Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

czwartek, 12 grudnia 2013

JĘZYK – ICH ZDRAJCA


Tragedia smoleńska jest bez wątpienia tym wydarzeniem w najnowszej historii Polski, które w sposób szczególnie wyrazisty obnaża nasz stosunek do prawdy, ujawnia najgłębsze cechy osobowości i pozwala identyfikować więzi z polską tradycją i kulturą. Rzeczywiste rozbieżności w ocenie przyczyn tragedii nie wynikają przecież z rzekomych odmienności politycznych, lecz sięgają znacznie głębiej, w pokłady naszego człowieczeństwa, systemu wartości czy poczucia więzi narodowej.
Zasadniczym atrybutem umożliwiającym dostrzeżenie tych różnic, jest z pewnością język. To w sferze słowa i elementarnych pojęć następuje demaskacja myśli i projekcja ukrytych intencji. Słuchając różnych wypowiedzi, nie zwracamy zwykle uwagi na ich pierwotne źródła lub inspiracje. Dopiero wskazanie tych związków pozwala zrozumieć, skąd pochodzą określenia i wzorce, którymi posługują się dziś wyznawcy wersji moskiewskiej.
Jedno z najgroźniejszych semantycznych fałszerstw, które po 10 kwietnia wytyczyło drogę do tzw. pojednania polsko-rosyjskiego, pojawiło się tuż przed dniem narodowej tragedii. Ze względu na mroczną przeszłość autora tych słów, ukazuje ono rzeczywisty fundament, na którym zbudowano gmach tego „pojednania”. 
23 marca 2010 roku, były płk SB Tomasz Turowski, informując Katolicką Agencję Informacyjną o przygotowaniach do 70. rocznicy zbrodni katyńskiej powiedział: „Ogrom krwi narodu rosyjskiego, tych którzy zginęli podczas represji rosyjskiej, ze strony Kościoła prawosławnego miesza się tam z krwią polską. To jest testament dla przyszłych pokoleń polskich i rosyjskich, żeby krew przelana poprzez tych samych katów, poprzez tych, którzy wykonywali wyroki i na swoich współobywatelach i na Polakach - była zaczynem realnej przyjaźni i realnego pojednania między Polską i Rosją"
Ta kazuistyczna retoryka, w której krew ofiar zrównano z krwią oprawców, była nie tylko sprzeczna z prawdą historyczną i nie tylko zamazywała odpowiedzialność Rosjan za zbrodnie na Polakach. Niosła drwinę z zasad chrześcijańskiego pojednania, które dla swojej autentyczności wymaga otwarcia na prawdę, wyznania winy, nawrócenia i zadośćuczynienia za krzywdy. Dwa dni po tragedii smoleńskiej, ten sam architekt „pojednania” w wywiadzie dla rosyjskiego radia FINAM FM. oznajmił: „I Rosja, i Polska należą do tej samej ogromnej judeo-chrześcijańskiej tradycji, a wielkie rzeczy w tej tradycji zawsze rodziły się we krwi. I jestem pewien, że z tej krwi wyrośnie to, na co my wszyscy czekamy - nowe, dobre stosunki pomiędzy Polską i Rosją”.
Identyczny przekaz mogliśmy usłyszeć 15 kwietnia 2010 roku, gdy abp Józef Życiński podczas homilii wygłoszonej w lubelskiej katedrze stwierdził: „Krew naszych rodaków, która wsiąkła w ziemię rosyjską, na tym terenie, gdzie przedtem wsiąkała krew bohaterów rozstrzelanych za miłość do ojczyzny – niech z tej gleby wyrosną dojrzałe kłosy rodzące chleb pojednania”, oraz dwa dni później, z ust prymasa Henryka Muszyńskiego, który pouczył wiernych, iż „krew przelana przed 70 laty, potrafi łączyć zarówno polityków, jak i zwykłych szarych ludzi. Z perspektywy 70 lat widać wyraźniej niż kiedykolwiek, że niewinnie przelana krew ofiar tego samego, nieludzkiego systemu, która wsiąkła w tę samą ziemię i dzieliła nas przez pokolenia, nie musi koniecznie dzielić, a może także łączyć.”
Nietrudno dostrzec genezę kłamstw i manipulacji używanych w sprawie tragedii smoleńskiej. Wściekłość, z jaką zwolennicy wersji rosyjskiej odrzucają analogie ze zbrodnią katyńską, nakazuje poszukiwać tych źródeł właśnie w obszarze fałszerstw komunistycznych związanych z  ludobójstwem na polskich oficerach.
To w tzw. propozycjach Henryka Świątkowskiego, szefa Zarządu Głównego Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej i ministra sprawiedliwości w latach 1945-65 znajdziemy inspiracje dla obecnej kampanii atakowania i dyskredytowania naukowców  współpracujących z zespołem smoleńskim. Jej pierwowzór był rozgrywany w latach 1951-53, gdy namiestnicy sowieccy oczerniali ekspertów i naukowców biorących udział w katyńskiej ekshumacji, którzy podjęli następnie współpracę z Komisją Katyńską Kongresu USA. W dokumentach z roku 1951 znajdziemy zalecenia dotyczące „zbierania materiałów krytycznych i analitycznych” na temat tych osób oraz „poszukiwania materiałów kompromitujących kwalifikacje naukowe i osobiste”. Ówczesna dyspozycja Świątkowskiego dotycząca zainicjowania „akcji śledczej, specjalnie wśród kół naukowych, (która) może ujawnić wiele materiału kompromitującego ich jako fachowców i jako ludzi” - brzmi niczym instrukcja wydana dzisiejszym ośrodkom propagandy i przedstawicielom „instytucji naukowych” z peerelowskim rodowodem.
Nienowa jest również praktyka oskarżania osób, które w poszukiwania prawdy o tragedii smoleńskiej chciałyby angażować instytucje międzynarodowe i rządy innych krajów. Określenia o  „działaniu na szkodę państwa”, „nieuznawaniu państwa polskiego” ( T. Nałęcz) czy wręcz „działaniach ocierający się o zdradę” (Graś), należy odczytywać w kontekście oskarżeń, jakie komuniści stawiali m.in. pisarzom (Goetlowi, Skiwskiemu i Mackiewiczowi) uczestniczącym w wizji lokalnej w Katyniu i głoszącym prawdę o winie Rosjan. Prokurator Sądu Karnego w Krakowie, w wydanym w roku 1945 nakazie aresztowania wysuwał absurdalne zarzuty „popełnienia zbrodni przeciwko państwu polskiemu i działań na szkodę państwa”, kierując je wobec ludzi, których świadectwo zagrażało sowieckiemu łgarstwu.
Na Goetla i Skiwskiego poszukiwano obyczajowych kompromatów”, zaś środowisko literackie zostało nakłonione do wyrażania „aktów potępienia”. Nietrudno dostrzec analogie z zachowaniami „elit” III RP bądź zaangażowaniem samozwańczych „autorytetów etycznych” atakujących  osoby współpracujące z zespołem parlamentarnym PiS.
Gdy Bronisław Komorowski ocenia efekty pracy tego zespołu, jako „teorię opartą na zerowych dowodach, szkodzącą i relacjom wewnętrznym w Polsce i relacjom zewnętrznym również”, Donald Tusk mówi o „niszczeniu dobrych relacji ze wszystkimi sąsiadami” i „nieodpowiedzialnych politykach, którzy na katastrofie smoleńskiej budują sobie pozycję polityczną”, zaś głosom przedstawicieli reżimu wtóruje Zbigniew Brzeziński, perorując, iż sugestie o winie Rosjan to  coś wstrętnego i szkodliwego”, a samo mówienie o zamachu prowadzi do „podważenia fundamentów i szacunku dla państwa, Polski i polskiej demokracji” - mamy do czynienia z argumentacją znaną z niedalekiej przeszłości.
W opinii dwóch biegłych - wojskowych politruków (pracowników Wojskowej Akademii Politycznej im. Feliksa Dzierżyńskiego), wydanej w roku 1980 na wniosek prokuratury, oskarżającej Romualda Szeremietiewa za napisanie memoriału, w którym przypominał winnych zbrodni katyńskiej, można przeczytać, że „kłamstwa tego rodzaju kierowane na forum międzynarodowe nie oznaczają tego samego, co kłamstwa rozpowszechniane wewnątrz kraju. Dyskredytują bowiem państwo, podważają zaufanie do jego szczerości i jego inicjatyw.” Politrucy pouczali również, iż „obowiązkiem Polaka jest dbać o imię własnej Ojczyzny i własnego narodu niezależnie od wyznawanych przekonań politycznych. Rozwijanie w kraju i za granicą krzykliwej propagandy wokół tzw. sprawy katyńskiej, organizowanie manifestacji przed polskim przedstawicielstwami dyplomatycznymi za granicą nie tylko szkodzą państwu, lecz stanowią element poniżania narodu polskiego.
Język i argumentacja, stosowane dziś przez zwolenników wersji moskiewskiej w niczym nie odbiegają od komunistycznych wzorców i bezbłędnie wskazują swoje źródło cywilizacyjne. Niezależnie - o jakich „wartościach demokracji” rozprawiają ci ludzie i jak głośno krzyczą o „psuciu państwa”- zdradza ich język i mentalna sukcesja.
W żadnej kulturze europejskiej nie ma bowiem takiej normy, która podważałaby prawo do poznania okoliczności śmierci osób bliskich lub pozwalała deptać pamięć o zmarłych. Nigdzie też, poza „nieludzką ziemią”, z której władcami chcą nas jednać ludzie reżimu, nie ma przyzwolenia na taką nikczemność, by lżyć i oskarżać tych, którzy chcą ujawnienia prawdy o śmierci swoich rodaków. 

Artykuł opublikowany w nr 50/2013 Gazety Polskiej

20 komentarzy:

  1. język ten przejawia się też i na dole, nie tylko na ,,salonach".
    jechałem pociągiem spowolnionym 10 godzin przez orkan, więc pasażerowie się rozgadali. w moim przedziale brylował jegomość, który opowiadał, jak to zabezpieczał ,,w jednym z państw azjatyckich operacje wojskowe polskiej armii", co demaskowało go już na wstępie jako typa z SWW. facet zdominował siedzące w przedziale stadko homo sovieticusów, perorując własnie tym językiem, o którym traktuje dzisiejszy tekst Pana Ściosa, tylko o wiele bardziej brutalnym.
    Zabezpieczał podobno też Smoleńsk, rozczulał się więc nad gościnnością Rosjan, ich kulturą, wspominając, że gdyby była wojna, to ,,wszystkie pańśtwa dawnego sojuza razem, jeden za wszystkich, wszyscy za jednego" (podniecił się bardzo tym tematem), po czym przejechał sie po ,,parti na trzy litery, która zyje nienawiścią do Rosji". choć nie jestem przyjacielem PiSu, zapytałem go o partie na dwie litery, która rządzi tak fajnie, że z Polski wyjechało już prawie trzy miliony Polaków, co go trochę skonfudowało, ale reszta pasażerów ujęła sie za nim (chyba sądząc, że moje pytanie świadczy o agresji), i doszli do wspólnego wniosku, że ,,chodzi o to ,żeby było dobrze na dole, a nie jaka partia rządzi" (nikt z nich chyba nie rozumiał, że rządzi określona grupa polityczna, a opozycja, nawet jeśli mierna i bierna, to jednak nie rządzi).
    Potem jednak grubawy jegomośc zdradził, że był tak szkolony do ,,zabezpieczania polskiej armii w jednym z pańśtw Azji", żeby broń boże nie urazić nawet najmniejszym gestem muzułmanów, bo co u nas normalne, to u nich ... więc on na wszelki wypadek strasznie uważał na tym punkcie, bo nie chciałby mieć kłopotów.
    ot, i wszytsko o średnim i dolnym szczeblu ,,sołdatokracji", a przy okazji i homo sovieticusie napełbniajacym przedział (tylko jedna pani nic nie mówiła, więc podejrzewam, że mogła mieć odrębne zdanie, ale nie chciała szarpać się z ogółem). lizusowkie zachwyty sojuzem, pełne dzikiej chęci dołączenia do bandy jako daleki sługus, a jednocześnie strach przed światem niekontrolowalnym i brutalnym, jkaim jest Islam.
    bo zgadzam się z wspisem Pana Ściosa z któregoś z poprzednich tekstów, że Moskwa nie ma wpływu na Islam. Byłem właśnie w egipcie i napatrzyłem się i nasłuchałem trochę. jedyna nadzieja (w nadzieji...i bulu), że Rosja dostanie jednak solidnego kopa od imamów, bo chyba po załamaniu gospodarczym, jakie ich czeka po 2016 r. (termin ukońćzenia terminalów LNG w Stnach), 20 % ,,wiernych" w Federacji Rosyjskiej będzie problemem numer dwa. A może numer jeden? hehehehhe

    pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam
      Warto też zwrócić uwagę, że język motłochu rządzącego i rządzonego zaostrza się - przykładem pierwszego jest oczywiście parszywy tweet Kuczyńskiego, zaś przykład 2-go opisał Pan Wojciech Miara.
      Kolejna sprawa to prymitywizm wręcz i niekonsekwencja ich posunięć i reakcji.
      Otóż wyciągnięto jakieś kwity (bo nawet nie teczkę) na prof. Cieszewskiego, których nawet nie potrafią odpowiednio zinterpretować (pomijam Sekielskiego ale Dudek ?? Za parę groszy świeci oczami ??) ale już twierdzą, że kładzie się to cieniem na profesora.
      Lata całe wywalane są 10-tki kwitów na TW Bolka (p-ko Cieszewskiemu mają jakiś kawałeczek kartki) ale to nie "świadczy o niczym", wychodzą "Resortowe dzieci" ale przecież "dzieci nie odpowiadają za czyny rodziców" (tylko korzystają z ich zdrady sprzedajności - chciałoby się powiedzieć...).
      A Cieszewski to agent bo znaleziono kwit, z którego niewiele wynika. Ich rozumiem - ale motłoch rządzony pochłaniający bezrefleksyjnie obie narracje mnie nie przestaje zadziwiać.

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    3. "motłoch rządzony pochłaniający bezrefleksyjnie obie narracje mnie nie przestaje zadziwiać".
      Panie Tomaszu, mnie nie zadziwia. Motłoch jest tylko motłochem i nie ma co poświęcać mu uwagi. Przyjdą inni władcy, to im będzie lizał buty.
      O wiele groźniejszym zjawiskiem jest ten motłoch, który po wymordowaniu polskich elit przez dwóch okupantów, zajął miejsce tychże elit. Między innymi ciągłość języka i praktyk tych pseudoelit opisuje w swym artykule p. Ścios.

      Usuń
  2. Wojciech Miara,

    Bardzo pouczający przypadek. Na szczególną uwagę zasługuje brak reakcji odbiorców na bełkot owego esbeka.
    Ponieważ wspominamy dziś rocznicę stanu wojennego, warto zauważyć, że przed trzydziestu laty byłoby niemożliwe, by jakikolwiek esbek mógł publicznie chwalić się swoimi "dokonaniami". To również pokazuje skalę upadku naszego społeczeństwa.

    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  3. Tomasz Ptak,

    Przede wszystkim trzeba przypomnieć, że na prof.Cieszewskiego nie znaleziono żadnego "kwitu".
    Dopisek, na który powoływał się funkcjonariusz TV, mający świadczyć o zarejestrowaniu Cieszewskiego jako TW został zrobiony później niż podstawowy dokument, innym charakterem pisma i innym długopisem. Nie można zatem stawiać żadnego znaku równości między ujawnieniem przeszłości ewidentnych kapusiów (na podstawie dokumentów IPN), a esbeckimi matactwami funkcjonariuszy propagandy.

    Mnie natomiast zastanawia inna okoliczność. Dlaczego funkcjonariusze obecnego reżimu reagują z taką wściekłością i oburzeniem na ujawnienie ich zafajdanej przeszłości? Dotyczy to przecież ludzi, którzy bronią dziś spuścizny PRL-u i gloryfikują komunistycznych bandytów.
    Czy w tej sytuacji nie powinni być dumni ze swoich życiorysów, z faktu donoszenia na SB, ze współpracy z resortem "człowieka honoru"? Bo skoro na szacunek zasługuje Jaruzelski i Kiszczak, tym bardziej należy się on tym, którzy współpracowali z bezpieką. Jak zatem można oburzać się na fakt ujawnienia tak chwalebnej przeszłości?
    Jest w tej niekonsekwencji jakaś zadziwiająca tajemnica hańby i upodlenia, która nawet takich sowieckich rabów zmusza do reakcji i odruchu sumienia. Choćby nawet nie potrafili go nazwać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A. Ścios, T. Ptak,

      ,,Dlaczego funkcjonariusze obecnego reżimu reagują z taką wściekłością i oburzeniem na ujawnienie ich zafajdanej przeszłości? Dotyczy to przecież ludzi, którzy bronią dziś spuścizny PRL-u i gloryfikują komunistycznych bandytów".

      Podobny dylemat miał S. Michalkiewicz, który sądził się z TVNem za to (tzn. TVN go pozwał), że nazwał tą stację telewizją założoną przez WSI. Dowodził w sądzie, ze skoro WSI są tak wspaniałą, zasłużoną dla Polski służbą, jak przedstawia to m. in. właśnie TVN razem z całym establiszmentem medialnym, to taka wypowiedź nie może być uznana za zniesławiającą. Nie podziałało.Sąd i TVNowcy czuli się dotknięci.

      Ale moim zdaniem, tu nie chodzi o ,,odruch sumienia", tylko o: 1)straszny strach przed
      jasnym i prostym wskazaniem tych oczywistych, ale tylko dla mniejszości, okupacyjnych korzeni TVNu i innych środowisk; 2) wewnętrzną potrzebę snobowania się na ,,europejskich", ,,niezależnych" dziennikarzy - bo w gruncie rzeczy ten rynsztok post-urbanowski jest słabiutki psychicznie. Mocni powiedzieliby tak jak Urban (silny świadomością przynależności do głównego trzonu mafii): tak, jesteśmy komuchami i bandytami, i co nam Pan zrobi?

      ale takie Moniki Olejnik naprawdę chciałyby zarazem czerpac korzyści ze swojej agenturalnej pozycji, ale i uchodzić za Jewropejkę. Ona kocha te obcasy, torebki, ten blichtr... Można to w odpowiednich modyfikacjach przenieść na większośc tego srodowiska, od dziennikarzy po prezesów (akurat pozwolę sobie odnieść się głównie do mediów, choć oczywiscie problem jest szerszy).

      Dlatego ś. p. Lech Kaczyński zrobił wielki błąd, że taką Olejnikową przepraszał (za nazwanie jej ,,Stokrotką" w programie na żywo, co wywołało u niej torsje).




      A odnośnie prof. Cieszewskiego, to pomijając oczywisty kontekst polityczny tego ataku, ciekawe, gdzie są ci wszyscy, któzy bronili przed ,,dziką lustracją"? Np. prof. Wolszczana, hehehehehehe.

      Usuń
    2. A. Ścios,

      post scriptum:

      Jeszcze jedno: obiecał/wspomniał Pan kiedyś, że napisze Pan analizę polskiej sceny politycznej (elektoratu), rozprawiając sie z ,,mitycznym centrum". Przyznam, że czekam od dawna na taką publikację (bedę czekał cierpliwie, ile trzeba). Sam zastawiam się, czy aby rzeczywiście tak nie jest, że gonienie za ,,wyborcą centrowym" to pułapka, bo ten centrowy ma blokadę przed skrętem na prawo. Jak widzę takich małych gegaczy o aspiracjach drobnomieszczańskich , którzy mnie otaczają w wielkiej liczbie, to myślę o tej Pańskiej opinii.

      Język rzeczywiście może być tu pewnego rodzaju ,,zdrajcą", czyli indykatorem, bo wielu ,,konserwatywnych" cofa się jak w panice przed dialektyką stawiającą sprawy na swoim miejscu (nie chodzi mi tylko o SMoleńsk, choć to papierek lakmusowy, ale i o służby, korupcję w sądach i wiele innych rzeczy).

      pozdrawiam serdecznie

      Usuń
    3. Panie Aleksandrze
      Pisząc "kwit" w sprawie prof Cieszewskiego użyłem skrótu myślowego bo oczywiście wiemy, że to popelina...
      Co do charakteru pisma i pewnych innych adnotacji na tym "kwicie" już wyraziłem swoje zdanie gdzie indziej więc nie ma wątpliwości czemu ta akcja służyła i jaka była wartość tegoż właśnie "dokumentu".
      Co do dalszej części Pana wywodu i wściekłości elit III RP w momencie ujawniania ich życiorysów ich pochodzenia to mamy dwie dalsze kwestie stanowiące o ich niekonsekwencji:
      - otóż dobry tydzień temu kiedy już wiadomo było, że "Resortowe dzieci" wychodzą jak filip z konopi wyskoczyli niejaki K. Piasecki oraz Kolenda-Zaleska że; " Wygląda na nagromadzenie naciąganych tez, bzdur i śmiesznych oskarżeń" lub że ta książka to "podłe świństwo". No więc nie przeczytali książki a już mieli o niej gotowe zdanie - czymże więc był program wobec Cieszewskiego jak nie " nagromadzeniem naciąganych tez, bzdur i śmiesznych oskarżeń" a więc w konsekwencji "podłym świństwem" ? :)
      - ponoć kolejni medialni celebryci potem już orzekli, iż ta książka to "nurzanie się w szambie..." Dawno nie spotkałem tak krytycznego i celnego chyba określenia na ich właśnie życiorysy... I to z ich ust... :)

      Wojciech Miara
      Ja jestem ten "konserwatywny", ja w normalnym państwie szukałbym partii, która w sprawach światopoglądowych broni rodziny i tradycyjnych wartości przed tym lewackim gęganiem..., ja szukałbym partii która w sprawach gospodarczych dąży (naprawdę) do budowy silnej klasy średniej, doreguluje Polskę już nie tylko w zakresie wolnych zawodów ale i korupcjogennych, niejasnych i już wręcz absurdalnych przepisów i ograniczeń administracyjnych, odwszawiającej Polskę z sędziów orzekających jeszcze w PRL-u i budującej sprawny i skuteczny aparat sprawiedliwości i ścigania...
      Ale wiemy dobrze że tak nie ma, że bez wyjaśnienia Smoleńska, przynajmniej lustracji sądownictwa, prokuratury i adwokatury, a także pozbycia się złogów SB i WSI ze służb specjalnych nigdzie nie dojdziemy.
      Dlatego tematyki np. partii Gowina kompletnie nie podejmuję bo jest to po prostu kolejny wykwit III RP - ludzie całkiem przyzwoici dają się na to nabiera - "dajmy im szansę", "nie skreślajmy ich", "to na kogo Ty zagłosujesz, skoro już wszyscy byli..."
      Dużo rzeczywiście tych gęgaczy aż ręce opadają - nie wiem czy tak naprawdę PiS ma o co walczyć...

      Usuń
    4. T. Ptak,

      Gowin i jego ekipa dla mnie to po prostu klon rozwiedki. Niektórzy ludzie będący w tej partii może nie do końca to rozumieją, ale tym gorzej dla nich. A co sądzić o takim Wiplerze, który wstrzymał sie przy głosowaniu nad kasą dla IPNu na ekshumację łączki?> jak ktoś chce reaktywować Unię Wolności, to niech na tych ludzi głosuje.

      pozdrawiam

      Usuń
  4. Jeżeli język może być zdrajcą – to może być też bohaterem.
    Nie możemy wyjść na ulicę i pałować się z czerwonym motłochem… przynajmniej na razie, ale potrzebna jest nam niezawodna broń do uśmiercania kłamstwa i kłamców III RP. Potrzebne są słowa , potrzebne są zdania, potrzebne są argumenty które powtarzane jak mantra przebudują świadomość niezdecydowanych lub zagubionych. Słowa które wypowiadane lub nie – podzielą społeczeństwo na My i Oni. Niech stygmatyzują największe czerwone szumowiny. Trzeba wiedzieć wyraźnie obok kogo i z kim się żyje. Szkoda czasu na powitania z lepkimi rączkami i uśmiechy w buraczane pole. Oni nie dają nam żadnych szans ani praw. Chcą nas zniszczyć.
    Nie możemy udawać że jest inaczej – trzeba podnieść rękawicę i walczyć. W tym wypadku terapia szokowa może być jedynym rozwiązaniem. Kłamstwo jest kłamstwem, zdrada zdradą …. A zdrajcy zdrajcami. I na tym polu czekam na czytelny jasny przekaz …

    OdpowiedzUsuń
  5. Aleksander Ścios :
    . Dlaczego funkcjonariusze obecnego reżimu reagują z taką wściekłością i oburzeniem na ujawnienie ich zafajdanej przeszłości?

    /W żadnej kulturze europejskiej nie ma bowiem takiej normy, która podważałaby prawo do poznania okoliczności śmierci osób bliskich lub pozwalała deptać pamięć o zmarłych. Nigdzie też, poza „nieludzką ziemią”, z której władcami chcą nas jednać ludzie reżimu, nie ma przyzwolenia na taką nikczemność, by lżyć i oskarżać tych, którzy chcą ujawnienia prawdy o śmierci swoich rodaków. /



    ..../Jednym z celów naszych działań w Wolnych Związkach Zawodowych Wybrzeża (i poza WZZ) było przywrócenie Polsce niepodległości i oddanie sprawiedliwości zdrajcom i katom naszej Ojczyzny./


    Z wyrazami szacunku dla Pańskiej służbie Polsce

    Jan Karandziej/

    http://wzzw.wordpress.com/2013/12/07/jan-karandziej-list-otwarty-do-prezesa-instytutu-pamieci-narodowej-w-sprawie-odznaczenia-%E2%98%9A%E2%97%99%E2%97%99%E2%97%99%E2%97%99-przeczytaj/

    OdpowiedzUsuń
  6. .
    Język kłamie głosowi, a głos myślom kłamie...

    Panie Aleksandrze,

    W najnowszej historii Polski jest tylko jedna data porównywalna z dniem tragedii smoleńskiej. To 13 grudnia 1981r. - dzień ogłoszenia stanu wojennego przez ówczesnego prokurenta Moskwy, który - jak nam każe do dziś wierzyć załgana propaganda - wybrał "mniejsze zło".

    Kto wie, czy współcześni "namiestnicy" także nie wybrali "mniejszego zła" - prokurując Smoleńsk? Jestem przekonana, że tak będą się tłumaczyć, kiedy zostaną spisane czyny i rozmowy...

    Po 70 latach - Katyń II - w wykonaniu tych samych oprawców, tylko tym razem - przy współudziale (nominalnie) polskich władz. Stąd trauma porównywalna do tej jaką odczuwali Polacy na wieść o dołach katyńskich i strzałach w potylicę. Czasem - myślę - nawet większa, gdy z przerażeniem dowiaduję się o przytłaczających nawet greckie tragedie, pośmiertnych losach Anny Walentynowicz...

    I zaprzaństwie ONYCH, którzy najchętniej wyparliby na zawsze z pamięci zarówno 13 grudnia 1981, jak i 10 kwietnia 2010, a tych z nas, którzy zapomnieć nie dają i domagają się prawdy - po odebraniu nam godności ("sekta smoleńska") - zakopali "na metr głęboko".

    Myślę tu zarówno o bezpośrednich sprawcach, jak i o tych, którzy na kłamstwie - powtórzę - przytłaczającym greckie tragedie - usiłują zbudować "pojednanie". I zapędzić naród w kolejną niewolę. Nie wierzę, żeby nie zdawali sobie z tego sprawy, dlatego z całego serca nimi gardzę. Bez względu na ich szarże i godności. Czy to świeckie, czy duchowne.

    Język - ich zdrajca... w końcu ich zaprowadzi tam, gdzie od dawna ich miejsce. Do dołów wiecznej hańby!


    Pozdrawiam Pana

    OdpowiedzUsuń
  7. ...

    I jeszcze nieco bolesnych wspomnień z tak nieodległej przeszłości, po której nie nastąpił spokój i wyciszenie, bo jak się okazuje, TO BYŁ DOPIERO POCZĄTEK ZDRADY!

    18 kwietnia 2010. Krakowski pogrzeb Prezydenta i jego Małżonki.

    Wszyscy tam byliśmy, Pan zapewne też. Ból, ale i determinacja: ŻE JUŻ NIGDY...!

    A potem słowa, których nie daje się zapomnieć, słowa kard. Dziwisza, wypowiedziane nad trumnami pary prezydenckiej, skierowane... nie do żałobników, ale do ruskiego prezydenta. Słowa kłamliwe, fałszywe, wywołujące skurcz serca i mimowolny okrzyk: "Ty zdrajco!"

    "Siedemdziesiąt lat temu Katyń oddalił dwa narody, a ukrywanie prawdy o niewinnie przelanej krwi nie pozwalało zabliźnić się bolesnym ranom. Tragedia sprzed ośmiu dni wyzwoliła wiele pokładów dobra tkwiących w osobach i narodach. Współczucie i pomoc, jakiej doświadczyliśmy w tych dniach od braci Rosjan, ożywia nadzieje na zbliżenie i pojednanie naszych dwóch słowiańskich narodów. Te słowa kieruję do Pana Prezydenta Rosji. Oto zadanie dla naszego pokolenia. Podejmijmy je wielkodusznie! Prosił o to również zmarły Prezydent w przemówieniu, którego już nie wygłosił w Katyniu. Powiedział: „drogą, która zbliża nasze narody, powinniśmy iść dalej, nie zatrzymując się na niej ani nie cofając".


    Oto człowiek, który nie zawahał się nie wykonać powierzonego sobie testamentu Jana Pawła II, teraz fałszuje myśli i słowa Prezydenta. Bo urywa cytat w miejscu kluczowym...

    Przytaczam zakończenie niewygłoszonego przemówienia Lecha Kaczyńskiego na grobach Ofiar Zbrodni Katyńskiej (całość tutaj):

    "Drogą, która zbliża nasze narody, powinniśmy iść dalej, nie zatrzy­mując się na niej ani nie cofając. Ta droga do pojed­nania wymaga jednak czytelnych znaków. Na tej dro­dze trzeba partnerstwa, dialogu równych z równymi, a nie imperialnych tęsknot. Trzeba myślenia o wspól­nych wartościach: o demokracji, wolności, plurali­zmie, a nie – o strefach wpływów.

    Tragedia Katynia i walka z kłamstwem katyńskim to doświadczenie ważne dla kolejnych pokoleń Polaków. To część naszej historii. Naszej pamięci i naszej tożsamości. To jednak także część historii całej Euro­py, świata. To przesłanie dotyczące każdego człowieka i wszystkich narodów. Dotyczące i przeszłości, i przy­szłości ludzkiej cywilizacji. Zbrodnia Katyńska już zawsze będzie przypominać o groźbie zniewolenia i zniszczenia ludzi i narodów. O sile kłamstwa. Bę­dzie jednak także świadectwem tego, że ludzie i naro­dy potrafią – nawet w czasach najtrudniejszych – wy­brać wolność i obronić prawdę.

    Oddajmy wspólnie hołd pomordowanym: pomódlmy się nad ich grobami. Chwała bohaterom! Cześć ich pamięci!"


    = = = =

    Testamentu Jana Pawła II nie wykonał także polski episkopat, nie dochodząc prawdy o "umęczonym za wiarę" bł. Księdzu Jerzym. Ciężki grzech zaniechania natychmiast pociągnął następne. Pierwszym z nich było przypisywanie fałszywych intencji bł. ks. Jerzemu, poprzez przytaczanie "wygodnego" fragmentu słów św. Pawła: Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj! , które święty ksiądz uczynił swym hasłem.

    Dzisiaj pamięta się tylko: "Zło dobrem zwyciężaj!"

    Ale o tym, że ten tylko może stawić czoła złu, kto sam mu nie uległ - wielu zapomina...

    A potem wiedzie nas DROGĄ DO CERKWI...

    Na zatracenie.


    Pozdrawiam raz jeszcze




    OdpowiedzUsuń
  8. Wojciech Miara,

    Opowieści o mitycznym "elektoracie centrowym" odzwierciedlają raczej potężne kompleksy tzw.politologów niż mają związek z rzeczywistością. Mówię o kompleksach, bo miło jest sądzić, że żyjemy w państwie, w którym istnieją cywilizowane normy demokracji, a obywatele posiadają rzetelną wiedzę o świecie i zgodnie z tą wiedzą potrafią dokonywać racjonalnych wyborów i kształtować poglądy polityczne.
    Ta mitologia ma także oczywisty związek z narzuceniem Polakom takich sztucznych tworów, jak Unia Wolności, UD czy KLD (oraz wiele pomniejszych odmian), które miały generować zainteresowanie ludzi "umiarkowanych" i "rozsądnych".
    Owym politologom (a nazywając po imieniu - demagogom), należałoby zadać proste pytania: na fundamencie jakiej wiedzy (politycznej, historycznej) Polacy nabyli te niezwykłe umiejętności? Gdzie kształtowali swoje poglądy? Na czym uczyli się dokonywać mądrych i racjonalnych wyborów? Skąd czerpali wiedzę o rzeczywistości III RP?
    Bo jeśli z tak zatrutych źródeł, jak TVP,TVN,Polsat czy "media" Michnika ( a to przecież przekaźniki "wiodące")- to o jakim racjonalizmie czy dojrzałości możemy mówić?
    Ten przekaz mógł wykształcić (i zrobił to) rzeszę otępiałych przeżuwaczy i intelektualnych inwalidów, ale nigdy nie byłby zdolny zbudować wspólnoty otwartej na sensowną , nieskrępowaną myśl.
    Jak zatem owo "centrum" miało powstać i gdzie wytworzyło swoje "umiarkowane" poglądy?
    Jeśli ze zderzenia "prawdy" TVN z "prawdą" Michnika - to efektem będzie raczej pokraczny bękart ciemnoty i prostackiej propagandy niż obywatel świadomy swoich praw.

    Jest w moim tekście zdanie: "Rzeczywiste rozbieżności w ocenie przyczyn tragedii nie wynikają przecież z rzekomych odmienności politycznych, lecz sięgają znacznie głębiej, w pokłady naszego człowieczeństwa, systemu wartości czy poczucia więzi narodowej."
    Jeśli to zdanie uznamy za prawdziwe, trzeba z wielkim przerażeniem patrzeć na naszych rodaków.

    Pozdrawiam Pana

    OdpowiedzUsuń
  9. Rob Roy,

    Cytowałem kiedyś słowa Józefa Mackiewicza:
    "My musimy komunizm wyniszczyć, wyplenić, wystrzelać! Żadnych względów, żadnego kompromisu! Nie możemy im dawać forów, nie możemy stwarzać takich warunków walki, które z góry przesądzają na naszą niekorzyść.
    Musimy zastosować ten sam żelazno-konsekwentny system. A tym bardziej posiadamy ku temu prawo, ponieważ jesteśmy nie stroną zaczepną, a obronną!".

    Wiemy, że w III RP taki przekaz i zawarty w nim postulat, są zakazane. Również dlatego, że oficjalna historiozofia nakazała nam wiarę w "śmierć komunizmu" oraz postrzeganie w jego funkcjonariuszach i sukcesorach, "światłych demokratów" lub "ludzi honoru".
    Ponieważ ten nakaz przyjęła również obecna opozycja, nie posiadamy żadnych środków do prowadzenia sensownej i skutecznej walki.
    Postulat podziału na My i Oni, o którym piszę od kwietnia 2010 roku jest dziś w równym stopniu objęty zapisem cenzury w ośrodkach propagandy jak i w "naszych" mediach.
    Mogę powiedzieć, że w przypadku "naszych" jest to jedna z przyczyn marginalizowania lub przemilczania wielu tekstów.

    OdpowiedzUsuń
  10. Pani Urszulo,

    Dziękuję za te wyśmienite komentarze. Niewiele potrafiłbym dodać do tak celnych uwag.
    W jednym z komentarzy napisała Pani:
    "Myślę tu zarówno o bezpośrednich sprawcach, jak i o tych, którzy na kłamstwie - powtórzę - przytłaczającym greckie tragedie - usiłują zbudować "pojednanie". I zapędzić naród w kolejną niewolę. Nie wierzę, żeby nie zdawali sobie z tego sprawy, dlatego z całego serca nimi gardzę. Bez względu na ich szarże i godności. Czy to świeckie, czy duchowne."

    To są dwie, rzekłbym podstawowe kategorie współczesnych zdrajców. Jest jednak jeszcze kategoria trzecia. Równie niebezpieczna, choć często nienazwana i niedostrzegana.
    Myślę o tych wszystkich ludziach z "naszej" strony (publicystach, politykach, intelektualistach,blogerach), którzy wykazują determinację ( a nawet odwagę) w piętnowaniu i nazywaniu po imieniu zdrady elit rządzących, a jednocześnie nie są zdolni wykrztusić jednego słowa na temat zdrady dokonywanej przez polskich hierarchów. Oni tego nie tylko nie nazywają, ale nawet nie chcą widzieć.
    To jest zachowanie niepojęte - a tak skundlone, niegodziwe i krótkowzroczne, że nie znajduję właściwych słów, by wyjaśnić ów fenomen. Przypomina ono postawę człowieka, który wprawdzie łapie bandytę za rękę, a nawet uchyla się od zdradliwego ciosu, a jednocześnie patrzy ze spokojem (?) jak inny niegodziwiec zakłada mu pętlę na szyję.
    W takich ludziach dokonuje się głęboki i niszczący akt zdrady. Niszczący nie tylko ich samych, ich sumienia i system wartości, ale przede wszystkim tych, którzy dają wiarę ich słowom (lub ich milczeniu).

    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  11. Panie Aleksandrze,

    Myślę, że w przeciwieństwie do Pana, potrafię sobie zracjonalizować zachowania ludzi, którzy widzą zdradę hierarchów, ale nie ośmielają się o tym ani mówić ani pisać.


    Proszę najpierw posłuchać "Polskiego Betlejem", choć czas jeszcze nie kolędowy...

    http://www.youtube.com/watch?v=cEYkZlaPjtU

    Nauczeni przyzywać
    Boga po imieniu
    Zapomnieli swojego,
    gdy naszła ich śmierć


    W obliczu wydarzeń, przekraczających ludzką miarę, jak Katyń czy Smoleńsk, tysiącletnia tradycja chrześcijańskiej Polski zaszczepiła w nas instynktowne zwrócenie się do Boga. Czynimy to od wieków za pośrednictwem polskiego Kościoła. Który nas dotąd nigdy nie opuścił ani nie zdradził. Nawet podczas czarnej stalinowskiej nocy tliła się w Polakach nadzieja, bo Kościół (w osobie Prymasa Wyszyńskiego) trwał przy swoim NON POSSUMUS!

    Dlatego wielu po prostu nie przyjmuje do wiadomości, że po dziesięciu wiekach wierności narodowi, polscy hierarchowie - po raz pierwszy w historii - naród odstępują. A ci z nich, którzy to jednak widzą, powodowani instynktowną bojaźnią - nie ośmielają się o tym myśleć, mówić, czy pisać.

    Bo do tego potrzeba nie tylko odwagi, ale i czystego serca.

    Tak myślę. Zapewne naiwnie. I zdaję sobie sprawę, że to jest myślenie życzeniowe.

    Ponieważ większość wymienionych przez Pana "publicystów, polityków, intelektualistów, blogerów" zapewne MILCZY z niepojętego (dla mnie) KONIUNKTURALIZMU, a nie z bojaźni bożej.


    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  12. @A. Ścios, @Urszula Domyślna @All

    Cóż można dodać do tak znakomitego tekstu? Odpowiednią myśl znalazłem dopiero w chwili, gdy czytałem świetny komentarz Pani Urszuli z 15 grudnia 2013 16:16. Przypomniała w nim jak kard. Dziwisz cytując jedynie fragment słów Ś.P. Lecha Kaczyńskiego, zafałszował rzeczywistą treść wypowiedzi i intencje Prezydenta.

    Cofnijmy się nieco w czasie. Przyjeżdżając do Polski w dobie reżimu Jaruzelskiego Jan Paweł II (któremu towarzyszył Stanisław Dziwisz) doskonale zdawał sobie sprawę, w jaki sposób i jakim językiem posługują się komuniści. Przemawiał zatem tak, aby nie tworzyć najmniejszych nawet pozorów, że posługuje się tymi samymi co oni kategoriami. Pewnych formuł w ogóle nie używał, bo wiedział, że są one jedynie propagandowym liczmanem.

    W czasie pielgrzymki w 1987 r., gdy reżim już szykował klimat do "przemian" i "okrągłego stołu",(choć o "okrągłym" meblu jeszcze wtedy nie mówiono, a kształt przemian był niejasny) Papież ani razu nie wspomniał o porozumieniu czy pojednaniu narodowym - a właśnie takie słowa-wytrychy były odmieniane przez wszystkie przypadki w komunistycznych przekaźnikach.

    Czy dziś te słowa-wytrychy z czymś się nie kojarzą? Czy obok zadekretowanego pojednania z cerkwią i Rosjanami, nie trąbią nam w szczekaczkach z udawaną troską, że jesteśmy podzieleni, że dziś w Kogresie USA trzebaby, niestety, mówić, "My, naród podzielony"... A przecież tak nam jest potrzebne "Bądźmy razem", bądźmy radośni i tego typu zawołania. W dzisiejszych Wiadomościach TVP o godz. 19.30 wypuszczono balon próbny i pokazano zabytkowy, okrągły mebel, który miałby znów okazać się potrzebny...

    Jan Paweł II wiedział jak komuniści fałszowali słowa, jakie znaczenia im nadawali. Nie miał wątpliwości, że są one jeszcze jednym instrumentem opresji. Ani przez chwilę nie chciał tworzyć pozorów wspólnoty, ani też umożliwiać komunistom różnego rodzaju propagandowych machinacji. Nie chciał dopuścić do tego, by PRL-owscy macherzy głosili swoje kłamstwa cytując jego słowa.
    Dziś mamy zupełnie analogiczną sytuację. Wyciąga się z kontekstu pojedyncze zdania, fałszuje, zmienia sensy, dodaje własne, przedstawia w innym świetle. Można za takie czynownictwo liczyć na nagrody - jak red. Kublik, którą nagrodzono za machinacje związane z wypowiedziami członków komisji min. Antoniego Macierewicza.
    Dziś Jarosław Kaczyński czy Antoni Macierewicz muszą uważać jeszcze bardziej niż w czasach komuny. Bo aparat propagandowy jest jeszcze silniejszy. Nie mogą sobie pozwolić na ani jedno zdanie, które dałoby się wyrwać z ciągu wypowiedzi i użyć dla reżimowych celów.

    Historia zatoczyła zatem koło... A może tylko wciąż dreptała w miejscu?

    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  13. @

    Panu Aleksandrowi, Panu Krzysztofowi i NAM wszystkim, którzy nawet CONTRA SPEM SPERAMUS, fragment piosnki norwidowej dedykuję:


    Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba
    Podnoszą z ziemi przez uszanowanie
    Dla darów Nieba....

    Tęskno mi, Panie...


    Do kraju tego, gdzie pierwsze ukłony
    Są, jak odwieczne Chrystusa wyznanie,
    "Bądź pochwalony!"

    Tęskno mi, Panie...


    Do bez-tęsknoty i do bez-myślenia,
    Do tych, co mają tak za tak - nie za nie,
    Bez światło-cienia...

    Tęskno mi, Panie...


    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń