Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą agentura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą agentura. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 października 2017

W INTERESIE WSI

Kto i jak zbadał, czy afera marszałkowa i zawiązany wówczas sojusz rosyjskiej agentury ze służbami III RP, miał, czy też nie miał wpływu na działania zmierzające do zastawienia pułapki smoleńskiej i doprowadzenia do śmierci 96 Polaków?
Czy bez gruntownego śledztwa, w sprawie relacji ludzi WSI z politykami PO-PSL oraz ustalenia, jaki wpływ miały te relacje na działania związane ze Smoleńskiem,  można myśleć o rozwikłaniu tajemnic zamachu lub rozprawie z obcą agenturą?
Skoro w latach 2007-2008, prowadzono brutalną operację wymierzoną w członków Komisji Weryfikacyjnej WSI, podczas której dopuszczono się szeregu poważnych przestępstw, zaś B. Komorowski usilnie zabiegał o dostęp do aneksu i nie cofnął się przed atakami na prezydenta Lecha Kaczyńskiego, skoro środowisko WSI tak wielką wagę przywiązywało do dyskredytacji tajnego dokumentu, a w latach późniejszych doradzało jego całkowite zniszczenie – czy tę tematykę wolno uważać za nieistotną, w perspektywie wydarzeń, które rozegrały się w 2010 roku?
Czy w latach poprzedzających Smoleńsk, mogło dojść do równie dynamicznej działalności ludzi b. WSI oraz reaktywacji ich wpływów, gdyby B. Komorowski poniósł odpowiedzialność za udział w aferze marszałkowej i nie mógł kandydować na stanowisko prezydenta?
Jeśli były lokator Belwederu oraz ludzie z kręgów WSI, posiadają informacje na temat zawartości aneksu i wiedzą, co naprawdę wydarzyło się 10 kwietnia, podczas, gdy Polakom odebrano prawo do posiadania tej wiedzy, jakie zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego tworzy taka dysproporcja oraz związana z nią możliwość prowadzenia gier i kombinacji operacyjnych przez środowisko b. WSI?

Każde z pytań, związanych z aferą marszałkową, procesem likwidacji WSI oraz aneksem do Raportu z Weryfikacji, pozostanie bez odpowiedzi.
Wbrew logice i elementarnym zasadom bezpieczeństwa uznano, że najważniejsza afera okresu rządów PO-PSL nie zasługuje na uwagę, a Polacy nie mają prawa poznać zawartości dokumentu, o który w latach ubiegłych toczyły się dramatyczne rozgrywki.
Nad wspólną decyzją prezydenta Dudy i prezesa Kaczyńskiego o nieujawnianiu treści aneksu, ciąży odium niewyjaśnionych spraw, nierozpoznanych zagrożeń, ale też pospolitych  kłamstw i manipulacji.
Bo też - jakim imperatywem musiał kierować się Jarosław Kaczyński, jeśli w kwestii tak zasadniczej dla naszego bezpieczeństwa, pozwolił sobie na deklarację sprzeczną z wcześniejszymi oświadczeniami?
Ja należę do nielicznych ludzi, którzy czytali aneks.  Naprawdę lepiej będzie, jeśli nie zostanie opublikowany. To jest moje głębokie przeświadczenie” – oznajmił prezes PiS, podczas zjazdu Klubów „Gazety Polskiej” w Spale, 14 listopada br.
Jednak dwa lata wcześniej, podczas wywiadu w "Rozmowach niedokończonych" TV Trwam z 26 marca 2015, na pytanie prowadzącego: „jaki jest problem z aneksem i z Bronisławem  Komorowskim” – pan Kaczyński przyznał, że nie zna treści tajnego dokumentu:
No cóż, ja tu też niestety mogę się odwoływać do tajemnicy, przy tym ja pamiętam, ja tego aneksu nie zdołałem przeczytać. Byłem premierem i tylko wtedy miałem takie prawo ale to przy końcu mojego urzędowania zostało dostarczone i miałem tyle różnych innych zajęć, że po prostu nie dałem rady”.
Czytał więc czy nie czytał? A jeśli czytał, to kiedy, skoro po roku 2007 nie miał już żadnych uprawnień do zapoznania się z tajnym dokumentem?

środa, 19 kwietnia 2017

ESBECKI GAMBIT CZY MAT MACIEREWICZA ?

Od początku lat 90. konstrukcja ataków na Antoniego Macierewicza opierała się na tym samym modelu: epatowaniu prymitywnym kłamstwem i dezinformacją oraz odwoływaniu do negatywnych skojarzeń i odczuć, wśród których strach, zawiść i irracjonalna niechęć odgrywają rolę wiodących ekscytacji. Wielu naszym rodakom - ludziom słabym i zależnym od projekcji ośrodków propagandy z łatwością wmówiono, że polityk skuteczny, mający trwałe zasady moralne i solidny fundament ocen rzeczywistości, musi należeć do osób „kontrowersyjnych i ekstrawaganckich”.
Operacja „esbeckiego gambitu”, której celem jest pozbawienie stanowiska ministra obrony narodowej, nie odróżnia się od poprzednich kombinacji, w których sięgano po dowolne łgarstwa, manipulacje i intrygi. Jeśli nawet nie miały one żadnego związku z faktami i prowadziły na bezdroża rozumu – tym gorzej dla faktów i logiki. Efekt nie jest bowiem zależny od miary intelektu lub normy sumienia, ale od możliwości dotarcia do odbiorcy i zmuszenia go do obcowania z zatrutym źródłem. Odbiorca jest tym bardziej podatny na dezinformację, im dłużej trwa atak  i częściej utrwalają się negatywne skojarzenia. Dla osiągnięcia celu nie trzeba nic więcej.
Jedna okoliczność tworzy „nową jakość” w obecnej kombinacji – aktywny udział polityków Prawa i Sprawiedliwości oraz włączenie w nią partyjnych przekaźników, zwanych „wolnymi mediami”. W tekstach z poprzednich miesięcy wskazywałem na szereg wypowiedzi i decyzji, które jednoznacznie podkreślały to uczestnictwo i przyczyniały się do wytworzenia atmosfery korzystnej dla celów „esbeckiego gambitu”. Jeśli dziś niektórzy mędrcy odkrywają, że „odejście Antoniego Macierewicza jest możliwe”, to konkluzja spóźniona o co najmniej pół roku.  
Przedświąteczna inscenizacja z „dyscyplinowaniem” B. Misiewicza, rozegrana przez J. Kaczyńskiego i jego media, przecina wątpliwości co do intencji prezesa PiS. Na oczach milionów Polaków urządzono ponure widowisko, angażując w nie najważniejszych polityków, ośrodek prezydencki i rządowe media. Tylko niewiele osób potrafiło dostrzec, że wokół „casusu Misiewicza” – rozegranego wyłącznie w celu dyskredytacji Antoniego Macierewicza, powstała realna „wspólnota brudu” – sojusz partii rządzącej i antypolskich ośrodków propagandy. To ważny dowód na prawdziwość tezy, że większość rzekomych sporów na linii rząd -„opozycja”, gros medialnych potyczek i  spektakularnych walk, należy traktować jako mistyfikację mającą uwiarygodnić mitologię demokracji i istnienie w III RP „mechanizmów politycznych”. W rzeczywistości – mamy do czynienia z rodzajem gry, w której Polacy występują w roli widzów teatru cieni. Gry korzystnej dla obu stron, ponieważ jedną uwiarygadnia jako „opozycję”, drugą zaś stawia w roli „ofiary” i rozgrzesza jej zaniechania. Warto zwrócić uwagę, że z „pola rażenia” tej gry wyłączony jest prezydent Andrzej Duda – co też znakomicie podkreśla jego rolę „stabilizatora układu”.

wtorek, 10 stycznia 2017

MY NIE WIEMY – RZECZ O GRANICACH

"Służba Bezpieczeństwa może i powinna kreować rożne stowarzyszenia, kluby czy nawet partie polityczne. Ma za zadanie głęboko infiltrować istniejące gremia kierownicze tych organizacji na szczeblu centralnym i wojewódzkim, a także na szczeblach podstawowych, musza być one przez nas operacyjnie opanowane. Musimy zapewnić operacyjne możliwości oddziaływania na te organizacje, kreowania ich działalności i kierowania ich polityką" – instruował  Czesław Kiszczak, podczas posiedzenia kierownictwa MSW, w lutym 1989 roku.
Dziś wiemy, że cały proces „transformacji ustrojowej” był kierowany i nadzorowany przez bezpiekę. Nim rozpoczęły się rozmowy okrągłego stołu, instrukcje SB wskazywały na potrzebę „wspierania zwolenników konstruktywnego nurtu opozycji w naszym kraju, kosztem wyhamowania najbardziej agresywnych inicjatyw podejmowanych przez ekstremistów".
W ramach dyspozycji wydanych przez szefa bezpieki, inspirowano więc powstawanie nowych partii i środowisk politycznych. Udział w tym procederze brali ludzie powiązani z policją polityczną PRL, którzy po roku 1990 przemienili się w biznesmenów, bankierów i polityków. Jedną z partii, w której znalazły się takie postacie, był Kongres Liberalno Demokratyczny, z którego, w roku 2001 powstała Platforma Obywatelska.
Gdy w świetle kamer telewizyjnych „trzech tenorów” obwieszczało powołanie „nowej siły” zapowiadając przy tym „uwalnianie tkwiących w nas talentów”, Ludwik Dorn w Tygodniku „Nowe Państwo” (z 2.03.2001) pisał: „Niezależnie od tego, że udział w tym przedsięwzięciu bierze szereg osobistości politycznych o życiorysach związanych z opozycją wobec PRL, to zarówno Andrzej Olechowski, główny animator Platformy (zarejestrowany tajny współpracownik kontrwywiadu zagranicznego PRL), jak i jego bezpośrednie zaplecze intelektualno-organizacyjne w postaci funkcjonariuszy komunistycznych służb specjalnych (generałowie Petelicki i Czempiński) oraz grupa finansowego wsparcia (Business Centre Club, gdzie czołową rolę odgrywają byli pracownicy biur radców handlowych PRL-owskich ambasad) kojarzeni są z komunistycznym wywiadem – dawnym I Departamentem MSW. Platforma Obywatelska nie jest wyłącznie ekspozyturą “jedynki”, ale w rękach realnej grupy kierowniczej stanowi użyteczne, w dużym stopniu kontrolowane narzędzie realizacji jej ekonomicznych interesów.

czwartek, 22 grudnia 2016

TRZECI TEST

Poświęcanie czasu analizie rzeczywistości pod rządami „dobrej zmiany” jest czynnością tyleż jałową, jak bezużyteczną. Apologeci Prawa i Sprawiedliwości nie są zainteresowani podobnymi refleksjami, zaś  stali czytelnicy bezdekretu mogą poczuć znużenie powielaniem krytycznych uwag.  Byłaby to reakcja tym bardziej uzasadniona, że sierpniowym tekstem „NIE BĘDZIEMY RAZEM. KONKLUZJA” zakończyłem publicystyczną przygodę z partią pana Kaczyńskiego i nie mam tym ludziom nic więcej do powiedzenia.
Po tym, co wydarzyło się w ostatnich dniach, muszę jednak powrócić do niewdzięcznej tematyki i zaproponować refleksję bynajmniej nieświąteczną. Nie robię tego, by okazać troskę o dalsze losy „dobrej zmiany” i przyszłość polityków PiS, ale z powodu zagrożeń, jakie w najbliższej perspektywie przyniesie nam bezmierna słabość i indolencja zakładników mitologii demokracji. Trzeba o tym powiedzieć, nim świąteczny nastrój lub zalew partyjnej demagogii „wolnych mediów”, zatrą pamięć o skali zagrożenia.
W styczniowym tekście  „SAMOBÓJSTWO W OBRONIE DEMOKRACJI” sformułowałem opinię, że „jeśli nawet nastąpi dziś wyciszenie kombinacji i chwilowa zmiana retoryki, to doświadczenia płynące z reakcji PiS-u zostaną z pewnością zapamiętane i spożytkowane” oraz prognozę, iż celem ówczesnej kombinacji było „zainicjowanie procedury obalenia tego rządu i w najbliższej przyszłości należy się spodziewać powtórzenia sprawdzonego scenariusza.”
Prognoza była tym łatwiejsza, że rząd PiS cyklicznie popełnia te same błędy i panicznie boi się siłowej rozprawy z Obcymi. Nigdy nie podjęto tematyki zagrożeń dywersją polityczną i atakami ośrodków propagandy, zignorowano kolejne odsłony wojny hybrydowej i pozwolono na eskalację szeregu negatywnych czynników. Ówczesna kombinacja związana z tzw. unijną „debatą nad stanem demokracji” w III RP i kampanią szkalowania państwa na arenie międzynarodowej, była pierwszym, przygotowawczym etapem.
Autorzy kombinacji mogli się dowiedzieć, że rząd „georealistów” z PiS uczyni wszystko, by w drodze „dialogu i porozumienia” zadowolić oczekiwania eurołajdaków i uchronić się od najgorszego przekleństwa poprawności politycznej – posądzeń o niedemokratyczność. Zrozumiano też, że, Jarosław Kaczyński, słynący z poszanowania zasad demokracji i zapewnień o jej prymacie, zawsze podda się dyktatowi tej mitologicznej normy. Cele ówczesnej kombinacji obejmowały testowanie reakcji grupy rządzącej, przećwiczenie procedur służących obaleniu rządu, związanie uwagi ośrodków rządowych sztucznie wywołanymi problemami, destabilizacje organów państwa oraz pacyfikację (uprzedzenie) ewentualnych działań wymierzonych w wewnętrznych wrogów.
Kolejny etap dywersji politycznej przećwiczono w przeddzień lipcowego szczytu NATO. Poprzez fałszywe i całkowicie irracjonalne oskarżenia, zaatakowano wtedy nie tylko osobę szefa MON, ale również jego małżonkę, generując w ten sposób patologiczne zainteresowanie opinii publicznej oraz budując atmosferę podejrzeń i pomówień. Kolejny krok polegał na włączeniu w akcję politycznej agentury wpływu i wykorzystaniu fałszywych zarzutów, jako pretekstu do sformułowania wniosku o odwołanie Antoniego Macierewicza. Korelacja poszczególnych etapów dowodziła, że mieliśmy do czynienia z działaniem zsynchronizowanym i całkowicie zamierzonym, którego kulminacja miała nastąpić w przededniu warszawskiego szczytu. Dzięki ścisłej współpracy prorządowych „wolnych mediów”, rezonujących każdy występ „opozycji” oraz braku reakcji ze strony organów państwa, łatwo osiągnięto cele operacji. Podważono zaufanie do osoby ministra, przekierunkowano uwagę opinii publicznej, wywołano chaos i zamęt informacyjny oraz doprowadzono do osłabienia pozycji negocjacyjnej Polski i wytworzenia negatywnego wizerunku grupy rządzącej w oczach natowskich partnerów.  
Powodzenie tych wstępnych etapów wojny hybrydowej, zawdzięczamy dwóm czynnikom: dominacji dogmatyki politycznej (partyjnej) nad sprawami bezpieczeństwa oraz braku procedur i mechanizmów obronnych służących eliminowaniu zagrożeń wewnętrznych. W obu przypadkach ujawniła się kompletna bezczynność i indolencja służb specjalnych oraz podatność partii rządzącej na retorykę mitologii demokracji.

Obecny, trzeci etap testowania, jest tylko naturalną konsekwencją wcześniejszych błędów i politycznej głupoty PiS, ale świadczy też o postępującej dynamice działań zaczepno-sondażowych. Pretekst, pod jakim podjęto próbę puczu antyrządowego jest całkowicie nieistotny, zaś skupianie „analiz politycznych” na poszczególnych decyzjach PiS (farsa ustawy dezubekizacyjnej, rozporządzenie marszałka Sejmu, itp.) dowodzi niezrozumienia logiki agresora.

piątek, 2 grudnia 2016

KONSERWATYŚCI WSZYSTKICH KRAJÓW, ŁĄCZCIE SIĘ!

W książce „GRU. Radziecki wywiad wojskowy”, Wiktor Suworow opisywał poszczególne kategorie sowieckich agentów. Wymienił przy tym „kategorię najbardziej ze wszystkich obrzydliwą” i określił ją mianem „gawnojedów” – nadanym owym „członkom wszelkiej maści Towarzystw Przyjaźni ze Związkiem Radzieckim, działaczom organizacji pacyfistycznych (z ruchem na rzecz jednostronnego rozbrojenia na czele), Zielonym i innych postępowym radykałom”, przez ludzi radzieckiego wywiadu.
Przypominam ten (ogólnie znany, jak sądzę) termin, bo trudno dziś znaleźć określenie celniejsze, dla opisania tak powszechnej, odpychającej i niewolniczej postawy wobec Rosji. W ostatnich latach nabrało ono nowego rysu i wolno je zastosować do kilku innych,(poza agenturalnymi) grup prorosyjskiej menażerii.
Rosja posiadła zdolność doskonałego rozgrywania tej anomalii i od wielu dziesięcioleci wykorzystuje ją do budowania swojej pozycji. Tysiące polityków, pisarzy, dziennikarzy oraz zastępy tzw. artystów i aktorów, wzorem amerykańskiego półgłówka Johna Reeda, infekują „wolny świat” bałwochwalczym uniżeniem wobec ludobójczego reżimu i zatruwają umysły fałszywym obrazem Rosji.
Przez szereg lat, ta najniższa kategoria rosyjskich paputczików obejmowała głownie osoby z kręgów lewackich i lewicowych - rozmaitych ekologów, liberałów i „postępowych demokratów”, piewców światowego „odprężenia” i ogłupiałych rzeczników „resetów”, traktujących państwo Putina niczym solidnego partnera w rozwiązywaniu globalnych problemów.
Ta ostatnia patologia – bodaj najpowszechniejsza we współczesnej polityce, jest pochodną sowieckiej idei zbieżności – zwanej teorią konwergencji. Uknuta w podziemiach Łubianki „doktryna” kazała wierzyć, że dwa rywalizujące za sobą i początkowo krańcowo odmienne systemy polityczne, w miarę rozwoju wzajemnych kontaktów, będą stopniowo upodabniały się do siebie i mogły nawiązywać bliższe kontakty. „Konwergencja” usprawiedliwiała więc wszelkie związki ze światowym komunizmem i rozgrzeszała zgraję łajdaków z paktowania z kremlowskimi bandytami. Dzięki uprawianiu tej hiper bredni, zalegalizowaniu partii i środowisk komunistycznych, sowieckie zniewolenie bez przeszkód torowało sobie drogę do zachodnich szkół i uniwersytetów, co wkrótce doprowadziło do sytuacji, w której znaczna część wpływowych środowisk opiniotwórczych znalazła się pod inspiracją „idei marksistowskich”. Tym samym – „konwergencja”, w wydaniu sowieckim, doprowadziła do „oswojenia” Zachodu z komunizmem i zainfekowania całej myśli politycznej błędnymi teoriami i wyobrażeniami. Była pseudonaukowym podłożem, na którym wyrastały nowe zastępy gawnojedów i użytecznych idiotów, sławiących ducha współpracy i przyjaźni z Rosją.
Osadzenie tych dewiacji w środowiskach lewackich i lewicowych, nie wynikało bynajmniej z „pobratymstwa ideowego”, jak tłumaczy się to zauroczenie. Komunizm, który nigdy nie był żadną ideologią, filozofią ani doktryną polityczną, wykorzystał jedynie intelektualne upośledzenie liderów tych środowisk i narzucił im „kilka pojęć jak cepy”. 
A czymże jest nasza teoria – przyznawał Lew Trocki - jeśli nie po prostu narzędziem działania? Tym narzędziem jest dla nas teoria marksistowska, bo aż do dziś nie wymyślono lepszego.”
Pułkownik Putin, który nie musiał już bawić się w „marksistowskie teorie” itp. absurdy, doprowadził komunizm na wyższy stopień pasożytnictwa i posłużył narzędziem dostosowanym do potrzeb współczesnego świata. Należało tylko usprawnić „konwergencję” o motyw pieniądza i żądzę zysku, by uczynić z niej doskonałą przynętę na sytych i głupich gawnojedów.  Ich samych również podniesiono na wyższy poziom i zaczęto traktować jako wspólników, kontrahentów i partnerów politycznych. Zasady nie uległy jednak zmianie.
Kluczem do nowego rozdania starej bredni o „konwergencji”, są opowieści o „potrzebie normalizacji” stosunków Rosji z Zachodem  oraz powszechne przeświadczenie, że bez udziału kremlowskiego satrapy, nie da się rozwiązać światowych problemów.

środa, 21 września 2016

WOJNA W KTÓREJ CHĘTNIE GINIEMY

Uważam za mało prawdopodobne, by ośrodki propagandy zaatakowały dziś Pałac Prezydencki lub niepokoiły szefów MSZ czy MSW. Trudno też sobie wyobrazić, że obiektem zmasowanej agresji propagandowej mogłaby stać się premier Beata Szydło.
Atak ze strony polskojęzycznych przekaźników jest wręcz nieomylną wskazówką – czyje i jakie działania wywołują poczucie zagrożenia antypolskich środowisk i gdzie dostrzegają one potencjał rzeczywistej siły. A skoro życiem publicznym III RP rządzą koterie służb i grupki obcych interesów, ataki te służą eliminowaniu niewygodnych postaci i kształtowaniu pokomunistycznej rzeczywistości.
Nie ma cienia przypadku, że osoba Antoniego Macierewicza od wielu lat stanowi pierwszorzędny cel medialnej agresji, a ludzie z nim współpracujący stają się obiektem rozmaitych gier i kombinacji operacyjnych.  Tak było od początku lat 90., gdy konserwowano komunistyczną hybrydę i pod hasłami „pluralizmu i demokracji” legalizowano nową odsłonę PRL-u. Pojawienie się Macierewicza w roli wiceministra MON, likwidatora WSI i nowego szefa SKW, wywołało kolejną falę wściekłych reakcji. Tym mocniejszych, że twórca KOR zachwiał wówczas kluczowym ośrodkiem triumwiratu III RP i zlikwidował „peryskop, za pomocą którego Rosjanie pozyskiwali wiedzę o mechanizmach funkcjonowania naszego państwa”( © prof. A.Zybertowicz). Takich rzeczy się nie wybacza.
Od czasu, gdy kandydat na marszałka Sejmu Bronisław Komorowski, w reakcji na wezwanie przez Komisję Weryfikacyjną oświadczył- „Pan Macierewicz powinien zniknąć”, osoba likwidatora WSI znalazła się na celowniku reżimowych propagandystów, zaś czekistowska nienawiść do Macierewicza do dziś integruje twardogłowych idiotów i „skrzywdzonych” agentów.
Dlatego w latach 2008-2009 na wszelkie sposoby utrudniano pracę Komisji Weryfikacyjnej WSI, zniesławiano i zastraszano jej członków, a wokół procesu likwidacji wytworzono atmosferę oskarżeń i klimat nielegalnych działań. Pod koniec 2007 roku rozpoczęto zaś kombinację operacyjną z udziałem ludzi WSW/WSI, szefostwa ABW oraz ówczesnego marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego, nazwaną przeze mnie aferą marszałkową. Częścią kombinacji, prowadzonej w dużej mierze przez ośrodki propagandy, była kampania oszczerstw i pomówień pod adresem Antoniego Macierewicza oraz akcja dezinformowania społeczeństwa na temat przyczyn i skutków likwidacji wojskowych służb.
W kolejnych latach rozgrywano ją również w sieci internetowej, gdzie obejmowała głównie te obszary, w których toczyło się tzw. śledztwo blogerskie w sprawie tragedii smoleńskiej. Pojawiały się publikacje, których autorzy w sposób niewybredny atakowali przewodniczącego zespołu parlamentarnego i usilnie podważali ustalenia ekspertów smoleńskich.
Gdy Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory parlamentarne, natychmiast przystąpiono do „palenia” kandydatury likwidatora WSI na stanowisko szefa MON. W tym kontekście trzeba odczytywać szereg publikacji zamieszczonych w jednym z „niezależnych” mediów.
Do ataku przystąpiły też ośrodki propagandy. Cytując zmanipulowane wypowiedzi z Chicago i Toronto na temat Aneksu WSI, próbowano ukazać kandydata na szefa resortu jako osobę nieodpowiedzialną i fanatyczną. Skorelowane z tym występy E. Kopacz oraz brednie wygłaszane przez pomniejszych funkcjonariuszy reżimu, pozwoliły ponownie nakręcić histeryczną kampanię pomówień.

poniedziałek, 12 września 2016

O WALCE DIABŁA Z SZATANEM

Józef Mackiewicz w „Zwycięstwie prowokacji” przypominał - „Polityka Zachodu podczas wojny kierowała się względami narzuconymi jej przez sojusz z Sowietami; polityka Zachodu po wojnie kieruje się względami narzuconymi jej przez chęć pokojowej koegzystencji z Sowietami.
Do tej trafnej konkluzji autora „Drogi donikąd”, moglibyśmy dziś dopisać – „Polityka Zachodu po upadku Sowietów kieruje się względami narzuconymi jej przez chęć kooperacji ekonomicznej i agenturalnej oraz wolę zachowania spokoju – za każdą cenę”.
Dla nas - Polaków oznacza to, że doświadczenia lat 1939, 1945 i 1989, muszą być postrzegane jako historyczna przestroga. Kolejna data w polskiej historii nie przyniesie przełomu w łańcuchu dyplomatycznych łajdactw, zdrady i zawiedzionych nadziej. Żadna z „zachodnich demokracji” nie będzie umierać za Polskę, tak jak dziś nikt nie chce nadstawiać głowy za wolną Ukrainę.
Zachód nigdy nie dokonał korekty polityki wobec ZSRR-Rosji, nie wyciągnął wniosków z najbardziej rażących błędów i nie zdobył się na rewizję ładu jałtańskiego.
Za rozpętanie II wojny światowej i ludobójstwo katyńskie, za bandyckie wysiedlenie ponad dwóch milionów Polaków i zbrodnie dokonywane pod okupacją sowiecką – „wolny świat” przyznał Sowietom miano sojusznika w walce z Hitlerem i namaścił Stalina na sprzymierzeńca. Pozwolił również, by sowieccy zbrodniarze zalegalizowali okupację blisko połowy państw europejskich i na długie półwiecze ustanowili „ruski ład” na obszarze „wyzwolonym” przez Armię Czerwoną.
Postawę Zachodu wobec Sowietów wyznaczyły wówczas słowa Churchilla - o gotowości „sprzymierzenia się z diabłem, żeby tylko wypędzić szatana”. Zaledwie „diabłem” miał być Stalin, odpowiedzialny za śmierć blisko 200 milionów istnień. W opinii przywódców „wolnego świata” stanowił on mniejsze zagrożenie od „szatana” – Hitlera, winnego zagładzie prawie 60 milionów ludzi.
Gdy „diabeł” wykrwawił „szatana” na ziemiach oddalonych od europejskich stolic, przyjęto dogmat, iż każdy, kto występuje przeciwko „diabłu”, będzie odtąd wrogiem koalicji antyfaszystowskiej i przeciwnikiem „normalizacji”. Zaakceptowano również okupację sowiecką nad połową Europy, nadając jej pozory „demokracji socjalistycznej” i konwalidując okupacyjne twory w relacjach międzynarodowych.
Ówczesne „autorytety emigracyjne” zgrzytały zębami, gdy Józef Mackiewicz przywoływał słowa Goebbelsa, który w przededniu klęski hitlerowskich Niemiec pisał - „Polskę czeka marny los na wypadek zwycięstwa aliantów, Anglia okaże się w rezultacie słaba i Polskę sprzeda, bolszewicy Polskę zabiorą i zrobią z niej 17 republikę.”
Rok 1989 i propagandowe ogłoszenie „upadku komunizmu” był efektem kontynuacji tej mitologicznej postawy wobec „diabła”. Jego przejście na „stronę światłości” powitano jako ostateczne zwycięstwo nad „szatanem totalitaryzmu” i konsekwencję wspólnej walki z demonem – Hitlerem. Przyczyną tej zbiorowej mistyfikacji była m.in. konieczność usprawiedliwienia sojuszu z międzynarodowym komunizmem. Bez tego usprawiedliwienia, ideowa wykładnia wojny z Hitlerem oraz zgoda Zachodu na półwiecze okupacji sowieckiej, nie byłaby możliwa.
Dzięki fikcyjnej „śmierci komunizmu” dokonano rozgrzeszenia hańby ładu jałtańskiego, zaaprobowano farsę procesu w Norymberdze i zapomniano komunistom zbrodnie ludobójstwa, przy których bledną wyczyny Hitlera.
            Współczesna geopolityka stanowi prostą kontynuację tej mitologii i wspiera na szalbierskich dogmatach ustanowionych w czasach powojennych. Nie ma w niej miejsca na racjonalną metodologię, która uwzględniałaby rzeczywistą pozycję Federacji Rosyjskiej ani na prawidłową ocenę głównej broni Kremla - strategii podstępu i dezinformacji.

piątek, 5 sierpnia 2016

PRZEGRANA WOJNA – (2) TERAPIA


Warunkiem zastosowania adekwatnych środków jest prawidłowa diagnoza. Ponieważ władze III RP nie są zdolne do rozpoznania zagrożeń wewnętrznych i próbują je tłumaczyć logiką „mechanizmów demokracji”, nie należy spodziewać się podjęcia skutecznej terapii.
W realiach państwa owładniętego mitologią demokracji nie sposób oczekiwać, że środowiska nazywane dziś „opozycją”, będą potraktowane jako dywersanci lub określone mianem politycznej agentury wpływu. Tym większą naiwnością byłoby sądzić, że ośrodki wrogiej propagandy (nazywane mediami prywatnymi), w których tak chętnie brylują politycy PiS i urzędnicy prezydenta, zostaną zlikwidowane bądź poddane jakimkolwiek ograniczeniom.
Świadomość takiego stanu sprawia, że proponowane poniżej rozwiązania mają wyłącznie walor teoretyczny i nie znajdą zastosowania w okresie rządów Prawa i Sprawiedliwości. Wskazuję je, jako przyczynek do dyskusji nad rzeczywistymi zagrożeniami, mając nadzieję, że doczekamy się kiedyś rządu, który odrzuci antypolskie dogmaty mitologii III RP i przywróci Polakom poczucie bezpieczeństwa.

Za pierwszy i nieodzowny warunek walki z zagrożeniami wewnętrznymi uważam przeprowadzenie wielowątkowej terapii językowej - semantycznej. Chodzi o odbudowę podstawowego systemu pojęć zniszczonych lub zdewaluowanych w okresie okupacji komunistycznej i trzech dekad pseudo państwowości III RP.
W życiu publicznym (w świadomości społecznej) trzeba przywrócić znaczenie słowom definiującym zagrożenia i opisującym stan rzeczywisty. Określenia „zdrada”, „dywersja”, „dezinformacja”, „wojna informacyjna”, „wroga propaganda”, „operacja wojny hybrydowej” itp. - muszą być sprecyzowane na nowo i włączone do języka publicznego (ustawy, regulacje prawne, przekaz medialny). Trzeba zaprzestać traktowania ich jako niewygodnych, a często „kontrowersyjnych” epitetów i przyjąć, że opisują autentyczne zachowania. Należy stosować je w odniesieniu do działań przedstawicieli partii politycznych i mediów i używać adekwatnie do obszaru zagrożeń. Penalizacja tych czynów powinna skutkować wprowadzeniem dotkliwych kar pozbawienia wolności, ograniczenia lub zakazu działalności poszczególnych partii politycznych i ośrodków medialnych.
Bez przeprowadzenia takiej operacji, nie ma mowy o zrozumieniu istoty zagrożeń związanych z wojną hybrydową i działaniem politycznej agentury wpływu. Ponieważ wymaga to rozstania z miazmatami poprawności politycznej i rezygnacji z języka dogmatyki III RP, jest to zadanie niewykonalne dla obecnych elit politycznych.
W tym samym obszarze działań, znajduje się postulat sporządzenia nowej strategii bezpieczeństwa narodowego, odpowiadającej skali obecnych zagrożeń.
Chyba niewiele osób ma świadomość, że obowiązująca dziś strategia powstała w roku 2014, pod kierunkiem byłego szefa BBN Stanisława Kozieja i stanowi zbiór tyleż jałowych, jak błędnych ogólników, nazwanych szumnie „strategią Komorowskiego”.  Również widniejąca na dzisiejszej stronie BBN, tzw. Biała Księga Bezpieczeństwa Narodowego, jest dokumentem z roku 2013, w którym nie tylko nie uwzględnia się skali współczesnych zagrożeń, ale bezpieczeństwo Polski uzależnia od ułożenia „partnerskich stosunków” z Rosją – „Pozytywne znaczenie dla wzmocnienia pozycji Polski miałoby partnerskie ułożenie stosunków z Rosją, a nawet przełom we wzajemnych relacjach, przy założeniu odejścia Rosji od mocarstwowej polityki wobec swoich sąsiadów oraz obrania drogi ku zwiększonej demokratyzacji.” – czytamy w tym sztandarowym dziele.

czwartek, 7 lipca 2016

PRZEGRANA WOJNA – (1) DIAGNOZA

Jesteśmy w stanie wojny, a przegrywamy ją dlatego, bo nie chcemy zdać sobie sprawy, że ją toczymy” – Ronald Reagan.

Żadne gwarancje NATO nie zapewnią nam bezpieczeństwa, jeśli sami nie usuniemy zagrożeń wewnętrznych i nie uwolnimy się od obcych wpływów. Obecność około tysiąca żołnierzy „batalionowej grupy bojowej”, będzie z pewnością ważnym uzupełnieniem architektury naszego bezpieczeństwa, ale w żaden sposób nie chroni nas przed niebezpieczeństwem związanym z wojną informacyjną i hybrydową. Nie oczekujmy również, że pobyt amerykańskich żołnierzy wpłynie na zmniejszenie aktywności obcej agentury lub oddali groźbę antypolskich działań politycznej agentury wpływu.
„Problem bezpieczeństwa państwa nie sprowadza się do tajemnic wojskowych, do walk wywiadów i kontrwywiadów, ochrony granicy państwa, jego sieci telekomunikacyjnych, gotowości bojowej wojska i innych kwestii tego rodzaju. Powiedziałbym nawet, iż w aktualnej sytuacji sprawy te - choć oczywiście ważne - nie są pierwszoplanowe. Taki charakter mają natomiast liczne kwestie związane ze sprawnością całości mechanizmu państwowego: płynność podejmowania decyzji, stopień podatności służb państwowych na korupcję i rozmaitego rodzaju inspiracje (np. w zakresie tworzenia prawa) ze strony sił obcych, sprawność aparatu ścigania, stopień podatności instytucji finansowych państwa na zakłócenia mogące zdestabilizować np. płynność obiegu pieniądza, warunki wiarygodności instytucji państwa na forum międzynarodowym i sporo innych zagadnień” - pisał przed ponad 20 laty prof. Andrzej Zybertowicz w książce -„W uścisku tajnych służb. Upadek komunizmu i układ postnomenklaturowy”.
Z tej trafnej diagnozy wynika, że kwestii bezpieczeństwa państwa nie można sprowadzać wyłącznie do powiększania potencjału militarnego. Trzeba spojrzeć na nie z perspektywy funkcjonalności całego mechanizmu państwowego, a szczególnie tych procesów, które zabezpieczają nas przed skutkami związanymi z zagrożeniem wewnętrznym. W tych sprawach możemy liczyć wyłącznie na własne siły.
Z wypowiedzi przedstawicieli NATO oraz deklaracji polskich polityków wynika, że gwarancja naszego bezpieczeństwa ma być oparta na efekcie odstraszania potencjalnych agresorów. Koncepcja odstraszania powinna zatem obejmować również obszar polityki wewnętrznej państwa, jego zdolności do reagowania na zagrożenia polityczne, informacyjne czy ekonomiczne.
To potrzeba tym ważniejsza, że w chwili obecnej istnieje niewielkie prawdopodobieństwo ataku militarnego na cele znajdujące się na naszym terytorium. Znacznie większym zagrożeniem wydaje się  możliwość uderzenia hybrydowego o charakterze niemilitarnym (działania ofensywne w cyberprzestrzeni, presja ekonomiczna, wielokierunkowe działania  dyplomatyczne) oraz groźba przeprowadzenia akcji terrorystycznych i operacji dezinformacyjnych. Równie poważne zagrożenie stwarzają próby destabilizacji sytuacji politycznej i ekonomicznej, kombinacje operacyjne wymierzone w strategiczne cele państwa, dywersja polityczna oraz działalność wrogich ośrodków propagandy.

poniedziałek, 22 lutego 2016

JAK PRZEGRAĆ W OBRONIE III RP – hipotezy i teorie

Najlepsze efekty kombinacji operacyjnych osiąga się poprzez grę na emocjach oraz zaangażowanie tzw. wolnych mediów. Nie ma bardziej oddanych rezonatorów wrzutek, tematów zastępczych i treści dezinformacyjnych, niż media uzależnione od obcego przekazu. Nie ma też lepszych odbiorców (grupy docelowej) od środowiska określanego mianem prawicy.
Twórcy bezpieczniackich kombinacji mogli się o tym przekonać wielokrotnie - w roku 2008, gdy pod nazwą „afery aneksowej” prowadzono działania osłonowe B. Komorowskiego i próbowano zdyskredytować Komisję Weryfikacyjną WSI, podczas gier związanych z „aferą  stoczniową”, czy niedawno, w trakcie operacji kreowania „nowego rozdania” i rozgrywki służb zwanej „aferą taśmową”. W każdym przypadku mieliśmy do czynienia z powielaniem tematów przewodnich (np. określenia „afera aneksowa”), wiarą w przekaz kreowany przez funkcjonariuszy propagandy oraz z bezrefleksyjną konsumpcją treści podawanych przez informatorów ze środowiska służb specjalnych. O przydatności „wolnych mediów” decyduje również niezdolność do samodzielnej, wolnej od obcych wpływów refleksji oraz deficyt umiejętności analitycznych.
Było dziwne, gdyby w kombinacji zatytułowanej „teczki Kiszczaka” nie wykorzystano owych naturalnych predyspozycji i nie sięgnięto po sprawdzone wzorce.
Wszystko, co wiemy o przebiegu tej „afery” wydaje się sugerować, że sprawa pojawiła się nieprzypadkowo i musi zawierać „drugie dno”. Do takiej interpretacji skłania się wielu publicystów i obserwatorów życia politycznego.
Nietrudno dostrzec kontekst sytuacyjny wizyty M.Kiszczak w IPN -  zainteresowanie publiczną „debatą” o przeszłości Wałęsy, fakt wykorzystania wątłego, przez co przydatnego interesom układu III RP narzędzia (szefostwo IPN) oraz ścisłe ukierunkowanie uwagi na sprawę TW „Bolka”. Niestety - nikt z analityków i „znawców tematu” nie próbował rzeczowo uzasadnić swoich wątpliwości, a tym bardziej, wskazać prawdziwego celu kombinacji. Zgodnie z ulubioną metodą mitologów, ograniczano się do spekulacji lub wieloznacznych dywagacji, okraszanych sugestiami o posiadaniu „tajnej wiedzy”.  Jeśli pojawiały się hipotezy (o „ruskiej grze”, intencji storpedowania szczytu NATO, kreowaniu tematu zastępczego itp.) nie były poparte dowodami ani racjonalną argumentacją.
Taki sposób postrzegania kombinacji operacyjnych jest niezwykle korzystny i w pełni zadowalający autorów.
W zachowaniu wdowy po Kiszczaku słusznie dostrzega się celowość i logikę, a jej infantylne „wyjaśnienia” traktuje z dystansem. Można przyjąć, że osoba ta jest zaledwie wykonawcą cudzych poleceń lub uczestnikiem gry, której cele wykraczają poza ujawnienie „teczki Bolka”.
Pojawiają się natomiast spekulacje, jakoby Maria K. czuła się zagrożona i „detonując” archiwum męża chciała uniknąć losu małżeństwa Jaroszewiczów.  Ta wyjątkowo fałszywa teza nie uwzględnia faktu, że „przypadkowo” ujawnione przez Kiszczakową dokumenty dotyczą kwestii ogólnie znanych i w niczym nie zagrażają esbeckim decydentom i ich agenturze. Logika takich wywodów nakazywałaby raczej uznać, że wdowa po oberesbeku, obnosząc się publicznie ze swoją indolencją  i niefrasobliwością dopiero teraz sprowadziła na siebie poważne zagrożenie. Trudno uwierzyć, że zapisy dotyczące TW „Bolka” były najcenniejszym i najtajniejszym trofeum w archiwum Kiszczaka, a ich pozbycie odsuwa niebezpieczeństwa związane z posiadaniem uciążliwego depozytu.

środa, 17 lutego 2016

W PRZEDEDNIU OFENSYWY „RUSKIEJ SIŁY”

Gdyby potencjał armii Putina oceniać na podstawie prognoz i analiz ukazujących się w tzw. wolnych mediach, świat winien stać na granicy atomowej zagłady, w Kijowie powiewałaby rosyjska flaga, a po naszych drogach jeździły ruskie czołgi.
Od dnia napaści Rosjan na Ukrainę, jesteśmy nieustannie straszeni potęgą wschodniego imperium lub epatowani rzekomą sprawnością wojsk Federacji Rosyjskiej. I choć teoretycznym symulacjom „wojen trzydniowych” nie towarzyszą konkrety, zaś potencjał armii Putina został zweryfikowany podczas napaści na Gruzję, Ukrainę i Syrię, panuje przeświadczenie o nadzwyczajnej mocy tej armii i jej zdolnościach bojowych.
To przekonanie i towarzysząca mu atmosfera lęku przed „militarną siłą” Rosji jest dziś największym sukcesem kremlowskich siłowików i jedynym obszarem, w którym Putin może mówić o zwycięstwie. Nikt  wierniej nie spełnia roli rezonatora rosyjskich dezinformacji, jak medialni eksperci i publicyści straszących nas wojną z Moskwą lub roztaczających wizję rosyjskiej mocarstwowości. Ani faktyczna weryfikacja ani rzetelna analiza sukcesów militarnych Putina, nie są w stanie pokonać tej mitologii. Można się jedynie dziwić, że „wolne media” nagłaśniają wypowiedzi byłego prelegenta stowarzyszenia ProMilito i wywody urzędników namaszczonych przez Komorowskiego. Powszechna niekompetencja wydawców oraz deficyt pamięci i samodzielnej refleksji, znakomicie ułatwiają produkcję kolejnych, bezwartościowych dywagacji.
Zwracam uwagę na ten proceder, bo dziś staje się on jednym z najpoważniejszych zagrożeń. Podtrzymywanie irracjonalnych opinii na temat „ruskiej siły” i rozgrywanie lęku przed państwem Putina, stanowi główną przeszkodę na drodze wyzwolenia spod władzy „czynnika rosyjskiego”. Ten stały, antypolski straszak ponownie chce zawładnąć opinią publiczną.
Przez półwiecze okupacji sowieckiej przekonywano Polaków, że Rosja jest światowym hegemonem, a jej polityczna i militarna obecność wytycza granicę nieprzekraczalną dla naszych aspiracji. Zaszczepiany przez dziesięciolecia lęk przez Sowietami miał tłumić dążenia niepodległościowe i sprawić, że wszelkie koncepcje istnienia Niepodległej będą musiały uwzględniać interes Moskwy. Ze straszaka "wojny z Rosją" namiestnicy PRL-u uczynili podstawowy element indoktrynacji społeczeństwa i główny paralizator naszych aspiracji.
Ten sam straszak z powodzeniem wykorzystywali ludzie „demokratycznej opozycji” – namaszczeni przez Kiszczaka na narodowych przewodników, zaś cała dogmatyka „georealistów” została przejęta przez komunistyczną hybrydę III RP i przez ostatnie ćwierćwiecze skutecznie paraliżuje polską myśl polityczną.
Dziś wydaje się ona wyjątkowo groźna. Dzięki słabości Zachodu i nierozpoznaniu celów rosyjskich kombinacji znajdujemy się w przededniu potężnej ofensywy politycznej i propagandowej Kremla. To nie armia rosyjska ma powstrzymać NATO, lecz zmasowana akcja polityczna i agenturalna ma przeszkodzić planom Sojuszu. Efekty tej ofensywy mogą na długie lata zdeterminować sytuację w Europie i na świecie oraz zdecydować o przyszłości Polski. Od prawidłowej oceny rosyjskiej gry, od przejrzenia jej celów i intencji, będzie zależał nasz los. 
Gdy przed pół rokiem, w tekście „O Putinie, rabinie i kozach” opisywałem scenariusz rosyjskiej kombinacji, nie sądziłem, że jej efekty okażą się tak korzystne dla kremlowskiego watażki. Wydawało się, że nawet przywódcy „wolnego świata” – ograniczeni lewackimi dogmatami i ogłuszeni wrzaskiem agentury – wykażą dość rozumu, by rozpoznać cele prymitywnej zagrywki. Mogło się tak wydawać tym bardziej, że sposób, w jaki Rosjanie zarządzają polityką Zachodu, nie jest skomplikowany.

piątek, 3 lipca 2015

AGENTURA-WYCHOWANIE DO NIENAWIŚCI


GPU dokonało największego cudu wszechczasów. Zdołało zmienić naturę Rosjanina, bowiem po raz pierwszy w Rosji uznano donosicielstwo za cnotę, a funkcjonariuszy tajnej policji za bohaterów” – głosił w roku 1925 główny ideolog partii bolszewickiej Nikołaj Bucharin.
Donosicielstwo – uznane za synonim „uspołecznienia”, stanowiło jedną z podstawowych norm funkcjonowania systemu sowieckiego. Podniesione do rangi postawy chwalebnej i prospołecznej, stało się głównym czynnikiem ułatwiającym kontrolowanie i represjonowanie społeczeństwa. Sekretnyje sotrudniki (zwani seksotami) stanowili nieocenione „oczy i uszy” władzy komunistycznej, na nich również wspierała się działalność organów bezpieczeństwa. „Każdy pracujący jest funkcjonariuszem NKWD” – mógł deklarować Anastas Mikojan w przemówieniu z okazji 20-lecia istnienia służb sowieckich.
„Polskim komunistom” instalującym w naszym kraju zbrodniczy system, nigdy nie powiódł się zamysł stworzenia „społeczeństwa socjalistycznego”, w którym zdrada i donosicielstwo byłoby uznane za cnotę. Kolaboracja z bezpieką, donoszenie na sąsiadów i bliskich – zawsze uważane było za hańbiące i naganne. Donosicieli się bano, ale obdarzano ich pogardą, zaś ujawnienie zdrady groziło zwykle ostracyzmem i środowiskowym wykluczeniem. Nawet w latach największego terroru nie udało się zaszczepić Polakom norm „człowieka sowieckiego”. Zdecydowana większość odrzucała mentalność zdrajcy i gardziła seksotami bezpieki.
[…]
 „Cud wszechczasów”, którym chwalił się Bucharin dokonał się dopiero po rzekomym upadku komuny, gdy esbecy i ich pomagierzy przedzierzgnęli się w moralne „autorytety” i na mocy ustaleń okrągłego stołu, stali elitą nowego państwa. Z perspektywy ostatnich dwóch dekad, wyraźnie widać, że okres III RP uczynił w świadomości Polaków większe spustoszenie niż 50 lat sowieckiej indoktrynacji. Wprawdzie komunistom nie udało się zbudować społeczeństwa agenturalnego, to ich sukcesorom powiodła się próba uodpornienia nas na dżumę donosicielstwa.
Może właśnie „mit nieważności donosicielstwa” (jak celnie nazwał tę chorobę Waldemar Łysiak) – jest największym zwycięstwem komunistycznej zgrai i pośmiertnym tryumfem peerelowskich esbeków. To co nie udało się przez lata jawnej komuny, bez najmniejszego problemu narzuciły nam ośrodki propagandy i rzesze parcianych „autorytetów”.
Gdy Łysiak pytał - „Czy można unieważnić donosicielstwo? Usprawiedliwić czymkolwiek denuncjowanie kolegów, familiantów i ludzi mniej lub bardziej znajomych?” - jest to tylko pytaniem retorycznym, na które odpowiedź zna każdy obserwator życia publicznego.
Gdyby po roku 1989 nie można było „unieważnić donosicielstwa” - nie powstałbym żaden z rządów tego państwa, nie byłoby ministrów z przeszłością kapusiów ani prezydentów denuncjujących kolegów. Gdyby nie „unieważnienie donosicielstwa” - nie słuchalibyśmy ćwierćinteligentów obsadzonych w rolach autorytetów i nie czytali bełkotu seksotów nazywanych dziennikarzami. 
W roku 2008 autor „Mitologii świata bez klamek” mógł jeszcze napisać:
Autorytety” są  więc wśród nas, chwilowo pół anonimowe, bez szyldu TW. I coraz mniej boją się ujawnienia, gdyż wiedzą, że błogosławiony salonowy mit o nieważności kolaboracji i o chwalebnym męczeństwie kolaborantów nabiera rozpędu orlego. Jeszcze trochę, a donosicielstwo zostanie przez Salon zaliczone - jak niegdyś przez KGB na obszarze ZSRR - do kanonu cnót.”
Dziś to już słowa nieaktualne, bo rządzący III RP reżim przekroczył kolejne granice, nadając pospolitym kapusiom nimb cnoty, a nawet „opozycyjnego” bohaterstwa.
Być może kiedyś poważni socjologowie spróbują odpowiedzieć na pytanie – dlaczego Polacy zaakceptowali donosicieli na najwyższych stanowiskach i przyzwolili na rządy miernot, których jedynym atutem była kolaboracja z bezpieką? Skąd wzięło się to społeczne przyzwolenie na panoszenie kreatur, którym w czasach komuny nikt nie podałby ręki?
Będą musieli wówczas uwzględnić rolę byłych esbeków i zdefiniować mity funkcjonujące w polskim społeczeństwie.
To za sprawą ludzi „służb specjalnych” PRL wmówiono Polakom, że współpraca z organami represji była zaledwie „pomocnictwem w działalności polskich służb wywiadowczych”, a donoszenie na przyjaciół i znajomych „mieści się w granicach postawy obywatelskiej”. Posłużono się załganą logiką - skoro każdy z esbeków wiernie „służył Polsce”, ich seksotom przysługuje przecież miano patriotów.

środa, 12 lutego 2014

AGENTURA - WYCHOWANIE DO NIENAWIŚCI


Fragment jednego z rozdziałów mojej książki „BEZPIEKA O MITOLOGII SŁUŻB SPECJALNYCH PRL” wydanej w roku 2013 przez wydawnictwo Bollinari Publishing House.

GPU dokonało największego cudu wszechczasów. Zdołało zmienić naturę Rosjanina, bowiem po raz pierwszy w Rosji uznano donosicielstwo za cnotę, a funkcjonariuszy tajnej policji za bohaterów” – głosił w roku 1925 główny ideolog partii bolszewickiej Nikołaj Bucharin.
Donosicielstwo – uznane za synonim „uspołecznienia” stanowiło jedną z podstawowych norm funkcjonowania systemu sowieckiego. Podniesione do rangi postawy cenionej  i prospołecznej stało się głównym czynnikiem ułatwiającym kontrolowanie i represjonowanie społeczeństwa. Sekretnyje sotrudniki (zwani seksotami) stanowili nieocenione „oczy i uszy” władzy komunistycznej, na nich również wspierała się działalność organów bezpieczeństwa. „Każdy pracujący jest funkcjonariuszem NKWD” – mógł deklarować Anastas Mikojan w przemówieniu z okazji 20-lecia istnienia służb sowieckich.
„Polskim” komunistom instalującym w naszym kraju zbrodniczy system, nigdy nie powiódł się zamysł stworzenia „społeczeństwa socjalistycznego”, w którym zdrada i donosicielstwo byłyby uznane za cnotę. 
Kolaboracja z bezpieką, donoszenie na sąsiadów i bliskich – zawsze uważane było za hańbiące i naganne. Donosicieli się bano, ale obdarzano ich pogardą, zaś ujawnienie zdrady groziło zwykle ostracyzmem i środowiskowym wykluczeniem. Nawet w latach największego terroru nie udało się zaszczepić Polakom norm „człowieka sowieckiego”. Zdecydowana większość odrzucała mentalność zdrajcy i gardziła seksotami bezpieki.
Warto mieć świadomość rzeczywistej skali tego zjawiska. W roku 1949 z Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego współpracowało już ponad 53 tys. ludzi, w tym 5 tys. agentów i 48 tys. informatorów. Wielu z nich to ludzie „odziedziczeni” po Gestapo, jak np. Danko Redlich, przedwojenny komunistyczny agent, który po współpracy z Niemcami, donosił później dla Urzędu Bezpieczeństwa. W następnych latach liczba współpracowników uległa zwielokrotnieniu i w roku 1953 było ich już blisko 120 tys.
Jak podaje Filip Musiał w opracowaniu – „Mity historyczne - mity polityczne” ( w pracy zbiorowej „Rzeczpospolita 1989-2009: zwykłe państwo Polaków? - Ośrodek Myśli Politycznej 2009r): „u schyłku 1988 r. SB miała „na kontakcie” 98 tys. tajnych współpracowników. Do tej liczby należy dodać pozostałe kategorie osobowych źródeł informacji pionów SB działających w kraju (kontakty operacyjne, konsultantów), tzw. wywiadu MSW oraz służb wojskowych.
Mówimy zatem o liczbie znacznie przekraczającej 100 tys. osób, które w chwili wydarzeń 1989 r. tajnie wspierały komunistyczny aparat represji. Liczba ta jednak wciąż nie jest ostateczna, bowiem musimy do niej dodać wszystkie te osoby, które w 1989 r. nie utrzymywały już kontaktów z SB czy służbami wojskowymi, jednak wcześniej – z różnych względów, w różnych okolicznościach i w różnym zakresie – były uwikłane w tajne kontakty z komunistycznym aparatem represji. Ostrożnie szacując mówimy zapewne o kilkuset tysiącach osób (wśród których liczni byli reprezentanci byłej opozycji, środowisk naukowych, twórczych, artystycznych, dziennikarskich itp.), które nie były zainteresowane publicznym ujawnianiem swych kontaktów z komunistyczną policją polityczną.”
Istnieją również opracowania, z których wynika, że do roku 1989 bezpiece udało się pozyskać ponad 3 miliony tajnych współpracowników, przy czym chodzi tu o całą kartotekę TW, a nie stan na jeden rok.

sobota, 4 stycznia 2014

HISTERIA W INTERESIE MOSKWY


Straszenie iskanderami należy do stałego repertuaru rosyjskich mistyfikacji militarnych. Kremlowscy propagandyści doskonale wiedzą, jakie reakcje wywoła wzmianka o rozmieszczeniu rakiet w pobliżu granicy z Polską, i od wielu lat umiejętnie rozgrywają identyczną sekwencję. Wypada się jedynie dziwić, że ta prymitywna gra wciąż okazuje się skuteczna i za każdym razem prowokuje zachowania  pożądane przez Rosjan.
Już w roku 2009 prezydent Rosji Miedwiediew groził, że „w razie budowy amerykańskiej tarczy antyrakietowej w Polsce i w Czechach, Moskwa rozmieści dodatkowe rakiety krótkiego zasięgu w Obwodzie Kaliningradzkim.” Poskutkowało, bo Barack Obama podjął wkrótce decyzję o odstąpieniu od budowy tarczy w wersji preferowanej przez administrację republikańską. Rok później, informacja o iskanderach ponownie posłużyła do szantażu. Na tyle skutecznie, że Amerykanie przenieśli datę rozmieszczenia baterii antyrakiet w Polsce na lata 2018–2020, a nawet zaproponowali Moskwie zapoznawanie się ze szczegółami systemu przeciwrakietowego. W styczniu 2012 r. "Rossijskaja Gazieta" i "Niezawisimaja Gazieta" z powodzeniem straszyły obecnością iskanderów w Obwodzie Kaliningradzkim. Miały się tam również znaleźć radary nowej generacji typu Woroneż-DM oraz systemy naprowadzania S-400 Triumf. 
Warto przypomnieć, że w tym samym czasie rząd Donalda Tuska z żelazną konsekwencją realizował rosyjsko-niemiecki projekt otwarcia granicy z Obwodem Kaliningradzkim i uczynienia z tego najbardziej zmilitaryzowanego miejsca na świecie, rosyjskich „drzwi do Europy”. U podstaw projektu (wytyczonego w roku 2009 przez Ławrowa), leżała koncepcja reaktywacji Prus Wschodnich. Pozostając pod władzą Rosji, obwód chłonąłby niemiecki kapitał dając w zamian dostęp do rynku rosyjskiego i stając się głównym narzędziem w umacnianiu politycznego przymierza Rosji i Niemiec. Pomysł był aktywnie wspierany przez związek „wypędzonych” z Prus Wschodnich i należał do priorytetów polityki Angeli Merkel. Wykonanie przedsięwzięcia powierzono polskiemu „koniowi trojańskiemu” i stało się ono jednym z najważniejszych elementów misji „usuwania przeszkód stojących na drodze poprawy relacji rosyjsko-niemieckich” – jak podkreślał Donald Tusk

czwartek, 4 lipca 2013

SNOWDEN - AGENT ZNIEWOLENIA

Działalność Edwarda Snowdena od wielu tygodni pogrąża administrację Obamy i obnaża słabość Stanów Zjednoczonych w starciu z sojuszem rosyjsko-chińskim. Wprawdzie trudno jeszcze ocenić rozmiar strat spowodowanych aktywnością byłego pracownika NSA, to rozgłaszane przezeń rewelacje już dziś wywołują wstrząs w stosunkach politycznych USA-reszta świata i niosą zapowiedź poważnych konsekwencji.
Histeryczne reakcje tradycyjnych sojuszników Moskwy -  Francji, Niemiec i Polski, były do przewidzenia. Podobnie jak błazenada polityków unijnych żądających „sprawdzenia pomieszczeń KE na obecność amerykańskich podsłuchów” czy ochłodzenie relacji z innymi państwami UE. W dalszej perspektywie sprawa ta zostanie z pewnością wykorzystana przez zwolenników wypchnięcia Ameryki z obszaru europejskiego i posłuży do politycznej dezintegracji struktur NATO. Może mieć także wpływ na funkcjonowanie największej sieci wywiadu elektronicznego, znanej pod nazwą Echelon.
Rzeczą istotną jest również wizja ograniczenia działań wywiadu w zakresie zbierania danych o potencjalnych zagrożeniach, w tym identyfikacji grup i środowisk terrorystycznych oraz groźba pozbawienia służb amerykańskich jednego z najskuteczniejszych narzędzi w walce z terroryzmem. Wywiad elektroniczny i pozyskiwanie informacji z sieci internetowych pozwala bowiem analizować siatki powiązań oraz identyfikować grupy, którym przyświecają “wspólne cele” – zwykle wymierzone w USA. Można przypuszczać, że rewelacje Snowdena wymuszą również zmianę procedur i zabezpieczeń stosowanych przez wywiad oraz rezygnację z niektórych – ważnych dla bezpieczeństwa Ameryki - obszarów inwigilacji.
Przewidywanie takich następstw pozwala sformułować tezę, że casus Snowdena przyniesie Stanom Zjednoczonym o wiele większe straty niż działania każdej „normalnej” agentury. Z wielu względów mogą być to straty największe od czasu zakończenia „zimnej wojny”.
W przypadku byłego pracownika CIA mamy bowiem do czynienia z nową jakością w pracy agenturalnej. Dotychczas ludzie zwerbowani przez obce służby dzielili się wiedzą ze swoimi mocodawcami w zaciszu gabinetów i podczas zamkniętych przesłuchań. Snowden działa poprzez media i rozgłasza swoje rewelacje publicznie. Warto zauważyć, że choć są to informacje ogólnikowe, to o takim wydźwięku, by wzbudzały zainteresowanie mediów i opinii publicznej. Budują one negatywny obraz Ameryki, jako państwa „dwóch standardów” (© Ławrow) i wyraźnie grają na antyamerykańskich nastrojach wśród społeczeństw Zachodu. To okoliczność niezwykle korzystna dla mocodawców Snowdena. Przekaz trafia natychmiast do publiczności i jest nagłaśniany przez rozlicznych rezonatorów. Nie ma przy tym możliwości zweryfikowania prawdziwości informacji. Każda z nich jest powielana i przyjmowana bezkrytycznie, służąc utrwaleniu zakodowanych wcześniej stereotypów.

sobota, 29 czerwca 2013

NASI I OBCY – W STRONĘ UKŁADU WARSZAWSKIEGO

Władza nie może się odcinać szyframi i kodami od społeczeństwa”– perorował przed rokiem szef BBN Stanisław Koziej, gdy hakerzy zaatakowali „zabezpieczone przez ABW” strony kancelarii premiera i złamali supertajne hasła „admin” i „admin1”. Koziej najwyraźniej lekceważył wówczas zagrożenie związane z akcją grupy Anonymus i usprawiedliwiał rządzących, że przecież „każdy zostawia te loginy jakie mu zostawiono. A my nie mamy jeszcze świadomości życia w cyberprzestrzeni”. Gdy w marcu br. haker-filantrop dokonał kolejnego włamania do sieci kancelarii premiera, kancelarii prezydenta, MON i MSZ, BBN również nie wykazało niepokoju, a w wydanym komunikacie stwierdzono jedynie, iż "Kancelaria Prezydenta RP jest świadoma incydentu informatycznego związanego z bezpieczeństwem sieci teleinformatycznej KPRP”.
Jakże inną reakcję szefa BBN mogliśmy zobaczyć przed kilkoma dniami, gdy światowe media obiegły „rewelacje” rozgłaszane przez Edwarda Snowdena - pracownika CIA, najprawdopodobniej zwerbowanego przez chiński wywiad. Koziej zapytany - jak chronione są w internecie instytucje państwowe, przytoczył przykład zeszłorocznych protestów przeciwko ACTA i stwierdził -"Okazało się wówczas, że nie ma większych kłopotów z buszowaniem w cyberprzestrzeni wszystkich instytucji państwowych. Co więcej, zabezpieczenia przed włamaniami na te strony okazały się bardzo słabe". Zdaniem Kozieja "dla uporządkowania działań potrzebne jest przyjęcie cyberstrategii państwa, która nakreśli priorytety i wskaże skoordynowane kierunki działania instytucji. W cyberprzestrzeni nie może być działów administracji rządowej" – podkreślił minister i zapowiedział, że BBN ma plany, by rozpocząć prace nad taką strategią.
Mogłoby się wydawać, że w ocenie prezydenckiego urzędnika, ataki hakerów na strony rządowe oraz włamania do skrzynek ministerialnych niosą mniejsze zagrożenie dla bezpieczeństwa III RP niż program amerykańskiej  Narodowej Agencji Bezpieczeństwa. Swoją obecną reakcję Koziej tłumaczy nam jednak troską o …dobro obywateli. „Zwykli obywatele są zupełnie bezbronni w internecie i nie zdają sobie sprawy ze skali zagrożeń takich jak PRISM” – podkreśla szef BBN.

czwartek, 4 kwietnia 2013

PODZWONNE OD BONDARYKA


Ludzi rosyjskich służb musiał rozbawić raport ABW zatytułowany "Współpraca SB MSW PRL z KGB ZSRR w latach 1970-1990 – próba bilansu". Szef największej służby specjalnej III RP przyznając na wstępie, że „pomimo upływu ponad 20 lat od upadku PRL i ZSRR oraz zakończenia współpracy ich służb wewnętrznych, (…) opisanie jej skutków i pozostałych po niej układu oraz aktywów ma nadal istotne znaczenie ze względu na wciąż możliwy wpływ tej współpracy na aktualny stan bezpieczeństwa RP” - stwierdza tym samym, że jego ponad dwudziestoletnia kariera „Bonda” oraz szefowanie Agencji przez ostatnie pięciolecie, były pasmem porażek w walce z sowiecką i rosyjską agenturą. Fakt, że dopiero po dwóch dekadach polski kontrwywiad dostrzegł to zagrożenie i podjął próbę opisania zjawisk, które ukształtowały cały system bezpieczeństwa III RP, wystawia polskim służbom jak najgorsze świadectwo. Można byłoby powiedzieć – lepiej późno niż wcale, gdybyśmy nie mieli do czynienia ze zdarzeniem, którego kontekst ma niewiele wspólnego z intencją ukrócenia wpływów agentury, wygląda za to na element pijarowskiej akcji w obronie wizerunku służby Krzysztofa Bondaryka.
Nie zamierzam zajmować się treścią tego wiekopomnego dokumentu (tym bardziej, że nie zawiera on szczególnych rewelacji) lecz – w odniesieniu do zdarzeń z ubiegłych miesięcy, zastanowić się nad czynnikami, które doprowadziły do jego powstania.
Warto zauważyć, że od czasu gdy środowisko Belwederu narzuciło plan gruntowej przebudowy systemu bezpieczeństwa i wykreowania nowej formuły reżimu prezydenckiego, mamy do czynienia z niezwykłą aktywnością ludzi ABW. Przypomnę, że projekty opracowane w ramach Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego przewidują m.in. podporządkowanie Agencji ministrowi spraw wewnętrznych oraz ograniczenie jej zadań do ochrony kontrwywiadowczej. ABW miałaby przekazać Policji (CBŚ) zadania w zakresie nielegalnego wytwarzania, posiadania i obrotu bronią i amunicją, a do Ministerstwa Finansów oddać kompetencje dotyczące zagrożeń korupcyjnych i ekonomicznych. Doprowadzi to do znaczącego ograniczenia wpływów ABW na szereg procesów decyzyjnych oraz odebrania tej służbie prymatu w sprawach bezpieczeństwa.

wtorek, 29 stycznia 2013

FILM POLITYCZNIE ZAANGAŻOWANY – czyli kto wyłożył pieniądze?


Film "Śmierć prezydenta" wyprodukowany przez kanadyjską firmę Cineflix nie mógł być niczym więcej, jak „politycznie zaangażowaną” agitką. Szukając odpowiedzi na pytanie – dlaczego film upowszechnia rosyjską wersję wydarzeń i wygląda jak dzieło stworzone na polityczne zamówienie, słusznie wskazuje się na  okoliczności związane z dzialnością firmy Cineflix na rynkach Europy wschodniej Ta produkcja ma przede wszystkim  „podobać się” rządom III RP i Rosji i zapewnić firmie dalsze, lukratywne kontrakty. Sprawa ma jednak nieco szerszy kontekst.
 Zwracałem już uwagę, że producenci serii „Air Emergency” współpracowali z firmami rosyjskimi przy produkcji niektórych odcinków, np. o locie Tu 154M Baszkirskich Linii Lotniczych z Moskwy do Barcelony, a trójka autorów "Death of President" zrobiła przed kilkoma laty film o zestrzeleniu przez Sowietów w 1983 roku koreańskiego samolotu pasażerskiego. Ilość fałszerstw i błędów, jakie zawierał tamten „dokument”, dorównuje obecnemu dziełu na temat tragedii smoleńskiej. Propagandowe lukrowanie rosyjskiej rzeczywistości, obecne w niemal wszystkich tego typu produkcjach, jest zabiegiem tym dziwniejszym, że jeden z autorów i scenarzysta „Śmierci prezydenta”- Greg Gransden, na początku lat 90. był korespondentem w Moskwie. Jest autorem wielu publikacji nt. Rosji i można sądzić, że zna realia tego kraju. Gdzie zatem poszukiwać przyczyn powstania tak makabrycznej agitki?

czwartek, 6 września 2012

KOMBINACJA OPERACYJNA „POJEDNANIE”

Podpisanie wspólnego dokumentu Cerkwi i Episkopatu poprzedziły wydarzenia, których logikę trudno uznać za przypadkową. Analiza tych wydarzeń pozwala dopatrzyć się w nich cech klasycznej kombinacji operacyjnej – rozumianej jako zbiór działań podporządkowanych jednolitej koncepcji, których celem jest doprowadzenie przeciwnika do pożądanych zachowań. 
Wydaje się, że na wiele miesięcy przed podpisaniem orędzia hierarchów z Cyrylem - Gundiajewem stworzono sytuację, której sens trafnie oddawały słowa abp. Głódzia z marca br. o „postawieniu Kościoła pod ścianą” - wypowiedziane po obradach Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu.
Podstawowym motywem kombinacji stała się sprawa działalności Komisji Majątkowej, uzupełniona później tematem Funduszu Kościelnego.
W pierwszym przypadku, przy pomocy publikacji medialnych oraz kontrolowanych przecieków dążono do wywołania przeświadczenia o korupcyjnych charakterze działań Komisji. Ich nagłośnienie mogło być wykorzystane do wywierania nacisków i presji na poszczególne osoby. Gdy w grudniu 2011 roku do Sądu Okręgowego w Krakowie trafił akt oskarżenia przeciwko byłemu esbekowi Markowi P. oraz ośmiu innym osobom, wydawało się, że mamy do czynienia z  ogromną aferą, której ujawnienie może poważnie zaszkodzić wizerunkowi Kościoła. Wcześnie rząd Tuska i przedstawiciele Episkopatu uzgodnili natychmiastową  likwidację Komisji, bo – według słów Tuska – „Episkopat sam zrozumiał, że dalsze funkcjonowanie Komisji Majątkowej jest zabójcze z punktu widzenia opinii publicznej”.  Warto odnotować, że wokół tej sprawy toczyła się też zadziwiająca gra służb specjalnych, podczas której prowadzono m.in. inwigilację biskupa płockiego Piotra Libery oraz innych duchownych, próbowano uzyskać dostęp do poczty elektronicznej Konferencji Episkopatu Polski czy kurii w Katowicach.
W styczniu 2011 roku Bronisław Komorowski podpisał nowelizację ustawy o stosunku państwa do Kościoła katolickiego, zakładającą. likwidację komisji. Zgodnie z tą regulacją, ówczesny szef MSWiA Jerzy Miller, sekretariat Komisji Episkopatu Polski i Komisja Wspólna Rządu i Episkopatu miały otrzymać sprawozdanie z prac Komisji Majątkowej w latach 1989-2011.
Fundusz Kościelny i Komisja Majątkowa to jest bęben do bicia, w który co jakiś czas się wali. Być może wali się zasłużenie, ale komisja działała ponad 20 lat i nagle są widoczne nadużycia. Pachnie mi to koniunkturalizmem” – trafnie ocenił wówczas intencje rządzących dr Paweł Borecki z Katedry Prawa Wyznaniowego Uniwersytetu Warszawskiego.
Nim sprawozdanie trafiło pod obrady Komisji Wspólnej, na początku 2012 roku pojawiły się medialne „przecieki”, a „Gazeta Wyborcza” poinformowała o wnioskach rządowego raportu nt. prac Komisji Majątkowej.
Sporządzili go prawnicy z działu kontroli Kancelarii Premiera, a treści raportu miało wynikać, że przeciwko członkom komisji prowadzono postępowania w sprawach o korupcję i działania na szkodę skarbu państwa. Opisywano ogromny bałagan panujący w dokumentacji oraz szereg poważnych nieprawidłowości dotyczących postępowań o zwrot majątku.  Raport miał zawierać konkluzję, iż Komisja Majątkowa przyznała Kościołowi kilkaset więcej rekompensat, niż zostało złożonych wniosków. W tym samym czasie, Naczelny Sąd Administracyjny uznał, że podmioty kościelne mogą ubiegać się o zwrot zabranego im mienia z tytułu ustawy o gospodarce nieruchomościami, co oznaczało,  że sprawy regulacji majątkowych w stosunkach państwo-Kościół przechodzą pod orzecznictwo sądowe i nie muszą być rozpatrywane przez Komisję Majątkową.
Publikacja „GW” i temat nieprawidłowości zostały natychmiast podchwycone przez SLD i Ruch Palikota, które zapowiedziały skierowanie do Sejmu projektu nowelizacji zakładającej natychmiastową likwidację Funduszu Kościelnego, bez wprowadzania w zamian innych form finansowania Kościołów z budżetu państwa. Z Funduszu są pokrywane m.in. ubezpieczenia duchownych, działalność charytatywną, oświatowo-wychowawczą, remonty i konserwacje obiektów sakralnych oraz utrzymuje się wydziały teologiczne na wyższych uczelniach. Obie partie uznały, że nie ma podstaw do dalszego funkcjonowania Funduszu, bo Kościół otrzymał już rekompensatę za utracone dobra. 
Projekty RP i SLD trzeba oceniać jako w pełni skorelowane z intencjami rządu. W przypadku „partii prezydenckiej” i partii byłych komunistów, były to propozycje zmierzające do podważenie dotychczasowego status quo w zakresie finansowania Kościoła oraz wywołania konfliktu na linii państwo-Kościół. Mogły one powstać w środowisku skupionym wokół Pałacu Prezydenckiego. Nietrudno bowiem zauważyć, że tam znajdują się zwolennicy radykalnej likwidacji Funduszu Kościelnego i pozbawienia Kościołów budżetowego wsparcia. W listopadzie 2011 roku, gdy Konferencja Episkopatu Polski (KEP) przedstawiła propozycję odpisu 1 proc. podatku na rzecz wybranego Kościoła, doradca Komorowskiego, Tomasz Nałęcz perorował – „Myślałem, że skoro Kościół odzyskuje mienie, to ten Fundusz powinien zostać zlikwidowany. Teraz słyszę, że ma zostać zastąpiony czymś znacznie obszerniejszym i pochodzącym z budżetu państwa, bo to nie jest dobrowolna ofiara, a uszczuplenie dochodów państwa.”
Wydaje się, że radykalne rozwiązania proponowane przez RP i SLD, (które rząd Tuska później łaskawie odrzucił)stanowiły rodzaj straszaka i miały uświadomić hierarchom, że sprawa finansowania zostanie definitywnie zakończona jeśli między stronami nie dojdzie do porozumienia.
Wprawdzie sejmowa komisja administracji i spraw wewnętrznych negatywnie zaopiniowała oba projekty, to okazało się, że rząd Tuska pracuje nad ustawą zakładającą likwidację Funduszu. W jego miejsce zaproponowano wprowadzenie możliwości odpisu 0,3 proc. podatku dochodowego na rzecz Kościołów i związków wyznaniowych. Co więcej – odtąd  miałyby one samodzielnie płacić składki na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne duchownych.
Taką propozycję przedstawiono hierarchom podczas marcowych obrad Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu. Dopiero 17 marca br., w dniu, w którym rozpoczęły się obrady, projekt rządowy zakładający likwidację Funduszu został opublikowany na stronie internetowej Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji.
Propozycja, jaką złożył nam rząd, była dla nas totalnym zaskoczeniem” – potwierdził wówczas  abp. Leszek Głódź. Rząd Tuska oczekiwał również, że strona kościelna od razu dokona oceny przedstawionego projektu oraz – jak uznał „Nasz Dziennik” - wyraźnie dążył do „załatwienia” sprawy Funduszu i składek ubezpieczeniowych duchownych w trybie jednostronnych regulacji poprzedzonych jedynie konsultacjami.
To ultimatum wywołało gwałtowną reakcję hierarchów, którzy zaczęli głośno mówić o „wojnie z Kościołem” i  - jak abp. Leszek Głódź o „zmasowanym ataku na Kościół, który tchnie PRL, jakimś szukaniem wroga ludu”. Strona kościelna chciała, by odpis podatkowy wynosił 1 proc. i nie godziła się na propozycję rządu dotyczące ubezpieczeń.
Warto odnotować, że jeszcze kilka miesięcy wcześniej z wypowiedzi przedstawicieli Kościoła wynikało, że współpraca z rządem układa się wręcz znakomicie, a sytuacji Kościoła w Polsce nie wolno było porównywać do metod władzy z czasów PRL-u: - „W obecnych realiach nie ma walki między Kościołem a rządem. Są różnice stanowisk, jak przy pewnych trudnych kwestiach etycznych związanych np. z in vitro, ale jest współpraca, zatroskanie, jest szczerość, jest wzajemna autonomia, co jawi się jako warunek konieczny istnienia każdego społeczeństwa opartego na zasadach demokracji” – głosił abp. Józef Życiński, metropolita lubelski.
Po marcowym ultimatum rządu, retoryka hierarchów uległa tak zasadniczej zmianie, że kard. Dziwisz nie wahał się uznać, iż „ataki na Kościół są bardziej przebiegłe, niż w czasach komunizmu”, a prymas Polski mówił o rządzących: „Jak Kościół był potrzebny, to się pchali, wchodzili do zakrystii, prosili o pomoc”.  W perspektywie dwóch dekad istnienia III RP nie sposób byłoby wskazać wydarzenia, które wywołało równie ostrą reakcję hierarchów.  
Komentując sytuację, dr Barbara Fedyszak-Radziejowska trafnie spostrzegła: „To działanie socjotechniczne. To przemyślana arogancja, której celem jest obniżenie pozycji Kościoła i hierarchów, bo ze słabszym przeciwnikiem można rozmawiać bardziej skutecznie”.
Kolejne miesiące upłynęły na rozmowach zespołów konkordatowych: rządowego i kościelnego. Wiemy o przynajmniej trzech spotkaniach w sprawie finansowania Kościoła. Na początku maja br. przewodniczący Rady Episkopatu ds. Ekonomicznych kard. Kazimierz Nycz poinformował, że ustalono konieczność przygotowania specjalnej umowy pomiędzy Kościołem a rządem ws. Funduszu Kościelnego. Nie porozumiano się jedynie w sprawie wysokości ewentualnego odpisu.
W czerwcu br., gdy Sejm (m.in. głosami posłów PO) odrzucił projekty radykalnych rozwiązań zgłoszonych przez RP i SLD, nastąpiło ocieplenie relacji rząd-Episkopat. Podczas obrad Sejmu Donald Tusk oświadczył, że według obecnego prawa "zmiany dotyczące finansowania Kościoła, w tym likwidacja Funduszu Kościelnego, wymagają procedury uzgadniania tych stanowisk z Episkopatem w ramach komisji rządowo-kościelnej" i wyraził przekonanie, że „spokojna praca z Episkopatem przyniesie efekt, o jaki chodzi, czyli odłączenie niezdrowej finansowej pępowiny państwa od Kościoła z korzyścią dla Kościoła, wiernych i samego państwa".
To koncyliacyjne stanowisko poprzedzone jednak zostało ostrzeżeniem, na tyle wyraźnym, że Katolicka Agencja Informacyjna opatrzyła je tytułem „Tusk grozi Kościołowi”. W tym samym dniu, podczas obrad Sejmu premier rządu oświadczył bowiem: „Jeśli strona kościelna nie zaakceptuje propozycji rządowych, to Sejm będzie musiał rozstrzygnąć dylemat, czy finansowe relacje państwo - Kościół wymagają zmiany Konstytucji, zmiany zapisów konkordatowych, czy też rząd i parlament mogą forsować pewne rozwiązania bez pełnej akceptacji ze strony kościelnej”.
Kilka dni później, po zebraniu plenarnym KEP we Wrocławiu, abp Józef Michalik uznał, że „atmosfera rozmów z rządem zmieniła się na lepszą, ale konkretów ciągle nie ma”. Wyraził jednak nadzieję, że „ dalsze rozmowy przyniosą oczekiwany efekt”.
Zmiana w relacjach rządu i KEP zbiegła się z informacją z lipca br. o umorzeniu przez prokuraturę większości śledztw prowadzonych w sprawie działalności Komisji Majątkowej. Z blisko 30 śledztw, ponad 20 umorzono z powodu „braku znamion przestępstwa lub braku dowodów na jego popełnienie.” Komentując ten fakt, Tomasz Wiścicki, publicysta miesięcznika „Więź" napisał - „Wokół Komisji Majątkowej wywołano atmosferę wielkiej afery. Doszło do sytuacji, że Kościół ograbiony z majątku za czasów komunistycznych został potraktowany jako rabujący. Umorzenie większości spraw pokazuje, że ta atmosfera była wynikiem uprzedzeń części polityków i mediów wobec rzekomo pazernego Kościoła”.
W okresie poprzedzającym podpisanie aktu „pojednania” nie słyszeliśmy już o żadnych konfliktach ani „wojnie z Kościołem”. Okoliczności, w jakich doszło do zawarcia paktu z wysłannikiem Putina, obecność Bronisława Komorowskiego, urzędników z polsko-rosyjskiej Grupy ds. Trudnych oraz polityków Platformy, zdawały się świadczyć, że spór o finanse został zażegnany, a strony porozumiały się w sprawie umowy dotyczącej Funduszu Kościelnego.
Potwierdzenia dla tej tezy można poszukiwać w komunikacie wydanym 26 sierpnia br. po spotkaniu Rady Biskupów Diecezjalnych na Jasnej Górze. Biskupi zajęli się wówczas sprawą „przesłania o pojednaniu narodów i dalszych etapów dialogu z Kościołem prawosławnym”, postanawiając, że tekst owego „przesłania” zostanie odczytany w polskich kościołach w dniu 9 września. Przypomnę, że takie życzenie już w lipcu br. wyraził Adam Rotfeld – współprzewodniczący Grupy ds. Trudnych, której członkowie mają zasadniczy wkład w zawarcie aktu „pojednania”. Rotfeld powiedział wówczas: "Gdyby tekst orędzia został odczytany we wszystkich kościołach w Polsce i wszystkich cerkwiach w Rosji, miałoby to ogromne znaczenie". Wprawdzie nic nie wiadomo, by orędzie miało zostać kiedykolwiek odczytane w Rosji, to życzenie urzędnika mianowanego przez Tuska zostało spełnione przez polskich hierarchów.
Jednocześnie biskupi przyjęli „instrukcję o zarządzaniu kościelnymi dobrami materialnymi”, będącą rodzajem kompendium, w którym przedstawiono „wskazówki dla księży, jak skutecznie zarządzać majątkiem kościelnym w oparciu o prawo kanoniczne i prawo obowiązujące w Polsce”.
W zadziwiający sposób, w tym jednym dokumencie Rady Biskupów Diecezjalnych znajdujemy fuzję dwóch różnych spraw i dwóch porządków: treści o „nowym rozdziale w relacjach między naszymi Kościołami i narodami” oraz  założenia „planowanej reformy”, polegającej na „ujednoliceniu zasad finansowania we wszystkich diecezjach w Polsce, obowiązku publikowania sprawozdań rocznych przez proboszczów i biskupów oraz zwiększenia nadzoru finansowego ze strony osób świeckich.
Można sądzić, że przyjęcie tej instrukcji było jednym z warunków porozumienia w sprawie finansowania Kościoła. Jeśli w najbliższej przyszłości dojdzie do podpisania umowy między rządem i  KEP, a sprawa nieprawidłowości wokół Komisji Majątkowej zejdzie całkowicie z pola widzenia mediów i prokuratury, będzie to świadczyć, że kombinacja operacyjna „pojednanie” zakończyła się pełnym sukcesem.



Artykuł opublikowany w nr 35/2012 Gazety Polskiej. 



Wcześniejsze teksty na ten temat:

PATRON „POJEDNANIA” ZRODZONEGO Z KRWI


„POJEDNANIE” Z CERKWIĄ PUTINA:

TAKTYKA KOMPROMISU-TAKTYKA ZDRADY:


PRZECIWKO "POJEDNANIU":

JAK KAMIEŃ NAGROBNY:

CZY TRZEBA BYŁO MOCNIEJSZYCH SŁÓW?

http://cogito.salon24.pl/401105,czy-trzeba-bylo-mocniejszych-slow


POJEDNANIE ZE SZCZEGÓLNYM BŁOGOSŁAWIEŃSTWEM:

DROGA DO CERKWI:


czwartek, 2 sierpnia 2012

POJEDNANIE Z CERKWIĄ PUTINA

Cieszy nas to, że podczas działań Waszych współpracowników szczególną uwagę poświęcacie sprawom duchowo-moralnym. Jestem przekonany, że konstruktywna współpraca Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej i Służb Federalnych posłuży umocnieniu moralno-patriotycznego ducha obrońców Ojczyzny”.
Ten fragment niedawnego listu patriarchy Cyryla I do Aleksandra Bortnikowa szefa Federalnej Służby Bezpieczeństwa, z okazji 60-lecia urodzin generała FSB doskonale oddaje charakter stosunków łączących Rosyjską Cerkiew Prawosławną z władzą kremlowskich kagebistów.
Ich symbolem jest jedna z najważniejszych świątyń prawosławia - cerkiew św. Zofii, położona niedaleko Łubianki, którą w 2002 roku uroczyście poświęcono jako oficjalną świątynię pracowników Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Wśród funkcjonariuszy KGB/FSB zasiadających na Kremlu sformowała się nawet grupa „prawosławnych czekistów” z Władimirem Jakuninem na czele, która zabiega o wsparcie finansowe i dba o dobre kontakty z przedstawicielami hierarchii.
W zgodnej opinii niemal wszystkich rosyjskich środowisk opozycyjnych, Rosyjska Cerkiew Prawosławna stanowi dziś wyłącznie „narzędzie w rękach Putina”, sam patriarcha jest zaś określany jako członek ekipy pułkownika KGB – przy czym określenie to należy do łagodniejszych epitetów. Niektórzy z rosyjskich duchownych, jak 74-letni Wiaczesław Winnikow nazywają kościół pod przywództwem Cyryla „Kościołem Szatana” i mówią wprost o „zorganizowanej grupie przestępczej pod nazwą Rosyjski Kościół Prawosławny”.
Zwraca się uwagę, że Władimir Michajłowicz Gundiajew – wieloletni agent KGB o pseudonimie „Michajłow”, znany dziś jako patriarcha Cyryl I, od początku swojej kariery był związany ze służbami sowieckimi. Prześledzenie jego autentycznej biografii nie jest jednak łatwe, bo od roku 2000 – tj., od początku „epoki Putina” publikacje na ten temat ukazują się tylko zagranicą, w Rosji zaś są objęte cenzurą. Gdy w początkach lat 90., które przez „Michajłowa” są uznawane za najgorsze w historii Rosji, doszło do próby lustracji i badania akt KGB, natychmiast interweniował Patriarchat Moskiewski. Powołano wówczas (podobnie jak to miało miejsce w III RP) specjalną kościelną komisję do zbadania faktów współpracy duchownych ze służbami specjalnymi. Na jej czele stanął biskup kostromski Aleksy. Do dziś ani komisja ani kolejne Synody Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego nie wydały żadnego komunikatu w tej sprawie. Jak twierdzi opozycja -  Cyryl zareagował szybko na to zagrożenie i zajął się gromadzeniem tajnych materiałów na swój temat, tworząc obszerne prywatne archiwum. Dzięki temu, jego oficjalny życiorys przypomina dziś hagiografię świętego mędrca i ma niewiele wspólnego z prawdą.
Problemy z biografią Cyryla dotyczą już lat najwcześniejszych. Zwraca się np. uwagę, że młody Gundiajew musiał cieszyć się niezwykłą przychylnością władzy radzieckiej skoro został przedterminowo zwolniony ze służby wojskowej i za sprawą metropolity Nikodema (agenta KGB o pseudonimie „Światosław”) prosto z Armii Czerwonej trafił do Leningradzkiego Seminarium Duchownego.
To metropolita Leningradu i Nowogrodu Nikodem przez lata czuwał nad karierą Gundiajewa, zabiegając o szybkie otrzymanie przezeń święceń kapłańskich, posadę wykładowcy w Leningradzkiej Akademii Teologicznej, czy rolę reprezentanta rosyjskiej Cerkwi w Międzynarodowym Forum Młodzieży Prawosławnej. Dzięki Nikodemowi, zaledwie 23 letni Gundajew występując jako osobisty sekretarz biskupa mógł wyjeżdżać bez problemów zagranicę i cieszył się zaufaniem komunistycznej władzy.
Znany jest dokument z 16 kwietnia 1960 roku, w którym szef KGB Aleksander Szelepin rekomenduje Komitetowi Centralnemu KPZR metropolitę Nikodema na stanowisko przewodniczącego Wydziału Stosunków Zewnętrznych Cerkwi Prawosławnej i poleca mianowanie go przedstawicielem Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego w Światowej Radzie Pokoju. KGB miało prawo nominacji na urzędy kościelne nie tylko w cerkwi prawosławnej. Głosem doradczym dysponowała Rada do Spraw Religijnych, która - jak twierdzi Wasilij Mitrochin - stanowiła oficjalną twarz IV Departamentu KGB. Zdaniem Mitrochina na czele wszystkich związków wyznaniowych w ZSRR stali oficerowie komunistycznych służb specjalnych.
Ponieważ Cyryl I, pozostając przez wiele lat pod opieką „Światosława” przeszedł identyczną drogę kariery, można przypuszczać, że jej poszczególne etapy – od działalności w Światowej Radzie Kościołów i kierowania wydziałem zewnętrznych stosunków cerkiewnych, po stanowisko biskupa smoleńskiego i  patriarchy moskiewskiego – musiały również przebiegać pod czujnym okiem KGB/FSB. W niektórych publikacjach podkreśla się, że doświadczenie operacyjne Gundiajewa w sposób szczególny łączy go w serdeczniej przyjaźni z płk Putinem i jest to „więź dwóch profesjonalistów – kolegów pracujących w różnych oddziałach służb sowieckich”.
W wydanej na Zachodzie książce “Wieże tajemnic” były funkcjonariusz IV Departamentu KGB (zajmującego się Cerkwią) Wiktor Szejmow, twierdził, że agentura w kościele prawosławnym była czymś więcej niż tylko źródłem informacji - był to aktyw KGB, zaliczany do nieumundurowanych pracowników tej organizacji. Inny były oficer KGB, Anatol Szuszpanow, w wywiadzie udzielonym przed laty rosyjskiemu tygodnikowi “Argumenty i Fakty“, przyznał, że agenci - duchowni Cerkwi prawosławnej byli de facto pracownikami KGB.
Karierze Cyryla towarzyszyły także liczne skandale finansowe i zarzuty korupcyjne. Jeszcze przed objęciem stanowiska patriarchy Moskwy jego osobisty majątek oceniano na cztery miliony dolarów. Gundiajew prócz apartamentu w Moskwie ma także posiadać dom w Szwajcarii (gdzie co roku jeździ na narty) oraz liczne konta bankowe i nieruchomości rozsiane po całym świecie. Na początku lat 90. duchowny zajmował się handlem wyrobami tytoniowymi, wwożonymi do Rosji bez cła i składowanymi w Monasterze Daniłowskim oraz obrotem ropą naftową, wykorzystując w tym celu instytucje religijne i korzystając z ulg i odpisów podatkowych.  Był m.in. założycielem banku komercyjnego oraz funduszu „Nika”, który posłużył do importu do Rosji ogromnych ilości papierosów w ramach „pomocy humanitarnej”. Zyski z tych przedsięwzięć ocenia się na setki milionów dolarów, a działająca pod koniec lat 90. komisja nadzwyczajna, licząc straty państwa z tytułu przywilejów celnych w latach 1994-1996, stwierdziła, że wyniosły one prawie 33 miliardy rubli.
W roku 2000 pojawiły się w prasie informacje o działalności Gundiajewa na rynku...handlu owocami morza. Spółka w której ówczesny biskup smoleński miał udziały (JSC "Region") zajmowała się połowem krabów królewskich i krewetek, a zyski z tego interesu szacowano na co najmniej 17 milionów dolarów.  Kilka lat temu w jednym z wywiadów Cyryl ironicznie stwierdził, że jego wrogowie są tak zaciekli, że próbowali go oskarżać o próbę zniszczenia wielu cennych gatunków krabów. Obecne pomysły biznesowe Gundajewa dotyczą rozwoju spółek medialnych oraz budowy sieci nocnych  klubów, w których rosyjska młodzież poznawałaby „alternatywne sposoby spędzania czasu po zmierzchu.”
Od kilku miesięcy opozycyjne media stawiają patriarsze zarzuty związane z aresztowaniem trzech młodych kobiet z zespołu punkowego Pussy Riot. W lutym br. wykonały one w soborze Chrystusa Zbawiciela w Moskwie utwór, w którym prosiły Bogurodzicę, by przepędziła z Rosji Władimira Putina.  Władze Cerkwi oskarżyły artystki o „sprofanowanie świątyni, obrażenie uczuć religijnych i szerzenie nienawiści”. W atak na Pussy Riot włączył się osobiście Cyryl I, grzmiąc na „upadek obyczajów” i „bezczeszczenie narodowych świętości” oraz domagając się surowego ukarania sprawczyń. Mimo listu protestacyjnego rosyjskich intelektualistów, podpisanego również przez dziesiątki tysięcy Rosjan, areszt wobec dziewczyn przedłużono do stycznia 2013 roku, a za „czyn chuligański” grozi im kara 7 lat więzienia. Rosyjska opozycja, krytykując obłudną postawę Cyryla podkreśla, że sprawa ma wyłącznie kontekst polityczny i świadczy o bezwzględnym podporządkowaniu Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej interesom kremlowskich kagebistów. 
Powszechnie wyśmiewana i krytykowana Cerkiew broni się w niewyszukany sposób. Jej przedstawiciele powtarzają, że ataki na hierarchów to nic innego jak „akcja zaplanowana przez wrogów Rosji za granicą”, a przede wszystkim - przez sprawcę wszelkiego zła, czyli Departament Stanu USA. Najnowsza uchwała soborowa Kongresu Narodu Rosyjskiego organizowanego przez Patriarchat Moskiewski, wydana po serii wielotysięcznych manifestacji opozycji mówi o „próbie destabilizacji kraju przy udziale zewnętrznych wpływów i sił radykalnych”.
Ta retoryka, zaczerpnięta wprost z wystąpień obecnego prezydenta FR pozwala dostrzec, że przeciwnicy Putina są również wrogami Cerkwi i każdy kto występuje przeciwko reżimowi kagebisty może liczyć na miano śmiertelnego wroga rosyjskiego prawosławia.
Nie dziwi zatem, że strona Patriarchatu Moskiewskiego przypomina oficjalny biuletyn rządu Federacji Rosyjskiej. Listy gratulacyjne oraz życzenia od i do poszczególnych ministrów przeplatają się z informacjami o wzajemnych wizytach, naradach i spotkaniach. Najnowszym sukcesem Cyryla jest  kwietniowe rozporządzenie premiera Rosji o uproszczeniu procedury przekazywania darowizn i nieruchomości na cele religijne. Reżim Putina nie żałuje również pieniędzy na finansowanie budownictwa sakralnego. Przed kilkoma miesiącami Putin chwalił się, że „jeśli w latach 2008-2011, przeznaczyliśmy kwotę 2,3 mld rubli na przywrócenie świetności budowli sakralnych i transferów do organizacji religijnych, to w ciągu najbliższych trzech lat będzie to prawie 3,5 miliardów rubli”.
W zamian za rozliczne przywileje, Cerkiew wspólnie z kagebistami buduje system autorytarnej władzy „opartej na tradycyjnych rosyjskich wartościach” i kontynuuje drogę wytyczoną   wiernopoddańczym listem metropolity Sergiusza z roku 1926, w którym znalazł się m.in. nakaz: ”Musimy nie słowami, lecz czynami pokazać, że jesteśmy wiernymi obywatelami Związku Sowieckiego, lojalnymi wobec władzy sowieckiej” oraz pouczenie, iż „Wszelki cios, skierowany przeciwko Związkowi Sowieckiemu – czy to wojna, czy bojkot, czy jakakolwiek klęska społeczna, czy zwykłe zabójstwo zza węgła, w rodzaju warszawskiego, uważamy za cios skierowany przeciwko nam.”
Sergiaństwo – jak przeciwnicy obecnej Cerkwi nazywają sojusz prawosławia z władzą kagebistów  -  święci dziś tryumfy i pod kierunkiem Cyryla i Putina zmierza do najściślejszej fuzji tych dwóch porządków. W raporcie prestiżowego Instytutu Keston, zajmującego się od 1969 roku badaniem religii w krajach komunistycznych mówi się o „narastaniu bezwarunkowej lojalności” i serwilizmie Cerkwi wobec Putina Podstawowy dogmat kremlowskiej ideologii - koncepcja „wyjątkowości, unikalności rosyjskiej wizji demokracji i praw człowieka” – został uchwalony na Światowym Kongresie Narodu Rosyjskiego zorganizowanym przez Patriarchat Moskiewski w roku 2006. Natomiast w pod koniec maja 2010 roku, podczas spotkania Cyryla I z przedstawicielami putinowskiej partii „Jedna Rosja” podpisano oświadczenie o współpracy, w którym zadeklarowano „narodowe porozumienie co do podstawowych wartości moralnych” oraz intencję „utrzymywania Rosji jako unikalnej cywilizacji szczególnie w kontekście globalizacji i wdrażanie na szeroką skalę programu modernizacji kraju”.
Zdaniem środowisk opozycyjnych – rosyjskie prawosławie jest dziś przede wszystkim narzędziem indoktrynacji społeczeństwa rosyjskiego i służy ekspansji władzy kagebistów, zaś jego wymiar religijny został sprowadzony do efekciarskiej, pustej fasady. Kościół pod przywództwem Cyryla  porównuje się wręcz do „ideologicznego wydziału Komitetu Centralnego KPZR” i oskarża o bezgraniczną podległość władzy kremlowskiej.
Główną rolę w działaniach zagranicznych Cerkwi spełnia wydział kontaktów zewnętrznych – obsadzany od dziesięcioleci najwierniejszymi agentami KGB. Również dziś Służba Wywiadu Zagranicznego (SWR) posiada w nim rozliczną agenturę zapewniającą m.in. doskonałe kontakty z emigracją rosyjską. Przewodniczącym wydziału w latach 1960-72 był patron Gundiajewa metropolita Nikodem (agent „Światosław”), a przez 10 lat na jego czele stał sam agent „Michajłow”. To przedstawiciele tego wydziału odwiedzili Polskę we wrześniu 2009 roku, tuż po wizycie Putina na Westerplatte, która zapoczątkowała proces „zacieśniania przyjaźni” z kremlowskim reżimem. Efektem tej wizyty był projekt wspólnego listu Episkopatu i Cerkwi „o poszanowaniu prawdy historycznej i wezwaniu Polaków i Rosjan do pojednania”. Kolejna wizyta, tym razem przewodniczącego wydziału, metropolity wołokołamskiego Hilariona, miała miejsce tuż po tragedii smoleńskiej, w czerwcu 2010 roku. Powołano wówczas dwa zespoły: polski i rosyjski, które miały opracować tekst wspólnego orędzia.
Jak wiemy, do jego podpisania dojdzie podczas czterodniowej wizyty Gudiajewa -Cyryla w Polsce, w dniu 17 sierpnia br., gdy przedstawiciele obu Kościołów uczynią to w obecności Bronisława Komorowskiego. Tekst orędzia wzywającego do „pojednania” zostanie następnie odczytany we wszystkich polskich kościołach.
Minister Anna Fotyga pisząc niedawno o tym projekcie zapytała: „Komu służy to pojednanie?  Dlaczego, choć to ważne wydarzenie, nikt nie zabiera głosu.? Milczą historycy, religioznawcy, milczy laikat. Ta cisza jest przerażająca, dźwięczy mi  w uszach.
W istocie, cisza panująca wokół tego wydarzenia powinna nas przerażać, bo ponad wszelką wątpliwość akt ten ma groźny wymiar polityczny i służy interesom kremlowskich kagebistów. Te zaś nigdy nie były i nie będą zgodne z dążeniami milionów Polaków. Towarzysząca wspólnemu orędziu religijna retoryka oraz nachalna demagogia - stanowią rodzaj zasłony, zza której wyziera twarz płk Putina i intencje dalekie od „historycznego pojednania”.  W sposób daleki od prawdy przedstawia się nie tylko postać patriarchy Cyryla, ale również pozycję i rolę Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej. Milczeniem pomija się fakt, że jest to instytucja podległa władzy Kremla, wspierającą fałszowanie historii stosunków polsko – rosyjskich, pochwalającą eksterminację narodu czeczeńskiego i „błogosławiąca” bandyckim działaniom służb Putina.
Do dziś nie znamy nawet treści wspólnego orędzia, a jego całkowite utajnienie – aż do chwili odczytania w kościołach – pozwala przypuszczać, że w proces ten zaangażowani zostali również ludzie służb specjalnych. Nie ma wątpliwości, że w takich kategoriach trzeba postrzegać wielu przedstawicieli rosyjskiej Cerkwi. W publikacji GPC z 17 lipca br. przypomniano zaś, że wizyta Gudajewa jest wynikiem m.in. zabiegów byłego pułkownika SB Tomasza Turowskiego, który z nadania Radosława Sikorskiego zajmował się „pogłębianiem stosunków z Rosyjskim Kościołem Prawosławnym”. Rzeczywisty wymiar tego „pojednania” uwidacznia się również w fakcie, że po jednej stronie sygnatariuszy znajdujemy agenta KGB „Michajłowa”, z drugiej zaś tajnego współpracownika SB o pseudonimie „Zefir”.
Jako Polacy i wierni Kościoła Katolickiego mamy prawo pytać: jakie owoce może przynieść to „pojednanie” - jeśli nie poprzedził go rachunek krzywd, wyznanie win i akt skruchy? Na czym jest ono oparte, skoro w obecnych stosunkach polsko-rosyjskich nie ma nawet definicji oprawcy i ofiary, a do kłamstwa katyńskiego rosyjski reżim przyłożył kłamstwo smoleńskie i złowrogą tajemnicę śmierci polskiej elity?
Jan Paweł II w Adhortacji Apostolskiej RECONCILIATIO ET PAENITENTIA przypominał, że  „pojednanie nie może być mniej głębokie niż sam rozłam. Tęsknota za pojednaniem i ono samo będą w takiej mierze pełne i skuteczne, w jakiej zdołają uleczyć ową pierwotną ranę, będącą źródłem wszystkich innych, czyli grzech”.
Czy wspólne orędzie Cerkwi i Episkopatu może uleczyć ogromną ranę polskich dziejów związaną z krzywdami doznanymi od Rosjan - jeśli nigdy ich nie nazwano, nie policzono i nie przeproszono za nie? Jaki grzech ma uleczyć to „pojednanie”, skoro nie ma wyznania winy ani woli poprawy i które rozłamy ma zasypać, jeśli zabroniono nam o nich nawet mówić?
Nie ma dziś sprawy ważniejszej dla Polaków, jak głośne wykrzyczenie sprzeciwu wobec tego fałszywego aktu. Nie da się bowiem walczyć o prawdę bez wsparcia przywódców polskiego Kościoła i nie da się zachować polskości bez jej najważniejszego gwaranta. „Pojednanie” podpisane przez Kościół z wysłannikiem Putina - skazuje nas na przerażającą samotność. Tak wielką, jak zagrożenie, przed którym dziś stoimy.



Artykuł opublikowany w nr 31/2012 Gazety Polskiej pod tytułem „Cerkiew, narzędzie w rękach Putina”.



Wcześniejsze teksty na ten temat:

DROGA DO CERKWI - http://cogito.salon24.pl/298512,droga-do-cerkwi

JAK KAMIEŃ NAGROBNY - http://bezdekretu.blogspot.com/2012/06/jak-kamien-nagrobny.html

PRZECIWKO "POJEDNANIU"- http://bezdekretu.blogspot.com/2012/07/przeciwko-pojednaniu.html

TAKTYKA KOMPROMISU-TAKTYKA ZDRADY - http://bezdekretu.blogspot.com/2012/07/taktyka-komromisu-taktyka-zdrady.html