Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

piątek, 11 października 2019

NA TYM BĘDZIE POLEGAŁ WYBÓR


Powinniśmy prowadzić walkę z komunizmem na śmierć i życie. To nie jest walka o piłkę w tenisie, ani o bilę w bilardzie lub wieżę w szachach. To jest walka o najszczytniejsze ideały ludzkości. A w walce na śmierć i życie nie udziela się „forów”.
A takim właśnie udzielaniem „forów” byłaby z naszej strony wojna z komunizmem, bez stosowania równie groźnej broni, jaką jest metoda wojującego „internacjonału” – bezwzględność i bezkompromisowość. Jeden z publicystów kowieńskich, pisząc ostatnio o retorsjach i wzajemnie odwetowej polityce Polski i Litwy, rzucił myśl, czyby nie lepiej było postąpić inaczej i powiada, że słyszał, jak kiedyś Bułgarzy zbezcześcili cmentarz turecki, a nazajutrz Turcy ruszyli wielkim tłumem na cmentarz bułgarski i złożyli na grobach kwiaty. Czy podobny gest w stosunkach polityczno-narodowościowych może być skuteczny i celowy, można się o to spierać, dopóki w grę wchodzi Polska i Litwa, Bułgaria czy Turcja, Włochy czy Abisynia, narody sobie bliskie lub dalekie, chrześcijańskie czy mahometańskie.
Ale nie ulega żadnej dyskusji fakt, że tego rodzaju metoda w stosunku do komunizmu byłaby szczytem śmiesznej naiwności, czy raczej, jak powiedziałem, nieporozumienia. A śmieliby się z nas przede wszystkim sami komuniści” – pisał Józef Mackiewicz w roku 1936.
      Żyjąc w społeczeństwie, które uwierzyło w śmierć komunizmu, niełatwo powoływać się na słowa wielkiego pisarza. I niebezpiecznie, bo można zasłużyć na krytykę światłych żurnalistów i zostać posądzonym o „intelektualne manowce”.
Za patrona intelektualnego swojego obozu Ścios (i wielu innych przedstawicieli obozu smoleńskiego) uznaje Józefa Mackiewicza. To logiczne – dla tych, którzy uważają, że żyją nie w roku 2011, tylko w 1981, autor Kontry musi być patronem pociągającym. Pozwala bowiem uznać, że w Polsce tak naprawdę nic się nie zmieniło, komunistyczna okupacja zmieniła tylko kształt, a ci, którzy to dostrzegają, nie są bynajmniej ofiarami dziwacznych aberracji, tylko ostatnimi wiernymi prawdzie partyzantami. Niezłomnymi – wbrew całemu światu, który zdradził. Tak jak niezłomny wbrew całemu światu, który zdradził, był Józef Mackiewicz. Gdybym jednak był reprezentantem obozu smoleńskiego, zawahałbym się przed tak jednoznaczną afirmacją Mackiewicza. Bo z punktu widzenia polskiego patriotyzmu jego droga ideowa jest ryzykowna i dwuznaczna. Józefa Mackiewicza antykomunizm doprowadził bowiem na (a może wręcz: poza?) granice narodowej indyferencji. „Niech Polacy wyginą w kolejnym powstaniu, to nieważne, ważne, że do komunistów trzeba strzelać” – tak można zrekonstruować jego podstawowy pogląd, w imię którego zwalczał właściwie wszystkich w kraju i na emigracji, którzy nie uważali, że kto nie chce natychmiast do lasu czy na barykady, ten zdrajca. Antykomunizm zawiódł Mackiewicza również na manowce intelektualne”– wywodził przed kilkoma laty czołowy intelektualista dzisiejszego obozu „dobrych zmian”, Piotr Skwieciński.
To znamienna opinia i przypominam o niej nie bez przyczyny.
Taką wizję rzeczywistości III RP – jakże innej i lepszej od realiów państwa komunistycznego, wydają się podzielać politycy „obozu patriotycznego”, większość intelektualistów i publicystów „wolnych mediów”.
Tam dawno dokonano gradacji, do której nie dorośli jeszcze niepoprawni radykałowie i zwolennicy mackiewiczowskiej logiki. Gradacji tak prostej, jak proste okazało się revisio ludzi demokratycznej opozycji, gdy zasiadali do stołu z Kiszczakiem i Jaruzelskim.
Czy zdefiniujemy ich postawę w kategoriach obłudy i wyrachowania, czy zechcemy w niej widzieć szlachetną, acz infantylną wiarę – w niczym nie zmienia to faktu, że wówczas i dziś mamy do czynienia z  praktyką opozycji wewnątrzsystemowej, nigdy zaś – skierowaną przeciwko systemowi.
Nasz problem polega zaś na tym, że nie tylko nie mamy odwagi tego dostrzec, ale od ludzi składających kwiaty  przed „Onymi”, zdajemy się oczekiwać najszczytniejszych ideałów i walki na śmierć i życie.
Bo skoro komunizm umarł i wyparował z alkoholem opróżnianym w Magdalence – czy potrzebna nam bezwzględność i bezkompromisowość w zderzeniu z patologiami III RP?
Co wspólnego mają one z komunizmem, pogrzebanym wszak na początku „okrągłostołowej” państwowości? I czym usprawiedliwić dziś archaiczną postawę antykomunistyczną, jeśli ulubieńcy „środowisk patriotycznych” i luminarze „wolnych mediów” zaświadczają nam o epokowych zmianach i kreślą mackiewiczowskie rojenia jako drogę ryzykowną i dwuznaczną?
Jest coś głęboko tragicznego w dzisiejszych oczekiwaniach elektoratu Prawa i Sprawiedliwości. Jest też zagadka zabobonnej wiary, jakoby partia pana Kaczyńskiego miała wolę rozliczenia zbrodni komunizmu i postępków jego sukcesorów, w tym usilnym przeświadczeniu, że okaże się ona zdolna obalić porządek „okrągłego stołu” i zbudować nam państwo wolnych Polaków. Ten tragizm staje się tym bardziej widoczny, im bardziej pogłębia się kontrast między oczekiwaniami milionów wyborców, a praktyką partyjnych macherów.
Trzeba mocno zaciskać oczy, by nie dostrzec logiki „dobrych zmian” – partyjnych pochwał dla „demokracji” i „ducha dialogu”, gloryfikowania „roli opozycji” i zapewnień o poszanowaniu jej praw.
Trzeba zapomnieć o bojaźni wobec dyktatu brukselskich terrorystów, o poparciu dla szkodników i kapusiów bezpieki, o szemranych nominacjach i geszeftach z ośrodkami propagandy, o słowach, które uwłaczały Polakom i niosły zapowiedź prawdziwych intencji – „nie możemy w tej chwili myśleć o żadnym rewanżu, o żadnym odwecie”.
Trzeba udawać, jak nieistotna jest  prawda o śmierci księdza Jerzego i wiedza zawarta w Aneksie do Raportu z Weryfikacji WSI.
Trzeba zapomnieć o setkach przestępstw i niegodziwościach poprzedniego reżimu, o krzyku z Krakowskiego Przedmieścia, o zdradzie hierarchów „pojednanych” z wysłannikiem Putina i zaprzaństwie politycznych „elit”.
O tym, kto i co mówił po Smoleńsku i jak dalece cuchnął agenturą lub pospolitym tchórzostwem.
Trzeba nie widzieć głupoty i słabości ministrów tego rządu i rozgrzeszać ich błędy dialektyką ataków ze strony opozycji. Trzeba powtarzać sobie – jak wspaniałego mamy prezydenta, byle nie dostrzec realiów tej prezydentury, pijarowskiej fasady i deficytu działań.
Zaiste – trzeba też pogardy dla prawdy, rozumu i własnych aspiracji, by nadal powtarzać mantrę o „wybitnych strategach”, „potrzebie cierpliwości” i „mobilizacji”.
Skąd bierze się tak niewolnicza mentalność, że w miejsce sprzeciwu i męskiej determinacji, karmi się bezmyślnym biadoleniem i mitologią demokracji? Kto wmówił tym ludziom, że zdrajcy paktujący z wrogiem, piewcy rosyjskich łgarstw i szydercy ze śmierci Polaków – mają dziś prawo do miana naszych rodaków i przywileje „demokratycznej opozycji”?
I jak długo wyborcy będą wierzyli, że tak załgana nomenklatura jest tylko wyrazem „strategii politycznej” PiS-u, a nie oznaką trwałości komunistycznej hybrydy?

      Obco dziś brzmią słowa Mackiewicza:  My musimy komunizm wyniszczyć, wyplenić, wystrzelać! Żadnych względów, żadnego kompromisu! 
I nadal przerażają – zastępy żurnalistów, partyjnych hochsztaplerów i środowiska małych demiurgów.
Żyjąc w społeczeństwie, które uwierzyło w śmierć komunizmu, wśród ludzi zaciskających mocno oczy, zwolennicy logiki mackiewiczowskiej mają dwa wyjścia – pójść na szczyt śmiesznej naiwności, z tymi, którzy za zbezczeszczenie mojej Ojczyzny kładą dziś kwiaty przed sukcesorami komunizmu lub odbudować społeczność ludzi wolnych i ich polityczną reprezentację.
Decydując się na taki wybór, trzeba mieć świadomość, że czeka nas długi i wyniszczający marsz.
Większość z tych, którzy pokładają nadzieję w procesach „dobrej zmiany” pochłonie dżuma codzienności: przejdą na stronę sytych umarłych, stracą wiarę i zęby, zaszyją się w głąb siebie lub uciekną ze skowytem przekleństw. Marsz będzie tym dłuższy, że ani najbliższe ani kolejne wybory nie zmienią naszej sytuacji.
Państwa realnego komunizmu nie upadają pod ciosami demokracji. Anektują jej fasadę, by ukryć własne oblicze, jednak nie po to, by oddać władzę obywatelom. Odzyskać ją można tylko w taki sposób, jak została narzucona.
Możemy liczyć na korzystny zbieg okoliczności lub przypadkową iskrę, która wyzwoli pożar. Pokładanie nadziei w demokracji III RP, byłoby równie niedorzeczne, jak wiara, że większość ma zawsze rację.
Na tej drodze nie można oczekiwać żadnych sprzymierzeńców. Nie będą nim hierarchowie Kościoła, którzy w dążeniu do ideału Cerkwi przekroczyli boskie i ludzkie nakazy.
Nie oczekujmy na wsparcie „demokracji zachodnich”, bo żadna z nich nie będzie umierać za polską prawdę.
Ci, którzy chcą przetrwać, muszą budować autentyczną wspólnotę: odtworzyć język, powołać media, propagować polską kulturę i styl życia. Każda gazeta, książka czy film wydane poza obiegiem oficjalnej propagandy, będą miały wartość kamieni, z których powstanie solidna barykada. Stowarzyszenia i organizacje obywatelskie będą zaczątkiem wolnej społeczności, a oddolne inicjatywy i ruchy społeczne mogą naruszyć monopol władzy. Podstawą takiej wspólnoty może być tylko rodzina, dom, środowisko zawodowe, krąg znajomych.
Integracja na poziomie całego społeczeństwa i poszukiwanie więzi ze stronnikami mitologii demokracji – wydają się niemożliwe. Nie możemy być razem, bo ich i nasze drogi prowadzą w różnych kierunkach, a obecna III RP jest rezultatem budowania takiej fałszywej wspólnoty.
To państwo musi upaść, z jego mediami, instytucjami i samozwańczymi „elitami”.
Mamidła  „zgody narodowej” i bełkot rzeczników „porozumienia” służą podtrzymywaniu groźnej fikcji i konserwują wrogi, patologiczny twór.
Szczególnie szkodliwe jest czerpanie z ośrodków propagandy, podążanie za ich wydzielinami i opiniami, zachłystywanie każdym śmieciem wytworzonym w obcych przekaźnikach. Takie zachowanie wyróżnia osoby chwiejne, niezdolne do własnych ocen i samodzielnego myślenia. Jeśli dotyczy polityków „obozu patriotycznego” lub środowisk deklarujących sprzeciw wobec patologii III RP – jest dowodem ich słabości i intelektualnych ograniczeń, zaś obsesja polemiki z tezami propagandystów, zawsze wyraża niepewność własnych racji, wskazuje na kompleksy i  tchórzostwo. Zamiast dyskutować z oszustami lub tracić energię na odpieranie bełkotu „Onych” – lepiej tworzyć niezależne środki przekazu i samodzielnie opisywać rzeczywistość.
        Długi marsz jest drogą dla ludzi odważnych, niepoddających się powszechnym nastrojom i utartym schematom. Na tej drodze ma powstać „oferta dla radykałów” i wizja prawdziwej, antysystemowej opozycji. Ta zaś, może zaistnieć tylko wówczas, gdy mądra krytyka środowisk politycznych uchroni nas od kolejnego „zakrętu historii” i zrujnowania marzeń o Niepodległej.
Pora również, by naiwną wiarę w szybkie zwycięstwo, zastąpić rzetelną wiedzą o tym, jak wygrać, a w miejsce prostych definicji i dumnych haseł, nauczyć Polaków historii i racjonalnego działania..
To postulaty minimum, zaledwie na przetrwanie. Chcąc osiągnąć więcej – trzeba obalić kolejne mity i przekroczyć zakazane granice. Zasłużyć na nienawiść i samotność, poczuć się mniejszością we własnym kraju.
           Jeśli dla wyrażenia własnych myśli sięgam po spuściznę literacką Józefa Mackiewicza, robię to ze świadomością, jak trudno nam-współczesnym przyjąć dialektykę prostych odruchów.
Jakaż może być dyskusja, gdy wszystko postawione jest właśnie do góry nogami. Słowa mają tu znaczenie odwrotne albo nie mają żadnego. Odbierz ludziom pierwotny sens słów, a otrzymasz właśnie ten stopień paraliżu psychicznego, którego dziś jesteśmy świadkami. To jest w swej prostocie tak genialne, jak to zrobił Pan Bóg, gdy chciał sparaliżować akcję zbuntowanych ludzi, budujących wieżę Babel: pomieszał im języki.
- Więc jakiż jest, twoim zdaniem, sposób przełamania tego zbiorowego paraliżu, wywołanego hipnozą kłamstwa?
- W każdym razie nie można go szukać na drodze polemiki. Sam fakt bowiem polemiki wciąga w orbitę i przenosi nas w płaszczyznę bolszewickiego absurdu.
- Więc jaki? Powiedz.
- Należy go szukać na drodze równie prostych odruchów psychicznych: strzelać!
- Jak to, strzelać? Do kogo?
- Zwyczajnie. Po prostu. Do bolszewików.”
Dialog z Drogi donikąd, brzmi dziś złowrogo i nieprzystępnie. Dla wielu będzie równie niepojęty, jak hieroglify z wyspy File i równie przerażający, niczym wezwanie do zabijania.
Nie tylko dlatego, że w mniemaniu większości nie ma dziś komunizmu ani jego sukcesorów, ale z powodu lęku, jaki wywołują słowa nazbyt jaskrawe.
Jak przyjąć równie „prosty odruch” i słowa bez światłocienia, jeśli – nam strzelać nie kazano?
Czy można je zrozumieć, jeśli od trzech dekad nie kazano nazywać rzeczy po imieniu ani nadstawiać pięści zamiast policzka?
Nie pozwolono dostrzegać Obcych, zabroniono pamiętać i wiedzieć.
Kazano natomiast cieszyć się kłamstwem o zasypywaniu podziałówodbudować wspólnotę z łotrami, którzy narodową żałobę nazywali nekrofilią i szydzili z ludzi modlących się przed krzyżem.
W miejsce tego, co prawem ludzi wolnych, nakarmiono nas mitologią demokracji i łgarstwem o podziałach wśród Polaków.
Wszystko zaś po to, byśmy w zderzeniu z agresją „Onych” – byli bezbronni. Bezbronni tym bardziej, im łatwiej uwierzymy w łgarstwo, jakoby reakcje tych ludzi wynikały z różnic politycznych i światopoglądowych, były prawem demokracji i symptomem pluralizmu.
Pytania, jakie  Józef Mackiewicz zadał w roku 1947 : „Jak można na dłuższą metę wychowywać naród politycznie, bez przeprowadzenia „kanciastej” granicy pomiędzy pojęciami tak prymitywnymi jak: „sojusznik” i „najeźdźca”, „wierny” i „zdrajca”, „swój” a obcy, czy wrogi „agent” –nikt nie odważy się powtórzyć.
 „Kanciaste granice” dawno zostały zamazane, by żaden z Polaków nie odważył się zdefiniować zdrajcy, wroga i obcego. Bez odpowiedzi pozostaną pytania:
Co po oracjach o walce ze złogami komunizmu i deklaracjach potępienia antypolskiej narracji?
Jaki pożytek z tradycji Żołnierzy Niezłomnych, jeśli ci, którzy nią gęby wycierają, mówią o konsensusie z sukcesorami komuny i porozumieniu z „Onymi”?
Co po wspomnieniach o II Rzeczpospolitej, jeśli rządzą nami wyznawcy niewolniczego georealizmu i piewcy przyjacielskich relacji z Niemcami i Rosją?
Lęk, jaki towarzyszy mitologom demokracji, nie pozwala przekroczyć granicy magdalenkowego szalbierstwa ani zmierzyć się z prawdziwą dychotomią My-Oni.
Nikt z tych, którzy sławią wolność okrągłostołowej pseudo państwowości, nie odważy się rozstrzygnąć:
-–Jest III RP bękartem PRL-u, sukcesją sowieckiej okupacji i obrazą wolnej Rzeczpospolitej, czy przez trzy dekady tego państwa doświadczaliśmy zbiorowych imaginacji, a supremacja ludzi o sowieckim rodowodzie, to dowód ich potencjału intelektualnego i wyższości moralnej?
-–Jest błąd semantyczny w definicji człowieka sowieckiego i wpływy takich postaci nie dowodzą  trwałości komunizmu, czy może definicja okazuje się prawidłowa, zaś buta homososów potwierdza stan naszego zniewolenia?
– Są w III RP stada apatrydów, zdrajców i wrogów polskości, czy też na postawach antypolskich, zaprzaństwie i nienawiści opiera się dziś model nowoczesnego patriotyzmu?
– Jeśli w realiach tego państwa wciąż znajdujemy rys komunistycznego piekła - wolno nam karmić się kłamstwem o śmierci komunizmu i wierzyć, że od trzech dekad przemierzamy wielki plac czyśćca?
– Kto dał nam prawo zamykać oczy na piętno tej sukcesji – tylko dlatego, że widząc ją, bylibyśmy zmuszeni do porzucenia fałszywych dogmatów?
 A skoro nie ma logiki, pytań ani odpowiedzi –  płaszczyzna bolszewickiego absurdu wytycza naszą świadomość i dialog z Mackiewicza musi wydawać się  polityczną fikcją.

          Słowa pisarza pochodzą z epoki, do której chętnie odwołują się politycy obozu patriotycznego. W czasach, gdy Mackiewicz pisał Drogę donikąd (1955) żyli jeszcze Żołnierze Niezłomni. Dla nich -–„Strzelać. Zwyczajnie. Po prostu. Do bolszewików” –było nakazem i polską powinnością.
Co znaczą dziś te słowa i czy mają dla nas jakąkolwiek wartość?
Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie namawiał do banicji moskiewskich wasali, wieszania zdrajców, golenia łbów kolaborantom i „Onym”. Nie z powodu humanitaryzmu czy innej normy lewackiej poprawności, ale zwyczajnie – z poczucia odpowiedzialności, w której wzgląd na realia III RP nie pozwala oczekiwać rzeczy niemożliwych.
Nawet darzyć ich nienawiścią, byłoby zbyt wiele, bo jej niszczycielskie skutki niewarte postaci tak marnych.
Ale zaprzeczać ich obecności, nadawać wartość ich łgarstwom, zwać ich Polakami lub polityczną „opozycją” – jest aktem tchórzostwa, którego nie rozgrzesza żadna mitologia  demokracji.
Jeśli polskość ma być dla nas więcej niż łatwym sentymentalizmem i prowadzić do odrodzenia prawdziwej wspólnoty narodu, musi odrzucić wszystko, co proponują Obcy: z ich mediami, establishmentem i elitami przywleczonymi na ruskich czołgach.
Jeśli patriotyzm ma nie być łzawym wspomnieniem, a honor kategorią z przeszłości - pogarda dla szpiclów katów tchórzy – to nie werset z wiersza Herberta, ale obowiązek, przed którym nie wolno się uchylać.
Fałszerze języka, dla których słowa mają znaczenie odwrotne albo nie mają żadnego, nie mogą nam mówić – co i jak powinniśmy robić.
Strzelać do nich – to zignorować ten przekaz, nie słyszeć go i nie oglądać.
Mogą panowie politycy pochylać się w nad bełkotem „opozycji” i spełniać żądania antypolskiej mniejszości – bo nie sobie wyrządzają krzywdę, lecz tym, którzy uwierzyli, że w imię partyjnych interesów nie wolno zła nazywać po imieniu.
Zdrajcy paktujący z wrogiem i ślący dziś donosy do brukselskich eurołajdaków, nie mogą dyktować warunków polskości.
Strzelać do nich – to uznać takich  za Obcych i wykluczonych z polskiej wspólnoty.
Mogą panowie politycy nawoływać do porozumienia i dialogu, a nawet wybaczać nie w swoim imieniu, bo nie oni płacą cenę za zabójczy mezalians z Obcymi.
Piewcy ruskich łgarstw i szydercy ze śmierci Polaków, nie narzucą nam swoich poglądów.
Strzelać do nich – to zbojkotować zachowania, które nie mieszczą się w polskiej tradycji, skazać ich na hańbę i zapomnienie.
Mogą panowie politycy tłumaczyć to pluralizmem lub prawem demokracji, bo nie im zabrano marzenia o Niepodległej, gdy zastąpiono je państwem esbeków i kanalii.
Zawodowi kłamcy, półgłówki i propagandyści – nie są Polakom do niczego potrzebni.
Strzelać do nich – to odmówić polemiki z łajdactwem, a ich wytworom nie nadawać cech racjonalności.
Mogą panowie politycy słać apele do wrogich gadzinówek i traktować z atencją pospolitych chamów, bo kto raz został  zakładnikiem mitologii demokracji, na zawsze pozostanie niewolnikiem.

Gdyby jednak przyszło komuś do głowy praktykować logikę mackiewiczowską – czeka go samotność.
Tam, gdzie większość akceptuje życie w kłamstwie i dobrowolnie uczęszcza na przyspieszone kursy padania na kolanapostawa wyprostowanalogika mackiewiczowska stają się niedościgłą metaforą, zaś ludzi, którzy chcieliby je przyjąć, skazują na wykluczenie.
Takich czeka długi marsz. Tak długi, jak przewlekła będzie agonia III RP. Można zostać po drodze z milionami polskojęzycznych apatrydów lub dojść do wolnej Polski.
Na tym będzie polegał wybór. 
U kresu życia, Józef Mackiewicz napisał słowa na miarę wielkiego geniuszu. Nie ma w nich żalu ani pretensji. Nie ma politycznej egzaltacji. Są tak wstrząsające, że nie wolno dopuścić, by ktoś je powtórzył:
Kiedyś nazwałem tę drogę „donikąd”.
Dziś uznana została przez „"\instynkt narodu” za docelową. W tym zdaniu nie ma (złośliwej) ironii. Jest tylko stwierdzenie faktu.
Nie ja wygrałem. Wygrali ci, którzy organizują „instynkt narodu”.
Ja przegrałem z kretesem. Więc proszę o pobłażanie”.



Ten końcowy fragment książki NUDIS VERBIS-PRZECIWKO MITOM z roku 2017, dedykuję w miejsce „komentarza wyborczego”.

piątek, 13 września 2019

BOJKOT JEST PO TO BY POCZUĆ SIĘ WOLNYM...


Wielu naszych rodaków stanie wkrótce przed dylematem: uczestniczyć, czy nie uczestniczyć w farsie zwanej wyborami, a jeśli uczestniczyć – na kogo oddać głos i jak wykorzystać jedyny dzień, gdy III RP pozwala nam wcielić się w rolę „suwerena”?
Przyznaję – z perspektywy, w jakiej oceniam dziś sprawy polskiej, zadziwiający to dylemat.
Podobny rozważaniom człowieka, który wiedząc, że przedmiot pochodzący z kradzieży został celowo zniszczony i pozbawiony swoich właściwości, deliberuje nad zakupem tego przedmiotu, a nawet utrzymuje, że ów akt desperacji doprowadzi do magicznej przemiany i naprawy rzeczy bezużytecznej.
Pamiętając jednak, że w latach ubiegłych sam byłem w sytuacji owego człowieka, a w partii Kaczyńskiego próbowałem dostrzegać środowisko godne uwagi i wsparcia, staram się zrozumieć taką postawę, a ludziom stojącym przed trudnym wyborem przedstawić racjonalne argumenty.
Zostały zapisane na tym blogu w wielu tekstach, w szczególności, w cyklu artykułów pod wspólnym tytułem „PO CO DEMOKRACJA?”.
Chciałbym zebrać istotne fragmenty z tych i kilku innych tekstów oraz z zamieszczonych pod nimi komentarzy, by – właśnie w tym okresie, przedstawić Państwu przedwyborczą „ściągę”.
Z nadzieją, że to przypomnienie okaże się przydatne w rozmowach i sporach na temat udziału w „wyborach”, a zawarte tu argumenty, będą pomocne w podjęciu mądrej decyzji.
Prawda – długi to tekst, ale też waga tematu niemała.


***


Najmocniejszym ogniwem łańcucha, na którym „ojcowie założyciele” III RP uwiązali miliony moich rodaków, jest przeświadczenie, że tylko demokracja i tylko narzędzia narzucone podczas mistyfikacji początku lat 90. mogą wyznaczać drogę polskiej państwowości i decydować o naszym losie.
To genialne w swojej prostocie fałszerstwo, nie ma sobie równych w dziejach współczesnej Europy , a poprzez analogię z państwem Putina, nieomylnie wskazuje źródło i zakres inspiracji.
Tylko w III RP i tylko w Rosji wmówiono obywatelom, że przepoczwarzone reżimy komunistyczne dobrowolnie przyjęły reguły demokracji i uznając wolę suwerena podczas tzw. wyborów powszechnych, wkroczyły na drogę ewolucyjnych przemian.
Od czasu, gdy komuniści dostrzegli, że kontrolowany system demokratyczny w niczym nie zagraża ich władzy, „transformacja ustrojowa” stała się wygodną metodą zrzucenia starej formy komunistycznej i zastąpienia jej nową.
W efekcie - to, czego w czasach PRL-u, nie udało się dokonać przy pomocy zbrodni, terroru i ordynarnej propagandy, stało się możliwe dzięki porozumieniu namiestników Moskwy z kolaborantami i przeprowadzeniu kilku gier operacyjnych, wiodących do „okrągłego stołu”.
Operacja zakończyła się powodzeniem, a jej finalnym efektem stała się „III Rzeczpospolita” - nazwana w dokumentach SB „państwem socjalistycznym nowego typu”.
       Dokonana 31 grudnia 1989 roku, przez tzw. Sejm kontraktowy, zmiana nazwy państwa i jego godła, miała wyłącznie wymiar symboliczny. Nie oznaczała zerwania formalnoprawnej więzi z okresem okupacji sowieckiej i konserwowała historyczną i personalną spuściznę PRL. Nigdy też nie przyjęto ustawy o restytucji państwa polskiego i nie odważono się wskrzesić Konstytucji II Rzeczpospolitej z 1935 roku.
U podstaw tworzenia fałszywych alternatyw i schematu politycznego III RP, leżała dyspozycja szefa bezpieki:
"Służba Bezpieczeństwa może i powinna kreować rożne stowarzyszenia, kluby czy nawet partie polityczne. Ma za zadanie głęboko infiltrować istniejące gremia kierownicze tych organizacji na szczeblu centralnym i wojewódzkim, a także na szczeblach podstawowych, muszą być one przez nas operacyjnie opanowane. Musimy zapewnić operacyjne możliwości oddziaływania na te organizacje, kreowania ich działalności i kierowania ich polityką" – instruował Czesław Kiszczak, podczas posiedzenia kierownictwa MSW, w lutym 1989 roku.
Nim rozpoczęły się rozmowy „okrągłego stołu”, instrukcje SB wskazywały na potrzebę „wspierania zwolenników konstruktywnego nurtu opozycji w naszym kraju, kosztem wyhamowania najbardziej agresywnych inicjatyw podejmowanych przez ekstremistów".
W ramach wydanych wówczas dyrektyw, inspirowano powstawanie nowych partii i środowisk politycznych, które wspierały proces esbeckiej „transformacji ustrojowej” oraz niszczono i marginalizowano tych, którzy nie godzili się na kontynuację komunistycznej sukcesji. Udział w tym procederze brali ludzie powiązani z policją polityczną PRL, którzy po roku 1989 przemienili się w biznesmenów, bankierów lub polityków. Istotną role powierzono również zgrai kapusiów i donosicieli, wyselekcjonowanych w ramach tzw.”opozycji demokratycznej” oraz hierarchom Kościoła.
Utworzona w ten sposób „reprezentacja narodowa”, miała zadbać o „prawidłowy przebieg procesów politycznych”, eliminując z życia publicznego przeciwników magdalenkowej zdrady oraz wspierając tych, którzy bez sprzeciwu przyjmowali status III RP.
Jeśli pamiętać, że II Rzeczpospolita wyłoniła się po latach wojny światowej, wymagała tysięcy ofiar i wielkiej daniny polskiej krwi, to ceną owej III RP (numeracja jest elementem fałszerstwa) był alkohol przelewany w Magdalence i zakulisowe ustalenia między esbekami i ich agenturą.
Zaiste - wartość tego państwa odpowiadała zapłaconej cenie.

piątek, 30 sierpnia 2019

BŁOTO


Z przemówienia Marszałka Józefa Piłsudskiego na bankiecie w hotelu „Bristol” w dn. 3 lipca 1923.

        Powtarzam raz jeszcze, że nie znam faktu tak dziwnego, nie znam faktu tak śmiesznego w swojej prostocie, jak ten, który jednego człowieka, tak mało zna­nego, tak mało odczutego, tak mało zżytego z calem tem społe­czeństwem — bo wśród posłów znałem może kilkunastu, wszyscy inni byli mi obcy ludzie, którzy mnie nie znali, którzy nic nigdy nie widzieli w mojem życiu — wynosi na to stanowiska, bez ża­dnego gwałtu, przymusu, bez ża­dnej agitacji, a nawet wbrew je­go woli, gdyż tego nie szukał da­je mu dobrowolnie władzę tale wybitną i tak wyjątkową.
Kazano mi wreszcie reprezen­tować siebie, wszystkich w Polsce nazewnątrz i wewnątrz.
Jeże­li przedtem mogłem tłumaczyć zjawisko, jakiemś zamąceniem, jakąś nieumiejętnością — to w tym wypadku ludzie wybrani, mający czas do namysłu, do na­rad, do krytyki każdego swego postanowienia — dają mi poza tem co miałem poprzednio, dają mi siłę moralną, którą każdy człowiek mieć może, gdy takiem obdarzony jest zaufaniem, gdy to zaufanie w taki manifestacyjny, w taki uroczysty, w taki niezwy­kły sposób się wyraża.
Lecz od­tąd, Panowie, te piękne zaszczy­ty, cudne jak z bajki tysiąca i je­dnej nocy, odtąd historja się zmienia.
Postawiono umie tak wysoko, jak nigdy nikogo nie stawiano, postawiono mnie tak, bym cień na wszystkich rzucał, stojąc jeden w świetle.
         Był cień, który biegł koło mnie. to wyprzedzał mnie, to zostawał w tyle.
Cieniów takich było mnó­stwo, ciernie te otaczały mnie za­wsze, cienie nieodstępne, chodzą­ce krok w krok, śledzące mnie i przedrzeźniające. Czy na polu bi­tew, czy w spokojnej pracy w Belwederze, czy w pieszczotach dziecka — cień ten nieodstępny koło mnie ścigał mnie i prześla­dował.
Zapluty potworny karzeł na krzywych nóżkach, wypluwa­jący swoją brudną duszę, oplu­wający mnie zewsząd, nie szczę­dzący niczego co szczędzić trze­ba —rodziny, stosunków, bliskich mi łudzi, śledzący moje kroki, robiący małpie grymasy, przekształcający każdą myśl odwrot­nie — ten potworny karzeł pełzał za mną jak nieodłączny druh, ubrany w chorągiewki różnych typów i kolorów — to obcego, to swego państwa, krzyczący fraze­sy, wykrzywiający potworną gębę, wymyślający jakieś niesły­chane historje, ten karzeł był moim nieodstępnym druhem, nieodstępnym towarzyszem doli i niedoli, szczęścia nieszczęścia, zwycięstwa i klęski.
Nie sądźcie, panowie, że to jest tylko metafo­ra, ja zacytuję tylko kilka fak­tów, takich potwornych, dzikich, że trudno pojąć,. z jakiej kadzi nieczystości zarazić trzeba sobie wyobraźnię, by podobne rzeczy wymyśleć.
Reprezentant narodu wybra­ny przez wszystkich, reprezentu­jący wszystkich—kradnie! Zbie­ra, się komisja Sejmowa, aby szu­kać skradzionych przez tego re­prezentanta insygniów królew­skich. Komisja Sejmowa, obra­dująca pod egidą czy pod kierow­nictwem marszałka Sejmu szu­ka, śledzi, bada, poszukuje skra­dzionych przez tego reprezentan­ta rzeczy!
Czy Panowie coś bar­dziej potwornego, coś bardziej wstrętnego, coś bardziej oplute­go pomyśleć możecie? Czy można mieć reprezentanta tego rodzaju? Pomyślcie sobie to gdzie indziej wśród wolnych swobodnych na­rodów — nasz reprezentant — złodziej! Nasz reprezentant zdra­dza kraj w czasie wojny, umawia się z nieprzyjacielem! Naczelny Wódz, prowadzący wojnę, jest zdrajcą. Gdzież na niego kara! Czy jest próba usunięcia go? Czy jest próba pociągnięcia go do odpowiedzialności? Czy jest próba zrobienia go odpowiedzialnym za te niebywałe zbrodnie? Niema, idzie tylko o plucie, idzie tylko o kał wewnętrzny, którego pełna musiała być dusza, jeżeli na te rzeczy się zdobyła.
Idzie o jakieś niesłychanie obrzydłe zjawisko duszy ludzkiej, która w ten spo­sób postąpić może. Potworny ka­rzeł wylęgły z bagien rodzimych. Bity po pysku przez każdego z za­borców, sprzedawany z rąk do rąk, płatny.
Oto ci, którzy chcą obniżyć do swego poziomu to, co zostało wzniesione wysoko..

środa, 24 lipca 2019

PAKT O NIEAGRESJI – O ŚWIETLANEJ PRZYSZŁOŚCI PIS

Nim zechcą Państwo zapoznać się z nowym tekstem, pozwolę sobie na jedną uwagę.
Stali czytelnicy bezdekretu pamiętają zapewne, że w latach 2008-2015 na moim blogu ukazywało się nawet kilkanaście tekstów miesięcznie. O różnym ciężarze i tematyce, zwykle związanej ze sprawami aktualnymi, które zaprzątały naszą uwagę.
Tak pokaźna „produkcja”, skłaniała ludzi marnego intelektu do odkrywczej refleksji, jakoby Ścios był jakimś „bytem zbiorowym”, grupą kilku, kilkunastu osób, które z nadania ówczesnej opozycji prowadziły partyjną robotę w sieci internetowej.
Było wtedy o czym pisać: od afery marszałkowej, stoczniowej i paliwowej poczynając, poprzez postępki Komorowskiego i belwederskich hierarchów, aktywność służb i „sołdokratów” z WSI, po tematykę smoleńską i rozliczne draństwa reżimu. Wiele z ówczesnych spraw zostało ujawnionych tylko na tym blogu, gdy partyjne „wolne media” obchodziły z daleka tematy mogące zaszkodzić wizerunkowi „konstruktywnej opozycji”.
       W ostatnich miesiącach otrzymałem od Państwa pytania, których sens można sprowadzić do konkluzji: dlaczego tak mało tekstów ukazuje się dziś na bezdekretu, czemu nie poruszam spraw bieżących i nie podnoszę tematów, które interesują naszych rodaków?
Prawda – tekstów jest niewiele, czasem tylko jeden miesięcznie. Żadnej w nich „bieżączki” i mało odniesień do rzeczy aktualnych.
Powód? Z prozaicznych kilka: pewnie stetryczenie autora, być może problemy z „bezpiecznym” logowaniem, brak interesujących tematów.
Ale jest też przyczyna głębsza, o której wspomniałem przed rokiem, w tekście „NIE IDZIEMY ZA PARTIĄ ANI POD OBCĄ FLAGĄ. ZMIERZAMY DO POLSKI”:
Fałsz i nędza polityki prowadzonej przez obecnych rządców III RP, ma prawo odstręczać i napawać odrazą ludzi rozumnych. Jako autor setek tekstów z lat 2008-2015, w których niezwykle krytycznie oceniałem reżim PO-PSL, mogę napisać – tak prostackiej propagandy, takich pokładów zakłamania i ordynarnego fałszu, nie widziałem nawet w tamtych latach.
Opisywanie obecnych zjawisk lub komentowanie poszczególnych wypowiedzi, postaw i decyzji, nie miałoby najmniejszego sensu. To, co napisałem w tekście „FAŁSZYWA ALTERNATYWA”, jest dostateczną konkluzją.
Z kolei - kierowanie takich opisów do wyznawców i apologetów PiS, tym bardziej byłoby niedorzeczne. Ogromna rzesza wyborców tej partii, nie tylko nie jest zainteresowana sprawami polskimi i w głębokim poważaniu ma przyszłość mojego kraju, ale w rezygnacji z używania rozumu i niewolniczym serwilizmie wobec rządowej propagandy, zeszła poniżej poziomu pogardzanych „lemingów”.
Chcąc więc zachować szacunek do czytelników bloga, ale też uniknąć „syzyfowej”, bezcelowej pracy, niełatwo znaleźć obszar, w którym publicystyka nie byłaby tylko agitacją, a myśl podążała na przekór utartym schematom.
Z jednej strony - istnieje silna pokusa totalnej krytyki zastanej rzeczywistości, z drugiej - nęci postawa bojkotu i „wzniosłego milczenia”.
Obie są mi zasadniczo obce, dlatego w czasach trudnych wyzwań, trzeba obrać drogę unikalną, stawiając sobie i czytelnikom równie wysokie wymagania.”
Powtórzę po raz kolejny: Fałsz i nędza polityki prowadzonej przez obecnych rządców III RP, ma prawo odstręczać i napawać odrazą ludzi rozumnych.
Fałsz, bo karmi się nas setkami trzeciorzędnych tematów, ukrywa rzeczy niewygodne dla władzy, osłania pustkę, słabość i cynizm.
Nędza zaś, bo takich pokładów serwilizmu i zniewolenia – tak w polityce krajowej, jak zagranicznej, nie oglądałem od dziesięcioleci.
Powie ktoś – przecież ludzie reżimu PO-PSL prowadzili jeszcze bardziej nędzną i fałszywą politykę, przecież kłamali na potęgę i traktowali naszych rodaków niczym stado idiotów.
Odpowiem: prawda, ale świadomość – kim są ci ludzie, była rzeczą równie naturalną, jak wiedza o zaraźliwej, śmiertelnej chorobie. Byli tymi, za kogo ich uważaliśmy – zbieraniną obcych,twardogłowych typów, złączonych nienawiścią do wszystkiego co polskie.

wtorek, 25 czerwca 2019

PO CO DEMOKRACJA? - 3 „PRZEWRÓT MAJOWY”

Narzucenie przymusu ustrojowego w konstytucji III RP, służy legalizacji układu magdalenkowego i utrwaleniu sukcesji komunistycznej.
Tak długo, jak godzimy się na uprawianie mitu demokracji i traktowania jej, jako narzędzia zniewolenia, nie mamy szans na odzyskanie Polski.
Zapis funkcjonujący w konstytucji III RP: „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”, w sposób bezpośredni nawiązuje do normy art. 1.1. tzw. „konstytucji PRL”: „Polska Rzeczpospolita Ludowa jest państwem demokracji ludowej”.
               Dla oszukania Polaków, zastosowano identyczną formulę, jak w roku 1947, gdy komunistyczni najeźdźcy zalegalizowali system okupacyjny i uzyskali „demokratyczny mandat” do sprawowania władzy nad Polakami.
Mit demokracji dawał gwarancje bezkarności tysiącom bandytów, zapewniał dochody z żerowania na polskim organizmie i doskonale utrwalał sukcesję Obcych. Gdyby w roku 1989 nie powtórzono fałszu wyborczego i nie skazano nas na powtórkę z „demokracji”, żadni komuniści i ich akolici, spod znaku „okrągłego stołu”, nie mogliby decydować o przyszłości Polski. Odrzucenie dyktatu samozwańczych „reprezentantów narodu”; owych „komandosów”, „koncesjonowanych katolików” i tzw. ”opozycji demokratycznej” i przeprowadzenie twardej rozprawy z komunistami, otworzyłoby drogę do budowania wolnej państwowości.
Komunizm nigdy nie wykazywał lęku przed demokracją, a trafnie rozpoznając ograniczenia tego ustroju, potrafił wykorzystać go dla własnych celów.
Ufny w moc propagandy i semantycznego terroru, zaopatrzony w wasalne media, sterowalne instytucje i rzesze agentury, mógł sobie pozwolić na organizowanie dowolnych „świąt demokracji” i odgrywanie spektakli na użytek głupców z Zachodu. Ci ostatni – wzorem zdrajców sprawy polskiej z lat powojennych, z ulgą przyjmowali „demokratyczne przemiany” zbrodniczego systemu i chętnie zaakceptowali nową formułę zniewolenia Polaków.
Tylko ludzie nieznający najnowszych dziejów, ignorujący prawdę o „pojałtańskim porządku”, mogą zachłystywać się pustosłowiem zachodnich polityków, a w przyjęciu III RP do NATO i UE postrzegać dowód niepodległości tego państwa. Jest to niepodległość tej samej miary, jaką praktykowała PRL – przyjmowana przecież w poczet wszelakich gremiów i organizacji międzynarodowych.
Ci, którzy świadomie przeżyli ostatnie dekady, powinni też wiedzieć, że demokracja przed niczym nie chroni. Nie tworzy bariery przed nadużyciem władzy, nie zabezpiecza przed patologią. Nie broni praw słabych i odrzuconych, nie leczy krzywd i ran. Nie daje też cienia satysfakcji ofiarom i rzadko piętnuje sprawców.
Jeśli 30 lat praktykowania tego mitu, nie zaszkodziło bandytom z bezpieki, nie wyrugowało czerwonych „sędziów” i partyjnych funków, jeśli przez ten czas nie usunięto żadnej choroby społecznej, a przeciwnie – nabyto dziesiątki nowych i umocniono patologiczne zjawiska, jest w tym prawidłowość, której nie wolno ignorować.
Ta cecha mitu demokratycznego pozwala zakonserwować polityczne status quo, i jest ważną przesłanką przydatności dla celów strategii podstępu i dezinformacji.
Demokracja pozwala też zaspokoić najniższe aspiracje społeczne i wykorzystać kompleksy tych, którym kartka wyborcza wydaje się narzędziem tak doskonałym, że z imbecyla stworzy mędrca, a głupca namaści na „suwerena”.
Komuniści dawno dostrzegli, że naszym rodakom wystarczą erzace „ludowładztwa” i miraże „państwa prawa i demokracji”. Warunkiem skuteczności jest wizja „pełnej michy” i zaspokojenie elementarnych potrzeb materialnych. To jeden z powodów przeprowadzenia tzw.”reformy Balcerowicza”, której najważniejsza korzyść polegała na sprowadzeniu naszych aspiracji do spraw bytowych oraz wyhodowaniu „klasy biedoty”, całkowicie zależnej od państwowego rozdawnictwa.
Ofiarami mitu demokracji, są zwykle ludzie najmniej zaangażowani w sprawy polskie, ale też wszelkiej maści konformiści i internetowi „bojownicy”, którzy z udziału w farsie wyborczej i doświadczaniu emocjonalnego „patriotyzmu”, uczynili sposób na rozgrzeszenie własnych ograniczeń i kompleksów.
Dla takich ludzi, postulat bojkotu „wyborów” ma cechy absurdu i kojarzy się z wizją przejęcia władzy przez PO,”Wiosnę” itp. formację.
Tym ludziom obca jest znajomość historii najnowszej i refleksja nad systemem tego państwa. Ufni w słowa medialnych szalbierzy, gotowi są wierzyć, że powierzenie brukselskich stołków kilku partyjnym cwaniakom, otworzy przed nami świetlane perspektywy, a kolejne czterolecie władzy PiS, uczyni z III RP światową potęgę.
Tacy ludzie nie przyjmą prawdy, że „wygrane wybory” nie wywołują zmian w patologicznej strukturze III RP – czego w pełni dowiodły „zwycięstwa” z roku 1991, 2005, 2015.
I wywołać nie mogą, bo logika systemu tego państwa polega na dopuszczeniu do takich „reform” i „modyfikacji”, które nie naruszają fundamentów sukcesji komunistycznej. Dlatego w każdej farsie wyborczej, musi być „marchewka dla ludu” - czym w roku 2015 była prezydentura Dudy i wygrana PiS, oraz „kij na radykałów”, w postaci wysokiego wyniku tzw.”opozycji”. Taka konstrukcja pozwala zadowolić oczekiwania „większości”, rozgrzeszyć niemoc rządzących i wytłumaczyć setki zaniechań.
Jeśli pojawiają się „polityczne anomalie” - jak w roku 1992, w postaci rządu Jana Olszewskiego, w roku 2005 - prezydentury Lecha Kaczyńskiego, czy w 2015 – szefostwa MON, są szybko usuwane i korygowane przez „strażników systemu”.
Rzetelna refleksja na całym trzydziestoleciem tego państwa, pozwala stwierdzić, że roszady partyjne, dokonywane w ramach farsy wyborczej, nie mają większego znaczenia. Cóż po tym, że kolejne „wybory” wygrałaby dzisiejsza „opozycja”, a w następnych „zwyciężyłby” PiS, skoro żadna z tych zmian nie może doprowadzić do zerwania z sukcesją komunistyczną?
Mijają dziesięciolecia i rosną nowe pokolenia Polaków, święcie przekonanych, że rządy Millerów i Kwaśniewskich, Tusków i Komorowskich, są rzeczą całkowicie naturalną, zgodną z wolą „suwerena” i „prawem demokracji”.
Ta aberracja - godna pióra Orwella czy Kafki, nie znajduje miejsca w myślach naszych rodaków.

niedziela, 2 czerwca 2019

MY CZY ONI ?

Jeśli nie przyjmiemy prawdy o dychotomii My-Oni i nie nazwiemy po imieniu gromady Obcych, nie mamy szans na zerwanie z sukcesją komunistyczną i odbudowę wolnej państwowości.
Tej prawdy nie znajdziemy w podręcznikach historii. Nie usłyszymy o niej z ust przedstawicieli elit intelektualnych. Nie powiedzą nam o tym z ambon i nie wyjawią w listach pasterskich.
Prawda o genezie tego państwa i trwałym podziale My-Oni jest nieobecna w słowach polityków, w partyjnych programach i deklaracjach. Przemilczają ją publicyści i dziennikarze – zawsze w służbie którejś z partii i koterii.
Została wyklęta tak dalece, że nie wolno o niej wspominać i tak tchórzliwie, że wyłączono ją z publicznych dyskusji, a kto chciałby uczynić z niej przedmiot refleksji, musi liczyć się z mianem „siewcy nienawiści” i „burzyciela porządku publicznego”.
                 Dychotomii My-Oni nie stworzyły „kwestie polityczne”, nie wyznaczył jej światopogląd ani różnice w ocenie spraw polskich.
Jest konsekwencją półwiecza okupacji sowieckiej i trzech dekad sukcesji komunistycznej, pod nazwą III RP. Jest efektem zainfekowania polskości obcym tworem komunizmu i narzucenia nam fałszywej wspólnoty z Obcymi.
Wynika z przekleństwa „skazy pierworodnej” - okresu instalowania okupacji sowieckiej, gdy zgraję degeneratów i zdrajców, przywiezionych tu na ruskich czołgach, kazano uznawać za przedstawicieli państwa polskiego i obdarzono nienależnym mianem Polaków. Odtąd przyjęcie fałszywej normy – jakoby Polakiem był ten, kto urodził się na terytorium naszego kraju i posiada polskie obywatelstwo, determinuje oceny dotyczące przynależności do wspólnoty narodowej.
Wraz z fałszem państwowości skażonej okupacją komunistyczną, III RP odziedziczyła strukturę społeczną, opartą na „wspólnocie” Polaków z Obcymi.
Funkcjonariusze sowieckiego reżimu – esbecy, partyjniacy, sędziowie, stali się „elitą” tego państwa, zaludnili jego instytucje i zawłaszczyli życie publiczne. Zainfekowali je nie tylko swoją obecnością, ale wprowadzeniem następców - dzieci i wnuków agentury, potomstwem prześladowców i sługusów reżimu oraz niezliczonym mrowiem sukcesorów, złączonych wspólnotą interesu, więzami zawodowymi i towarzyskimi.
Stało się tak, ponieważ większość z nas dawno zrezygnowała z podstawowej dychotomii My-Oni i wyzbyła świadomości, że komunizm jest tworem obcym i wrogim polskości.
Stąd, był tylko krok do potraktowania Obcych jako partnerów i nazywania ich Polakami.
W przestrzeni zakłamanej i zagarniętej przez ośrodki propagandy, w której strażnikami podziałów stali się semantyczni terroryści, nie było miejsca na wytyczenie tej dychotomii. Nie znalazł się nikt, kto miałby odwagę nazwania Obcych po imieniu i odmówienia im przynależności do wspólnoty.
Od czasu paktu „okrągłego stołu” i antypolskiej mistyfikacji 4 czerwca, w tej przestrzeni dominują koncyliacyjni oszuści, piewcy „zgody narodowej” i „porozumień ponad podziałami”. Dominuje „wspólnota brudu”, rządy genetycznych „georealistów” i partyjnych „pragmatyków”, którzy z kłamstwa o „budowaniu nowoczesnej państwowości”, uczynili drogę do likwidacji narodu.
Jeśli są dziś tacy, którzy nadal nie potrafią zrozumieć haniebnych zachowań tzw.”opozycji”, jeśli nadal epatuje się nas antypolską retoryką tych środowisk, szokuje ich zaprzaństwem i dowodami obcości –to tylko dlatego, że obecne państwo, z jego partiami, mediami i instytucjami historycznymi, odrzuca elementarną dychotomię My i Oni i fałszuje obraz sukcesji komunistycznej.
Jeśli po doświadczeniach roku 2010, ktoś wykazuje „zdziwienie” postawami Obcych lub dopatruje się w nich „różnic politycznych”, niczego nie pojął z logiki zamachu smoleńskiego i jest zaledwie żałosnym ślepcem.
Dekady „oswajania” z komunizmem, a dziś – budowania „wspólnoty” z jego bękartami, zatarły w nas zdolność takiego postrzegania rzeczy i to, co było naturalne dla naszych przodków i decydowało o zachowaniu tożsamości narodowej, stało się dziedzictwem dawno utraconym.
Świadomość, że czyny popełnione przez sukcesorów komuny, wykluczają z polskiej wspólnoty i są dowodem wrogości tych środowisk – jest obca dla większości Polaków.
Obca dlatego, że ci, od których winniśmy wymagać prawdy o realiach III RP i wypełnienia obowiązku ukarania zdrajców, okłamują nas parcianą retoryką i wiodą do kolejnego etapu „zgody narodowej”.
Uznawanie ludzi poprzedniego reżimu za jakąś „opozycję”, nadawanie im praw honorowych, celebrowanie ich słów i traktowanie z polityczną atencją – jest więcej niż głupotą i więcej niż aberracją.
Jest zbrodnią fałszu, dokonywaną na otumanionych i niezdolnych do obrony Polakach.

środa, 22 maja 2019

GDYBY PAN COGITO ODWAŻYŁ SIĘ STRZELAĆ...


Jakaż może być dyskusja, gdy wszystko postawione jest właśnie do góry nogami. Słowa mają tu znaczenie odwrotne albo nie mają żadnego. Odbierz ludziom pierwotny sens słów, a otrzymasz właśnie ten stopień paraliżu psychicznego, którego dziś jesteśmy świadkami. To jest w swej prostocie tak genialne, jak to zrobił Pan Bóg, gdy chciał sparaliżować akcję zbuntowanych ludzi, budujących wieżę Babel: pomieszał im języki.
- Więc jakiż jest, twoim zdaniem, sposób przełamania tego zbiorowego paraliżu, wywołanego hipnozą kłamstwa?
- W każdym razie nie można go szukać na drodze polemiki. Sam fakt bowiem polemiki wciąga w orbitę i przenosi nas w płaszczyznę bolszewickiego absurdu.
- Więc jaki? Powiedz.
- Należy go szukać na drodze równie prostych odruchów psychicznych: strzelać!
- Jak to, strzelać? Do kogo?
- Zwyczajnie. Po prostu. Do bolszewików.

Dialog z „Drogi donikąd” Józefa Mackiewicza, brzmi dziś złowrogo i nieprzystępnie. Dla wielu jest równie niepojęty, jak hieroglify z wyspy File i równie przerażający, niczym wezwanie do zabijania Żydów. Nie tylko dlatego, że w mniemaniu większości nie ma dziś komunizmu ani żadnych bolszewików, ale z powodu lęku, jaki wywołują słowa nazbyt jaskrawe.
Jak przyjąć równie „prosty odruch” i słowa bez światłocienia, jeśli - nam strzelać nie kazano?
Nie kazano nazywać rzeczy po imieniu ani nadstawiać pięści zamiast policzka.
Nie pozwolono dostrzegać Obcych, zabroniono pamiętać i wiedzieć.
Ludzi, którzy na nienawiści oparli swój reżim i chcieli nas „jednać” z wrogami polskości – mamy nazywać Polakami.
Hierarchom – za ich zaprzaństwo i hańbę „pojednania” z kremlowskim bandytą – winniśmy szacunek.
Kazano nam cieszyć się kłamstwem o „zasypywaniu podziałów” i „odbudować wspólnotę” z łotrami, którzy żałobę nazywali nekrofilią i szydzili z ludzi modlących się przed krzyżem.
W miejsce tego, co prawem ludzi wolnych, nakarmiono nas mitologią demokracji i łgarstwem o „podziałach wśród Polaków”.
Wszystko zaś po to, byśmy w zderzeniu z agresją Onych – byli bezbronni. Bezbronni tym bardziej, im łatwiej uwierzymy w łgarstwo, jakoby reakcje rzekomej „opozycji” wynikały z „różnic politycznych i światopoglądowych”, były „prawem demokracji” i symptomem „pluralizmu”.
Pytania, które  Mackiewicz zadał w roku 1947 –„jak można na dłuższą metę wychowywać naród politycznie, bez przeprowadzenia „kanciastej” granicy pomiędzy pojęciami tak prymitywnymi jak: „sojusznik” i „najeźdźca”, „wierny” i „zdrajca”, „swój” a obcy, czy wrogi „agent”- nikt nie odważy się powtórzyć.
 „Kanciaste granice” dawno zostały zamazane, by żaden z Polaków nie odważył się zdefiniować zdrajcy, wroga i obcego.
Cóż po tym, że dziesiątki polityków i medialnych demiurgów dywaguje dziś o „chorych z nienawiści” i w ludziach rzekomej „opozycji” widzi „targowicę” i „spadkobierców komuny”?
Co po oracjach o walce ze „złogami komunizmu” i deklaracjach potępienia „antypolskiej narracji”?
Jaki pożytek z tradycji Żołnierzy Niezłomnych, jeśli ci, którzy nią gęby wycierają, bełkoczą o „konsensusie” z sukcesorami komuny i „porozumieniu” z antypolską hołotą?
Co po wspomnieniach o II Rzeczpospolitej, jeśli rządzą nami wyznawcy niewolniczego „georealizmu” i piewcy „przyjacielskich relacji” z Niemcami i Rosją?
Lęk, jaki towarzyszy mitologom demokracji nie pozwala przekroczyć granicy magdalenkowego szalbierstwa ani zmierzyć się z prawdziwą dychotomią My-Oni.
Nikt z tych, którzy sławią wolność okrągłostołowej pseudo państwowości, nie odważy się rozstrzygnąć:
- Jest III RP bękartem PRL-u, sukcesją sowieckiej okupacji i obrazą wolnej Rzeczpospolitej, czy przez trzy dekady tego państwa doświadczaliśmy zbiorowych imaginacji, a supremacja ludzi o sowieckim rodowodzie, to dowód ich potencjału intelektualnego i wyższości moralnej?
-Jest błąd semantyczny w definicji człowieka sowieckiego i władza takich postaci nie dowodzi  trwałości komunizmu, czy może definicja okazuje się prawidłowa, zaś buta homososów potwierdza stan naszego zniewolenia?
- Są w III RP stada apatrydów, zdrajców i wrogów polskości, czy też na postawach antypolskich, zaprzaństwie i nienawiści opiera się dziś model „nowoczesnego patriotyzmu”?

środa, 24 kwietnia 2019

PO CO DEMOKRACJA? 2 - „DEMOKRACJA SOCJALISTYCZNA”

Demokracji w ogóle zdefiniować niepodobna tak wielkie jest pomieszanie pojęć w tej sprawie. Samo przekonanie, że demokracja jest dobrym ustrojem, nie jest zabobonem. Jest natomiast zabobonem ślepe wierzenie, że tylko demokracja jest dopuszczalną formą ustroju - i to bez rozróżnienia różnych znaczeń tego słowa” - pisał niezrównany o. Józef Bocheński w swoich „Stu zabobonach”.
Wprawdzie sklecono podręcznikową definicję, w której demokracją nazywa się „system rządów, w którym źródło władzy stanowi wola większości obywateli” - to ma się ona tak do rzeczywistości, jak określenia nadawane komunizmowi. Zaczadzeni tym tworem ćwierćinteligenci dostrzegali w komunizmie szlachetną utopią lub ideokratyczny totalitaryzm; jedni wywodzili jego podstawy z moralizmu, inni z nihilizmu; według jednych zrodził go idealizm i humanizm, zdaniem drugich wulgarny materializm i ucieczka od wolności; ci widzieli w nim fałszywą religię, inni oświecającą gnozę. Według niektórych, komunizm był ideologią, inni twierdzili, że doktryną polityczną i ekonomiczną.
To pomieszanie świadczyło, że ludzie są zdolni wymyślić każdą brednię, byle usprawiedliwić swoje najniższe instynkty, a sam komunizm nigdy nie był tym, co stanowiły pseudonaukowe wywody.
Odniesienie tej sytuacji do definicji demokracji jest w pełni uzasadnione, bo w jednym i drugim przypadku, mamy do czynienia z narzędziem, które bywa określane w zależności od proweniencji tych, którzy się nim posługują. A skoro nawet komunistyczni bandyci nazywali swoją tyranię „demokracją socjalistyczną”, czy można wątpić, że również dziś, pod mianem demokracji można ukryć każdą formę zniewolenia?
Jedno natomiast jest pewne. Z prawdziwą demokracją, jak z niepodległością: jest lub jej nie ma.
Nie istnieje stan, który można określić mianem pół lub ćwierć demokracji, jak nie można mieć pół lub ćwierć niepodległości. Tam, gdzie się kończą, mówimy o jawnej lub skrywanej tyranii, o dyktaturze, totalitaryzmie lub anarchii.

            I tu pojawia się pierwszy problem z tzw. „demokracją” III RP. Wyznawcy tej mitologii utrzymują bowiem, że istniejąca w tym państwie „demokracja” jest (tu: w zależności, która partia sprawuje rządy): ułomna, zagrożona, wadliwa, kwitnąca, fasadowa. Nietrudno dostrzec nonsens w tak fałszywej gradacji, bo przymiotniki te (ze względu na status demokracji) nie mogą opisywać rzeczywistości, lecz wyrażają subiektywne odczucia lub anonsują partyjną retorykę.
Przypomnę, że przed kilkoma laty prezes PiS nawoływał Polaków do obrony „demokracji” III RP, ostrzegając jednocześnie, że jeśli tego nie zrobimy "pewnego dnia obudzimy się w systemie ukraińskim". Było to frapujące, bo choć demokracji wówczas nie obroniliśmy (PiS przegrał kolejne tzw. wybory), a przez następne cztery lata reżim PO-PSL dopuścił się kilkuset nowych draństw i "naruszeń demokracji", przekaz Kaczyńskiego nie uległ zmianie.
Myliłby się ten, kto sądziłby, że po rządach Tuska i Komorowskiego obudziliśmy się w "systemie ukraińskim". Następnego dnia, po wygraniu przez PiS tzw. wyborów, Polacy dowiedzieli się, że „demokracja ma się dobrze”, a cały okres rządów poprzedników (razem z rokiem 2010 i jawnymi fałszerstwami z roku 2014) należy zaliczyć do stanu „ćwierć-demokracji”.
Jeszcze w roku 2012, wyborcy PiS mogli usłyszeć od pana Kaczyńskiego podczas miesięcznicy smoleńskiej:
Polska nie będzie wolna, jeśli prawda o Smoleńsku nie wyjdzie na jaw! Polska nie jest wolna, bo nie możemy uczcić bohaterów Smoleńska, bo nie ma ciągle pomnika, bo stawiane są różne przeszkody, bo nieustannie trwa kampania obrażania tych, którzy zginęli”.
Po czterech latach, podczas których prawda o Smoleńsku nie wyszła na jaw, nie uczczono bohaterów i nie zbudowano im pomnika, zaś „kampania obrażania tych, którzy zginęli” trwała w najlepsze, wyborcy usłyszeli:
"Polska jest dzięki nam krajem wolności, jednym z niewielu w Europie!”.
A usłyszeli tylko dlatego, że partia Kaczyńskiego wygrała tzw. wybory parlamentarne.
Człowiek, który jednego roku (2013) twierdził – „W Polsce mamy do czynienia ze skrajną formą systemu postkomunistycznego”, zaledwie dwa lata później zapewniał, że „polska demokracja ma się dobrze”.
Nie można się zatem dziwić, że w logice pana Kaczyńskiego triumfy święci hiper-brednia, wypowiedziana w roku 2015 przez byłego „działacza ekologicznego” prof. Piotra Glińskiego - "Żyjemy w ćwierć-demokracji”.
Odpowiedziałbym – owszem, „żyjemy”, bo takie kłamstwa proponują nam ćwierćinteligenci.
To znamienne, że po roku 2015, przedstawiciele poprzedniego reżimu natychmiast przeszli na pozycje partii Kaczyńskiego i zaczęli krytycznie oceniać stan „demokracji” III RP, stawiając zarzuty „pogwałcenia” lub wręcz „uśmiercenia” tej systemowej „wartości”. Wrzask różnych „obrońców demokracji” jest dziś arcyważnym dowodem, że demokracja to stan całkowicie nieznany Polakom.
Bo partyjny bełkot na temat demokracji, dowodzi jednej rzeczy: zdaniem grup zarządzających III RP, demokracja istnieje wtedy, gdy one sprawują władzę i zanika natychmiast, gdy władza zostanie utracona.
To, z kolei, powinno prowadzić do konkluzji, że rządy PO-PiS-PSL-SLD itd. nie mogą mieć nic wspólnego z autentyczną demokracją, a jej nazwa jest wykorzystywana przez partyjnych szalbierzy dla zapewnienia sobie osłony propagandowej. Gdyby było inaczej, demokracja nie mogłaby znikać w chwilę po ogłoszeniu tzw. wyników wyborczych ani pojawiać się natychmiast, gdy „nasi” przejęli władzę.
Ludzie partii systemowych III RP traktują więc demokrację, w identyczny sposób, jak traktowali ją komuniści - nadając swoim rządom miano „demokracji socjalistycznej”. Użycie tego określenia ma zapewnić im „mandat społeczny” i usprawiedliwić draństwa dokonywane w imieniu „suwerena”.

           Kolejny problem pojawia się wtedy, gdy dostrzeżemy proweniencję najzagorzalszych obrońców systemu III RP. Człowiek rozumny zadałby sobie pytanie: jak to możliwe, że największymi rzecznikami owej „demokracji” są ludzie partii komunistycznej i ich mentalni sukcesorzy, że bronią jej rozmaici kapusie i donosiciele, wychwalają esbecy i kanalie służące okupantowi? Dlaczego właśnie takie postaci najmocniej krzyczą „w obronie demokracji” i na wszelkie sposoby wycierają sobie gęby odmianą tego słowa? Czy wolno nam wierzyć, że ludzie ci przeszli cudowną metamorfozę i ze zgrai prymitywnych zamordystów i pospolitych drani, stali się głosicielami „woli suwerena”?
Jeśli wierzyć nie wolno, a ludziom rozumnym, nawet nie wypada, odpowiedź może być jedna: to, czego bronią tacy ludzie, nie jest żadną demokracją lecz jej erzacem, który ma zapewnić trwałość sukcesji komunistycznej i osłonić dyktaturę ciemniaków.
         Ale – zauważy dociekliwy czytelnik - przecież pochwałę „demokracji” III RP głoszą również politycy partii Kaczyńskiego oraz środowiska przyznające sobie miano „patriotycznych”. Czy ich „demokracja” jest czymś innym od tej, której bronią esbecy?
Oczywiście – nie. Niezależnie, jakie atrybuty nadają owej „wartości” ludzie PiS, jakimi dekorują przymiotnikami, jest to ta sama „demokracja”, o którą walczą komuniści i ich sukcesorzy.
Gdyby chodziło o inną, autentyczną demokrację, usłyszelibyśmy postulat obalenia systemu III RP i wyrugowania zeń zamordystów, przypisujących sobie miano demokratów. To naturalne, że żaden zwolennik autentycznej demokracji nie chciałby stać w jednym szeregu z ludźmi, którzy przez całe życie gwałcili prawa suwerena.
Gdyby partia Kaczyńskiego miała na myśli prawdziwą demokracje, nie mogłaby uczestniczyć w inscenizacjach zwanych „wyborami”, bo każda z nich służy utrwaleniu zwodniczego systemu.
Gdyby chodziło o wprowadzenie prawdziwych rządów suwerena, ta partia nie mogłaby traktować sukcesorów komunizmu niczym partnerów ani nadawać antypolskiej zgrai miana „opozycji”.
Należy więc uznać, że w każdym przypadku jest to ta sama „demokracja” III RP, a ten, kto uczestniczy w systemie władzy lub aplikuje do udziału w tym systemie, kultywuje i broni tej samej „wartości”, o którą zabiegają członkowie partii komunistycznej i esbeccy bandyci. „Patriotyczna” retoryka tych środowisk, jakieś odmienne „programy polityczne” itp. namiastki „różnic programowych”, mają identyczne znaczenie, jak rzekoma odrębność PZPR, SD i ZSL w okresie komuny. Imitują pluralizm polityczny i służą utrwaleniu „demokracji socjalistycznej”.

              Po raz trzeci napotkamy problem, gdy spróbujemy dostrzec fundament, na jakim wspiera się owa „demokracja”. Nie mam na myśli „fundamentu ideowego”, bo taki – ze względu na niemożność jednoznacznego zdefiniowania demokracji istnieć nie może, lecz fundament ustrojowy. Praktykowanie demokracji pośredniej (a taką dziś najczęściej spotykamy) wymaga, by władza polityczna sprawowana była poprzez wybieranych przez suwerena (społeczeństwo) przedstawicieli. To zaś oznacza konieczność organizowania tzw. wyborów powszechnych, podczas których suweren ma możliwość wyrażenia swojej nieskrepowanej woli.
Nietrudno zauważyć, że aranżowanie takich „wyborów” jest głównym i podstawowym fundamentem „demokracji” III RP. Ponieważ organizują je instytucje powołane przez „ojców założycieli” (prezydent, PKW), a nadzór sprawują gremia najzagorzalszych zwolenników obecnej „demokracji” (tzw.”sądy”), zagrożenie popełnienia „błędów systemowych” - czyli wyboru przeciwników systemu, zostało ograniczone do minimum.
Mając w pamięci trzy dekady tej państwowości i ogrom ujawnionych patologii, owe „wybory powszechne” można uznać za jedyny element „demokracji” ustanowionej przy „okrągłym stole”.
A skoro pamiętamy, że pod tym pojęciem kryje się władza „naszych” nad „waszymi”, wolno twierdzić, że „wybory” służą wyłącznie grupom zarządzającym tym państwem. Gdyby ich nie organizowano, nie miałaby miejsca rotacja imitująca pluralizm, a spory „naszych” z „waszymi” nie mogłyby udawać „różnic politycznych”.
To narzędzie jest potrzebne dla utrwalenia mitologii III RP i konieczne dla tych, którzy z tej mitologii żyją.
Ponieważ organizacja wyborów powszechnych, nie może być uważana za atrybut demokracji (urządzano je w PRL-u, urządza dziś w Chinach, Rosji i innych państwach totalitarnych), trzeba uznać, że jest to fundament głęboko niewiarygodny.
Nie tylko ze względu na możliwość fałszerstw – tak powszechnych w III RP. Wbrew oficjalnej narracji, która każe postrzegać fałszerstwa w kategorii „błędów” i aberracji, są one naturalnym i logicznym następstwem reguł ustanowionych na początku tej państwowości i wynikają z „pragmatyki” procesu wyborczego. Jeśli nie można dopuścić, by po władze sięgnęli przeciwnicy systemu, fałszerstwo należy do głównych instrumentów regulacji.
Jeśli o roszadach politycznych decydują „kluby miłośników cygar” lub obce ambasady, fałszowanie wyborów urasta do rangi racji stanu.
Fakt, że w dziejach tego państwa nie znajdziemy przykładów śledztw i dochodzeń dotyczących fałszerstw wyborczych i nikt nie poniósł z tego tytułu odpowiedzialności, doskonale uwidacznia systemową logikę.
Niewiarygodność procesu wyborczego ma jednak głębszą przyczynę. Gdybyśmy mieli poważnie potraktować system demokratyczny (który do ideałów nie należy), to jego zasadniczą cechą jest dostęp do wiedzy na temat państwa i ludzi sprawujących funkcje publiczne. Ta cecha odróżnia demokrację od rządów opartych na podstępie i fałszu, w których obywatel-mieszkaniec kraju, jest traktowany przedmiotowo i podlega różnorodnej manipulacji.
Skoro w demokracji, obywatel ma sprawować funkcję suwerena i brać odpowiedzialność za system polityczny – musi posiadać wiedzę. Po to zaś, by stał się suwerenem, a w ramach tego przywileju mógł dokonywać wolnych i świadomych wyborów, musi posiadać wiedzę rzetelną- o realiach państwa, w którym żyje, o postaciach, którym powierza swój los, o przeszłości tych ludzi, ich intencjach i planach.
Bez tej elementarnej wiedzy, nie tylko nie można dokonać prawidłowego (a zatem nieobciążonego błędem wyboru), ale nie można sprawować funkcji suwerena. Bez takiej wiedzy – demokracja staje się żerowiskiem dla hordy oszustów i łajdaków, a mityczny „suweren” - żałosnym niewolnikiem.
Tu właśnie III RP ujawnia swoją prawdziwą naturę i objawia bliskość komunistycznej sukcesji.
Nasza wiedza o rzeczywistości, jest bowiem ograniczona przez cały szereg czynników, świadomie i celowo ustanowionych przez prawodawcę. Od pragmatyki pracy służb specjalnych poczynając (tu dostęp do informacji kształtują zasady rodem z PRL-u), po rozliczne ograniczenia ustawowe i rzecz zasadniczą - brak wolnych mediów. Każdy z tych czynników sprawia, że o realiach III RP wiemy tyle, ile życzą sobie ludzie zarządzający sukcesją. To oni decydują, jakie informacje przedostaną się do przekazu publicznego, co należy ukryć, ile powiedzieć i co przemilczeć.
O ile w czasach PRL-u potrzeba było instytucji cenzury, o tyle w III RP wyśmienicie zastępuje ją „zasada samoograniczenia”, oparta na mechanizmach finansowych, towarzyskich, niekiedy agenturalnych.
Głównym narzędziem regulacji są prywatne przekaźniki partyjne oraz tzw. media publiczne, wykonujące pracę na rzecz każdej grupy zarządzającej III RP. Istnienie wolnych mediów – wzorem PRL-u – jest niemożliwe. Dlatego nie ma tu ośrodków medialnych, które mogłyby realizować prawa podmiotowe obywateli lub zabiegały o poszerzenie ich wiedzy. Są za to media rezonujące interesy poszczególnych grup wpływu, narzucające nam narracje partii politycznych i bełkot antypolskich środowisk.
Obraz, jaki wyłania się z tego przekazu, musi być na tyle „sformatowany”(skrzywiony),by umacniał przekonanie o istnieniu wolności słowa, a jednocześnie chronił interesy tych grup i skrzętnie ukrywał realia III RP. Podjęte pod wpływem takiego przekazu decyzje – w tym decyzje wyborcze, zawsze będą skażone i błędne. Jeśli nie z winy tych, którzy wiedzieć nie chcą, to za przyczyna tych, którzy wiedzy zakazują.
Ten mechanizm – odbierania obywatelom prawa do rzetelnej wiedzy i skazywania na czerpanie z „zatrutych źródeł”, dobitnie ukazuje wartość „demokracji” III RP, ale też obnaża fikcję władzy suwerena. Bo obywatel głupi, nieświadomy i poddany ciągłej manipulacji – suwerenem być nie może.

               Czwarty problem z ową „demokracją”, dotyczy przymusu, konieczności. Zwracałem już uwagę, że w konstytucji III RP (wzorem PRL-u), zawarto zasadę konstytucyjną, rozstrzygającą o kształcie ustrojowym tego państwa: „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”.
W sposób oczywisty nawiązuje ona do normy art. 1.1. tzw. „konstytucji PRL”: „Polska Rzeczpospolita Ludowa jest państwem demokracji ludowej”.
Warto przypomnieć, że takich „zasad konstytucyjnych” próżno szukać w ustawach zasadniczych II Rzeczpospolitej.
Zapisy te oznaczają, że jedynym, dopuszczalnym w III RP ustrojem politycznym oraz jedyną formą sprawowania władzy – jest demokracja.
Nieprzypadkowo mamy do czynienia z przymusem ustrojowym.
Wprowadzenie takiego przymusu w konstytucji PRL świadczyło, że namiestnicy Moskwy nie dostrzegali żadnych niebezpieczeństw z praktykowania owej demokracji. Ani „wybory powszechne” ani „pluralizm partyjny”, o parlamencie i mediach nie wspominając, nie stanowił takiego zagrożenia. Póki była to „demokracja socjalistyczna” - ustanowiona według reguł farsy wyborczej z roku 1947 i nadzorowana przez instytucje okupacyjne, nie zagrażała interesom komuny. Przeciwnie – parodiowanie mechanizmów demokratycznych pozwoliło najeźdźcom uzyskać status legalizmu w oczach „wolnego świata”, a przez kolejne dekady umacniało przekonanie, że żyjemy w państwie polskim. 
Ta „demokracja socjalistyczna”, tak dalece stała się mitem służącym zniewoleniu Polaków, że na potrzeby uwierzytelnienia antypolskiego paktu zdrajców z bandytami, uknuto zgrabny termin „opozycja demokratyczna”. Tak, by stworzyć wrażenie, że z systemem komunistycznym można walczyć przy pomocy "demokratycznych" metod.
Uważam, że identyczną praktykę zastosowali „ojcowie założyciele” III RP, wprowadzając swoją zasadę ustrojową.
Analogicznie - oparto ją na sfałszowanych wyborach z roku 1989 i umocniono podczas farsy z 1991 roku, gdy z życia politycznego wyrugowano już wszystkich przeciwników „okrągłego stołu”, a system wyborczy oparto na instytucjach pokomunistycznych. Dzięki tym mistyfikacjom, państwa „wolnego świata” okrzyknęły III RP krajem wolnym i suwerennym, a Polacy uznali ją za Niepodległą.
Wszystko, co wiemy dziś o rzeczywistych regułach III RP, o jej obrońcach i ludziach uprawiających tą mitologię, jasno dowodzi, że owa "demokracja" nie stanowi dla nich najmniejszego zagrożenia.
Gdyby było inaczej, żaden komunista, kapuś czy zdrajca, nie gardłowałby „w obronie demokracji”, a w realiach naszego kraju nie byłoby setek komunistycznych „złogów”.
Póki jest to „demokracja” według reguł III RP – a więc sprowadzona do karuzeli tych samych partii i tych samych postaci, póki blokuje ona dostęp do wiedzy o tym państwie i wyklucza z życia publicznego przeciwników systemu – stanowi idealne środowisko dla sukcesorów komuny i pozwala utrzymywać Polaków w stanie narodowego „znieczulenia”.
              Konkluzja jest oczywista: żeby obalić system III RP, trzeba skończyć z erzacem takiej „demokracji”, odrzucić jej narzędzia (w tym, udział w „wyborach”) i dążyć do wprowadzenia ustroju, który zerwie z komunistyczną sukcesją.
Na takim etapie, nie może być to ustrój demokratyczny. Praktykowanie rzeczywistej demokracji – a zatem odwołanie do woli ogółu i praw całej społeczności, byłoby niedorzeczne. Społeczność tak zdemoralizowana, że „wybrała” onegdaj Tuska i Komorowskiego, i tak ogłupiała, że dziś chce „glosować” na Dudę i Kaczyńskiego, nie może decydować o losie Polski.
Ponieważ „demokracja” III RP opiera się na fałszu, przymusie i indoktrynacji, muszą być wprowadzone ograniczenia, które zniszczą atrybuty szalbierzy i zneutralizują środowiska zagrażające Polakom. Nie da się tego dokonać praktykując „reguły demokracji”, bo każda z nich zostanie bezwzględnie wykorzystana przez przeciwnika.
Dopiero zrozumienie tych konkluzji, otwiera drogę do znalezienia właściwej formuły walki z sukcesją komunistyczną.



Tekst miał kończyć się zapowiedzią "CDN", ale z uwagi na problemy związane z dalszym funkcjonowaniem bezdekretu, nie odwazyłem się umieścić tych liter.

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

ŚWIAT WIELKIEGO PIĄTKU - po ośmiu latach

W "Zniewolonym umyśle" Miłosza znajdziemy definicję „ketmana” zaczerpniętą od francuskiego myśliciela Artura Gobineau. To z jej pomocą autor próbował analizować zachowania intelektualistów w epoce stalinizmu i rozprawić się z własnym „ukąszeniem”.
"Czym jest Ketman?– pytał Miłosz. – Zdaniem ludzi na muzułmańskim Wschodzie posiadacz prawdy nie powinien wystawiać swojej osoby, swego majątku i swego poważania na zaślepienie, szaleństwo i złośliwość tych, których Bogu spodobało się wprowadzić w błąd i utrzymać w błędzie. Należy więc milczeć o swoich prawdziwych przekonaniach, jeżeli to możliwe. Jednakże są wypadki, kiedy milczenie nie wystarcza, kiedy może ono uchodzić za przyznanie się.
Wtedy nie należy się wahać. Nie tylko trzeba wtedy wyrzec się publicznie swoich poglądów, ale zaleca się użyć wszelkich podstępów, byleby tylko zmylić przeciwnika. Będzie się wtedy wypowiadać wszelkie wyznania wiary, które mogą mu się podobać, będzie się odprawiać wszelkie obrządki, które uważa się za najbardziej niedorzeczne, sfałszuje się własne książki, wykorzysta się wszelkie środki wprowadzania w błąd.”
Znamy „ketmana”.
W opinii „elit” III RP jest on kuszącym wyzwaniem, wzniosłym, niemal egzystencjalnym testem wielkość ich ducha, zdolnego przekraczać granice dobra i zła.
Daje poczucie władzy nad złożoną dialektyką i miraże prowadzenia gry na kresach antynomicznych rzeczywistości. Miłosz podpowiedział im, że „Ketman napełnia dumą tego, kto go praktykuje. Wierzący dzięki temu osiąga stan trwałej wyższości nad tym, którego oszukał, chociażby ten ostatni był ministrem czy potężnym królem”.
Uzbrojeni w ten arsenał pseudofilozoficznych sofizmatów, wszelkiej maści konformiści, karierowicze i pospolite kanalie stworzyły przestrzeń własnej miernoty, nieistniejące „państwo ketmana”, w którym próbują dyktować fałszywą wersję zdarzeń, pisaną językiem tchórzy i łgarzy
Ta postawa istniała od zawsze, wszędzie tam, gdzie do ludzkiej nędzy przykładano miarę szlachetnej postawy, gdzie niemoc tłumaczono rozsądkiem, a pychę, przezornością.
Według niej "politycznego” wyboru dokonał Judasz, rozczarowany „niemesjańskim“ przesłaniem Jezusa.
To ona stała za Potockim, Branickim i Kossakowskim, pomagając im wytłumaczyć zdradę Targowicy.
Według niej działali w PRL-u literaccy „inżynierowie dusz” i szczytne Puczymordy, przekonani o moralnej dostojności i „potykaniu się ze złem”.
Wysublimowany z pospolitej zdrady „ketman” miał zaspokajać potrzeby ludzi nazbyt słabych, by pogodzić się z własnym zbydlęceniem i zbyt tchórzliwych, by znieść widok swojej twarzy.
To dzięki „ketmanowi” poznaliśmy współczesnych „talibów” III RP – uczniów polit-poprawnej medresy praktykujących odwieczną takijję, którą osłaniają swój prostacki oportunizm.
Ich obłudne mowy „w obronie demokracji”, ich „apele o wstrzemięźliwość”, mają uciszyć niepokój sumienia i są zaledwie oracją w obronie tchórzostwa.

Po dekadach III RP, znamy już wszystkie odmiany „ketmana”. Ich nazwiska i rejestr dokonań i żadna wiedza nie jest konieczna, by powtórzyć za Tyrmandem - „doskonale powodzi się tu służalcom, oportunistom i konformistom”.
I na tym poprzestać, bo przekroczenie granic piekła komunizmu wciąż wydaje się nieosiągalne.
Już nie za sprawą twórców komunistycznej hybrydy, lecz z winy tych, którzy mamią Polaków wizją nieistniejącej demokracji i utrzymują w próżnej nadziei „zmartwychwstania”. Ci ludzie tworzą dziś świat fikcji, w którym istnieje przyzwolenie na postawy oportunistów, lecz nie ma miejsca dla chcących „spojrzeć losowi prosto w oczy”.
Nikt ich nie zapyta - jakiej Polski dla nas pragną, jeśli nie mają odwagi zdefiniować komunistycznego piekła?
I do czego „mobilizują” naród, skoro ulegają wrzaskom oportunistów i rozgrzeszając „ketmanów” pozwalają im na zabójczą dialektykę?

Nie wolno nam godzić się na postawę „ketmana”, który z negacji dobra i zła próbuje zbudować własne imperium i swoją „niby obecnością” niszczy odwieczny porządek, występując przeciwko tym, którzy mają odwagę stawiania trudnych pytań.
Nie można pozwolić, by bełkot „ketmanów” uzasadniał najzwyklejsze łajdactwo i z zaprzeczenia rzeczy niezaprzeczalnych czynił fałszywą normę.
Nie wolno - ponieważ każdy z nich - nienazwany swoim imieniem, zabija fundamentalną prawdę o realiach tego państwa i drwi z ludzi zdolnych udźwignąć ciężar odpowiedzialności.
Ich świat - najgroźniejszej z fikcji, gorszej od „socjalistycznej demokracji” i „Europy bez granic” - jest anty-ludzki i anty-chrześcijański.
Dlatego ”ketman” zna odpowiedź na pytanie - „co to jest prawda” i wie, kiedy i przed kim być „królem żydowskim”.
Dlatego, żaden „ketman” nie powie „Oto jestem” i nie wkroczy na drogę, z której nie ma odwrotu. Lęk, jaki odczuwają przed Słowem wymusza ich nienawistny bełkot, groza pustki żąda zgiełku i agresywnej kazuistyki.
Tylko tak mogą ukryć własną rozpacz, tylko tak potrafią oszukać nieskończony lęk.

Trzeba, żebyśmy zostawili „ketmanów” w ich Świecie Wielkiego Piątku, „podziwiających zawrotną grę losu, potencje i uśmiechy fortuny”.
Nie znajdą z niego wyjścia. Książę Poetów, pogromca „ketmanów”, wiedział jak próżne ich oczekiwanie:
A Nazareńczyk
został sam
bez alternatywy
ze stromą
ścieżką
krwi”.


Na czas wielkotygodniowego zamyślenia, polecam lekturę wiersza Zbigniewa Herberta – „Pan Cogito o postawie wyprostowanej”.


xxx


Tekst „Świat Wielkiego Piątku” powstał przed ośmioma laty, gdy w realiach III RP tryumfowali czciciele „ketmana”.
Sięgam po niego ponownie, z pełną świadomością, że tamten czas nie uległ przekreśleniu.
Bo nadal „w Utyce obywatele nie chcą się bronić” i nadal „uczęszczają na przyspieszone kursy padania na kolana, szyjąc nowe sztandary niewinnie białe uczą dzieci kłamać”.
A jeśli wtedy, gdy „ketmani” drwili z naszej wiary w Zmartwychwstanie, nie umieliśmy zostawić ich w Świecie Wielkiego Piątku – po co dziś powtarzać „trzeba” ?
Nawet, gdyby Pan Cogito „chciał do końca stać na wysokości sytuacji, los patrzy mu w oczy, w miejsce gdzie była jego głowa”.
Nie powtórzę - „trzeba”.