Jeśli przedstawiciele reżimu mogą dziś uchodzić za
rzeczników Ukrainy i przeciwników kremlowskiego satrapy, mamy do czynienia z tak
niebywałym zjawiskiem, że nie sposób wyjaśnić go w racjonalnych kategoriach.
Pokolenia przyszłych historyków i socjologów będą musiały zmierzyć się z
odpowiedzią na pytanie - jak to możliwe, że najbardziej prorosyjska i regresywna
grupa polityków, jaka kiedykolwiek pojawiła się w polskiej rzeczywistości, mogła
uchodzić za formację „postępową” i „liberalną”? Uważam, że na miano „liberałów”
bardziej zasługują peerelowscy towarzysze Olszowski i Grabski, niźli ludzie,
którzy decydują dziś o polityce III RP. Wielka
w tym wina tzw. opozycji i związanych z nią mediów, że przez ostatnie osiem lat
nie potrafiły pokazać oblicza tej obskuranckiej i twardogłowej zbieraniny.
Prowadzona od wielu miesięcy kampania
medialna wykreowała owych „liberałów” nie tylko na przeciwników Putina i koalicjantów
europejskich „sił postępu”, ale sprawiła, że są postrzegani jako proamerykańscy
i pro natowscy.
To już wizja bardzo niebezpieczna i byłoby prawdziwym
nieszczęściem, gdyby w roku wyborczym politycy USA mieli zostać przekonani, że
reżim Komorowskiego gwarantuje skuteczny opór przed zakusami Putina. W
perspektywie procesów zachodzących w Ameryce (mocna opozycja Kongresu wobec
Obamy) i bliskiego odejścia najgorszego
w dziejach prezydenta, takie okoliczności mają niezwykle istotne znaczenie.
Poza tworzeniem fałszywego wizerunku, celem
kampanii propagandowej jest wzbudzenie przeświadczenia, jakoby przedstawiciele
reżimu mogli zapewnić Polakom bezpieczeństwo i byli gotowi bronić nas przed
rosyjską agresją.
Czytelnikom tego bloga nie muszę wyjaśniać, że taka
teza jest kompletnie nonsensowna - dla każdego, kto posiada wiedzę o rodowodzie
PO i zachowaniach tej grupy przed, w trakcie i po zamachu smoleńskim. Jej
niedorzeczność ujawnia się w polityce zagranicznej III RP, sprowadzonej do roli
rosyjskiego konia trojańskiego, w decyzjach dotyczących energetyki, czy służb
specjalnych, w obszarze wojskowości i kultury, w rozlicznych „strategiach”
środowiska Belwederu, w setkach rozstrzygnięć politycznych i ekonomicznych. Trzeba
byłoby zapomnieć o realiach lat 2008-2013, by uwierzyć, że tak prorosyjski
reżim może być zdolny do zrzucenia niewolniczych pęt.
I jeśli możemy dziś mówić o zatrważającej skuteczności
tej kampanii, to tylko dlatego, że większość naszych rodaków nie jest w ogóle
zainteresowana przyszłością kraju lub nie potrafi sięgnąć pamięcią dalej niż w
bieżący przekaz propagandy.
Wydawałoby się, że przypominanie prorosyjskich
„dokonań” reżimu PO-PSL leży jednak w interesie opozycji i będzie podstawą
każdej, racjonalnej kampanii wyborczej. To temat niewyczerpany i dostępny do
eksploatacji przez wiele miesięcy. Nie tylko w kontekście Smoleńska, ale
poprzez ukazanie, jak szkodliwe i groźne dla Polaków były decyzje podejmowane w
imię utrwalania „przyjaźni polsko-rosyjskiej”. Tym bardziej, jeśli zagrożenia
te nigdy nie zniknęły, a to, co robi reżim nadal sytuuje go w roli wykonawcy
obcych dyspozycji.
W poprzednim tekście wskazywałem na priorytety
interesów rosyjskich i niemieckich związanych z likwidacją polskich kopalni.
Późniejsze wydarzenia potwierdziły intencje reżimowych graczy. By uniknąć
nadmiernych emocji, ale też uchylić się od dosadnej krytyki, zaniechałem
komentowania tego, co o tzw. porozumieniu z górnikami mówili przedstawiciele „wolnych” mediów i politycy
PiS.
Uważam jednak za konieczne, by jasno i bez
niedomówień postawić postulat arcyważny dla polskiego bezpieczeństwa i zrozumiały
dla każdego, kto zna intencje naszych wrogów: trzeba uczynić wszystko, by w
roku 2015 zamknąć granicę z Kaliningradem.
Na temat tego antypolskiego projektu pisałem już
wielokrotnie i poniżej zamieszczam linki do niektórych tekstów. Nie będę więc przypominał
rzeczy oczywistych ani po raz kolejny wyjaśniał – dlaczego zamknięcie granicy leży
w polskim interesie.
W ostatnim czasie pojawiły się jednak dodatkowe
argumenty, o których warto wspomnieć.