Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

środa, 2 kwietnia 2008

ZNAK CZASU

Dyskusja z faktami przypomina boks ze ścianą wypada, zatem jedynie odnotować, że polski parlament wyraził zgodę na ratyfikację Traktatu Lizbońskiego. Po blisko 30 dniach politycznego cyrku, jego zarządcy zdecydowali się zakończyć spektakl, pokazując na koniec zdumionym widzom, jak zabawili się ich kosztem.

Reakcje przeciwników Traktatu, którzy z okrzykiem „zdrada!” rozdzierają szaty, pomstując na zaprzaństwo prezydenta i PIS-u, mają obecnie taką samą moc sprawczą, jak bełkot euroentuzjastów, krzyczących o wielkim zwycięstwie rządu i głoszących chwałę postępu i wolności Ich głosy, nawet uwiecznione w kilometrach ideowych tekstów, nie miały najmniejszego znaczenia dla wyniku wczorajszego głosowania.

Polscy politycy, wyznający, na co dzień bożka demokracji, tym razem potraktowali vox populi jako vox asinus, co nawet trafniej charakteryzuje demokrację jako ustrój, w którym hieny dzierżą władzę nad osłami.

Dlaczego ratyfikacja Traktatu nie mogła być poprzedzona ogólnopolskim referendum – tego elity polityczne nam nie zdradziły. Nie odpowiedziały również - dlaczego dokument o wadze konstytucji przyjmuje się pod niewiedzę społeczeństwa, nie informując go szeroko o znaczeniu Traktatu i konsekwencjach z niego wynikających?

Dwie partie, traktujące społeczeństwo jako tło cyrkowego występu, pokazały spektakl politycznego cynizmu, arogancji i tchórzostwa. Z jednej strony, zobaczyliśmy spocone od brukselskiej biegunki twarze hipokrytów, wrzeszczących o podważaniu polskich interesów, z drugiej zaś żałosne i mało skuteczne próby ratowania cnoty, przed hordami Hunów, dobrowolnie wpuszczonych do miasta. Nikt nie raczył powiedzieć widzom, ogłuszonym medialnymi pałami, że lider partii euroPOlaków naplótł haniebnych obietnic unijnym politrukom, przymilając się jak pudel do niemieckiego owczarka, a cała „racja stanu” tej partii leży w leczeniu prowincjonalnych kompleksów i szczenięcej ucieczce od ciężaru władzy.

Nikt nie zechciał powiedzieć widzom, że prezydent Polski jest szantażowany zdezawuowaniem jego dotychczasowych dokonań w polityce zagranicznej, a partia opozycyjna obudziła się ze snu zimowego z ręką w nocniku i udaje przed społeczeństwem, że złowiła złotą rybkę.

W miejsce rzetelnej informacji, funduje się nam pokaz tresowanych małp, nazywając trzaskanie z bicza „kompromisem”, a uderzenia szpicruty „strategią miłości”.

O ile nikt przy zdrowych zmysłach, nie powinien oczekiwać od rządzącego układu prawdy o kulisach negocjacji ustawy ratyfikacyjnej, o tyle partia opozycyjna i prezydent RP mieli obowiązek ujawnić społeczeństwu, jakie rzeczywiste przyczyny wymogły zgodę na podpisanie Traktatu. Nawet, jeśli dopiero teraz, czyli pół roku za późno, zdali sobie sprawę w czyje ręce oddano rządy w Polsce i jakie zagrożenia niesie za sobą najazd Hunów na państwo, należało głośno i wprost powiedzieć o tym społeczeństwu. W kraju, w którym dziennikarstwo sprowadzono do roli nośnika agenturalnych kombinacji, a przepływem informacji steruje się jak kroplówką prawdy, nie znalazł się żaden odważny polityk, zdolny ujawnić mechanizm partyjnego „kompromisu”.

Co stało na przeszkodzie, by głośno wyznać, że protokół brytyjski i status Joaniny był skutecznym zabezpieczeniem polskich interesów wtedy, gdy dbał o nie rząd polskiej racji stanu, a stały się bezużyteczną makulaturą, gdy oddano władzę cynicznym nierobom, dla których „polskość to nienormalność”? W imię, jakich wartości nie powiedziano społeczeństwu, że ten rząd gotów jest poprzeć na arenie międzynarodowej rosyjsko-niemieckie interesy, byle tylko przeszkodzić dążeniom prezydenta i wytrącić mu inicjatywę w budowaniu polityki zagranicznej? Czy miał ktoś odwagę przyznać, że kompromis w sprawie Traktatu osiągnięto za cenę politycznego oszustwa, w którym jedna strona udaje, że nas nie sprzeda, druga zaś udaje wiarę w te kłamstwa i karmi nią własny elektorat?

Wybrano negocjację z politycznymi terrorystami, zamiast nazwać ich po imieniu i dążyć do referendum, informując rzetelnie społeczeństwo o skali zagrożenia. Trudno o bardziej dosadny dowód pogardy dla własnych rodaków, gdy odbiera się im a priori prawo decydowania o przyszłości narodu.

Szczególną odrazą napawa mnie fakt, że obie strony tego spektaklu, nie cofnęły się przed przywołaniem autorytetu Jana Pawła II, byle tylko uzasadnić swoje mętne racje.

Choć należy wyraźnie odróżnić intencje, jakimi kierował się ten rząd, od intencji polskiego prezydenta, nie sposób pogodzić się z sytuacją, w której kompromis zawarty na kłamstwie, próbuje się oprzeć na słowach Głosiciela Prawdy. Musi budzić to sprzeciw, choćby z tej racji, że żadna ze stron, nie może i nie potrafi zagwarantować, że przesłanie Jana Pawła II, zawarte w słowach wypowiedzianych 03.12.2002r w Watykanie, że - „Stając się członkiem Wspólnoty Europejskiej, Rzeczpospolita Polska nie może tracić niczego ze swych dóbr materialnych i duchowych, których za cenę krwi broniły pokolenia naszych przodków. „ zostaną zachowane i spełnione.

Jest jakimś niezwykłym znakiem czasu, że trzecia rocznica śmierci Papieża, poprzedzona została spektaklem, w którym jak w soczewce skupiły się wszystkie nasze współczesne wady i grzechy. Koniunkturalizm i tchórzostwo, wzajemna wrogość i nieufność, towarzyszące wydarzeniom ostatnich dni, mówią o nas więcej, niż chcielibyśmy zobaczyć w tym lustrze.

Głębokie podziały społeczne, oparte o polityczne sympatie i antypatie, wzniesiono w roku, w którym polski Papież zakończył życie. Taka była odpowiedź politycznych elit na przesłanie nauk Jana Pawła II. Taka też jest odpowiedź społeczeństwa, które rezygnując z przywileju używania rozumu, poddaje się bezmyślnie manipulacjom polityków lub daje wiarę dziennikarskim hienom, żerującym na ludzkiej niewiedzy i zaufaniu.

Smutna to refleksja, że, jak co roku, tak i teraz dzisiejszy dzień upłynie w medialnej, sentymentalno – wspominkowej atmosferze, skutecznie zakrywającej obraz polskiej współczesności.

Nie wierzę w rozwagę polityków, tym bardziej w ich dobrą wolę. Nie ufam za grosz dziennikarzom, kupczącym prawdą za cenę redakcyjnych pensji.

Chciałbym jednak jeszcze wierzyć, że doświadczenia ostatnich dni, tych niedawnych i tych sprzed trzech lat, obudzą w społeczeństwie naturalne odruchy obronne i wywołają refleksje nad najbliższą przyszłością. Może warto dostrzec, że skoro, niepytani o zgodę zostaliśmy przez rodzimych polityków „obdarzeni „ europejską wizją Nowego Porządku, to jedynie pokonując wywołane przez nich podziały, możemy w ogóle myśleć o miejscu Polski w Europie.

Nie jest to tani populizm ani demagogia. Ta lekcja przedmiotowego traktowania przez polityków własnego społeczeństwa, powinna nauczyć je, że poza partyjnymi a nawet ideowymi różnicami ważniejszy jest interes własnej społeczności, rodziny, dzieci. A skoro stało się już tak, że musimy uczestniczyć w procesie integracji i nie ma dla Polski realnej alternatywy we współczesnej Europie – to warto dla własnych, nie politycznych korzyści, reprezentować się w niej jako całość i naród, strzegący swoich dóbr i wartości.

Za lat kilkadziesiąt spory Tuska z Kaczyńskim będą miały walor archiwalnych kuriozów. Nasze dzisiejsze podziały, na zwolenników jednej i przeciwników drugiej partii będą równie aktualne, jak stare kartki z kalendarza.

Może, więc czas pomyśleć o Polsce, tak jak powinno się myśleć o sobie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz