Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

wtorek, 23 czerwca 2020

MY CZY ONI? WYBÓR KONIECZNY

Gdy w maju 2010 roku opublikowałem tekst „My i Oni”, nie miałem wielkich nadziei na akceptację takiej dychotomii. Również kolejne teksty, związane z tą tematyką, nie przynosiły pozytywnego przełomu. Nawet dla zagorzałych krytyków ówczesnej rzeczywistości, postulat wytyczenia „kanciastej granicy” i nazwania Obcych po imieniu, wydawał się nierealny, wręcz utopijny.
W komentarzach pod tekstem, można było znaleźć dywagacje o „dwóch Polskach” i potrzebie „wygrania wyborów”, próżno było jednak wypatrywać poparcia dla takiej wizji III RP.
Nie popełnię chyba błędu, jeśli z perspektywy mijającej dekady, dostrzegę ważną i pozytywną zmianę. Sądzę, że coraz więcej naszych rodaków dostrzega konieczność stosowania tej dychotomii i znajduje odwagę nazywania Obcych.
Jeśli nawet wielu popełnia błąd w identyfikacji zagrożeń lub przenosi istotę podziałów na płaszczyznę rzekomych „różnic politycznych”,a nawet etnicznych, sam proces porządkowania świata III RP i odkrywania własnej tożsamości, jest wartością bezsporną.
Świadczy bowiem o przełamywaniu jednego z najgroźniejszych kłamstw komunizmu – mitu o „potrzebie jedności” i prymacie „zgody budującej”, na którym ludzie sowieckiego okupanta i ich sukcesorzy zbudowali karykaturę polskiej państwowości.
Mit „porozumienia ponad podziałami”, zawsze był bronią Obcych, podstępnym orężem okupantów i wrogów polskości. Ta załgana retoryka ujawniała intencję oszukania Polaków, ale też zamysł przymusowej integracji polskości i komunizmu. Stosując ów zabieg, Obcy chcieli wedrzeć się w strukturę polskiego społeczeństwa i zmusić je do stworzenia sztucznej wspólnoty.
Wiedzieli bowiem, że ukazanie różnic dzielących My od Oni i wytyczenie ostrej granicy, byłoby dla nich zabójcze. Stąd obsesyjnym dążeniem komunistów, było tworzenie rozmaitych „frontów jedności narodu”, „rad narodowych” itp. fikcyjnych „wspólnot”, w których czynnikiem integrującym miały stać się hasła niesione na czerwonych sztandarach.
Oni wiedzieli, że pozostawienie ich poza „wspólnotą żyjących”, wyrzucenie za granicę naszej uwagi, pozbawia tych ludzi (niemal )ontologicznej podstawy, skazuje na pustkę i spycha w otchłań zapomnienia. W reakcji obronnej ujawniał się lęk pasożyta, który utracił organizm żywiciela, lęk herbertowskiej „czystej negatywności”, której odmówiono „ontologicznego statusu”.
Bliźniacza obsesja, wsparta kazuistyczną retoryką, towarzyszyła grupie tworzącej III RP i do dziś decyduje o przynależności do grona „właścicieli” tego państwa.
To III RP-wyłoniona z nędzy małych kapusiów i lęku wielkich zbrodniarzy, urzeczywistniała bermanowski postulat „nowej świadomości” i stała się symbolem tragicznej w skutkach asymilacji polskości i komunizmu.
Budowanie tego tworu powierzono wrogom ulokowanym wewnątrz społeczeństwa, ukrytym za parawanem rzekomo wolnych mediów, szermujących hasłami prawa i demokracji, osłoniętych społecznym zaufaniem i przywłaszczonym mianem autorytetów. Prymitywna falsyfikacja języka, tworzenie symulowanych „sporów politycznych”, rewizja polskiej historii, walka z pamięcią, niszczenie kultury i szkolnictwa, propagowanie zachowań antyspołecznych i amoralnych – wyznaczały drugi i znacznie groźniejszy proces dezintegracji. Do dziś dramat polega na tym, że ten wróg działa za aprobatą ogromnej części społeczeństwa, jest uznawany za „swojego”, akceptowany i obdarzany „demokratycznym glejtem”.
Ogromnym zwycięstwem tej komunistycznej strategii, jest głęboko utrwalona obawa przed wprowadzaniem wszelkich "podziałów społecznych". Większość z nas utrzymuje, jakoby rozłamy, różnice i dychotomie, były czymś zasadniczo złym i generowały najpoważniejsze konflikty. W III RP ten dogmat jest uznawany za niepodważalny i głoszony szczególnie przez tych, którzy z nienawiści uczynili broń przeciwko Polakom.
Tkwi w tym pokłosie sowieckiej strategii podstępu i dezinformacji, która w całym "wolnym świecie" utrwaliła przekonanie, że nie wolność i prawda, lecz pokój i spokój są najwyższą wartością.
Jeśli w realiach 2020 roku widzimy zgraję atakującą fundamenty polskości, jeśli rządzą tu „kasty” i grupy wyjęte spod prawa, jeśli bezkarni pozostają bandyci, zdrajcy i złodzieje – zawdzięczamy to tym, którzy z postulatu „zgody budującej” uczynili mur chroniący Obcych.
Dostrzeżenie tego zagrożenia, musi prowadzić do historycznej konkluzji: nie da się zbudować Niepodległej na kompromisie Obcych z Polakami.
Nie można też stworzyć społeczności ludzi wolnych wraz z tymi, którzy noszą piętno niewoli. Kto chciałby próbować takiej sztuki – nie tylko nie ocali niewolników, ale zgubi ludzi pragnących wolności.
O tej prawdzie wiedzieli nasi przodkowie.
Warto się zastanowić - jak wyglądałaby II Rzeczpospolita, czy przetrwałaby agresję sowiecką i nie uległa zakusom „starej Europy”, gdyby u zarania wolnej państwowości nie przyjęto twardej cezury My-Oni, eliminując z życia publicznego komunistycznych zdrajców i różnej maści renegatów?
Czy wolna Polska dotrwałaby do roku 1939, gdyby 13 lat wcześniej marszałek Piłsudski nie ukrócił
„panowania rozwydrzonych partii i stronnictw nad Polską” i nie położył tamy „demokratycznym” szaleństwom?
Obóz w Berezie Kartuskiejsymbol znienawidzony przez komunistów i równie wyklęty przez pseudo-historyków III RP, jest synonimem mądrej, propaństwowej postawy, w której podział na My i Oni wytycza obszar autentycznej niepodległości i troski o narodowe interesy.
Przed czterema laty, przerażony obrazem rzeczywistości pod rządami „dobrej zmiany”, napisałem te mocne słowa:
Kto w obliczu agresji i kampanii nienawiści ze strony sukcesorów komunizmu mówi dziś o porozumieniu i dialogu, jest skończonym durniem lub zdrajcą sprawy polskiej.
Nie ma też groźniejszych nawoływań, od postulatu fałszywej zgody narodowej – osiągniętej za cenę naszych dążeń i prawdy o realiach III RP.”
Napisałem te słowa, bo na „kompromisie”, którego symbolem były ofiary Katynia i mordownie UB, zbudowano państwo okupacyjne, pod nazwą „PRL”.
Na tym samym „kompromisie”, cementują go zabójstwem księdza Jerzego i magdalenkową zmową ubeków z agenturą, stworzono sukcesję „PRL-u”, nadając jej miano „III Rzeczpospolitej”.
Taki też „kompromis” leżał u podstaw układu, który w roku 2015 wyniósł do władzy partię Kaczyńskiego. Za cenę odrzucenia dychotomii My-Oni, zamazania granic dobra i zła, buduje ona podwaliny kolejnej hybrydy komunistycznej – bez prawdy o Smoleńsku, bez rozliczenia zbrodni, bez nazywania rzeczy po imieniu.
Tylko człowiek bezmiernie głupi lub kierujący się złą wolą, mógłby dziś nie dostrzegać bezkarności Obcych, ich nieokiełznanej agresji i nienawiści wobec polskości. Tylko człowiek ograniczony, mógłby przypisywać te zjawiska symptomom „walki politycznej” lub widzieć w nich objaw „demokracji”.
A skoro tak wygląda to państwo po pięciu latach rządów „patriotycznej prawicy”, skoro jego codziennością jest zdrada, łamanie prawa i pogarda wobec polskości – czy wolno uciekać od prawdy, że bez dychotomii My-Oni zmierzamy ku przepaści?
Co jeszcze muszą uczynić ludzie nazywani tu „opozycją”, jakich zbrodni dopuścić się po Smoleńsku, by zasłużyli na miano Obcych?
Doświadczenia ostatnich lat, w których hołubi się antypolską zbieraninę, „demokratami” nazywa odrażających pajaców, „sędziami” zaś - ludzi bez czci i rozumu, nie mogą być odrzucone.
Trzeba je zapamiętać i wyciągnąć z nich wnioski.
Bo tacy, jak Duda, Kaczyński czy Morawiecki, mogą się „jednać” - z kim tylko zechcą.
Mogą pochylać nad wrzaskiem „opozycji” i spełniać żądania wrogiej hałastry.
Wolno im dążyć do „porozumienia i dialogu”, a nawet „wybaczać” – byle w swoim imieniu.
Hasło głoszone przez tych ludzi - „spokój – dialog – kompromis”- dostatecznie ich kompromituje i obnaża prawdziwe intencje.
Wolno im, bo perspektywa owych działaczy partyjnych, podobnych im partyjnych redaktorów, publicystów itp. „elity” , jest dalece inna od tej, jaką znają tysiące Polaków.
W tej perspektywie - kreślonej przez partyjne geszefty, polityczne profity, dochody ze spółek, honorariów i apanaży, nie ma miejsca dla ludzi, którzy na własnej skórze doświadczyli dychotomii My-Oni i przez wiele lat musieli znosić butę Obcych.
Dla tych - bez koneksji i środowiskowych układów, zmęczonych codziennymi problemami, porażonych ogromem kłamstwa, zalewem podłości i nienawiści.
Dla tych, którzy płakali po zamachu smoleńskim, byli bici na Krakowskim Przedmieściu, nazywani „bydłem” przez reżimowych sługusów i „marginesem” przez hierarchów Kościoła.
Dla tych, którzy po latach przeżytych w okupacji sowieckiej, zatracili nadzieję i radość życia, bali się mówić i krzyczeć.
Ludzi oszukanych i poniżonych, spragnionych prawdy i sprawiedliwości, doświadczonych realiami życia w komunistycznej hybrydzie.
Skrzywdzonych cicho i w ukryciu, lub jawnie - „w majestacie prawa”- stanowionego przez łotrów.
O takich ludziach, politycy PiS zapomnieli równie łatwo, jak łatwo przyszło wykorzystać ich gniew, nadzieje i oczekiwania.

Dlatego perspektywa, w jakiej ludzie obecnej władzy oceniają sprawy polskie – nic mnie nie obchodzi.
Ich przynależność do Obcych, troska o mit „demokracji”, fałsz języka i pojęć, zbyt są odrażające, by warte uwagi.
Jak odrażające są próby odwoływania do dziedzictwa antykomunizmu, do tradycji II Rzeczpospolitej, walki Żołnierzy Niezłomnych. Jeśli ta władza nigdy nie przekroczyła „kanciastej granicy”, w której My i Oni należy do fundamentalnych pojęć, jeśli w ich stosunku do Obcych nie ma cienia honoru i poczucia odrębności, takie praktyki prowadzą do fałszowania prawdy o polskich bohaterach i są pospolitym oszustwem.
Bo z postaw II Rzeczpospolitej trzeba czerpać wzorce - nie historyczne, lecz tyczące naszej codzienności. Trzeba w nich widzieć sposób postępowania, codzienną praktykę i metodę walki.
Odrzucać haniebne „kompromisy” i nie podawać ręki łajdakom. Nie kłaniać się kanalii i nie przypisywać mu honoru. Wychodzić, gdy wchodzi Obcy i nie zapraszać zdrajcy do wspólnego stołu. Chama nie nazywać „godnym szacunku”, a donosiciela „politycznym przeciwnikiem”.
Nie bełkotać o „zgodzie budującej”, gdy wokół nienawistne gęby i odór zaprzaństwa.
Ludzie Kaczyńskiego chcą sprawić, by łatwo nam przychodziło admirowanie wielkich postaci, „rozczulanie” nad ich ofiarą, podziwianie odwagi i niezłomności. Zabiegają jednak, byśmy nigdy nie przyjmowali podobnych zachowań i nie dokonywali wyrazistych wyborów.
To szalbierstwo pozwala unikać pytań o istotę dychotomii My-Oni i zadowala niewybredne ambicje propagandowym kuglarstwem i widokiem łopoczących flag.
Skutkiem tego szalbierstwa jest również kłamstwo o „podziałach między Polakami”, o jakiejś „wojnie domowej”, w której stronami konfliktu mieliby być obywatele tego państwa, tej samej grupy narodowej. Sugeruje się zatem, że Obcy – apatrydzi bez ojczyzny i związków z polskością, są częścią narodu polskiego i wiodą spór polityczny z inną grupą Polaków.
To łgarstwo wyjątkowo odrażające, równe tezom komunistycznej propagandy, w której walka Żołnierzy Niezłomnych z sowieckim okupantem i sowieckimi kolaborantami, była nazywana "udziałem w wojnie domowej".
Trzeba sobie uzmysłowić, że zbrodnia, której ofiarą pada naród, zmuszony do integracji z Obcymi, dokonuje się na naszych oczach. Tylko niekiedy towarzyszą jej spektakularne wydarzenia i tylko raz w ostatnich dekadach, wymagała zabójczej „korekty” i ofiar w Smoleńsku.
Na co dzień, wystarczą narzędzia medialne, słowa parcianych „autorytetów” i zatrute karty historii. Wystarczy nasza obojętność i przyzwolenie na obecność Obcych.
.
Praktykowanie mądrych postaw, w ramach dychotomii My-Oni, nie wymaga wielkich ofiar, nie jest czynem heroicznym. Ci, którzy wskazują na problemy związane z realizacją takiego obowiązku, lub uznają go za rzecz utopijną, nie chcą pamiętać rzeczy podstawowej: nigdy tego nie próbowano.
Przez ostatnie dekady, nie pojawił się żaden polityk, publicysta, bądź inny „autorytet”, który ośmieliłby się postawić taki postulat na forum publicznym.
O historycznym podziale My-Oni, nie wolno nawet wspominać. Jest tematem objętym anatemą, tematem zakazanym, który może powstać tylko w umysłach skrajnych oszołomów i utopijnych wariatów.
By uznać prawdę o My i Oni, nie trzeba "iść na barykady".
Wystarczy stosować najprostszą i najskuteczniejszą broń wobec Obcych - odwrócić się od nich plecami. Zignorować, nazwać po imieniu, odmówić im zainteresowania i polemiki. Nie brać udziału w organizowanych przez nich farsach, zlekceważyć wyborcze spektakle, odmówić uwagi sprawom, które – mocą propagandy, mają zaprzątać myśli „elektoratu”.
Tego boją się najbardziej. To zachowanie dla nich zabójcze, przed którym nie chroni wrzask ani represje.
Wiele razy przypominałem tu słowa Jarosława M. Rymkiewicza o „Polsce rosyjskich kolaborantów”. Sięgam po nie ponownie, bo w realiach III RP nie ma celniejszej puenty postawy My-Oni: „Nawet nazywać ich nie warto – w ogóle nie warto się nimi zajmować, najlepiej jest uznać, że ich nie ma. Trzeba wychodzić, kiedy wchodzą, odwracać się, kiedy do nas podchodzą. Polska należy do nas, a oni niech sobie gadają w swoich postkolonialnych telewizjach, co chcą, niech sobie piszą w swoich postkolonialnych gazetach, co im się podoba. Nas to nie dotyczy.”
Uzupełnieniem tego postulatu były słowa:
W wielkiej wspólnocie żyjących nie ma miejsca ani dla wampirów, ani dla upiorów, ani dla zmór nocnych. Mickiewicz nie zaprasza ich do wspólnego stołu.
„Czy widzisz Pański krzyż? / Nie chcesz jadła, napoju? / Zostawże nas w pokoju. / A kysz, a kysz!”. To są słowa Guślarza, który w II części „Dziadów” wygania z cmentarza upiory atakujące gminną wspólnotę. Jesteś upiorem, a więc zostaw nas w spokoju, a kysz, a kysz. Nie możesz z nami jeść przy naszym stole.”
Trzeba sobie uświadomić, że to nie My potrzebujemy obecności Obcych i nie My znajdujemy się na obcej ziemi. Od dziesiątków lat komunizm i jego współcześni sukcesorzy, chcą czerpać z naszego potencjału, żerować na naszej polskości i „jeść przy naszym stole”.
Pozwalać na to – to oddać Ojczyznę i przyszłość narodu.

Wielu z nas staje dziś przed pytaniem – co dalej?
Jak znosić kolejne upokorzenia, jak przetrwać czas głupoty, cynizmu i nędzy życia publicznego?
Gdzie i jak znaleźć swoje miejsce - w rzeczywistości, która nie przystaje do aspiracji ludzi rozumnych?
To pytania nieuniknione dla tych, których nie zaspokaja rola widzów w teatrze cieni, którzy mają dość podziwiania widoku „mediolańskich saturnaliów na skraju grobów”.
Bo postąpiono z nami, jak z głupim niewolnikiem, któremu każdego roku dokładano kolejną obrożę, ujmowano porcji jedzenia i zmniejszano celę. Po trzydziestu latach, będzie on święcie przekonany, że jego stan zniewolenia jest całkowicie naturalny, a zrzucenie obroży graniczy z cudem.
Dlatego przyjęcie strategii My-Oni, jest kolejnym krokiem na drodze długiego marszu.
Ludzi III RP, stada nienawistnych apatrydów, smoleńskich zdrajców, służalców i piewców „pojednania”- trzeba zostawić „po tamtej stronie”.
Ale - pójść krok dalej i tę prostą zasadę, przyłożyć do wyznawców mitologii demokracji i zwolenników tchórzliwego „georealizmu”.
Przeszkodą jest lęk przed wytyczeniem linii podziału, przed wyzwaniem, jakie stawia ta dychotomia. Ze wszystkimi konsekwencjami wyboru, z poczuciem samotności i doświadczeniem odrzucenia.
Przejście na „drugi brzeg” wymaga bowiem przezwyciężenia dziesiątków mitów, jakie zaszczepiła nam obecna „klasa polityczna”, wymaga rozstania z mentalnością niewolników i doktrynerów.
Jeśli nie przyjmiemy prawdy o dychotomii My-Oni i nie nazwiemy po imieniu gromady Obcych, nie mamy szans na zerwanie z komunistyczną sukcesją i odbudowę wolnej państwowości.
Te więzy muszą być zerwane.

piątek, 15 maja 2020

WIRUS DEZINFORMACJI


"A więc wojna! Z dniem dzisiejszym wszelkie sprawy i zagadnienia schodzą na plan dalszy. Całe nasze życie, publiczne i prywatne przestawiamy na specjalne tory, weszliśmy w okres wojny.
Słowa przedwojennego spikera Polskiego Radia, Józefa Małgorzewskiego, nietrudno odnieść do czasów obecnych.
Czasów, w których z wielu miejsc, od wielu, czasem zacnych osób, dobiega narracja o wojnie i przestawianiu życia na „specjalne tory”. Czasów, w których, nie widok obcych żołnierzy i wybuchy bomb, lecz treść medialnych „newsów”, wywołuje panikę i poczucie zagrożenia.
A więc „wojna z koronawirusem”. Wojna Chiny -reszta świata. Wojna o zdrowie i życie. Wojna dla zachowania gospodarki i miejsc pracy, o rynki zbytu, dostawy i kontrakty. Wojna na szczepionki i leki. Wojna bogatych z biednymi. Wojna chaosu z ładem, kłamstwa z prawdą, zła z dobrem…
Wojna tyleż totalna, że toczona na wszystkich frontach – od prozaicznych problemów z zakupem masek i rękawic, po gry wywiadów i interesy wielkich mocarstw. Obejmująca swoim zasięgiem ludzi prawych, pospolite kanalie i wielkich bandytów.
Wojna, która obnażyła prawdę o współczesnym świecie i tysiące absurdalnych „idei”, tyleż pseudo-wartości i mitów, sprowadziła do atawistycznej troski o własne zdrowie.
Nawet wśród tych, którzy z racji głoszenia antyludzkich szaleństw - o „prawie do aborcji”, czy „równouprawnieniu” dewiantów, winni pogardzwłasnym życiem, równie konsekwentnie, jak mają w pogardzie życie innych.

Proszę nie oczekiwać, że przedstawię tu własną teorię na temat "SARS-CoV-2", przyczyn owej „pandemii” lub prognozę kryzysu. Powstało na ten temat dość tekstów i wypowiedzi, z których każdy może wybrać to, co odpowiada jego poglądom na rzeczywistość.
W świecie, w którym bezkarnie przechodzą najpodlejsze zbrodnie, wojny i oszustwa, nie sposób oczekiwać, by ta, czy inna teoria na temat chińskiej „zarazy” miała przyczynić się do otrzeźwienia lub wzbudzić odwagę do refleksji. Dość zrozumieć, że dzisiejsi władcy „wolnego świata” prędzej skażą swoich poddanych na dekady „kwarantanny”, niż przyjmą za pewnik, że dla komunistycznych bandytów życie ludzkie (w tym życie współplemieńców) nie przedstawia najmniejszej wartości i dla osiągnięcia celów przepoczwarzonego komunizmu, gotowi są wymordować połowę ludzkości.
Świat ludzi słabych – a tylko takich „produkują” nowoczesne społeczeństwa, musi pozostać bezbronny wobec agresji przekraczającej miarę tchórza i konformisty.
Nie pora również na pseudo-filozoficzne rozważania nad skutkami owej „pandemii”, bo prostactwo tych, którzy ją zgotowali, jak i tych, którzy codziennie nią żonglują, nie ma cienia metafizycznej dystynkcji i bardziej zasługuje na dosadny epitet absolwenta podstawówki niż dysertację ćwierćinteligenta po „postępowej” uczelni.
Nie widzę także potrzeby przedstawiania politycznych aspektów obecnej sytuacji. Kto dotąd nie dostrzegł, jak idealna symbioza, „wspólnota brudu” panuje dziś nad Wisłą, łącząc rzekomych adwersarzy, nad trumną naszych „praw obywatelskich” i truchłem narodowych interesów, kto nie zrozumiał tej złowróżbnej ciszy nad zbrodnią smoleńską, zdradą i butą Obcych, temu nie pomoże żadna analiza ani polityczna pogadanka.

Prawdą jest natomiast, że toczy się wojna. Wojna o rząd dusz, w której wirus dezinformacji ma tak dalece zainfekować naszą wolę i obezwładnić myśli, byśmy stali się stadem pokornych niewolników, gotowych przyjąć każde upodlenie, w imię wydłużenia ogniw łańcucha.
Cóż łatwiejszego, gdy łańcuch ma chronić przed utratą zdrowia, a upodlenie nosi miano „środka ochronnego”?
Wojna dezinformacyjna jest celem państwa, które na kłamstwie i zbrodni zbudowało swoją pozycję, a implementując je w formę „produktu przemysłowego”, opasało „wolny świat” siecią agenturalnych wpływów i finansowych zależności.
Chaos wytwarzany podczas tej wojny skutecznie unicestwia poczucie realizmu. W miejsce wiedzy i faktów, wznosi bariery niedorzecznych lęków i sprowadza nasze aspiracje do adoracji „chińskiego ciasteczka”.
Rządzący tym komunistycznym tworem dawno zrozumieli, że walka z dezinformacją jest zadaniem nieosiągalnym dla państw „wolnego świata” – również dlatego, że musiałaby obejmować obszary, z których władcy owego świata czerpią ogromne korzyści.

piątek, 1 listopada 2019

LISTOPAD TO DLA POLSKI NIEBEZPIECZNA PORA…


Zbyt trudna, by ją odrzucić i zgasić lichtarze pamięci. I nadto znacząca – gdy niepokoi tchórzy echem wydarzeń - tego, co musi być szalone, by nazwane najświętszym w naszej historii.
To pora niebezpieczna. Gdy budzi Wysockich, Sowińskich, Piłsudskich.
Gdy z mroków zapomnienia powołuje Guślarzy i chóry nocnych ptaków.
Pora, jakże sprawiedliwa - równie sycąca Poetów, jak prostych grabarzy.
To pora, gdy idą między żywych duchy - i razem się bratają.
Ci z Cytadeli i Pragi, z tymi spod Zadwórza. Tłumy z Lasu Katyńskiego, z garstką spod Smoleńska.
A tak zbratani, jak tylko ręka kata może złączyć ofiary.
Oni się modlić przychodzą na groby w dnie narodowej, tak zwanej, żałoby…

         Miał rację książę Konstanty bojąc się listopada. To w naszych dziejach miesiąc niezwykły, w którym liberum conspiro kończy się śpiewem Pierwszej Brygady i wybucha radością Niepodległej.
Mieli rację jego sukcesorzy, gdy z lękiem wypatrywali naszych codziennych spisków i kroków mściwych synów.
Dziś powinni się bać.
Pamięci o Tych, którzy odeszli – choć mogli z nami pozostać.
I gniewu tych, którzy zostali – na przekór zmorom, ze słowa - gesta – cienia.
Czekam na Polski Listopad.
Porę niebezpieczną dla głupców i kuglarzy.
Dla Obcych - rechoczących z odmowyzemsty i odwetu” i tych, którym roi się wspólnota upiorów z żyjącymi.
Groźną dla ludzi bez pamięci, świadków „pierwszej perspektywy” i bywalców salonu.
Czekam na porę tak niebezpieczną, bo naznaczoną nadzieją.
Nie tę lichą, marną, co rdzeń spróchniały w wątły kwiat ubiera - ale listopadową, zwyczajną, która czerpie odwagę z rzeczy wyklętych.
Czy ludzie, którzy po nią sięgają – wiedzą co im grozi?
Czy znają karę za uleganie satyra obietnicom? Za zniweczenie, może ostatnich marzeń.
Jeśli jeszcze wierzą, że Bóg cara zrobił carem - lepiej im było się nie urodzić.
A nam – nie doczekać tej Nocy.


***

Ten listopadowy tekst jest zapowiedzią pożegnania.
Z nadzieją dla Przyjaciół, którzy przez 12 lat budowali tu wspólnotę myśli i próżną radością wrogów, w których wolna myśl wywołuje nienawiść.
Dziękuję za wszelkie dobro, bo tylko ono warte jest zapamiętania. Dziękuję za wspólne chwile, radości i smutki.
Za świętym Jerzym, moim wielkim Patronem, chciałbym dziś powtórzyć:
Prośmy Boga o nadzieję, bo tylko ludzie silni nadzieją są zdolni przetrwać wszelkie trudności. 
Prośmy o wewnętrzną radość, bo jest ona najgroźniejszą bronią przeciwko szatanowi, który smutny jest z urodzenia”.
Napisałem o zapowiedzi, bo moja walka jeszcze się nie skończyła.
Choć oblężenie trwa, trwa również walka.
Więc jeśli będzie podróż niech będzie to podróż długa, powtórka świata elementarna podróż rozmowa z żywiołami, pytanie bez odpowiedzi, pakt wymuszony po walce...
Dopóki jest nadzieja.



 ****

A dzisiaj czemu wśród ludzi
tyle łez, jęków, katuszy?
Bo nie ma miejsca dla Ciebie
w niejednej człowieczej duszy.


Wszystkim, którzy odwiedzają mój blog – życzę błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia, radości z przeżywania Tajemnicy betlejemskiej, pokoju w sercu.
Życzę, byśmy - na przekór czasom hańby, wytrwali w nadziei płynącej z Bożego samouniżenia.
Nikt lepiej nie powinien rozumieć słów świętego Jana Pawła II - „Żłóbek Jezusa leży zawsze w cieniu krzyża” - jak ci, którzy w dziejach narodu doświadczają tej samej tajemnicy odkupieńczej miłości.

Z serca dziękuję za moc dobrych słów, za troskę i życzenia zdrowia.
Życzę Państwu szczęśliwych chwil w rodzinnym gronie, we wspólnocie bliskich, kochających osób.

sobota, 19 października 2019

ZBRODNIA ZAŁOŻYCIELSKA III RP MUSI ZOSTAĆ WYJAŚNIONA

Każdy, kto nosi w sobie pragnienie wolnej Polski, musi zrozumieć, że sprawa zabójstwa Księdza Jerzego nie jest „tematem historycznym” ani „kwestią polityczną”, lecz wciąż żywą, nieprzedawnioną rzeczywistością, która ukształtowała fundamenty III RP i nadal decyduje o naszej przyszłości.
Przez 30 lat, w oparciu o ustalenia farsy tzw. „procesu toruńskiego” wmawiano Polakom, że winni tej zbrodni ponieśli już karę. Ówczesna władza stworzyła powtarzaną do dziś legendę o wyłącznej winie funkcjonariuszy SB i na tym kłamstwie oparła koncepcję „historycznego kompromisu” katów z ofiarami. Legendę uwiarygodnili sami esbecy, do końca odgrywając swoje role.
Ukryto informacje, że grupa Piotrowskiego była przez miesiąc monitorowana przez ludzi Wojskowej Służby Wewnętrznej (tzw. kontrwywiad PRL), którzy – zdaniem prokuratora Andrzeja Witkowskiego, przejęli Księdza Jerzego z rąk porywaczy, sfałszowano datę śmierci Kapłana i zatajono prawdę o Jego wielodniowym męczeństwie. Nigdy nie ujawniono roli sowieckiego GRU ani udziału kapusiów i donosicieli z otoczenia Księdza.
W niezmienionej formie, esbeckie kłamstwo „procesu toruńskiego” zostało przyjęte i zaakceptowane w III RP i do dziś stanowi „wersję oficjalną”, powielaną przez polityków, historyków i hierarchów Kościoła. Odtąd wszystkie środowiska, uczestniczące w zmowie milczenia, przyjęły na siebie rolę zakładników zbrodni i wzięły odpowiedzialność za ukrywanie prawdziwych sprawców i mocodawców.
Depozyt tej zbrodni daje gwarancję bezkarności środowiska służb wojskowych PRL, czyniąc z nich rzeczywistych decydentów tego państwa i jest „aksjologicznym spoiwem”, łączącym katów, ludzi Kościoła i „demokratycznej opozycji”.
    Przypomnę, że Polacy i polski Kościół otrzymali też szczególny nakaz od świętego Jana Pawła II. 27 listopada 1984 roku, nasz papież zobowiązał polski Kościół do wyjaśnienia prawdy o śmierci Księdza Jerzego i w słowach - "Kościół nie może dopuścić, by zleceniodawcy zabójstwa księdza pozostali nieznani" – zawarł niespełniony do dziś testament.
Wszelkie próby zdemaskowania prawdziwych okoliczności zabójstwa, były i są  blokowane. To jedna z najważniejszych wskazówek, że mamy do czynienia ze sprawą fundamentalną dla bytu III RP.
W niewyjaśnionych okolicznościach ginęli świadkowie, innych zastraszano i nakłaniano do milczenia. Ludzi, którzy wykazali dość odwagi, by naruszyć tajemnicę nazwano szaleńcami i fantastami. Odmówiono im prawa do zajmowania się tematem, przemilczano ich argumenty, szykanowano lub skazano na zapomnienie. Tak postąpiono z prokuratorem Andrzejem Witkowskim, tak również potraktowano księdza Stanisława Małkowskiego i Wojciecha Sumlińskiego.
Zawsze utrzymywałem, że III RP zaczęła się nad grobem Księdza Jerzego i skończy wówczas, gdy tajemnica tej zbrodni zostanie ujawniona. Tylko prawda o tym - kto naprawdę Go zabił, kim byli mocodawcy zbrodni i ludzie towarzyszący esbeckim porywaczom, może zburzyć fundament, na których wspiera się triumwirat morderców, tchórzy i donosicieli.
Bez zrozumienia tego obowiązku, próżne są deklaracje patriotyzmu i wierności polskim ideałom, próżne epatowanie walką z patologiami tego państwa.
Póki tryumfuje kłamstwo o zbrodni założycielskiej i trwa tchórzliwa zasłona milczenia – nie może być wolnej Polski.
Przypominałem, że od roku 2015 jesteśmy świadkami wyjątkowo niegodziwej, ordynarnej mistyfikacji, której ofiarą ponownie staje się prawda o śmierci świętego Jerzego.
Jeśli ktoś sądził, że śmierć ober-oprawcy Kiszczaka cokolwiek zmieniła, niech odrzuci takie mrzonki. „Strażnicy tajemnic” nadal trwają na posterunku, a interesy właścicieli III RP są chronione przez nowy układ rządzący.
Do obecnego lokatora Pałacu Prezydenckiego skierowano co najmniej pięć petycji, których autorzy domagali się podjęcia sprawy zabójstwa Kapelana Solidarności i powierzenia śledztwa prokuratorowi Witkowskiemu.
Mam na myśli petycję autorstwa Wojciecha Sumlińskiego, Jadwigi Chmielowskiej i innych, podpisaną przez kilkanaście tysięcy Polaków, apele księdza Stanisława Małkowskiego, Kornela Morawieckiego i środowiska kibiców oraz apel prof. dr hab. Stanisława Mikołajczaka, złożony w imieniu naukowców i pracowników uniwersyteckich zrzeszonych w Akademickich Klubach Obywatelskich im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. W tym ostatnim apelu znalazły się słowa szczególnie ważne: „Odzyskaliśmy niepodległość także dzięki ofierze Księdza Jerzego. Dlatego mamy obowiązek stać po stronie prawdy i dążyć do jej całkowitego ujawnienia”.
Z nowszych wystąpień, warto odnotować apel Zarządu Regionu Mazowsze NSZZ "Solidarność" z lutego 2018r., skierowany do wszystkich klubów parlamentarnych Sejmu RP o powołanie sejmowej komisji śledczej w sprawie wyjaśnienia okoliczności tej zbrodni. Związkowcy zwrócili się również się  do Prokuratora Generalnego Z. Ziobry, o przywrócenie do śledztwa prokuratora Andrzeja Witkowskiego.
Andrzej Duda, który 5 maja 2015, w trakcie swojej kampanii wyborczej, składał wieniec na grobie świętego Jerzego i w dziesiątkach werbalnych deklaracji zapewniał Polaków o „wsłuchiwaniu się w ich głos” i „podjęciu misji służenia narodowi” – nie zechciał udzielić odpowiedzi na żadną z tych petycji.
Przemilczał je i zignorował.
Nie ma ani jednej wypowiedzi, w której tej człowiek wspomniałby o sprawie zabójstwa Księdza Jerzego lub odniósł się do postulatu wznowienia śledztwa. Z odpowiedzi udzielanych telefonicznie przez urzędników Kancelarii Prezydenta wynikało, że petycje były automatycznie przekierowane do ówczesnego prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta.
Ksiądz Stanisław Małkowski, w wypowiedzi z 12 grudnia 2015 roku przypomniał:
Trzeba wyjaśnić motywy i sposób przeprowadzenia tej zbrodni, a także cele założone pierwotnie, jak i realizowane w wyniku pewnej zmiany, oferty złożonej przez Mazowieckiego i Geremka przedstawicielom władzy komunistycznej i PRL. Śledztwo w tej sprawie było prowadzone bardzo sumiennie przez prokuratora Andrzeja Witkowskiego i dwukrotnie było mu odbierane. Z końcem tego roku Andrzej Witkowski przechodzi w stan spoczynku. Trzeba to wstrzymać. Pytałem telefonicznie pana ministra Zbigniewa Ziobrę, czy jest możliwe przywrócenie do śledztwa prokuratora Witkowskiego i wstrzymanie jego przejścia na emeryturę. Powiedział, że będzie to możliwe dopiero w marcu, kiedy prokuratura będzie podporządkowana, miejmy nadzieję, ministerstwu sprawiedliwości. W tej chwili prokuratura z panem Seremetem na czele uczyni wszystko, aby nie doprowadzić do kontynuowania śledztwa w tej sprawie i wyjaśnienia prawdy.”
Wydawało się, że od 4 marca 2016 r. , gdy Zbigniew Ziobro objął stanowisko ministra sprawiedliwości w rządzie PiS, sytuacja powinna się zmienić.  Od tej chwili, nie było bowiem żadnych „przeszkód formalnych”, by obecny układ podjął śledztwo, a jego prowadzenie powierzył prokuratorowi Witkowskiemu. Wydawało się to tym bardziej oczywiste, że w roku 2007 Jarosław Kaczyński obiecał Andrzejowi Witkowskiemu, że uczyni wszystko, by prokurator mógł prowadzić to śledztwo.
Warto więc podkreślić, że  z chwilą przejęcia prokuratury przez PiS, różni „objaśniacze intencji” i zawodowi „egzegeci” Dudy, Kaczyńskiego i innych, utracili koronne argumenty, a każdy, kto używa dziś prostackiego frazesu - „trzeba jeszcze poczekać”, jest pospolitym głupcem i wspólnikiem złej sprawy.
Poza wszelką wątpliwością, wolno dziś stwierdzić, że rządząca III RP „formacja patriotyczna” nie chce wyjaśnienia okoliczności zbrodni założycielskiej.
Śledztwa nie podjęto, a prokurator Witkowski został przeniesiony w stan spoczynku.
Można wprawdzie pytać:  dlaczego tak się dzieje i dociekać przyczyn wszechobecnej zmowy milczenia, ale w realiach tego państwa, to pytanie trafi w pustkę.
    Podzielam opinię prokuratora Witkowskiego, że nie ma dziś woli politycznej, by ujawnić Polakom okoliczności zabójstwa Księdza Jerzego. W tym przypadku, określenie „nie ma woli”, oznacza nie tylko rezygnację z prawdy, ale zamysł ochrony środowiska, które stoi za tą zbrodnią.
Z przerażeniem, dostrzegam też obojętność moich rodaków na sprawę, która swoim ciężarem przewyższa wszystkie afery i tajemnice tego państwa.
Bo jeśli nie ma takiej woli i nie ma odwagi podjęcia tematu – nie ma też szans zerwania z komunistyczną sukcesją i zbudowania wolnego państwa. Nie ma możliwości pokonania układu, którego fundamentem była ta zbrodnia.
Rząd, który nie wykazuje woli zmierzenia się z tajemnicą zabójstwa świętego Jerzego, nie znajdzie też sił do wyjaśnienia zbrodni smoleńskiej.
Te sprawy łączy głęboka, nierozerwalna więź. Doświadczenie tragedii smoleńskiej, stanowi bowiem kontynuację tamtego kłamstwa i tamtej wizji świata, które skazały na śmierć Księdza Jerzego. Jak wówczas, tak i dziś, ta sama, antypolska nienawiść wyznaczyła drogę - do tamy we Włocławku i do smoleńskiej pułapki.
Kto lęka się naruszyć zbrodnicze układy sprzed trzech dekad, jakże mógłby osądzić dzisiejszych zdrajców i bandytów?
Można mocno zaciskać oczy i opowiadać sobie brednie o „dobrej zmianie”, ale nie sposób uciec od prawdy, że to zaniechanie kładzie się hańbą na intencjach lokatora Pałacu i ludziach partii Jarosława Kaczyńskiego.
Nie da się go usprawiedliwić żadną pokrętną sofistyką.
Od czterech lat - całe odium za ukrywanie prawdy o zabójstwie świętego Jerzego, za tysiące matactw i niegodziwości związanych z tą sprawą, za szatański pakt zawarty nad grobem Kapłana, spada na polityków PiS i tych, którzy wtórują ich milczeniu.
Dzieje się tak, bo mamy niepodważalne prawo wymagać od ludzi, z którymi Polacy wiązali nadzieję i którym powierzyli losy kraju. Nikt o zdrowych zmysłach, nie odważyłby się stawiać podobnych żądań ludziom pokroju Tuska czy Komorowskiego. Nikt rozsądny nie pokładałby ufności w intencje tchórzy lub zaprzańców. 
Dlatego wielka jest odpowiedzialność polityków Prawa i Sprawiedliwości. Tym większa, im  bardziej chcieliby nas przekonać o swojej prawości i patriotyzmie. Miarą tych wartości musi być stosunek do zbrodni założycielskiej, próbą zaś – to, co uczynią z depozytem największej tajemnicy III RP.
Prawda o męczeństwie Księdza Jerzego nie jest nam potrzebna, by szukać sensacji.
Nawet nie po to, by stawiać sprawców przed sądem, wznawiać procesy, oskarżać i ferować wyroki.
Potrzebujemy jej dlatego, by z tej śmierci wyrosło dobro - takie, którego chciał Ksiądz Jerzy dla Polski i dla Polaków.
Ludzie obecnej władzy, którzy utrzymują nas w fałszywym przeświadczeniu o przesłaniu świętego Jerzego, podkreślają często słowa: zło dobrem zwyciężaj - i nie chcą pamiętać, że poprzedza je równie ważna dyspozycja: nie daj się zwyciężyć złu.
Nie doświadczymy owoców tego męczeństwa ani darów tej świętości, jeśli nie złamiemy zmowy milczenia i fałszu ustaleń toruńskich.
Nie z pragnienia zemsty czy dochodzenia ludzkiej sprawiedliwości, ale po to, by nie dać się zwyciężyć złu, które zatruwa dziś życie mojej Ojczyzny.
III RP, która zaczęła się nad grobem Księdza Jerzego, nadal strzeże zbrodniczej tajemnicy.  Ludziom uczestniczącym w ukrywaniu prawdy, tym, którzy będą dziś klękali przed grobem, by kolejną fotografią oszukać moich rodaków, na zawsze powinny brzmieć w uszach słowa Księdza wypowiedziane do oprawców – Panowie, dlaczego mnie tak traktujecie…

Czytelnicy mojego bloga wiedzą, że niezwykle rzadko formułuję tu apele lub prośby.
Ze względu na pamięć o ofierze świętego Jerzego i znaczenie tej sprawy dla przyszłości naszej Ojczyzny, usilnie dziś proszę, by nie ustawać w żądaniu podjęcia śledztwa i powierzenia go prokuratorowi Andrzejowi Witkowskiemu.
To jest obowiązek każdego z nas.
Póki żyją świadkowie tamtych wydarzeń i są ludzie gotowi dawać świadectwo prawdzie, póki jest prokurator zdolny udźwignąć ciężar tej tajemnicy – trzeba domagać się od lokatora Pałacu i rządu PiS podjęcia postępowania.
Takie żądania, trzeba stawiać każdemu politykowi Prawa i Sprawiedliwości.
Trzeba żądać od luminarzy partyjnych mediów, od żurnalistów, mieniących się niezależnymi.
Niech ciężar tej sprawy obnaża ich intencje, niech uwiera sumienia i burzy fałszywą narrację.
Nie wolno bać się głosów ludzi podłych i głupich, którzy w takich postulatach chcą widzieć „krytykę” partii rządzącej lub formę „ataku” na prezydenta.
Proszę nie zapominać o tej zbrodni i nie pozwolić, by zapomnieli o niej inni.
Jeśli rządzący odrzucą to żądanie i uciekną od obowiązku wyjaśnienia zbrodni założycielskiej – niech zostaną na zawsze odrzuceni przez Polaków i skazani na infamię.
Osądzi ich Bóg, gdy staną przed Jego obliczem.

piątek, 11 października 2019

NA TYM BĘDZIE POLEGAŁ WYBÓR


Powinniśmy prowadzić walkę z komunizmem na śmierć i życie. To nie jest walka o piłkę w tenisie, ani o bilę w bilardzie lub wieżę w szachach. To jest walka o najszczytniejsze ideały ludzkości. A w walce na śmierć i życie nie udziela się „forów”.
A takim właśnie udzielaniem „forów” byłaby z naszej strony wojna z komunizmem, bez stosowania równie groźnej broni, jaką jest metoda wojującego „internacjonału” – bezwzględność i bezkompromisowość. Jeden z publicystów kowieńskich, pisząc ostatnio o retorsjach i wzajemnie odwetowej polityce Polski i Litwy, rzucił myśl, czyby nie lepiej było postąpić inaczej i powiada, że słyszał, jak kiedyś Bułgarzy zbezcześcili cmentarz turecki, a nazajutrz Turcy ruszyli wielkim tłumem na cmentarz bułgarski i złożyli na grobach kwiaty. Czy podobny gest w stosunkach polityczno-narodowościowych może być skuteczny i celowy, można się o to spierać, dopóki w grę wchodzi Polska i Litwa, Bułgaria czy Turcja, Włochy czy Abisynia, narody sobie bliskie lub dalekie, chrześcijańskie czy mahometańskie.
Ale nie ulega żadnej dyskusji fakt, że tego rodzaju metoda w stosunku do komunizmu byłaby szczytem śmiesznej naiwności, czy raczej, jak powiedziałem, nieporozumienia. A śmieliby się z nas przede wszystkim sami komuniści” – pisał Józef Mackiewicz w roku 1936.
      Żyjąc w społeczeństwie, które uwierzyło w śmierć komunizmu, niełatwo powoływać się na słowa wielkiego pisarza. I niebezpiecznie, bo można zasłużyć na krytykę światłych żurnalistów i zostać posądzonym o „intelektualne manowce”.
Za patrona intelektualnego swojego obozu Ścios (i wielu innych przedstawicieli obozu smoleńskiego) uznaje Józefa Mackiewicza. To logiczne – dla tych, którzy uważają, że żyją nie w roku 2011, tylko w 1981, autor Kontry musi być patronem pociągającym. Pozwala bowiem uznać, że w Polsce tak naprawdę nic się nie zmieniło, komunistyczna okupacja zmieniła tylko kształt, a ci, którzy to dostrzegają, nie są bynajmniej ofiarami dziwacznych aberracji, tylko ostatnimi wiernymi prawdzie partyzantami. Niezłomnymi – wbrew całemu światu, który zdradził. Tak jak niezłomny wbrew całemu światu, który zdradził, był Józef Mackiewicz. Gdybym jednak był reprezentantem obozu smoleńskiego, zawahałbym się przed tak jednoznaczną afirmacją Mackiewicza. Bo z punktu widzenia polskiego patriotyzmu jego droga ideowa jest ryzykowna i dwuznaczna. Józefa Mackiewicza antykomunizm doprowadził bowiem na (a może wręcz: poza?) granice narodowej indyferencji. „Niech Polacy wyginą w kolejnym powstaniu, to nieważne, ważne, że do komunistów trzeba strzelać” – tak można zrekonstruować jego podstawowy pogląd, w imię którego zwalczał właściwie wszystkich w kraju i na emigracji, którzy nie uważali, że kto nie chce natychmiast do lasu czy na barykady, ten zdrajca. Antykomunizm zawiódł Mackiewicza również na manowce intelektualne”– wywodził przed kilkoma laty czołowy intelektualista dzisiejszego obozu „dobrych zmian”, Piotr Skwieciński.
To znamienna opinia i przypominam o niej nie bez przyczyny.
Taką wizję rzeczywistości III RP – jakże innej i lepszej od realiów państwa komunistycznego, wydają się podzielać politycy „obozu patriotycznego”, większość intelektualistów i publicystów „wolnych mediów”.
Tam dawno dokonano gradacji, do której nie dorośli jeszcze niepoprawni radykałowie i zwolennicy mackiewiczowskiej logiki. Gradacji tak prostej, jak proste okazało się revisio ludzi demokratycznej opozycji, gdy zasiadali do stołu z Kiszczakiem i Jaruzelskim.
Czy zdefiniujemy ich postawę w kategoriach obłudy i wyrachowania, czy zechcemy w niej widzieć szlachetną, acz infantylną wiarę – w niczym nie zmienia to faktu, że wówczas i dziś mamy do czynienia z  praktyką opozycji wewnątrzsystemowej, nigdy zaś – skierowaną przeciwko systemowi.
Nasz problem polega zaś na tym, że nie tylko nie mamy odwagi tego dostrzec, ale od ludzi składających kwiaty  przed „Onymi”, zdajemy się oczekiwać najszczytniejszych ideałów i walki na śmierć i życie.
Bo skoro komunizm umarł i wyparował z alkoholem opróżnianym w Magdalence – czy potrzebna nam bezwzględność i bezkompromisowość w zderzeniu z patologiami III RP?
Co wspólnego mają one z komunizmem, pogrzebanym wszak na początku „okrągłostołowej” państwowości? I czym usprawiedliwić dziś archaiczną postawę antykomunistyczną, jeśli ulubieńcy „środowisk patriotycznych” i luminarze „wolnych mediów” zaświadczają nam o epokowych zmianach i kreślą mackiewiczowskie rojenia jako drogę ryzykowną i dwuznaczną?
Jest coś głęboko tragicznego w dzisiejszych oczekiwaniach elektoratu Prawa i Sprawiedliwości. Jest też zagadka zabobonnej wiary, jakoby partia pana Kaczyńskiego miała wolę rozliczenia zbrodni komunizmu i postępków jego sukcesorów, w tym usilnym przeświadczeniu, że okaże się ona zdolna obalić porządek „okrągłego stołu” i zbudować nam państwo wolnych Polaków. Ten tragizm staje się tym bardziej widoczny, im bardziej pogłębia się kontrast między oczekiwaniami milionów wyborców, a praktyką partyjnych macherów.
Trzeba mocno zaciskać oczy, by nie dostrzec logiki „dobrych zmian” – partyjnych pochwał dla „demokracji” i „ducha dialogu”, gloryfikowania „roli opozycji” i zapewnień o poszanowaniu jej praw.
Trzeba zapomnieć o bojaźni wobec dyktatu brukselskich terrorystów, o poparciu dla szkodników i kapusiów bezpieki, o szemranych nominacjach i geszeftach z ośrodkami propagandy, o słowach, które uwłaczały Polakom i niosły zapowiedź prawdziwych intencji – „nie możemy w tej chwili myśleć o żadnym rewanżu, o żadnym odwecie”.
Trzeba udawać, jak nieistotna jest  prawda o śmierci księdza Jerzego i wiedza zawarta w Aneksie do Raportu z Weryfikacji WSI.
Trzeba zapomnieć o setkach przestępstw i niegodziwościach poprzedniego reżimu, o krzyku z Krakowskiego Przedmieścia, o zdradzie hierarchów „pojednanych” z wysłannikiem Putina i zaprzaństwie politycznych „elit”.
O tym, kto i co mówił po Smoleńsku i jak dalece cuchnął agenturą lub pospolitym tchórzostwem.
Trzeba nie widzieć głupoty i słabości ministrów tego rządu i rozgrzeszać ich błędy dialektyką ataków ze strony opozycji. Trzeba powtarzać sobie – jak wspaniałego mamy prezydenta, byle nie dostrzec realiów tej prezydentury, pijarowskiej fasady i deficytu działań.
Zaiste – trzeba też pogardy dla prawdy, rozumu i własnych aspiracji, by nadal powtarzać mantrę o „wybitnych strategach”, „potrzebie cierpliwości” i „mobilizacji”.
Skąd bierze się tak niewolnicza mentalność, że w miejsce sprzeciwu i męskiej determinacji, karmi się bezmyślnym biadoleniem i mitologią demokracji? Kto wmówił tym ludziom, że zdrajcy paktujący z wrogiem, piewcy rosyjskich łgarstw i szydercy ze śmierci Polaków – mają dziś prawo do miana naszych rodaków i przywileje „demokratycznej opozycji”?
I jak długo wyborcy będą wierzyli, że tak załgana nomenklatura jest tylko wyrazem „strategii politycznej” PiS-u, a nie oznaką trwałości komunistycznej hybrydy?

piątek, 13 września 2019

BOJKOT JEST PO TO BY POCZUĆ SIĘ WOLNYM...


Wielu naszych rodaków stanie wkrótce przed dylematem: uczestniczyć, czy nie uczestniczyć w farsie zwanej wyborami, a jeśli uczestniczyć – na kogo oddać głos i jak wykorzystać jedyny dzień, gdy III RP pozwala nam wcielić się w rolę „suwerena”?
Przyznaję – z perspektywy, w jakiej oceniam dziś sprawy polskiej, zadziwiający to dylemat.
Podobny rozważaniom człowieka, który wiedząc, że przedmiot pochodzący z kradzieży został celowo zniszczony i pozbawiony swoich właściwości, deliberuje nad zakupem tego przedmiotu, a nawet utrzymuje, że ów akt desperacji doprowadzi do magicznej przemiany i naprawy rzeczy bezużytecznej.
Pamiętając jednak, że w latach ubiegłych sam byłem w sytuacji owego człowieka, a w partii Kaczyńskiego próbowałem dostrzegać środowisko godne uwagi i wsparcia, staram się zrozumieć taką postawę, a ludziom stojącym przed trudnym wyborem przedstawić racjonalne argumenty.
Zostały zapisane na tym blogu w wielu tekstach, w szczególności, w cyklu artykułów pod wspólnym tytułem „PO CO DEMOKRACJA?”.
Chciałbym zebrać istotne fragmenty z tych i kilku innych tekstów oraz z zamieszczonych pod nimi komentarzy, by – właśnie w tym okresie, przedstawić Państwu przedwyborczą „ściągę”.
Z nadzieją, że to przypomnienie okaże się przydatne w rozmowach i sporach na temat udziału w „wyborach”, a zawarte tu argumenty, będą pomocne w podjęciu mądrej decyzji.
Prawda – długi to tekst, ale też waga tematu niemała.


***


Najmocniejszym ogniwem łańcucha, na którym „ojcowie założyciele” III RP uwiązali miliony moich rodaków, jest przeświadczenie, że tylko demokracja i tylko narzędzia narzucone podczas mistyfikacji początku lat 90. mogą wyznaczać drogę polskiej państwowości i decydować o naszym losie.
To genialne w swojej prostocie fałszerstwo, nie ma sobie równych w dziejach współczesnej Europy , a poprzez analogię z państwem Putina, nieomylnie wskazuje źródło i zakres inspiracji.
Tylko w III RP i tylko w Rosji wmówiono obywatelom, że przepoczwarzone reżimy komunistyczne dobrowolnie przyjęły reguły demokracji i uznając wolę suwerena podczas tzw. wyborów powszechnych, wkroczyły na drogę ewolucyjnych przemian.
Od czasu, gdy komuniści dostrzegli, że kontrolowany system demokratyczny w niczym nie zagraża ich władzy, „transformacja ustrojowa” stała się wygodną metodą zrzucenia starej formy komunistycznej i zastąpienia jej nową.
W efekcie - to, czego w czasach PRL-u, nie udało się dokonać przy pomocy zbrodni, terroru i ordynarnej propagandy, stało się możliwe dzięki porozumieniu namiestników Moskwy z kolaborantami i przeprowadzeniu kilku gier operacyjnych, wiodących do „okrągłego stołu”.
Operacja zakończyła się powodzeniem, a jej finalnym efektem stała się „III Rzeczpospolita” - nazwana w dokumentach SB „państwem socjalistycznym nowego typu”.
       Dokonana 31 grudnia 1989 roku, przez tzw. Sejm kontraktowy, zmiana nazwy państwa i jego godła, miała wyłącznie wymiar symboliczny. Nie oznaczała zerwania formalnoprawnej więzi z okresem okupacji sowieckiej i konserwowała historyczną i personalną spuściznę PRL. Nigdy też nie przyjęto ustawy o restytucji państwa polskiego i nie odważono się wskrzesić Konstytucji II Rzeczpospolitej z 1935 roku.
U podstaw tworzenia fałszywych alternatyw i schematu politycznego III RP, leżała dyspozycja szefa bezpieki:
"Służba Bezpieczeństwa może i powinna kreować rożne stowarzyszenia, kluby czy nawet partie polityczne. Ma za zadanie głęboko infiltrować istniejące gremia kierownicze tych organizacji na szczeblu centralnym i wojewódzkim, a także na szczeblach podstawowych, muszą być one przez nas operacyjnie opanowane. Musimy zapewnić operacyjne możliwości oddziaływania na te organizacje, kreowania ich działalności i kierowania ich polityką" – instruował Czesław Kiszczak, podczas posiedzenia kierownictwa MSW, w lutym 1989 roku.
Nim rozpoczęły się rozmowy „okrągłego stołu”, instrukcje SB wskazywały na potrzebę „wspierania zwolenników konstruktywnego nurtu opozycji w naszym kraju, kosztem wyhamowania najbardziej agresywnych inicjatyw podejmowanych przez ekstremistów".
W ramach wydanych wówczas dyrektyw, inspirowano powstawanie nowych partii i środowisk politycznych, które wspierały proces esbeckiej „transformacji ustrojowej” oraz niszczono i marginalizowano tych, którzy nie godzili się na kontynuację komunistycznej sukcesji. Udział w tym procederze brali ludzie powiązani z policją polityczną PRL, którzy po roku 1989 przemienili się w biznesmenów, bankierów lub polityków. Istotną role powierzono również zgrai kapusiów i donosicieli, wyselekcjonowanych w ramach tzw.”opozycji demokratycznej” oraz hierarchom Kościoła.
Utworzona w ten sposób „reprezentacja narodowa”, miała zadbać o „prawidłowy przebieg procesów politycznych”, eliminując z życia publicznego przeciwników magdalenkowej zdrady oraz wspierając tych, którzy bez sprzeciwu przyjmowali status III RP.
Jeśli pamiętać, że II Rzeczpospolita wyłoniła się po latach wojny światowej, wymagała tysięcy ofiar i wielkiej daniny polskiej krwi, to ceną owej III RP (numeracja jest elementem fałszerstwa) był alkohol przelewany w Magdalence i zakulisowe ustalenia między esbekami i ich agenturą.
Zaiste - wartość tego państwa odpowiadała zapłaconej cenie.

piątek, 30 sierpnia 2019

BŁOTO


Z przemówienia Marszałka Józefa Piłsudskiego na bankiecie w hotelu „Bristol” w dn. 3 lipca 1923.

        Powtarzam raz jeszcze, że nie znam faktu tak dziwnego, nie znam faktu tak śmiesznego w swojej prostocie, jak ten, który jednego człowieka, tak mało zna­nego, tak mało odczutego, tak mało zżytego z calem tem społe­czeństwem — bo wśród posłów znałem może kilkunastu, wszyscy inni byli mi obcy ludzie, którzy mnie nie znali, którzy nic nigdy nie widzieli w mojem życiu — wynosi na to stanowiska, bez ża­dnego gwałtu, przymusu, bez ża­dnej agitacji, a nawet wbrew je­go woli, gdyż tego nie szukał da­je mu dobrowolnie władzę tale wybitną i tak wyjątkową.
Kazano mi wreszcie reprezen­tować siebie, wszystkich w Polsce nazewnątrz i wewnątrz.
Jeże­li przedtem mogłem tłumaczyć zjawisko, jakiemś zamąceniem, jakąś nieumiejętnością — to w tym wypadku ludzie wybrani, mający czas do namysłu, do na­rad, do krytyki każdego swego postanowienia — dają mi poza tem co miałem poprzednio, dają mi siłę moralną, którą każdy człowiek mieć może, gdy takiem obdarzony jest zaufaniem, gdy to zaufanie w taki manifestacyjny, w taki uroczysty, w taki niezwy­kły sposób się wyraża.
Lecz od­tąd, Panowie, te piękne zaszczy­ty, cudne jak z bajki tysiąca i je­dnej nocy, odtąd historja się zmienia.
Postawiono umie tak wysoko, jak nigdy nikogo nie stawiano, postawiono mnie tak, bym cień na wszystkich rzucał, stojąc jeden w świetle.
         Był cień, który biegł koło mnie. to wyprzedzał mnie, to zostawał w tyle.
Cieniów takich było mnó­stwo, ciernie te otaczały mnie za­wsze, cienie nieodstępne, chodzą­ce krok w krok, śledzące mnie i przedrzeźniające. Czy na polu bi­tew, czy w spokojnej pracy w Belwederze, czy w pieszczotach dziecka — cień ten nieodstępny koło mnie ścigał mnie i prześla­dował.
Zapluty potworny karzeł na krzywych nóżkach, wypluwa­jący swoją brudną duszę, oplu­wający mnie zewsząd, nie szczę­dzący niczego co szczędzić trze­ba —rodziny, stosunków, bliskich mi łudzi, śledzący moje kroki, robiący małpie grymasy, przekształcający każdą myśl odwrot­nie — ten potworny karzeł pełzał za mną jak nieodłączny druh, ubrany w chorągiewki różnych typów i kolorów — to obcego, to swego państwa, krzyczący fraze­sy, wykrzywiający potworną gębę, wymyślający jakieś niesły­chane historje, ten karzeł był moim nieodstępnym druhem, nieodstępnym towarzyszem doli i niedoli, szczęścia nieszczęścia, zwycięstwa i klęski.
Nie sądźcie, panowie, że to jest tylko metafo­ra, ja zacytuję tylko kilka fak­tów, takich potwornych, dzikich, że trudno pojąć,. z jakiej kadzi nieczystości zarazić trzeba sobie wyobraźnię, by podobne rzeczy wymyśleć.
Reprezentant narodu wybra­ny przez wszystkich, reprezentu­jący wszystkich—kradnie! Zbie­ra, się komisja Sejmowa, aby szu­kać skradzionych przez tego re­prezentanta insygniów królew­skich. Komisja Sejmowa, obra­dująca pod egidą czy pod kierow­nictwem marszałka Sejmu szu­ka, śledzi, bada, poszukuje skra­dzionych przez tego reprezentan­ta rzeczy!
Czy Panowie coś bar­dziej potwornego, coś bardziej wstrętnego, coś bardziej oplute­go pomyśleć możecie? Czy można mieć reprezentanta tego rodzaju? Pomyślcie sobie to gdzie indziej wśród wolnych swobodnych na­rodów — nasz reprezentant — złodziej! Nasz reprezentant zdra­dza kraj w czasie wojny, umawia się z nieprzyjacielem! Naczelny Wódz, prowadzący wojnę, jest zdrajcą. Gdzież na niego kara! Czy jest próba usunięcia go? Czy jest próba pociągnięcia go do odpowiedzialności? Czy jest próba zrobienia go odpowiedzialnym za te niebywałe zbrodnie? Niema, idzie tylko o plucie, idzie tylko o kał wewnętrzny, którego pełna musiała być dusza, jeżeli na te rzeczy się zdobyła.
Idzie o jakieś niesłychanie obrzydłe zjawisko duszy ludzkiej, która w ten spo­sób postąpić może. Potworny ka­rzeł wylęgły z bagien rodzimych. Bity po pysku przez każdego z za­borców, sprzedawany z rąk do rąk, płatny.
Oto ci, którzy chcą obniżyć do swego poziomu to, co zostało wzniesione wysoko..

środa, 24 lipca 2019

PAKT O NIEAGRESJI – O ŚWIETLANEJ PRZYSZŁOŚCI PIS

Nim zechcą Państwo zapoznać się z nowym tekstem, pozwolę sobie na jedną uwagę.
Stali czytelnicy bezdekretu pamiętają zapewne, że w latach 2008-2015 na moim blogu ukazywało się nawet kilkanaście tekstów miesięcznie. O różnym ciężarze i tematyce, zwykle związanej ze sprawami aktualnymi, które zaprzątały naszą uwagę.
Tak pokaźna „produkcja”, skłaniała ludzi marnego intelektu do odkrywczej refleksji, jakoby Ścios był jakimś „bytem zbiorowym”, grupą kilku, kilkunastu osób, które z nadania ówczesnej opozycji prowadziły partyjną robotę w sieci internetowej.
Było wtedy o czym pisać: od afery marszałkowej, stoczniowej i paliwowej poczynając, poprzez postępki Komorowskiego i belwederskich hierarchów, aktywność służb i „sołdokratów” z WSI, po tematykę smoleńską i rozliczne draństwa reżimu. Wiele z ówczesnych spraw zostało ujawnionych tylko na tym blogu, gdy partyjne „wolne media” obchodziły z daleka tematy mogące zaszkodzić wizerunkowi „konstruktywnej opozycji”.
       W ostatnich miesiącach otrzymałem od Państwa pytania, których sens można sprowadzić do konkluzji: dlaczego tak mało tekstów ukazuje się dziś na bezdekretu, czemu nie poruszam spraw bieżących i nie podnoszę tematów, które interesują naszych rodaków?
Prawda – tekstów jest niewiele, czasem tylko jeden miesięcznie. Żadnej w nich „bieżączki” i mało odniesień do rzeczy aktualnych.
Powód? Z prozaicznych kilka: pewnie stetryczenie autora, być może problemy z „bezpiecznym” logowaniem, brak interesujących tematów.
Ale jest też przyczyna głębsza, o której wspomniałem przed rokiem, w tekście „NIE IDZIEMY ZA PARTIĄ ANI POD OBCĄ FLAGĄ. ZMIERZAMY DO POLSKI”:
Fałsz i nędza polityki prowadzonej przez obecnych rządców III RP, ma prawo odstręczać i napawać odrazą ludzi rozumnych. Jako autor setek tekstów z lat 2008-2015, w których niezwykle krytycznie oceniałem reżim PO-PSL, mogę napisać – tak prostackiej propagandy, takich pokładów zakłamania i ordynarnego fałszu, nie widziałem nawet w tamtych latach.
Opisywanie obecnych zjawisk lub komentowanie poszczególnych wypowiedzi, postaw i decyzji, nie miałoby najmniejszego sensu. To, co napisałem w tekście „FAŁSZYWA ALTERNATYWA”, jest dostateczną konkluzją.
Z kolei - kierowanie takich opisów do wyznawców i apologetów PiS, tym bardziej byłoby niedorzeczne. Ogromna rzesza wyborców tej partii, nie tylko nie jest zainteresowana sprawami polskimi i w głębokim poważaniu ma przyszłość mojego kraju, ale w rezygnacji z używania rozumu i niewolniczym serwilizmie wobec rządowej propagandy, zeszła poniżej poziomu pogardzanych „lemingów”.
Chcąc więc zachować szacunek do czytelników bloga, ale też uniknąć „syzyfowej”, bezcelowej pracy, niełatwo znaleźć obszar, w którym publicystyka nie byłaby tylko agitacją, a myśl podążała na przekór utartym schematom.
Z jednej strony - istnieje silna pokusa totalnej krytyki zastanej rzeczywistości, z drugiej - nęci postawa bojkotu i „wzniosłego milczenia”.
Obie są mi zasadniczo obce, dlatego w czasach trudnych wyzwań, trzeba obrać drogę unikalną, stawiając sobie i czytelnikom równie wysokie wymagania.”
Powtórzę po raz kolejny: Fałsz i nędza polityki prowadzonej przez obecnych rządców III RP, ma prawo odstręczać i napawać odrazą ludzi rozumnych.
Fałsz, bo karmi się nas setkami trzeciorzędnych tematów, ukrywa rzeczy niewygodne dla władzy, osłania pustkę, słabość i cynizm.
Nędza zaś, bo takich pokładów serwilizmu i zniewolenia – tak w polityce krajowej, jak zagranicznej, nie oglądałem od dziesięcioleci.
Powie ktoś – przecież ludzie reżimu PO-PSL prowadzili jeszcze bardziej nędzną i fałszywą politykę, przecież kłamali na potęgę i traktowali naszych rodaków niczym stado idiotów.
Odpowiem: prawda, ale świadomość – kim są ci ludzie, była rzeczą równie naturalną, jak wiedza o zaraźliwej, śmiertelnej chorobie. Byli tymi, za kogo ich uważaliśmy – zbieraniną obcych,twardogłowych typów, złączonych nienawiścią do wszystkiego co polskie.

wtorek, 25 czerwca 2019

PO CO DEMOKRACJA? - 3 „PRZEWRÓT MAJOWY”

Narzucenie przymusu ustrojowego w konstytucji III RP, służy legalizacji układu magdalenkowego i utrwaleniu sukcesji komunistycznej.
Tak długo, jak godzimy się na uprawianie mitu demokracji i traktowania jej, jako narzędzia zniewolenia, nie mamy szans na odzyskanie Polski.
Zapis funkcjonujący w konstytucji III RP: „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”, w sposób bezpośredni nawiązuje do normy art. 1.1. tzw. „konstytucji PRL”: „Polska Rzeczpospolita Ludowa jest państwem demokracji ludowej”.
               Dla oszukania Polaków, zastosowano identyczną formulę, jak w roku 1947, gdy komunistyczni najeźdźcy zalegalizowali system okupacyjny i uzyskali „demokratyczny mandat” do sprawowania władzy nad Polakami.
Mit demokracji dawał gwarancje bezkarności tysiącom bandytów, zapewniał dochody z żerowania na polskim organizmie i doskonale utrwalał sukcesję Obcych. Gdyby w roku 1989 nie powtórzono fałszu wyborczego i nie skazano nas na powtórkę z „demokracji”, żadni komuniści i ich akolici, spod znaku „okrągłego stołu”, nie mogliby decydować o przyszłości Polski. Odrzucenie dyktatu samozwańczych „reprezentantów narodu”; owych „komandosów”, „koncesjonowanych katolików” i tzw. ”opozycji demokratycznej” i przeprowadzenie twardej rozprawy z komunistami, otworzyłoby drogę do budowania wolnej państwowości.
Komunizm nigdy nie wykazywał lęku przed demokracją, a trafnie rozpoznając ograniczenia tego ustroju, potrafił wykorzystać go dla własnych celów.
Ufny w moc propagandy i semantycznego terroru, zaopatrzony w wasalne media, sterowalne instytucje i rzesze agentury, mógł sobie pozwolić na organizowanie dowolnych „świąt demokracji” i odgrywanie spektakli na użytek głupców z Zachodu. Ci ostatni – wzorem zdrajców sprawy polskiej z lat powojennych, z ulgą przyjmowali „demokratyczne przemiany” zbrodniczego systemu i chętnie zaakceptowali nową formułę zniewolenia Polaków.
Tylko ludzie nieznający najnowszych dziejów, ignorujący prawdę o „pojałtańskim porządku”, mogą zachłystywać się pustosłowiem zachodnich polityków, a w przyjęciu III RP do NATO i UE postrzegać dowód niepodległości tego państwa. Jest to niepodległość tej samej miary, jaką praktykowała PRL – przyjmowana przecież w poczet wszelakich gremiów i organizacji międzynarodowych.
Ci, którzy świadomie przeżyli ostatnie dekady, powinni też wiedzieć, że demokracja przed niczym nie chroni. Nie tworzy bariery przed nadużyciem władzy, nie zabezpiecza przed patologią. Nie broni praw słabych i odrzuconych, nie leczy krzywd i ran. Nie daje też cienia satysfakcji ofiarom i rzadko piętnuje sprawców.
Jeśli 30 lat praktykowania tego mitu, nie zaszkodziło bandytom z bezpieki, nie wyrugowało czerwonych „sędziów” i partyjnych funków, jeśli przez ten czas nie usunięto żadnej choroby społecznej, a przeciwnie – nabyto dziesiątki nowych i umocniono patologiczne zjawiska, jest w tym prawidłowość, której nie wolno ignorować.
Ta cecha mitu demokratycznego pozwala zakonserwować polityczne status quo, i jest ważną przesłanką przydatności dla celów strategii podstępu i dezinformacji.
Demokracja pozwala też zaspokoić najniższe aspiracje społeczne i wykorzystać kompleksy tych, którym kartka wyborcza wydaje się narzędziem tak doskonałym, że z imbecyla stworzy mędrca, a głupca namaści na „suwerena”.
Komuniści dawno dostrzegli, że naszym rodakom wystarczą erzace „ludowładztwa” i miraże „państwa prawa i demokracji”. Warunkiem skuteczności jest wizja „pełnej michy” i zaspokojenie elementarnych potrzeb materialnych. To jeden z powodów przeprowadzenia tzw.”reformy Balcerowicza”, której najważniejsza korzyść polegała na sprowadzeniu naszych aspiracji do spraw bytowych oraz wyhodowaniu „klasy biedoty”, całkowicie zależnej od państwowego rozdawnictwa.
Ofiarami mitu demokracji, są zwykle ludzie najmniej zaangażowani w sprawy polskie, ale też wszelkiej maści konformiści i internetowi „bojownicy”, którzy z udziału w farsie wyborczej i doświadczaniu emocjonalnego „patriotyzmu”, uczynili sposób na rozgrzeszenie własnych ograniczeń i kompleksów.
Dla takich ludzi, postulat bojkotu „wyborów” ma cechy absurdu i kojarzy się z wizją przejęcia władzy przez PO,”Wiosnę” itp. formację.
Tym ludziom obca jest znajomość historii najnowszej i refleksja nad systemem tego państwa. Ufni w słowa medialnych szalbierzy, gotowi są wierzyć, że powierzenie brukselskich stołków kilku partyjnym cwaniakom, otworzy przed nami świetlane perspektywy, a kolejne czterolecie władzy PiS, uczyni z III RP światową potęgę.
Tacy ludzie nie przyjmą prawdy, że „wygrane wybory” nie wywołują zmian w patologicznej strukturze III RP – czego w pełni dowiodły „zwycięstwa” z roku 1991, 2005, 2015.
I wywołać nie mogą, bo logika systemu tego państwa polega na dopuszczeniu do takich „reform” i „modyfikacji”, które nie naruszają fundamentów sukcesji komunistycznej. Dlatego w każdej farsie wyborczej, musi być „marchewka dla ludu” - czym w roku 2015 była prezydentura Dudy i wygrana PiS, oraz „kij na radykałów”, w postaci wysokiego wyniku tzw.”opozycji”. Taka konstrukcja pozwala zadowolić oczekiwania „większości”, rozgrzeszyć niemoc rządzących i wytłumaczyć setki zaniechań.
Jeśli pojawiają się „polityczne anomalie” - jak w roku 1992, w postaci rządu Jana Olszewskiego, w roku 2005 - prezydentury Lecha Kaczyńskiego, czy w 2015 – szefostwa MON, są szybko usuwane i korygowane przez „strażników systemu”.
Rzetelna refleksja na całym trzydziestoleciem tego państwa, pozwala stwierdzić, że roszady partyjne, dokonywane w ramach farsy wyborczej, nie mają większego znaczenia. Cóż po tym, że kolejne „wybory” wygrałaby dzisiejsza „opozycja”, a w następnych „zwyciężyłby” PiS, skoro żadna z tych zmian nie może doprowadzić do zerwania z sukcesją komunistyczną?
Mijają dziesięciolecia i rosną nowe pokolenia Polaków, święcie przekonanych, że rządy Millerów i Kwaśniewskich, Tusków i Komorowskich, są rzeczą całkowicie naturalną, zgodną z wolą „suwerena” i „prawem demokracji”.
Ta aberracja - godna pióra Orwella czy Kafki, nie znajduje miejsca w myślach naszych rodaków.