Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

środa, 23 lutego 2011

KOLONIA „ZAUFANYCH PRZYJACIÓŁ”

Gen Witalij Pawłow, szef rezydentury KGB w Polsce w latach 1973-84, wspominał w swoich pamiętnikach: „KGB nie miało w Polsce agentów, a jedynie zaufanych ludzi wśród przyjaciół".
To zdanie sowieckiego oficera, doskonale znającego realia PRL zawiera klucz do zrozumienia sytuacji, w jakiej znalazła się Polska po blisko czterech latach rządów obecnego układu. Dynamizm tragicznych przemian, dokonujących się na polskiej scenie był możliwy, bo za kulisami wielu z nich stali ludzie z kręgu rosyjskich „przyjaciół”, obsadzeni w III RP w rolach artystów, publicystów, biznesmenów czy polityków. Wykreowanie takich procesów nie wymagało nawet bezpośredniego udziału rosyjskiej agentury. Rosjanie musieli ją mieć w RFN, Kanadzie czy w USA. W Polsce wystarczył  krąg "przyjaciół", a w nim mniejsze grono "zaufanych ludzi".
Grozę dzisiejszego położenia potęguje fakt, że ogromna grupa Polaków zapomniała lub nie chce pamiętać o dziesięcioleciach sowieckiej okupacji, a tym bardziej nie chce wiedzieć – kim byli i kim są „zaufani wśród przyjaciół”. Mamy do czynienia z zadziwiającym paradoksem, bo choć nikt o zdrowych zmysłach nie uznałby powojennej Polski za państwo wolne i demokratyczne, bez sprzeciwu godzimy się nazywać takim III Rzeczpospolitą, w której członkowie partii założonej przez okupanta brylują w życiu publicznym, a funkcjonariusze sowieckich organów represji rozgrywają nasze interesy i kreują się na „fachowców od bezpieczeństwa”.  
Wolno postawić tezę, że wygrana środowiska Platformy Obywatelskiej w wyborach 2007 roku miała otworzyć drogę do pełnej reaktywacji wpływów obozu moskiewskiego i zapoczątkowała proces recydywy rządów „zaufanych wśród przyjaciół”. Proces na tyle głęboki, że można mówić o powrocie do relacji istniejących w okresie PRL-u i budowaniu nad Wisłą rosyjskiego dominium. Niewątpliwie też,  logika zdarzeń ostatnich lat pozwala dostrzec, że był to proces kontrolowany i planowy, przeprowadzony według sensownego scenariusza, w którym tragedia smoleńska odgrywa rolę punktu zwrotnego w dziejach Polski.
Już w roku 2007 Rosja powitała zmiany  na naszej scenie politycznej dygresją Michaiła Margielowa, przewodniczącego Komisji Spraw Zagranicznych Rady FR: „Problemów w stosunkach rosyjsko-polskich przy Jarosławie Kaczyńskim nagromadziło się wiele, a ich likwidacja będzie wymagać czasu” – orzekł rosyjski polityk.
W kwietniu 2008 roku płk Putin zapewniał, że "problemy z Polską dadzą się rozwiązać dzięki Tuskowi", a po wygranych przez Komorowskiego wyborach prezydenckich, szef komisji spraw zagranicznych Dumy Konstantin Kosaczow z radością odnotował ten fakt, mówiąc : „Z Polską, gdzie prezydentem jest pan Komorowski, a rządem kieruje pan Donald Tusk, będzie się nam udawać znajdować punkty styczne i porozumienie znacznie bardziej konsekwentnie i konstruktywnie niż działo się to dotychczas w warunkach stałego współzawodnictwa prezydenta i rządu.” W tym samym, tryumfalnym tonie informował wówczas dziennik „Izwiestija”: "Wybranie na prezydenta pragmatyka Komorowskiego ustawiło wszystko na swoje miejsca. Ideologicznie emocjonalna przesada epoki Kaczyńskiego dobiegła końca.”
Rzecz jasna – tego rodzaju deklaracje przedstawicieli państwa rosyjskiego podważają propagandową tezę, jakoby Platforma Obywatelska miała być środowiskiem nowoczesnym i liberalnym, dążącym do swobód gospodarczych i poszerzania wolności obywatelskich. Nie przypadkiem politycy putinowskiej Rosji, upatrują przecież w PO naturalnego partnera i wiernego sojusznika – na wzór pereelowskiej grupy zarządzającej interesami okupanta. Dlaczego reżim Putina, odpowiedzialny za ludobójstwo, mordy polityczne, prześladowania opozycji i akty cenzury, bazujący na mafijnej oligarchii i ręcznym sterowaniu gospodarką dostrzega właśnie w partii „liberałów i demokratów” stosownego towarzysza – musieliby sobie odpowiedzieć wyborcy PO.
W logice działań podjętych przez tą grupę po 2007 roku, bez trudu można znaleźć źródła rosyjskich inspiracji, nawet jeśli wymóg zachowania fasadowej demokracji wymuszał nieznaczną modyfikację metod. Premierem i wicepremierem rządu nie zostali zatem funkcjonariusze pereelowskich służb, i nie od razu przystąpiono do ograniczenia swobód obywatelskich i niszczenia opozycji. Sterowanie Platformą przez tajnego współpracownika SB Olechowskiego, uruchomienie „autorytetów” koncesjonowanej opozycji czy obsadzenie stanowisk dyplomatycznych przez agenturę Departamentu I SB MSW dawało wrażenie „normalności”, w ramach iluzorycznej demokracji III RP.
Rosyjską wszechwładzę „siłowików” zastąpiono procesem bondaryzacji – czyniąc z największej tajnej służby „zbrojne ramię” grupy rządzącej i gwarant nienaruszalność interesów postkomunistycznej oligarchii. Tej potrzebie podporządkowano czystki w służbach specjalnych, doprowadzając następnie do przejęcia nowego kontrwywiadu wojskowego oraz faktycznej likwidacji jedynej służby antykorupcyjnej. Jednocześnie zadbano o przywrócenie wpływów „rosyjskiego peryskopu” - ludzi zlikwidowanych WSI oraz reaktywację układu medialno-biznesowego stworzonego przez to środowisko.
Od 3 lat rozwiązania rosyjskie są wzorem dla środowisk esbeckich, decydujących o kształcie ustaw w sferze bezpieczeństwa państwa. Na nich wzorowano ustawę o zarządzaniu kryzysowym oraz podpisaną niedawno przez Komorowskiego ustawę o ochronie informacji niejawnych. Z tego źródła wypływają inspiracje wprowadzenia cenzury Internetu i inwigilacji abonentów sieci komórkowych. W tym samym czasie, w putinowskiej Rosji wydawano kolejne akty prawne w ramach rządowego „programu bezpieczeństwa antykryzysowego” i „publicznej kampanii przeciwko terroryzmowi”. Polskie i rosyjskie regulacje łączył jeden, wspólny mianownik – prowadziły do zwiększania (i tak niebotycznych) uprawnień służb specjalnych, a tym samym do rozbudowy systemu kontroli nad społeczeństwem.
Opozycję należy bić pałką po łbie, a swoje poglądy może wyrażać za rogiem publicznej toalety” – ta z kolei, cenna myśl płk Putina stała się inspiracją dla marginalizacji roli opozycji w polskim parlamencie, imputowania jej zdrady i stawiania zarzutów dążenia do „rokoszu”. Prowadzona przez rządowe media kampania nienawiści wobec braci Kaczyńskich, liczne ataki i prowokacje – ale też okrutne morderstwo polityczne w łódzkim klubie PiS-u wpisywały się w logikę dyrektywy pułkownika KGB. Podobnie - antypisowska histeria, ów podstawowy atrybut integrujący „elity” III RP, należy do kanonu rosyjskiej dezinformacji i dobitnie świadczy o rozgrywaniu polskich spraw według kremlowskiego scenariusza. 
            Bezwzględne dowody na budowę rosyjskiego dominium w obszarze państwowości III RP znajdziemy w decyzjach politycznych i gospodarczych podejmowanych przez grupę rządzącą. Tu również można wskazać podstawową cechę: żadne nie były nieprzyjazne wobec Rosji, za to najważniejsze z nich służyły rosyjskim interesom.
Nie przypadkiem pierwsze miesiące rządów PO-PSL zdominowała sprawa tarczy antyrakietowej. Była wówczas rodzajem testu dla „zaufanych wśród przyjaciół” oraz wyrazistym, politycznym sygnałem wysłanym administracji amerykańskiej. Dzięki dokumentom dyplomatycznym ujawnionym przez Wikileaks wiemy dziś, że grupa rządząca kłamała, jakoby USA zrezygnowały z projektu tarczy z powodu obcięcia funduszy przez amerykański Kongres. Podobnie fałszywe były głosy polskich negocjatorów o zabiegach czynionych w kierunku zapewnienia nam „gwarancji bezpieczeństwa”, zagrożonego rzekomo przez fakt zainstalowania wyrzutni na polskiej ziemi. Wydaje się, że stanowisko rządu w kwestii tarczy zostało określone już po wizycie Donalda Tuska w Moskwie, w lutym 2008 roku. Od tego momentu nastąpiło wyhamowanie negocjacji, mnożenie przeszkód (kwestia gwarancji) oraz poszukiwanie pretekstu do przedłużania rozmów.  W czerwcu 2008 roku, na dwa miesiące przed napaścią Rosji na Gruzję, grupa rządząca była gotowa doprowadzić do zerwania rozmów z Amerykanami, bez wcześniejszego uzgodnienia sprawy z prezydentem. Fiasku negocjacji zapobiegła wówczas wizyta szefowej Kancelarii Prezydenta Anny Fotygi w Waszyngtonie i jej rozmowy z czołowymi politykami USA. Jak wynika z odnotowanej w dokumentach Wikileaks wypowiedzi Sikorskiego, nawet konflikt gruziński nie był w stanie sprawić, by minister spraw zagranicznych dostrzegł związek między napaścią na Gruzję, a gwarancjami bezpieczeństwa wynikającymi z obecności tarczy antyrakietowej.
Rezygnacja z tego projektu otworzyła drogę do przeorientowania polityki zagranicznej i była pierwszym czynnikiem, decydującym o powierzeniu Polsce roli rosyjskiego „konia trojańskiego”. Intencje Rosji w tym zakresie najpełniej wyraził Fiodor Łukianow redaktor naczelny prokremlowskiego pisma „Rosja w Globalnej Polityce”, pisząc: "jeśli nie będzie dużych błędów z rosyjskiej strony, to stosunki między Rosją i Polska będą co raz bardziej pragmatyczne. To jest wygodne dla Rosji gdyż Polska przez długi czas była główna przeszkodą dla realizacji europejskiej polityki Rosji".
Podstawowym elementem tej polityki była ekspansja rosyjskich koncepcji dotyczących bezpieczeństwa europejskiego oraz współpracy z UE i NATO. Jako nośnik kremlowskich planów wykorzystano politykę zagraniczną rządu Donalda Tuska i obecność Polski w strukturach europejskich. Nikogo też nie dziwił fakt, że Bronisław Komorowski ogłosił swoją wizję polityki wschodniej Unii Europejskiej przebywając w Jałcie, na zaproszenie fundacji Wiktora Pińczuka, kierowanej przez Aleksandra Kwaśniewskiego.
Kilka miesięcy wcześniej, podczas szczytu Rosja-UE w Rostowie nad Donem, rzeczniczka prezydenta Rosji oświadczyła, że Kreml liczy na zmianę stanowiska Polski w sprawie współpracy Federacji Rosyjskiej z UE. „Mamy nadzieję, że stosunki z Polską, jakie ukształtowały się w ostatnim czasie, doprowadzą do zmiany stanowiska Warszawy również w kwestii współpracy Rosji z Unią Europejską” – oznajmiła, dodając, że "strona rosyjska otrzymuje takie sygnały". Porozumienie o wzajemnych stosunkach między Rosją, a UE miało zostać podpisane jeszcze w 2009 roku. Na przeszkodzie stanęło jednak twarde stanowisko Lecha Kaczyńskiego. Powodem sprzeciwu prezydenta Polski były wydarzenia w Gruzji, stosowany przez Rosję szantaż energetyczny oraz polityka podporządkowania państw byłego Związku Sowieckiego. Po 10 kwietnia ta przeszkoda została usunięta.
Obecnie, każdy projekt polskiej polityki zagranicznej jest podporządkowany interesom Kremla. Do dyplomacji wrócili absolwenci Państwowego Instytutu Spraw Międzynarodowych (MGIMO), Akademii Dyplomatycznej czy podyplomowego studium w WSNS przy KC PZPR. Zadania stawiane polityce zagranicznej III RP wymagają kadr wyhodowanych w kuźniach aparatczyków i sowieckiej agentury. Nie przypadkiem, 15 lutego 2010 roku funkcję kierownika najważniejszej struktury wydziałowej misji - Wydziału Politycznego ambasady RP w Moskwie powierzono wieloletniemu agentowi SB Tomaszowi Turowskiemu, zlecając mu przygotowania do wizyty Lecha Kaczyńskiego w Katyniu, a ważnym Wydziałem Promocji Handlu i Inwestycji w tej ambasadzie kieruje Marek Ociepka – funkcjonariusz Departamentu I SB MSW.
Jedną ze sztandarowych inicjatyw dyplomatycznych rządu Tuska było tzw. Partnerstwo Wschodnie, w ramach którego planowano zbliżenie i integrację państw Europy Wschodniej i państw Kaukazu Południowego z Unią Europejską. Jedynym realnym działaniem w zakresie Partnerstwa, pozostaje projekt autorstwa rosyjskiego ministra Ławrowa, mocno forsowany przez Radosława Sikorskiego, dotyczący dwustronnej umowy z Moskwą, na mocy której mieszkańcy Obwodu Kaliningradzkiego mogliby przekraczać polską granicę bez żadnych ograniczeń wizowych. Ten obłędny zamysł, silnie wspierany przez Niemcy, służy również odbudowie wpływów niemieckich w Królewcu i wzmocnieniu istniejących już dążeń integracyjnych. Nietrudno dostrzec, że „projekt Prusy Wschodnie” ma stać się symbolem odbudowy relacji rosyjsko-niemieckich i choćby z tej przyczyny stanowi dla Polski śmiertelne zagrożenie. Miast roli państwa „rozszerzającego wpływy zachodnie poza wschodnie granice NATO”, Polska staje się „państwem transmisyjnym”, służąc ekspansji rosyjskich interesów i niemieckich dążeń.
Dla celów polityki rosyjskiej przystąpiono także do reaktywacji tzw. Trójkąta Weimarskiego. Entuzjastycznie przyjęty pomysł Komorowskiego, by zapraszając Rosję, uczynić z martwego „trójkąta” ożywczy „czworokąt”, ma oczywisty związek z planami włączenia Rosji w decyzje dotyczące całej Europy, jako państwa z wyraźnie zakreśloną strefą wpływów.
Z tych samych względów największą troską Bronisława Komorowskiego w trakcie ubiegłorocznego szczytu NATO w Lizbonie stała się kwestia „zbliżenia” Rosja-NATO. „Sojusz podkreślił chęć budowy systemu, który byłby w stanie współpracować z systemem rosyjskim. Ze strony rosyjskiej padły słowa, które świadczą o pełnym zrozumieniu dla takiego rozwiązania. Ze strony prezydenta Miedwiediewa została złożona bardzo ważna deklaracja, że Rosja zaakceptuje głębokość tej współpracy w zależności od propozycji sojuszu” – perorował w Lizbonie Komorowski, nie kryjąc swojej roli rzecznika interesów Moskwy.
Grupa rządząca sama daje przykład wzorcowej współpracy wojskowej z Rosją. Na przełomie lutego i marca 2010 roku do MON trafiło pismo attache wojskowego rosyjskiej ambasady ws. "wzmocnienia dwustronnej współpracy". Rosjanie zaproponowali wówczas współdziałanie Marynarek Wojennych obydwu państw na Morzu Bałtyckim, nawiązanie kontaktów dowódców jednostek przygranicznych i zgrupowań wojskowych oraz organizację nauczania polskich oficerów w rosyjskich ośrodkach szkolenia. Kwestie te były omawiane na spotkaniu przedstawicieli obydwu stron w Moskwie 22-24 marca 2010 r. W sierpniu 2010 zawitał do Warszawy szef rosyjskiego Sztabu Generalnego gen. Nikołaj Makarow. Mianowany przez Komorowskiego. nowy szef Sztabu Generalnego WP gen. Mieczysław Cieniuch zaproponował wówczas Rosjanom „wymianę doświadczenia w sferze unowocześnienia sił zbrojnych i nawiązanie roboczych stosunków między wojskowymi pododdziałami Wojsk Lądowych, Sił Powietrznych oraz Marynarki Wojennej, dyslokowanych w przygranicznych rejonach.” Zaplanowano również prowadzenie i obserwację wspólnych ćwiczeń, oraz szkolenie wojsk i dowództw. Inicjacji projektu „Układu Warszawskiego–bis” dokonano podczas niedawnej wizyty sekretarza Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej Nikołaja Patruszewa, zaproszonego na obchody dwudziestolecia prezydenckiego BBN-u.  Nawet rządowe media nie chwaliły się faktem podpisania z Rosją „Planu współpracy między Biurem Bezpieczeństwa Narodowego i Aparatem Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej na lata 2011-2012”, a jeszcze mniej mówiono o spotkaniu generała KGB Patruszewa z ministrem ON Klichem, podczas którego omawiano współpracę przygranicznych jednostek wojskowych i Marynarki Wojennej w przypadku – jak to określono „wystąpienia różnego rodzaju sytuacji kryzysowych”.
Jednym z najbardziej znaczących projektów politycznych, za którym stoją działania „zaufanych przyjaciół” jest umowa gazowa z Rosją, skazująca nas na 27 –letni dyktat Gazpromu i prowadząca do ścisłego związania polskiej gospodarki z interesami rosyjskimi. To symbol wasalnych, asymetryczny stosunków łączących grupę Donalda Tuska z reżimem płk Putina. Z przebiegu blisko dwuletnich negocjacji oraz końcowych ustaleń umowy wynika, że podstawowym celem wspólnej gry prowadzonej przez Putina i grupę rządzącą, było przede wszystkim zapewnienie Rosji władania eksterytorialnym odcinkiem gazociągu jamalskiego i czerpania z tego politycznych i ekonomicznych korzyści. Nawet pusta rura pozostająca pod rosyjskim nadzorem, byłaby nadal ważnym narzędziem nacisków na Polskę, a poprzez związanie całej infrastruktury przesyłowej ograniczałaby możliwości korzystania z innych źródeł zaopatrzenia w gaz. Wyjaśnień wymaga cały, długotrwały proces negocjacyjny kontraktu gazowego, prowadzony pod dyktando Rosji oraz rola „polskiego negocjatora”, wicepremiera Pawlaka. Być może, była to „rola życia” polityka zasłużonego w roku 1992 udziałem w przeprowadzeniu „nocnej zmiany”.
Zdobycie ważnego przyczółka – „kraju  prywislanskiego” pozwoli Gazpromowi ropocząć ekspansję na rynki europejskie. W ślad za nim podążają zawsze zastępy rosyjskich agentów i przedsiębiorców, powiązanych ze służbami specjalnymi FR. W Polsce „przyjazna” firma planuje nieco inną strategię. "Miejmy nadzieję, że w Polsce wejdzie w życie nowe pokolenie, które nie ma uprzedzeń. Ono być może zrozumie, że Polska musi szukać przyjaciół nie tylko w Ameryce, ale także w Rosji" - pisał we wrześniu 2009 roku komentator agencji Interfax po wizycie premiera Putina na Westerplatte. Wychowania nowego pokolenia „przyjaciół Rosji” podjął się zatem Gazprom, fundując stypendia doktoranckie dla młodych naukowców z Uniwersytetu Warszawskiego. Dzięki umowie, podpisanej z Uniwersytetem w maju 2010 r., Gazprom Export i EuroPol Gaz stali się fundatorami 18 stypendiów. W programie mają uczestniczyć młodzi naukowcy prowadzący badania na temat stosunków polsko-rosyjskich w wymiarze politycznym, gospodarczym lub kulturowym. Choć wytłumaczeniem dla tego typu działań jest poszukiwanie przez Uniwersytet środków na dalszy rozwój kadry naukowej, trudno nie dostrzec konsekwencji sponsorowania polskich naukowców przez rosyjską „firmę specjalnego znaczenia”.
W czasach PRL-u, rezydentury NKWD, a później KGB i GRU werbowały "przyjaciół" kwalifikując ich  na szkolenia do Moskwy. Setki funkcjonariuszy bezpieki cywilnej i wojskowej oraz rzesze aparatczyków i partyjnego „narybku” studiowało na sowieckich uczelniach, zdobywając zaszczytne miano „zaufanych wśród przyjaciół”. Podczas farsy okrągłego stołu spadł na nich ciężar legalizacji PRL-u oraz trudne zadanie przeprowadzenia „transformacji ustrojowej” i stworzenia podwalin bratniej III RP. Byli niezastąpieni w budowaniu „nowych” służb specjalnych, w zakładaniu partii i platform obywatelskich, w rozlicznych kampaniach medialnych, występując w nich jako „autorytety” i „eksperci”. Firma Gazprom zdaje się powracać do tej tradycji i w nieco zmodyfikowanej, nowoczesnej formie  próbuje kształtować nowe pokolenia „zaufanych”.
Dążenia rosyjskich strategów idą jednak dalej. Zakłada się bowiem nie tylko narzucenie Polsce dyktatu energetycznego, ale również odcięcie nas od alternatywnych źródeł zaopatrzenia w surowce. Ten cel zostanie osiągnięty, jeśli budowany obecnie gazoport w Świnoujściu nie będzie mógł przyjmować zbiornikowców o zanurzeniu większym niż 13 metrów, a położony na dnie morskim niemiecki odcinek gazociągu Nord Stream zablokuje wejście do polskich portów statków o największym tonażu. Już dziś istnieje realne zagrożenie, że dalsza budowa rosyjsko-niemieckiego gazociągu może skutecznie przekreślić polskie plany związane z dywersyfikacją dostaw gazu. Również w tej sprawie, grupa rządząca przyjmuje dyktat Moskwy bez sprzeciwu.
Częścią rosyjskiej strategii podboju energetycznego Polski jest również plan przejęcia Grupy Lotos. Podczas niedawnych obrad Forum Ekonomicznego w Davos rosyjski wicepremier Igor Sieczin i prezes koncernu BP Bob Dudley poinformowali o planach rozszerzenia współpracy między BP a rosyjskim Rosnieftem m.in. o projekty na europejskim rynku rafineryjnym. W grę wchodzi wspólne ubieganie się o przejęcie udziałów w Lotosie. Sieczin już wcześniej zapowiadał, że Rosnieft będzie zainteresowany przejęciem Grupy, w skład której wchodzi m.in. ważna spółka "Petrobaltic", wydobywająca ropę naftową na Morzu Bałtyckim i norweskim polu naftowym. Kupno Lotosu ułatwiłoby Rosjanom sięgnięcie po PKN Orlen, co oznaczałoby przejęcie całego przemysłu rafineryjnego w Polsce, a następnie ekspansję na Litwę i Czechy. Mimo zachowania pozorów przeprowadzenia procesów przetargowych, sprawa wydaje się przesądzona, skoro o przejęciu Lotosu rozmawiał z Komorowskim prezydent Rosji Miedwiediew, podczas grudniowej wizyty w Polsce.
            Nietrudno dostrzec, że żadne ze wskazanych przedsięwzięć nie zapewnia Polsce korzyści. W najbardziej skrajnych przypadkach – jak umowa gazowa, nie próbuje się nawet uzasadniać pożytków ekonomicznych. Realizacja tych pomysłów – przy czynnym współudziale grupy rządzącej, uczyni z Polski polityczną i gospodarczą kolonię, w której polską rację stanu zdefiniuje rosyjski interes. Tak groźne procesy nie byłyby możliwe, gdyby nie działalność obozu moskiewskiego, a w nim grupy „zaufanych przyjaciół”. Pora zrozumieć, że dopóki na polskiej scenie dominują rzecznicy dawnego okupanta, nie ma szans na powstrzymanie rozbudowy rosyjskiego kondominium. Dla nich, Rosja zawsze będzie „punktem odniesienia” w myśleniu o Polsce i świecie, a koligacje agenturalne czy więzy finansowe pozostaną nierozerwalne. Jedynie całkowite i radykalne pozbycie się tej antypolskiej grupy, może uchronić naszą państwowość.


Artykuł opublikowany w nr.8/2011 Gazety Polskiej  

3 komentarze:

  1. Dobry wieczór, Panie Aleksandrze,

    myślałam, że skoro nie odpowiada Pan na komentarze na S24, znajdę Pana tutaj. Ale i tu Pana nie ma.

    Gdyby miał Pan trudności z S24, proszę odpowiedzieć na tym blogu.

    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  2. Te ostanie dni znowu wstrzasnely mna do glebi - dowiaduje sie , ze "James Bond" sowieciarzy i niedawny ambasador tytularny w Moskwie - czyli Turowski, ktory zostal "odmrozony" i w trybie pilnym oddelegowany do "organizacji katastrofy" smolenskiej (znamienne przejezyczenie red. Ziemkiewicza), skutecznie wspomagal przejmowanie Kancelarii Prezydenta - prawem kaduka, dodajmy - przez Komorowskiego, blokujac powrot z Siewiernego ministra Sasina.

    Ten sam sowiecki szpieg (Turowski)mial nieprawdopodobne "szczescie" byc bezposrednim swiadkiem innego zamachu stulecia - na Jana Pawla II (!) - jak zauwazyl w programie J. Pospieszalskiego prof. Zybertowicz...

    Puzzle ukladanki , zwanej zdrada nakladaja sie coraz zgrabniej.

    Panie Aleksandrze, wprost postawil Pan problem zagrozenia naszej suwerennosci panstwowej. Podstawowe akty zaboru juz nastapily, jak np. dyktat energetyczny, czekaja na kulminacje "of perfect storm" , ktory nabiera rozpedu na Bliskim Wschodzie i wtedy ...?
    Ile jeszcze mamy czasu?


    Pozdrawiam,
    zoom

    OdpowiedzUsuń
  3. Ile jeszcze mamy czasu?
    Tyle, ile mamy jeszcze w sobie godności i szacunku do siebie i naszej Ojczyzny!

    OdpowiedzUsuń