Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

sobota, 27 listopada 2021

ŚCIANA

Doszliśmy do ściany, przy której słowa tracą znaczenie.
Ściany głupoty i obojętności na zło.
Ściany niewiedzy świadomej, a pożądanej i amnezji równie łatwej, jak ucieczka od poczucia winy.
Tylko dlatego będzie ten tekst.
Nie zmieniam zdania, że zajmowanie się sprawami bieżącymi i tym, co oferuje układ rządzący-jest stratą czasu. Niegodną człowieka rozumnego.
Doszliśmy jednak do granicy, przy której trzeba głośno krzyczeć. Jeśli nie z przerażenia, to z gniewu.
Sytuacja, w jakiej znajduje się mój kraj, jest stanem przedzawałowym, przystankiem nad przepaścią i drogą na zatracenie.
    Trzy zagrożenia decydują o naszej kondycji.
Każde powstałe z winy rządzących, za sprawą setek błędów, zaniechań i świadomego zaprzaństwa, z powodu głupoty i pazerności, na skutek chorobliwych kompleksów i „politycznych strategii” na poziomie partyjnego ćwierćinteligenta.
Pierwsze i najpoważniejsze, dotyczy niczym nie skrepowanej, antypolskiej działalności Obcych; wielorakich aktów zdrady, anarchii i dywersji politycznej – jakich dopuszczają się środowiska nazywane tu„opozycją”.
To pokłosie odrzucenia sprawy smoleńskiej i haniebnych kompromisów, które pozwoliły partii Kaczyńskiego uzyskać zgodę na czasowe zarządzanie III RP.
Rozgrzeszenie wszystkich afer, przestępstw i niegodziwości ośmiu lat rządów reżimu PO-PSL, było jednym z warunków „paktu wyborczego” z roku 2015. Odtąd obie frakcje polityczne, powołane do symulowania „procesów demokratycznych”, podjęły wspólne działania, zmierzające do likwidacji resztek polskości i uśmiercenia instynktu narodowego.
Partia Kaczyńskiego ma przygotować grunt pod system totalnej deprawacji. Po nich przyjdą likwidatorzy resztek polskości.
Dlatego czas rządów PiS, jest fazą wstępną tych działań.
    Z jednej strony, realizowanych przez grupę nazywaną „opozycją”. Mają one wymiar jawnych, otwarcie antypolskich akcji, opartych na wspieraniu wrogich państw i organizacji, na plugawieniu naszego języka i niszczeniu życia publicznego, na mieszaniu podstawowych pojęć i relatywizacji dobra i zła, na pospolitym donosicielstwie i niepospolitej zdradzie, na fałszowaniu naszej historii, propagowaniu chamstwa i dominacji najniższych instynktów i dewiacji.
Ludzie występujący wprost przeciwko Polsce, mają całkowitą pewność, że żadne ze „środowisk patriotycznych” dopuszczonych do mistyfikacji „pluralizmu politycznego” III RP, nie odmówi im polskości i nie postawi poza wspólnotą narodu.
Ci ludzie wiedzą, że nie ma takiej zdrady i takiej nienawiści do Polaków, za które musieliby płacić więzieniem lub głową.
Wiedzą i to, że zarzut zdrady nie ma dla moich rodaków żadnego znaczenia, nie kojarzy się ze złem, nie wyklucza z polskiej społeczności i nie prowadzi do odrzucenia i pogardy. Jest dla nas słowem pustym, wyzutym z logicznej treści, a za sprawą tych, którzy mówią o zdradzie i jej nie karzą - słowem sprowadzonym do semantycznego absurdu.
    Z drugiej strony– rządzącym tym państwem, powierzono obowiązek narzucenia Polakom akceptacji dla działalność Obcych. Chodzi o totalną destrukcję świadomości społecznej i wpojenie nam, że wolno zdradzać i nienawidzić polskości - a zachować miano Polaka, że można drwić z praw ludzkich i boskich – i być nazywanym sędzią, że trzeba łgać i szerzyć wrogą propagandę – by zasłużyć na miano dziennikarza.
To nie "pluralizm medialny" nakazuje propagandystom PiS nagłaśniać każdy bluzg i knajackie zachowania różnych chamów. Nie oburzenie, ani chęć krytyki, każe im propagować bełkot „polityków opozycji” i kretynizmy wygłaszane przez telewizyjne panienki.
Ten celowy zabieg ma zohydzić życie publiczne, ma oswoić nas ze złem i niszczeniem zasad moralnych. Ma uczynić z naszego kraju siedlisko plugastwa i dewiacji, a przez akceptację zachowań anormalnych i przestępczych, zatrzeć wszelkie granice dobra i zła.
Tak hoduje się niewolników.
To, co w normalnej społeczności, byłoby odrzucone, potępione i ukarane – dyktuje się nam, jako efekt „różnic politycznych” i wyraz „totalności opozycji”.
To, co normalne państwa każą więzieniem, utratą praw publicznych i ostracyzmem - w III RP jest systemowo bezkarne i rozgrzeszone sofistycznym bełkotem.
    Jeśli działania Obcych traktuję jako zagrożenie, to tylko w odniesieniu do nas – Polaków, upodlonych latami rządów „patriotycznej prawicy”. Jest oczywiste, że dla działaczy partii Kaczyńskiego nie stanowią one poważnego problemu. Obowiązująca do dziś zasada, wygłoszona przez Kaczyńskiego w roku 2015: „nie będzie żadnej zemsty i odwetu, negatywnych emocji ani osobistych rozgrywek, żadnego kopania tych, którzy upadli.(...)Jesteśmy gotowi zapominać i wybaczać” – daje tym ludziom pewność,że po „zmianie rządów” nie spadnie im włos z głowy.

Drugie niebezpieczeństwo, przed którym dziś stoimy, dotyczy dominacji instytucji unijnych – a ścisłej - narzucenia nam niemieckiego dyktatu ekonomicznego i anty-cywilizacyjnych dewiacji praktykowanych przez społeczności Zachodu. Zabieg, wykonywany w sposób bezwzględny i wrogi, ma uczynić z naszego kraju unijną kolonię pod niemiecko-rosyjskim protektoratem i raz na zawsze wyrugować polskie obyczaje, kulturę i tożsamość.
Przyczyny owej bezwzględności i buty unijnych politruków, trzeba szukać w zachowaniach grupy rządzącej, w dziesiątkach ustępstw, „kompromisów” i kapitulacji, jakimi w dziejach tego państwa zapiszą się ludzie Kaczyńskiego.
Od nonsensownej i uwłaczającej „debaty o stanie demokracji”, w jaką owi „patrioci” pozwolili się zaprząc w styczniu 2016 roku, poprzez dyktat unijnych budżetów i bakszyszu zwanego „KPO”, po likwidację polskich kopalń, rezygnację z tzw.”reform sądowych”, przyjęcie ukazu propagowania dewiacji, unijnej „praworządności”, czy strategii wojskowej”.
    Wyłożona onegdaj przez pałacowego doradcę, prof. A. Zybertowicza, zasada "suwerenności współdzielonej", pozwala tworzyć sofizmaty tak użyteczne, że politycznym hochsztaplerom udaje się rozgrzeszyć każde tchórzostwo i zaprzaństwo. Pewność, że zostaną one ukryte za parawanem rządowej propagandy i przemilczane przez kolegów- „opozycję”, pozwala rządzącym kreować się na „obrońców polskich interesów” i mamić wyznawców pseudo-patriotyczną retoryką.
To zagrożenie, uznaję za nieuchronne. Słowa J. Kaczyńskiego, który dla milionów moich rodaków jest etyczno-polityczną wyrocznią : „Przynależność do UE jest wymogiem polskiego patriotyzmu”, odzwierciedlają stan umysłu, w którym nie ma już ratunku.
Nieuchronność wynika również z faktu,że „zatopienie” polskości w bagnie unijnych patologii, jest całkowicie obojętne większości moich rodaków. To proces niedostrzegalny, dla ludzi karmionych propagandą, kupionych unijnymi srebrnikami i ogłupionych medialną anty-kulturą.

Zagrożeniem trzecim- jest agresja rosyjska, podczas której Putin i jego narzędzie-Łukaszenka, rozpoznają dziś skalę słabości III RP.
Straszenie „wojną z Rosją”, tak gorliwie uprawiane przez rozmaitych „ekspertów od bezpieczeństwa”, ze stajni środowiska b.WSI, jest dziś działaniem na rzecz Moskwy i stanowi integralną część kremlowskiej strategii podstępu i dezinformacji.
To nie "siła" Putina stanowi śmiertelne zagrożenie. Stokroć bardziej obawiam się decyzyjnego uwiądu amerykańskiego tetryka, uległości euro-idiotów i głupoty zachodnich "analityków".
Te"aktywa",w połączeniu z rozległą agenturą, stanowią dziś o rosyjskiej "sile".
    Również to zagrożenie, zawdzięczamy polityce ostatnich 6 lat. Odrzucenie przez PiS sprawy smoleńskiej i „zakopanie” jej na kolejne dekady, dało Putinowi pewność, że III RP rządzi grupa całkowicie podporządkowana zasadom sukcesji komunistycznej, wśród których „niedrażnienie Rosji” należy do najważniejszych kanonów.
Rozpaczliwa „integracja” z unijnymi terrorystami oraz pokładanie nadziei w klubie dyskusyjnym pod nazwą NATO, to kolejne, milowe kroki na drodze donikąd. Od wielu lat zaniechano rozbudowy polskiej armii, a pozbycie się Macierewicza przywróciło siłom zbrojnym „ludowy” sznyt i położyło kres projektom przystąpienia do Nuclear Sharing.
Nigdy też nie próbowano budowy koalicji antyrosyjskiej i nie szukano militarnych sprzymierzeńców wśród państw bałtyckich.
Dlatego - nie słowa, lecz fakty świadczą o rzeczywistych intencjach PIS wobec Rosji,czy Białorusi.
    Przez 6 lat, ten rząd nie podjął żadnej inicjatywy w celu zablokowania Nord Stream2. Antypolski pakt „Frau Ribbentrop” z „małym Mołotowem”, był możliwy, ponieważ władze III RP nie wykazały cienia aktywności na arenie międzynarodowej, a ich polityka wobec Niemiec-najbliższego sojusznika Putina, była mozaiką głupoty i uległości.
Od roku 2016 rośnie import rosyjskiego węgla, a nasz kraj należy dziś do największych odbiorców surowca z Donbasu-ukradzionego Ukrainie przez ruskiego okupanta (wzrost o 160 proc.w ostatnich 3 latach). Reaktywacja tzw. Polsko-Rosyjskiej Grupy ds. Trudnych, działalność rządowego TPPR-bis (tzw. Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia z rocznym budżetem kilkakrotnie większym od środków przeznaczanych na Podkomisję Smoleńską i praktyką „wymiany młodzieży”), przyzwolenie na antypolskość ambasady Rosji, czy szereg ruskich „inicjatyw kulturalnych” – to niewielki wycinek realiów III RP.
Stwierdzenie prezydenckiego doradcy ds. bezpieczeństwa: „Rosyjska agentura wpływu swobodnie działała w kluczowych polskich mediach” – i brak jakiejkolwiek reakcji służb, dobitnie dowodzi, że rządzący godzą się również z obecnością agentury.
III RP nie zareagowała na żaden z wcześniejszych ataków rosyjskich: na włamania hakerskie do urzędów państwowych, na paraliżowanie ważnych instytucji, na zatrzymanie polskiego samolotu.
    Od roku 2016, ten rząd wielokrotnie wyrażał zainteresowanie „otwarciem na Białoruś”. Chcąc przypodobać się Łukaszence, drastycznie obcięto środki na tTV Biełsat, nadającą z Polski po białorusku, a szef MSZ Waszczykowski „doradził” Białorusinom, by „nauczyli się mówić po polsku” i oglądali TV Polonia. Do Łukaszenki jeździł minister Waszczykowski i wicepremier Morawiecki, a marszałek Senatu Karczewski, wychwalał po wizycie reżim, opiewając „duży porządek i dobrze rozwiniętą infrastrukturę”.
W roku 2019 władze IIIRP nie reagowały, gdy służby Łukaszenki usuwały koparkami krzyże w Kuropatach, gdzie spoczywa blisko 4000 Polaków zamordowanych przez Rosjan w kwietniu i maju 1940.
Zaledwie w czerwcu br., lokator Pałacu, występując przeciwko "próbom skłócenia Polski i Białorusi" składał wieniec po krzyżem w Zaleszanach, ufundowanym przez b. członka PRON E. Czykwina (TW SB "Izydor"). Miejsce to miało „upamiętniać ofiary” walczącego z komunistami kpt. NZW Romualda Rajsy ps.Bury.
    Trzeba mocno podkreślić, że sytuacja na granicy polsko-białoruskiej, agresja Rosji i buta Łukaszenki, są konsekwencją przerażających błędów i zaniechań, jakich dopuścili się ludzie PiS. To ich słabość, uległość i nonsensowne „strategie”, doprowadziły do traktowania III RP niczym „pochyłego drzewa”.
Przyjmując dziś - ulubioną przez tą partię, pozę „ofiary”, ci ludzie kpią z Polaków, licząc na naszą amnezję i głupotę.

Wszystkie przedstawione tu zagrożenia, łączy wspólny mianownik: powstały „na życzenie” i za sprawą grupy rządzącej. To nie „atak na konserwatywne rządy”, nie „nienawiść do PiS”, ani „lewacki odwet” doprowadził do kumulacji tylu niebezpieczeństw.
Partia Kaczyńskiego nie ma żądnego prawa uważać się za „pokrzywdzoną”.
Nie jest bowiem „stroną atakowaną” w tych konfliktach, lecz współsprawcą klęsk, za które zapłacą moi rodacy.
    Brak spójnej, strategicznej polityki, ucieczka od odpowiedzialności, porzucenie polskiej racji stanu i polskich interesów, polityczne tchórzostwo i koniunkturalizm, uleganie naciskom, podatność na obce wpływy, setki kompleksów, kunktatorskich kompromisów i ustępstw – to rzeczywiste przyczyny dzisiejszych problemów.
To nie PiS stanowi przeciwwagę przed zdrajcami z „opozycji” i nie rządzący „walczą” dziś o polskie interesy w UE. To nie ten rząd „broni” naszych granic przed terrorystami.
Wszystko,co propaganda przedstawia nam, jako „zwycięstwa”, jest zaledwie mdłą reakcją obronną – bez cienia inicjatywy, bez woli walki, niezależność i determinacji.
Z odrazą słucham zapewnień, wygłaszanych w ramach „7 kroków” M.Morawieckiego. Z doświadczeń ostatnich lat wiemy, że będą ustępstwa, że decyzje zapadną poza III RP, że „europejska solidarność” jest mitem dla idiotów, a poza pustosłowiem, nie nastąpią żadne reakcje, sankcje, ani działania odwetowe.

Jeśli ta kumulacja agresji wewnętrznej i zewnętrznej stwarza dziś realne zagrożenie, to tylko dlatego, że „obrońcami” są ludzie słabi, obłudni i zależni, a my – mieszkańcy kraju dotkniętego agresją, nie chcemy dostrzec grozy naszego położenia.
Scenariusz przyszłych wydarzeń, dość łatwo przewidzieć. Nie jest perspektywą dni, lecz miesięcy lub lat.
    Rządzący ulegną roszczeniom unijnych terrorystów, a w stosunku do Rosji, będą dążyli do „konsensusu”. Zasada, wygłoszona w roku 2016 przez A.Dudę: "Absolutnie nie uważam,aby Rosja była naszym wrogiem. Nigdy takie słowo nie padło z moich ust ani żadnego odpowiedzialnego polityka w Polsce,aby Rosja była naszym nieprzyjacielem czy wrogiem" – nadal obowiązuje.
Im mocniej naciskają brukselscy komisarze, im większą presję wywiera kremlowski watażka – tym bardziej wśród rządzących narasta przekonanie, ze tylko ustępstwa i „mądre kompromisy”, mogą przedłużyć okres partyjnego zarządzania III RP. Jeśli to się nie uda, „przedterminowe wybory” są jedynym ratunkiem, jaki zna partyjny „strateg”.
    To droga do zatracenia resztek polskości, do ugruntowania władzy Obcych i oddania naszego kraju na pastwę odwiecznych wrogów- Rosji i Niemiec.
Już dziś widać, że we wszystkich zagrożeniach, będziemy zdani na własne siły. Im dłużej – i wbrew faktom, rządzący utrzymują moich rodaków w przekonaniu o „wsparciu UE” i „gwarancjach NATO” – tym szybciej zbliżamy się do ściany.

        Proszę nie pytać – jak spod niej wyjść? Odpowiedź, jakiej mógłbym udzielić, nie zadowoli pytających.
Zbyt głęboko tkwimy w niewolniczej mentalności, by zdobyć się na odruch gniewu.
Zbyt wielką krzywdę nam wyrządzono, byśmy odważyli się na bunt.
    W „Drodze donikąd” Józefa Mackiewicza, znajduje się dialog dwóch bohaterów – Pawła i Tadeusza. Niech starczy za odpowiedź:
Jakaż może być dyskusja, gdy wszystko postawione jest właśnie do góry nogami. Słowa mają tu znaczenie odwrotne albo nie mają żadnego.
Odbierz ludziom pierwotny sens słów, a otrzymasz właśnie ten stopień paraliżu psychicznego, którego dziś jesteśmy świadkami. To jest w swej prostocie tak genialne, jak to zrobił Pan Bóg, gdy chciał sparaliżować akcję zbuntowanych ludzi, budujących wieżę Babel: pomieszał im języki.”



piątek, 12 listopada 2021

DEMOKRACJA CZY DYKTAT (1) JAKA POLSKA?


Gdyby zapytać naszych rodaków – jak obalić III RP, jak odbudować Niepodległą - pewnie większość odpowiedziałaby według poprawnego schematu i jako narzędzia wskazała „walkę parlamentarną”,„procesy polityczne” oraz „zwycięstwo wyborcze”.
Nie popełnię błędu twierdząc, że gros ludzi prawych, którzy widzieliby Polskę wolną od spuścizny komunizmu, od obecności tutejszych Obcych i dyktatu euro-terrorystów, tylko w owych „narzędziach demokracji” chce dostrzegać nadzieję.
Ta zaś część „patriotycznej prawicy”, która obecny status III RP postrzega przez pryzmat „wpływów zewnętrznych”, dodałaby do tego katalogu – „zmianę sytuacji zagranicznej”, „kryzysy ekonomiczne i polityczne”, „grę mocarstw”.

Nie od dziś, ośmielam się twierdzić, że żadna z takich odpowiedzi nie zasługuje na poważne traktowanie, a udzielający je, nie odrobili lekcji historii i niewiele zdają się rozumieć z realiów obecnego państwa.
By nie powielać dziesiątków argumentów, znanych już stałym bywalcom bezdekretu (wyłożyłem je obszernie m.in. w cyklu tekstów „PO CO DEMOKRACJA?”), przypomnę jedynie, że państwa realnego socjalizmu nie upadają pod „ciosami demokracji”. Jak łatwo dostrzec, na przykładzie III RP, państwa takie anektują fasadę demokratyczną, by ukryć własne draństwa i umożliwić władzę beneficjentom systemu, nigdy zaś po to - by oddać ją obywatelom.
Dlatego farsa demokracji – w wydaniu III RP – jest bronią wymierzoną w społeczeństwo, jest mitem, który ma nas zniewolić i znieprawić. Ten mit, podniesiony do rangi przymusu konstytucyjnego i obwołany niekwestionowanym bożkiem, jest podstawową przeszkodą w obaleniu III RP.
    Na straży tej niby-państwowości stoi bowiem system ustanowiony w latach 1989-91, gdy zainicjowano kontrolowany przez bezpiekę proces „pluralizmu politycznego” i w miejsce jednej, „przewodniej siły narodu”, stworzono szereg rozmaitych partii i partyjek - zwykle przy udziale kapusiów i agentury. Łączył je wspólny mianownik – wyrażały akceptację dla układu powstałego w Magdalence i deklarowały uczestnictwo w ”mechanizmach demokracji”. Ten, kto nie wyrażał takiego akcesu i nie godził na „wspólnotę” z komunistami, znalazł się na marginesie życia publicznego i został wykluczony z dobrodziejstw „procesów demokratycznych”.
Wiedza o podwalinach mitu demokratycznego, musi prowadzić do wniosku, że wpływ na państwo, można odzyskać tylko w taki sposób, w jaki narzucono nam historyczne kagańce i systemowe ograniczenia. Skoro Polacy utracili wolność na drodze zdrady, zbrodni, kłamstw i przemocy – w zgodzie z tą logiką, należy przyjąć, że tylko rozwiązania siłowe i kroki radykalne, mogą doprowadzić do sanacji państwa.

To oznacza, że upatrywanie nadziei w „wyborach powszechnych”, które od roku 1991 obracają się wokół tych samych osób i środowisk, lub stawianie na systemowe „partie polityczne”- jest oczywistym nonsensem.
Żadna „Konfederacja”, „Kukiz”, czy inna pseudo-opozycja, nie może mieć wpływu na obalenie III RP.
Po pierwsze dlatego,że wcale do tego celu nie dążą, po drugie, że są częścią układu, który pozwala im na wygodne i dostatnie życie, po trzecie – bo uczestnicząc w mistyfikacji „pluralizmu politycznego”(robili to też komuniści, dozwalając na „stronnictwa demokratyczne”, czy „ludowców”) skazują się na rolę folkloru i „planktonu” politycznego.
Te partie, jak i obecni w nich ”działacze”, są przeznaczeni do tworzenia dowolnych konfiguracji i najbardziej egzotycznych „sojuszy”, do wykonywania zaskakujących wolt i przepoczwarzeń. Głównie po to, by tumanić ludzi młodych, zapobiegać potencjalnym zagrożeniom, kanalizować emocje i odruchy sprzeciwu.
Gdyby demokracja, wybory, czy działania partii politycznych miały zagrozić władzy beneficjentów, nie byłoby ich w Rosji i w III RP- państwach, w których mit o „śmierci komunizmu” wykorzystano do zbudowania fundamentów kolejnej sukcesji komunistycznej.
    Nie można również utrzymywać, że „następne wybory coś zmienią”, bo taki przypadek nigdy nie miał miejsca w 30-letniej historii tego państwa. Żadna zmiana rządów nie wyrugowała, choćby jednej patologii IIIRP, nie uwolniła tego państwa z ludzi służących okupantowi, nie zniszczyła esbeckich fortun, nie przywróciła poczucia sprawiedliwości, nie doprowadziła do ujawnienia zbrodni i skazania zbrodniarzy.
Podobnie, jak komunizm był kompletną niedorzecznością - nawet w swojej strukturze formalnej, tak jego hybryda, zwana III RP, jest niedorzecznością w obszarze zjawisk politycznych, etycznych, bądź prawnych. Nie da się ich zdefiniować przy pomocy racjonalnej metodologii, bo przedstawiciele tego państwa traktują demokrację, moralność i prawo, w taki sposób, jak złodziej używa wytrychu do otwarcia zamkniętych drzwi, a morderca korzysta z noża do zadźgania ofiary. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie jednak twierdził, że złodziej sięgając po wytrych staje się ślusarzem, a używający noża bandyta, wykonuje zawód kucharza.
    Jeśli dla kogo, 30 lat to za mało, by zrozumieć bezużyteczność mitu demokracji - pora uznać swoje ograniczenie umysłowe i nie narzucać błędu innym.

poniedziałek, 23 sierpnia 2021

JAKA POLSKA ?

 „Nikogo nie „oskarżam” i nikomu nie „zarzucam”. Że inni, czy wszyscy inni, idą jakąś drogą polityczną, ideową, czy każdą uznaną przez nich za słuszną, to ich rzecz.
Upieram się natomiast, że wolno mi tę ich drogę obserwować i — w warunkach wolności słowa — nawet opisywać.
Kiedyś nazwałem tę drogę „donikąd”. Dziś uznana została przez „instynkt narodu” za docelową.
W tym zdaniu nie ma (złośliwej) ironii. Jest tylko stwierdzenie faktu
”.
Nieuchronnie zbliża się czas, w którym wybór musi być dokonany. Nie z przymusu, ani groźby upadku, nie dla zysku lub makiawelicznych planów.
Musi być dokonany, by nie spadły na nas słowa Józefa Mackiewicza.
Ten, który „drogę wielkiego ześlizgu” przemierzył skalą nudis verbis, wiedział, jak kończy się „stwierdzenie faktu”.
„Nie ja wygrałem.
Wygrali ci, którzy organizują "instynkt narodu".
Ja przegrałem z kretesem.
Więc proszę o pobłażanie”.

Przed pięcioma laty pisałem, że to wyznanie Mackiewicza, uczynione u kresu życia wielkiego pisarza, jest wyrazem geniuszu i politycznej wizji.
Darów, które ciężarem logiki mackiewiczowskiej, zawsze skazują na wykluczenie i samotność.
Jednocześnie - to słowa tak wstrząsające, że nie wolno dopuścić, by ktoś je powtórzył.
        Nieuchronny jest więc wybór – między tym, co „instynkt narodu” uczynił dziś drogą powszechną, prowadząc moich rodaków na manowce III RP, ku obcej krainie „donikąd” - i tym, co w naszych marzeniach, w niepoprawnie śmiałych planach, wytycza drogę długiego marszu i wiedzie do Niepodległej.
Trzeba się zdecydować - „gdzie kończy się wmówienie a zaczyna związek realny czy wskutek przeżyć historycznych nie staliśmy się psychicznie skrzywieni i na wypadki reagujemy teraz z prawidłowością histeryków czy wciąż jesteśmy barbarzyńskim plemieniem wśród sztucznych jezior i puszcz elektrycznych”.
Trzeba wybrać – czy dalej „obserwować”, „opisywać” i obdarzać uwagą zwodnicze „realia”, w jakie wpychają nas mali demiurdzy, w służbie tego państwa, czy może – odrzucić to nędzne simulacrum i skierować myśl na projekt godny Polaków.
Nie sposób pominąć słów Mackiewicza, nie wolno ich lekceważyć ani odsyłać w otchłań historii.
Głupcami są ludzie, którym dziś wydaje się oderwane od przeszłości i narodowych doświadczeń.
Głupcami są ci, którzy słów autora „Nudis verbis” nie odczytują jako współczesnej przestrogi.

    „Jak można na dłuższą metę wychowywać naród politycznie, bez przeprowadzenia „kanciastej” granicy pomiędzy pojęciami tak prymitywnymi jak: „sojusznik” i „najeźdźca”, „wierny” i „zdrajca”, „swój” a obcy, czy wrogi „agent ?” – pytał Mackiewicz w roku 1947.
Skoro dziś – w całej przestrzeni publicznej tego państwa, nikt nie odważy się postawić takiego pytania, czy wolno twierdzić, że uwolniliśmy się z ówczesnych ograniczeń?
Mackiewicz – pisarz przeklęty geniuszem, musiał przekopać powojenną rzeczywistość do fundamentów, a nie znajdując nigdzie ratunku przed tymi, którzy „organizują instynkt narodu”, uznać swoją porażkę.
My nie musimy.
Nie dlatego, by z sukcesji komunistycznej, pod nazwą III RP miała wyrosnąć Wolna i Niepodległa, ale z uwagi na przestrogę pozostawioną przez Mackiewicza.
Dzięki niemu wiemy, że „obserwacja” i „opis” – zawsze kończy się porażką, a „zarzuty” i „oskarżenia” - choćby najcelniejsze i trafiające w głąb przegniłych fundamentów, doprowadzą do wyznania – „nie ja wygrałem”.

        Wiem, że wielu z Państwa odczuwa odrazę do rzeczywistości skleconej przez „wybrańców narodu”, że mierzi stan tego państwa, przeraża ogrom nieprawości i niebotyczne zakłamanie politycznych decydentów.
Kilka lat temu napisałem, że fałsz i nędza polityki prowadzonej przez obecnych rządców III RP, ma prawo odstręczać i napawać odrazą ludzi rozumnych.
Jako autor setek tekstów z lat 2007-2015, w których niezwykle krytycznie oceniałem reżim PO-PSL, mogę dziś napisać – tak prostackiej propagandy, takich pokładów zakłamania i ordynarnego fałszu, takiej pogardy dla polskich aspiracji - nie widziałem nawet w tamtych, ponurych latach.
Bo choć były one naznaczone zbrodnią smoleńską, choć odsłoniły najgłębsze pokłady upodlenia  tzw.”elit” tego państwa, ich postępki, ich słowa pełne nienawiści, nie dotykały tak boleśnie.
Jak nie dotyka to, co pochodzi od Obcych.
Tych zaś, którzy dziś rządzą – jakiż w tym absurd i ciężar goryczy – czy nie chcieliśmy nazywać „naszymi” i widzieć w nich rzeczników polskich interesów?
Ilu z tych, którzy czytają te słowa pokładało nadzieję w zapowiedziach „dobrej zmiany”, ilu wierzyło, że rządy tak długo wyczekiwane, przyniosą czas prawa i sprawiedliwości?
Powie ktoś – przecież ludzie reżimu PO-PSL prowadzili jeszcze bardziej nędzną i fałszywą politykę, przecież kłamali na potęgę i traktowali naszych rodaków niczym stado idiotów.
Odpowiem: prawda, lecz świadomość – kim byli ci ludzie, była równie naturalna, jak wiedza o objawach śmiertelnej choroby. Byli tymi, za kogo ich uważaliśmy – zbieraniną obcych, twardogłowych typów, złączonych nienawiścią do wszystkiego co polskie.
Byli tacy, jakich poznaliśmy po Smoleńsku – grupą załganych karłów, ludzi bez czci i odwagi.
Spodziewać się po nich dobra, oczekiwać uczciwości i działań honorowych - byłoby niepodobne.
Od takich, nie oczekiwałem więc niczego.
Poza życzeniem, jakie wyraziłem przed dziesięcioma laty: by zniknęli z mojego kraju na zawsze.
Ich świat - świat Obcych, dawno stał się rozpoznawalny i tylko ludzie bez daru rozróżnienia dobra od zła, mogli go nie dostrzec.
Dziś, gdy jedni i drudzy są równie Obcymi, nie zasługują nawet na pogardę.

sobota, 17 lipca 2021

SMOLEŃSK - ZBRODNIA NOWEGO ŁADU (3) - SŁUŻBY

Podobno tylko tajne służby mają możliwość dokonania zbrodni doskonałej.
Typując ofiarę, decydują również o okolicznościach towarzyszących zbrodni: wybierają czas i miejsce, znają wykonawcę i sposób przeprowadzenia akcji. Są pierwsze na miejscu zbrodni; mogą zacierać ślady i preparować nowe; tworzą tropy wiodące donikąd, fałszują dane i dowody. Mogą dowolnie inspirować i dezinformować, wyciszać lub nagłaśniać akcje propagandowe, wzmacniać lub ukrywać określone wątki.
To ludzie służb mogą wpływać na decyzje prokuratur, sądów i polityków. Potrafią kierować głosem ekspertów, pracą naukowców i dziennikarzy.
Jeśli i te środki byłyby niedostateczne – tajne służby zastraszą nazbyt dociekliwych, sięg po szantaż lub groźby. W ostateczności – zdecydują o fizycznej likwidacji. 
 
    Nawet dla ludzi mających mglistą znajomość sprawy smoleńskiej, wydaje się pewne, że wokół niej toczyła i nadal się toczy, gra tajnych służb. Nie tylko rosyjskich, czy polskich, ale kilku innych, działających na rzecz ważnych mocarstw.
Gra, o której tak naprawdę niewiele wiemy, a jeszcze mniej rozumiemy jej sens.
Dlatego praca nad trzecią częścią cyklu „Smoleńsk – Zbrodnia nowego ładu”, w której chcę poruszyć temat służb specjalnych, nastręcza największe trudności.
O ile znakomitą część zawartych tu informacji i opinii, każdy z czytelników może sam zweryfikować, o tyle niektóre hipotezy muszą korzystać z autorskiego prawa do interpretacji.
Nie dlatego, by miały się opierać na „wiedzy tajemnej”, ale z tej przyczyny, że sposób ich dowodzenia musi być ograniczony do objętości blogowego tekstu.
By właściwie ocenić skutki zaniechania sprawy smoleńskiej w kontekście służb III RP, trzeba cofnąć się do czasu, gdy tandem PO-PSL wygrał wybory parlamentarne.
Czystki personalne i brutalny demontaż mechanizmów ochrony państwa, powrót do koncepcji „zbrojnego ramienia grupy rządzącej”, zablokowanie procesu weryfikacji WSI i odbudowa wpływów tego środowiska, wielowątkowe kombinacje operacyjne, mające na celu inwigilację prezydenta i pozbawienie go buforów bezpieczeństwa, celowe osłabienie systemu kontroli nad działalnością tajnych formacji oraz bagatelizowanie zagrożeń wynikających z aktywności obcych służb – to tylko niektóre ze zjawisk mających miejsce w latach 2007-2010.
W żaden sposób nie można uznać, by były one efektem realizacji koncepcji zamachu na polską elitę.
A jednak, bez tych zdarzeń, bez ich destrukcyjnej dynamiki, nie mogłoby dojść do wydarzeń z 10 kwietnia.
    Mieliśmy wówczas do czynienia ze zjawiskiem, w którym państwo dokonywało powolnej samolikwidacji i zmierzało w przepaść obcych zależności. Jeśli nawet decydenci tego procesu nie planowali zastawienia pułapki smoleńskiej, wydarzenie to stanowiło zwieńczenie okresu rządów PO-PSL i wynikało z wewnętrznej logiki dokonywanych wyborów.
Służbom specjalnym należy wówczas przypisać rolę tych, którzy jako pierwsi wywiesili białą flagę i ponieśli najbardziej spektakularną klęskę.
Stało się to na długo przed 10 kwietnia, gdy III RP znalazła się w centrum zainteresowania rosyjskiego wywiadu, a w życiu publicznym zaczęły dominować postaci forsujące ideę „przyjaźni” z reżimem Putina. Nastąpiło to wówczas, gdy przy zamkniętej kurtynie medialnej i wrzasku propagandy, podejmowano obłędne decyzje polityczne i gospodarcze, służące interesom moskiewskich „siłowników”.
Ten wieloletni proces, musiał doprowadzić do degeneracji całego systemu bezpieczeństwa, a w szczególności dotknął formacje nazywane „polskimi służbami”.
Określenie zasługuje na cudzysłów, bo – w moim odczuciu - nie należy traktować go literalne.
Jeśli zadania wywiadu zdefiniujemy, jako ukierunkowane na niejawne pozyskiwanie informacji istotnych z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa, zaś w celach kontrwywiadu dostrzeżemy przeciwdziałanie zdobywaniu takich informacji przez struktury identyfikowane jako obce – model ten ma niewiele wspólnego z charakterystyką pracy służb III RP.
Cele propaństwowe, zostały bowiem sprowadzone do użytecznej fasady, za którą skrywają się relacje z okresu PRL-u.
W istocie, od początku istnienia III RP mamy do czynienia z formacjami działającymi na zlecenie „grupy trzymającej władzę” – tę zaś możemy opisać, jako grono polityków, oligarchów i wysokich rangą funkcjonariuszy, zarządzających najważniejszymi obszarami życia publicznego.
Jeśli przyjmiemy, że tajne służby winny być sprawnym i wszechstronnym instrumentem zapewniającym bezpieczeństwo państwa i obywateli – ta teoria nie ma zastosowania do praktyki III RP. Powstałe po 1989 roku służby nigdy nie pełniły i nie mogły pełnić takiej roli.
Z dwóch, podstawowych powodów.

sobota, 29 maja 2021

SMOLEŃSK - ZBRODNIA NOWEGO ŁADU (2)

Obecna pozycja III RP na arenie międzynarodowej i przedmiotowe traktowanie tego państwa, jest bezpośrednim skutkiem zaniechania sprawy smoleńskiej i efektem utrwalenia patologii zaistniałych po 10 kwietnia 2010 r.

        Realny status tej pozycji określają dwa, kluczowe wydarzenia: spektakl unijnej „debaty nad stanem demokracji” z roku 2016, oraz wymuszenie zmiany prawodawstwa w roku 2018, poprzez odstąpienie od zapisów ustawy o IPN.W pierwszym wypadku pozwolono, by nonsensowny temat „zagrożenia demokracji” został sfingowany, nagłośniony i narzucony Polakom, jako wiodący motyw walki politycznej. Autorzy tego widowiska zmusili lokatora Pałacu, rząd i posłów IIIRP do uczestnictwa w ponurym spektaklu i tłumaczenia się przed zgrają lewaków i wrogów Polski. Za sprawą ludzi PiS, każdy z głosujących wówczas za „dobrą zmianą” został postawiony pod unijnym pręgierzem i zaprzęgnięty do udowadniania swojej niewinności.
Okazało się zatem, że po ośmiu latach katastrofy rządów PO-PSL, po rujnującej kadencji Komorowskiego, setkach najpoważniejszych afer i przestępstw, po latach bezprawia i rozpasanej samowoli władzy, Polacy nie znajdowali innych spraw, jak emocje towarzyszące „obrońcom demokracji”.
To upokorzenie nie mogłoby mieć miejsca, gdyby ówczesny rząd twardo i jednoznacznie postawił sprawę zamachu smoleńskiego; wskazując tym samym, że rządy reżimu PO-PSL obfitowały w rozliczne akty zdrady, łamania praw obywatelskich, zamordyzmu i budowania państwa totalitarnego. Należało wykazać, iż okres ten nie miał nic wspólnego z „wartościami demokracji”, a ludzie, którzy sprawowali wówczas władzę paktowali z obcym mocarstwem przeciwko prezydentowi własnego kraju, a następnie uczestniczyli w ukrywaniu prawdy o zamachu smoleńskim i wspierali obcą, wrogą Polakom wersję wydarzeń.
Taka, zgodna ze stanem faktycznym diagnoza, pozwoliłaby podjąć jedynie sensowne i sprawiedliwe rozstrzygnięcie i w miejsce przyzwolenia na wrzask o „zagrożeniu demokracji” doprowadziła do postawienia Obcych przed Narodowym Trybunałem i skazania ich na wieloletnie kary więzienia.Gdyby jakiś zwolennik PiS oburzał się na podobną ocenę, przypomnę, że jeszcze w roku 2013 J. Kaczyński wołał w uniesieniu - „W Polsce mamy do czynienia ze skrajną formą systemu postkomunistycznego”. Gdy dwa lata później pozwolono Kaczyńskiemu zasmakować fruktów władzy, partyjni wyznawcy mogli usłyszeć zgoła inną diagnozę: „polska demokracja ma się dobrze”.
Te i wiele innych wypowiedzi owego „męża stanu” dowodzą, że w logice Kaczyńskiego triumfy święci hiper-brednia, wypowiedziana w roku 2015 przez byłego „działacza ekologicznego” prof. Piotra Glińskiego - "Żyjemy w ćwierć-demokracji”.
Owszem - odpowiedziałbym - żyjemy, bo takie kłamstwa narzucają nam ćwierćinteligenci.
Partyjny bełkot na temat demokracji, bądź jej braku, dowodzi jednej rzeczy: zdaniem grup zarządzających III RP, demokracja istnieje wtedy, gdy one sprawują władzę i zanika natychmiast, gdy władza zostanie utracona.
To z kolei, powinno prowadzić do konkluzji, że rządy PO-PiS-PSL-SLD itd. nie mogą mieć nic wspólnego z prawdziwą demokracją, a jej nazwa jest wykorzystywana przez partyjnych szalbierzy dla zapewnienia sobie osłony propagandowej. Gdyby było inaczej, demokracja nie mogłaby znikać w chwilę po ogłoszeniu tzw. wyników wyborczych, ani pojawiać się natychmiast, gdy „nasi” przejęli władzę.
Ludzie partii systemowych III RP traktują więc demokrację w identyczny sposób, jak traktowali ją komuniści - nadając swoim rządom miano „demokracji socjalistycznej”. Użycie tego określenia ma zapewnić im „mandat społeczny” i usprawiedliwić draństwa dokonywane w imieniu mitycznego „suwerena”
W tekście „Samobójstwo w obronie demokracji” ze stycznia 2016 roku, pisałem:
Pułapka demokracji okaże się tym bardziej skuteczna, że zastawiono ją na arenie międzynarodowej, w środowisku wrogim i dalekim od znajomości spraw polskich. To nieprzypadkowa okoliczność. Odtąd każdy łajdak, któremu chciano by postawić zarzuty, będzie mógł wylewać żale na forum PE i udowadniać, że stał się ofiarą „nagonki politycznej”. Gdyby komuś przyszło do głowy stawiać przed sądem polityków PO-PSL – niechybnie usłyszymy o okrutnym „prześladowaniu opozycji” i „zamachu na demokrację”. Tym kontroskarżeniem można zablokować wszelkie działania w sprawie Smoleńska, ale też sprawy dotyczące afer i pospolitych przestępstw.
Formuła, zastosowana podczas obecnej kombinacji okaże się przydatna w każdym przypadku, w którym dojdzie do naruszenia interesów układu III RP. Można ją również zastosować do forsowania interesów niemieckich i unijnych. Groźba wszczęcia procedur przeciwko Polsce, będzie odtąd najwygodniejszym straszakiem i argumentem tzw. opozycji.
Wolno sobie wyobrazić sytuację, w której poszczególne ustawy i decyzje rządu PiS trafią pod ocenę organów unijnych i zostaną skonfrontowane z „zasadami demokracji”. Próba ukrócenia interesów korporacyjnych, zmiany ustawy o TK czy rewizji konstytucji, będzie osądzana jako „zamach” i stanie się powodem nakręcania antypolskiej histerii. Dość łatwo można zagrozić wprowadzeniem sankcji przeciwko Polsce lub posłużyć się szantażem wykluczenia nas z Unii Europejskiej. Jestem przekonany, że postawiony wobec takiej alternatywy rząd „georealistów” z PiS, uczyni wszystko, by w drodze „dialogu i porozumienia” zadowolić oczekiwania eurołajdaków.”
    Nietrudno zauważyć, że przewidywania te wkrótce się spełniły, zaś obecne problemy z antypolskimi działaniami UE i aktywnością tutejszych Obcych, są konsekwencją „samobójstwa w obronie demokracji”.
Trzeba przy tym podkreślić, że partia Kaczyńskiego świadomie odrzuciła narrację smoleńską. Nie istniała ona w trakcie tzw.”kampanii wyborczej”, była przemilczana na arenie międzynarodowej i nie wywołała żadnych działań, po przejęciu władzy w roku 2015.
Przez lata rządów PiS nie podjęto tematu ani jednej zbrodni z okresu PRL i III RP, nie wyjaśniono żadnej afery, nie wszczęto ani jednego śledztwa w sprawach najważniejszych dla Polaków.
Faktem jest, że wyjaśnienie największej zbrodni we współczesnej historii Polski powierzono zaledwie podkomisji ministerialnej, o budżecie 2 mln zł w roku 2017.
Faktem jest, że nikt i nigdy nie rozważał projektów powołania narodowego trybunału do zbadania i osądzenia tej zbrodni, uchwalenia dodatkowych przepisów karnych, stosowania aresztów wobec polityków poprzedniego reżimu i ludzi służb, zaangażowania najlepszych kancelarii prawniczych na świecie, powołania sztabów specjalistów ze wszystkich dziedzin związanych z tematem oraz wyłożenia z budżetu miliardów złotych ma rozwiązanie sprawy smoleńskiej.
Faktem jest, że temat ten w ogóle nie istnieje na arenie międzynarodowej, a od czasu wymuszonej przez A.Dudę dymisji ministra Macierewicza, nie jest podnoszony przez żadnego polityka tego rządu. Nie ma też ani jednej inicjatywy, która zmierzałaby do informowania opinii światowej o okolicznościach zamachu lub budowania koalicji państw zainteresowanych wyjaśnieniem zbrodni.
Dla miraży władzy, PiS pozostawił 96 Polaków w smoleńskim błocie.
Jeśli tak niewielu z nas postrzega dziś Smoleńsk jako sprawę narodową, rzecz najważniejszą i godzi się z zaprzaństwem partii Kaczyńskiego, jest w tym największy tryumf środowiska,które na zbrodni smoleńskiej zbudowało wpływy,a pięć lat później doprowadziło do "nowego rozdania".
Ludzie PiS wiedzą, że prawda materialna o Smoleńsku kosztowałaby zbyt wiele; groziła utratą „spokoju społecznego”, niosła perspektywę ostrej walki, wizję wyrzeczeń i ofiar. Dla partii, której fundament władzy opiera się na relatywizmie, propagandzie i minimalizowaniu aspiracji Polaków, oznaczałaby konieczność podejmowania trudnych decyzji i wyborów.
Prawda formalna jest bezpieczniejsza. Wsparta na „wspólnocie pomnikowej” i prymitywnej grze na emocjach, na długo może absorbować uwagę Polaków i zapewnić PiS- owi miano „obrońcy pamięci”.

    W drugim przypadku – rezygnacji z zapisów ustawy o IPN, doszło do niezwykłego, jak na warunki europejskie precedensu, w którym rząd (nominalnie) wolnego państwa ugiął się pod presją obcych mocarstw i dokonał zmiany swojego prawodawstwa. Ten precedens otworzył drogę do kolejnych aktów kapitulacji i przyspieszył rezygnację z resztek suwerenności.

Również w tej sprawie mielimy do czynienia z narzuceniem obcej, szkodliwej dla Polski kombinacji. Nie tylko w wymiarze operacji służb izraelskich i nacisków ze strony USA, ale poprzez aktywność agentury ulokowanej w partiach politycznych, działań agentury wpływu oraz polskojęzycznych mediów, zainstalowanych na obszarze III RP.
Na skutek tej operacji doszło do wymuszenia zmiany ustawy o IPN, mającej gwarantować poszanowanie prawdy historycznej, ale też do rezygnacji z ustawy reprywatyzacyjnej, która zakładała, że​tylko obywatele Polski mogą żądać zwrotu utraconej własności.
Działania te były możliwe, ponieważ rząd PiS przejął status państwa z roku 2015 i zaaprobował patologiczny układ, oparty na relacjach wasalnych i agenturalnych. W tym układzie, o sprawach polskich decydowały ambasady Rosji, USA czy Izraela, a decyzje dotyczące Polaków były warunkowane interesem obcych mocarstw.
Działania takie były możliwe, ponieważ ponad narodowy obowiązek sprawy smoleńskiej, ten rząd przedłożył mitologię demokracji, a w miejsce twardej rozprawy z Obcymi, przyjął kłamstwo o istnieniu „opozycji” i dogmat o respektowaniu jej praw.
Jak trudno sobie wyobrazić, by rządy Izraela lub Stanów Zjednoczonych, zaatakowane przez agresywnych oszczerców, odpowiedziały im bełkotem o „woli dialogu” i deklaracją „zrozumienia racji drugiej strony”, tak dla partii Kaczyńskiego i jej zwolenników niewyobrażalna była reakcja wykraczająca poza ramy mitologii demokracji.
Tak dalece przekonano tych ludzi, że to, co mówią w przekaźnikach odpowiada faktom, a to, co deklarują politycy, jest zgodne z ich działaniem, tak otumaniono ich partyjnym bełkotem o prymacie „dobrych relacji” nad polską racją stanu, że niewyobrażalne stało się dewizą niewolników.
Dramat rozgrywający się w roku 2018 był tym większy, że ówczesne zachowania „dobrej zmiany” – nacechowane tchórzostwem, słabością i koniunkturalizmem, podlegały ścisłej osłonie propagandowej, nie były oceniane przez autentyczną opozycję (taka w III RP nie istnieje) i zostały wyłączone z logicznej analizy przyczynowej (związku skutków i przyczyny).
Za wzorcowe dla zrozumienia ówczesnych intencji PiS, uważam słowa prezydenckiego doradcy, prof. A.Zybertowicza, przytoczone w pierwszej części tekstu.
Dokonując przekładu tych słów na język polski, mogliśmy się dowiedzieć: „Najważniejsze dla PiS jest zachowanie władzy. Nawet za cenę prawdy lub podległości obcym interesom”.
Słysząc takie dictum, przedstawiciele obcych interesów, żerujący lub aspirujący do żerowania na majątku Polaków, szybko zrozumieli, że ten rzad można zmusić do każdej kapitulacji.
To tylko kwestia środków i „punktu przyłożenia”.Nie może zatem dziwić, że na arenie międzynarodowej rząd PiS jest traktowany niczym „pochyłe drzewo”, że podlega i ulega ciągłym naciskom ze strony obcych mocarstw, grup i kapitałów, że jest poddawany presji unijnych gangsterów i postrzegany, jako grupa wyjątkowo uległa i skłonna do ustępstw.
    Narzucenie unijnych budżetów, podpisanie "Listy działań Komisji Europejskiej na rzecz poprawy równego traktowania osób LGBTI" i zobowiązania do "walki o równouprawnienie środowisk LGBTI”, antypolskie orzeczenia tzw. TSUE, upokorzenie nas niemieckim ambasadorem – agentem wywiadu, synem hitlerowca, ucieczka od wypowiedzenia „konwencji stambulskiej”, rezygnacja z reparacji wojennych od Niemiec i Rosji, zaniechanie kosmetycznej „reformy sądownictwa”, skandaliczne „listy” pani Mosbacher i nienawistne ataki ambasadora Rosji, przyjęcie bandyckiego kredytu, pod nazwą „fundusz odbudowy" i zgoda na zadłużenie wielu pokoleń Polaków – to tylko niektóre z długiej listy aktów upodlenia, serwilizmu i kapitulacji.
Opinia wyrażona onegdaj przez prof. Pawłowicz : "Polskie władze działają z przystawionym do głowy pistoletem, który wymusza poddanie się dyktatowi unijnemu", nie jest – jak chcą to widzieć partyjni propagandyści, rodzajem „usprawiedliwienia”, lecz najcięższym, historycznym aktem oskarżenia pod adresem partii Kaczyńskiego.
Jest obrazem hańby, której wymiar można porównać tylko z okresem rozbiorowym.
        Większość naszych rodaków, zachwycona soc-ochłapami rzucanymi z pańskiego stołu, nie zaprząta sobie głowy pytaniem: jak to możliwe, że 40-milionowe państwo, o tysiącletniej tradycji i kluczowej, geo-politycznej roli w Europie, jest traktowane jako domena obcych interesów, niczym podległe, ułomne kondominium?
Poważna odpowiedź wymagałaby sięgnięcia w czasy jałtańskie, okres okupacji sowieckiej i narodową tragedię, zwaną „okrągłym stołem”. Ponieważ rozpatrujemy rzecz w odniesieniu do sytuacji obecnej i rządu istniejącego od sześciu lat, nie sposób pominąć sprawy smoleńskiej.
Ta sprawa – od chwili, gdy polski prezydent został unurzany w smoleńskim błocie, musiała zaprzątać uwagę zagranicznych gremiów. Jeśli nie z powodu rosyjskiego sprawstwa, to z uwagi na szereg uwarunkowań politycznych, jakie stwarzała nowa sytuacja.
Historia współczesna nie zna zdarzenia tej miary, jakim była nagła śmierć prezydenta europejskiego państwa, dziesiątków najwyższych urzędników państwowych i niemal całego dowództwa sił zbrojnych. Do takich tragedii, nie dochodzi nawet w czasie konfliktu zbrojnego, cóż dopiero w okresie pokoju. Poza oczywistym kontekstem politycznym, zdarzenie to musiało zostać odebrane w świecie służb specjalnych z najwyższą uwagą i poddane wszechstronnym analizom. Byłoby aktem naiwności uważać, że reakcje tych służb ograniczały się tylko do zachowań ujawnionych publicznie.
Można z dużym prawdopodobieństwem zakładać, że szereg decyzji podjętych przez rządy europejskie i administrację USA, było efektem analiz dokonanych przez wywiady tych państw. Tego rodzaju wiedza, jest dziś jednym z podstawowych narzędzi kształtowania stosunków międzynarodowych.Nie sposób wykluczyć, że proces wycofywania Ameryki z polityki wschodniej, rezygnacja z rozszerzania NATO, czy decyzje Zachodu umożliwiające odbudowę wpływów rosyjskich – są w dużej mierze następstwem obserwacji zachowania władz IIIRP po zamachu smoleńskim.
Jeśli dostrzeżono, że przez wiele miesięcy poprzedzających zamach dochodziło do zbliżenia relacji polsko-rosyjskich a cały okres po-smoleński obfitował w zacieśnienie „przyjaźni” z państwem Putina ,decyzje wobec III RP były uwarunkowane tymi obserwacjami.
Nietrudno zrozumieć, jak postrzegano rząd PO-PSL - po oddaniu śledztwa smoleńskiego Rosjanom, po żarliwych deklaracjach „pojednania polsko-rosyjskiego”, po przyjęciu „raportu Anodiny”, rezygnacji z pomocy NATO, podpisaniu wasalnych kontraktów gazowych czy oparciu belwederskiej „strategii bezpieczeństwa narodowego” na rosyjskich gwarancjach.
Z tych aktów kapitulacji, zaprzaństwa i głupoty, nasi zagraniczni „partnerzy” budowali wizerunek III RP- państwa słabego i zależnego.
          Gdy następcą reżimowców z PO-PSL została partia, która przez lata deklarowała wolę wyjaśnienia tragedii smoleńskiej, a lokatorem Pałacu, były urzędnik Kancelarii Lecha Kaczyńskiego – beneficjent tej tragedii, można było przypuszczać, że III RP odbuduje swoją pozycje wśród światowej wspólnoty.
Sprawa smoleńska byłaby tym nośnikiem, fundamentem, na którym można było budować nowe relacje.
Rzetelne podjęcie tej sprawy, wywołałoby światowy wstrząs. Nie „wojnę z Rosją” – jak bredzą tchórze i miłośnicy Putina, lecz wstrząs polityczny i gospodarczy. Na tyle odczuwalny, że prowadzący do zmiany sojuszy, rewizji pojęć „sprzymierzeniec” - „przeciwnik”, do weryfikacji rozmaitych „partnerstw”, priorytetów politycznych i gospodarczych.
Budowa szerokiej koalicji antyrosyjskiej, uzależnienie uprzywilejowanej pozycji w relacjach z Polską (również handlowych) od stosunku do sprawy smoleńskiej, inicjatywy na forum NATO i UE, zmierzające do izolowania państwa Putina, światowa kampania medialno-informacyjna, zerwanie relacji gospodarczych i politycznych z Rosją i jej poplecznikami – to tylko niektóre z działań, jakie można było podjąć po roku 2015.
Jeśli żadnych działań nie podjęto, a większość naszych rodaków wzrusza dziś ramionami na podobne propozycje, oznacza to, że III RP pozostała na pozycji państwa słabego i wasalnego. Państwa, z którym nikt nie musi się liczyć, ani zabiegać o jego względy.
Państwa zbudowanego na mitologii „geo-realistów” i kłamstwach iluzorycznych „sojuszy”.
Takie państwo nie może liczyć na szacunek ani oczekiwać poważnego traktowania. W świecie budowanym na twardej grze interesów i obronie własnych racji, nie można szanować kogoś, kto nie zabiega o wyjaśnienie okoliczności śmierci swoich rodaków, akceptuje bezkarność sprawców i butę pomocników zbrodni.
Potencjał takiego państwa nie wynika z argumentów etycznych (te nie mają znaczenia w polityce globalnej) lecz z oceny zdolności do prowadzenia samodzielnej polityki, do obrony swoich interesów i zapewnienia bezpieczeństwa.
        Nie sądzę, by po roku 2015, którekolwiek z państw zainteresowanych kontaktami z III RP musiało zmieniać swoje relacje z rządem. Nastąpiła kontynuacji polityki zagranicznej, podtrzymanie wszelkich układów i zależności, a partia Kaczyńskiego zaakceptowała „sugestie” płynące z obcych stolic.
Oświadczenie Andrzeja Dudy, zawarte w orędziu prezydenckim, iż polska polityka zagraniczna „potrzebuje tylko korekty”, okraszone troską o „spójność Unii Europejskiej” oraz ”jedność Sojuszu Północnoatlantyckiego” , przecinało nadzieje na budowanie nowej państwowość, w oparciu o własną, polską drogę. Bez oglądania na Wschód i Zachód. Bez dogmatu „dobrosąsiedzkich” stosunków i „zakopania” Polski w UE. Bez wiary w gwarancje NATO i papierowe sojusze z państwami, które nas wielokrotnie zdradziły.
Szybko się okazało, że w zakresie polityki zagranicznej, między partiami systemowymi III RP nie istnieją żadne różnice. Ludzie rozdzielający między sobą rządy, nie próbują nawet ukrywać, że służba pod obcą „flagą” - rosyjską, niemiecką, amerykańską czy izraelską, należy do głównych powinności „georealistów”.
PiS znalazł się w grupie groźnych mistyfikatorów, którzy od dziesiątków lat niweczą nasze marzenia o silnej i niepodległej Polsce. Ta grupa, nie tylko odrzuca doświadczenia historyczne, ale nie chce przyjąć, że niezależnie od ilości umów i werbalnych deklaracji, Moskwa i Berlin zawsze będą wrogami polskości, a poleganie na „europejskich gwarancjach”. jest aktem samobójstwa.
Obrazu klęski dopełniała zgoda PiS na bezkarność targowiczan, hołubienie komunistycznych miernot, przyzwolenie na zdradę, pogardę i łamanie prawa.
    Nie można szanować państwa,w którym doradca prezydenta ds. bezpieczeństwa publicznie oświadcza : „Rosyjska agentura wpływu swobodnie działała w kluczowych polskich mediach”, a po tak wyrazistej diagnozie nie następują akcje kontrwywiadu ani próby likwidacji zagrożeń związanych z działalnością agentury.
Nie można szanować państwa, w którym minister spraw wewnętrznych stwierdza: doszło do puczu, nielegalnej próby przejęcia władzy”, jeśli za tymi słowami nie następują aresztowania i śledztwa w sprawie zamachowców.
Nie można szanować państwa, w którym szef partii rządzącej oznajmia z infantylną szczerością : Prezes Trybunału Konstytucyjnego ostentacyjnie i bezczelnie łamie prawo, ale póki Rzepliński będzie prezesem, nie da się nic zrobić”.
W miarę rozgarnięty obywatel takiego państwa, zawołałby – jakże to, panowie politycy, po to otrzymaliście od nas władzę, pieniądze i profity, żeby zabawiać się w czcze pogadanki i zamiast chronić nasze bezpieczeństwo, pozwalać na bezkarność agentury, dywersantów i przestępców?

Byłoby głupotą sądzić, że tego obrazu III RP nie widzą przedstawiciele innych państw, że ignorują go obce służby i grupy interesów.

Ci ludzie wiedzą, że władza, która kapituluje przed zgrają rozwrzeszczanej hołoty, ulegnie przed zewnętrznym agresorem, że służby zniewolone hańbą Smoleńska, nie zablokują obcej agentury, a obecność przestępców w życiu publicznym, jest efektem odrzucenia prawa i sprawiedliwości i przyjęcia po-smoleńskiej patologii.
Mając tę wiedzę i tą pewność, mogą wypatrywać łupu.

        Obserwacja tego, co było i co dziś dzieje się w III RP, musi prowadzić do wniosku, że konsekwencje zamachu smoleńskiego będziemy odczuwali przez kolejne pokolenia. Dla ludzi rządzących tym państwem, Smoleńsk wytycza „nowy ład” – z jego „elitami”, koneksjami i wszechobecnym relatywizmem. Wzorem esbeckiej „transformacji ustrojowej”, tworzy nową „wspólnotę brudu”,w której kaci i ofiary mają uczestniczyć w budowaniu kolejnej hybrydy - sukcesji komunistycznej. Istotą „nowego ładu”, będzie mezalians dobra ze złem – tak głęboki, by każde z nich było nierozpoznawalne.

To, co wyłoni się z tego chaosu, nie będzie państwem polskim.

Twórcy „nowego ładu” wiedzą, że narodu nie zabija się pałką ani karabinem. Nie zamyka w więzieniu i nie stawia pod ścianą. Narzędziem zabójstwa jest zawsze kłamstwo – powolna, skuteczna trucizna, sączona z pokolenia w pokolenie.


Cdn.