Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

wtorek, 28 października 2008

GRA ZBRODNIĄ – FAŁSZERZE Z WSI

Przez 24 lata, na podstawie ustaleń procesu toruńskiego wmawiano opinii publicznej, że wszyscy winni zbrodni na księdzu Jerzym ponieśli już zasłużoną karę. Ówczesna władza stworzyła powtarzaną do dziś legendę o wyłącznej winie czterech funkcjonariuszy SB i zapewniała społeczeństwo o swojej woli wyjaśnienia, jak było naprawdę. Legendę tę uwiarygodnili sami funkcjonariusze policji politycznej, precyzyjnie odgrywając swoje role. Dzięki tej zbrodni władcy PRL-u realizowali swój plan, którego zwieńczeniem był okrągły stół i transformacja ustrojowa pozwalająca komunistom na zachowanie swoich przywilejów. W niezmienionej formie kłamstwo, narzucone siłą komunistycznej propagandy zostało przyjęte i zaakceptowane w III RP. Wszystkie środowiska uczestniczące w haniebnej zmowie z komunistami, stały się zakładnikami tego kłamstwa i przyjęły na siebie ciężar odpowiedzialności za ukrywanie prawdy o śmierci księdza Jerzego.

Od 1984 roku wszelkie próby wyjaśnienia prawdziwych okoliczności tego mordu były i są skutecznie blokowane. Ludzi, którzy wykazali dość odwagi, by naruszyć tajemnicę bezpieki, nazwano szaleńcami i fantastami. Odmówiono im prawa do zajmowania się sprawą, przemilczano ich argumenty, szykanowano lub skazano na zapomnienie. Tak postąpiono z prokuratorem Andrzejem Witkowskim, tak również potraktowano Wojciecha Sumlińskiego.

Z drugiej strony, nigdy nie brakowało chętnych, by podważyć wiarygodność prokuratorskiego śledztwa, i zdezawuować tezy zawarte w książce Wojciecha Sumlińskiego – „Kto naprawdę Go zabił?”. To jedna z tych publikacji, które w wolnej III RP zostały skazane na przemilcznie, a jej autor stał się obiektem zainteresowania służb specjalnych.

Gdy w roku 2005 trafiła na półki, po szumnych zapowiedziach wytoczenia, co najmniej kilku głośnych procesów autorowi i wydawcy książki,– zapadło głuche milczenie. Wywody w publikacji są tak dobrze udokumentowane materiałami ze śledztw i procesów, dokumentami IPN, a także zeznaniami świadków zbrodni dokonanej na księdzu Popiełuszce, że nie da się z nimi wygrać.

Z argumentacji przedstawionej przez dziennikarza wynika, że cała zbrodnia została w najdrobniejszych szczegółach wyreżyserowana przez kierownictwo MSW, zaakceptowana przez generała Kiszczaka, a wykonana za aprobatą Wojciecha Jaruzelskiego. Już w 1984 r. Jaruzelski i Kiszczak zrozumieli, iż rozmowy z opozycją i podzielenie się władzą z wybranymi opozycjonistami to ich jedyna szansa na przetrwanie. Ujawnienie prawdy o zbrodni mogłoby skompromitować wielu późniejszych uczestników "okrągłego stołu". Część opozycjonistów była zresztą szantażowana, że jeśli Jaruzelski i Kiszczak będą zagrożeni, mogą się pojawić esbeckie akta obciążające znane postacie opozycji.

Dziennikarz odkrył zbrodnicze mechanizmy bezpieki, które towarzyszyły procesowi transformacji ustrojowej. Wspomina o osobach, które chciały poznać prawdę i ginęły w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach. Opisuje szokujące kariery ludzi, którzy do 1984 r. donosili SB na kapłana, a po 1989 r. robili błyskotliwe kariery.

Dowody zebrane w IPN, przez zespół prok. Witkowskiego wskazywały wyraźnie, że mamy do czynienia z bardzo prawdopodobnym zarzutem mataczenia przez cały szereg osób, które uczestniczyły wokół tego śledztwa w różnych, „osłonowych operacjach". Działania te mogły dotyczyć nawet kilkuset osób, z których większość jest nadal obecna w życiu publicznym.

Sens publikacji Wojciecha Sumlińskiego, ujawniającej rzeczywiste okoliczności śmierci księdza Jerzego i późniejszych, wieloletnich działań służących ukryciu prawdy, można zrozumieć wyłącznie z perspektywy polskiej transformacji ustrojowej. Logika tej koncepcji zakłada bowiem, że zabójstwo księdza Popiełuszki, a następnie włączenie w proces fałszowania zdarzeń części wyselekcjonowanej opozycji, otworzyło drogę do układu okrągłego stołu i dało podstawę do stworzenia „porządku” III RP.

Myliłby się, kto sądziłby, że matactwa wokół tej sprawy skończyły się wraz z PRL. Przez ostatnie 19 lat, strażnicy komunistycznych zbrodni strzegli tajemnicy nadal, mając do swojej dyspozycji ogromny arsenał środków; poczynając od fizycznej eliminacji lub zastraszania niewygodnych świadków, poprzez tworzenie fałszywych tropów i dowodów, po medialne manipulacje.

Dlatego z wielkim niepokojem patrzę od kilku dni, jak dziennikarze TVN, wspólnie z dziennikiem „Polska” próbują nagłaśniać rzekome efekty dziennikarskiego śledztwa, powołując się na dokumenty i świadków, którzy „przedstawili nową, inną od powszechnie znanej wersję porwania i śmierci ks. Popiełuszki.”

Rewelacje, którymi dziennikarze TVN epatują odbiorców nie są niczym innym jak wybiórczym powtórzeniem hipotez pochodzących ze śledztwa, prowadzonego przez prok. Andrzeja Witkowskiego. Żaden z reporterów tej stacji nie uznał jednak za stosowne poinformowanie opinii publicznej, że „nowe okoliczności” zostały już dawno ujawnione przez Wojciecha Sumlińskiego, w pochodzącej z 2005 roku książce „Kto naprawdę Go zabił?”

Nie mogę uwierzyć, by stacja Waltera i Wejherta, powołana ze środków wywiadu PRL stanęła nagle po stronie poszukujących prawdy o śmierci księdza Jerzego, a jej pracownicy zainteresowali się sprawą, wiedzeni nakazem dziennikarskiej rzetelności. Nie sposób dać wiarę, że ludzie dyspozycyjni wobec układu tworzącego III RP, wspierający od wielu miesięcy środowisko WSI, zakłamujący codziennie rzeczywistość kolejną porcją dezinformacji, stali się nagle odkrywcami tajemnic bezpieki. Czy nieetyczne, sprzeczne z zasadami dobrego dziennikarstwa, przemilczenie prawdziwych źródeł i autorów informacji, nie powinno wzbudzać podejrzeń, co do prawdziwych intencji tych działań? W żadnej publikacji dziennika „Polska” ani w ostatnich doniesieniach ONET-u lub TVN –u nie wspomniano o książce Wojciecha Sumlińskiego, nie ujawniono, że zawiera ona wszystkie, rzekomo nowe dowody, na które obecnie powołują się dziennikarze. Czy można to uznać za przypadek i złożyć wyłącznie na karb braku zawodowej rzetelności?

Skąd, to nagłe zainteresowanie stacji tajemnicą komunistycznej zbrodni? Dlaczego uwydatnia się tylko niektóre z ustaleń śledztwa prokuratora Witkowskiego, a przemilcza wiele innych, równie istotnych?

Odpowiedź wydaje się być zawarta w innej, środowiskowo identycznej publikacji – artykule Wojciecha Czuchnowskiego z „Gazety Wyborczej” - „Morderca księdza Popiełuszki triumfuje” .

W myśl przedstawionej tam tezy, podważenie daty śmierci księdza Jerzego ma być okolicznością szczególnie korzystną dla zabójców, bowiem może doprowadzić do wznowienia procesu i uniewinnienia esbeków od zarzuty zabójstwa. Tezę tę popierają „mec. Krzysztof Piesiewicz (oskarżyciel posiłkowy w procesie) i prof. Witold Kulesza (b. szef pionu śledczego IPN), którzy zwracali uwagę, że kwestionowanie daty śmierci duchownego leży w interesie skazanych za tę zbrodnię esbeków.” Czy przez zapomnienie, wybitni prawnicy zapominają dodać, że ewentualne ustalenie sprawców zabójstwa, w żaden sposób nie podważa odpowiedzialności Piotrowskiego i spółki za porwanie, bicie i torturowanie księdza Jerzego, a także za matactwa w śledztwie i wprowadzenie w błąd sądu? Czy obawa, że ujawnieni zostaną mordercy - być może w mundurach LWP, a Piotrowski - wierny janczar sowieckiego systemu, okaże się esbecką kukłą, sterowaną przez Kiszczaka, ma prowadzić do zaniechania poszukiwań prawdy? Jak do oświadczeń zbulwersowanych prawników, mają się przepisy kodeksu postępowania karnego, przewidujące wznowienie postępowania, w przypadku pojawienia się nowych, istotnych dowodów? Warto zauważyć, że konsekwencją wypowiedzi Piesiewicza i Kuleszy byłoby podważenie zasadności wszelkich rewizji, zmierzających do ustalenia prawdy procesowej.

Wiemy również, że wśród hierarchów Kościoła funkcjonuje niemal zgodny pogląd, jakoby podważenie daty śmierci księdza Jerzego powodowało komplikacje w procesie beatyfikacyjnym kapelana „Solidarności”. Nie wspomina się przy tym, że to właśnie wątpliwości, co do przebiegu zdarzeń z roku 1984 mogą stanowić przeszkodę w procesie i dopóki nie zostaną jednoznacznie wyjaśnione, temat się nie zakończy. Zupełnie zasadną jest również uwaga, że nie istnieje żadna przesłanka, która nakazywałaby pośpiech w tak ważnym i nieodwracalnym postępowaniu.

Od dawna też pojawiają się wypowiedzi m.in. ludzi Kościoła, przypominające, że odstępstwa od wersji zdarzeń ustalonej podczas procesu toruńskiego, mogą być inspirowane przez środowiska wrogie Kościołowi. Na tym tle, warto wspomnieć niezwykle mądry i rzeczowy głos arcybiskupa Kazimierza Nycza, który odnosząc się do ostatnich doniesień prasowych na temat śmierci księdza Jerzego wyraził nadzieję, że Jego beatyfikacja będzie możliwa bez względu na to jaka data zgonu zostanie potwierdzona. Zauważył także, że część dokumentów jest w Moskwie, a zatem Kościół nie będzie czekał "aż komunizm w stolicy Rosji upadnie". Za kwestię najistotniejszą arcybiskup uznał fakt, że ksiądz Popiełuszko poniósł śmierć męczeńską za wiarę.

Pojawia się natomiast pytanie - jeśli datę śmierci podważają ustalenia prok. Witkowskiego oraz dziennikarskie śledztwo Wojciecha Sumlińskiego, a obecnie dołącza do tych głosów stacja TVN – czy wolno sądzić, że są to ludzie stojący po tej samej stronie barykady i działający w imię prawdy? Niekoniecznie.

Istnieje jak dotąd zasadnicza i niezwykle istotna różnica, która zdaje się wskazywać na sens i kierunek działań stacji TVN. Wszystkie ogłaszane ostatnio „rewelacje” są, bowiem elementami całości sprawy, wyrwanymi z kontekstu zdarzeń i przedstawianymi jako sensacyjne i odkrywcze. Wykorzystanie efektów śledztwa prokuratorskiego i dziennikarskiego, bez podania prawdziwych źródeł wiedzy, ma zapewnić wiarygodność tezom, głoszonym przez pracowników stacji TVN. Nagłośniono szczególnie dwie hipotezy – dotyczącą daty śmierci Kapłana oraz związaną z udziałem „drugiej ekipy”, składającej się prawdopodobnie z ludzi WSW. Postrzegam ten zabieg jako zamierzoną i niebezpieczną manipulację.

O ile, bowiem efekty śledztwa Witkowskiego i publikacja Sumlińskiego zawierały całościową, logicznie skonstruowaną konkluzję, że zamordowanie kapelana "Solidarności" było cyniczną grą bezpieki, za którą stali bezpośredni inspiratorzy – Jaruzelski i Kiszczak, obliczoną na korzyści polityczne, która doprowadziły do podziału "Solidarności" i wyodrębnienia z niej frakcji skłonnej do negocjacji z władzą, o tyle efekty „śledztwa” TVN – u zdają się prowadzić do zupełnie innych wniosków.

Zostały one ujawnione w artykule „Ks. Jerzy mógł być ofiarą walk służb specjalnych” i przedstawione przez Przemysława Wojciechowskiego – „Wśród kilku innych możliwy jest taki przebieg wydarzeń: Porwanie księdza zleca Milewski, aby wprowadzić ferment w kraju i odsunąć od władzy idących w kierunku reform Jaruzelskiego i Kiszczaka. Kiszczak dowiaduje się o tym i wysyła wojskowych, którzy odbijają księdza z rąk Piotrowskiego. Później układa scenariusz, w którym trójka esbeków i ich zwierzchnik Adam Pietruszka biorą winę na siebie”.

Nagromadzenie w dwóch zdaniach, takiej ilości fałszywych twierdzeń nie byłoby dziwne w wypowiedzi dziennikarza TVN –u, gdyby nie wspierający je głos prof. Antoniego Dudka. Choćby z tego powodu, sprawa wygląda poważnie.

Z łatwością można zauważyć, że z tak przedstawionego przebiegu zdarzeń wyłania się teza (wielokrotnie już w III RP narzucana), jakoby śmierć Kapłana była efektem wewnątrzpartyjnych walk frakcji „twardogłowych”, na czele z Milewskim, z „ugodowymi liberałami”, których mieliby uosabiać Kiszczak i Jaruzelski. Twierdzenie to funkcjonuje od 1984 roku i jak wiemy, stanowiło podstawę do podjęcia przez część opozycji rozmów z komunistami.

Otóż oszustwo tej tezy musi być oczywiste dla każdego, kto posiada wiedzę o mechanizmach funkcjonowania Polski lat 80-tych oraz zna realne warunki działania policji politycznej PRL. Przypomnę na marginesie, że „wątkiem Milewskiego”, zawartym rzekomo w sensacyjnej notatce płk. Górnickiego, ujawnionej w październiku 2004 roku, posiłkowano się tuż przed odsunięciem od śledztwa prokuratora Andrzeja Witkowskiego.

Nie można zapominać, że generał ludowej armii Czesław Kiszczak został w lipcu 1981 roku ministrem spraw wewnętrznych. Stało się tak, ponieważ kremlowscy władcy uznali za konieczne połączenie w jednym ręku rządu nad służbami wojskowymi i cywilnymi. Ścisła integracja tych służb była, według koncepcji przedstawionej przez Anatolija Golicyna, jednym z kroków na wieloletniej drodze systemu komunistycznego, zmierzającej do „transformacji ustrojowej”. Kiszczak wykonał swoje zadanie i doprowadził do ścisłej współpracy „wojskówki” ze Służbą Bezpieczeństwa. Było to o tyle łatwe, że obie służby łączył jeden, podstawowy cel – walka ze społeczeństwem w obronie dominacji sowieckiego okupanta. Wybór Kiszczaka – najwierniejszego z wiernych, stanowił dostatecznie mocne potwierdzenie, że był człowiekiem, którego Kreml obdarzał ogromnym zaufaniem. Ten funkcjonariusz zbrodniczego Głównego Zarządu Informacji, przeszedł wcześniej całą drogę kariery w kontrwywiadzie i wywiadzie wojskowym i podobnie jak Wojciech Jaruzelski był uważany za „człowieka Moskwy”.

Na stanowisku ministra spraw wewnętrznych Kiszczak zastąpił właśnie Mirosława Milewskiego – topornego generała MO, którego liczne, przestępcze działania Sowieci akceptowali (afera „Żelazo”), dopóki był im potrzebny. W roku 1984 Milewski był członkiem Biura Politycznego i sekretarzem KC PZPR. W tym samym roku Kiszczak powołał tajną komisję MSW do zbadania sprawy „Żelaza”, na której czele stanął gen. Władysław Pożoga. Komisja miała zebrać dowody przeciwko Milewskiemu. Choć prowadziła dość rozległe śledztwo i dotknęła wielu finansowych przekrętów, jakich dopuszczali się rezydenci wywiadu PRL, to odsłonięto zaledwie wierzchołek góry lodowej, a Milewskiego nie spotkały żadne przykrości. Robiono to w taki sposób, by niczego nie wyjaśnić, ale przy okazji zebrać komprmateriały na konkurentów. Identycznie postąpiono po roku 84, gdy ten sam Pożoga otrzymał od Kiszczaka polecenie „wyjaśniania” spraw związanych z zabójstwiem ks. Popieluszki, ze wskazaniem wątków wiodących ewentualnie do Milewskiego.

Byłoby rzeczą naiwną sądzić, że w roku 1984 Milewski, nad którym zawisła już sprawa „Żelaza” i odwróciła się łaska kremlowskich starców, miał pod bokiem wszechwładnego Kiszczaka dokonywać prowokacji z porwaniem i zabójstwem Kapłana. Owszem – Milewski nadawał się jak nikt inny na swoistego „kozła ofiarnego”, na którego szybko i chętnie wskazywano jako inspiratora rzekomej prowokacji, wykonując tym samym wytyczne towarzyszy radzieckich.

Walka, jaka toczyła się wówczas wśród funkcjonariuszy PZPR, nie dzieliła ich na „twardogłowych” i „liberałów”, lecz związana była z wykonywaniem dyrektyw Moskwy, która chciała dokonać wymiany skompromitowanych (nawet jak na standardy sowieckie) działaczy, typu Milewskiego, na „postępowych” Jaruzelskich i Kiszczaków. W ramach tego procesu, którego gwarantami było dwóch, wojskowych namiestników sowieckich na Polskę, prowadzono grę przeciwko Milewskiemu, gromadząc m.in. obciążające go materiały. Operacja ta pozwoliła oczyścić MSW z ludzi niewygodnych dla rządzącej ekipy. Morderstwo na kapelanie „Solidarności” posłużyło Kiszczakowi by ustawić się w pozycji jedynego sprawiedliwego, uczciwego, szlachetnego, i pokrzywdzonego generała, który nie chce, ale musi dowodzić bandą łotrów pilnując, aby bezpieczniacka zgraja nie weszła w szkodę i nie narobiła jeszcze większych problemów.

Jestem przekonany, że gdyby w roku 1984 rzeczywiście istniały przesłanki wskazujące na udział Milewskiego w zabójstwie księdza Jerzego, zostałyby przez ówczesną ekipę wykorzystane. Ponieważ takich nie było, wystarczył sam efekt propagandowy, właściwie odebrany zarówno przez część opozycji, jak i samego Milewskiego, który od tej pory nie odgrywał już żadnej znaczącej roli.

Szczególnie fałszywa jest teza, jakoby w roku 1984 miało dojść do „wojny” służb cywilnych z wojskowymi, przy czym te ostatnie, miały rzekomo inwigilować ekipę Piotrowskiego i stać na straży interesów „liberalnego” skrzydła partii komunistycznej. Trudno o większą bzdurę.

W PRL-u nie istniała przecież żadna struktura państwowa, którą można by posądzić o autonomiczne działanie. Jak każda organizacja przestępcza, tak również partia komunistyczna wymagała bezwzględnego posłuszeństwa i podległości. Tym bardziej, nie sposób sobie wyobrazić, by w ramach zbiurokratyzowanego i zmilitaryzowanego systemu represji i nadzoru nad społeczeństwem – jakiego częścią była policja polityczna, mogła zaistnieć i zostać przeprowadzona, poza wiedzą i zgodą najwyższych władz partii i resortu spraw wewnętrznych, tak skomplikowana kombinacja operacyjna, jaką było porwanie i zabójstwo księdza. Przeczy temu nie tylko wiedza, o mechanizmach zbrodniczego systemu totalitarnego, nie tylko zdrowy rozsądek, ale cały szereg dokumentów, wyprodukowanych przez ten system. Wyraźne ślady ścisłej współpracy Służby Bezpieczeństwa z kontrwywiadem i wywiadem wojskowym znajdujemy choćby w ostatniej „Instrukcji w sprawie szczegółowych zasad działalności operacyjnej Służby Bezpieczeństwa” stanowiącej Załącznik do Zarządzenia nr 00102 Ministra Spraw Wewnętrznych z dnia 09 grudnia 1989 r. W paragrafie 39 instrukcji zawarto jednoznacznie brzmiący zapis:

„Służba Bezpieczeństwa, realizując zadania w ramach swojego zakresu działania, współdziała z właściwymi służbami Wojska Polskiego, a zwłaszcza z Wojskowà Służbą Wewnętrznà Ministerstwa Obrony Narodowej i Zarządem II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.”

Również „Instrukcja o pracy operacyjnej Zarządu II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego" z 15.12.1976r, podpisana przez Kiszczaka nie pozostawia wątpliwości, że istniało współdziałanie obu służb. W Rozdziale VI – Postanowieniach końcowych czytamy:

W zakresie działalności wywiadowczej Pion Operacyjny współpracuje i współdziała z niektórymi krajowymi instytucjami państwowymi, a przede wszystkim z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych (głównie z Departamentem I i II), Szefostwem Wojskowej Służby Wewnętrznej i jego terenowymi jednostkami operacyjnymi, Ministerstwem Spraw Zagranicznych, Ministerstwem Handlu Zagranicznego i GM i podległymi mu centralami oraz z innymi instytucjami wojskowymi i cywilnymi. Zakres i formy współpracy Zarządu II Sztabu Generalnego WP z odpowiednimi instytucjami państwowymi określają zawarte dwu stronne porozumienia w tym zakresie.”

W latach 80 –tych, gdy generalski zamach na wolność, uczynił z Polski zmilitaryzowaną strukturę sowieckiego systemu, współpraca służb wojskowych z SB w zwalczaniu opozycji i walce z Kościołem musiała być niezwykle wszechstronna i w pełni współzależna. Znane są przykłady, choćby dotyczące działań skierowanych przeciwko „Solidarności Walczącej”, gdy WSW, wspólnie z SB prowadziła na szeroką skalę czynności operacyjne.

Sugerowanie, że w roku 1984 mogło dojść do sytuacji, by bez wiedzy i zgody najwyższych władz, fanatycznie wierni funkcjonariusze SB mogli planować ważną operację – jest absurdem. Podobnej wartości są domniemania, jakoby służby wojskowe podległe Kiszczakowi (jakby SB nie było mu podległe) działały wbrew intencjom cywilnej bezpieki i miały podjąć akcję „odbicia” księdza Jerzego z rąk oprawców. Istnieje wiele poszlak wskazujących, że Piotrowski i reszta kontaktowali się z kimś, kto znajdował się w pobliżu esbeków. Fakt przekazania księdza innej grupie może jedynie świadczyć, że byli to ludzie współpracujący z porywaczami i wykonujący zadania w ramach tej samej kombinacji operacyjnej. Nie mogło być mowy o żadnej dowolności, autonomii działania bądź walce służb.

Fałszywą tezę, której propagowanie zdaje się głównym celem „dziennikarskiego śledztwa” TVN –u należałoby, zatem wyrzucić na śmietnik i uznać za historyczny nonsens.

Tytuł publikacji dziennika „Polska” powinien wówczas brzmieć: „Ks. Jerzy mógł być ofiarą współpracy służb specjalnych PRL”. Przebieg zdarzeń wskazuje, że wojskowi, przejmując Kapłana z rąk Piotrowskiego wykonywali dalszy ciąg dyrektyw zleconych przez Kiszczaka i Jaruzelskiego i operacja ta była przeprowadzana w ramach współpracy SB z WSW. Druga ekipa, złożona prawdopodobnie z ludzi wojskowych służb służyła „zabezpieczeniu” operacji, a w odpowiednim momencie przejęła inicjatywę. Trzeba to wyraźnie powiedzieć - jeżeli w dniu aresztowania porywaczy z SB, ksiądz Jerzy żył jeszcze, oznacza to, że był więziony, okrutnie torturowany i zamordowany przez katów spod znaku WSW.

Ponieważ to te właśnie służby, zostały za zgodą uczestników „okrągłego stołu” przeniesione do III RP w niezmienionej formie, a za przyczyną ludzi takich, jak Bronisław Komorowski osiągnęły ogromne znaczenie i wpływy w wolnej Polsce - można zakładać, że za wieloletnim, często przestępczym procederem ukrywania prawdy o morderstwie, stoją kiszczakowskie WSW/WSI. To chronieni dziś i rehabilitowani przez rząd Platformy tzw. oficerowie byłych WSI mogą nadal prowadzić działania dezinformujące i wykorzystywać media do fałszowania rzeczywistości.

Najwyższy czas, aby wielkie kłamstwo o tej zbrodni obalić. ONI wiedzą, że jeśli tak się stanie, złamana zostanie zmowa milczenia, także w sprawie innych zbrodni systemu.

Ksiądz Jerzy Popiełuszko, podczas mszy za Ojczyznę 27 maja 1984 roku wygłosił kazanie, którego treść doprowadziła do wściekłości władców PRL-u. Powiedział wówczas m.in.:

„W dużej mierze sami jesteśmy winni naszemu zniewoleniu, gdy ze strachu albo dla wygodnictwa akceptujemy zło, a nawet głosujemy na mechanizm jego działania. Jeżeli z wygodnictwa czy lęku poprzemy mechanizm działania zła, nie mamy wtedy prawa tego zła piętnować, bo my sami stajemy się jego twórcami i pomagamy je zalegalizować".



http://polskatimes.pl/stronaglowna/54791,ks-jerzy-mogl-byc-ofiara-walk-sluzb-specjalnych,id,t.html

http://wyborcza.pl/1,75478,5846326,Morderca_ksiedza_Popieluszki_triumfuje.html

http://www.polskieradio.pl/iar/wiadomosci/artykul71922.html

http://www.wsi.emulelinki.com/aneks_2.htm

MEDIALNE SŁUŻBY INFORMACYJNE

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz