Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

czwartek, 1 grudnia 2016

KONSERWATYŚCI WSZYSTKICH KRAJÓW, ŁĄCZCIE SIĘ!

W książce „GRU. Radziecki wywiad wojskowy”, Wiktor Suworow opisywał poszczególne kategorie sowieckich agentów. Wymienił przy tym „kategorię najbardziej ze wszystkich obrzydliwą” i określił ją mianem „gawnojedów” – nadanym owym „członkom wszelkiej maści Towarzystw Przyjaźni ze Związkiem Radzieckim, działaczom organizacji pacyfistycznych (z ruchem na rzecz jednostronnego rozbrojenia na czele), Zielonym i innych postępowym radykałom”, przez ludzi radzieckiego wywiadu.
Przypominam ten (ogólnie znany, jak sądzę) termin, bo trudno dziś znaleźć określenie celniejsze, dla opisania tak powszechnej, odpychającej i niewolniczej postawy wobec Rosji. W ostatnich latach nabrało ono nowego rysu i wolno je zastosować do kilku innych,(poza agenturalnymi) grup prorosyjskiej menażerii.
Rosja posiadła zdolność doskonałego rozgrywania tej anomalii i od wielu dziesięcioleci wykorzystuje ją do budowania swojej pozycji. Tysiące polityków, pisarzy, dziennikarzy oraz zastępy tzw. artystów i aktorów, wzorem amerykańskiego półgłówka Johna Reeda, infekują „wolny świat” bałwochwalczym uniżeniem wobec ludobójczego reżimu i zatruwają umysły fałszywym obrazem Rosji.
Przez szereg lat, ta najniższa kategoria rosyjskich paputczików obejmowała głownie osoby z kręgów lewackich i lewicowych - rozmaitych ekologów, liberałów i „postępowych demokratów”, piewców światowego „odprężenia” i ogłupiałych rzeczników „resetów”, traktujących państwo Putina niczym solidnego partnera w rozwiązywaniu globalnych problemów.
Ta ostatnia patologia – bodaj najpowszechniejsza we współczesnej polityce, jest pochodną sowieckiej idei zbieżności – zwanej teorią konwergencji. Uknuta w podziemiach Łubianki „doktryna” kazała wierzyć, że dwa rywalizujące za sobą i początkowo krańcowo odmienne systemy polityczne, w miarę rozwoju wzajemnych kontaktów, będą stopniowo upodabniały się do siebie i mogły nawiązywać bliższe kontakty. „Konwergencja” usprawiedliwiała więc wszelkie związki ze światowym komunizmem i rozgrzeszała zgraję łajdaków z paktowania z kremlowskimi bandytami. Dzięki uprawianiu tej hiper bredni, zalegalizowaniu partii i środowisk komunistycznych, sowieckie zniewolenie bez przeszkód torowało sobie drogę do zachodnich szkół i uniwersytetów, co wkrótce doprowadziło do sytuacji, w której znaczna część wpływowych środowisk opiniotwórczych znalazła się pod inspiracją „idei marksistowskich”. Tym samym – „konwergencja”, w wydaniu sowieckim, doprowadziła do „oswojenia” Zachodu z komunizmem i zainfekowania całej myśli politycznej błędnymi teoriami i wyobrażeniami. Była pseudonaukowym podłożem, na którym wyrastały nowe zastępy gawnojedów i użytecznych idiotów, sławiących ducha współpracy i przyjaźni z Rosją.
Osadzenie tych dewiacji w środowiskach lewackich i lewicowych, nie wynikało bynajmniej z „pobratymstwa ideowego”, jak tłumaczy się to zauroczenie. Komunizm, który nigdy nie był żadną ideologią, filozofią ani doktryną polityczną, wykorzystał jedynie intelektualne upośledzenie liderów tych środowisk i narzucił im „kilka pojęć jak cepy”. 
A czymże jest nasza teoria – przyznawał Lew Trocki - jeśli nie po prostu narzędziem działania? Tym narzędziem jest dla nas teoria marksistowska, bo aż do dziś nie wymyślono lepszego.”
Pułkownik Putin, który nie musiał już bawić się w „marksistowskie teorie” itp. absurdy, doprowadził komunizm na wyższy stopień pasożytnictwa i posłużył narzędziem dostosowanym do potrzeb współczesnego świata. Należało tylko usprawnić „konwergencję” o motyw pieniądza i żądzę zysku, by uczynić z niej doskonałą przynętę na sytych i głupich gawnojedów.  Ich samych również podniesiono na wyższy poziom i zaczęto traktować jako wspólników, kontrahentów i partnerów politycznych. Zasady nie uległy jednak zmianie.
Kluczem do nowego rozdania starej bredni o „konwergencji”, są opowieści o „potrzebie normalizacji” stosunków Rosji z Zachodem  oraz powszechne przeświadczenie, że bez udziału kremlowskiego satrapy, nie da się rozwiązać światowych problemów.
W tym przeświadczeniu pobrzmiewają oczywiście echa prostackiej „kombinacji z kozą”, o której pisałem przed rokiem w tekście „O PUTINIE, RABINIE I KOZACH”. Tego rodzaju kombinacje operacyjne, były wielokrotnie stosowane przez służby sowieckie i do dziś są ważnym narzędziem kreowania rzeczywistości. Polegają one na wytworzeniu określonych zdarzeń lub sprowokowaniu trudnych sytuacji, wobec których przeciwnik będzie zmuszony podjąć określone decyzje i stworzyć sobie fałszywy obraz agresora. Jak w przypowieści o Żydzie, rabinie i kozie - chodzi o celowe wywołanie problemu i sprawienie, by delikwent poczuł się nim zmęczony i przytłoczony. Wówczas do akcji wkracza ten, który „kozę” wprowadził i wielkodusznie proponuje pomoc w rozwiązaniu problemu. Szczęśliwy głupiec odczuwa (pozorną) ulgę, zaś „rabin-wybawca” kreuje się na przyjaciela i sojusznika.
Ponieważ Rosjanie dość dawno dostrzegli, że (wywołane w dużej mierze przez ich agenturę) lewackie anomalie zostaną wkrótce skompromitowane i odrzucone przez „wolny świat”, skroili nową „teorię konwergencji”, pod inny typ odbiorcy. Znaleziono go w środowiskach „konserwatywnych” i „narodowych”, wśród polityków odwołujących się do chrześcijaństwa lub „tradycyjnych wartości”. Nazwy te celowo opatruję cudzysłowem, bo rzeczywiste postawy tych ludzi oraz ich stosunek do spadkobiercy Związku Sowieckiego, całkowicie przekreśla sens  takich  określeń.
Nie można być konserwatystą i dążyć do współpracy z państwem, które łamie wszelkie zasady ludzkie i boskie i wyznaje skrajny relatywizm etyczny. Nie można deklarować szacunku dla interesów narodowych i sprzymierzać się z ludźmi, którzy gwałcą prawa innych narodów, a swoją wspólnotę traktują niczym stado niewolników. Nie sposób też usprawiedliwić takich postaw chrześcijańskich, które w społeczności kompletnie zdegenerowanej, w zamęcie zła, nierozliczonych zbrodni i cierpień milionów ofiar, chcą widzieć rys Ewangelii.
Zainicjowana przez Putina wymiana, ma mocną, racjonalną podstawę. Jaki bowiem pożytek operacyjny pływnie z agenta ulokowanego w partii socjaldemokratycznej, czy innym, lewackim organie, o którym każdy wie, że wyznaje „marksistowskie idee”? Dopiero pozyskanie przyjaciół wśród „prawicowców” i „katolików” daje pole do rozgrywania ważnych kombinacji operacyjnych i gwarantuje solidne „przykrycie” polityczne.   
Jeśli „środowiska  konserwatywne” Zachodu dostrzegają w działaniach Putina cechy bliskie tradycyjnym wartościom, jest to dowód nie tylko ich historycznej głupoty, ale skuteczności rosyjskiej propagandy i dezinformacji.
Celem Putina nie jest bowiem „silna Rosja”, „obrona narodu” czy „wartości chrześcijańskich” – lecz władza, rozbój i panowanie nad światem kolejnej watahy komunistycznej. Wszelkie „idee narodowe”, głoszone przez kremlowskiego despotę, jego odwołania do religii i „chrześcijańskich wartości”,  mają taką samą wartość, jak „teoria marksistowska” Trockiego i jego kompartii i są zaledwie narzędziem w rękach bandytów i dewiantów. Były przydatne, więc zostały zastosowane. Gdy skończył się czas ich przydatności, odrzucono je i sięgnięto po nowe.
Putin będzie więc socjalistą dla zaczadzonych socjalizmem i narodowcem, dla wyznawców idei narodowych. Stanie się gorliwym chrześcijaninem, gdy przyjdzie mu oszukać chrześcijan i pierwszy sięgnie po symbole wolnomularstwa, gdy sprzymierzy się z masonami. Dla Żydów założy jarmułkę, a muzułmanom zbuduje meczet.
Nie ma takich idei, doktryn i religii, których „prawdziwy czekista” nie byłby w stanie wyznawać.
Odradzanie komunizmu pod różnymi nazwami i w różnych mutacjach dowodzi, że jest on istotnie "nieśmiertelny" -  w tym sensie, że wykorzystując rozmaite idee i pasożytując na  zdobyczach myśli ludzkiej, dąży do zaspokojenia najbardziej zbrodniczych skłonności i pragnień.
Ta dostosowawcza umiejętność mimikry, właściwa w świecie przyrody dla niektórych drapieżników i organizmów prymitywnych, jest często jedynym warunkiem przetrwania i staje się konieczna w grupie, odwołującej się do atawistycznych dążeń.
Na tej zdolności polega istota komunistycznego zafałszowania i dynamika zbrodniczej sukcesji.
Od kilku lat można obserwować zjawisko wymiany rosyjskiej agentury oraz rotacji kategorii „gawnojedów”. Wysłużony garnitur światowych lewaków, liberałów itp. użytecznych, zostaje zastąpiony menażerią „narodowców”, „prawicowców” i „konserwatystów” oraz poszerzony o wyznawców „wspólnych krucjat” i „propagowania chrześcijańskich wartości”.
Wiele z tych grup jest finansowanych i wspieranych przez Rosję lub posiada cechy przedstawicielstw agenturalnych. Czeski Národní demokracie, francuski  Front Narodowy czy UnitéContinentale, węgierski Jobbik, rumuńska Noua Dreaptă, brytyjskie British First i National Party, amerykańska Freedom Party czy polski Kongres Nowej Prawicy – to tylko niektóre z dziesiątków partii i organizacji, z których Rosja zamierza budować „Światowy Ruch Narodowo-Konserwatywny” („World National-Conservative Movement”) – WNCM. Ma on stanowić alternatywę dla zachodnich partii liberalno-demokratycznych i pod wodzą organizacji Rodina i Rosyjskiego Ruchu Imperialistycznego walczyć o „nowe oblicze” świata.
Wpływy rosyjskie sięgają jednak dalej niż do niszowych partii i wyznawców endokomuny i nie ma wątpliwości, że proces integracji konserwatywnej będzie przebiegał pod egidą Moskwy.
Do najwierniejszych sojuszników Putina należy z pewnością „prawicowiec” Wiktor Orban, który wielokrotnie dawał świadectwo „zwrotu na Wschód”. Węgry aktywnie wspierają projekt South Stream, popierają utworzenie armii europejskiej (wg. zamysłów Merkel-Putin), sprzeciwiają się nowym sankcjom wobec Moskwy, a w trakcie zbrojnej napaści rosyjskiej na Donbas domagały się autonomii dla ukraińskich Węgrów. Podczas wizyty Orbana w Moskwie w lutym br. uzgodniono szereg wspólnych projektów gospodarczych, zaś szef rządu węgierskiego zadeklarował, że nadal będzie dążył do tego, „by relacje między narodem rosyjskim i węgierskim były jak najbardziej przyjazne”.
Podobnie wygląda polityka rządu słowackiego, złożonego z czterech partii narodowych. Słowacja nie tylko otwarcie potępia sankcje nałożone na Rosję, ale deklaruje ścisłą współpracę gospodarczą z państwem Putina (m.in. podłączenie do planowanego przez Gazprom rurociągu omijającego Ukrainę) oraz współpracę wojskową, w tym modernizację systemu przeciwrakietowego S-300 i śmigłowców Mi-17.
Po wyborach w Bułgarii i Mołdawii, również w tych państwach Rosja znajdzie zadeklarowanych przyjaciół.
Już dziś można przewidzieć, że doskonałe relacje będą łączyły Putina z „republikaninem” Francois Fillonem, który prawdopodobnie zostanie kolejnym prezydentem Francji i reprezentuje w wyborach tzw. francuską prawicę. Fillon, w najcieplejszych słowach wypowiada się o Putinie, domaga się zniesienia sankcji wobec Rosji oraz uznania Krymu za rosyjskie terytorium. Zdaniem „Nowaj Gaziety”, francuski polityk „z entuzjazmem akceptuje działania Putina w Syrii i potępia obecną politykę unijną wobec Moskwy”. Jednocześnie, ten „ultrakonserwatysta” deklaruje, że Francja jest krajem tradycji katolickiej i zamierza przywrócić nauczanie religii w szkołach
Najmocniejszym akcentem zjawiska rotacji środowisk przychylnych Rosji, jest bez wątpienia zaangażowanie służb rosyjskich w proces wyborczy w USA. Radość Putina po wygranej Donalda Trumpa oraz szampany otwierane w rosyjskiej Dumie, to dość widowiskowy znak nadziei związanych z prezydenturą amerykańskiego przedsiębiorcy.
Uważam, że nadziei całkowicie uzasadnionych. Szereg wypowiedzi Trumpa, kontakty członków jego sztabu z Rosjanami oraz pierwsze decyzje dotyczące nowej administracji (tu szczególnie kandydatura gen. Michaela Flynna na stanowisko doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego) pozwalają przypuszczać, że prezydentura kompletnego ignoranta politycznego, jakim jest D. Trump, będzie obfitowała w decyzje oparte na „idei konwergencji” i znakomicie poszerzy prorosyjską bazę gawnojedów.
Oczywiście, nie posądzam Trumpa o jakąkolwiek ideowość ani kierowanie się zasadami konserwatyzmu. Człowiek, który pięciokrotnie zmieniał barwy partyjne, nie ma żadnych poglądów i jest zdolny dostosować się do każdej koniunktury. Ten polityczny indyferentyzm stanowi cechę, która zbliża Trumpa do Putina i pozwala amerykańskiemu elektowi z podziwem obserwować poczynania kremlowskiego władcy. Nie można nie zauważyć, że jego fascynacja (później już maskowana) ma podłoże we wspólnym rozumieniu kwestii „interesów narodowych”. Dla Putina są one pustym sloganem, pozwalającym wszakże przedłużać władzę czekistowskich siłowików i tłumaczyć strategię komunistyczną dbałością o „dobro narodu rosyjskiego”. Dla Trumpa, ta sama kwestia, staje się użytecznym narzędziem -„wytrychem”, który zmobilizuje elektorat, zmęczony lewackimi eksperymentami Clintonów i Obamy i wyzwoli w Amerykanach „narodową dumę”.
Jest wielce prawdopodobne, że tak pragmatyczni przywódcy, szybko znajdą wspólny język i umocnią swoje „konserwatywne” zdobycze.    
Nie próbuję dziś rozstrzygać, jak będzie wyglądała prezydentura Trumpa i przyznaję, że niewiele mnie obchodzą wewnętrzne problemy Ameryki. Błąd, popełniany nagminnie przez polskich komentatorów życia politycznego, polega na formułowaniu generalnych ocen na temat prezydenta elekta, na podstawie wyobrażeń o jego „prawicowości” i „konserwatyzmie”. Jest to błąd tak dalece zakorzeniony, że odrzuca nawet elementarną refleksję nad życiem osobistym Trumpa, jego stosunkiem do ludzi, religii i zasad moralnych. Ponieważ większość użytecznych głupców popełnia ten sam błąd w ocenie prezydenta Rosji, jest to jeszcze jednak cecha znakomicie integrująca te dwie postaci.
Abstrahując od głębszych analiz politycznych i przewidywań prorosyjskich działań Donalda Trumpa, chcę jedynie zwrócić uwagę na rażącą absurdalność polskich nadziei związanych z tą prezydenturą. Taka sama skala absurdalności dotyczy relacji z Wiktorem Orbanem i każdym innym „konserwatystą”, wyznającym przyjaźń pułkownikowi KGB.
Ten, kto przekonuje Polaków, że tacy politycy mogą być naszymi sprzymierzeńcami i działać na rzecz polskich interesów, musi wpierw zmierzyć się pytaniem – jak to możliwe, jeśli owi politycy deklarują „normalizację” stosunków z naszym największym, odwiecznym wrogiem, chcą prowadzić z nim wspólne interesy i razem rozwiązywać światowe problemy?  
Czy można być „przyjacielem” państwa zagrażającego polskiej suwerenności i sławić polityka odpowiedzialnego za zbrodnię smoleńską i jednocześnie deklarować „braterstwo” z Polakami?
Jeśli nawet  uda się pokonać tę sprzeczność na poziomie logiki (pragmatyki) politycznej, która nie wyklucza zawiązywania sojuszy bez podtekstu „związków przyjacielskich”, to w żaden sposób nie można jej zignorować w kontekście interesów poszczególnych państw.
Czy Trump, który chce odbudowy amerykańskiej mocarstwowości i widzi w tym sposób na wewnętrzne odrodzenie „wartości amerykańskich”, będzie przedkładał polskie racje ponad interes moskiewskich sprzymierzeńców? Ile, w oczach amerykańskich „konserwatystów” kosztuje spokój na Bliskim Wschodzie i rozwiązanie problemów z tzw. ISIS, w porównaniu ze spokojem w Warszawie czy Kijowie?  
Czy Orban, który robi z Putinem interesy handlowe i energetyczne, dostaje z Rosji ogromne kredyty i ma otwarty rynek zbytu na towary węgierskie, zaryzykuje utratą takich korzyści i stanie po stronie Warszawy, gdy dojdzie do konfliktu z jego kremlowskim kamratem ?
Trzeba rażącej ślepoty i kompromitującej ignorancji, by w kontekście faktów już dokonanych oraz ważnych deklaracji politycznych, lekceważyć tak istotne przesłanki i opierać się na domniemaniach i pustych wyobrażeniach. Rząd, który w takich kategoriach chciałby budować polską pozycję w świecie, będzie grupą politycznych hochsztaplerów lub nieudolnych utopistów.
Stosunek do następcy Rosji Sowieckiej, jest i pozostanie najważniejszym wskaźnikiem politycznych intencji, a każda deklaracja „przyjaźni” z sukcesorami sowieckiego okupanta,  jest wymierzona w polskie interesy. Tylko w takiej perspektywie wolno nam oceniać bilans polskich korzyści.
Nie ma tu miejsca na dywagacje o „cywilizowaniu” Rosji ani uprawianie sowieckiej mitologii „konwergencji”. Współczesna Federacja Rosyjska jest kontynuatorką wszystkich antypolskich i antynarodowych dążeń i pełnym dziedzicem komunistycznego bandytyzmu.
Przedstawiciele rosyjskiej Dumy, w wydanej wczoraj uchwale na temat polsko-ukraińskiej "Deklarację pamięci i solidarności", zarzucili Polsce i Ukrainie „podważanie nienaruszalność własnych granic” i stwierdzili wprost – „Rosja, jako spadkobierczyni ZSRR, zwycięzcy w czasie drugiej wojny światowej, nie pozwoli na dokonanie rewizji jej historii”.
W ramach naszej, polskiej racji stanu, leży zatem ocena potencjalnych partnerów w kontekście ich relacji z Rosją. Nikogo nie zmusimy do zaniechania „normalizacji” stosunków z Putinem i izolowania kremlowskiego watażki, ale interes Polski wymaga, by dostrzegać i równoważyć to zagrożenie.
Dostrzegać – czyli wykazywać maksymalną rozwagę w kreowaniu niepewnych sojuszy oraz porzucić partyjną demagogię na rzecz solidnej roboty dyplomatycznej i realnych decyzji politycznych. Równoważyć zaś, poprzez budowanie światowej koalicji antyrosyjskiej, wzmacnianie polskiego potencjału obronnego, twardą rozprawę z wewnętrzną agenturą, oraz uczynienie z Polski głównego i niezbędnego partnera w relacjach ze wszystkimi państwami Europy Wschodniej. Tylko wtedy, gdy Trumpowi czy Orbanowi, nie będzie się „opłacało” tracić korzyści z polskiego partnerstwa, możemy liczyć na zniwelowanie zagrożeń wynikających z uprawiania „przyjaźni” z Putinem.
Rząd, który nie chce lub nie potrafi wykazać takiej determinacji i próbuje zwodzić Polaków wizją iluzorycznych sojuszy, naraża nas na ogromne niebezpieczeństwo i utratę resztek suwerenności.
Przyszły, 2017 rok, przyniesie kolejną ofensywę „rosyjskiej siły”, wspartą na pomocy „konserwatywnej” agentury i  życzliwości tysięcy „prawicowych” gawnojedów. Putin, kreując się na decydenta w sprawach terroryzmu i Bliskiego Wschodu oraz posługując się retoryką narodowo-konserwatywną,  już zapewnił sobie nienależną pozycję „rabina – wybawcy”. To dziś najpoważniejsza broń Kremla, która nie wymaga angażowania zdezelowanych tanków i kompromitowania ruskich żołdaków.
Nie tylko nie jesteśmy przygotowani na taką ofensywę, ale manifestując polityczną słabość i zależność od niepewnych partnerów, stajemy się łatwym łupem rosyjskiego agresora. 

28 komentarzy:

  1. Panie Aleksandrze,

    Aż mi mowę (i e-pióro) odjęło!

    Tak wspaniały tekst wymaga specjalnego komentarza, na razie - w podziękowaniu dla Autora -, mój ulubiony cytat z "Wesela":

    No ale któż ten ton wysoki uciągnie?

    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pani Urszulo,

      Ach, wierz pani, i ja też przemieniony,
      i choć wszystko pani mówię szczerze,
      to przed sobą prawdę własną kryję
      i we mgle jakowejś żyję.
      Tyle się podłości i głupoty
      koło mnie wlokło jak psów,
      czepiało się moich rąk,
      czepiało się moich nóg;
      z tylum już zawracał dróg
      dla mgieł, dla nocy, ciemności!

      Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  2. Wczoraj przeczytałem i, przepraszam bardzo ale mam wrażenie, jak to już kiedyś podobno zarzucano, że Ścios jest bytem zbiorowym, w tym wypadku jakimś biurem, fundacją (;-) albo instytutem analitycznym.

    Strach się odezwać, żeby poziomu nie zaniżać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marcin Ís,

      To sobie narobiłem kłopotu tym tekstem.
      Bo albo "mowę i pióro" odejmuje, albo strachem napełnia i "poziomem" przeraża.
      Nie takie miałem intencje.
      Zapewniam, Panie Marcinie, że żaden ze mnie "byt zbiorowy", a ci, którzy wymyślili taką brednię, muszą być patentowanymi leniami. Pewnie dlatego, pisanie analitycznych tekstów kojarzy się im ze zbiorowym wysiłkiem "mas pracujących".

      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Szanowny Panie,
    Generalnie zgadzam się z Panem, choć akurat z prezydenturą Trumpa wiążę nadzieję.
    Pisze Pan: "Równoważyć [...] poprzez budowanie światowej koalicji antyrosyjskiej". Dobrze, ale od kogo zacząć? Jak ma wyglądać ta koalicja? I czy to my mamy ją zainicjować, czy przyłączyć się do jakiejś inicjatywy, jeśli taka, poważna, istnieje?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Robert Kościelny,

      Mam na myśli zbudowanie przez Polskę koalicji państw, które podejmą wspólne działania na arenie międzynarodowej. Chodzi o blokowanie wszystkich rosyjskich akcji dyplomatycznych, izolowanie tego państwa na forum organizacji międzynarodowych (to rzecz niezwykle istotna), kampanię na rzecz wyrzucenia Rosji z tych organizacji oraz odebrania jej MŚ w piłce nożnej 2018, a także ujawnianie i nagłaśnianie zbrodni rosyjskich (Czeczenia, Gruzja, Smoleńsk,Ukraina, Syria, by wymienić niektóre).
      Z państw najbliższych,koalicję mogłyby tworzyć - Ukraina,Litwa,Łotwa, Estonia. Był czas, całkowicie zaprzepaszczony przez ten rząd, gdy do takiej koalicji można było "zwerbować" Turcję. Dziś to raczej niemożliwe, ale już akces Wielkiej Brytanii wydaje się całkiem realny.
      Pomysł jest oczywiście surrealistyczny i w III RP nie może zostać zrealizowany. Ten rząd nigdy nie poważyłby się na podobną inicjatywę polityczną.

      Usuń
    2. Panie Aleksandrze,
      Trochę nie nadążam. Pana główny wpis sugeruje wprost, że nie powinniśmy liczyć na "strategicznych" sojuszników. I tu pełna zgoda. Jestem także zwolennikiem budowy własnego potencjału bo tylko to nam może zapewnić bezpieczeństwo. I to nie na zasadzie wygrywania konfliktów, a na zasadzie "obiektu" kosztownego do pokonania, a później kontrolowania.

      Tymczasem powyżej odpowiadając p. Kościelnemu sugeruje Pan koalicję. Jeżeli rozumie Pan ją jako działanie o ograniczonym zaufaniu, to jeszcze mogę to przyjąć. Tym niemniej nie mogę uznać partnerów takich jak Litwa czy Ukraina za partnerów strategicznych. Oba te państwa należą w tej chwili do niemieckiej strefy wpływów i od lat pokazują, że nie zależy im na sojuszu z Polską (tu chodzi mi o działania, a nie deklaracje). W przypadku konfliktu zrobią to co nakażą im dyrektywy z Berlina. O Polsce przypomną sobie jak już będzie za późno.

      Turcja i Wielka Brytania to oczywiście inna liga, partnerzy poważni. Tym niemniej (przynajmniej chwilowo) Turcja nie wchodzi w rachubę, aczkolwiek starałbym się utrzymywać dobre stosunki bo w długiej perspektywie nasze interesy są zbieżne. Wielka Brytania jest dobrą opcją średnioterminową, ale w ich tradycji dyplomatycznej jesteśmy raczej przedmiotem, a nie podmiotem, czyli budowanie z nimi koalicji strategicznej niesie wysokie ryzyko.

      Reasumując, "chcesz liczyć, licz na siebie".



      Usuń
    3. Szeliga,

      Wyjaśniam. O nieliczeniu na sojuszników pisałem już w roku 2010 i tu nie znajdzie Pan nieścisłości.
      W tekście wspominam natomiast o konieczności budowania koalicji antyrosyjskiej. Koalicji politycznej, złożonej z państw, które z tych czy innych względów współpracowałyby na arenie międzynarodowej w dziele ograniczania wpływów rosyjskich.
      Nie widzę w tym żadnej sprzeczności, ponieważ ten postulat (jak dziesiątki innych, pojawiających się a moim blogu) nie jest skierowany do grupy zwanej „dobrą zmianą”. To program dla wolnej Polski i polityków uwolnionych z pęt „georealizmu”.

      Zdecydowanie odrzucam myślenie w kategoriach „te państwa należą w tej chwili do niemieckiej strefy wpływów i od lat pokazują, że nie zależy im na sojuszu z Polską”.
      Jeśli byłoby to prawdą, to tylko dlatego, że III RP prowadziła złą i nieskuteczną politykę i pozwoliła, by tak ważne państwa znalazły się w sferze wpływów wroga. I nadal ją prowadzi, czego dowodzi obecność postaci z PO w otoczeniu ukraińskiego prezydenta. To miara klęski PiS.
      Gdyby w takich kategoriach, jak robią to politycy III RP, myślał Piłsudski, nigdy nie doszłoby do umowy warszawskiej i antysowieckiego paktu z Petlurą.
      Trzeba dążyć do odwrócenia niekorzystnych dla nas koligacji i narzucać warunki i sojusze zgodne z polską racją. Ludzie, którzy tak chętnie bredzą o „polityce jagiellońskiej”, nie mają pojęcia, co ona oznacza.

      Usuń
    4. Dziękuję za odpowiedź.

      Co do obecności ekipy PO na Ukrainie zgoda co do tego że jest to objaw upadku naszej polityki wschodniej w wykonaniu obecnej władzy. Z tym, że tutaj uważam, że siłę sprawczą miał nasz "amerykański sojusznik", a konkretnie jego aparat dyplomatyczny o dość jednostronnych sympatiach. Chcieli tam wysłać "swoich" promotorów zmian, tyle, że jak sądzę nie było chętnych wśród ludzi mniej zdesperowanych. Niestety zabrakło nam siły przebicia, żeby pokazać rzeczywistym zleceniodawcom w co wdeptują z takimi nominacjami. No chyba, że ktoś zaliczy te nominacje do kategorii rewanżu za Wołyń:)

      Usuń
  4. Dziękuję za odpowiedź. A co z Japonią, Koreą Południową? A może nawet Iranem, który pomimo współpracy z Rosją, głównie w sferze gospodarczej, ma też plany polityczne przeciwne jej interesom - Syria, ale też Azja Centralna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Robert Kościelny,

      Gdybym napisał o budowaniu koalicji antyrosyjskiej z Japonią i Koreą, dopiero bylibyśmy w świecie fantazji.
      Trafnie wymienił Pan te kraje, jako potencjalnych koalicjantów, ale też doskonale wiemy, że III RP nie prowadzi żadnej polityki wobec tak ”egzotycznych” partnerów.
      Jest wiele państw, które mogą być zainteresowane ograniczeniem lub utrąceniem wpływów Kremla i należą do nich nawet te, które współpracują z Putinem.
      Rzecz polega jednak na prowadzeniu takiej polityki, która dobre relacje z Polską uczyni bardziej atrakcyjnymi od „przyjaźni” z Moskalami.

      Usuń
  5. Panie A.Ścios czy jest pan pewien,że działanie na zasadzie wrzucania granatu do kolejnych szamb PRLbis jest skuteczną metodą budowania Polski? Czy jest pan pewien po kolejnej wizycie chińskich sołdatów w bydgoskim ośrodku wojskowym,że taka "geopolityka" "bratnich pomocy" przyniesie dobro? Czy jest pan pewien,że militarne pomysły "dobrej zmiany" bez dozbrojenia Polaków w broń strzelecką(co raczej odłożono na "święty nigdy")przy jednoczesnych kolejnych deklaracjach eurokołchozowej podległości są właściwą drogą? Czy jest pan pewien,że Mackiewicz ma być zastąpiony przez spolegliwość styropianowców? Czy jest pan pewien,że stawianie kolejnych "domków z obłudy" za pośrednictwem manipulacji "dobrej zmiany" Morawieckiego/Biereckiego i usłużnych mediów dotyczącej "podwyższenia" progów podatkowych jest właściwą drogą do sukcesu dla Polaków? W dodatku jeszcze przy pseudoustawce deubekizacyjnej "dobrej zmiany" służącej utrzymaniu apanaży "nietykalnym" z esbeckiej wojskówki,esbeckim "cywilom" ograniczając zamiast pozbawiając całkowicie,nietykalnym aneksowcom utrzymanym w swojej tajności,utrzymując zbędne wysokopłatne jaruzelsko/kiszczakowe stołki zamiast opcji zerowej wobec TK i reszty systemu bezprawia? A może przedstawić inne szambo z serii "od Albina do Gowina",z Glińskim,Ujazdowskim i innymi tolerałami przekrętów AWS/UW/PO? A może przedstawić kontynuację "dobrej zmiany" w ramach światowego dealu przeciw polskiemu górnictwu węglowemu w ramach "cichego schładzania",analogicznie jak wobec polskiego górnictwa węglowego i wobec innych gałęzi polskiej gospodarki po magdalenkowo-lizbońskim przekręcie? Panie A.Ścios bezpieczeństwo państwa to nie tylko bezpieczeństwo militarne,a gałęzie gospodarki w których pracują Polacy to nie tylko te związane z ludźmi o "militarnych sercach"; tego raczej wieczni chwalcy PO-PiS nigdy nie dostrzegą. Albo z innej perspektywy IVLP: jaką podstawę programową stosowali szkolący w czasie "transformacji" podczas szkoleniowego ciągu:w 1978r M.Rakowskiego,w 1988r H.Suchockiej,w 1994r A.Kwaśniewskiego,w 1995r D.Tuska,w 2000r K.Marcinkiewicza,w 2004r B.Szydło,w 2006r B.Komorowskiego? Jakiekolwiek pozytywy dla Polaków przyniosły te szkolenia?Żadne-to widać dzisiaj w budowie komuny,dokładnie wg. definicji blogera @Michaela.Co do zagrożenia ze strony międzynarodówek stanowiących bezpośrednie zaplecze patronackiej Rosji oraz cukierkowatych i celofanowych "sojuzników" Polski to poczytają swojego lenina:"Tow.Trocki,zdaje się,że udało się nam zdobyć pozycję bez wystrzału,tylko przy pomocy manewru.Proponuję byśmy się nie zatrzymywali i nacierali dalej...".Polską racją stanu powinno pozostać zawsze jednoczenie się wokół zagrożonych komuną(wszystkich jej elementów przedstawionych we wspomnianej definicji) z dowolnego kierunku i przeciw jej russkiej głowie.Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Panie wsojtek,

      Komu Pan zadaje te pytania? Bo jeśli mnie, który od kilku lat systematycznie „punktuje” partię pana Kaczyńskiego i za krytykę „dobrej zmiany” zasłużył na cenzurę i miano wroga – to są one bezprzedmiotowe.
      Jeśli zaś uważa Pan, że to są pytania adekwatne do mojego tekstu, to podejrzewam, że w ogóle go Pan nie przeczytał i zamieściłby je Pan nawet pod artykułem o aferze workowej w Pcimu.
      Wyważanie otwartych drzwi, nie jest dobrym zajęciem na tym blogu, ale z pokorą przyjmuję pouczenie –„ bezpieczeństwo państwa to nie tylko bezpieczeństwo militarne”.

      Pozdrawiam i po raz kolejny (a ostatni) uprzejmie proszę o edytowanie komentarzy przed ich publikacją.

      Usuń
  6. Trump nominował gen. Mattisa na Sekretarza Obrony USA. Z tego co piszą na wiki to ma chyba zdrowy pogląd na Ruskich :"Speaking at a conference sponsored by The Heritage Foundation in Washington in 2015 Mattis stated that he believed that Russian President Vladimir Putin's intent is "to break NATO apart."[58] Mattis has also spoken out against (what he believed to be) Russia’s expansionist or bellicose policies in Syria, Ukraine and the Baltic states.[59] Mattis also believes that Donald Trump’s conciliatory statements toward Russia are ill informed.[59]" Ale czy coś z tego wyjdzie mądrego to nic pewnego.

    OdpowiedzUsuń
  7. Szanowny Panie Aleksandrze,
    W nawiązaniu do jednej z poprzednich Pana wypowiedzi muszę przyznać, że rzeczywiście, bardzo rzetelnie zabrał się Pan za zmianę naszego paradygmatu myślenia w odniesieniu do otaczającej rzeczywistości :))
    Wielu z nas głowa pewnie zabolała. Sądząc po sposobie komentowania, nie mnie jednego.
    To, że w odniesieniu do tego co dzieje się wewnątrz Rosji, sądząc po "reaktywacji" Cerkwi, bogoojczyźnianych wypowiedziach Putina i możliwości funkcjonowania tam partii -z pozoru choćby – prawicowych, łatwo jest przyznać Panu rację, to jasne, ale już w odniesieniu do reszty świata, możliwość takiej perspektywy wydaje się wręcz obrazoburcza. Dysonans poznawczy, który jest skutkiem analizy tego tekstu, stawia wymóg odrzucenia ważnych stereotypów, którym do tej pory, z przyzwyczajenia i braku refleksji najczęściej, dotychczas przyznawaliśmy rangę aksjomatów.
    Napisał Pan : Pułkownik Putin, który nie musiał już bawić się w „marksistowskie teorie” itp. absurdy, doprowadził komunizm na wyższy stopień pasożytnictwa i posłużył narzędziem dostosowanym do potrzeb współczesnego świata. Należało tylko usprawnić „konwergencję” o motyw pieniądza i żądzę zysku, by uczynić z niej doskonałą przynętę na sytych i głupich gawnojedów
    Spoglądając na bliższy nam obraz Europy, np. działania tzw. chadecji w Niemczech czy Francji, aż po brytyjskich konserwatystów, od dawna widać, jak skutecznego wyłomu dokonano tam w przełamywaniu barier pojęciowych, jak daleko te partie oddaliły się od korzeni naszej cywilizacyjnej spuścizny. Reformacja, kilka wieków temu, dokonała wyłomu. Jego następstwem jest między innymi otwarcie dzisiejszej Europy zachodniej na przeróżne "postępowe" myślenie, zgoda na nowo formułowane pojęcia "wolności" i "demokracji". Dzisiaj następują już tylko kolejne fazy tej przemiany. Jednym z jej elementów jest prawo i obowiązek mnożenia dóbr. Sam w sobie, ten kanon postępowania nie wydaje się negatywny, ale w koincydencji z popuszczaniem hamulców etycznych, staje się dla społeczeństw już zabójczy. Reszty dokonał liberalizm wsparty lewicową sofistyką. W myśl takiej filozofii , można współpracować z każdym z kim nam po drodze w osiągnięciu celu ekonomicznego. Nieważne stają się środki i droga, ważny jest tylko cel. Na takim gruncie, można już bezrefleksyjnie dogadywać się z najgorszym bandytą, obojętne, czy jest to satrapa zarządzający bantustanem czy lider światowego terroryzmu.
    Ameryka, jak sam Pan pisze, to jeszcze pewna niewiadoma. Ale tu również widać wyraźny upadek norm. Ameryka odwołująca się do wartości, coraz wyraźniej odchodzi od swego dotychczasowego obrazu. Nie mam dostatecznej wiedzy by ocenić wartość nominacji o których Pan pisze. Znając jednak Pańską publicystykę, jestem pewien co do ich trafności. Biorąc pod uwagę wagę tego państwa w relacjach ogólnoświatowych, to najgorsza z możliwych prognoz!
    Obraz który się wyłania musi więc być dla nas zatrważający, szczególnie, że przyzwyczailiśmy się już do myślenia "transatlantyckiego".
    Łączność celów z krajami anglosaskimi jest i była już kiedyś, naszą "ostatnią deską ratunku" w starciu z niemiecko-rosyjskimi ciągotami imperialnymi.
    Tym gorsze wydaje się całkowite niezrozumienie prawdziwych celów Rosji/komunizmu światowego w Polsce, sąsiedzie i potencjalnym celu bezpośrednim. Choć nie najważniejszym, bo są nimi pieniądze Europy Zachodniej, ale z perspektywy pragmatyki postępowania, koniecznym do osiągnięcia.
    verte:

    OdpowiedzUsuń
  8. W oparciu o teorie konwergencji tłumaczono już nam "za Gierka" nasze "otwarcie na świat". Z ówczesnej perspektywy wydawała się ona dla nas korzystna, dawała nadzieję na zmiany i tak zakodowała się w głowach wielu ludzi naszego pokolenia. Dzisiaj wygląda to już inaczej. Mamy wiedzę i podstawy do tego by sądzić, że był to jedynie epizod. Świadomie i pragmatycznie zaakceptowany przez centrum decyzyjne komunizmu, testujący możliwość pozyskania środków z bogatego zachodu, wpisany w etap "światowego odprężenia i rozbrojenia".
    Instrumentalne zastosowanie tej teorii w dzisiejszym wydaniu władców Kremla, to myśl porażająca!
    Któż z dzisiejszych polityków i ludzi z tzw. elit intelektualnych jest w stanie podjąć tezę postawioną w tym tekście? Kto odważy się podjąć zadanie tłumaczenia niewytłumaczalnego w istocie, światowego owczego pędu w ramiona cywilizacji śmierci?
    Podaje Pan wytyczne dla Polski do zapobieżenia temu. I jest to dla nas clou problemu, przynajmniej, w tym momencie.
    Światu pomożemy jedynie poprzez postawienie tamy wpierw u nas, bo jak Pan pisze: " Nikogo nie zmusimy do zaniechania „normalizacji” stosunków z Putinem i izolowania kremlowskiego watażki, ale interes Polski wymaga, by dostrzegać i równoważyć to zagrożenie."
    A równoważyć oznacza "budowanie światowej koalicji antyrosyjskiej, wzmacnianie polskiego potencjału obronnego, twardą rozprawę z wewnętrzną agenturą, oraz uczynienie z Polski głównego i niezbędnego partnera w relacjach ze wszystkimi państwami Europy Wschodniej. Tylko wtedy, gdy Trumpowi czy Orbanowi, nie będzie się „opłacało” tracić korzyści z polskiego partnerstwa, możemy liczyć na zniwelowanie zagrożeń wynikających z uprawiania „przyjaźni” z Putinem. "
    Szczegółowe pytania odnoszące się do konkretnych posunięć i wyborów, to etap następujący po pełnym zrozumieniu zagrożenia. Odpowiedzi na nie będą się zmieniać w miarę rozwoju sytuacji, ale nakreślony kierunek wydaje się w pełni racjonalny.
    Dziękuję za ten tekst.

    Łącząc wyrazy szacunku
    Zaścianek

    OdpowiedzUsuń
  9. Szanowny Panie Zaścianku,

    Cóż wart tekst, jeśli po jego przeczytaniu nie boli głowa? :)
    Ani Pan ani stali czytelnicy bezdekretu, nie są zapewne zaskoczeni tezami tego wpisu. Rozwijam myśli, które były już sygnalizowane w cyklu „Nudis Verbis” i „Antykomunizm – broń utracona”.
    Napisał Pan, że „dysonans poznawczy, który jest skutkiem analizy tego tekstu, stawia wymóg odrzucenia ważnych stereotypów”. To prawda. Na tym też polega mój kłopot związany z pisaniem takich tekstów i jeszcze większy problem, z ich przyjęciem przez czytelników.
    Bo dotyczy on pokonania najgorszego mitu, zagradzającego nam drogę do prawdy – diagnozy tego, czym jest komunizm, na czym polega jego zafałszowanie, trwanie i cel.
    Bez rewizji poglądów upowszechnionych we współczesnym świecie i przyjęcia „nowej metodologii” w ocenie strategii komunistycznej, nie sposób pokonać tego mitu. Zdaję sobie sprawę ze stopnia trudności. Jeśli ktoś polega na encyklopedycznej definicji i utrzymuje, że komunizm to „system polityczny, ideologia, filozofia” itd. , a nadto uwierzył pewnej artystce i przyjął, że „komunizm się skończył” – nie ma czego szukać w moich tekstach. Będą dla niego polityczną fikcją, wywołają gniew lub nieprzezwyciężony dysonans poznawczy.
    Dodatkowa trudność, polega na pokonaniu tzw.opinii większości i podważeniu wykładni setek „autorytetów”, które w minionych 30 latach zapewniały nas o „śmierci komunizmu”.
    To ogromny problem w społeczności słabej, zniewolonej i zmanipulowanej, niezdolnej do samodzielnej pracy myślowej i kreowania własnych ocen.
    Ale na tym nie kończy się skala trudności.
    W tym tekście podważam bowiem równie doniosły mit polskiej „prawicy” – wiarę, że rosyjska agentura i jej pomniejsi pomagierzy to problem „lewicy” i jej pochodnych, zaś przynależność partyjna, terminologia i deklaracje ideowe chronią nas przed nowym i znacznie groźniejszym niebezpieczeństwem. Wprawdzie taką wiarę podważają dziesiątki tajnych operacji służb sowieckich, dokonywanych w „wolnym świecie” na przestrzeni niemal stulecia, ale nie wymagam sięgania po taką wiedzę.
    Dla wielu odbiorców będzie to jawne obrazoburstwo, bo prawdziwy wyznawca „idei konserwatywnych” i „wartości narodowych” wie, że one same bronią dostępu do dusz i życiorysów polityków „prawicy”.
    Ja zaś proponuję, by nie słuchać tego, co owi politycy mówią i nie patrzeć, jaką chorągiewką wymachują, lecz patrzeć na to, co robią.
    Proponuję, by nie zwracać uwagi na terminy dawno wyzute z treści (prawica, lewica, konserwatyzm, liberalizm) lecz dokonywać ocen poprzez twarde fakty.
    A jakiż inny fakt, ponad relację z naszym najgorszym, odwiecznym wrogiem, może wyznaczać kryterium tych ocen?
    Co może być ważniejszego od świadomości, że ten, w kim widzimy przyjaciela i sojusznika, paktuje z rosyjskim satrapą i szuka z nim „normalizacji”?
    Warto się zastanowić - dlaczego Polacy, doświadczeni półwieczem okupacji sowieckiej i setkami zbrodni popełnionych przez Rosjan, mieliby rezygnować z tej arcyważnej, historycznej miary, wielokrotnie sprawdzonej i zweryfikowanej?

    cdn

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zastanawiałem się, czy powinienem w tym tekście umieszczać passus na temat prezydentury Trumpa. Bynajmniej nie – jak niektórzy odczytali, w kontekście zaliczenia go do kategorii „gawnojedów”, ale wskazania, że może się on stać najmocniejszym ogniwem „ofensywy konserwatywnej” Putina.
      Wiedziałem bowiem, że zdominuje to uwagę czytelników i będzie „targetem”, w który każdy spróbuje uderzyć. Zdaję sobie sprawę, jak ryzykowne jest to posunięcie, bo ogromna większość „prawicowej” blogosfery jest święcie przekonana, że ma do czynienia z „wielkim politykiem i prawdziwym konserwatystą” i z lubością łyka propagandę lejącą się z „wolnych mediów”. Szczytem tej propagandy były zapewnienia, że prezydentura tego podstarzałego satyra i dwukrotnego rozwodnika, będzie gwarantem „krzewienia i propagowania wartości chrześcijańskich”.

      Zdecydowała jednak chłodna kalkulacja, że powinienem sformułować takie opinie przed rozpoczęciem kadencji Trumpa, bo jeśli nie mam racji, ryzykuję tylko kilku dodatkowych wrogów i miano głupca.
      Jeśli jednak okaże się, że będziemy świadkami budowania „nowych relacji” z Putinem, a Tramp odegra rolę „nieświadomego agenta Rosji” (opinia b.szefa CIA Michaela Morella) i „sprzeda” Polskę za iluzoryczny spokój na Bliskim Wschodzie i „elastyczność” Chińczyków, może ten tekst otworzy komuś oczy na grozę naszego położenia.
      Grozę tym większą, że obecny układ rządzący, nie tylko zakwalifikował już Trumpa jako „wielkiego przyjaciela Polski” i wyśpiewuje peany na jego cześć, ale ma żadnej koncepcji prowadzenia polityki wobec USA.
      Nie wie, jak pozyskać partnerstwo Ameryki i nie ma żadnych narzędzi, by zniwelować skutki procesu „normalizacji” stosunków z Putinem.
      Tu nie wystarczą deklaracje przyjaźni, poklepywanie po plecach, a nawet zakupy broni amerykańskiej.
      Trump jest cynicznym graczem i przede wszystkim twardym przedsiębiorcą, który każdą kwestię polityczną będzie oceniał w kategoriach zysku i strat.
      Pytanie – jak i dlaczego Polska ma stać się ważniejsza dla Trumpa od relacji z Putinem – nigdy nie zostanie zadane i będzie obłożone zapisem cenzury.
      Napisał Pan, że podaję „wytyczne dla Polski do zapobieżenia temu”.
      Otóż, nie podaję. Mam bowiem świadomość, że żadne z tego rodzaju postulatów, nie mają dziś szans realizacji i byłby raczej śmiesznym dowodem ambicji anonimowego blogera.
      Wszystko, o czym piszę w trybie owych „wytycznych”, jest zarysem koncepcji niedosiężnych dla polityków III RP. Ich pseudo pragmatyzm został bowiem „skrojony” według miary tego państwa – zależnego od „dobrosąsiedzkich relacji” z Rosją i Niemcami, związanego dogmatyką unijną i zamkniętego w kręgu jałtańskiej zdrady.
      To, o czym my tutaj rozmawiamy, byłoby dla nich kompletną niedorzecznością, tym łatwiejszą do dyskwalifikacji, że stoi za nimi mitologia demokracji i kłamstwo o „upadku komuny”.


      Bardzo dziękuję za Pański komentarz i serdecznie pozdrawiam

      Usuń
  10. Maras kiełek,

    Owszem, wypisują, że to "postrach Kremla", ale nikt nie pokazał, czym ten generał miałby przestraszyć Rosjan.
    To zaś, co jest cytowane z wypowiedzi Mattisa dowodzi (co najwyżej), że jest on człowiekiem przytomnym i w miarę inteligentnym. O niczym innym nie świadczy opinia, że "aneksja Krymu przez Rosję i ingerowanie Kremla w sytuację na Wschodzie Ukrainy stanowi niezwykle poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa i stabilizacji w regionie".
    To raczej miałka ocena polityczna niż poważna diagnoza zagrożenia rosyjskiego.

    Za kompletne nieporozumienie uważam zaś wypowiedź Trumpa (ochoczo podchwyconą przez "wolne media", że "to postać najbardziej zbliżona do generała Pattona".
    Kompletna bzdura.
    Patton był twardym wojakiem i jeszcze twardszym antykomunistą.
    Wiedział - czym są Sowiety i jak z nimi walczyć.
    Mattis może być twardym żołnierzem, ale nie ma pojęcia - czym jest komunizm i czym jest putinowska Rosja.
    Od Pattona oddziela go nieprzebyta granica, bo nie zrozumiałby tych słów amerykańskiego bohatera:

    "Problem w zrozumieniu Rosjanina jest taki, że nie bierzemy pod uwagę faktu że on nie jest Europejczykiem, ale Azjatą i dlatego myśli pokrętnie. My nie możemy zrozumieć Rosjanina bardziej niż Chińczyka czy Japończyka i od kiedy mam z nimi do czynienia, nie miałem żadnego szczególnego pożądania zrozumienia ich poza obliczeniami jak dużo ołowiu lub stali trzeba zużyć, aby ich zabić.
    W dodatku, poza innymi cechami charakterystycznymi dla Azjatów, Rosjanie nie mają szacunku dla ludzkiego życia i są sukinsynami, barbarzyńcami i pijakami. (...)
    Dzisiaj powinniśmy powiedzieć Rosjanom, że mają iść w cholerę, zamiast ich słuchać, kiedy nam mówią, że mamy się cofnąć. To my powinniśmy im mówić, że jeśli im się nie podoba, niech idą w pi..., i wydać im wojnę (...) Niestety niektórzy z naszych przywódców są po prostu cholernymi durniami i nie mają pojęcia o historii Rosji".

    Proszę pomyśleć - kim byłby dla Pattona biznesmen Trump, który deklaruje - "Czy nie byłoby miło, gdybyśmy dobrze żyli z Rosją i współpracowali z nią w walce z ISIS?". Z tą Rosją, która sama przyznaje się do bycia spadkobiercą Sowietów i nadal jest najbardziej barbarzyńskim krajem na świecie.


    OdpowiedzUsuń
  11. W kwestiach omawianych wyżej mogę być tylko uważnym słuchaczem/czytelnikiem co wyznaję z pokorą.
    Jednak bieżączka ciśnie więc ciekaw byłbym opinii Autora w sprawie ukraińskiej i wyjątkowego nasilenia ostatnio stosowania technik manipulacyjnych wobec polskiego społeczeństwa. Jak dla mnie to jest to jakiś relikt komunizmu tkwiący w umysłach obecnie rządzących i dalej - pogarda wobec prawdy.
    Głosić przyjaźń z mentalnymi ludobójcami, kłamcami, złodziejami, przeniewiercami??
    Jestem za współpracą ale nie kosztem honoru i minimalnego szacunku wobec wymogów narodowej tożsamości.

    Przepraszam za wyjście poza zadany temat lecz tam widzę dla siebie rolę jedynie w postaci wyuczenia na pamięć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jan kowalski,

      Nie przeczyta Pan mojej opinii, bo nie wypowiadam się na temat wyimaginowanych problemów i nie nagłaśniam prorosyjskich bredni.
      To miejsce nie jest odpowiednie dla ludzi, którzy dostrzegają "techniki manipulacyjne" w relacjach z państwem napadniętym przez bandytów Putina, ale nie widzą realnego zagrożenia ze strony śmiertelnego wroga Polaków i Ukraińców.
      Owszem - z Ukraińcami trzeba rozmawiać o ich zbrodniach i dokonanym na Polakach ludobójstwie. Trzeba o tym mówić twardo i nie zważać na dyplomatyczne "niuanse". Ale to nie ta kwestia stanowi dziś przeszkodę w prawidłowych relacjach z Ukrainą. Została ona wyolbrzymiona przez rosyjską propagandę i mocno zaszczepiona różnym "patriotom".
      Takim "patriotom", którzy gotowi są wieszać za to psy na PiS-ie, ale do głowy im nie przyjdzie żądać przeprosin od polskich hierarchów za wspólne z B.Komorowskim negowanie i fałszowanie prawdy o ludobójstwie na Wołyniu.
      Rzeczywistym problemem jest słabość III RP i całkowity brak polityki wschodniej. Tylko to sprawia, że Ukraina grzęźnie w bagnie unijnych dyktatów i jest zdana na wolę przyjaciół Putina. Fatalna kondycja władz ukraińskich, jest jednym z objawów tego zjawiska.
      Gdyby Polska prowadziła politykę na miarę swoich możliwości i odrzuciła destrukcję eurołajdaków, moglibyśmy wypracować doskonałe relacje z Ukrainą i podjąć wspólną walkę z rosyjskim agresorem.

      Usuń
  12. Jednak się Pan wypowiedział i to w sposób porządkujący moje widzenie tej problematyki.
    Co prawda nie bardzo wiem w jaki sposób -przykładowo - funkcjonujący kapłan ( ks Isakowicz) miałby krytykować hierarchów bez narażenia się na kary z ich strony i jak polska polityka wschodnia miałaby uzdrowić "fatalną" kondycję władzy ukraińskiej ale, że emocje są tutaj złym doradcą to fakt.
    Mam na myśli moje emocje.
    Dodam tylko, że (na wspomnianym przeze mnie spotkaniu w SGH) prof. Żaryn opierając się na swoim warsztacie historyka, wyraził wielki pesymizm co do przyszłych relacji polsko-ukraińskich.
    Jak chodzi o Rosję to mnie osobiście uspokoiłoby dopiero oddanie nam przez nią Prus wschodnich.

    OdpowiedzUsuń
  13. "stali czytelnicy bezdekretu, nie są zapewne zaskoczeni tezami tego wpisu." Tak, to jest to wrażenie jak ktoś pozbiera i uporządkuje moje obserwacje, intuicje, myśli. Tego flirtu prawicowców z Putinem nie sposób nie zauważyć. Zresztą wspólne przemyślenia z Autorem lub niektórymi komentującymi się zdarzają. Poniższy koment napisałem sobie wcześniej do dalszej edycji, dlatego przepraszam jeśli powiela coś co już powyżej napisano.

    1. Pierwszy na świecie papież-komunista też jest z definicji gawonjedem. Błąd Franciszka polega na tym, że nie mając wiedzy na ten temat przyjął komunizm za dobrą monetę. (W/s uchodźców robi zresztą podobnie.) Nie wie, że komunizm wypacza i wulgaryzuje pojęcia, którymi się posługuje. Wszystkie szczytne hasła głoszone przez komunistów zostały wypaczone i obróciły się przeciwko człowiekowi. Jeśli komunizm (czyli Rosja?) zaprzęgnie idee narodowe, konserwatywne i "chrześcijańskie" do swoich celów to też je wypaczy, zwulgaryzuje i obróci przeciwko ludziom.

    Już chyba kiedyś się zastanawiałem, czym komunizm różni się od, po prostu, zła, które występuje w innych krajach? Że jest zinstytucjonalizowany i przenika wszelkie obszary życia społecznego? Komunizm wg mnie jest odmianą kłamstwa i zła ale pisanie dziś o komunizmie jest skazane na niezrozumienie. Czym jest i jaka jest natura komunizmu nie wielu rozumie (nawet papież). I obiektywnie rzecz biorąc to jest trudno uchwytne i nigdy nie będzie powszechnie rozumiane. Dlatego słuszne jest przyjęcie za kryterium stosunku do Rosji. ZSRS to największy (i nie osądzony) zbrodniarz w dziejach świata. Rosja jest spadkobiercą i kontynuatorem ZSRS. Świadomość (a bardziej podświadomość) Rosjan podłości swojego tworu musi sprowadzać się do nieustannej ucieczki przed prawdą. Stąd teraz udawanie opoki chrześcijaństwa i stąd też, niestety, agresja. To nawet zrozumiałe z punktu widzenia psychologii.

    2. Też "wiążę nadzieje" z Trumpem. Bez egzaltacji, po prostu Clinton nie dawała żadnej nadziei.
    W Europie to wygląda inaczej. Tutaj faktycznie jedyną nadzieją pozostaje Wielka Brytania. A największym zagrożeniem, wg mnie pałeczkę przejmuje, Francja.
    Swoją drogą, proces wymiany gawnojedów to nawet pewna sprawiedliwość dziejowa. A przysłowiowe wycie lewactwa, które temu towarzyszy, jest miłym podkładem dźwiękowym tego przedstawienia.

    OdpowiedzUsuń
  14. Panie Aleksandrze,

    Kiedy czytam o bezkarnych demonstracjach esbeckich bandytów, z którymi każde, podkreślam, każde państwo poradziłoby sobie bez problemu, zastanawiam się, czy tu w ogóle jeszcze jest jakieś państwo, jakiś rząd, jakieś MSW i z rezygnacją stwierdzam, że ich nie ma. Widzę ubezwłasnowolnioną atrapę zarządzaną przez partyjnych impotentów, których jedynym celem wydaje się być wola przetrwania i wyrwania tego, co tam jeszcze zostało do wyrwania.

    Dlatego odechciewa mi się cokolwiek pisać, analizować, choćby najcenniejsze teksty (jak powyższy). Otaczająca rzeczywistość jest do tego stopnia upokarzająca i obrzydliwa, że trudno od niej abstrahować.

    Proszę o zrozumienie i serdecznie pozdrawiam

    PS. Banda zapowiada główne demonstracje na 13 grudnia. I zapewne włos nikomu głowy nie spadnie, a "władza" będzie po kościołach zanosić modły za ofiary stanu wojennego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pani Urszulo,

      Całkowicie podzielam Pani odczucia. To wręcz niewiarygodne, jak ten słaby i bezwolny rząd, wybrany przez Polaków z wielkimi nadziejami i wiarą w ukrócenie antypolskich działań, pozwala panoszyć się obcej hołocie i nie reaguje na żadne zagrożenia.
      Nie wiem, ile i jak długo wyznawcy pana Kaczyńskiego potrafią czekać i bełkotać o „strategii politycznej” swoich wybrańców, ale każdy, zdrowy na umyśle człowiek powinien czuć się dziś podle.
      Ta buta byłych esbeków i ich zafajdanych obrońców, jest siarczystym policzkiem wymierzonym każdemu z nas i żaden idiota nie ma prawa nazywać tego stanu „prawem demokracji”.
      Nie ma takich praw, które pozwalałyby bandytom naigrawać się z ich ofiar.
      Jeśli PiS na to pozwala, zachowuje się identycznie, jak reżim PO-PSL, gdy różne łajzy biły Polaków na Krakowskim Przedmieściu i oddawały mocz na znicze.
      Ponieważ jest pewne, że ten rząd nie podejmie żadnych działań w naszej obronie i nadal będzie przyzwalał na obrażanie nas przez obcych, trzeba zacząć traktować ich tak, jak na to zasługują.
      I pamiętać o takim traktowaniu, gdy politycy PiS będą „mobilizować" Polaków przed kolejną farsą wyborczą i żebrać o głosy, oddawane na pełne kieszenie cwaniaków.
      Trzeba ich wtedy zapytać – co zrobiliście, żebyśmy nie musieli oglądać nienawistnych gęb Obcych, nie musieli słuchać ich głosu i znosić ich obelg? Co zrobiliście, żeby takie kreatury zniknęły z życia Polaków i nie obrażały nas swoją obecnością?


      Pozdrawiam Panią

      Usuń
  15. Wszystkie serwisy, nagłośniły słowa Putina skierowane faktycznie do gawnojedów: „Rosja potrzebuje przyjaciół, ale nie dopuści, by lekceważono jej interesy.”
    Ta operacja jest logiczna i spójna. Wszyscy chcą być przyjaciółmi bandyckiej Rosji.



    Jeszcze obrazek z pierwszym emisariuszem w białej czapce wysyłanym na front nowej ofensywy.

    KLIK

    OdpowiedzUsuń
  16. Marcin Ís,

    Nie jestem przekonany, czy w przypadku Franciszka powinniśmy mówić o niewiedzy, czy o świadomym działaniu. Moim zdaniem, argentyński kardynał-jezuita jest bowiem „przesiąknięty” tzw. teologią wyzwolenia i w fundamentalnych sprawach dotyczących doktryny Kościoła dokonuje celowych „manewrów” w tym kierunku.
    Jakkolwiek wielu zapewnia, że owa teologia „ma różne oblicza”, to jej „ojcowie”- Gustavo Gutierrez i Leonardo Boff głosili czysto marksistowskie brednie, okraszone pseudo teologiczną podbudową. Wpływy tej teologii były na tyle groźne, że w roku 1983 r. Kongregacja Nauki Wiary wydała instrukcję „Libertatis nuntius” na temat "pewnych aspektów teologii wyzwolenia". Przygotował ją kard. Joseph Ratzinger, ówczesny prefekt Kongregacji, na prośbę Jana Pawła II.
    Kilka lat później zmieniono jednak twarde brzmienie tej instrukcji. Tłumaczono to tym, że Kościół nie chciał dopuścić do całkowitego potępienia teologii wyzwolenia i związanych z nią licznych ruchów społecznych.
    Nad zmianą nastawienia Kościoła pracował m.in. jezuita Jorge Mario Bergoglio, wówczas rektor seminarium w San Miguel, a wcześniej prowincjał Jezuitów w Argentynie. Należał on do grupy duchownych, która zajmowała się tzw. pozytywną teologią wyzwolenia i doprowadziła do sporządzenia drugiej, znacznie złagodzonej instrukcji.
    Przed trzema laty watykanista Andrea Tornielli pisał: „Wraz z rozpoczęciem pontyfikatu papieża Franciszka, pojednanie między Watykanem a teologią wyzwolenia zostało zakończone. Chociaż jest to papież, który nigdy nie był zafascynowany ideologiami i intelektualnym podejściem przyjętym przez pewien nurt teologii zainspirowanej marksizmem, w swoim czasie arcybiskup Bergoglio regularnie bez towarzystwa odwiedzał slumsy Buenos Aires a teraz mówi o „ubogim Kościele ubogich”.

    Moim zdaniem, owa teologia wyzwolenia, była w Kościele takim samym narzędziem destrukcji, jak teoria konwergencji w polityce światowej.
    Dzięki Franciszkowi, ta destrukcja dominuje dziś w moim Kościele.
    Bez większego echa przeszedł wywiad, udzielony przez Franciszka dziennikowi "La Repubblica" przed kilkoma tygodniami. Eugenio Scalfari zapytał tam – „czy przedstawiając wizję społeczeństwa opartego na równości, Franciszek myśli o marksistowskim wzorze.” Ten zaś odparł, że wiele razy mówiono już o nim, że jest komunistą i dodał:
    "A moja odpowiedź jest zawsze taka, że ostatecznie to komuniści myślą jak chrześcijanie. Chrystus mówił o społeczeństwie, w którym to ubodzy, słabi, wykluczeni mają decydować. Nie demagodzy, nie nicponie, ale lud, biedni, którzy mają wiarę w Boga. To im musimy pomóc, by osiągnąć równość i wolność".
    http://gosc.pl/doc/3545476.Papiez-mowia-ze-jestem-komunista-ale-to-komunisci-mysla-jak

    cdn

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie sądzę, by nawet największy głupiec w purpurze, mógł z powodu swojej niewiedzy na temat komunizmu, zdobyć się na słowa tak obelżywe dla milionów chrześcijan pomordowanych przez komunistyczne reżimy – „ostatecznie to komuniści myślą jak chrześcijanie”.
      Gdybym nawet nic więcej nie wiedział o tym człowieku i nie znał innych jego wypowiedzi, ta jedna wystarczy, bym nigdy nie powiedział o nim „mój papież”.
      To bardzo niebezpieczna postać, która usilnie próbuje zepchnąć mój Kościół w otchłań „czasów ostatecznych”.

      Cechą, która wyróżnia komunizm od wszelkich innych przejawów zła, jest jego mimikra i zdolność przystosowania do nowych czasów.
      Proszę zwrócić uwagę, że zbrodnie „rewolucjonistów” francuskich, skończyły się wraz z dyktaturą jakobinów, zapaścią ekonomiczną i nadejściem rządów Napoleona. Nikt później, nie próbował już usprawiedliwiać bandytyzmu we Francji „ideami rewolucyjnymi”.
      Hitleryzm także umarł wraz ze swoim założycielem i nie ma szans na odrodzenie pod inną nazwą.
      Nawet muzułmański dżihad i zezwierzęcenie islamskich terrorystów, nie przeżyje kilku pokoleń, bo nie znajdzie nowej „ideowej” sukcesji.

      Komunizm może trwać, bo nigdy nie był i nie jest tym, za co się podaje lub za co uważają go inni. Nie posiada żadnej ideologii ani doktryny, ale doskonale potrafi czerpać z każdej myśli ludzkiej i budować z niej swoją strukturalną osłonę. Przypomina pasożyta, który czerpie siły z organizmu żywiciela i potrafi przeżyć w każdym organizmie istniejącym na ziemi.
      Tu też ujawnia się najgłębszy związek zła i komunizmu. Zło jest nicością, która nie posiada żadnej właściwości bytu. W znaczeniu ontologicznym - jest jego zaprzeczeniem. W filozofii klasycznej mówi się zatem, że zło nie ma bytowej konsystencji i jest po prostu brakiem dobra.
      Dokładnie ten sam „stan bytowania” dotyczy komunizmu, który nie posiada (jak byśmy to dziś nazwali), żadnych właściwości zewnętrznych. Jest nicością, którą człowiek zapełnił jakąś myślą, formą i kształtem, by oszukać innych ludzi i osiągnąć swoje zbrodnicze cele.
      Ta cecha decyduje o trwałości komunistycznej sukcesji i sprawia, że może on realizować swój plan pod różnymi barwami i flagami.

      Usuń