - ZBRODNIA NOWEGO ŁADU (1)


Wszystko, czego od pięciu lat doświadczamy: akty bezsiły, podłości i kapitulacji, rozpasany terror Obcych i bezkarność antypolskiej hołoty, setki codziennych upokorzeń i bezmiar utraconych szans, jest efektem zbrodni najcięższej - odrzucenia sprawy smoleńskiej i skazania nas na życie w państwie naznaczonym piętnem tej zbrodni.
    Przed wieloma laty, nazwałem zabójstwo Księdza Jerzego- zbrodnią założycielską III RP. Śmierć męczennika zbudowała fundament, na którym oparto konstrukcję kolejnej komunistycznej hybrydy.
Wszystkie środowiska, uczestniczące wówczas w zmowie milczenia, przyjęły na siebie ciężar zakładników tej zbrodni i wzięły odpowiedzialność za ukrywanie prawdziwych sprawców i mocodawców. Do dziś, depozyt ten daje gwarancję bezkarności oprawcom z wojskowej bezpieki, chroni ich wysoko postawionych wspólników i stanowi „aksjologiczne spoiwo”, łączące bandytów, ludzi polityki, Kościoła i mediów.
Ponieważ komunizm zawsze karmi się zbrodnią, kolejne odsłony tej patologii, muszą powstawać na jej fundamencie.

    Nie mam wątpliwości, że zamach w Smoleńsku i relacje zbudowane na tej zbrodni - tak w wymiarze wewnętrznym, jak polityki zagranicznej, mają doprowadzić do stworzenia „nowego ładu”, a śmierć prezydenta i towarzyszących mu osób, jest zbrodnią założycielską kolejnej komunistycznej hybrydy.
Pewność tą czerpię, nie tylko z wydarzeń zaistniałych po roku 2015, ale z analizy własnych błędów, popełnionych w okresie tzw.”zwycięstwa wyborczego” PiS.
Nie uwzględniłem wówczas „czynnika ludzkiego” i oceniając realia tego państwa na podstawie znanych mi faktów, nie brałem pod uwagę niszczycielskiej siły kompleksów i bezmiaru pychy.
Od czasu „okrągłego stołu”, gdy esbeckie narzędzia pozyskiwania agentury – „korek,worek i rozporek”, zostały wzbogacone o miraże „sprawowania władzy” i udziału w „rządzie dusz”, ten czynnik nabrał zasadniczego znaczenia.
A jednak trudno było zrozumieć, że człowiek doświadczony zabójstwem brata-bliźniaka, naznaczony piętnem zdrady i nienawiści, mógłby odrzucić obowiązek wyjaśnienia zbrodni smoleńskiej i z rąk tych, którzy byli wspólnikami Putina. przyjąć iluzoryczną „władzę”.
Tym trudniej było przewidzieć, że reżim współwinny tej zbrodni, stado twardogłowych typów, złączonych nienawiścią do Polski, zostanie uznany przez tego człowieka za „opozycję demokratyczną” i obdarzony gwarancją nietykalności.
    Jeszcze w roku 2012, podczas miesięcznicy smoleńskiej, wyborcy PiS mogli usłyszeć od Jarosława Kaczyńskiego:
Polska nie będzie wolna, jeśli prawda o Smoleńsku nie wyjdzie na jaw! Polska nie jest wolna, bo nie możemy uczcić bohaterów Smoleńska, bo nie ma ciągle pomnika, bo stawiane są różne przeszkody, bo nieustannie trwa kampania obrażania tych, którzy zginęli”.
Po czterech latach, podczas których prawda o Smoleńsku nie wyszła na jaw, nie uczczono bohaterów i nie zbudowano im pomnika, zaś „kampania obrażania tych, którzy zginęli” trwała w najlepsze, wyborcy usłyszeli: "Polska jest dzięki nam krajem wolności, jednym z niewielu w Europie!”.
A usłyszeli tylko dlatego, że partia Kaczyńskiego wygrała tzw. wybory parlamentarne.
Niełatwo było zrozumieć, że za tak marną cenę, brat może zdradzić brata i pozostawić go w smoleńskim błocie.
Przypomnę, że w roku 2015, prezes PiS otwarcie anonsował „linie polityczną” swojej partii i tuż przed tzw. wyborami oświadczył: „Nie będzie żadnej zemsty i odwetu, negatywnych emocji ani osobistych rozgrywek czy odgrywania się, żadnego kopania tych, którzy upadli”. Usłyszeliśmy zapowiedź „umacniania i szanowania roli opozycji” oraz szczególnie haniebne słowa – „Jesteśmy gotowi zapominać i wybaczać”.
Te deklaracje (na co zwracałem wówczas uwagę), niosły zapowiedź rzeczywistych intencji i wbrew rojeniom zwolenników PiS, nie były wyrazem jakiejś „gry politycznej”.
W wymiarze,w jakim dziś oceniam realia, wyrażały one zamysł zawarcia swoistego „paktu o nieagresji”, między dwiema grupami, które od lat 80. ubiegłego stulecia rozgrywają sprawy sukcesji komunistycznej i są prawdziwymi decydentami III RP: środowiskiem „wojskówki” i ludźmi służb cywilnych, związanych z byłym Departamentem I SB MSW.
Założenie to opieram na wiedzy, iż zainicjowane (w roku 2013) "nowe rozdanie", zakończone prezydenturą A. Dudy i rządami Prawa i Sprawiedliwości, nosi znamiona kombinacji operacyjnej, rozegranej przez środowisko byłych WSW/WSI.
    Gdy w roku 2013 twierdziłem, że ówczesne roszady (wywołane tzw. aferą podsłuchową) zakończą się odejściem Tuska i ujawnią rzeczywistych decydentów, były to tezy odosobnione. Nie chciano przyjąć, że kombinację zmierzającą do zdyscyplinowania grupy Tuska i wymiany jego ekipy, mógł podjąć tylko taki ośrodek, który dysponował silnymi narzędziami wpływu i potrafił zapewnić mechanizmy bezpiecznej "wymiany wody".
Bezpiecznej, a zatem takiej, która nie doprowadzi do upadku triumwiratu (politycy-oligarchowie-służby) i nie zagrozi fundamentom magdalenkowego tworu.
Rok 2015 przyniósł rozstrzygnięcie tych wątpliwości, a setki zachowań polityków „zwycięskiej partii” potwierdziły zamysł „paktu o nieagresji”.
To nie przypadek, że we wszystkich działaniach podejmowanych przez partię Kaczyńskiego, można wyróżnić jeden, zasadniczy mianownik: nie dotyczą środowiska „wojskówki” i nie prowadzą do likwidacji wpływów tego środowiska.
    Parasol ochronny nad Komorowskim, obecność ludzi WSW/WSI w BBN i w otoczeniu A. Dudy, odstąpienie od wojskowej ustawy dezubekizacyjnej i degradacyjnej, ukrycie Aneksu do Raportu z Weryfikacji WSI, niepodjęcie śledztwa w sprawie zbrodni założycielskiej III RP, zamilczenie afery marszałkowej, stoczniowej i podsłuchowej, wymuszona przez Pałac dymisja szefa MON, tzw.”rekonstrukcja” rządu i związane z nią roszady, a przede wszystkim - wygaszenie sprawy Smoleńska, należą do katalogu spraw, za którymi skrywa się intencja ochrony interesów środowiska byłych WSI.
Intencje staną się tym bardziej czytelne, gdy dostrzeżemy, że rozegrana przez to środowisko kombinacja operacyjna, pod nazwą „afera podsłuchowa”(„Sowa”,”kelnerzy” itp.) posłużyła do „sformatowania” ówczesnej sceny politycznej i miała kluczowe znaczenie w tworzeniu nowego rozdania z roku 2015.

    Skutki odrzucenia obowiązku wyjaśnienia zamachu smoleńskiego, dotyczą tak wielu obszarów życia społecznego,politycznego i gospodarczego, że w niniejszym tekście nie sposób byłoby je wymienić.
Dlatego skupię się tylko na trzech aspektach.
    Język jest głównym narzędziem fałszerzy. Pseudo-patriotyczny bełkot, pro-gospodarcze deklaracje i retoryka oparta na obietnicach socjalnych, są więc dla obecnej władzy tym, czym dla komunistycznej watahy były cytaty z „Manifestu” i marksistowsko-leninowska dialektyka.
Mają oszukać Polaków i stworzyć przestrzeń dla Obcych.
Nie powinno więc dziwić, że za rządów PiS umocniły się grupy obcych wpływów, wzrosła pozycja „czynników zewnętrznych”, ujawniły środowiska dywersantów, dewiantów i systemowych deprawatorów.
Stało się tak z woli i za zgodą obecnej władzy, przy pełnej akceptacji szefa PiS i lokatora Pałacu Prezydenckiego. To przyzwolenie na eskalację zła, na niszczenie naszego języka, religii i kultury, jest całkowicie świadomym wyborem grupy rządzącej i stanowi preludium przed „ostatecznym rozstrzygnięciem”.
Partia Kaczyńskiego ma przygotować grunt pod system totalnej deprawacji.
Po nich przyjdą likwidatorzy resztek polskości.
Wbrew szalbierskiej retoryce rządzących, tylko te fakty: przyjecie przez PiS w r.2016 tzw."Listy działań Komisji Europejskiej na rzecz poprawy równego traktowania osób LGBTI" i zobowiązanie się do"walki o równouprawnienie środowisk LGBTI" oraz skierowanie do Sejmu przez A. Dudę ustawy proaborcyjnej (2020), dobitnie ukazują rzeczywiste intencje rządzących.
Przyzwolenie na dywersje polityczną i niszczenie wizerunku Polski za granicą, na ochraniane przez służby „manifestacje” środowisk antypolskich, na aktywność wszelakiej agentury i bezkarność Obcych, uzupełnia ten obraz.
    Partia Kaczyńskiego poczyniła jednak postępy na drodze „rządu dusz” i szybko dostrzegła, że w miejsce realnych zmian, patriotycznych projektów i narodowych obowiązków, można mamić Polaków populistyczną strawą i wizją „pełnej michy”. Zrezygnowano zatem z szalbierskiej retoryki „dobrej zmiany”, porzucono fikcję „reform sądowych”, zaprzestano zwodzić ”repolonizacją mediów”, „reparacjami wojennymi” czy „wypowiedzeniem konwencji stambulskiej”.
Widoczny od lat proces ciągłych ustępstw oraz tryumfu dialektyki „dialogu i konsensusu”, jest prostą konsekwencją operacji, którą partyjni wyrobnicy nazwali „rekonstrukcją rządu”. Dokonane wówczas zmiany, nie dotyczyły tylko roszad personalnych, ale sygnalizowały zasadniczą transformację celów i przeniesienie ośrodka decyzyjnego w stronę Pałacu Prezydenckiego.
Powierzenie steru rządów byłemu doradcy Tuska, osobie ulokowanej głęboko w strukturach komunistycznego establishmentu bankowego i – co istotne - jednemu z „rozmówców Sowy”, (z których to rozmów taśmy nie zostały ujawnione), tworzyło całkowicie nową sytuację. Nie tylko w wymiarze „operacyjnym”. Ten „mój premier” (jak nazwał Morawieckiego A.Duda) miał skierować „dobrą zmianę” na manowce, zwane drugą kadencją. Manowce, bo takie przekierunkowanie wymagało zatrudnienia bezwolnych, czyli „koncyliacyjnych” ministrów oraz przyjęcia zasady unikania konfliktów i podążania drogą ustępstw. Nie znaczy to, że rząd Beaty Szydło składał się z samych „jastrzębi”. „Rekonstrukcja” polegała raczej na zastąpieniu tych, którzy byli nadto samodzielni i „niesterowalni” lub nie wykazywali entuzjazmu wobec projektów płynących z otoczenia lokatora Pałacu.
    Za taką transformacją, podążała zmiana w zakresie wpływów różnych grup interesu, traktujących III RP jako swoją własność lub domenę – poczynając od środowiska „brązowych butów”,akuszerów rozdania z roku 2015, po przedstawicieli lobby niemieckiego, amerykańskiego, rosyjskiego czy żydowskiego. Ci ludzie wiedzieli, że zasady „filozoficzne”, celnie wyłożone onegdaj przez doradcę A.Dudy, prof. Zybertowicza – iż władza „musi ulegać siłom zewnętrznym, które na to pozwolą i w tym pomagają” - awizują nowe obszary zysków i zapowiadają kolejne ustępstwa rządu.
Odkąd więc A. Morawiecki, namaszczony na partyjnego „delfina”, stał się premierem, festiwal propagandy, socjalnych obietnic i „ekonomicznych projektów”, udanie zastąpił wcześniejszą retorykę.
    Uwadze widzów, zachwyconych tym festiwalem umyka fakt, iż żadne „działania pro-rozwojowe”, żadne deklaracje „wzrostu gospodarczego”, nie będą miały wpływu na poprawę naszego losu.
W obecnym kształcie tego państwa, w realiach powstałych po 10 kwietnia 2010 roku, niosą jedynie zapowiedź umocnienia antypolskiego tryumwiratu i głębszego zniewolenia Polaków.
Przyczyna jest oczywista.
Jeśli nie rozliczono żadnej hańby III RP, nie ujawniono okoliczności smoleńskiego zamachu, nie wskazano sprawców, wspólników i beneficjentów tej zbrodni, jeśli nie przecięto agenturalnych związków i ekonomicznych zależności - nie ma i nie może być takich „projektów ekonomicznych”, które służyłyby polskiej wspólnocie.
To rządzące tym państwem „kasty”, kluby „miłośników cygar” oraz syndykaty wojskowej i cywilnej bezpieki, będą głównymi odbiorcami wszelkich „przemian”. Do nich spłyną zyski z „działań pro-rozwojowych”, oni będą adresatami realnych korzyści.
Obecność tych ludzi w życiu gospodarczym i politycznym III RP, ich poczucie bezkarności i wpływu na sprawy polskie, są dostatecznym dowodem, że „nowy ład” ma umocnić stary porządek i jest drogą do kolejnej sukcesji komunistycznej.
Ten stan, można porównać do postawy właściciela rudery, postawionej na ruchomych piaskach i zgniłym fundamencie, który chciałby zmienić wystrój domu, zakupić drogie meble i aranżować nowoczesne wnętrza. Żadna z tych inwestycji nie przyczyni się do poprawy warunków mieszkańców owej rudery. Zgniły fundament, lub dziurawy dach skutecznie zniweczą wszelkie starania. Jeśli jeszcze dom ma nieszczelne okna i sparciałe drzwi, a wokół i wewnątrz grasują bandy oprychów, los budynku i jego mieszkańców jest przesądzony.
Skoro zatem rząd PiS nie zlikwidował ani jednej patologii III RP, nie zniszczył mafijnych układów i agenturalnych zależności, jeśli nie rozliczył winnych Smoleńska, nie naruszył fortun „kasjerów bezpieki” i stanu posiadania komunistycznych oligarchów, oznacza to tyle, że realne korzyści – w wymiarze ekonomicznym i publicznym, trafią do tych środowisk i posłużą umocnieniu ich wpływów.
    Resztki z pańskiego „stołu”, w postaci socjalistycznego rozdawnictwa, rozmaitych „programów +”, dopłat i świadczeń, mają zaspokoić aspiracje Polaków i sprowadzić je do pospolitej „michy”. Są równie łatwe do konsumpcji, jak do szybkiej likwidacji, dlatego każdy z rządów III RP może dowolnie dysponować tymi „zdobyczami”.



Cdn.