Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

poniedziałek, 14 listopada 2016

DROGA DO WSPÓLNOTY 1 - KŁAMSTWO

Narodu nie zabija się pałką ani karabinem. Nie zamyka w więzieniu i nie stawia pod ścianą. Narzędziem zabójstwa jest zawsze kłamstwo – powolna, skuteczna trucizna, sączona z pokolenia w pokolenie.
Jeśli komunizm potrzebował „ideowego” fundamentu, by usprawiedliwić ludobójstwo, to z pewnością nie szukał go dla  uzasadnienia kłamstw. Te, miały być tylko prostą konsekwencją,  „naturalnym odpadkiem” milionów zbrodni, zabójstw i nieprawości. Któż zwracałby na nie uwagę, w krajobrazie łagrów i dołów z wapnem?
Wszystkie „teorie” komunistyczne, a w szczególności odwołujące się do humanizmu,  dawały  alibi mordercom,  psychopatom  i  bandytom.  A używano ich tym chętniej, im bardziej  ukrywały  najniższe  instynkty i  osłaniały  rządzę panowania nad światem.
Dlatego błędem  popełnianym  podczas  definiowania  komunizmu,  jest dopatrywanie  się  w  nim  cech  filozofii,  ideologii  bądź  politycznej doktryny, podczas gdy wszystkie one stanowiły zaledwie narzędzie dla realizacji celu i nigdy nie były celem samym w sobie. Gdy było to konieczne - zostały przyjęte i zastosowane, gdy okazały się zbędne - zmieniono je i odrzucono.
Dopatrywanie się w komunizmie „celów humanistycznych” jest rodzajem najcięższej aberracji umysłowej, do jakiej mogą być zdolni tylko ludzie wyjątkowo podli lub niebywale głupi. 
Kłamstwo, jako najgłębsza cecha komunizmu, jest też jego strukturą i formą istnienia. Jeśli ludobójstwo było środkiem do władzy, kłamstwo jest metodą jej sprawowania i sposobem na przetrwanie zła. A ponieważ „świat” dostrzegł tylko zbrodnie komunizmu i nigdy nie zdefiniował grozy kłamstwa – władza bandytów i oszustów rozszerza się i umacnia.
„Rozbestwione kłamstwo, jakim komunizm wypełnił swój świat i zainfekował nasz świat anuluje wszelkie normy rozsądku. Nikt, kto skłonny jest walczyć o godność własną i chce pozostać w zgodzie z własnym sumieniem, nie zgodzi się na to, żeby nazywać dzień nocą, ciemnotę kulturą, zbrodnię przyzwoitością, niewolę wolnością - na mocy dekretu komunistycznych władców. Poprzez kłamstwo komunizm staje się wszechobecny, przeobraża się we własność bytu, partnera istnienia, element panteistyczny, z którym nawet ścinanie paznokci ma coś wspólnego. Groza kryjąca się w tym stanie rzeczy jest nie do pojęcia dla ludzi …” – pisał Leopold Tyrmand w swoim „Dzienniku”.
Groza komunistycznego kłamstwa jest nadal niepojęta dla Polaków.
W kraju, który przez półwiecze doświadczał sowieckiej okupacji, nie tylko nie policzono zbrodni, ofiar i win, ale nie podjęto walki z kłamstwem zabijającym wspólnotę narodu. Nigdy nie nazwano go po imieniu i nie pokazano Polakom.
Istota tego kłamstwa polegała na uznaniu powojennego tworu za państwo polskie, na legalizacji jałtańskiego bękarta przez demokracje Zachodu i zmuszeniu nas do uznania okupacji sowieckiej za stan naturalny. Zaszczepiona przez komunistycznych zdrajców nowa świadomość sprawiła, że kolejne pokolenia Polaków wzrastały w przekonaniu, jakoby PRL była państwem polskim - wprawdzie ułomnym, o ograniczonej suwerenności i prawach obywatelskich, jednak gwarantującym ciągłość państwowości i racji stanu. To przeświadczenie opierało się na akceptacji powojennego porządku oraz wierze, że jest on efektem nieuniknionych „uwarunkowań geopolitycznych” i nie może zostać zmieniony bez narażenia na całkowitą utratę substancji narodowej.
 Nowa świadomość oswoiła Polaków z obcym tworem komunizmu i przyczyniała się do upowszechnienia myśli, iż jest on częścią naszej tożsamości, czymś związanym z polskością i polską tradycją. By wykreować taką wizję i dogłębnie zainfekować polskość, należało zabić nie tylko autentyczną elitę, ale uśmiercić mechanizm obronny – antykomunizm, wyniesiony z tradycji niepodległej II Rzeczpospolitej. Pozwalał on bowiem traktować komunizm, jako twór obcy i wrogi, zaś w wyznawcach zbrodniczej dialektyki dostrzegać ludzi wyzutych z polskości.
Dokonując przymusowej integracji polskości i komunizmu, przeprowadzono zabieg zabójczy dla narodu i zaszczepiono Obcych w struktury polskiego społeczeństwa. By dokończyć dzieła, zmuszono nas do stworzenia sztucznej wspólnoty i nazwania jej państwem polskim.
Zniszczenie narodu nie jest zadaniem łatwym. Nawet dla „ideowych” ludobójców, wyposażonych w narzędzia terroru. Proces zabijania, wymaga nie tylko eksterminacji elit i wymordowania niepokornych, ale zatarcia poczucia tożsamości zbiorowej i rozerwania więzi łączących pokolenia. Wymaga zabicia daru identyfikowania się we wspólnej historii i zgładzenia tego, co nazywane „duszą narodu”.
Jeśli rozpoczęto go w latach 40. ubiegłego wieku, nie skończył się wraz z rzekomym upadkiem komunizmu. Ta zbrodnia trwa do dziś – w państwie zbudowanym na kłamstwie i sukcesji komunistycznej.
Jest na etapie, w którym mieszkańcy nieszczęsnego Oranu cieszyli się ze śmierci szczurów roznoszących zarazę. Cieszyli – niepomni ostrzeżenia, że dopiero śmierć roznosicieli wywoła epidemię i zabije całą populację. „ Bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika, może przez kilkadziesiąt lat pozostać uśpiony (…) i nadejdzie być może dzień, kiedy na nieszczęście ludzi i dla ich nauki dżuma obudzi swe szczury i pośle je, by umierały w szczęśliwym mieście".
Zbrodnia, której ofiarą pada naród, dokonuje się na naszych oczach. Tylko czasem towarzyszą jej spektakularne wydarzenia i tylko raz w ostatnich dekadach wymagała zabójczej „korekty” i ofiar w Smoleńsku. Na co dzień, wystarczą narzędzia mediów, słowa „autorytetów” i zatrute karty historii. Wystarczy nasza obojętność i przyzwolenie na obecność Obcych.
Rok 1989 przyniósł nową jakość w procesie konwalidacji komunizmu i utrwalenia władzy Obcych. Porozumienie samozwańczych „przywódców opozycji” z grupą esbeków i funkcjonariuszy partyjnych stworzyło fundament, o jakim 50 lat wcześniej wysłannicy Stalina mogli tylko pomarzyć. „Wielka inscenizacja” tzw. transformacji ustrojowej stała się podstawą wszystkich procesów politycznych „nowego” państwa i pozwoliła zastąpić autentyczną niepodległość agenturalno-esbeckim erzacem. Nawiązywała wprost do tradycji sfałszowanych wyborów z roku 1947, z których komunistyczni najeźdźcy wywodzili prawo do rządzenia Polakami. Uległa jednak istotnej modyfikacji, bo w odróżnieniu od spektaklu z 1947, stworzyła mit założycielski oparty na dogmacie porozumienia koncesjonowanej opozycji z przedstawicielami reżimu.
Kiedy i jak sowiecki twór stał się państwem polskim i na jakiej zasadzie nastąpiła konwalidacja - nikt nie potrafił wskazać. W latach 1944-1989 nie było wydarzenia, które mogłoby zmazać ten "grzech pierworodny". Okazało się jednak, że  okupacja rozciągnięta na dziesięciolecia, uczyniła dostateczne spustoszenie w polskiej świadomości. Najpierw bano się o niej przypominać, później ją zaakceptowano, a wreszcie - uznano za Polskę.
Dokonana 31 grudnia 1989 roku, przez Sejm kontraktowy zmiana nazwy państwa i jego godła, miała wyłącznie wymiar symboliczny. III RP nie zerwała formalnoprawnej łączności z okresem okupacji sowieckiej i przez ostatnie dziesięciolecia podtrzymuje historyczną i personalną spuściznę PRL. Nigdy nie przyjęto ustawy o restytucji państwa polskiego i nie odważono się wskrzesić Konstytucji II Rzeczpospolitej z 1935 roku.
Narzucony przez magdalenkowych szalbierzy schemat polityczny, wykluczał działalność „sił wstecznych, hamujących rozwój”. Ludzi, którzy sprzeciwiali się hańbie „okrągłego stołu” zepchnięto na margines życia publicznego, zmuszono do emigracji lub skazano na zapomnienie.
Powszechnie stosowany argument, jakoby wybory powszechne były „świętem” wolnego państwa lub miały świadczyć o demokratycznym charakterze III RP – jest głęboko niedorzeczny. Jeśli na początku tej pseudo państwowości stworzono reguły uniemożliwiające działanie antysystemowej opozycji, każde kolejne wybory były farsą. Wystarczyło bowiem kontrolować mechanizmy życia publicznego, a sam proces wyborczy oprzeć na reżimowych instytucjach (PKW, sądy, ośrodki propagandy) - by pozwolić sobie na organizowanie dowolnych „świąt demokracji”. Nie stanowią one zagrożenia, bo w przestrzeni politycznej III RP nie ma miejsca na postulat obalenia porządku magdalenkowego i twardej rozprawy z komunistyczną sukcesją.
Strategia przyjęta na początku „wielkiej inscenizacji” sprawiła, że Polacy uwierzyli, iż grupa „reprezentantów narodu” przyczyniła się do obalenia zbrodniczego reżimu i wywalczenia autentycznej niepodległości. Ta wiara, zaszczepiona nowym pokoleniom w formie dogmatu historycznego, ma wymiar gigantycznego antypolskiego kłamstwa.
W rzeczywistości bowiem – to komunizm i jego sukcesorzy stworzyli groźną hybrydę własnej państwowości i obrócili w ruinę nasze marzenia o Niepodległej.

Takiej definicji III RP nie znajdziemy w podręcznikach historii. Nie usłyszymy o niej z ust przedstawicieli elit intelektualnych. Nie powiedzą nam o tym z ambon i nie wyjawią w listach pasterskich. Prawda o genezie tego państwa jest nieobecna w słowach polityków, w ich programach i deklaracjach. Przemilczają ją publicyści i dziennikarze – zawsze w służbie którejś z partii i koterii politycznych.
Wraz z fałszem państwowości skażonej okupacją komunistyczną, III RP odziedziczyła strukturę społeczną, opartą na fałszywej wspólnocie Polaków z Obcymi. Funkcjonariusze sowieckiego reżimu – esbecy, partyjniacy, sędziowie, stali się „elitą” tego państwa, zaludnili jego instytucje i zawłaszczyli życie publiczne. Zainfekowali je nie tylko własną obecnością, ale wprowadzeniem następców – dzieci i wnuków agentury przywiezionej na sowieckich czołgach, potomstwem prześladowców i sługusów reżimu oraz niezliczonym mrowiem sukcesorów, złączonych wspólnotą interesu, więzami zawodowymi i towarzyskimi.
Stało się to możliwe, ponieważ większość Polaków dawno zrezygnowała z podstawowej dychotomii My-Oni i wyzbyła świadomości, że komunizm jest tworem obcym i wrogim polskości. Stąd, był tylko krok do potraktowania Onych jako partnerów i nazwania ich Polakami. W przestrzeni zakłamanej i zagarniętej przez ośrodki propagandy, w której strażnikami podziałów stają się semantyczni terroryści, nie było miejsca na wytyczenie tej dychotomii. Nie znalazł się nikt, kto miałby odwagę nazwania Obcych po imieniu i odmówienia im przynależności narodowej.
Zostali  koncyliacyjni oszuści, piewcy „zgody narodowej” i „porozumień ponad podziałami”. Zostało towarzystwo „wspólnoty brudu”, genetyczni georealiści i partyjni pragmatycy.
            Jeszcze kilka lat temu mogło się wydawać, że Polacy dostrzegą ten zabójczy związek i zechcą zerwać niszczycielskie więzi. Ogrom tragedii smoleńskiej i ujawnione w następnych latach zachowania grupy rządzącej, powinny wywołać narodowy wstrząs i postawić nas przed pytaniem: kim są ci ludzie, z jakiego świata pochodzą i jakim hołdują wartościom? Czy wolno nazywać ich rodakami i obdarzać mianem Polaka – tylko dlatego, że zrządzeniem losu urodzili się na polskiej ziemi?
Czas ten odkrył niewyobrażalne pokłady obcości i nienawiści, tkwiące w ludziach mieniących się „elitą” tego państwa. Obnażył bezmiar obojętności na zło, ogrom fałszu i hipokryzji, odsłonił upiorną pustkę i niewolniczą mentalność. Ujawnił też najgłębszy podział, biegnący nie wzdłuż rzekomych różnic politycznych, ale w głąb ludzkich sumień i systemów wartości, dotykający samych podstaw człowieczeństwa i narodowej tożsamości.  Zobaczyliśmy, że nasz kraj zaludnia armia apatrydów – bękartów bez ziemi i poczucia wspólnoty narodowej, całkowicie obca polskiej kulturze i tradycji. Ci, których dziś nazywa się „opozycją”, czcili pamięć sowieckich najeźdźców, honorowali bandytów i kolaborantów i po śmierci naszych rodaków słali dziękczynne adresy do kremlowskich zbrodniarzy. Nawoływali do „pojednania”, „łączyli w żałobie” i załganym frazesem - „bądźmy wszyscy razem” próbowali  zatrzeć nieprzekraczalne granice.
Wydawało się, że takie doświadczenie musi wywołać narodowy wstrząs i otworzyć Polakom oczy. Wydawało się niemożliwe, byśmy nie dostrzegli tak przerażającej przepaści lub mogli ją usprawiedliwić różnicami politycznymi.
Jeśli ten czas został bezpowrotnie stracony, winię ponosi „środowisko patriotyczne”- owi genetyczni georealiści i partyjni pragmatycy, którzy za cenę własnych interesów utrwalają rozbestwione kłamstwo i niszczą wspólnotę narodu.
Ci ludzie nie tylko uciekają przed definicją państwa-sukcesji PRL, ale wbrew narodowym powinnościom odrzucają podział na My-On i za szczyt patriotyzmu przyjmują dezyderat „zgody narodowej”. Tej „zgody”, w której zło miesza się z dobrem, postępuje amnezja historyczna i wzrasta komuna Obcych z Polakami.
Ordynarne kłamstwo o „podziałach między Polakami” – szerzone dziś przez ludzi partii rządzącej, fałszuje genezę historycznego konfliktu i obarcza nas niepopełnioną winą. Ci ludzie, gotowi są stawiać znak równości między II Rzeczpospolitą i sukcesją PRL-u i przekonywać, że naród winien „wznieść się ponad niepotrzebne podziały i spory”.
Nie usłyszymy od nich, że nie Polacy są dziś podzieleni i nie poglądy polityczne nas różnią. Nie dowiemy się, że nie naszą winą jest stan „wojny”, bo wrogami polskości są tutejsi Obcy. Nikt z nich nie przyzna, że jedynym „dialogiem” z  antypolską zbieraniną, winna być infamia, banicja i długoletnie więzienia.
Nie usłyszymy o tym dlatego, że prawda o źródłach III RP i zabójczym aliansie z apatrydami, przekreśla cały dorobek polityczny owych „mężów stanu” i stawia ich w jednym szeregu z gronem koncesjonowanych demokratów, którzy przed 30 laty zadrwili z naszych marzeń o Niepodległej. Ta prawda nie padnie też z ust przedstawicieli elit intelektualnych, które chcąc osłonić własne zaprzaństwo i udział w „symfonii patetycznej na cześć „nowego”, zbudowały marne dzieło na kuglarskim terminie „postkomunizm”.
Niezrównany logik, ojciec Józef Bocheński, pisał kiedyś o ludziach, którzy „brali komunizm nie za to, czym jest, ale za coś zgodnego z ich własnymi poglądami” i wywodził, że dla pokonania tego obłędu „trzeba pobudzić ludzi do myślenia, aby widzieli rzeczywistość, a tym samym wyzwolić ich spod władzy emocji. Jest to jednak często zadanie trudne, zwłaszcza w wypadku ludzi prymitywnych, powodujących się uczuciem i nie wprawionych w myśleniu krytycznym”.
Byłoby naiwnością wierzyć, że społeczeństwo, które nie sprzeciwiło się „wielkiej inscenizacji” i pogodziło z grozą komunistycznego kłamstwa, będzie zdolne dostrzec proces zabijania narodu. Byłoby naiwnością tym większą, że społeczeństwo to traktuje patriotyzm jako domenę uczuć i emocji i nie chce przyjąć, że jest on powinnością rozumu i nakazem praktycznych działań. W takiej powinności, nie ma bowiem miejsca na „wiarę w polityków” i zabobon ulegania partyjnej retoryce.
Gra na emocjach i epatowanie ornamentyką patriotyczną, stanowią dziś główną broń partii odwołującej się do „polskiej tradycji”. Ta szalbierska praktyka pozwala unikać pytań o fakty i decyzje polityczne i zadowala ambicje Polaków werbalnym kuglarstwem i widokiem łopoczących flag.
Jak mieliby uwierzyć, że fundatorzy patriotycznych emocji, uczestniczą w procederze zabijania narodu?
Kłamstwo założycielskie III RP i ukrywanie dychotomii My-Oni – to historyczne kamienie na szyi Polaków. Plamy – nawet nie białe, bo okrywa je tchórzostwo i fałsz.
Prawda o genezie tego państwa i żyjących w nim Obcych, nie jest nam potrzebna dla zaspokojenia ciekawości, z żądzy zemsty czy rozrachunku z wrogami. Nawet, nie dla poczucia dziejowej sprawiedliwości.
Sowieci i ich polskojęzyczna agentura ukrywali prawdę o Katyniu nie dlatego, że bali się odpowiedzialności politycznej lub karnej. Robili to, bo kłamstwo dezintegruje wspólnotę, czyni ją słabą, podatną na wpływy i manipulacje.
Ci, którzy doprowadzili do zamachu w Smoleńsku i do dziś zioną nienawiścią do Polaków, nie ukrywają prawdy ze strachu przed konsekwencją. Robią to, bo kłamstwo zabija autentyczne więzi i sprawia, że stajemy się obojętni na eskalację zła. 
Społeczeństwo, które nie wie - w jakim państwie żyje, kim są jego elity, wrogowie i Obcy, pozostaje bezbronne i  na zawsze zniewolone.
Nie ma dziś większego zagrożenia, jak ucieczka od podziału My-Oni i kłamstwo o korzeniach III RP. Z nich czerpią siły Obcy i wywodzą swoje prawa do aneksji polskości.
Dzieląca nas linia musi być nazwana – bo jest konsekwencja okupacji sowieckiej, efektem magdalenkowej zdrady i budowania nieistniejącej wspólnoty narodu. Jest winą tych, którzy od trzech dekad sankcjonują komunistyczne łgarstwo i po raz kolejny chcą łączyć Polaków z apatrydami. Bez odzyskania takiej świadomości i wyznaczenia granic naszego dziedzictwa, nie uratujemy wspólnoty narodu. Nie można jej odbudować łącząc zdrajców z bohaterami, na fundamencie nierozliczonej przeszłości,  zamazanej teraźniejszości i jutra, które wiedzie donikąd. 

87 komentarzy:

  1. Panie Aleksandrze.
    Pan wybaczy, ale zderzył się Pan z Papą Franczesko, a Pańskie zdanie: "Dopatrywanie się w komunizmie „celów humanistycznych” jest rodzajem najcięższej aberracji umysłowej, do jakiej mogą być zdolni tylko ludzie wyjątkowo podli lub niebywale głupi", z jago zdaniem: To komuniści myślą, jak prawdziwi chrześcijanie" Wybaczy Pan po raz kolejny, ale dla mnie w starciu z Papą Pan jest górą:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zderzył się Pan z Papą Franczesko(...) z jego zdaniem: To komuniści myślą, jak prawdziwi chrześcijanie"

      Szanowny Autor już się w tej kwestii "krótko i węzłowato" wypowiedział ale chyba zbyt mało użył epitetów, które domagają się obecności w tym miejscu na sposób syreny strażackiej!!!
      Tutaj wszelka wyrozumiałość straciła prawo obywatelstwa, Ojciec jest nagi i uchlany na wzór Noego ( " Syn Noego Cham znalazł ojca nagiego") tylko, w przeciwieństwie do Patriarchy, nie jest to jednorazowy upadek lecz stan umysłu i serca.
      Człowiek namaszczony przez konklawe kpi z milionów męczenników, tysięcy bezczeszczonych zakonnic, ofiar komunizmu/socjalizmu płonących żywcem w lasach Wandei...
      Na papieskim stolcu aż taka aberracja intelektualna jest wręcz grzechem wołającym o pomstę do Nieba.

      Usuń
  2. Panstwo polskie o jakim Pan pisze jest podzielone od wiekow. Demokracja ludowa ten podzial upowszechnila i utrwalila. Pisalem o tym pare razy ale tu zacytuje tylko http://bobolowisko.blogspot.com/2013/10/projekt-mniejszosciowy.html .
    Czy mozna cos zrobic aby sytuacje uzdrowic? Jedyna sila zdolna do przeprowadzenia zmian jest wojsko ale czy nasze wojsko jest istotnie nasze?

    OdpowiedzUsuń
  3. Śmiem twierdzić, ale bez dowodu, że "łatwo" można osiągnąć cele, jeżeli używa się mózgu w sposób opisywany przez JMB. Nie mówimy nawet o logice per se (np."logika analogii" ?!, z której JMB jest znany, cokolwiek to znaczy), ale logice praktycznej.

    Widzimy jak prosto można odebrać masom zdolność myślenia. Chcę wyrazić intuicję, której nie potrafię uzasadnić, że równie prosto można tę zdolność przywrócić.

    Powtórzę - nie widzę przeszkód, żeby zdolność myślenia masom przywrócić. Ten proces wymaga LIDERÓW. Zupełnie przypadkiem, ale faktycznie widzimy że w USA taki lider się znalazł. Ten lider był skuteczny w masowej zmianie lub utrwaleniu przekonań swoich wyborców. Zostawmy na boku wybory, politykę etc. - mamy sytuację: lidera (człowieka który przewodzi jakiejś grupie) który werbalizuje potrzeby i przekonania wspólnoty w toku kampanii (zmiana lub utrwalenie przekonań).

    Zmiana przekonań mas jest możliwa. Skoro możliwa jest manipulacja polegająca na kłamstwie, to możliwa jest manipulacja polegająca na prawdzie. Manipulacja to tylko narzędzie.

    Problemem są liderzy. To banał, ale 1 LIDER w każdej gminie odmieni oblicze ziemi, "tej ziemi", bardziej niż JP2.



    OdpowiedzUsuń
  4. "Dzieląca nas linia musi być nazwana"

    Ba... tylko jak to zrobić, kto ma to zrobić gdy " zasrancen" obsiedli wszystko : ambonę, prasę, radio, tv...

    Wczoraj np. Wiadomości puściły długą bezpłatną reklamę "giewu" pod pretekstem jak to im ciężko.
    Sejm jednogłośnie czci pamięć klęczącego na cmentarzu Sowietów a tylko JK zdobywa się na "bohaterstwo" wcześniejszego opuszczenia sali plenarnej.
    O tej totalnej kompromitacji na Watykanie już tutaj wspomniano... ja bardzo przepraszam - jestem, czuję się bezbronny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jan kowalski,

      Trzeba odrzucić te złe wzorce i nie odczuwać bezbronności.
      Relacje My-Oni to kwestia osobistych wyborów i decyzji. Można je podejmować bez oglądania na innych.

      Usuń
    2. Panie Autorze, dlaczego ludzie, w szczególności ludzie myślący są tacy słabi ?

      Jak można mówić o sobie - jestem bezbronny ?

      Usuń
  5. Panie Meewroo,

    To słowa wyjątkowo haniebne, szkodliwe i uwłaczające milionom chrześcijan. Zostaliśmy porównani z bandytami i ludobójcami. Takie wyznanie Franciszka może świadczyć, że jest on wyznawcą tzw. teologii wyzwolenia i nie ma głębszej wiedzy o współczesnym świecie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Alek Alek,

    To prawda. Nie mamy liderów, przywódców i przewodników. I uważam to za stan naturalny, bo Polacy zignorowali i odrzucili naukę wielkich ojców narodu – kardynała Stefana Wyszyńskiego i Jana Pawła II.
    Tym bardziej, nie mamy liderów politycznych i ten stan trwa nieprzerwanie od czasów II Rzeczpospolitej. Cechami takiego lidera musi być odwaga i konsekwencja – wartości kompletnie nieznane politykom III RP.
    Ich charaktery i dążenia zostały skażone „nową świadomością”, która pozwala traktować PRL jak państwo polskie, a w sukcesorach komuny dostrzegać Polaków.
    Ponieważ każda społeczność musi posiadać przywódców, wykreowaliśmy sobie „mężów stanu” - na miarę tego państwa i naszych niskich aspiracji. Choć liderzy ci popełniają koszmarne błędy, przyznają się do niemocy, naiwności i braku wizji politycznej, są traktowani z nienależną atencją i obdarzani niewspółmiernym zaufaniem.
    Przypominałem kiedyś, że jeden z głównych zarzutów, jaki luminarze „wolnych” mediów stawiali wyborcom PO dotyczył bezrefleksyjnej, bezkrytycznej postawy wobec poczynań reżimowych polityków oraz ulegania zbiorowym halucynacjom i medialnym oszustwom. Idiotyczny termin „leming” (uknuty chyba tylko po to, by zafałszować dychotomię My-Oni i oswoić nas z groźną obecnością apatrydów) miał dotyczyć bezmyślnych wyznawców propagandowych haseł, czcicieli przaśnej politpoprawności, ludzi wyzbytych własnych poglądów i zasad. Wyborcy PO-PSL nie stawiali swoim liderom żadnych wymagań, nie oczekiwali od nich wysiłku ani pracy, nie oceniali poprzez pryzmat dobrych decyzji, konsekwencji w działaniu, wierności hasłom czy zwykłej przyzwoitości.
    Jedna norma- „mieć święty spokój” zastępowała wszystko, co stanowi powinność patrioty i człowieka rozumnego, zaś odwołanie do zbiorowej hipnozy i uleganie najniższym instynktom, stanowiło główne spoiwo tej fałszywej wspólnoty.
    Tak wygląda spuścizna mentalności niewolniczej, mającej swój wzorzec w hierarchii społeczeństwa skomunizowanego, w którym każdy „wybraniec ludu”, namaszczony przez kompartię, był wyłączony z ocen moralnych, politycznych i prawnych.
    Relacja wyborca-polityk, jaką dziś obserwujemy w odniesieniu do Andrzeja Dudy i Jarosława Kaczyńskiego, w niczym nie odbiega od tego wzorca. Polityczny infantylizm, demagogiczne zaślepienie i rezygnacja z własnej refleksji, są wspólnym mianownikiem obu elektoratów i pokazują, jak dalece ulegliśmy „nowej świadomości”.
    Ta akceptacja dla wszelkich decyzji i ocen, wiara w dobrą wolę polityków PiS, bezgraniczna ufność, a nierzadko - groteskowa hołdowniczość i gloryfikacja, jest wielkim przekleństwem. Póki Polacy praktykują takie relacje i stawiają interesy partyjne ponad dobro własnych rodzin i Ojczyzny, nie doczekamy się autentycznych przywódców.
    Skroiliśmy miarę, w której nie zmieści się żadna wielkość.
    Nie ma też nic bardziej demoralizującego dla polityka, jak peany ze strony wyborców i nie ma postawy głupszej, jak rezygnacja z prawa do samodzielnych ocen i krytycznego myślenia.
    Jeśli się nie żąda, nie stawia wymagań i twardych warunków lecz ucieka od refleksji i odważnych ocen – świadczy to o obojętności, głupocie lub skrajnym infantylizmie. Takim ludziom, polecam myśl mistrza Henryka Elzenberga, który napisał kiedyś, że „surowość jest wyrazem szacunku, wyrozumiałość zaś – lekceważenia”.
    Tu skrywa się problem ze zmianą naszych „przekonań”. Obawiam się, że nie jest to tak proste, bo nadto przywykliśmy do polityków na miarę III RP i relacji, które dają „święty spokój”.
    Gdyby (jakimś cudem) pojawił się polityk głoszący kolczaste prawdy i gdyby polityk ten postawił nam wysokie wymagania moralne i powinności narodowe - zostałby natychmiast wyklęty przez ludzi mieniących się patriotyczną opozycją i odrzucony przez "prawicowy elektorat". Z prostego powodu – wymagałby zbyt wiele od ludzi, którym wystarcza kasa, micha i tania demagogia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Panie Autorze,

      Stawiam hasło i uzasadniam : Lider jest jeden.

      "Lider" to pojęcie które istniało przed komunizmem i przed Polską, i będzie istnieć po komunizmie i po Polsce (?!).

      "Lider" to stan umysłu. Gdybym miał definiować to pojęcie to rozwinąłbym je tak: to osoba silna, która służy słabym, z którymi się utożsamia w reprezentacji ich wspólnych interesów.

      Według mnie Polacy są ludźmi "gorszego sortu". Są gorsi od swojego przeznaczenia, swoich umiejętności, swoich przekonań. Jak to poznać ? Po jakości liderów. Od innych są może lepsi, od siebie jednak - gorsi.

      Powód NASZEJ słabości jest nieistotny. Nieważne że komuna, że to że tamto, że Franciszek - to wszystko jest drugorzędne. Pierwszorzędne jest ot że jesteśmy SŁABI. I to jest wyłącznie nasza odpowiedzialność, łącznie z czytelnikami blogu bezdekretu.

      Ludzi byli słabi / silni w czasach Amenhotepa, Wizygotów, Mieszka, Lutra, Sobieskiego, Kołłątaja, Traugutta, Witosa. Powód słabości / siły nie był nigdy istotny. Powód zawsze się znalazł.

      Od 150 lat Polacy posługują się pojęciami Marksa - w uproszczeniu. Uwolnijmy się od tej RAMY MYŚLENIA. Definiowanie PROBLEMU LIDERÓW poprzez odniesienia do Marksa to szaleństwo.

      Bądźmy silni w walce o ks. Jerzego nie dlatego że był Polakiem, katolikiem, opozycjonistą, ale dlatego że był naszym LIDEREM. Powód jego siły był nieistotny. Ks.Jerzy był silny.

      Polacy mają tożsamość. Mało jest narodów z taką tożsamością, czego chyba nawet sami nie widzimy. Czy mamy siłę ? Czy możemy mieć siłę ?

      Otóż możemy mieć siłę, możemy być zbiorem liderów.

      Jeżeli ktoś dzisiaj mówi, jak ja, że Polska jest słaba, pokrzywdzona, oszukana - to według mnie jest człowiekiem słabym, i odpowiedzialnym za słabość Polski.

      Stąd powtórzę - potrzebujemy lidera w każdej gminie. Nie obchodzi mnie ani pan Petru ani pan Kaczyński. To kukiełki. Prawdziwi aktorzy to my sami.

      Usuń
    2. Panie Autorze,

      nie doczekałem się krytyki, co zaskakuje.

      Czy widzi pan się w roli Lidera ? Odpowiedź na to pytanie jest oczywista - nie. To jest odpowiedź racjonalna, bez wątpienia, inna skazałaby Pana na infamię i splugawienie imienia.

      Podsumowując - wspominam o potrzebie liderów i osoby które są do tego predestynowane - milczą.

      Pence podczas swojej krótkiej i zwięzłej przemowie inauguracyjnej zdążył powiedzieć - "dziękuję za możliwość (opportunity) służby wam (to serve)". Pence to Lider.

      Jim Rohn podczas swojego wykładu "o sukcesie" zdążył powiedzieć "znajdź sposób, aby służyć wielu ludziom".

      Proszę pana o głos w sprawie liderów Polaków. Nie chodzi o komentarz, chodzi o zmianę paradygmatu myślenia mas. Masy zawsze mają liderów.

      Gdyby moje intencje budziłyby pana wątpliwości - skan dowodu osobistego wyślę na dowolny adres mailowy ;)

      Usuń
    3. Pence: https://www.youtube.com/watch?v=YCTxko9yQgI

      "privilige to serve"

      Usuń
  7. Szanowny Panie Aleksandrze.
    Trudno się nie zgodzić z Pana tekstem jako całości, natomiast polemizowałbym ze stwierdzeniem: -"Obawiam się, że nie jest to tak proste, bo nadto przywykliśmy do polityków na miarę III RP i relacji, które dają „święty spokój”.
    Gdyby (jakimś cudem) pojawił się polityk głoszący kolczaste prawdy i gdyby polityk ten postawił nam wysokie wymagania moralne i powinności narodowe - zostałby natychmiast wyklęty przez ludzi mieniących się patriotyczną opozycją i odrzucony przez "prawicowy elektorat". Z prostego powodu – wymagałby zbyt wiele od ludzi, którym wystarcza kasa, micha i tania demagogia.-"

    Trudno tutaj przedstawić jakieś racjonalne dowody, ale intuicja mi podpowiada, że ten "prawicowy elektorat", a nawet tzw. patriotyczna opozycja to są ludzie, może nie wszyscy, ale znaczna większość, którzy jeszcze jednak mają w sercach wartości nasze, polskie, te o których Pan często w swoich tekstach pisze. Trzeba by kogoś odważnego, który nam te wartości przypomni i nakreśli cele, a wtedy pójdziemy wszyscy za tym kimś jak amerykanie za Donaldem Trumpem. Nawet jeśli prawdy te byłyby kolczaste, a wymagania moralne bardzo wysokie.Nie tylko micha i kasa się liczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jurek z Chicago,

      Przyznaję -racjonalnych dowodów nie ma, a wszelkie uogólnienia mogą być krzywdzące dla ludzi, którzy "mają w sercach wartości nasze, polskie".
      Zawarłem jednak w tekście argumentację, która daje podstawy do takich obaw:
      "Wydawało się, że takie doświadczenie musi wywołać narodowy wstrząs i otworzyć Polakom oczy. Wydawało się niemożliwe, byśmy nie dostrzegli tak przerażającej przepaści lub mogli ją usprawiedliwić różnicami politycznymi."

      Napisałem tak, bo uważam za oczywiste, że istnieją określone granice poznania. I tak - nie oczekuję od polonisty ścisłej znajomości logiki matematycznej, a od rolnika, dogłębnej wiedzy na temat astronomii.
      Są jednak obszary poznania,które każdy rozumny człowiek musi (podkreślam) uchwycić i i jest zdolny je ocenić. Jeśli nie pomaga mu w tym inteligencja lub poziom wykształcenia, posiadamy zdolność odróżnienia dobra od zła, busolę sumienia i normę rozumu.
      Otóż, doświadczenie smoleńskie ma właśnie wymiar takiej uniwersalności i nikomu nie wolno utrzymywać, że brakuje mu wiedzy dla prawidłowej oceny i refleksji. W tym przypadku - nie dotyczy ona określenia przyczyn tragedii lecz dostrzeżenia i prawidłowej interpretacji zachowań ludzi z grupy rządzącej. Nie chodzi też o oceny polityczne, ale opinie z obszaru etyki, moralności i kultury, czyli tego, co nazywamy wartościami uniwersalnymi, ogólnoludzkimi.
      Jeśli po tym, co wówczas zobaczyliśmy, nasi rodacy pozostali obojętni na ten przekaz (wybory wygrał BK, a rok później PO-PSL) - o czym to świadczy?

      Pozdrawiam Pana

      Usuń
  8. Szanowny Panie,
    Rozumiem, że uważa Pan PIS za partię systemową, mimo deklarowanych haseł działającą w ramach "hybrydy komunistycznej państwowości", stworzonej w wyniku umów okrągłostołowych, jak też w jej (hybrydy)interesie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Robert Kościelny,

      O tym, że PiS jest partią systemową pisałem już przed dwoma laty.
      Był czas, gdy dziwne i niepokojące działania PiS-u oceniałem w kategoriach błędu politycznego. Dziś nie postawiłbym takiej diagnozy.
      Po roku rządów partii pana Kaczyńskiego, coraz wyraźniej widać, że nie wystąpi ona przeciwko zasadom ustanowionym w Magdalence.
      Oznacza to, że ta partia - wzorem tzw. opozycji demokratycznej z czasów PRL-u, nie dąży do obalenia obecnej psudo państwowości, lecz do jej modyfikacji, naprawy bądź reformy.
      Chce "III RP z ludzką twarzą", by sparafrazować określenie uknute onegdaj przez "Kulturę Paryską".

      Usuń
  9. Przejrzałem dyskusję nt. lemingów tutaj:
    http://bezdekretu.blogspot.com/2015/06/bez-znieczulenia.html

    Używam tego określenia bo mogę w ten sposób określić osoby znajome, z którymi nie da się porozumieć w sprawach fundamentalnych bo mają wyłączone mózgi (za pomocą TVNu, GWna, itp.). Nie nazwę ich świadomymi zdrajcami bo znam ich też z innej strony. W rezultacie traktuję ich z pobłażliwością a „tematy” omijam. Oczywiście oni też traktują już mnie z rezerwą.

    Myślę, że problem polega na tym by nie nazywać lemingami świadomych działaczy. To określenie byłoby faktycznie nieuzasadnionym rozgrzeszeniem. Należy zatem odróżnić leminga od świadomego szkodnika. Np. Tusk nie jest lemingiem, mimo że jest guru i dowódcą lemingów. Leming jest nieświadomy i zaślepiony, w odróżnieniu od świadomych łotrów o odpowiednim stopniu wtajemniczenia.

    Z pewnymi znajomymi rozstaliśmy się po burzliwej dyskusji o zamykaniu kopalń chyba półtora roku temu.
    Pewność, że są zaślepieni i mają wyłączone pewne obszary mózgu (i to precyzyjnie za pomocą mediów) zyskałem, gdy zupełnie od rzeczy, jeden wspomniał o rozbiciu się samolotu.



    Pozwolę sobie na jeszcze jedna refleksję, lekko w temacie wspólnoty. Może się nie spodobać.
    Od dłuższego czasu mam pewność, że z kobietami w Polsce (w znakomitej większości) jest coś nie tak. Mocno się nad tym zastanawiałem i doszedłem do wniosku, że ktoś (ale z lewej strony) znalazł sposób na dotarcie do mózgów kobiet. Ostatnie „czarne protesty” nie były dla mnie zaskoczeniem, raczej w pełni potwierdziły coś czego od dość dawna się domyślałem. Obejrzałem ostatnio program „Istota” na tvp info i tam też podkreślano niesamowitą wulgarność i agresję protestujących kobiet i dziewczyn, a dyskutujący nie potrafili znaleźć wytłumaczenia, skąd to się wzięło. Ja też nie wiem, ale to był symptom czegoś co, w różnym stopniu, dotyczy prawie całej populacji.

    Oczywiście można napisać, że to ze mną jest nie tak, ale:
    W Polsce od lat rodzi się najmniej dzieci na świecie (na 200 krajów 198 miejsce czy jakoś tak).
    Czy mężczyźni masowo namawiają do aborcji? A może nie lubią seksu?! [ironia] I nie przesadzajmy z ilością homo, to margines. Czy mężczyźni są aż tak mniej odpowiedzialni niż byli w latach 80ych? A może wtedy więcej zmywali naczynia i pomagali kobietom? A może wtedy były lepsze warunki a kraj bogatszy? [szczyt ironii] - Jest dokładnie odwrotnie. Zatem zmieniły się kobiety. Za dramatyczny spadek urodzeń i wymieranie narodu odpowiedzialne są (wyłącznie!) kobiety. Pytanie pozostaje otwarte: co prowadzi kobiety (tak łatwo!) do samozniszczenia i niszczenia całej wspólnoty?

    OdpowiedzUsuń
  10. „akceptacja dla wszelkich decyzji i ocen, wiara w dobrą wolę polityków PiS, bezgraniczna ufność, a nierzadko - groteskowa hołdowniczość i gloryfikacja - o, to, to. Prawicowy twitterek bije w tej dziedzinie rekordy żenady.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marcin Ís,

      Zgodziłbym się z Panem, że ów "leming" (według podanej przez Pana definicji) jest zaledwie "kandydatem" na Onego.
      Przyznam jednak, że nie interesuje mnie - czy jest on "nieświadomy i zaślepiony", bo nie muszę pochylać się nad ułomnością, która nie jest wynikiem choroby bądź uwarunkowań życiowych. Ten ktoś, sam dokonuje wyboru i podejmuje decyzję.
      Próby "nawracania" uważam za zbędne i bezprzedmiotowe.

      Pańska refleksja "lekko w temacie wspólnoty" jest z pewnością trafna.
      W diagnozie tego zjawiska, przychylałbym się jednak do odpowiedzi, że przyczyną jest chroniczny brak mężczyzn i wzorców męskości.
      Widać to we wszystkich dziedzinach życia publicznego.
      Kobiety, które o tyle potrzebują męskości, by stać się w pełni kobietami, p ile my potrzebujemy ich obecności, by być prawdziwymi mężczyznami, próbują rekompensować ten brak. Często agresją, wulgarnością i buntem.
      Powiedziałbym jednak, że tak postępują kobiety głupie, które w męskim rodzie dostrzegają tylko takie cechy.

      Pozdrawiam

      Usuń
  11. Witam Pana i wszystkich tu zebranych
    .
    ----------> Marcin Ís15 listopada 2016 18:54

    Od pewnego czasu mam podobne spostrzeżenia, co Pan. Też upatruję w fakcie zabijania nienarodzonych dramat naszej Ojczyzny!

    "co prowadzi kobiety (tak łatwo!) do samozniszczenia i niszczenia całej wspólnoty?".

    Odpowiedź brzmi: BRAK MĘSKICH MĘŻCZYZN.
    Mężczyźni nie muszą wcale namawiać kobiet do aborcji. Wystarczy, że milczą, są nieodpowiedzialni, bierni.
    Gdyby kobiety (matki w ciąży) wcale nie tylko te z "wpadki" – po tym już są w ciąży - mogły liczyć na mężczyzn, ojców swoich dzieci, to tylko jakaś szalona kobieta, wyjątkowa egoistka poddałaby swoje dziecko aborcji. Sprawę kłamstw i manipulacji gdzie zbrodnię na nienarodzonym dziecku nazywa się: zabiegiem, przerwaniem, poczęte dziecko zaś zlepkiem tkanek, lub potencjalnym życiem, w tej chwili zostawiam bez komentarza.

    Trzeba mówić wprost. Wszystkie dzieci – absolutnie wszystkie – które zostały zamordowane (poddane aborcji) MUSIAŁY mieć NIEODPOWIEDZIALNYCH ojców. Nie ma tu żadnej pomyłki, żadnego wyjątku, ani naciągania. Takie są fakty.
    Ta staruteńka Pani doktor, której PAD wręczał Order Orła Białego, powiedziała kiedyś coś w takim stylu: ... że w jednym tylko chciałaby poprawić Pana Boga – aby orgazm był bolesny dla mężczyzn. Dlaczego? Gdyby męski orgazm bolał tak jak bolą kobietę np. bóle porodowe (parte), to wśród mężczyzn na ojcostwo zdecydowałoby się kilkoro mężczyzn, uznając to za bohaterów, rodzaj szczególnego heroizmu wręcz. Cała reszta mężczyzn na sama myśl zwijałaby się z bólu. Ot zupełnie jak bohater film „K-PAX”, gdy opowiadał jak wygląda „uprawianie miłości” na jego planecie.

    Pozdrawiam

    PS
    Ciekawe jaki procent uczestniczek „czarnego marszu” poddało swoje dzieci/ dziecko aborcji?

    OdpowiedzUsuń
  12. Panie Aleksandrze.
    Podejrzewam, że będę wyrazicielem opinii wielu katolików, którzy nauczeni są uznawać głos Kościoła za nieomylną busolę etyczno-moralną, a niekiedy za głos równoważny sumieniu. To, że Kościół zwolnił się z tej roli, a niekiedy jego opinia wyraźnie koliduje z głosem sumienia wiernych i nauczaniem samego Chrystusa, jest dla mnie jednym z ważniejszych powodów odrętwienia narodu i rozbicia wspólnoty. To, że w Kościele równie dobrze czuje się zwolennik Komorowskiego, Tuska i Anny Walentynowicz to sytuacja, która łamie kręgosłupy wielu. To, że jako jedyny wyszedłem do kruchty w czasie odczytywania listu o pojednaniu, świadczy, jak dramatycznie pogubiony, splątany i skrępowany czuje się dzisiejszy katolik. Przyjąć i unieść ciężar wynikający z konstatacji, że głos Kościoła należy traktować z rezerwą i ważyć we własnym rozumie i sumieniu to dla polskich katolików prawda ciężka, lub niemożliwa do przyjęcia. Wymaga bowiem odwagi i chęci samodzielnego oglądu świata i przyjęcia, że poza Bogiem i Jego Słowem, nie w nim obecnie żadnych, pewnych autorytetów.
    Prosta droga wyboru dobra i odrzucenia zła, została zamaskowana w niemożliwym do zgłębienia dla wielu gąszczu sprzecznych informacji.
    Kościół, który spełniał rolę nośnika tej prostej prawdy o podstawowej dychotomi dobro/zło, pozostawia nas coraz częściej samotnymi i skazanymi na busole jedynie własnego sumienia i rozumu. Wielu w takiej rzeczywistości jest całkowicie bezbronnych i wybieraja zło lub obojetność.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  13. Świetny tekst . Sądzę że warto byłoby również przesławną "transformację ustrojową" pokazać w szerszym kontekście gry międzynarodowej trudno bowiem uwierzyć aby wydarzenia w Polsce miały charakter autonomiczny i angażowały jedynie interesy i grupy lokalne nie będące w żaden sposób zasilane i inspirowane z zewnątrz.Sądzę nawet że to o czym tu mówimy było do pewnego stopnia jedynie odpryskiem polityki międzynarodowej a do pewnego stopnia było pewnym eksperymentem w oparciu o który przeprowadzano kolejne podobne operacje . Znakomitym przykładem są Ukraina czy kolorowe rewolucje lub tzw arabska wiosna ludów. Sądzę że zręby fundamentów III RP , konserwacji komunistów w roli liderów gospodarki, braku lustracji etc zostały położone na spotkaniu Jaruzelski Rockefeller , pamiętajmy że tego samego roku 1985 odbyło się pierwsze z serii spotkań Reagan Gorbaczow. Co roli tzw demokratycznej opozycji w Polsce w latach 1983 -1989 czytałem gdzieś relację wysłannika rządu londyńskiego do Polski który przyjechał sprawdzić co robi "opozycja" , czy szykuje jakiś rząd cieni, tworzy programy gospodarcze etc i wrócił z raportem że oni nie robią NIC. Najwyraźniej czekali na jakiś sygnał który zresztą przyszedł w postaci jednej z największych operacji dezinformacyjnych w historii zsrr czyli pierestrojki. W tzw transformacji polacy nie pełnii jakiejkolwiek roli podmiotowej ale byli jedynie przedmiotem manipulacji. Największym beneficjentem tej operacji okazały się niemcy które zrealizowały wieloletnie zabiegi o zjednoczenie kraju , w Polsce zaś postkomuna . Wspólnota o której pisze Autor wydaje mi się niestety stracona raz na zawsze dzisiaj bowiem wskutek korupcji semantycznej nie dysponujemy nawet językiem do opisania zjawiska i jego grozy co dopiero mówić o receptach na działania pozytywne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moim zdaniem, tu powołuję się na Golicyna , początek właśnie m i ę d z y n a r o d o w e j gry komunistów , miał miejsce pod koniec lat 60-tych , kiedy komuniści w latach 1956-1960, przyjmują długofalową strategię "nowej metodologii" dla całego bloku komunistycznego, a prl jest "tylko" poletkiem doświadczalnym dla przeprowadzenia póżniejszych operacji. Niestety największymi beneficjentami pierestrojki wydają się być sami komuniści. obowiązuje powszechna wykładnia o upadku komunizmu tymczasem oni używając na zatrważającą skalę dezinformacji podstępu podbijają świat .

      Usuń
  14. Zwrot "leming" wymyśli bloger Seawolf autor "pancernej brzozy" i paru innych znanych powiedzeń.Pisał zabawne teksty. Zmarł na raka pare lat temu ....
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje się, że w kontekście, o którym mówimy zwrotu tego po raz pierwszy (a na pewno wcześniej niż śp. Seawolf) użyli Andrzej i Joanna Gwiazdowie:

      Diagnozę lemingozy ogarniającej polskie społeczeństwo jako pierwsi postawili Andrzej i Joanna Gwiazdowie. Już w 1994 r. zastanawiali się, czy wydawać nadal bezdebitowe (podziemne) pismo „Poza Układem”, „skoro wszyscy już wszystko wiedzą, a sytuacja polityczna i gospodarcza jest aż przesadnie jednoznaczna. Mówiąc szczerze, jesteśmy już trochę znużeni i znudzeni nieustannym waleniem głową w mur, niestety połknęliśmy następny haczyk i zdecydowaliśmy się kontynuować wydawanie »Poza Układem«. Zainteresowały nas dziwne postawy ludzi, które na roboczo nazwaliśmy instynktem lemingów. Te drobne skandynawskie ssaki podejmują uciążliwą i długą wędrówkę do brzegu oceanu. Gdy tam już dotrą, masowo wchodzą do wody i dobrowolnie toną. Dlaczego?” (fragment artykułu „Poza Układem po 5 latach” - „Poza Układem” nr 1 z 1994 r.).

      zob.
      http://niezalezna.pl/41782-dolny-slask-stracil-cierpliwosc

      Usuń
    2. Nie wiedziałem, dzięki za informacje
      Pozdrawiam

      Usuń
  15. Kto powołuje się na Golicyna nie popełnia błędu [https://youtube.com/watch?v=D6pYL7jf-ac].Niestety samo powoływanie się na Golicyna (i Sun Tzu) jest daleko niewystarczające wobec faktów dotyczących funkcjonowania układu z definicji @Michael obecnie pod patronatem "dobrej zmiany" PRLbis w obszarze wszystkich priorytetów-tak politycznych jak gospodarczych. Priorytety "polityczne" to prawda: o 100410,o zbrodni założycielskiej IIIRP na ks.J.Popiełuszce,o Aneksie i wyegzekwowaniu lustracji.Tu PiS popełnił rażące błędy tolerancji kłamstwa."Gospodarcze" bezprawie rządzących to wyprzedaż polskiej gospodarki obcym: eurokołchozowi grającemu na reelekcje prawaków/lewaków(bez znaczenia dla Polaków,bo obie opcje są szkodliwe),euroazjatom (wg.eurokołchozowej koncepcji russko-niemieckiej hanzeatyckiej Prus Wschodnich,wg.koncepcji "nowego" jedwabnego szlaku chińsko-russkiego ze współdziałaniem nawiedzonych służb włącznie,wg.koncepcji ACTAbis=CETA/TTIP Morawieckich Corp.Szczególne zeszmacenie ponad rocznego "nowego" widać w stosunku do polskiego górnictwa węglowego,kolejnych "wygaszaczy" szukających metodami magdalenkowego sojuszu komuny wymuszenia posłuszeństwa wobec NWO.A propos:"dobra zmiana" lokuje inwestycje poza G.Śląskiem z morawieckiego rozdzielnika partyjnego i jednocześnie usiłuje wcisnąć propagandowy kit o "dowartościowaniu" G.Śląska przez "wygaszanie"(likwidację) jednego z głównych podatników na rzecz śląskich samorządów,także na rzecz stołecznej "centrali demokratycznej",także przeciw okołogórniczym firmom produkującym m.in.nowoczesną aparaturę ciepłowniczą opartą o węgiel,na co również nakłada się sprzedajne szalbierstwo dotyczące praw nabytych przez emerytów górniczych w zderzeniu z rozrzutnością obecnej władzy wobec obcych crony-kapitalistów."Dobra zmiana" tworzy tym samym pekariat,śmiem twierdzić że ogólnopolski,korzystając z bezprawia i w osłonie "bratnich pomocy" analogicznych do tych z plakatu o "bijącym sercu partii".Pozdrowienia.

    OdpowiedzUsuń
  16. Szanowni Państwo,

    10 kwietnia wielu z Nas od razu wiedziało, że za katastrofą stoją Oni.
    Co takiego się stało, że Naród nie podjął realnych działań? - gorzej, wybrał BK i PO na drugą turę niszczenia.

    Jeśli takie głęboko przeszywające i tragiczne wydarzenia nie doprowadziły do "ruszenia dupy" i realnych działań - to co ma doprowadzić?

    Narodowi napluto w twarz, w najgorszy możliwy sposób sponiewierano tak w kraju, jak i za granicą; okryto wielką hańbą i nakazano milczenie. I Naród siedział cicho. Ja też.

    Potem była hańba "pojednania" - kto dał im prawo jednać się w moim imieniu?!

    Obserwuję ludzi, prasę, radio, internet, gazety, fora i nie widzę żadnych szans na zmiany, których naprawdę potrzebujemy i o który pisze Nasz Aleksander.

    Czekać? Ale na co, kogo? Wyjść na ulicę z transparentami? Krzyczeć na dachu w środku nocy? PiS zawiódł. Andrzej Duda zawiódł.

    Jesteśmy sami. Jesteśmy rozsypani po kraju i świecie. Boimy się głośno mówić i wyrażać swoje poglądy. Jesteśmy nieufni. Mamy rodziny, które trzeba utrzymać. Nie wiemy kto tak naprawdę z bliskiego otoczenia jest po naszej stronie.

    Skoro 10 kwietnia nic nie zmienił - to już chyba nic nie zmieni. Wiem, że "wierzyć to ufać, kiedy cudów nie ma", ale na co?


    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  17. To,że obrotowa hierarchia zdradzała i zdradza za pośrednictwem fałszywej ideologii "zgód i pojednań" to pewne.To,że "sejm czteroletni" bis jest wydłużonym ramieniem sprzedajnych polityków to również pewne.Dlatego tak uważam,ponieważ po styczniowym zgłoszeniu akcesji do tzw.Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych ("nowy" jedwabny szlak)doszło praktycznie do reaktywacji RWPGbis,to znaczy do reaktywacji MBWG [https://sejm.gov.pl/sejm8nsf/druk.xsp?nr=875].W podpisanych dokumentach można wyczytać m.in. o zastąpieniu rubli transferowych "walutą wymienialną lub walutą krajów członkowskich".Można też dostrzec sprzedajną grę banksterów i stwierdzenie:"W grudniu 2015r rada Banku (przy wstrzymaniu się od głosu Polski i Czech) przyjęła strategię wznowienia i rozwoju działalności MBWG na lata 2016-2020".W wyniku tej decyzji została "odmrożona" akcja kredytowa.Decyzję "za zgodność z prawem EU" podpisała z upoważnienia MSZ podsekr.stanu Joanna Wronecka,oraz z-ca dyr. Dep.Współpracy Międzynarodowej Tomasz Skurzewski. Dokument opatrzono datami 6.09.2016r,17.08.2016r,21.09.2016r. Polska i Czechy wstrzymały się od głosu zamiast zerwać zabawy w russką grę."Dobra zmiana" jak widać była szeroko otwarta na współpracę z russkimi jeszcze przed elekcją DT. Tak więc święta "partia przeciwników" russkiego barachła (i jej satelity) niech się nie sili na pozorowanie oporu,skoro uczestniczy w kredytowaniu putleryzmu. Chyba,że uzna się oficjalną stronę sejmową za dezinformację podobnie,jak resztę różnych obrazków z okresu 11.11/15.11.2016 z serii oficjalek zgód/pojednań/pragmatycznych konsensusów "dobrej zmiany" za mistyfikację w służbie prawdy dotyczącej priorytetów takich jak również 100410.I tak wygląda ta dziwna wojna hybrydowa w perspektywie kredytowej współpracy 2016-2020.Mówiąc wprost-kupili Polakom sznurek jak kiedyś "pieriestrojkę" z tym,że o znacznie większym zasięgu sprzedajności,bo jeszcze chińskim ,niemieckim (eurokołchozowym),daesh(o czym świadczą pośrednio zapisy sejmowej legislacji dot.imigrantów w powiązaniu z informacjami dotyczącymi "polskiego" islamizmu),"cetowym"(czyli ACTAbis i TTIP).PS: russkie gry w rodzaju "afery Basznieft"(skoro zaprojektowali wzmocnienie wpływów w "niemieckim" OPALu),w rodzaju "syryjskiego dialogu",w rodzaju "konfliktu w wertikalu" raczej są objawem manipulacji nastrojami wewnątrz FR na użytek zaspokojenia próżności tzw.zachodniego elektoratu,np.probrukselskiego w Niemczech czy we Francji.Tym bardziej konieczne jest utrzymanie sankcji a nie uleganie projektantom iluzji słabnącego reżimu.Tymczasem co robi "dobra zmiana"? W skrajny sposób demonstruje klamkowanie u obcych "suwerenów",traci pozycję przetargową,a w dodatku fauluje jeszcze patriotów.Pozdrowienia.

    OdpowiedzUsuń
  18. Witam

    Z przykrością muszę stwierdzić, że po obejrzeniu wczorajszego programu którym wystąpił p. Kaczyński , skłonna jestem dać wiarę w to, co usłyszałam w poniższym materiale. Uważam, że Pis nie tylko nie będzie rządził za 3 lata ale nawet nie jest zainteresowany tym, co będzie z Polską i narodem polskim za 3 lata.

    Tu od 10:26 Pis jako partia systemowa, przez te 4 lata zjada tylko swój kawałeczek torcika, który dostała za całokształt wspierania IIIRP. A potem? „Wracam ja! Wchodzę w białym garniturze... raz rządzi jedna klika, druga odpoczywa, a potem zamiana. Normalna sprawa”.
    Widownia składająca się – tu bez żadnego ryzyka pomyłki – z samych apatrydów przeraża!

    P.S.
    Ufam, że p. Macierewicz... Boże miej p. Macierewicza i nas w swojej opiece.

    OdpowiedzUsuń
  19. Odniesienie się do Golicyna jest wartościowe jednak pamiętajmy że wedle jego koncepcji ta wielka operacja dezinformacyjna była przygotowywana na rok 1956 i nie wypaliła ze względu na wydarzenia na Bliskim Wschodzie i na Węgrzech. Miała to być też operacja jednostronna , sowiecka wzorowania na doświadczeniach NEP-u. To że przeeżała się aż do lat osiemdziesiątych jest dość zagadkowe jednak w latach osiemdziesiątych pojawiła się dogodna okolcznośc a mianowicie drugi do tanga w postaci USA zainteresowanych przebudowaniem relacji globalnych .Cały okres lat osiemdziesiątych to kres wzajemnych tajnych i jawnych negocjacji , docierania się lecz również prób sił.Dopiero pod koniec tej dekady dokonało się pewne przesilenie i można było zacząć sprzedawać społeczeństwu tę operację pod szyldem "rewolucji solidarności " . Obalenie tego mitu i manipulacji jest kwestią podstawową dla odzyskania jasności myślenia, niezaburzonej oceny sytuacji a co za tem idzie formułowania celów działania.

    OdpowiedzUsuń
  20. Panie Meewroo,

    Gdy w latach 2012 -2013 dokonywało się tzw. pojednanie polsko-rosyjskie, a hierarchowie polskiego Kościoła podpisywali wspólne „orędzie” z wysłannikiem Putina, pisałem, że nie ma dziś sprawy ważniejszej dla Polaków, jak głośne wykrzyczenie sprzeciwu wobec tego fałszywego aktu. „Nie da się bowiem walczyć o prawdę bez wsparcia przywódców polskiego Kościoła i nie da się zachować polskości bez jej najważniejszego gwaranta. „Pojednanie” podpisane przez Kościół z wysłannikiem Putina - skazuje nas na przerażającą samotność. Tak wielką, jak zagrożenie, przed którym dziś stoimy.”
    Znaczenie tamtych wydarzeń przewyższało wszystko, co do tej pory udało się Rosjanom zdobyć. Było ważniejsze od armii agentury, od dyktatu politycznego, pajęczyny układów i siły propagandy. Twierdzę, że było ważniejsze od pułapki smoleńskiej, bo godziło wprost w podstawy naszego bytu narodowego, w to, co nazwalibyśmy duszą narodu.
    Zawsze powinniśmy pamiętać, że tym wydarzeniom i niebywałemu zgorszeniu, towarzyszyło tchórzliwe milczenie wszystkich „środowisk patriotycznych”.
    Bez wyjątku.
    To milczenie było aktem kapitulacji, objawem bydlęcego (nie waham się użyć tego słowa) zniewolenia, w którym interes polityczny i patologicznie rozumiana „wierność i posłuszeństwo” hierarchom, zdecydowała o milczącej zgodzie na uśmiercenie wspólnoty narodowej.
    Dość zrozumieć, że gdyby w taki sposób zachowali się nasi rodacy w 1794 roku i w imię tak pojmowanej „wierności” nie powiesili biskupów-zdrajców, nie mielibyśmy Konstytucji 3 Maja ani zbrojnego oporu wobec Rosji.
    Konsekwencją milczenia owych środowisk jest wygodna dla hierarchów okoliczność, że nikt dziś nie zapyta - jakie efekty przyniósł proces "pojednania" i jakiego rodzaju "wspólne świadectwo" dali przedstawiciele KK i Cerkwi? Jako wierni Kościoła, powinniśmy zadawać takie pytania.
    Tamte wydarzenia były widocznym dowodem obłędnej i szkodliwej wizji polskich biskupów, a wszystko, co później nastąpiło, zadało kłam intencjom Cyryla i jego Cerkwi i obróciło w pył ówczesną narrację. Nie doczekaliśmy się jednak i pewnie nigdy nie doczekamy słów wyjaśnienia i przeprosin.
    Napisał Pan:
    „Przyjąć i unieść ciężar wynikający z konstatacji, że głos Kościoła należy traktować z rezerwą i ważyć we własnym rozumie i sumieniu to dla polskich katolików prawda ciężka, lub niemożliwa do przyjęcia. Wymaga bowiem odwagi i chęci samodzielnego oglądu świata i przyjęcia, że poza Bogiem i Jego Słowem, nie w nim obecnie żadnych, pewnych autorytetów.
    Prosta droga wyboru dobra i odrzucenia zła, została zamaskowana w niemożliwym do zgłębienia dla wielu gąszczu sprzecznych informacji.”

    cdn

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dość łatwo zapominamy, że w dziejach naszego Kościoła zdarzali się papieże heretycy, szaleńcy, rozpustnicy i mordercy. Jeszcze trudniej przyjąć, że również w naszych czasach będą tacy pasterze, będą biskupi- gorszyciele i zdrajcy.
      Tu pojawia się kwestia posłuszeństwa i wierności nauce Kościoła. Kwestia błędnie pojmowana i fałszywie interpretowana. Cytowałem już kiedyś zapisy kanonów prawa kanonicznego, które odnoszą się do tego tematu. Wynika z nich jednoznacznie, że ów nakaz ma wyłącznie wymiar „posłuszeństwa w wierze”, w tym, co "pasterze, jako reprezentanci Chrystusa, wyjaśniają jako nauczyciele wiary albo postanawiają jako kierujący Kościołem" i nie sposób rozciągnąć go dalej niż na nauczanie wynikające "z depozytu Objawienia Bożego".
      To oznacza, że istnieje cały katalog działań i wypowiedzi ludzi Kościoła, których nie wolno podporządkować regułom posłuszeństwa w wierze. Należą do nich m.in. opinie Franciszka na tematy polityczne, jego oceny historyczne bądź dotyczące życia publicznego. Z tych wypowiedzi wynika, że jeśli pominąć zarzut działania w złej wierze, ten człowiek nie posiada głębszej wiedzy o świecie i obecnych procesach politycznych. Dlaczego więc miałbym składać własny rozum i rozeznanie na ołtarzu fatalnie pojmowanego posłuszeństwa? Do takich spraw należy też inicjatywa nawiązania kontaktów z ROC i proces "pojednania" hierarchów z putinowską Rosją. Było to zło i tak trzeba je nazywać.
      Trzeba też przyjąć, że ani papież ani biskupi, nie są „świętymi na ziemi”, nie posiadają daru nieomylności we wszystkich kwestiach i mogą (co wynika z istoty Kościoła, jako wspólnoty ludzi grzesznych) być ułomnymi, grzesznymi i błądzącymi.
      W takich sprawach, nie tylko mamy prawo do własnych ocen, kierowania się rozumem i głosem sumienia, ale też mamy obowiązek wyrażania sprzeciwu wobec działań, które wywołują zgorszenie, szkodzą naszemu Kościołowi i wspólnocie narodowej.
      Jak doskonale Pan zauważył – „Wymaga to odwagi i chęci samodzielnego oglądu świata i przyjęcia, że poza Bogiem i Jego Słowem, nie w nim obecnie żadnych, pewnych autorytetów”.
      To jest esencja postawy chrześcijańskiej wobec świata.

      Pozdrawiam Pana

      Usuń
  21. Jaromir,

    O tym szerszym kontekście „transformacji ustrojowej” obszernie pisałem w książce „III RP czy II Faza”.
    Nie warto jednak wierzyć, że zostaliśmy skazani na rolę bezwolnych narzędzi w rękach światowych cwaniaków i możemy być tylko „przedmiotem manipulacji”.
    To błędna i szkodliwa optyka, która prowadzi wprost w ramiona mitologii zwanej "georealizmem".
    Mam nadzieję, że o takich dylematach uda nam się porozmawiać pod kolejnymi tekstami z cyklu „Droga do wspólnoty”, w których m.in. chcę podjąć temat dumy narodowej.

    Dziękuję i pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  22. Polska2,

    Nie jesteśmy sami. Póki jest nas tylu, ilu ma odwagę zmierzyć się z refleksjami o kondycji narodu, nie można mówić o samotności.
    Odbudowa wspólnoty narodowej, nie jest zadaniem dla „mas” lecz dla jednostek. Ważne, by takie osoby były i mogły się ze sobą kontaktować.
    Gdyby to miejsce spełniało taką funkcję,bardzo bym się cieszył.
    Obecny etap, w naszym długim marszu traktuję jako całkowicie naturalny. Trzeba, by część elektoratu PiS poznała prawdziwe oblicze partii systemowej i odrzuciła fałszywą mitologię III RP. Ten proces już się rozpoczął, a partia pana Kaczyńskiego pozna jego skutki podczas kolejnych wyborów. Dostrzegam dobre objawy takiej refleksji - poprzez coraz większe rozumienie dychotomii My i Oni i odrzucanie partyjnych pomysłów na „zjednoczenie”.
    Dopiero z takiej perspektywy, (przyznaję, że czasem bardzo niewygodnej) można myśleć o tworzeniu nowej, antysystemowej opozycji.
    Jestem przekonany, że taka siła powstanie.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  23. Pani Halko,

    Przeczytałem wywiad z panem Kaczyńskim.
    http://wpolityce.pl/polityka/315710-jaroslaw-kaczynski-w-tvp-info-program-ktory-przedstawilismy-w-kampanii-wyborczej-jest-realizowany-energicznie-i-rozsadnie?strona=1
    Wprawdzie komentowanie nieskładnych wypowiedzi tego polityka uważam za stratę czasu, to chciałbym zwrócić uwagę na słowa, które obrazują podstawową koncepcję „dobrej zmiany”:
    Lider PiS powiedział m.in.:
    „(..)program, który przedstawiliśmy w kampanii wyborczej jest realizowany energicznie i rozsądnie, tam gdzie trzeba było się cofnąć, cofnęliśmy się. Nie ma żadnego dogmatyzmu, ale jest głębokie przekonanie, że najpierw trzeba pomóc najbiedniejszej części społeczeństwa, ma to znaczenie przyszłościowe, ale także znaczenie gospodarcze. Jest to kompleksowy plan, gdzie różnego rodzaju działania się zazębiają.(…)Nie da się wszystkiego zrobić na raz. Liczymy, że będziemy rządzić dłużej i liczymy, że nasze rządy się skończą to Polska będzie zdrowsza, lepsza i lepiej się rozwijająca. Silniejsza.”

    Z tej i wielu innych wypowiedzi polityków PiS oraz prezydenta Dudy, można wydestylować priorytety tego rządu. Nie pomylę się, jeśli napiszę, że są to – „gospodarka, poprawa jakości życia, tworzenie dobrego klimatu do prowadzenia biznesu” itp. cele ekonomiczne, obliczone na podniesienie poziomu życia Polaków.
    Może to świadczyć, że PiS doszedł do wniosku, iż droga do serc wyborców wiedzie poprzez pełną miskę, pełną szafę i pełne portfele. To wcale niegłupia koncepcja, bo uwzględnia przecież nasze niskie aspiracje i odpowiada oczekiwaniom znakomitej większości społeczeństwa. Co zatem jest w niej błędnego i fałszywego?

    cdn

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Posłużę się pewnym charakterystycznym obrazem.

      Wyobraźmy sobie człowieka, który odziedziczył ogromny, gęsto zaludniony dom. Przez wiele dekad, dom ten był niszczony i barbarzyńsko eksploatowany przez poprzednich właścicieli, którzy doprowadziwszy go do ruiny, nie pogodzili się z utratą własności ale przyjęli rolę recenzentów i krytyków poczynań nowego właściciela.
      Ten zaś postanowił, że doprowadzi ów dom do dawnej świetności i stworzy w nim lepsze warunki życia. Lokatorom obiecał nie tylko znaczącą obniżkę czynszu, ale przeprowadzenie gruntownych remontów i modyfikacji, wymianę dachu, okien, drzwi i zewnętrznej elewacji budynku.
      By spełnić te obietnice, nowy właściciel wyłożył ogromne pieniądze, zatrudnił doskonałych robotników i inżynierów, sprowadził najlepszy sprzęt budowlany.
      Okazało się jednak, że poprzedni dysponenci bynajmniej nie zrezygnowali ze swoich roszczeń, ale na wszelkie sposoby próbowali utrudnić życie właścicielowi. Rozpowszechniali o nim fałszywe informacje, szerzyli plotki i oszczerstwa, opłacali krytyczne publikacje w prasie. Na wszelkie sposoby podburzali lokatorów, siali niepokój i strach. Okazało się też, że część z lokatorów była zdecydowanie przeciwna jakimkolwiek zmianom i współpracowała z poprzednimi właścicielami.
      Ale nie to stanowiło największe zagrożenie. Podczas prac przygotowawczych do remontu ujawniono, że budynek ma całkowicie zmurszałe i przegniłe fundamenty, ściany zewnętrzne pokrywa nieusuwalny grzyb, a w zalanych piwnicach roi się od szczurów. Inżynierowie radzili więc całkowite wyburzenie domu i rozpoczęcie prac od fundamentów.
      Z kolei kwerenda w księgach wieczystych przyniosła informację, że sytuacja prawna budynku jest niejasna, istnieją podejrzenia, że podczas budowy złamano prawo, zaś pierwszy właściciel oraz notariusze sporządzający akty własności dopuścili się szeregu poważnych przestępstw.
      Niestety, nasz nowy właściciel zlekceważył ujawnione okoliczności, uznał je za nieistotne i niezagrażające jego planom. Wierzył bowiem, że jeśli sprawi lokatorom lepsze warunki mieszkaniowe, dokona wymiany elewacji i zmieni zewnętrzny wygląd budynku, zapewni tym sobie ich przychylność, ugruntuje prawa właścicielskie i zniechęci oponentów do dalszego oporu. Zdecydowanie odrzucał myśl o rozpoczęciu budowy od podstaw, obawiając się, że w trakcie takiej inwestycji poniesie zbyt duże koszty i utraci część lokatorów.
      Pytanie brzmi – co w takiej sytuacji powinien zrobić nowy właściciel? Jak zakończy się jego przygoda, czy osiągnie on swój cel, zadowoli lokatorów i uratuje budynek?

      Pozdrawiam Panią

      Usuń
  24. Panie Aleksandrze.
    Tylko w jednym przypadku poczynania nowego właściciela mogą nosić znamiona działań uzasadnionych, a nawet humanitarnych. Otóż, człowiek ów musi być przekonany, że budynek docelowo idzie do wyburzenia i nie ma planów na jego odbudowę, lokatorzy zaś trafią na bruk. Daje się wtedy trochę pożyć mieszkańcom i utrzymuje ich w nieświadomości.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podzielam ten punkt widzenia.
      Właściciel i jego lokatorzy, zatrzymali się na poziomie cechy najbardziej prymitywnej, czyli Strachu. U tych nielicznych, świadomych jest on realny, ale i paraliżujący, a u nieświadomej większości odrealniony, pomijany i wręcz bagatelizowany.
      To dlatego, zarówno właściciel jak i lokatorzy, posługują się kłamstwem i ułudą, które są tańsze, łatwiej przyswajalne, a że lepkie i trudno się ich pozbyć, tym bardziej brudzą sumienia zniewolonych.

      Usuń
  25. Panie Aleksandrze,

    budowanie prawdziwej klasy politycznej zamie co najmniej kilkanaście lat. A jak nam zainstalują takich Bolków? Pan mówi o radykalnej, głębokiej rewolucji, na którą społeczeństwo nie ma ochoty i nigdy nie będzie miało. Może jeśli historia zatoczy koło do początku lat 80. uda się naprawić to, co wtedy zepsuto. Może.

    Czy dostrzega Pan jakieś konkretne, namacalne oznaki, że społeczeństwu się chce "zacząć od fundamentów"?

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "... Czy dostrzega Pan jakieś konkretne, namacalne oznaki, że społeczeństwu się chce "zacząć od fundamentów"?..."

      Trzeba stawiać na młodzież.

      Pozdrawiam

      Usuń
  26. Witam.

    Do Panów: Aleksandra, meewroo, Kazimierza B;

    Należy dodać, że poprzedni właściciel zostawił „gówno w wentylatorze”. Nowy właściciel – o gównie wie doskonale - na chwilę obecną jednak zajmuje się ewentualnie wietrzeniem pomieszczeń kamienicy. Wietrzenie zaś to nie to samo, co wentylacja. Wietrzenie nie zastąpi wentylacji.
    Kwestia czasu, kiedy mieszkańcy zaczną odczuwać brak czystego powietrza mimo pełnego brzucha i napchanych nozdrzy?
    Kwestia czasu, kiedy zaczną domagać się włączenia wentylatora?
    Kto włączy wentylator?!
    Ktoś go wreszcie włączy!

    I druga sprawa. Nowy właściciel (jak i jego poprzednicy ) uzurpował sobie prawo do własności tego domu. Tak się zachowuje! Polska nie jest przecież własnością ludzi, którzy tworzą partię PIS. Nie dostali Polski w żadnym spadku, prezencie na własność. Nie wygrali jej też na własność poprzez wygrane wybory. Zostali wybrani i z tego tytułu pobierają swoje ministerialne, poselskie i senatorskie wypłaty, by zarządzać Polską dla dobra Jej Narodu. I jeśli trzeba dla dobra polskiego Narodu burzyć, wyrywać z korzeniami, wypalać nawet pod fundamentami, to trzeba! Z takim żądaniem poszli Polacy do urn i dlatego na NICH zagłosowali.

    Inaczej obecnych rządzących...

    Mt 7,26-27 „(...) ich, można porównać z człowiekiem nierozsądnym , który dom swój zbudował na piasku. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i rzuciły się na ten dom. I runął, a upadek jego był wielki”.


    Za 3 lata „budowniczy” – partacz – który być to może wróci w białym garniturze... zrobi sarkofag na tym „domem” jak w Czarnobylu, a który to odizoluje – oddali szansę odzyskania niepodległości przez obywateli IIIRP na wieki... ale w zamian obywatele IIIRP będą mogli żryć czosnku i cebuli do oporu. W niewoli, ze strachu, z zadziwienia, z głupoty i w szaleństwie będą się obżerać po chrapy.

    Jeśli jakimś cudem, boską interwencją zdarzy się budowniczy mądry, wpuści buldożera, wydrze z korzeniem, wypali, zaora i zacznie stawiać od nowa fundamenty na skale ale to będzie wymagało poświęcenia, sporego wyrzeczenia obywateli, daniny krwi.

    „Odzyska ziemię dziadów wnuk!
    Tak nam dopomóż Bóg!
    Tak nam dopomóż Bóg!”

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  27. "Dom" obłudy[https://ekai.pl/wydarzenia/ekumenizm/x105284/urodziny-patriarchy-cyryla];w Łagiewnikach widocznie nie wiedzieli o planowanych urodzinach. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  28. Panie Meewroo,

    Takie „działania humanitarne” świadczyłyby o zamyśle oszukania mieszkańców. Cechą tego oszustwa, byłaby ucieczka od wszelkich działań, które mogłyby sprawić problem właścicielowi lub „zburzyć spokój” mieszkańców.
    Tak właśnie od roku postępuje PiS – unikając sytuacji, w których byłby zmuszony podjąć realną walkę lub trudną decyzję polityczną. Wyborcom będzie się to podobało do chwili, gdy uświadomią sobie, że i tak nie unikną eksmisji na bruk.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  29. Polska2,

    Nie przewiduję „radykalnej, głębokiej rewolucji”, bo Polacy nie są do niej zdolni. Skoro nie poruszyła nas zbrodnia smoleńska i doświadczenie ośmiu lat upodlenia rządami PO-PSL, nie wyobrażam sobie wydarzenia, które mogłoby wstrząsnąć naszymi rodakami.
    Wiem natomiast, że każda kolejna hybryda jest słabsza od organizmu rodzicielskiego, a to oznacza, że III RP musi ewoluować w stronę upadku. Nie wytworzy kolejnego mieszańca, bo
    zabraknie „,materiału genetycznego”. Fundamenty tego państwa i podtrzymujące te fundamenty „elity”, są skazane na zagładę. Zdecyduje o tym nie bunt społeczny, lecz dwa, nieubłagane czynniki - demografia oraz wzrost świadomości, spowodowany dostępem do informacji.
    Czy są „jakieś konkretne, namacalne oznaki, że społeczeństwu się chce "zacząć od fundamentów"?
    Do takich pozytywnych przesłanek zaliczyłbym niezadowolenie z rządów PiS. Coraz wyraźniej widoczne w komentarzach zamieszczanych na tzw. portalach prawicowych, czy w rozmowach z wyborcami. Jestem przekonany, że to niezadowolenie będzie narastało, bo jest ogromna część elektoratu, która liczyła na sprawną i konsekwentną rozprawę z antypolską łobuzerią. Dziś, gdy ludzie wreszcie dostrzegli, że pan Kaczyński nie „politykował” mówiąc -„Nie możemy w tej chwili myśleć o żadnym rewanżu, o żadnym odwecie. Musimy myśleć tylko o jednym: jak Polskę dobrze zmienić!”, przy czym ta „dobra zmiana” oznacza głównie stanowiska dla „swoich” żurnalistów i itp. wazeliniarzy, nastąpi otrzeźwienie i pozytywny efekt odwrotu od partii systemowej.
    Pan Kazimierz B. wspomniał o ludziach młodych. To prawda, oni zawsze powinni być nadzieją na lepsze, ale też nie warto zapominać, że będą nią tylko o tyle, o ile to „lepsze” otrzymają od nas i dostrzegą je w naszych postawach.
    Pozytywnym objawem jest „radykalizacja” poglądów ludzi młodych, objawiająca się m.in. zainteresowaniem ruchami narodowymi. Uważam to za rzecz naturalną, bo tylko w takich miejscach mogą oni usłyszeć twardy przekaz, w którym słowa tak i nie przybierają właściwą proporcję. Kluczem jest tu język, dlatego nie wyobrażam sobie, by ktoś młody mógł znaleźć sensowne treści w przemówieniach pana Kaczyńskiego czy Dudy.
    Ten wiek kojarzy się przede wszystkim z intuicyjną zdolnością dostrzegania fałszu i obłudy oraz nieufnością wobec tego, co skompromitowane, skostniałe i regresywne. Miałka retoryka PiS skutecznie oddala od niego wyborców o zdecydowanych, radykalnych poglądach. Dawno temu pisałem, że partia pana Kaczyńskiego robi bardzo wiele, by ludzie młodzi zostali przekonani, że "wszyscy oni jednakowi".
    Dobrą oznaką jest także wzrost zainteresowania polską historią, czasem II Rzeczpospolitej czy życiorysami Żołnierzy Niezłomnych. Ale i tu istnieje niebezpieczeństwo, że ludzie z partii rządzącej narzucą młodzieży traktowanie patriotyzmu, jako domeny uczuć i emocji. Pisałem o tym w tekście. Za tym zainteresowaniem nie podąża bowiem refleksja o konsekwencjach, jakie wiążą się z postawami naszych przodków.

    cdn

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To z pewnością nie spodoba się wielu wyborcom PiS, ale uważam, że ludzie, którzy przyjmują „model patriotyzmu”, według norm panów Kaczyńskiego i Dudy, przypisują sobie tradycję, od której oddziela ich nieprzebyta, historyczna bariera.
      Chodzi o to, że próby odwoływania do dziedzictwa antykomunizmu II Rzeczpospolitej, przy jednoczesnej negacji obowiązku wytyczenia „kanciastej granicy”, w której pojęcia My-Oni należą do fundamentalnych, prowadzą nie tylko do zafałszowania prawdy o polskich bohaterach, ale są oszustwem i nadużyciem. Z tych postaw trzeba czerpać wzorce – bynajmniej nie historyczne, lecz dotyczące naszej codzienności. Trzeba w nich widzieć sposób postępowania i metodę walki.
      Jeśli znajdujemy w nich tylko treści emocjonalne i oceniamy w kategoriach historycznych, na nic taki patriotyzm. Ludzie partii pana Kaczyńskiego chcą sprawić, by łatwo nam przychodziło podziwianie takich postaci i ich czynów, ale jednocześnie, by Polacy nie przyjmowali świadomość ceny, jaką trzeba płacić za prawdziwą wolność. A już broń Boże – by nie myśleli o „zemście i odwecie”.
      Jak napisałem - ta szalbierska praktyka pozwala unikać pytań o fakty i decyzje polityczne i zadowala ambicje Polaków werbalnym kuglarstwem i widokiem łopoczących flag.

      Pozdrawiam

      Usuń
    2. Panie Aleksandrze,

      napisał Pan, że "fundamenty tego państwa i podtrzymujące te fundamenty >>elity<<, są skazane na zagładę" - takich właśnie jednoznacznych postaw brakuje w PiS - i dlatego coraz głośniej słychać krytykę tej partii.

      Świadomość nieuniknionego musi budzić w Onych wielki strach i oczywiste jest, że bez rozlewu krwi się nie obejdzie. Zresztą ten rozlew krwi już od dawna ma miejsce w postaci niewyjaśnionych zgonów, samobójstw w piątkowe wieczory. PiS ma cały aparat, żeby pozbyć się każdego, kogo uznają za wroga - Ścios jest pewnie w pierwszej piątce.

      Do zachowania Lichockiej i wielu innych staram się, gdy tylko uda się na czas opanować emocje, przykładać miarę Mistrza Rymkiewicza. Jest to piękna, prosta i potrzebna Nam postawa i warto ją przypominać:

      "Nawet nazywać ich nie warto – w ogóle nie warto się nimi zajmować, najlepiej jest uznać, że ich nie ma. Trzeba wychodzić, kiedy wchodzą, odwracać się, kiedy do nas podchodzą. Polska należy do nas, a oni niech sobie gadają w swoich postkolonialnych telewizjach, co chcą, niech sobie piszą w swoich postkolonialnych gazetach, co im się podoba. Nas to nie dotyczy."

      Źródło do całego wywiadu - http://autorzygazetypolskiej.salon24.pl/262487,mickiewicz-tez-jest-moherowym-beretem,4

      Nawiasem pisząc, symboliczne jest to, kto przeprowadzał wywiad z Mistrzem.

      Pocieszające, że młodzi stanowczo odrzucają retorykę i PiS, i Dudy. Mocno liczę, że nie uda się narzucić młodym, iż patriotyzm to hymn i łopoczące flagi. Patrząc jednak na to, co z robi się historią w szkole to nie mam złudzeń, że obecnym rządzącym również zależy na tym, aby nigdy nie było czasu na analizę najnowszej historii - http://historia.org.pl/2016/09/22/liczba-godzin-historii-w-liceum-rozczarowuje-polemika-z-projektem-men/

      Obyśmy doczekali czasów, gdy książki Mackiewicza, Rymkiewicza, Cenckiewicza będą obowiązkowe w szkołach. Ta ekipa i jej zwolennicy na pewno nie odważą się, aby kształcić prawdziwie patriotyczne społeczeństwo - zbyt ryzykowne.

      I dobrze by się stało, gdyby jakaś niezależna organizacja rozpoczęła rzetelną edukację historyczną społeczeństwa - mamy wielu zapomnianych bohaterów, wydarzeń, o których nie przeczytamy ani w podręcznikach szkolnych, ani nie usłyszymy w massmediach.

      Liczyłem, że kluby GP będą takim miejscem, ale skończyło się jak zawsze - na politykierstwie.


      Pozdrawiam

      Usuń
  30. Pani Halko,

    Napisała Pani, że politycy PiS – „Zostali wybrani i z tego tytułu pobierają swoje ministerialne, poselskie i senatorskie wypłaty, by zarządzać Polską dla dobra Jej Narodu. I jeśli trzeba dla dobra polskiego Narodu burzyć, wyrywać z korzeniami, wypalać nawet pod fundamentami, to trzeba! Z takim żądaniem poszli Polacy do urn i dlatego na NICH zagłosowali.”
    Zawsze zachęcałem do takiego pragmatyzmu i trzeźwego spojrzenia. Obawiam się jednak, że zdecydowana większość wyborców PiS woli relacje niewolnicze, oparte na bałwochwalstwie i intelektualnej gnuśności i nie chcą przyjąć, że od polityków należy wymagać, żądać i rozliczać ich według krytycznej miary.
    Spotkałem się niedawno na twitterze z przykładem ogromnej buty polityka PiS. Tak wielkiej, że warto o tym wspomnieć, bo doskonale obrazuje poziom tych ludzi i ich prawdziwe intencje.
    Pani Joanna Lichocka, do niedawna żurnalistka GP, dziś posłanka PiS, raczyła zareagować na mojego tweeta, w którym napisałem - „Nikt z rządzących nie przyzna, że jedynym „dialogiem” z Onymi, winna być infamia, banicja i długoletnie więzienia” i podałem link do tekstu pod którym rozmawiamy.
    Posłanka PiS odpowiedziała – „W każdym razie Pan pod własnym nazwiskiem nie ma odwagi tego przyznać” i dodała „proszę nie wymagać radykalnych wypowiedzi i oświadczeń od innych, skoro Pana na nie nie stać pod nazwiskiem.”
    To, że zainteresowania pani Lichockiej są bliskie zainteresowaniom propagandystów z GW i innym tropicielom mojej tożsamości, bynajmniej mnie nie dziwi. To jednak, że posłanka PiS stawia zarzut anonimowości blogerowi, który krytycznie ocenia polityków partii rządzącej, stanowi pewne kuriozum. Szczególnie po doświadczeniach minionych ośmiu lat.
    Ja jednak zastanawiałem się - czy i jaką wiedzę pozyskają z tej "dyskusji" wyborcy PiS?
    Można w zachowaniach tej pani dostrzec bezsilność intelektualną, ale warto też zauważyć, w jakich kategoriach politycy PiS oceniają swoich wyborców i jak widzą swoje powinności poselskie.
    Tej pani nawet do głowy nie przyszło, że jakiś bloger -wyborca, choćby i anonimowy, ma prawo pisać podobne rzeczy i stawiać takie żądania. A ma tym większe prawo, że nikt jeszcze nie słyszał, by poseł PiS lub żurnalista związany z grupą rządzącą, poniósł konsekwencje swoich „radykalnych wypowiedzi i oświadczeń”. Bo – gdzie ich szukać?
    Czego zatem obawia się pani, która za nasze pieniądze sprawuje funkcje poselskie? Co zrobiła, by chełpić się używaniem nazwiska i do jakich to dobrych celów użyła swojej jawności, immunitetu i uprawnień poselskich? Wygląda na to, że ta pani obawia się anonimowości krytyka partii rządzącej i dostrzegając coraz większe zainteresowanie „radykalnymi” treściami, próbuje podważyć wiarygodność autora. W sposób, jak najbardziej prymitywny i demagogiczny, zgodny ze standardami GW, ale czyż nie skuteczny?

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aleksander Ścios,

      charakterystyczne jest przy tym, że Pańska anonimowość nie przeszkadza czytelnikom, a za to bardzo często ludziom z dwóch środowisk: okołobezpieczniackiego i pisowskiego.

      Przy obronie pracy doktorskiej a więc publicznym postawieniu nowatorskiej tezy naukowej, każda osoba może zabrać głos (każdy może wejść na ,,obronę") i podnieść merytoryczne kwestie związane z pracą , a doktorant odpowiada ustosunkowując się do merytorycznych uwag, nie pytając, kim jest zadający pytanie (większosć sie przedstawia, ale nie ma takiego obowiązku). Dla oceny wartości takiej pracy przez Radę Wydziału albo komisję nie ma znaczenia, kto jakie pytanie zadał, ale czy i w jakim stopniu dotyczy ono badanego problemu.

      Osobiście nie widzę powodu, aby w publicznej debacie stosować inne kryteria: anonimowy komentator występuje tu jak osoba zadająca pytanie lub wypowiadajaca ocenę z sali, władza jako doktorant, który powinien sie ustosunkowywać, a wyborcy/ czytelnicy jak grono oceniające.

      Każdy chyba to rozumie. Pani Lichocka też, ale woli wołać (zamiast odpowiedzieć): kto tu wpuścił tego pana?! Jak on się nazywa?!

      Doktoratu by tak nie obroniła. Wydaje mi się, że nie obroni też swojego stanowiska w sprawie nierozliczenia ,,Onych".

      Miejmy nadzieję, że czytelnicy prawicowej blogosfery będą działać w takich przypadkach jak dobra rada wydziału.

      Pozdrawiam Pana

      Usuń
    2. Panie Meewroo,

      W takich sprawach argumenty racjonalne odgrywają niewielką wagę i nie liczyłbym na wiedzę „czytelników prawicowej blogosfery”.
      Myślę, że niewiele osób zdaje sobie sprawę, jak kompromitującą rzeczą dla dziennikarza jest atak na osobę używającą pseudonimu. Dziś do J. Lichockiej dołączył żurnalista Jacek Karnowski, komentując mój tweet – „Póki żurnaliści "wolnych mediów" tłuką się o kasę i rząd dusz,jest OK. Gdy pretekstem w tej bójce staje się sprawa Smoleńska,mamy draństwo” słowami - „I jedna prawo do tak wyrazistych ocen wygasa jeśli występuje się anonimowo. Bo nie wiadomo o co człowiek w realu sam zabiega” (pisownia oryginalna)

      Takie opinie pokazują nie tylko wspólnotę interesów środowiska medialnego GW i „wolnych mediów”, zainteresowanych ujawnieniem osób posługujących się pseudonimem, ale dowodzą rażącej ignorancji prawnej i kulturowej. Owi żurnaliści zapominają, że ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych gwarantuje prawo do posługiwania się pseudonimem faktycznym, który służy ukryciu tożsamości twórcy i rozpowszechnianiu utworu tak, aby użytkownicy nie mogli twórcy zidentyfikować. Zapominają również, że nikt nie ma prawa wyjawić tajemnicy tożsamości autora lub czynić mu zarzut z powodu posługiwania się pseudonimem. Zarzut tym bardziej kuriozalny, gdy dziennikarz chce ograniczyć nim prawa tego autora, z powodu formułowania „wyrazistych ocen”.
      Wydaje się, że dla takich tuzów dziennikarstwa III RP jak Lichocka czy Karnowski, autor piszący pod pseudonimem ma prawo używać go wyłącznie wtedy, gdy sprzyja i schlebia opiniom żurnalistów „wolnych mediów” lub wspiera ich „opcję polityczną”. Traci te prawo, gdy wyraża oceny krytyczne.
      Gdyby czytelnicy „wolnych mediów” zrozumieli, z jakiej mentalności wynika taka logika i co naprawdę skrywa, nie mogliby traktować owych żurnalistów jako wyrazicieli swoich poglądów.
      Ale to już nie mój problem.

      Pozdrawiam Pana

      Usuń
    3. Panie Aleksandrze.
      Powyższa odpowiedź zapewne adresowana jest do Pana Wojciecha Miary.
      Wypada jednak zauważyć, że w zachowaniach atakujących Pana żurnalistów ujawnia się jeszcze jedna wyjątkowo podła cecha. Otóż anonimowego blogera traktują instynktownie tak, jak powinno się go traktować. Jako wirtualny byt, nośnik czystej idei, systemu wartości. Jeśli na dodatek taki wirtualny byt stawia im intelektualną i ideologiczną kontrę i "na domiar złego" opiera się na logice i prawdzie, to nie sposób podważyć i zdezawuować propagowanej przez niego treści. W takim wypadku instynktownie poszukują realnego przeciwnika, bowiem człowieka można zawsze oczernić i zdeptać, a wraz z nim próbować zniszczyć głoszoną przez niego prawdę. Proszę zauważyć, że taki modus operandi na kilometr śmierdzi komuną w najpodlejszym wydaniu.

      Usuń
    4. Pan Wojciech Miara,

      Najmocniej Pana przepraszam za błędne zatytułowanie odpowiedzi na komentarz, na co zwrócił uwagę Pan Meewroo.
      Oczywiście, odnosi się ona do Pańskich słów.

      Pozdrawiam

      Usuń
  31. W związku ze wspólnotą.
    Papież Franciszek nie neguje, że jest komunistą (cokolwiek to może oznaczać u człowieka, który nie wie czym jest komunizm). Dlatego roztrząsanie tej postaci już nam nic nowego nie powie. Kluczem jest raczej Benedykt XVI. Z fragmentów książki z wywiadem wynika, że on nie rozumie konsekwencji swojego czynu (rezygnacji). Odpowiedzi jakich udziela na ten temat są zaskakujące z tego względu, że nic nie wyjaśniają i nie tego by się czytelnik spodziewał. To jest w tym wszystkim najdziwniejsze, taki umysł, trzeźwość osądu, tyle lat na posterunku a najważniejsza decyzja pozostaje niewytłumaczona.

    Z początku też sobie tłumaczyłem: zrezygnował z urzędu - tyle, że przez duże "U". Ścios też spodziewał się dobrych owoców. Ale takiego „rabanu” to nikt nie przewidział.

    OdpowiedzUsuń
  32. Szanowny panie Aleksandrze
    Ostatnio miałem okazję przeprowadzić kilka rozmów, których tematem była m.in. problematyka podniesiona w tekście i dyskusji. To bezsporne, że w świadomości naszych rodaków zaczyna pojawiać się pewne zniecierpliwienie i nawet niesmak. Skala i sposób propagandy serwowanej przez środowisko obecnie rządzącej grupy, powoli wchodzi w strefę prowadzącą do dysonansu poznawczego, w którego istocie niewielu jeszcze się orientuje, ale coraz powszechniej uświadamiane jest, że coś tu nie gra. Zauważam i odnotowuję oczywiście też pewne pozytywy w postawach niektórych ludzi PiS-u. Mam na myśli np. wiceministra Jakiego. Takie osoby ratują często wizerunek tej partii, który w generalnych ocenach mocno, nie tylko u mnie podupadł . Moi rozmówcy często powoływali się na postawę tego młodego, chyba nie zepsutego jeszcze ideowca. Z ocen wyłączam pana A. Macierewicza, który prezentuje odmienny, często sprzeczny z przekazem PiS sposób mówienia o realiach i który dzięki Bogu jest jeszcze na tyle mocny, by się obronić.
    Najbardziej denerwuje mnie miotanie się tych ludzi pomiędzy pełną aprobatą poczynań PiS-u, a argumentacją byłych zarządców z PO i ferajny. O tych ostatnich nie sposób już inaczej myśleć, niż w kategoriach kanciastego podziału My-Oni. To niemożliwe, by nie widzieli istoty zła stojącego za rządami koalicji PO-PSL. Tych ludzi toleruję jedynie w ramach powiązań rodzinnych, nie dopuszczając już do żadnej dyskusji.
    Tym bardziej obrusza mnie bezbronność wyborców PiS, gdy widzę coraz częściej, po stronie "Onych", wyraźnie formułowany podział z użyciem określenia "oni" . Pojawia się on coraz częściej w ustach takich osobników jak Passent, Wroński, Komorowski czy Kuźmiuk. Na te słowa brak jakiejkolwiek sensownej odpowiedzi . Jakże blado i śmiesznie wygląda na tym tle serwowane na siłę pojednanie i zgoda. Odgłos "pisania po szkle" coraz głośniej wybrzmiewa i burzy spokój dotąd uśpionych.
    Postawię przewrotną tezę, że do wygenerowania "kanciastego" podziału, być może bardziej przyczynią sie "Oni" niż środowisko do niedawna nazywane "naszym"!
    Poruszył Pan bardzo ważny temat "na dzisiaj" . Osadzenie w konkretnym miejscu bieżących wydarzen w kontekście "długiego marszu" (doskonałe porównanie z etapem zdychajacych szczurów), to sedno zagadnienia. Dla tych, którzy w tym momencie na ogół milczą nie chcąc wpaść pod walec jednej czy drugiej propagandy i którym trudno argumentować istotę bieżacych wydarzeń, to jasna i precyzyjnym językiem pokazana mapa. Bardzo się cieszę, że kiedyś trafiłem pod ten adres.
    O mojej nadziei wiązanej z pokoleniem dzisiejszych 20-30 latków pisałem juz kiedyś wcześniej. Ale ponownie powiem, że naszym zadaniem było i jest przenieść dalej, w przyszłość, poprzez nich właśnie, to co dla nas i według nas, cenne. Zdaję sobie przy tym sprawę, co dzień, jak trudno dziś marzeniem o Niepodległej "zarazić" osoby uwikłane w walkę o codzienność, o wychowanie i utrzymanie dzieci. To trudne, ale jednak możliwe, pod warunkiem wszakże, że trwa już od dłuższego czasu. Tym ważniejsze są dziś działania pana Antoniego Macierewicza skierowane do młodzieży . Tylko tak można zbudować szerszy front ludzi, którzy wchodząc w dorosłość będą już świadomie postępować, nawet przy silnym obciążeniu dniem powszednim.
    Na zakończenie dodam, że nie dziwi mnie atak ze strony pani Lichockiej i Karnowskiego. Odzieranie zasłony pokrywającej tworzące się "nowe rozdanie" będzie wywoływało tym bardziej zajadły atak, im bliżej prawdy o czasie będzie wyglądało na światło dzienne. Interes osobisty tych ludzi zderzy się wtedy ze skrzeczącą rzeczywistością i oni sami będą musieli odejść.
    Pozdrawiam Pana i komentatorów
    Zaścianek

    OdpowiedzUsuń
  33. To może naiwne ale chyba najbardziej czuję wspólnotę na Marszu Niepodległości. Tegoroczny Marsz był bardzo udany. Pokrzyczałem sobie, pomachałem flagą i odśpiewałem hymn.

    W kościele nie czuję tej wspólnoty. Szczególnie po 100410 czułem się wręcz jak chory intruz. Ciekawe, że środowisko organizujące Marsz też może się czuć mniej komfortowo w kościele niż wspomniane środowisko Komorowskiego i Tuska, ale (niestety) z innych względów niż 100410.
    Zresztą to mój główny, całościowy zarzut: praktycznie zero Smoleńska na Marszu od 6 lat. Przy całej sympatii i docenieniu wkładu w dzieło Marszu to ta jakby zasłona milczenia jest wymowna.
    Choćby z tego jednego (ale podstawowego) względu, wpływy rosyjskie (a dowodów można wskazać więcej) u Narodowców są faktem. W kontekście innych ruchów w Europie, które są otwarcie sponsorowane przez Rosję, powinno być wręcz punktem honoru wykazanie i rozwianie wszelkich wątpliwości, że organizacje narodowe w Polsce wolne są od jakichkolwiek wpływów największego wroga. Obecne jest anty-UPA/Bandera, jest anty-UE, ale antyputinowskiego hasła sobie nie przypominam. Chyba nawet takiego nie utworzono.

    Zasługi środowiska narodowego są już duże ale by zbudowali szerszą wspólnotę na przeszkodzie staną właśnie wpływy ruskie. Ja też potępiam LK za traktat lizboński ale ich podejście do 100410 jest wyraźnie sterowane. Zawsze w tyle głowy będę miał, że nie mogę im (Narodowcom) do końca ufać.
    Niemniej to wśród ludzi obecnych na Marszu szukałbym towarzyszy do „długiego marszu”.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marcin Ís,

      Doskonale rozumiem Pańskie odczucia, ale też podzielam ocenę środowiska narodowców. Myślę jednak, że trzeba tu zastosować pewną cezurę – między poglądami głoszonymi przez liderów, a intencjami młodych ludzi zaangażowanych w ten ruch i uczestniczących w Marszu Niepodległości.
      Jeśli chodzi o oceny polityczne, to liderzy narodowców, głoszący hasła prorosyjskie, są dalecy od rozumienia polskiej racji stanu. Napisałem kiedyś, że antyrosyjskość (podobnie jak antyniemieckość) musi być wpisana w taką rację. To nie kwestia jakichś fobii, ale refleksji nad historią i geopolityką.
      Zauważam też, że większość osób stojących na czele tego ruchy wykazuje rażącą ignorancję historyczną i nie potrafi/ nie chce dostrzec wagi zagrożenia rosyjskiego. Jeśli nie jest to związane z kontekstem agenturalnym, można mówić o niewiedzy graniczącej z głupotą. To z kolei, wyklucza takie osoby i ich poglądy z kręgu poważnych, politycznych ocen.
      Zastanawiam się natomiast – jak można pogodzić autentyczny patriotyzm (choćby w kultywowaniu pamięci Żołnierzy Niezłomnych) z negowaniem lub pomniejszaniem zagrożenia rosyjskiego?
      Tu jest pułapka, z której wielu młodych ludzi jeszcze nie zdaje sobie sprawy.

      Usuń
  34. Witam.Ciekawe,czy "okienko" Konaszenkowa zaowocuje "dobrą zmianą" odstraszania Nuclear Sharing. Pozdrowienia.

    OdpowiedzUsuń
  35. Alek Alek,

    Teza – lider jest jeden, bardzo mi się podoba, ale obok niej postawiłbym równie ważną – nie każdy może być liderem.
    Ponieważ odmiennie definiowałbym stan naszej słabości, stawiałby też sobie pytanie – dlaczego jesteśmy słabi? Pan przechodzi nad nim do porządku i próbuje dokonywać ocen pod wpływem obserwacji o braku liderów. Tymczasem właśnie w przyczynach naszej słabości, należy szukać odpowiedzi – dlaczego tych liderów nie ma.
    Śmiem twierdzić, że polegliśmy pod nawałą komunistycznej okupacji. Jako naród i społeczność ludzi wolnych.
    Polacy przetrwali rozliczne wojny, zawieruchy, nawet stulecie rozbiorów. Nigdy jednak nie mieliśmy do czynienia z wrogiem, który atakuje „ducha narodu” i infekuje go od wewnątrz. Jeśli ten wróg wymordował również autentyczne elity, odciął nas od prawdziwej historii i wiedzy o teraźniejszości, a na czele społeczeństwa postawił bandę zdrajców i renegatów - czy mieliśmy szansę „wygenerowania” liderów? Moim zdaniem – nie mieliśmy i biografie wszystkich „autorytetów” politycznych i publicznych III RP doskonale to potwierdzają. Skarleliśmy – do takiej miary, w której postaci pokroju Komorowskiego, Michnika, ale też Dudy czy Kaczyńskiego, wyrastają na olbrzymów.
    Pańskie rozważania nad liderem, zawierają istotny brak. Nie uwzględnia Pan bowiem, że to społeczeństwo, a w wymiarze historycznym naród, wyznacza swoich przywódców i liderów. Są zatem tacy, jakich sami namaścimy.
    Pisząc, że nie każdy może być liderem, mam na myśli przeszkodę najważniejszą – niezdolność Polaków do wykreowania przywódców, stawianie na „fałszywe konie” i postaci pośledniego kalibru. To jest skaza wynikająca z „grzechu pierworodnego” – uznania PRL za państwo polskie i wymieszania Polaków z Obcymi. Taka społeczność nie może wyłonić autentycznych liderów, a ci -samozwańczy, są tylko pospolitą mierzwą.
    Dlatego droga do znalezienia przywódcy, wiedzie poprzez odbudowę wspólnoty narodowej i oczyszczenie jej ze skazy tego grzechu.
    W dzisiejszym ,nocnym komentarzu, pyta mnie Pan – czy widzę się w roli lidera? Opierając się na Pańskiej wykładni tego słowa, mógłbym powiedzieć, że liderem już jestem, skoro udało mi się dotrzeć z przekazem do tysięcy Polaków i zainteresować ich moim widzeniem świata.
    Ale nie o takie przywództwo Pan pyta.
    Jako bloger i osoba anonimowa, nigdy liderem nie będę i być nie mogę, bo ta rola wymaga osoby z krwi i kości, określonej i rozpoznawalnej w przestrzeni publicznej. Osoby o znanym życiorysie i dokonaniach, kogoś, kogo można zmierzyć i zważyć miarą etyki i moralności.
    To, co mogę robić, polega właśnie na zmianie „paradygmatu myślenia”. Jeśli z zasiewu nowego paradygmatu, narodzą się kiedyś liderzy, może w jakiejś niewielkiej części przyczynię się do takiego procesu.

    Pańska deklaracja o „wysłaniu skanu dowodu osobistego” jest całkowicie zbędna. Nie praktykuję takich rzeczy, zaś wypowiedzi komentatorów oceniam wyłącznie poprzez ich słowa. Nie muszę wiedzieć, kim są. Wystarczy, że wiem, co mają w głowie. Intencje zaś dość łatwo jest odczytać i nie trzeba do tego znajomości danych osobowych.

    Pozdrawiam Pana

    OdpowiedzUsuń
  36. Panie Meewroo,

    Bardzo trafna uwaga. To jest reakcja ujawniająca poziom percepcji „elit” III RP, które potrafią ocenić osobę, ale nie są zdolne ocenić jej myśl.
    Osobę zaś tylko w takim formacie, że musi (to warunek) pochodzić z ich kręgu towarzyskiego, być rozpoznawalna i ulokowana w obszarze określonych poglądów. Jeśli konfrontacja z tymi warunkami wypada niekorzystnie, następuje odrzucenie i marginalizacja.
    W taki sposób społeczności zamknięte, prymitywne, kreują swoje „autorytety”.
    Tu jednak, co Pan zauważył, pojawia się jeszcze jedna zależność – „W takim wypadku instynktownie poszukują realnego przeciwnika, bowiem człowieka można zawsze oczernić i zdeptać, a wraz z nim próbować zniszczyć głoszoną przez niego prawdę”.
    To również jest pokłosie „nowej świadomości”, zaszczepionej nam przez komunizm. Niezdolność do podjęcia walki intelektualnej jest wówczas rekompensowana poprzez atak na osobę, chęć jej zniszczenia i zdyskredytowania. Bo „nowe” i „nierozpoznawalne” wywołuje strach. Ludzie, którzy sięgają po takie środki, robią to tym chętniej, im więcej narzędzi nacisku czy represji mogą zastosować.
    Przed siedmioma laty napisałem tekst „Ja-pseudonim”. Nie sądziłem wówczas, że po tylu latach mógłbym ponownie powtórzyć te słowa:
    „Mam prawo nie ufać temu państwu, bo są w nim obecni ci sami ludzie, którzy oszukali nas w roku 1989. Co gorsze – są w tym państwie nadal ludzie, którzy oszukiwali nas w „Polsce Ludowej”, prześladowali i zamykali do więzień. Ich obecność, ich twarze na ekranie telewizora to szyderstwo ze wszystkiego, co przeżyliśmy w PRL-u. Żaden Michnik czy Mazowiecki nie miał prawa zalegalizować tej bandy na pełnoprawnych obywateli Rzeczpospolitej.
    Mam prawo nie ufać temu państwu, ponieważ nie jest państwem prawa i wykorzystuje swoje struktury do tłumienia wolnej myśli, do zastraszania niepokornych i ochrony establishmentu.
    Mam prawo mu nie ufać, bo przez 20 lat nie zbudowano w nim wolnych mediów, a dziennikarzom przeznaczono taką samą rolę, jaką spełniali w ustroju totalitarnym. Nieliczne przejawy dziennikarstwa niezależnego są wyjątkami. Polscy dziennikarze stracili szansę na rolę sprzymierzeńca społeczeństwa.(…)
    Lęk, jaki musi towarzyszyć funkcjonariuszom medialnym, którzy z manipulacji uczynili swoją rację istnienia i miarę przydatności, nie opuści ich już nigdy. Oni wiedzą, jak wygląda prawda o rządzących i o tym państwie, oni wiedzą, że „król jest nagi”, a sondaże mają jedynie wartość miernika dobrze wykonanej, propagandowej misji. (…)
    Dla nich, istnienie blogosfery, niezależnej od wpływów władzy, jest zagrożeniem śmiertelnym, a coraz mocniej słyszalny głos ludzi publikujących w internecie, wytrąca im narzędzia propagandowych wpływów. Boją się tego głosu, na równi z tymi, którzy namaścili ich na funkcję „niezależnych publicystów”. Ten strach, tworzy prostą linię łączącą ich z rzeszą komunistycznych satrapów - tych wszystkich, przez których musieliśmy używać pseudonimu, by pisać prawdę i walczyć z komunistycznym zakłamaniem.”

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  37. Panie Zaścianku,

    Napisał Pan – „Tym bardziej obrusza mnie bezbronność wyborców PiS, gdy widzę coraz częściej, po stronie "Onych", wyraźnie formułowany podział z użyciem określenia "oni".

    Skąd się bierze owa bezbronność i dlaczego nie potrafimy uchronić się przed agresją Onych?
    Przez trzy dekady, całe środowisko polityczne III RP usilnie pracowało nad rozbrojeniem Polaków i uczynieniem z nas bezwolnej i bezradnej „masy”. Wpajano nam, że tylko „zgoda buduje”, a jakikolwiek podział i „kanciasta granica” musi prowadzić do konfliktów i zguby.
    Nikt i nigdy nie zapytał – dlaczego dychotomia My-Oni ma być zła, a ostra walka z agenturą i obcymi wpływami, zakazana? Nie zapytano zaś dlatego, że odpowiedź niosłaby nieznośną dla Polaków myśl – sukcesje komunizmu nie upadają pod ciężarem karty wyborczej, zaś droga do niepodległości nie wiedzie przez „okrągłe stoły” i „porozumienia ponad podziałami”.
    Trzeba zastosować środki adekwatne do tych, które doprowadziły do narzucenia Polakom zarazy komunizmu.
    Z tej odpowiedzi musiano by zrozumieć, że okupacyjne złogi można jedynie wypalić żelazem i pokonać w otwartej, twardej walce.
    A ponieważ cała „klasa polityczna” III RP jest „umoczona” w magdalenkowym pakt z bandytami – kto miałby to powiedzieć?
    W efekcie takiej narracji, zbudowano społeczeństwo ludzie bezbronnych, nieznających pojęcia walki, ofiary i trudu. Wmówiono nam, że wszelkie postawy „skrajne” i „konfliktowe” są zakazane, a „tworzenie podziałów” wiedzie do anarchii. Skąd to się brało?
    Ano stąd, że ukazanie rzeczywistych różnic i podkreślenie podziałów, jest dla komunizmu zabójcze. Zawsze ujawnia jego otchłań, obnaża intencje i skazuje na odrzucenie. Dlatego obsesyjnym dążeniem komunistów, było tworzenie rozmaitych „frontów jedności narodu”, „kolektywów” i sztucznych wspólnot, w których czynnikiem integrującym miały być hasła niesione na komunistycznych sztandarach. To był sposób na wdarcie się w polskość i zainfekowanie jej komunistyczną dżumą.
    Bliźniacza obsesja, wsparta kazuistyczną retoryką, towarzyszy od lat wszystkim grupom rządzącym III RP, a dziś całemu „środowisku patriotycznemu”. Ten strach przed dychotomią My-Oni i wytyczeniem ostrych podziałów, w których pojęcia „swój” i „obcy” nabierają elementarnego znaczenia, wynika z sukcesji PRL-u i ma swój początek w projekcie zniewolenia Polaków.
    To jest cena „spokoju”, podczas którego umiera naród.
    Dlatego, pisząc o retoryce uprawianej przez polityków PiS, nie wahałem się użyć sformułowania o „procederze zabijania narodu”. Im dłużej trwa to kłamstwo i głębsze „zasypujemy podziały”, tym mniejsza szansa na odbudowę autentycznej wspólnoty.
    Proszę zauważyć, że ci ludzie, choć mają gęby wypchane hasłami o „służbie Polakom”, nawet nie próbują podjąć tak arcyważnego tematu. Uciekają przed nim w przerażeniu i z wściekłością wobec tych, którzy ośmielają się stawiać niewygodne tezy. To zachowanie –ujawnione również w reakcjach posłanki Lichockiej i żurnalisty Karnowskiego, pokazuje, że oni zdają sobie sprawę z wagi takiej powinności. A jeśli, gdzieś głęboko w świadomości, widzą ją jako niewykonalną – to nie z powodu stopnia trudności, lecz z uwagi na wzgląd we własne położenie, pozycję i profity. Bo ujawnienie tej prawdy, wiąże się nie tylko z ryzykiem podjęcia realnej walki, (do której środowisko PiS nie jest zdolne) ale groźbą utraty wpływów, stanowisk, „notowań sondażowych” itp. wartości, które politycy III RP szczególnie sobie cenią.
    Jeśli ktoś tak postrzega polskie realia, musi postawić sobie pytanie – czy nadal mam być bezbronny wobec agresji Obcych, bo tak wynika z kalkulacji partyjnych hochsztaplerów, z ich miary interesów i osobistych korzyści, czy też powinienem odrzucić zgubną retorykę „zgody budującej” i przyjąć kanciastą granicę?


    Dziękuję Panu za komentarz i pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  38. Do Aleksander Ścios 19 listopada 2016 19:13

    Panie Aleksandrze - Szanowny tajemniczy blogerze, ukrywający swą tożsamość.

    Tu ja! Teraz komentatorka ukrywająca swą tożsamość, a na co dzień PRACODAWCA Pani Lichockiej.

    Nic nie stoi na przeszkodzie, aby i Pani Lichocka stała się tajemniczą blogerką. Jeśli ktoś nie ukrywa swojej tożsamości w necie, to przecież nie dlatego, że specjalnie się odważył na ten krok, czy z szacunku do innych blogerów, komentujących. Ot chodzi tylko o to, że popularność takiej anonimowej osoby a „z poczytnym nazwiskiem”, stałaby się nagle zerowa (żadna). Któżby się wówczas interesował wywodami takiej osoby? Byłoby zupełnie tak jak, z paparaczzi, którzy już nie wspinają się na wierzby rosochate, narażając swoje życie przy tym, by sfotografować, jak np.: podstarzały Pan prowadzący niegdyś popularny quiz, wyrzuca teraz śmieci ze swojej posesji.

    Inaczej, więc mi wyjść nie może:
    1. Owa Pani, Panu zazdrości, że jako anonimowy bloger, którego do dziś nie mogą wytropić te zielone ludzie z „WSI”, gromadzi od lat przy sobie wartościowych Polaków o gorących sercach, o bogatym wnętrzu, o wolnej duszy, myślących po polsku i kochających swoją Ojczyznę. Nie zaś apatrydów.
    2. Owa Pani, zazdrości Panu, że nawet jako anonimowy bloger ma Pan odwagę nazywać rzeczy – prawdę - po imieniu. Zazdrości odwagi pisania prawdy, której nie mają nie tylko „wolni żurnaliści” znani z nazwiska, ale nawet inni anonimowi blogerzy.
    3. Owa Pani ma świadomość, że zgodziła się być trybikiem w machinie IIIRP, a Pan nie! I to jak mniemam ubodło tę Panią najbardziej. Pan jest wyrzutem sumienia dla tej Pani.

    Pytanie, które mnie nurtuje najbardziej, czy Pani Lichocka, chociaż jako anonimowa blogerka miałaby odwagę „przyznać, że jedynym „dialogiem” z Onymi, winna być infamia, banicja i długoletnie więzienia”? Czy też nie...

    Dziękuję i pozdrawiam.

    P.S.
    Czy róża dla Pani Lichockiej pod inna nazwą pachniałaby inaczej?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szanowna Pani Halko - tajemnicza Czytelniczko bezdekretu,

      Bardzo mi się podobają Pani opinie, ale nie chciałbym dłużej zaprzątać uwagi rozważaniami na temat posłanki Lichockiej.
      Napisała tyle, na ile było ją stać, zaś ocenę jej występów pozostawiam Szanownym Czytelnikom.
      Mogę jedynie zauważyć, że nawet ludzie średnio zorientowani w sprawach bezpieczeństwa internetowego, doskonale wiedzą, że pełna anonimowość w sieci jest tylko mitem.
      I rzecz równie ważna. Każdy z nas - również piszących w Internecie pod pseudonimem, ponosi odpowiedzialność za naruszenie prawa. Używanie pseudonimu, nie chroni od tej odpowiedzialności.
      Świadomość tych dwóch prawd sprawia, że ten, kto uważa anonimowość za objaw tchórzostwa i sposób na uniknięcie konsekwencji lub formułuje takie zarzuty, ośmiesza się i staje pospolitym głupcem.

      Dziękuję Pani i serdecznie pozdrawiam

      Usuń
  39. @Aleksander Ścios 23 listopada 2016 12:02

    Oczywiście chodzi mi o liderów a nie o te 100tys ludzi na Marszu.

    Otwarcie prorosyjskich haseł raczej unikają. Jest krytykowanie PiSu za rzekomo obsesyjną antyrosyjskość na której Polska traci. Że z Rosją trzeba rozmawiać, handlować, „pragmatyzm” i takie tam. Poza tym grają na przeczekanie niekorzystnej koniunktury by, gdy ona minie, paść ostatecznie w ramiona braci Słowian, Moskali.

    jak można pogodzić autentyczny patriotyzm (…) z negowaniem lub pomniejszaniem zagrożenia rosyjskiego?
    Też mnie to zastanawia. Jeśli w Polsce są wielopokoleniowe resortowe, medialne, sędziowskie klany i wciąż uzasadnione jest hasło o przegonieniu „czerwonej hołoty” to co dopiero w kolebce komunizmu. Co takiego niby zaszło w Rosji by traktować ją pragmatycznie, partnersko albo bredzić o jakimś mistycyzmie. Kim jest Putin jak nie czerwoną hołotą.

    W ogóle utrwaliła się już chyba taka sytuacja, że gdy jakiś polityk na świecie powie o Rosji szorstką prawdę to jest to dość niezwykłe. Nazywanie resztek rozsądku obsesyjną antyrosyjskością jest przesuwaniem granicy. Wtedy bycie wasalem Rosji można nazywać sytuacją naturalną. Ergo naturalna była sytuacja Ukrainy za Janukowycza.

    OdpowiedzUsuń
  40. Prorosyjskie ciągoty ujawniają się nieraz dość nieoczekiwanie. Ostatnio w Radio Wnet Kornel Morawiecki przekonywał, że powinniśmy "ocieplić stosunki z Rosją". Wtórował mu W. Gadowski. Bo inaczej - wobec spodziewanej zmiany kursu USA - znajdziemy się w osamotnieniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wąż Wystygły,

      Przed kilkoma miesiącami zabawiłem się we wróżbitę i napisałem, że następny rok przyniesie nam nieoczekiwane zmiany w relacjach polsko-rosyjskich.
      Dziś, jestem wręcz przekonany, że takie zmiany nastąpią, a w "wolnych mediach" pojawi się narracja usprawiedliwiająca każdą woltę.
      Nie jestem też zaskoczony, że pan Morawiecki i Gadowski już zrozumieli "konieczność dziejową". Ze strony takich postaci nie spodziewam się nic dobrego ami sensownego.

      Usuń
    2. Panowie.
      Kwiecień 2010. Jarosław w okularach. Oby nigdy więcej.

      Usuń
    3. Jeżeli ma Pan na myśli iwent pt. "Prezes przemawia do przyjaciół Moskali" - to odbywał się on w maju 2010. Chcę wierzyć, że w kwietniu JK nie byłby do tego zdolny.

      Dołączam klip: https://www.youtube.com/watch?v=rjfUm6mbBv4

      Usuń
  41. Mówiąc krótko eurokołchozowej doktrynie niemieckiego SPBN [https://aicgs.org/site/wp-content/uploads/2016/08/2016-White-Paper.pdf],którą w dużym skrócie streszcza sformułowanie "tylko razem my" plus "supeł na lufie", komuna NWO "wymaga" stępienia ostrza 100410.Temu służy przekierowanie BND/J.Rotha,temu służyła "prośba" do MAKputiny i rozgrywanie "konkurencji międzymedialnej" GPC/wpolityce/gazetawarszawska,temu służy eurokołchozowa rekomendacja ze strony "sprawozdawczyni mniejszości" Anny F. z KSZ UE.Oczywiście dryf rządzących w stronę osławionego POPiSu znany od dawna choćby z "prośby Morawieckiego" do DT i JK "głosujcie na mnie prezydenta" trzeciej drogi,potwierdzony ostatnio tzw.transferami(Zając) w stronę "nowego koryta" rządzących i "konstruktywnym dialogiem" z "opozycją"(MC Sterżyńska),także wymaga stępienia ostrza 100410.Zresztą temu samemu celowi służyło stępienie ostrza innego z priorytetów za pomocą storpedowania przywrócenia śledztwa prok.A.Witkowskiemu,co wykonali w czworokącie PAD/MSPG Ziobro/IPN/hierarchia.A jak "najbezpieczniej" wg."dobrej zmiany" utrzymać antynarodowe i antypolskie koryto NWO,jak nie w osłonie wspólnych sił represji "bratnich pomocy"/sołdatokracji potwierdzonej kolejny raz choćby propozycją zbudowania kolejnego "superministerstwa" ze strony koordynatora specsłużb czy ograniczającą modernizacją ustawy o zgromadzeniach,rozdawania na prawo i lewo bakczyszy i przyjmowania eurołapówek. Rządząca "dobra zmiana" zmierza coraz wyraźniej w stronę autorytaryzmu,dyktatury "jedynej słuszności",a w kursie spolegliwości wobec wroga POPiS/obrotowa wobec komuny hierarchia/lewacy/prawacy mają zbieżne poglądy z "biznesmenami".Dość zagadkowo w tym chaosie wygląda elegancka forma rezygnacji pana M.Maraska,znanego mi za pośrednictwem YT choćby z wykładów dr R.Brzeskiego [https://wpolityce.pl/polityka/316588-pelnomocnik-ds-cek-nato-zakonczylem-powierzone-mi-zadania-w-czasie-krotszym-niz-rok-podobny-projekt-we-wloszech-wdrazano-ponad-7-lat-nasz-wywiad] Czyżby nawet otarcie się o posądzenie bycia "ściosowcem" kontynuuje w "dobrej zmianie" reakcje arogancko-alergiczne? Bo jeżeli był to tylko zwykły meldunek o wypełnieniu zadania,to system PRLbis zmierza w stronę autorytaryzmu nowego reżimu prezydenckiego.Pozdrowienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Panie wsojtek,

      Zawsze z zainteresowaniem czytam Pańską "prasówkę", ale kolejny raz uprzejmie proszę o edytowanie komentarza przed publikacją.
      Zamieszczając tekst w takim "porządku", okazuje Pan brak szacunku wobec własnej pracy i wobec czytelników.
      Proszę mieć to na uwadze.

      Pozdrawiam

      Usuń
  42. Motto:

    Warto by żarówkę w sieni, ale FORSY CIĄGLE BRAK.

    https://www.youtube.com/watch?v=CIcO3tAN0zs



    Sir Alexander,

    Niepokorny internet rozbrzmiewa dziś życzeniami dla prezesa Rz. => KLIK. Pozwoli Pan, że w podobnej poetyce złożę życzenia naszej drogiej Władzy => KLIK:


    NADPREMIERZE MATEUSZKU ORAZ OBAJ WICEPREMIERZY G. - MORDY WY NASZE!

    TAKICH DWÓCH JAK WAS TRZECH TO NIE MA ANI JEDNEGO!

    Dozzzgonnie Wdzięczny Naród


    PS. Serdeczne pozdrowienia dla Autora :)

    OdpowiedzUsuń
  43. Po namyśle...

    Jednak jest jeden! "Doświadczony, o wysokiej kulturze osobistej" => KLIK - i on już wszystkiego tak dopatrzy, że wkrótce będzie jak w niebie, albo jak... w 2007?... brrrr

    Ale i wedy zostanie nam umiłowany pan prezydent, który nas wszystkich kocha i nawet synom marnotrawnym śle prezydenckie całusy => KLIK

    Gaudeamus!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Konterfekt się nie wyświetla?

      Poprawione KLIK. :)

      Usuń
  44. Panie Aleksandrze,

    Myślałam dzisiaj nad tym tekstem, z którym, żeby było jasne, zgadzam się i utożsamiam. Jednak wydaje mi się, że nie uwzględnia Pan w swoich wywodach (rzecz typowa u filozofów, którzy muszą abstrahować od "pospolitości") czegoś tak prozaicznego jak biologia. Mam na myśli ograniczoną zdolność człowieka do przyswajania nieszczęścia i zgodę na kłamstwo wywołaną instynktem samozachowawczym. Tylko nieliczni spośród nas potrafią przezwyciężyć "naturalne bezpieczniki", większość - chyba niezależnie od ideologii - ulega odruchowi stadnemu, albo czemuś, co się obecnie nazywa "samorealizacją". Dlatego nie wierzę - i nigdy nie wierzyłam - w żadne społeczeństwa obywatelskie, demokracje i ich zakłamane "święta". Myślę, że świata/społeczeństwa nie da się zorganizować oddolnie, a tylko odgórnie. Stąd potrzeba prawdziwych elit, prawdziwych przywódców. W czasach, kiedy zanikają wszelkie autorytety i punkty odniesienia (a takie czasy już były w naszych dziejach) jest to szczególnie trudne. Czy niemożliwe? Nie wiem, ale wiem, że cywilizacje wielokrotnie podnosiły się z upadku, ale musiały przechodzić przez wiele "wieków ciemnych". Czy jesteśmy u progu kolejnego załamania i czy dopiero jakieś światowe katharsis wyzwoli nas od kłamstwa obecnej antycywilizacji? Jak Pan sądzi?

    I jeszcze jedno: wbrew temu, czego pragnął cytowany przez Pana o. Bocheński, nie chciałabym żyć w jego racjonalnym świecie "wyzwolonym od emocji". Pewnie bym w nim zamarzła.

    Podobnie nie zgadzam się z H. Elzenbergiem, kiedy pisze, że wyrozumiałość jest wyrazem lekceważenia. Uważam, że często bywa ona oznaką wielkoduszności, a nadmierna, przesadna surowość cechuje bardzo specyficzny typ ludzi, których z trudem akceptuję.

    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  45. "...zgodę na kłamstwo wywołaną instynktem samozachowawczym."

    ćmy też lecą do światła...np. świecy i płoną.
    jak na mój gust to uprawia pani - pardon le mot - "babskie gadanie"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "ja bardzo przepraszam - jestem, czuję się bezbronny". <= zakończenie komentarza @jana kowalskiego z 15 listopada 2016 07:07

      Rozumiem, że to przykład męskiego gadania?

      Po raz drugi uprzejmie proszę, żeby dał Pan sobie spokój z oceną moich komentarzy.

      Usuń
  46. Pani Urszulo,

    Oczywiście, że nie uwzględniam „czegoś tak prozaicznego jak biologia”.
    A nie uwzględniam dlatego, że wspomniany przez Panią czynnik ma niewielki (bądź żaden) związek z tematem poruszonym tekście.
    Uważam bowiem, że uwolnienie Polaków od mezaliansu z Onymi, nie wymaga heroicznej odwagi i nie grozi wielkimi konsekwencjami. Nie ma zatem potrzeby walki z „naturalnymi bezpiecznikami” ani obowiązku pokonywania instynktu stadnego.
    Ci, którzy wskazują na problemy związane z realizacją tego obowiązku, nie chcą pamiętać rzeczy podstawowej: nigdy tego nie próbowano.
    Przez ostatnie trzy dekady, nie pojawił się nikt - ani jeden polityk, autorytet bądź inny „ekspert”, który zechciałby postawić taki postulat na arenie publicznej.
    O tym się nie mówi i nie wspomina, traktując dychotomię My-Oni jako rzecz nieistniejącą lub zalęgłą w umysłach skrajnych oszołomów i wariatów. Nie muszę chyba przypominać, jaki przekaz obowiązuje w przestrzeni publicznej III RP i z jaką wściekłością traktowane są wszelkie poglądy sprzeczne z tym przekazem.
    Wychodząc zatem od refleksji nad stanem faktycznym, trzeba sobie wyraźnie powiedzieć, że na przestrzeni dziesięcioleci „wolnej Polski”, ten temat w ogóle nie istniał. Był objęty anatemą i całkowicie zakazany.
    Mój obecny status, osiągnięty przecież w czasie „dobrej zmiany”, doskonale to potwierdza. Jak również próba dyskusji na ten temat z panią dr Fedyszak Radziejowską.
    A skoro temat nie istniał i nigdy nie powiedziano naszym rodakom, że żyją w fałszywej wspólnocie z Obcymi – gdzież tu miejsce na ograniczenia biologiczne i konieczność pokonywania „instynktu samozachowawczego”?

    Można natomiast pokusić się o eksperyment myślowy i zbudować model historii alternatywnej, w którym postawimy tylko jeden warunek.
    Oto w roku 1989 „nasi” opozycjoniści przejęli władzę z rąk komuny i powiedzieli Polakom następującą nowinę: PRL nie była państwem polskim lecz tworem okupacji sowieckiej, komunizm jest wrogiem polskości, a każdy, kto służył okupantowi w policji politycznej lub partii komunistycznej i prześladował Polaków, należy do grupy Obcych.
    Tychże Obcych należy więc zidentyfikować, osądzić i wykluczyć ze wspólnoty narodowej. Zbrodniarzy postawimy pod ścianą, resztę skażemy na banicję lub długoletnie więzienia. Odbierzemy im majątki, pozbawimy praw obywatelskich i wykluczymy z życia publicznego. Postąpimy tak, jak hitlerowskimi renegatami Quislinga postąpili Norwegowie.
    Gdyby wówczas (lub wkrótce po 1989) tak zrobiono, czy powiedziałaby Pani,że wymaga to od Polaków „zdolność do przyswajania nieszczęścia” i pokonania ”instynktu samozachowawczego”? Bo, jeśli mnie pamięć nie myli, nastroje społeczne bezwzględnie sprzyjały takim rozstrzygnięciom, a wielu prawych ludzi wręcz domagało się tego aktu sprawiedliwości dziejowej.

    cdn

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chcę powiedzieć, że dość łatwo jest dzisiaj wskazywać na przeszkody i mnożyć groźne ostrzeżenia. Trzeba sobie jednak uświadomić, że ich zasadność nie wynika z uwarunkowań historycznych bądź ograniczeń społecznych. One zostały nam narzucone w ramach „nowej świadomości” i zaszczepione podczas trzydziestu lat zabójczej indoktrynacji.
      Dlatego są dziś wskazywane jako „obiektywne przesłanki”.
      Postąpiono z nami, jak z głupim niewolnikiem, któremu każdego roku dokładano kolejną obrożę, ujmowano porcji jedzenia i zmniejszano celę. Po trzydziestu latach, będzie on święcie przekonany, że jego stan zniewolenia jest całkowicie naturalny, a zrzucenie obroży graniczy z cudem.
      To, do czego namawiam, nie jest na miarę herosów i nie wymaga ogromnych poświęceń.
      To zaledwie powrót do normalności i przywrócenie rzeczom prawdziwego kształtu.


      Ojciec Bocheński nigdy nie próbował nas namawiać do świata „wyzwolonego z emocji”. I ja tego nie robię. Pani bardzo uprościła to arcyważne przesłanie.
      Chodzi wyłącznie o obowiązek używania rozumu. Własnego, nie cudzego.
      Tu znowu dochodzimy do definicji normalności.
      Myślenie krytyczne, analityczne, nie jest tylko zadaniem dla filozofów. To obowiązek każdego człowieka – w miarę tego, co mu dano.
      Nie istnieje też alternatywa - rozum lub uczucie, bo jedno i drugie konstytuuje człowieka.
      Bez rozumu, bylibyśmy tylko zwierzętami, bez uczuć – tylko maszynami.
      Jeśli kierujemy się uczuciem, to nie po to, by pokonać rozum, a jeśli używamy rozumu, to nie do walki z uczuciem.
      Rozum jest nam dany, bo ma nas zbliżać do prawdy. W tym zakresie ma też świadczyć pomoc uczuciom.
      Szczególnie zaś w kwestii najważniejszej – rozpoznania dobra i zła.
      O tym mówił ojciec Bocheński.

      Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  47. Panie Aleksandrze,

    Dziękuję za odpowiedź. I od razu wyjaśniam. Nie chodziło mi bynajmniej o usprawiedliwianie tzw. zwykłych ludzi (90% populacji), tylko o zracjonalizowanie samej sobie motywów ich postępowania, które są przyczyną bierności i godzenia się na wszystko w imię świętego spokoju. Rozmawiałam trochę na ten temat z "elektoratem patriotycznym" i wie Pan, co najczęściej słyszałam? - "Nic mnie to nie obchodzi, niech oni (rządzący) się teraz tym martwią, ja mam ważniejsze sprawy na głowie", etc. Dalsza dyskusja była bezprzedmiotowa, często zresztą wywoływała agresję drugiej strony.

    Czy chcemy tego, czy nie, większość Polaków - i to, niestety, także tych młodych i bardzo młodych - zupełnie nie interesuje się polityką, przyjmuje ją jak coś, co nie ma najmniejszego związku i wpływu na ich życie, a zagadnienia, które poruszamy na tym blogu traktują jak fanaberię.

    Sądzę, że gdyby im teraz powiedziano, że w "suwerennej Polsce" są nadal zniewoleni i żyją w matrixie nie uwierzyliby, albo jeszcze gorzej - nic by to ich nie obeszło.

    Co oczywiście nie oznacza, że rząd mieniący się polskim nie powinien o tym mówić. Ale kiedy widzę, jak sobie rządzący radzą choćby z "odkłamywaniem przeszłości", myślę, że i tak nic by z tego nie wyszło.

    Nie ma komu poruszać sumień ani w rodzinie, ani w kościele, a tym bardziej w szkole. A jeżeli tacy się znajdują (np. Pan i ten blog) - stanowią zagrożenie dla kasty rządzącej i są spychani do niszy internetowej.

    Postuluje Pan "powrót do normalności" - chodzi zapewne o II RP. Ale czy wówczas tej "normalności" nie wprowadzano odgórnie, stosując odpowiednie do zagrożeń, radykalne środki? A i tak nie do końca wszystko się powiodło. Myśli Pan, że dzisiejsi politycy byliby do tego zdolni?

    I na koniec: nie da się nikogo nakłonić, a tym bardziej zmusić do krytycznego myślenia. Kto ma to zresztą robić? Nauczyciele? Przecież oni sami tego nie praktykują.

    Pozdrawiam serdecznie

    PS. Niczego nie upraszczałam. To był tylko krótki (z konieczności) komentarz na blogu, w którym starałam się zasygnalizować swoje intuicje. Wyjaśniające - nie usprawiedliwiające. Ale chyba nie zostałam zrozumiana.

    OdpowiedzUsuń
  48. Pani Urszula pisze:
    "Nie ma komu poruszać sumień ani w rodzinie, ani w kościele, a tym bardziej w szkole"

    ... to mi wygląda na przyznanie się do stanu ( jednak!) bezbronności czytaj bezradności.
    Ale..."chłopaki nie płaczą", bo głupio to wygląda. Raczej.

    Poza wszystkim - ma Pani piękne zasługi w ewokowaniu komentarzy Autora:)


    OdpowiedzUsuń
  49. Szanowna Pani Urszulo,

    Na wstępie chcę wyznać, że i ja wielokrotnie próbowałem sobie racjonalizować motywy i sposób dokonywania wyborów przez ową "większość" . I przyznam, nieraz ocierałem się o bezsilność, wściekłość i zniechęcenie.
    Wszak jednak, po wielu porażkach i momentach rezygnacji, uzmysłowiłem sobie to, że prawda o tym, iż tylu ludzi nie potrafi myśleć w kategoriach długofalowych i identyfikować się z dobrem ogólnym, nie powinna nas przecież zaskakiwać i dziwić!
    Zrobiony dziś "deal", obojętne, czy to dotyczy interesu czy wyboru postępowania, skutkujący zaspokojeniem pragnienia posiadania, trwania i przeżycia, to był od zawsze imperatyw postępowania obywateli wszystkich społeczności, teraz i dawniej. Przyszłość, szczególnie ta dalsza, jest perspektywą. Nie da się jej zagwarantować, jest celem, marzeniem, mgłą. Na dodatek, jakże mało od nas zależną. Właśnie dlatego, normalnością jest "racjonalizacja" postępowania nastawionego na bliski, realny i korzystny dla nas skutek. Przekonanie o konieczności wyboru jutrzejszego "wyższego" celu kosztem utraty dzisiejszych dóbr, nie ma więc wielkiej szansy bez kryterium rozumu, oraz intuicyjnej często, gdy zdolności i wiedzy nam najnormalniej nie wystarcza, zdolności rozpoznania dobra i zła. W tym momencie pojawia się, bo musi, pojęcie Boga i Jego wykładni tego co dobre i tego co złe. Zerwanie w codziennym myśleniu z tym kryterium, stanowi najistotniejszy element destrukcji naszych umysłów.
    Paradoksalne, ale istota naszej wiary, nieudawadnialna prawda o Bogu i Jego prawach, stanowi fundament rozumowego odkrywania codzienności dzisiaj, bo pozwala nam właśnie mądrze zmierzyć się z wyborem pomiędzy dzisiejszym moim "dealem" a odległym być może, przyszłym dobrem większej społeczności.
    W szczególności, tej nam dość bliskiej.
    Słabość tego elementu w naszym życiu, stanowi fundamentalną przeszkodę poznania.
    Po takiej konstatacji, przestałem się już zadręczać. Rzecz nie w samym rozumie, ale w otwarciu na prawdę. Tę pisaną z małej i dużej litery.
    Zgodnie z tym, tytułowa "droga do wspólnoty" jako aksjomat "pojednania jako źródle dobra", bez rzetelnego odwołania do Boga i jego nauki, może prowadzić do sprzecznych wniosków. W tym tych odwracających pojęcia. Tak się to właśnie dzieje dzisiaj, na naszych oczach. Podobnie zresztą było w przeszłości, gdzie nie brakuje odwołań do postaci papieży i ich postępków skrajnie niezgodnych z Ewangelią i jej duchem. Kościół jest i był wspólnotą ludzi grzesznych, włącznie z papieżami, biskupami i nawet [ :)) ] członkami KEP.
    Choć to ostatnie najbardziej boli!
    Proszę wybaczyć ten przydługi wywód, ale wiem, że piszę do osoby wierzącej i kierującej się podobnym rozumieniem pojęć podstawowych. Mnie samemu dojście do powyższych wniosków zajęło wiele lat. Ale do dziś mam czasem ochotę wykrzyknąć: głupcy, po stokroć głupcy!
    Tym bardziej ważne jest dla mnie (i innych) z trudem piszącego tych parę zdań, by osoby o takich horyzontach, wiedzy i umiejętności formułowania myśli, jak Pani i nasz Gospodarz, nie poniechały trudu wyjaśniania i pomocy w rozeznaniu tego co właściwe a co złe.

    Pozdrawiam Panią serdecznie
    Zaścianek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytanie tekstów i komentarzy na Bez Dekretu od zawsze sprawia mi wielką frajdę. Bardzo też lubię teksty Pani Urszuli. To, że zdarzało mi się je komentować nie wynika z ( Boże broń!) lekceważenia a było tylko prostą, wręcz odruchową reakcją na wybrany wątek. Kiedy jest się po terminie w biologicznym fachu a i gdy intelektu nie dostaje, trudno o " gadanę" na wzór choćby Gospodarza.
      Chcę powiedzieć też, że niezbyt adekwatne do intencji moich wypowiedzi jest odcinanie się Pani Urszuli. Dobry nauczyciel znajdzie ukryty sens w nawet, powiedzmy, niezbyt składnym pytaniu czy odpowiedzi ucznia.
      Ale... my tutaj o elitach. Kilka dni temu byłem na spotkaniu. Studenci Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie zorganizowali odważnie ciekawą debatę: „Polsko-ukraińskie relacje w cieniu Wołynia: historia naznaczona cierpieniem”. Spotkanie istotnie - interesujące, aula wypełniona głównie młodzieżą lecz bardzo niedobrze się poczułem, gdy jeden z trzech obecnych prelegentów zaczął " wyjaśniać" przyczyny zaistnienia "wydarzeń" na Wołyniu kształtowaniem się narodowej tożsamości ukraińskiej.
      To tak jakby rzeź niewiniątek w Betlejem była konieczna i konstytutywna dla zaistnienia nowej religii, jaką stało się chrześcijaństwo.
      Skracając - jeśli i w tej kwestii obecni dobrozmianowcy( bo co do zaczadzonych ekumenicznym dymem hierarchów straciłem złudzenia) mają kłopot w wytyczeniu granicy dobro-zło to...Pani Urszulo - jak nie poczuć się, hmm..."bezbronnym"?

      Usuń
  50. Szanowny Panie Zaścianku,
    przepraszam, że odpowiadam na Pański wywód nie do mnie kierowany.
    Ale muszę to napisać: dla mnie opisany przez Pana mechanizm zawierania "dealu" i tworzenia "racjonalizacji" jako początek destrukcji osobowości jest czymś niezwykle odkrywczym i prawdziwym. Mógłby też stanowić inspirację do dalszych rozważań. Zaraz przeczytam po raz trzeci, żeby dobrze to zrozumieć i przyswoić sobie.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  51. Szanowny Panie Zaścianku,

    Dawno nie słyszałam na tym blogu tylu dobrych i miłych słów, bardzo Panu dziękuję. I serdecznie je odwzajemniam, bo wysoko cenię i bardzo lubię Pańskie opinie i zawsze niecierpliwie na nie czekam.

    To, co Pan napisał, oprócz tego że miłe i dobre, jest bardzo mądre i muszę wszystko gruntownie przemyśleć.

    Na razie więc napiszę, że ma Pan po stokroć rację. Zawsze łatwiej żyć i nie zagubić się w życiu, kiedy jest się obdarzonym łaską głębokiej wiary. Mam szczęście znać kilka takich osób i szczerze im zazdroszczę, ale nie ośmieliłabym się z nimi porównywać. Podobnie nigdy nie przyszłoby mi do głowy, aby nie dostrzegać wielkiego dystansu dzielącego nas od naszego Gospodarza. Kiedy w 2009 r. trafiłam na blog "cogito" byłam tak oszołomiona poziomem, szczerością i odwagą wyrażanych tu opinii, że obawiałam się odezwać. Ale onieśmielenie szybko minęło, zwłaszcza że zostałam potraktowana z dużą życzliwością. (Pan Aleksander to nie tylko rozum, ale też i niezła intuicja. :)))

    Dawniej, kiedy więcej w nas było radości i nadziei, często pisaliśmy z Kolegami, że ten blog to nasz kawałek wymarzonej Polski. Tak jest nadal, tylko tej radości i wzajemnej sympatii jakby mniej. Szkoda.

    Dlatego raz jeszcze dziękuję i serdecznie Pana pozdrawiam,

    Urszula

    OdpowiedzUsuń
  52. Panie Aleksandrze & Wszyscy Państwo,

    Przed chwilą przeczytałam i gorąco polecam „POLSKI” KOMUNIZM ■■ - artykuł płk. Matuszewskiego z czerwca 1946 r.:

    https://wzzw.wordpress.com/2016/11/24/%e2%96%a0%e2%96%a0-polski-komunizm-%e2%96%a0%e2%96%a0/

    Ciekawa jestem opinii.

    Pozdrowienia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uważam, że to bardzo trafne stwierdzenia w odniesieniu do Polski. Zło najpełniej wyraża się poprzez kłamstwo i nienawiść. Proszę zwrócić uwagę, jak celnie uderza w nas swoją specyfiką. Czy można sobie wyobrazić skalę zniszczenia umysłów i sumień mieszkańców Polski, gdyby komunizm przybrał inne oblicze np. niemieckie a nie polskie? (pomijam, że historycznie było to praktycznie niemożliwe). Myślę jednak, że Zło przybiera też formę najlepszą dla regionu. Jego zdolność dostosowywania się powoduje, że uderza najcelniej w społeczności w zależności od ich specyfiki. Wystarczy spojrzeć w regiony konfliktów i niepokojów społecznych na świecie.
      Przez wiele lat intuicyjnie to dostrzegałem, ale prawdę o naszej polskiej słabości w oparciu o pewną wiedzę i doświadczenia osobiste, zdobyłem znacznie później. Dziś widzę ją podobnie jak autor tekstu.
      Nie dziwi mnie więc, że Gospodarz, osoba najpełniej w mojej ocenie uosabiająca dzisiaj świadomy antykomunizm, oraz po części Jego środowisko, są często postrzegani jako wręcz mitomani, gdy w przestrzeni wokół nas jest tylu skażonych wirusem antypolskości wniesionej pod sztandarami "równości społecznej" i "społeczeństwa idealnego".

      Pozdrawiam

      Usuń
  53. Jako notoryczna "mitomanka" serdecznie pozdrawiam "mitomanów". Dziękuję Państwu! Ta wymiana myśli powyżej to było dla mnie silne pokrzepienie na DOBRANOC

    OdpowiedzUsuń