Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

wtorek, 5 lutego 2019

OBALIĆ III RP: Robić z tego „małego, głupiego, nędznego i zakłamanego” wolną Rzeczpospolitą – jest więcej niż zbrodnią


W przededniu wydarzenia, które wytyczyło nowy obszar naszego zniewolenia i winno być nazywane zbrodnią przeciwko narodowi polskiemu, publikuję fragment mojej najnowszej książki „NUDIS VERBIS-OBALIĆ III RP”.
Gdy obecne władze tego państwa – strojąc się w szaty „patriotycznej prawicy”, będą „świętować” i „upamiętniać” pakt bandytów ze zdrajcami - trzeba pamiętać, że ów „okrągły stół” był największym nieszczęściem, jakie dotknęło nas w latach 80. ubiegłego wieku.
W odróżnieniu od innych państw Bloku Wschodniego, w PRL istniała bowiem tzw. ”opozycja demokratyczna”, a w jej szeregach, grupa komunistycznych schizmatyków (zwana dawnej „komandosami”), koncesjonowanych „katolików” oraz pospolitych kapusiów i donosicieli. Spośród tych osób, namiestnicy sowieckiego okupanta wyznaczyli swoistą „reprezentację narodową” i siadając z nią do ”okrągłego stołu” podjęli wielowątkową grę, obliczoną na stworzenie nowej formuły zniewolenia i legalizacji sukcesji komunistycznej.
Polacy mieli uwierzyć, że koncesjonowana grupa „reprezentantów” - wybrana przez szefa służb okupacyjnych, obaliła zbrodniczy reżim i przy pomocy „procesów demokratycznych” wywalczyła autentyczną niepodległość.
Operacja obcych służb zakończyła się powodzeniem, a jej finalnym efektem stała się „III Rzeczpospolita” - nazwana w dokumentach SB „państwem socjalistycznym nowego typu”.
Jeśli pamiętać, że II Rzeczpospolita wyłoniła się po latach wojny światowej, wymagała tysięcy ofiar i wielkiej daniny polskiej krwi, to ceną owej III RP (numeracja jest elementem fałszerstwa) był alkohol przelewany w Magdalence i zakulisowe ustalenia między esbekami i ich agenturą.
Zaiste - wartość tego państwa odpowiada zapłaconej cenie.
By dokończyć dzieła zniewolenia, zmuszono nas do utworzenia sztucznej wspólnoty i narzucono przekonanie, jakoby była ona państwem wolnym i niepodległym.
Ta wiara, zaszczepiana kolejnym pokoleniom, jako dogmat historyczny, ma wymiar gigantycznego, antypolskiego kłamstwa i jest mitem sankcjonującym sukcesję PRL.
W rzeczywistości bowiem, to komuniści i ich spadkobiercy stworzyli groźną hybrydę niby-państwowości i obrócili w ruinę nasze marzenia o Niepodległej.


***


                     Wielu historyków podkreślało, że przygotowania do inscenizacji „okrągłego stołu” trwały co najmniej od połowy lat 80. W zakres tych przygotowań wpisują się m.in. konkretne decyzje i działania, by wymienić tylko niektóre po stronie „opozycji demokratycznej”: ustalenia J.Kuronia i L.Wałesy z ludźmi SB (tu: rozmowy Kuronia z mjr. Lesiakiem i płk Królem z roku 1985, prowadzone w konwencji „negocjacji politycznych”), wystąpienie luminarzy „opozycji demokratycznej” z października 1986 o zniesienie przez USA sankcji gospodarczych wobec PRL, projekt „paktu antykryzysowego” Geremka z grudnia 1987 i list Geremka z roku 1988, adresowany do Gorbaczowa (pod uwagę George’a Sorosa), wizyty Michnika w Moskwie i wiele innych.
Logikę tych działań, można sprowadzić do refleksji, jaką A.Michnik zawarł w wydanej w roku 1985 książce "Takie czasy"(pisanej w warunkach więziennych). Znalazła się tam propozycja kompromisu z rządem PRL i Moskwą: "Solidarność powinna odrzucić filozofie "wszystko albo nic". [...] Dla komunistów może to być droga do uzyskania legitymacji, dla nas zaś droga do godziwego życia”.
Wiedza, jaką posiadamy dziś na temat kontaktów owej „opozycji demokratycznej” z namiestnikami Moskwy, pozwala utrzymywać, że proces „transformacji ustrojowej” został precyzyjnie zaplanowany i obejmował szereg wielowątkowych gier operacyjnych, rozpisanych na poszczególne postaci i środowiska.
Wyraźnie widać to po decyzjach związanych z realizacją długofalowej strategii komunistycznej.
Początek tego procesu wyznacza decyzja z roku 1981 - o powierzeniu nadzoru nad ministerstwem spraw wewnętrznych Czesławowi Kiszczakowi – oficerowi Informacji Wojskowej, szefowi WSW i II Zarządu Sztabu Generalnego. Człowiekowi Moskwy – najwierniejszemu z wiernych.
Z pewnością, ta nominacja niosła zapowiedź siłowej rozprawy z „Solidarnością”, ale jej głębszy sens wynikał z realizacji planu sowieckiego.
Zadanie Kiszczaka polegało bowiem na skonsolidowaniu wszystkich – wojskowych i cywilnych formacji policji politycznej PRL do walki ze społeczeństwem oraz na rozbudowie sieci agenturalnej. Jeszcze jako szef służb wojskowych, w listopadzie 1980 r. Kiszczak wydał "Wytyczne do planowania działalności WSW na rok 1981", w których nakazał rozbudowę agentury, zarówno w objętych kontrolą WSW jednostkach, wśród żołnierzy i ich rodzin, ale też w obiektach i zakładach przemysłowych.
Według koncepcji przedstawionej przez Golicyna w książce „Nowe kłamstwa w miejsce starych, komunistyczna strategia podstępu i dezinformacji”, ścisła integracja służb oraz rozbudowa sieci agenturalnej, wytyczały pierwszy etap przygotowań do „transformacji ustrojowej”. W myśl strategii sowieckiej tylko skonsolidowane, „odnowione” służby policyjne, były zdolne podjąć zadanie praktycznej realizacji planów związanych z „pierestrojką” oraz „polskiego eksperymentu” - „drogi do demokracji”.
Od roku 1981 r. wzrost liczebności tajnych współpracowników miał charakter wręcz lawinowy i sięgał blisko 30 proc. rocznie. Dynamika wzrostu z początku lat 80- tych, była porównywalna z pierwszą połową lat 50 -tych ubiegłego wieku. Znamienny był najszybszy wzrost liczby tajnych współpracowników w roku 1982 oraz po zniesieniu stanu wojennego.
W rekordowym, 1984 r. liczba pozyskanych tajnych współpracowników w całym kraju (18 756) była ponad trzykrotnie większa niż liczba wyeliminowanych (5442). Gwałtowny wzrost agentury nie wynikał wyłącznie z poczucia zagrożenia władz komunistycznych przez konspiracyjne struktury „Solidarności”, ale z celowej polityki kierownictwa resortu spraw wewnętrznych.
Kiszczak forsował rozwój sieci agenturalnej, jako podstawowej metody kontroli społeczeństwa. Liczba spraw operacyjnych pod koniec 1984 r. osiągnęła poziom 24 343, tj. zbliżony do stanu z roku 1956 (24 170). W latach 1986–1988 odnotowano dalszy, choć już słabszy wzrost ogólnej liczby TW w pionach operacyjnych SB. Według dostępnych danych cząstkowych oraz wykonanych na ich podstawie szacunków, najwyższy w historii PRL wzrost liczebności tajnych współpracowników nastąpił pod koniec 1988 r., gdy ich liczba sięgnęła niemal 100 tys.
Było to więcej niż w szczytowym okresie tzw. „epoki stalinowskiej”. Jeśliby doliczyć do tej liczby kontakty operacyjne (około 15 tys. w roku 1985), służbowe oraz tzw. lokale kontaktowe, to ogólna ilość osobowych źródeł informacji znacznie przekraczała 100 tys. Dane te należałoby jeszcze uzupełnić o agenturę służb wojskowych. Raport z Weryfikacji WSI wskazywał na blisko 10 tysięcy współpracowników tych służb w roku 1990.
Wszystkie instrukcje operacyjne z tego okresu kładły szczególny nacisk na pozyskiwanie TW i ustanawiały wyśrubowane limity werbunkowe.
Istnieje więc uzasadnione pytanie - o związek rozbudowy sieci agenturalnej z celami komunistycznej strategii podstępu i dezinformacji oraz drogą do budowania podwalin III RP.
Nie ma wątpliwości, że związek taki istnieje, bo ogromna rzesza pozyskanej wówczas agentury miała decydujący udział w procesie „transformacji ustrojowej”, a następnie – w charakterze polityków, biznesmenów, sędziów, dziennikarzy itp.”elity”, umacniała sukcesję komunistyczną. Jeśli do dziś, na różnych stanowiskach odkrywamy kapusiów i współpracowników bezpieki, oznacza to, że Kiszczak dobrze wykonał powierzoną mu robotę.
O wielowątkowych przygotowaniach do „okrągłego stołu” świadczy też tzw.„afera FOZ”, podczas której ludzie służ wojskowych zapewnili sobie środki z kradzieży resztek majątku PRL i zbudowali podstawy swojej „stabilizacji finansowej”.
Przypominam o tych okolicznościach i przedstawiam konkretne dane, by tym mocniej podkreślić, że budowa III RP wymagała angażowania ogromnych środków oraz działań wykraczających poza obszar procesów politycznych.
              To nadzwyczaj ważna konkluzja, której doniosłość podważa wszelkie projekty związane z wizją „demokratycznych zmian” i ma kolosalne znaczenie dla wytyczenia właściwej strategii.
Jeśli „transformacja ustrojowa” była procesem rozpisanym na lata i wymagała wdrożenia złożonych kombinacji operacyjnych oraz angażowania gigantyczny środków, jeśli to państwo zbudowano na fundamencie sowieckiej strategii, przy udziale agentury i policji politycznej, metodą zdrady, szantażu, zabójstw i kłamstw, jak można przypuszczać, że ten patologiczny „stan posiadania” upadnie pod naporem procesów demokracji ?
Niedorzeczna jest myśl, jakoby „zdobycze” tej sukcesji – materialne, polityczne i strategiczne, w wymiarze korzyści osobistych oraz globalnych celów komunistycznej strategii podstępu i dezinformacji, można było odebrać mocą karty wyborczej i legalnych mechanizmów demokratycznych.
Takie wizje – powszechne przecież w „środowisku patriotycznym” III RP i nachalne rozgrywane m.in. przez partię Kaczyńskiego, nie znajdują uzasadnienia w rzetelnej refleksji historycznej i wiedzy o świecie współczesnym.
Są sprzeczne z elementarną logiką, bo proponując środki kompletnie nieadekwatne do celu, ignorują prawdę materialną i historyczną.
Wiara, iż III RP można obalić, tworząc tu jakieś partyjki i podejmując gry w ramach „demokracji parlamentarnej”, jest sprzeczna z wiedzą na temat komunizmu, znajomością metod bezpieki i prawdą o genezie tego państwa.
To, co powstało na fundamencie siły, bezprawia i zbrodni, nie da się pokonać na drodze „konsensusu” i „pokojowych przemian”. Nie po to przeprowadzono wiele skomplikowanych operacji, dokonano licznych zabójstw (zbrodnia założycielska) i zaangażowano tysiące agentów, by efekt tych działań został anulowany z woli wyborców.
Jeśli spojrzymy na konflikty rozgrywane w świecie współczesnym, na próby obalenia różnych reżimów i tyranii, nie znajdziemy sytuacji, w której dokonano tego metodą proponowaną przez mitologów demokracji.
Wprawdzie sukcesja komunistyczna nie musi – wzorem PRL-u – sięgać po przemoc i terror, a wpływy okupanta zostały rozłożone na siłę agentury i dezinformacji, wprawdzie tyranię maskuje się tu dyktatem tzw. „sądów”, partii i tajną akcją służb, a rolę ośrodków propagandy przejęły „wolne media” - w niczym nie zmienia to faktu, że sukcesja komunistyczna czerpie trwałość z metod obcych i wrogich demokracji.
Jeśli ktoś ma świadomość – jak powstawała III RP, jak budowano jej polityczne podstawy, kreowano „autorytety” i fałszowano wybory, jeśli widział zaprzaństwo ówczesnych „elit” i dostrzegał zamysł oszukania Polaków – jakże może dziś twierdzić, że konstrukcję tego państwa można obalić przy pomocy demokratycznych mitów?
Jest w takiej diagnozie ogromny zamęt intelektualny, jest pospolite tchórzostwo – a jeśli bywa głoszona intencjonalnie, z zamiarem własnych korzyści – draństwo i hańba.
Odporność tej sukcesji na zmiany wprowadzane metodami demokracji, nie wynika bynajmniej z siły komunistycznego bękarta. Każda kolejna hybryda jest bowiem słabsza od organizmu rodzicielskiego, a to oznacza, że III RP nie posiada równie mocnego fundamentu jak PRL.
Dynamika tej odporności ma natomiast podstawy w naszym stosunku do magdalenkowego tworu: w wierze, że jest państwem prawa i demokracji oraz przeświadczeniu, iż tylko formuła demokratyczna zapewnia efektywność i legalność działań.
To przeświadczenie i ta wiara, zaszczepione nam terroryzmem semantycznym „ojców założycieli” i umacniane codziennie przez „elity” obecnego państwa, stanowi najskuteczniejszą barierę i chroni III RP przed upadkiem.
Rzecz nie polega bowiem na nadzwyczajnej sile środowisk zarządzających tym państwem, na wszechmocy środowiska byłej „wojskówki” i sprawności agentury, lecz na naszej nieprzemijającej słabości i uleganiu mitologii. To nie figura retoryczna.
Każdy, kto poważnie traktuje swoją robotę, nim podejmie nowe zadanie, dokonuje analizy sytuacyjnej, oblicza koszty, zbiera potrzebne narzędzia, szacuje środki.
Tam, gdzie analiza wykazuje wielki stopień trudności, komplikacji i ryzyka, gdzie można spodziewać się „oporu materii”, ogromnej pracy i kosztów, robotę wykona tylko mistrz i najwyższej klasy fachowiec.
Tam zaś, gdzie jest ona zaledwie rutyną i pozwala wykonać dzieło nędznymi narzędziami, przy użyciu skromnych środków, otwiera się pole dla zwykłych rzemieślników i „złotych rączek”.
Linia obrony sukcesji komunistycznej nie wymaga dziś nawet połowy zasobów, jakich użyto w okresie „transformacji ustrojowej”. Nie wymaga też „mistrzowskiej ręki”, a ci, którzy zarządzają tym państwem w „klubach miłośników cygar”, są zaledwie sprawnymi wyrobnikami.
Stworzono funkcjonalne, wydajne perpetuum mobile, którego siłę napędową stanowią rozliczne mity i pseudo-demokratyczna samodyscyplina Polaków.

           Jest oczywiste, że tak działający system nigdy nie dopuści do udziału w życiu publicznym ludzi o poglądach sprzecznych z dogmatyką III RP. Zepchnie ich na margines, odizoluje i skaże na wykluczenie. Taką praktykę zastosowano już w latach 1988-1991, dokonują „oczyszczenia” przestrzeni politycznej z osób i środowisk przeciwnych paktom „okrągłego stołu”.
Logika tej operacji wynikała bezpośrednio ze strategii komunistycznej lat 1944-56, gdy w ramach instalowania okupacji sowieckiej, likwidowano i zwalczano każdy przejaw polskości, rugując z życia publicznego przeciwników obcego tworu.
Struktura polityczna III RP, w której brak jakiejkolwiek partii lub siły, dążącej do obalenia magdalenkowego porządku, jest widocznym dowodem skuteczności „moderacji”, dokonanej na przełomie lat 90.
Żadna partia i środowisko otwarcie głoszące postulat obalenia III RP i rozprawy z dziedzictwem komunizmu, nie wejdzie w obecny układ polityczny, nie znajdzie dostępu do środków przekazu i źródeł finansowania.
Przeszkodą jest nie tylko zasada konstytucyjna, rozstrzygająca o kształcie ustrojowym tego państwa, zawarta w art.2 konstytucji: „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”, a nawiązująca wprost do równie fałszywej normy art. 1.1. tzw. „konstytucji PRL”- „Polska Rzeczpospolita Ludowa jest państwem demokracji ludowej”, ale cała organizacja życia politycznego – z jego narzędziami instytucjonalnym oraz niepodważalnym dogmatem, jakoby tylko demokracja mogła organizować polską państwowość.
Nietrudno dostrzec tu zasadniczą różnicę z zasadami ustrojowymi II Rzeczpospolitej, w których nie narzucano Polakom „jedynie słusznej” formuły demokratycznej i nie rozstrzygano o kształcie ustrojowym. Ostatnia konstytucja wolnej Polski, z 23 kwietnia 1935 r. stanowiła w art.1:
1. Państwo Polskie jest wspólnem dobrem wszystkich obywateli.
2. Wskrzeszone walką i ofiarą najlepszych swoich synów ma być przekazywane w spadku dziejowym z pokolenia w pokolenie.
3. Każde pokolenie obowiązane jest wysiłkiem własnym wzmóc siłę i powagę Państwa.
4. Za spełnienie tego obowiązku odpowiada przed potomnością swoim honorem i swojem imieniem.
Z oczywistych względów, tak skonstruowana ustawa zasadnicza, nie mogła być źródłem prawa dla sukcesji komunistycznej. Brak odniesienia do „demokracji” - sprawdzonej i użytecznej w procesie legalizacji okupacji sowieckiej, niósłby katastrofalne skutki dla III RP:
- groził rozliczeniem zbrodni i zbrodniarzy komunistycznych oraz wykluczeniem ich ze wspólnoty narodowej,
- kształtował zasady prawne według interesu narodowego, a nie dobra beneficjentów sukcesji,
- uniemożliwiał wpływ na system polityczny, obsadę stanowisk i strukturę instytucji państwa,
- podważał gwarancje zachowania władzy „ojców założycieli”,
- pozbawiał narzędzi indoktrynacji i zarządzania „masami”.
Tylko mit demokracji, z jego nieodłącznymi elementami: fikcyjną „władzą suwerena”, „pluralizmem politycznym”, „parlamentaryzmem”, „wyborami powszechnymi”, zasadą „poszanowania praw obywatelskich”, istnienia „opozycji” itp. kanonami, mógł zapewnić trwałość władzy sukcesorów komunizmu. To dostateczny powód, by owa „demokracja” stała się dogmatem III RP i ograniczała nas w dążeniach niepodległościowych.
Ograniczenie to sięga tak daleko, że nie potrafimy już dostrzegać innych dróg, niż ta, na którą wprowadzili nas założyciele tego państwa.
Przeświadczenie, że wystarczy powołać nową partię i wejść z nią w obieg systemu III RP, jest dziś równie powszechne, jak wiara w możliwość pokonania „patologii” na drodze „przemian politycznych”.
Problem z odbiorem proponowanej w tej książce optyki, dotyczy przezwyciężenia naturalnych skłonności naszej percepcji i sprowadza się do odrzucenia zmodyfikowanej „nowej świadomości”.
W czasach okupacji sowieckiej, świadomość ta prowadziła do uznania PRL-u za państwo polskie i „oswojenia” nas z obcym tworem komunizmu.
III RP uczyniła z niej broń stokroć groźniejszą, bo powstały w Magdalence projekt „państwa socjalistycznego nowego typu(nazwa IIIRP w dokumentach SB) kazała uznawać za Niepodległą, zaś rządzące nim mechanizmy, określić mianem prawa i demokracji.
Tak dalece przekonano nas o istnieniu tych wartości, że klasyczne simulacrum – pozorujące zaledwie stan rzeczywisty, okryte zasłoną zdrady, kłamstwa, a nawet zbrodni, zaczęliśmy postrzegać jako domenę wolnej państwowości. Wystarczyła falsyfikacja języka i podważenie podstawowych pojęć, by oszukać nas i wykorzystać nasze marzenia o Niepodległej.
U podstaw tej mistyfikacji leży strach przed zdefiniowaniem PRL-u, komunizmu i jego sukcesorów. Gdyby taka definicja powstała i została przyjęta - z całą konsekwencją, nikt zdrowy na umyśle nie mógłby utrzymywać, że twór powołany w Magdalence jest wolną i niepodległą Rzeczpospolitą.
Jest tu ten sam rodzaj „zaczadzenia bolszewickim fetorem”, o którym mówił Zbigniew Herbert w trakcie rozmowy z Jackiem Trznadlem: „Na początku była mała grupka agentów, którzy uczepili się intelektualistów, a intelektualiści odegrali na cześć „nowego” symfonię patetyczną... To było małe, głupie, nędzne, zakłamane”.
Robić z tego „małego, głupiego, nędznego i zakłamanego” wolną Rzeczpospolitą – jest więcej niż zbrodnią.

niedziela, 20 stycznia 2019

DEZINFORMACJA – STUDIUM NIEWIEDZY (2)

Dezinformacja oznacza systematyczne wysiłki zmierzające do rozprzestrzeniania nieprawdziwych informacji i do zafałszowania lub zablokowania informacji dotyczących rzeczywistej sytuacji i polityki świata komunistycznego.
W konsekwencji praktyki dezinformacyjne miały doprowadzić do zmylenia, wprowadzenia w błąd i wpływania tendencyjnie na świat niekomunistyczny, do podważania jego polityki oraz do skłonienia przeciwnika z Zachodu do nieświadomego przyczyniania się do realizacji celów komunizmu.
Program takiej strategicznej Dezinformacji był wcielany w życie od 1958 roku. Jego głównym celem było stworzenie warunków do realizacji długoterminowej, dalekosiężnej polityki Bloku Komunistycznego, uniemożliwienie podjęcia skutecznych przeciwdziałań przez świat niekomunistyczny i zabezpieczenie strategicznych zdobyczy światowego komunizmu.
Choć zrozumienie programu dezinformacji jest kluczowe dla prawidłowej analizy sytuacji w świecie komunistycznym, to jego istnienie było albo ignorowane, albo dezawuowane przez Zachód” - pisał Anatolij Golicyn w „Nowe kłamstwa w miejsce starych, komunistyczna strategia podstępu i dezinformacji".
      Znaczenie książki byłego oficera KGB, nie polega na tym, że autor precyzyjnie przedstawił procesy dezinformacji w świecie sowieckim. Nawet nie na tym, że już w roku 1984 trafnie przewidział transformację PRL-u w III RP i nakreślił scenariusz prowadzący do „okrągłego stołu”.
Praca Golicyna ma kolosalne znaczenie w wymiarze, o którym nie wspomni dziś żaden polityk, którego nie biorą pod uwagę historycy, analitycy i ludzie służb specjalnych.
Konkluzja tej książki sprowadza się do fundamentalnej tezy: komunizm nie umarł i nigdy nie upadł, a to, co świat postrzega jako efekt „śmierci komunizmu”, jest kolejnym etapem mutacji tego tworu i największym zwycięstwem strategii podstępu i dezinformacji.
Autor „Nowych kłamstw” prowadzi czytelnika przez dziesięciolecia sowieckiej kampanii i bezwzględnie obnaża prawdę, iż wszelkie procesy, odczytywane przez świat Zachodu, jako droga ewolucji komunizmu do „wyższej jakości”-demokracji, nie były tym, za co uznawali je zachodni analitycy.
Żadne z sowieckich wzorców dezinformacji: „Słabość i Ewolucja”, „Fasada i Siła”, nie zostały prawidłowo rozpoznane przez państwa Zachodu, a ich przeprowadzenie pozwoliło Sowietom/Rosji na odegranie teatru „upadku komunizmu” i przepoczwarzenie w nowe formy bytowania.
Teza Golicyna (gdyby została zrozumiana i przyjęta) miałaby znaczenie tak dalece rewolucyjne, że żaden z aspektów współczesnej polityki, gospodarki czy relacji międzynarodowych, nie ostałby się w obecnym kształcie.
Przyjęcie tej tezy oznacza natomiast, że „świat Zachodu” pozostaje całkowicie bezbronny wobec rosyjskiej strategii podstępu i dezinformacji i nie ma szans na rozpoznanie kremlowskiej gry.
    Do „uśmiercenia” komunizmu, doprowadziło w istocie jedno z najskuteczniejszych kłamstw, wpisujących się w obszar sowieckiej strategii – teoria o ewolucji komunizmu. To za jej przyczyną wprowadzono bezzasadną gradację, rozróżniając w komunizmie okresy: „terroru” lat 20. i 30., czas „błędów i wypaczeń” lat 50. oraz następujący po nim „proces destalinizacji”, którego uwieńczeniem miały stać się rządy Gorbaczowa i jego „pierestrojka”.
Przeobrażenia w świecie komunizmu, Zachód odczytywał jednoznacznie - jako dowód jego postępującej słabości, a każde z poszczególnych wydarzeń miało być objawem „wzrostu tendencji odśrodkowych wewnątrz międzynarodowego komunizmu”. Zgodnie z tą teorią, polityka „pierestrojki”, zmiany dokonywane w państwach Bloku Wschodniego, a wreszcie upadek ZSRR, stanowiły logiczny ciąg zdarzeń, będący wynikiem naturalnej ewolucji systemu.

poniedziałek, 31 grudnia 2018

DEZINFORMACJA – STUDIUM BEZSILNOŚCI (1)

Walka z fałszywymi wiadomościami („fake news”) wydaje się stosunkowo prosta. Solidna weryfikacja źródeł i ocena faktów, dokonywana przez kompetentne osoby lub instytucje, może rozbroić nawet najbardziej złożone „fałszywki” i jest działaniem dostępnym dla większości państw i rządów. Trzeba nakładu środków, woli politycznej i determinacji.
Inaczej rzecz ma się z dezinformacją. Walka z tym zagrożeniem, a w szczególności - z systemem podstępu i dezinformacji w wydaniu rosyjskim, jest nieosiągalna dla państw Europy i stanowi wyzwanie, któremu współczesny „świat” nie zdołał sprostać.
          Z dużą irytacją przeczytałem doniesienie, jakoby Ministerstwo Cyfryzacji III RP miało „plan walki z dezinformacją i fake newsami”. W ramach tego planu, MC zapowiada stworzenie „specjalnego narzędzia, które pomoże administracji publicznej w rozpoznawaniu fałszywych informacji inspirowanych przez środowiska antypolskie”. Działania te mają być prowadzone wspólnie z Komisją Europejską, która również „wypowiedziała wojnę fake newsom i rosyjskiej dezinformacji”. Odpowiedzią KE na tę ostatnią ma być „system szybkiego ostrzegania, kodeksy postępowania mediów społecznościowych, edukacja” itp. „środki miękkie”.
Powodem irytacji jest świadomość, iż rozgłaszając podobne „rewelacje”, rząd III RP dopuszcza się dwóch rzeczy wyjątkowo nagannych: trwoni publiczne pieniądze na działania pozorowane, kompletnie nonsensowne i nieadekwatne oraz oszukuje mieszkańców Polski wizją efektów, które nigdy nie nastąpią.
Już tylko fakt, iż w tego rodzaju doniesieniach, „fake news” i dezinformacja są wymieniane łącznie, a nawet traktowane zamiennie, dowodzi potężnej ignorancji i niezrozumienia istoty zagrożeń.
Kłamstwo – choćby najlepiej zamaskowane, służy „zaledwie” wprowadzeniu w błąd, ma cele krótkotrwałe i upada z chwilą konfrontacji z prawdą – co zwykle szybko następuje. Może poruszać emocje, a nawet fałszować osąd rzeczywistości, nie ma jednak wpływu na nasze decyzje i dokonywane wybory.
Dezinformacja jest natomiast trucizną o długotrwałym, systematycznym działaniu. Atakuje nie tylko procesy poznawcze, ale godzi w wolę człowieka, wymusza określone zachowania i kształtuje sądy o rzeczywistości. Pozostający pod jej wpływem błądzi, ale też działa i postępuje tak, jak życzy sobie tego nieprzyjaciel.
Kłamstwo (jak kto woli „fake news”) może z nas uczynić błaznów lub głupców.
Dezinformacja zawsze czyni z nas ofiary i zamienia człowieka w bezwolne „zombi”.
Próba zestawienia tych dwóch narzędzi – w sposób, jaki robi się to obecnie, przypomina zamysł zrównania kataru z chorobą nowotworową, zaś poszukiwanie wspólnego „lekarstwa”, jest oszustwem i szarlatanerią.
            Zwracam uwagę na komunikaty dotyczące „walki z dezinformacją i fake newsami”, ponieważ to zagrożenie uważam za największe wyzwanie w czekającym nas okresie. Jak zaznaczyłem na wstępie – wyzwanie, któremu ani III RP, ani Europa i Ameryka, nie zdołają sprostać. Ponieważ przedstawienie tematu w tak szerokim spectrum, byłoby niemożliwe w tekście blogowym, skoncentruję się na naszym, polskim przykładzie. Wymaga to pewnej retrospekcji i dostrzeżenia obecnego statusu służb specjalnych III RP.

Wielokrotnie przypominałem na blogu słowa doskonałego znawcy Rosji, Włodzimierza Bączkowskiego, który w szkicu „Uwagi o istocie siły rosyjskiej” z roku 1938, pisał: „Głównym rodzajem broni rosyjskiej, decydującym o dotychczasowej trwałości Rosji, jej sile i ewentualnych przyszłych zwycięstwach, nie jest normalny w warunkach europejskich czynnik siły militarnej, lecz głęboka akcja polityczna, nacechowana treścią dywersyjną, rozkładową i propagandową.”
Świadomość tego stanu kształtowała politykę II Rzeczpospolitej i jej stosunek do Rosji Sowieckiej, miała wpływ na decyzje dotyczące polityki zagranicznej, pracę instytucji państwowych i służb specjalnych. Doceniając znaczenie „treści dywersyjnej”, wolna Rzeczpospolita prowadziła szereg samodzielnych operacji dezinformacyjnych, wykorzystując w tym celu kanały tajne, ale też media krajowe i zagraniczne. W tekście „Dezinformacja”, Rafał Brzeski podaje, że: „operacje dezinformacyjne polskich służb prowadziła specjalna komórka w Referacie C Oddziału II Sztabu Głównego występująca w dokumentach pod nazwami Ekspozytura Lotna, L.VI oraz Referat I.
W latach 1926-1930 komórki dezinformacyjne Oddziału II przygotowały ponad 430 spreparowanych dokumentów. Co najmniej 176 podsunięto wywiadowi niemieckiemu, około 120 sowieckiemu, 10 brytyjskiemu, 2 litewskiemu i jeden wywiadowi łotewskiemu. Dane te są najprawdopodobniej zaniżone, gdyż na wielu materiałach dezinformacyjnych brak adnotacji o ich wykorzystaniu.” Autor przytacza też opinię płk. Tadeusza Pełczyńskiego z roku 1936, w której Szef Oddziału II Sztabu Generalnego jasno sprecyzował cele Rosji:
Armia Czerwona skorzysta z pierwszej nadarzającej się okazji, żeby wtargnąć do Polski i pozostać w niej. To, czego chce Rosja, to zupełne zniknięcie państwa polskiego; czerwoni zostawiliby nam może nazwę i nasz język, ale z punktu widzenia duchowego bylibyśmy całkowicie wchłonięci”.
Trzeba przypomnieć, że cała historia myśli politycznej II Rzeczypospolitej, była w znacznej mierze kształtowana przez antykomunizm, a on sam, był czymś znacznie ważniejszym niż prostą, propagandową odpowiedzią na sowieckie zagrożenie. „Bardzo dalecy jesteśmy od bolszewizmu- mógł powiedzieć Józef Piłsudski, w maju 1919 roku – „Widząc spustoszenie, dokonane przez ustrój komunistyczny, nie rozumiem, jak mogą istnieć w Europie socjaliści, odnoszący się do niego przychylnie”.

niedziela, 23 grudnia 2018

ŻYCZENIA - BOŻE NARODZENIE 2018



Na początku było Słowo,
a Słowo było u Boga,
i Bogiem było Słowo.

Ono było na początku u Boga.
Wszystko przez Nie się stało,
a bez Niego nic się nie stało,
co się stało.

A Słowo stało się ciałem
i zamieszkało wśród nas.
I oglądaliśmy Jego chwałę,
chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca,
pełen łaski i prawdy.


      
            Wszystkim, którzy odwiedzają mój blog – życzę błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia, radości z przeżywania Tajemnicy Słowa, pokoju w sercu, ducha nadziei i światła wiary.
Życzę obecności Słowa - które jest początkiem i końcem, miarą Boga i Człowieka.
Niech Boże Dziecię obdarza każdego łaskami i dobrem.
Życzę też Państwu szczęśliwych chwil w rodzinnym gronie, we wspólnocie bliskich, kochających osób.
Naszej Ojczyźnie i nam wszystkim życzę, by w ten czas Wyzwolenia, spełniły się słowa Stanisława Wyspiańskiego -
Byś zwiódł z wędrówki długiej mój naród do Wszechmocy! Byś dał, co mają inni, gdy przyjdziesz jako Dziecię tej nocy Bożego narodzenia.....
Daj nam poczucie siły i Polskę daj nam żywą, by słowa się spełniły nad ziemią tą szczęśliwą...

środa, 5 grudnia 2018

ANEKS – LOGIKA „DOBREJ ZMIANY”

Najważniejszym kryterium stosunku Andrzeja Dudy do kwestii bezpieczeństwa narodowego oraz probierzem intencji grupy rządzącej, jest sprawa Aneksu z Weryfikacji WSI.
      Słowa prof. Andrzeja Zybertowicza, doradcy lokatora Pałacu, z kwietnia 2018 roku - „Prezydent spotkał się z Jarosławem Kaczyńskim i podjęli decyzję, że nie ma potrzeby publikacji Aneksu”- jednoznacznie wskazują, że tzw.”dobra zmiana” nie chce ujawnienia tajnego dokumentu.
Fakt, że Andrzej Duda – jedyny decydent w sprawie Aneksu, nie zdobył się na odwagę udzielenia osobistej odpowiedzi i scedował rzecz na swojego urzędnika, zaś samą wiadomość o ukryciu dokumentu „wytłumaczono” odbiorcom wspólnym stanowiskiem z prezesem PiS (który nie posiada najmniejszych uprawnień decyzyjnych w tej kwestii), byłby pewnie fascynujący dla każdej opozycji i wywołał lawinę komentarzy wolnych mediów. Gdyby w III RP takowe zjawiska istniały.
Podobnie, jak interesujący byłby fakt, iż prezydent tego państwa, w sposób jawny, a wręcz ostentacyjny łamie ustawę sejmową z 9 czerwca 2006 r. „Przepisy wprowadzające ustawę o Służbie Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służbie Wywiadu Wojskowego oraz ustawę o służbie funkcjonariuszy Służby Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służby Wywiadu Wojskowego”, odmawiając publikacji Aneksu.
Znajdujący się w ustawie przepis nie zawiera bowiem trybu warunkowego, lecz nakłada na prezydenta obowiązek publikacji dokumentu w Monitorze Polskim.
W roku 2017 przypomniał o tym Antoni Macierewicz, podkreślając w radiowej „Trójce”: „ustawa mówi, że prezydent publikuje raport. Oczywiście można zwracać uwagę na kwestie, które powinny być inaczej ujęte, ale ustawa nie przewiduje możliwości nieopublikowania raportu przez prezydenta”.
Warto też przypomnieć, że zgodnie z przepisami w/w ustawy, jedynym dysponentem materiałów komisji weryfikacyjnej WSI oraz dokumentacji związanej z pracami komisji, jest szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego. To kolejny obszar, w którym lokator Pałacu nie stosuje się do zapisów ustawy i – mimo wezwań ze strony szefa SKW, nie zwrócił dokumentów właścicielowi. O tym obowiązku, przypominał w październiku 2017 roku minister Macierewicz: „Andrzej Duda powinien zwrócić Służbie Kontrwywiadu Wojskowego aneks do raportu z weryfikacji WSI”.
Uważam, że decyzja Andrzeja Dudy o ukryciu Aneksu ma kolosalne znaczenie, nie tylko dla naszego bezpieczeństwa wewnętrznego i relacji z innymi państwami, ale jest jedynym rozstrzygnięciem, które prawdziwie i w pełni definiuje intencje grupy rządzącej.
Wprawdzie większość wyborców PiS nie jest zainteresowana tego rodzaju tematyką lub – posiłkując się łaską niewiedzy, nie chce zrozumieć znaczenia utajnienia Aneksu, to takiej aberracji nie można uważać za stan naturalny. Tego typupatrioci”, nie chcą nawet pamiętać, że w latach 2010-2015 przedstawiciele PiS oraz ówczesne „wolne media” wielokrotnie potępiały B. Komorowskiego – dokładnie za te same zachowania w sprawie Aneksu, z których dziś rozgrzeszają A. Dudę. Ten partyjny dualizm - w stosunku do spraw kluczowych dla Polski, jest jednym z najbardziej kompromitujących aspektów „dobrej zmiany”.
Dlaczego Aneks do Raportu z Weryfikacji WSI ma takie znaczenie?

1. Dokument opisuje działania środowiska służb wojskowych, które w latach okupacji sowieckiej stanowiłozbrojne ramię Moskwy” (S. Cenckiewicz), zaś w czasach sukcesji komunistycznej – III RP, spełniało rolę „peryskopu, za pomocą którego Rosjanie pozyskiwali wiedzę o mechanizmach funkcjonowania naszego państwa” (A.Zybertowicz), było „naturalną bazą werbowniczą dla rosyjskich służb” (St. Żaryn) i od początku tej państwowości posiadało ogromne wpływy na wszystkie obszary życia publicznego.
Taka pozycja b.WSI musiała prowadzić do powstania szeregu patologicznych więzów. Ich przecięcie – a jest to możliwe tylko poprzez ujawnienie i napiętnowanie – musi być zatem rzeczą najistotniejszą, z punktu widzenia interesów państwa.
Dotyczy to obszaru działalności służb specjalnych, spraw armii, polityki czy gospodarki, w których, bez wiedzy na temat mechanizmów wpływu środowiska b.WSI, nie można dokonać żadnej sanacji.
Z szeregu wypowiedzi Antoniego Macierewicza na temat zawartości Aneksu, wyłania się również obraz dokumentu niezwykle ważnego dla bezpieczeństwa narodowego. Głównie w obszarze gospodarczym, który - zgodnie z deklaracjami PiS, jest dziś priorytetem dla polityków tego ugrupowania.

sobota, 10 listopada 2018

NIEPODLEGŁA – POSTĄPIĆ INACZEJ


Podczas Zjazdu Legionistów w Lublinie, w roku 1924, Józef Piłsudski przestawił okoliczności, w jakich przyszło mu rozpocząć walkę o Niepodległą:
Polska i olbrzymia większość Polaków wojny nie chciała, wojny nie wywołała i świadomą była tego, że ona nie o Polskę się toczy. Nie mając samodzielnego przygotowania do wypadków wojennych, Polacy uczynili przy wybuchu światowej katastrofy to, co czynili już dobre półwiecze w życiu codziennem — poddali się nakazom zaborców, wzmacniając w ten sposób siły każdego z nich.
Niewielka garść ludzi, zwanych legjonistami, zdecydowała postąpić inaczej.
Chciała dać Polsce podczas wojny reprezentację w postaci polskiego żołnierza i polskich dla niego dowódców. Wskutek naturalnej niechęci i oporu ze strony zaborców, wskutek ogólnego niedowierzania, by zamiar ten mógł być zrealizowany, — próba udała się tylko w części.
Stan ten musiał doprowadzić do silnych tarć, przy których my, legjoniści, walcząc nieustannie o swoje cele, staliśmy się najjaskrawszym wyrazem obrony honoru i dumy narodowej wobec systematycznego wgniatania nas w błoto przez maszynę wojenną wszystkich trzech zaborców. Dlatego też, pomimo iż ulegliśmy w walce, mamy za sobą tę wielką satysfakcję, żeśmy pierwsi w Polsce zaczęli żyć życiem wojska polskiego i przy powszechnem poniżeniu Polaków mieli spokój co do swego honoru i częste zadośćuczynienie dumy i godności narodowej”.
      Słowa – „Niewielka garść ludzi, zwanych legjonistami, zdecydowała postąpić inaczej”, zasługują na szczególna uwagę. Bo też - „postąpienie inaczej”, wymagało wówczas wielkiej odwagi i poświęcenia.
Ze wspomnień legionistów wynika, że Pierwszą Kadrową nader często witała pustka polskich wsi i miasteczek, że towarzyszyły im gwizdy gawiedzi, gesty pukania w czoło, obojętność, czasem wrogość. Ilu z tych, którzy widzieli żołnierzy w szarych mundurach, potrafiło uwierzyć, że przyniosą oni wolną Polskę?
W innym wystąpieniu, z roku 1926, Józef Piłsudski kreśląc ówczesną sytuację społeczną i polityczną, stwierdził :
Głównymi powodami obecnego stanu rzeczy w Polsce – to jest nędzy, słabizny wewnętrznej i zewnętrznej – były złodziejstwa, pozostające bezkarne. Ponad wszystkim w Polsce zapanował interes jednostki i partii, zapanowała bezkarność za wszelkie nadużycia i zbrodnie.
W odrodzonym państwie nie nastąpiło odrodzenie duszy narodu.
Gdy wróciłem z Magdeburga i posiadłem władzę, jakiej nikt w Polsce nie piastował, wierząc w odrodzenie narodu, nie chciałem rządzić batem i oddałem władzę w ręce zwołanego przez siebie Sejmu Ustawodawczego, którego wszak mogłem nie zwoływać.
Naród się jednak nie odrodził. Szuje i łajdaki rozpanoszyły się. Naród odrodził się w jednej tylko dziedzinie, w dziedzinie walki orężnej, tzn. pod względem odwagi osobistej i ofiarności względem państwa w czasie walki. Dzięki temu mogłem doprowadzić wojnę do zwycięskiego końca. We wszystkich innych dziedzinach odrodzenia nie znalazłem. Ustawiczne waśnie personalne i partyjne, jakieś dziwne rozpanoszenie się brudu i jakiejś bezczelnej, łajdackiej przewagi sprzedajnego nieraz elementu.
Rozwielmożniło się w Polsce znikczemnienie ludzi.
Swobody demokratyczne zostały nadużyte tak, że można było znienawidzieć całą demokrację.
Interes partyjny przeważał ponad wszystko.
Partie w Polsce rozmnożyły się tak licznie, iż stały się niezrozumiałe dla ogółu.
W rozkazie moim do wojska powiedziałem, że wziąwszy państwo słabe i ledwie dyszące – oddaliśmy obywatelom odrodzone i zdolne do życia.
Cóżeście z tym państwem uczynili? Uczyniliście zeń pośmiewisko!”
       „W odrodzonym państwie nie nastąpiło odrodzenie duszy narodu”. Jakże ta ocena różna od powszechnie dziś przyjmowanych twierdzeń, w których słowa o „zbiorowym wysiłku całego narodu”, zamazują tamte czasy płytkim, sentymentalnym optymizmem.
Warto na dzieje II Rzeczpospolitej spojrzeć z perspektywy człowieka, któremu zawdzięczamy niepodległość. Nie poprzez pryzmat emocjonalnego pseudo-patriotyzmu, jakim karmią nas dziś „środowiska patriotyczne”, ale w świetle twardych,czasem niewygodnych faktów.
Warto tym bardziej, że współczesna „historiozofia” III RP fałszuje genezę wolnej państwowości i wymyślając, coraz to bardziej egzotycznych „ojców niepodległości”, umniejsza lub celowo ignoruje dzieło Józefa Piłsudskiego i garstki tych, którzy „zdecydowali postąpić inaczej”.
Dwie są przyczyny.

sobota, 27 października 2018

NUDIS VERBIS - OBALIĆ III RP


W książce „Nowe kłamstwa w miejsce starych. Komunistyczna strategia podstępu i dezinformacji”, Anatolij Golicyn, przedstawiając „Drugą operację dezinformacyjną”, która polegała na pozorowanej „ewolucji” komunizmu, napisał:
Utworzenie fałszywego i w pełni kontrolowanego ruchu opozycyjnego, jak ruch dysydencki, służy strategicznym celom wewnątrzkrajowym i zagranicznym. Na skalę krajową jest jak motor do napędzania przyszłościowej, fałszywej liberalizacji reżimu komunistycznego; podburza niektóre, być może opozycyjne elementy do ujawnienia się, a tym samym do wystawienia na kontratak władzy i służb bezpieczeństwa, inni są neutralizowani lub doprowadzani do desperacji.
W wymiarze zewnętrznym „dysydenci” mogą posłużyć jako wehikuł, poruszający machinę informacyjną, wykorzystywaną do rozgrywania różnych zagadnień dezinformacji, odnośnie ewolucji systemu komunistycznego. Odpowiednio nagłośniona fala prześladowań dysydentów, częściowo prawdziwych, po części fałszywych, wyzwala sympatie Zachodu oraz delikatne przymierza z poszkodowanymi, czyli tymi, którzy są w rzeczywistości tajnymi wytworami reżimu. Przygotowuje scenerię, w której rozgrywać się będzie przyszła dramatyczna „liberalizacja” systemu, a zacznie się ona od uwypuklenia kontrastów pomiędzy neostalinowcami oraz przyszłym „socjalizmem z ludzką twarzą”. Kształtuje kadrę ludzi, którzy znani już i rozpoznawani na Zachodzie, mogą być w przyszłości wykorzystani jako przywódcy i poplecznicy „systemu wielopartyjnego” pod rządami komunistycznymi”.
      Uwagi Golicyna warto skonfrontować z powołaniem środowiska tzw. „komandosów” i oceniać poprzez wydarzenia prowadzące do powstania „opozycji demokratycznej”.
Wyrosła z tego kręgu grupa, nigdy nie chciała i nie mogła obalić komunizmu. Ich polityczna „transformacja”, zapoczątkowana schizmą roku 1956 i utrwalona antysemicką traumą, nie pozbawiła owych dysydentów wiary w komunizm.
Celem owej „opozycji demokratycznej” (co bezceremonialnie przyznał J.Kuroń) nigdy nie było "obalenie socjalizmu" lecz jego revisio, przekształcenie i modyfikacja. Ci ludzie nigdy nie dążyli do obalenia komuny i nie byli jej wrogami. Byli schizmatykami (rewizjonistami) w granicach doktryny komunistycznej i dążyli do modelu "socjalizmu z ludzką twarzą".
Czy zdefiniujemy ich działania jako obłudne i wyrachowane, czy będziemy w nich widzieli przejaw rewizjonistycznych mrzonek – w niczym nie zmieni to faktu, że mieliśmy do czynienia z opozycją wewnątrz systemu komunistycznego – nigdy zaś – z opozycją przeciwko systemowi. Ich bitwy i potyczki dotyczyły tylko tych obszarów komunistycznej rzeczywistości, które nie przystawały do wizji dysydenckich i były sprzeczne z ich sposobem postrzegania doktryny. Znajomość „dualizmu środka i celu”, pozwalała im z równym skupieniem traktować Kościół, jak partię, w podobnym stopniu podziwiać Wojtyłę, jak Kiszczaka, na równi stawiać niepodległość, jak „socjalizm z ludzką twarzą”. Wykorzystując imperatyw walki o wolność i nasze marzenia o drodze ku Niepodległej łatwo przyszło im przyoblec się w szaty „reprezentacji narodowej” i zaspokoić nasze złudzenia szyldem „demokratycznej opozycji”.
Ta komunistyczna tradycja opozycyjności została włączona w system polityczny III RP i tworzy jeden z najgroźniejszych mitów obecnej państwowości.
Jej kontynuacja sprowadza się do prostej zasady, praktykowanej dziś przez partię Jarosława Kaczyńskiego: chcemy „III RP z ludzką twarzą” (by sparafrazować określenie uknute onegdaj przez "Kulturę Paryską"), ale nie podważamy i nie dążymy do obalenia magdalenkowego porządku. Dlatego przyjmujemy i akceptujemy narzędzia ustanowione przez „ojców założycieli” - z ich konstytucją, demokracją, prawem czy mediami – i przy ich pomocy chcemy dokonywać takich modyfikacji i reform systemu, by nie naruszały jego wewnętrznej konstrukcji.

           Napisałem na wstępie, że zrozumienie - czym jest komunizm i kim są jego sukcesorzy, prowadzi do wiedzy - jak go pokonać, jak obalić państwo sukcesorów.
Gdy Tyrmand pisał - „To tylko Golem, niebotyczny, to fakt, lecz glina i brud. O tyleż moja walka gorsza, mniejsza, brudniejsza” - wyrażał problem, przed jakim stanie każdy, kto chciałby podjąć takie zmagania.
Jak walczyć z czymś, co jest niedorzecznością – tak dalece, że tworzy świat ułudy i chaosu, kreuje nieistniejące „wartości” i naśladuje mechanizmy, które nie są w nim obecne?
Z jednej strony, istnieje „obsesja polemiki” - walki z jakąś myślą, poglądem i oceną, z drugiej – świadomość, że owe myśli, poglądy i oceny, są tylko narzędziem szalbierzy, „golemem niebotycznym” i rozprawa z nimi nie przybliża nas do zwycięstwa.
Ludzie, których „środowisko patriotyczne” uważa dziś za przeciwników, a nawet obdarza mianem „targowicy”, nie posiadają przecież żadnej „podstawy ideowej”, nie reprezentuje żadnej „koncepcji politycznej” i nie wytwarzają ani jednej racjonalnej myśli. Ich argumentacja i rzekome racje, są zbiorem bezwartościowych, pozbawionych treści komunałów, równych logice marksistowskiego bełkotu i stanowią ten sam rodzaj semantycznego śmiecia, jakim posługiwali się namiestnicy Moskwy. Nie odzwierciedlają też żadnych poglądów, bo nie mając związku z rzeczywistością, są tylko retoryką z arsenału prymitywnego terroru.

środa, 24 października 2018

CIEŃ


Był cień, który biegł koło mnie - to wyprzedzał mnie, to zostawał w tyle. Cieniów takich było mnóstwo, cienie te otaczały mnie zawsze, cienie nieodstępne, chodzące krok w krok, śledzące mnie i przedrzeźniające.

Cień ten nieodstępny koło mnie ścigał mnie i prześladował. Zapluty, potworny karzeł na krzywych nóżkach, wypluwający swoją brudną duszę, opluwający mnie zewsząd, nie szczędzący niczego, co szczędzić trzeba - rodziny, stosunków, bliskich mi ludzi, śledzący moje kroki, robiący małpie grymasy, przekształcający każdą myśl odwrotnie - ten potworny karzeł pełzał za mną jak nieodłączny druh, ubrany w chorągiewki różnych typów i kolorów, krzyczący frazesy, wykrzywiający potworną gębę, wymyślający jakieś niesłychane historie, ten karzeł był moim nieodstępnym druhem, nieodstępnym towarzyszem doli i niedoli, szczęścia i nieszczęścia, zwycięstwa i klęski. (...)
Potworny karzeł, wylęgły z bagien rodzimych. Bity po pysku przez każdego z zaborców, sprzedawany z rąk do rąk, płatny. (...)
     Nie znam zjawiska bardziej stałego, bardziej metodycznie prowadzonego jak to dotykanie rodzinnych stosunków, przed którymi każdy człowiek się zatrzymuje, jak to dotykanie moich przyjaciół, mojego otoczenia, każdego nieledwie człowieka, który się do mnie zbliżył, brudnymi rękoma, brudną duszą, brudnymi słowami i brudnym, stęchłym powietrzem.
Miałem przyjaciół, którzy się zmęczyli i odeszli, miałem współpracowników, z którymi źle czy dobrze współpracowałem, którzy w ten czy inny sposób ode mnie odchodzili.
Ale to paskudztwo duszy, które do mnie przylepiano, było tak nieodłączne, tak systematyczne, że gdy myślę o przeszłości, zawsze się oglądam, czy ubranie moje jeszcze nie cuchnie. (…)
Wylęgać się takie zjawiska mogą tylko w bagnie niewoli, przez które narody przechodzą.


Józef Piłsudski,w Hotelu Bristol,3 lipca 1923r.



 

poniedziałek, 1 października 2018

MY I ONI. OBOWIĄZEK


Bez podziału świata na My i Oni, nie byłoby Polski.
Nawet ten twór, zwany III RP powstał z dychotomii różnych postaw i poglądów, choć sprowadzonych do wspólnego mianownika - „historycznego pojednania”.
Bez podziału na My i Oni nie byłoby patriotyzmu, poczucia dumy narodowej, ruchów politycznych czy religijnych.
Bez tego podziału nie byłby możliwy opór przeciwko okupantowi, sprzeciw wobec komuny, wybór między dobrem, a złem.
Dychotomia My – Oni jest w życiu niezbędna. Organizuje i porządkuje nasz świat, pozwala odnaleźć grupową tożsamość, wydobyć się z nieokreśloności
Bez Oni, nie byłoby My.
Poczucie odrębności wyznacza granice tego, kim jesteśmy, do jakiego kręgu kultury należymy, co identyfikujemy jako nasze.
Wskazanie wrogów, nazwanie obcych - pełni ważną funkcję i buduje grupową solidarność. Jest konieczne, by świat stał się uporządkowaną rzeczywistością, a nie chaosem przypadkowych, nienazwanych relacji.
Dlatego Oni boją się podziałów.
Boją – szczególnie, gdy prowadzą do budowania narodu, gdy identyfikują nas wokół wartości godnych miana Polaka.
Dlatego nie pozwolili nam dobić komuny, czyniąc z tego zaniechania największą winę mojego pokolenia. Choć od dwóch dziesięcioleci dzielą nas sami, według mętnych kryteriów własnego interesu, boją się, gdy my dokonujemy wyboru i wprowadzamy kategorię niedostępną dla ich mentalności.
Dziś doprowadzili nas do muru, poza którym nie ma drogi. Dzieląc nas nienawiścią do człowieka prawego, drwiąc z naszych wartości i marzeń.
Postawili nas pod murem obojętności na zło, przyzwolenia na rządy miernot i kanalii, wymagając zgody dla rzeczy niegodnych i fałszywych.
Ale i tego było im mało. Gdy pod ciężarem ich nienawiści zginął mój Prezydent, zażądali od nas milczenia, wezwali do „pojednania” i narodowej amnezji. W imię lęku przed katem. Zniewolenie każąc nazywać „pragmatyzmem”, kłamstwo - „polityką pojednania”, a zdradę – „racją stanu”.
W obronie zafajdanych życiorysów i marnych interesów, narzucają nam semantyczne oszustwo i żądają odstąpienia od nazywania rzeczy po imieniu. Chcą dialektyki, w której prawa oprawcy mierzy się zdolnością do deptania grobów ofiar.
Historia nie znosi idiotów i błędów popełnianych ponownie. Doświadcza, lecz uczy.
Dla tych, którzy ją ignorują – bywa bezlitosna i spycha ich w otchłań zapomnienia.
Dlatego podział na My i Oni jest dziś konieczny. Nasz gniew jest konieczny. I nasz sprzeciw. Nie okazaliśmy go, gdy był na to czas. Gdy żył nasz Prezydent i mieliśmy wokół ludzi na miarę wolnej Polski.
Nie okazaliśmy go wcześniej, gdy Książę Poetów wykrzyczał nam, że „naród dostał w pysk, napluto na niego, na wszystkie jego marzenia.”
Milczeliśmy tak długo, aż wina za smoleńską tragedię naznaczyła wszystkich i zatarła granice dobra i zła.
Dusza polska jest chora, to prawda. [...] Głównym symptomem tej choroby jest wszak przekonanie, że nic od nas nie zależy, bo wszystkie ważniejsze role rozdano. To jest mentalność człowieka zniewolonego. [...] Najważniejsze, żeby zobaczyć tę polską niemoc i się wkurzyć. Im więcej ludzi to zobaczy i się wkurzy, tym większa szansa, że coś się zmieni. Kiedyś widziałem w filmie taką scenę: mężczyzna otwiera okno w środku nocy i krzyczy, że ma już dość i tak dalej być nie może. Po jakimś czasie zaczynają tak się zachowywać inni i powstaje reakcja zbiorowa. Może to jest jakiś pomysł?” – pytał przed laty prof. Ryszard Legutko.
Trzeba się wreszcie wkurzyć i nie powtarzać bredni o naszej jedności. Trzeba się wkurzyć, by nie usypiać Polaków opowieściami, jak wspaniałym są społeczeństwem i jak zjednoczyli się w obliczu tragedii.
Trzeba się wkurzyć, by zamknąć drogę do kolejnej kampanii nienawiści. To, co chcą z nami zrobić Oni, wymaga otwarcia okien i krzyku w środku nocy.
Wymaga wyznaczenia jawnej, nieprzekraczalnej granicy - wobec retoryki rozmywania odpowiedzialności, wobec pokusy relatywizowania postaw.
Wymaga wreszcie, by słowa i wybory były wyrażane według jasnych kryteriów dobra i zła, bez światłocienia, który jest mową oszustów.
Jeśli ten podział nie nastąpi, będziemy skazani na „Polskę Ketmanów”, którzy usprawiedliwią każde łajdactwo i z zaprzeczenia rzeczom niezaprzeczalnym uczynią wspólną normę.
To Oni - „światli naprawiacze świata”, tchórzliwi konformiści, bufoni, karierowicze i pospolite kanalie, stworzyli przestrzeń własnej miernoty, nieistniejące „państwo Ketmana”, w którym próbują dyktować fałszywą wersję zdarzeń, pisaną językiem łgarzy.
W świecie, który wznoszą – ich zaprzaństwo ma znieść wszelkie granice, zatrzeć hierarchie i zniszczyć normy.
Ma przeczyć istnieniu naturalnego porządku, w którym wybór (choćby i polityczny) dokonuje się zawsze w kategoriach dobra i zła.
Nie wolno do tego dopuścić, ponieważ „państwo Ketmanów” zabija nadzieję i niszczy prawdę o rzeczywistości, drwiąc z ludzi zdolnych udźwignąć jej ciężar.
Nie wolno, bo takie państwo jest śmiertelnym wrogiem człowieka, wszystkiego, co w nas słabe i potężne, co czyni nas wolnymi i pozwala się zmierzyć z wyzwaniem. Nawet wówczas, gdy przygniata nas ciężar tragedii.
My i Oni - to podział dziś konieczny.
Kto boi się takiej dychotomii, niech zostanie w „Polsce Ketmanów”.
Ten podział jest konieczny, by stworzyć nową Polskę.

Maj- 2010


     Ten tekst powstał przed ośmioma laty, gdy zamach smoleński obnażył przepaść dychotomii My-Oni i ukazał podziały, o których milczą „elity” tego państwa i nie chcą wiedzieć nasi rodacy.
Tych podziałów nie tworzyły „kwestie polityczne”, nie wyznaczył ich „światopogląd” ani różnice w ocenie spraw polskich. Są konsekwencją półwiecza okupacji sowieckiej i trzech dekad sukcesji komunistycznej, pod nazwą III RP. Są efektem zainfekowania polskości obcym tworem komunizmu i narzucenia nam fałszywej wspólnoty z Obcymi.
Wynikają ze „skazy pierworodnej” okresu instalowania okupacji sowieckiej, gdy zgraję degeneratów i zdrajców przywiezionych tu na ruskich czołgach, kazano uznawać za przedstawicieli państwa polskiego i obdarzono nienależnym mianem Polaków. Odtąd przyjęcie fałszywej normy – jakoby Polakiem był ten, kto urodził się na terytorium naszego kraju i posiada tzw. obywatelstwo, determinuje oceny dotyczące polskości.
     Jeśli po zamachu smoleńskim, nie udało się obalić „państwa ketmanów” , ogromne zasługi w tym procederze mają ludzie mieniący się dziś „prawicą” i „narodową reprezentacją”.
Ci ludzie – wzorem szalbierzy z lat PRL-u, nawołują nas do zabójczej „zgody narodowej”, każą „zapominać i wybaczać”, a wzywając do respektowania „praw opozycji” i budowania wspólnoty z apatrydami, niszczą tożsamość narodową i skazują nas na zatracenie.
Fałszywa retoryka „jednania ponad podziałami” i poszukiwania „kompromisów” z Obcymi, zniszczyła w nas dumę z polskości i sprawiła, że ograniczamy się do małych, żałosnych aspiracji – w rodzaju „bycia w UE”, praktykowania „przyjacielskich relacji” lub wiary w partyjne „mechanizmy demokracji”.
Jeśli są dziś tacy, którzy nadal nie potrafią zrozumieć haniebnych zachowań tzw.”opozycji”, jeśli nadal epatuje się nas antypolską retoryką tych środowisk, szokuje ich zaprzaństwem i dowodami obcości –to tylko dlatego, że obecne państwo, z jego partiami, mediami i instytucjami historycznymi, odrzuca elementarną dychotomię My i Oni i fałszuje obraz sukcesji komunistycznej.
Dekady „oswajania” z komunizmem, a dziś – budowania „wspólnoty” z jego bękartami, zatarły zdolność takiego postrzegania rzeczy i to, co było naturalne dla naszych przodków i decydowało o zachowaniu tożsamości narodowej, stało się dziedzictwem dawno utraconym.
Świadomość, że czyny popełnione przez sukcesorów komuny wykluczają z polskiej wspólnoty i są wymierzone w naszą tradycję i interes narodowy – jest obca większości Polaków.
Obca dlatego, że ci, od których winniśmy wymagać prawdy o realiach III RP i spełnienia obowiązku ukarania zdrajców, okłamują nas parcianą retoryką i wiodą do kolejnego etapu „zgody narodowej”.
Uznawanie ludzi poprzedniego reżimu za jakąś „opozycję”, nadawanie im praw honorowych, celebrowanie ich słów i traktowanie z polityczną atencją – jest więcej niż głupotą i więcej niż aberracją.
Jest zbrodnią fałszu, dokonywaną na otumanionych i niezdolnych do obrony Polakach. Jest draństwem wobec tych, którzy pamiętają jeszcze dzień 10 kwietnia 2010 roku.
Uczestniczące w tym procederze rządowe „wolne media”, w których każde plugastwo owej „opozycji”, może liczyć na uwagę i poczesne miejsce, działają na szkodę spraw polskich i stanowią jedno z największych zagrożeń dla naszej wolności.
Ci ludzie, nie tylko uciekają przed definicją państwa-sukcesji PRL, ale wbrew narodowym powinnościom odrzucają podział na My-Oni i za szczyt patriotyzmu przyjmują dezyderat „zgody budującej”. Tej „zgody”, w której zło miesza się z dobrem, postępuje amnezja historyczna i wzrasta komuna z Obcymi.
Ordynarne kłamstwo o „podziałach między Polakami” – szerzone dziś przez ludzi partii rządzącej, fałszuje genezę historycznego konfliktu i obarcza nas niepopełnioną winą.
Od polityków PiS nie usłyszymy, że nie Polacy są podzieleni i nie poglądy polityczne nas różnią.
Nie dowiemy się od nich, że nie naszą winą jest stan jakiejś „wojny”, bo jedynymi wrogami są tutejsi Obcy, którzy z polskością nie chcą mieć nic wspólnego.
Nikt też nie przyzna, że właściwym „dialogiem” z antypolską zbieraniną, winna być infamia, banicja i długoletnie więzienia.
Takimi apelami, jaki padł wczoraj ze strony B. Szydło, na tzw. konwencji wyborczej PiS w Zakopanem - „Mamy jeden dom i jedną ojczyznę. Szkoda czasu na to, byśmy się spierali, kłócili. Bądźmy razem i na pewno wtedy przyszłość naszej ojczyzny będzie miała dobre szanse”, ludzie owej „reprezentacji narodowej” wpisują się w retorykę B. Komorowskiego, który tuż po zamachu smoleńskim, załganym frazesem - „bądźmy wszyscy razem" próbował zacierać nieprzekraczalne granice.
Odpowiedź udzieloną wówczas Komorowskiemu - „Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę” - powtórzę dziś luminarzom „dobrej zmiany”.
Powtórzę tym mocniej, im dalej będą uciekali od prawdy o dychotomii My-Oni i stawali po stronie magdalenkowych szalbierzy.
Tym chętniej, im gorliwiej będą gardzili opinią „oszołomów” i stronili od twardych pytań.
Tacy, jak Szydło, Duda czy Kaczyński, mogą się „jednać” - z kim tylko zechcą. Mogą pochylać nad bełkotem „opozycji” i spełniać żądania antypolskiej hałastry. Mogą „apelować” do stada Obcych i traktować z atencją pospolitych chamów. Wolno im dążyć do „porozumienia i dialogu”, a nawet „wybaczać” - we własnym imieniu.
Wolno, bo perspektywa owych działaczy partyjnych, podobnych im redaktorów, publicystów i „patriotycznych elit” , jest dalece inna niż ta, którą znają wyborcy.
W tej perspektywie – kreślonej przez partyjne geszefty, profity władzy, dochody ze spółek, honoraria i apanaże, nie może być miejsca dla ludzi, którzy na własnej skórze doświadczyli dychotomii My-Oni i przez wiele lat muszą znosić butę Obcych.
Dla tych - bez koneksji i środowiskowych układów, zmęczonych codziennymi problemami, porażonych ogromem kłamstwa, zalewem podłości i nienawiści.
Dla tych, którzy utracili pracę -często z powodu obrony własnego zdania, których prześladowano za krytykę władzy, obronę rodziny i polskich wartości, których pozbawiano wolności i poczucia bezpieczeństwa.
Dla tych, którzy płakali po zamachu smoleńskim, byli bici na Krakowskim Przedmieściu, nazywani „bydłem” przez reżimowych sługusów i „marginesem” przez hierarchów Kościoła.
Dla tych, którzy zatracili nadzieję i radość życia, bali się mówić i krzyczeć. Ludzi oszukanych i poniżonych, spragnionych prawdy i sprawiedliwości, doświadczanych realiami życia w komunistycznej hybrydzie.
Skrzywdzonych cicho i w ukryciu, lub jawnie - „w majestacie prawa” stanowionego przez łotrów.
O takich ludziach, politycy PiS zapomnieli równie łatwo, jak łatwo przyszło im wykorzystać ich gniew, nadzieje i oczekiwania.
Jeśli nawet przypomną sobie, gdy kolejna mistyfikacja „święta demokracji” zmusi małych demiurgów do demagogii i taniego populizmu – nie ma to znaczenia.
Perspektywa, w jakiej ludzie obecnej władzy oceniają sprawy polskie – nic mnie nie obchodzi. Ich podległość wobec dyktatu Obcych, ich troska o „demokrację”, fałsz języka i pojęć, zbyt są odrażające, by warte uwagi.
Oczekiwać od nich nazywania rzeczy po imieniu lub wytyczenia granic dobra i zła – byłoby absurdem.

Takie oczekiwanie, trzeba natomiast kierować do ludzi wolnych i rozumnych. Do tych, którzy w podkreślaniu dychotomii My-Oni nie widzą okazji do wyrażenia własnych frustracji lub szerzenia nienawiści, lecz dostrzegają w tym narodowy obowiązek.
Wynika on z prostej zasady – nie można zbudować Niepodległej na „kompromisie” Obcych z Polakami.
Nie da się stworzyć wspólnoty narodowej na ukrywaniu prawdy, że moc „obywateli III RP” należy do grona Obcych-apatrydów i nie ma żadnych związków z polskością.
Oni muszą być nazwani i wykluczeni z narodowej gromady.
Nie z pragnienia naszej „zemsty” i nie z „nienawiści”, ale dlatego, że każdym czynem, słowem i działaniem sami potwierdzili znamiona obcości i dokonali ostatecznego wyboru.
Nie ma powodu, by takim, którym polskość jawi się jako „nienormalność”, odbierać prawo odrzucenia tego ciężaru.
Nie ma też powodu, by tym, którzy w euro-unijnej magmie chcieliby "zakopywać Polskę aż po sam czubek głowy, razem z tym czakiem ułańskim, razem z czapką krakuską” - zabraniać „integracji” tak doskonałej, że prowadzącej do ich zatracenia i anihilacji.
Obowiązkiem ludzi wolnych i rozumnych jest troska o to, by nie dokonało się „wielkie zamazanie” i nie pogrzebało żywych razem z upiorami. To obowiązek wytyczenia granicy, która położy kres rozmywaniu odpowiedzialności i relatywizowaniu postaw. Granicy, na której dychotomia My-Oni stanie się ozdrowieńczym darem, a nie zdradliwym przekleństwem.
      Gdy w przyszłym miesiącu będziemy wspominali setną rocznicę odzyskania Niepodległej, niewiele będzie powodów do radości.
Państwo zbudowane podczas magdalenkowych libacji i utrzymywane mocą setek mitologii, tylko szalbierstwem rzymskiej liczby imituje pokrewieństwo z II Rzeczpospolitą. W tym państwie – wzorem PRL-u, Polacy i Obcy mają tworzyć fałszywą wspólnotę, a zapominając – czym jest komunizm i kim są jego sukcesorzy - odrzucić dumę z polskości.
Tym większy obowiązek spoczywa na ludziach wolnych i rozumnych. Czas refleksji nad dziełem naszych przodków, którzy odrzucili kompromis ze złem i uwolnili nas od jarzma władzy Obcych, jest dobrą okazją, by z dychotomii My-Oni uczynić kolejny krok na drodze długiego marszu.