Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

piątek, 2 kwietnia 2010

PATRIOTA Z PRZYPADKU

Od wielu lat, środowiska niepodległościowe apelują do kolejnych rządów III RP o degradację agenta sowieckich służb Wojciecha Jaruzelskiego. Równolegle, wnoszą o awansowanie pośmiertnie do stopnia generała brygady i przyznanie Orderu Orła Białego dla śp. pułkownika Ryszarda Kuklińskiego, dostrzegając w tym akcie symboliczne zamknięcie epoki PRL.

Mogłoby się wydawać, że wiedza, jaką mamy dziś o tych postaciach sprawi, iż słuszny postulat zostanie spełniony przez rządzących, a tym samy granice między zdradą, a bohaterstwem zostaną jasno wytyczone.

Wykorzystanie przez Rosję postaci agenta sowieckiego wywiadu „Wolskiego” do storpedowania wizyty prezydenta Kaczyńskiego w Moskwie, potwierdza przecież, że do ostatnich dni człowiek ten będzie działał w imię rosyjskich interesów i gorliwie wypełniał szkodliwą dla Polski misję. W tej sprawie - front obrońców Jaruzelskiego – od „Gazety Wyborczej”, po towarzyszy z SLD, może odczuwać satysfakcję, jeśli raz jeszcze agent „Wolski” okaże się przydatny w rozgrywaniu sprawy polskiej. Po 20 latach III RP nie może zaskakiwać, że fałszywy obraz PRL-u, tzw. ludowego wojska i postaci Jaruzelskiego, nadal stanowi dla komunistów i ich przyjaciół gwarancje trwałości porozumienia, zawartego przy „okrągłym stole.

Dziś jednak, na straży systemowego kłamstwa stoją ludzie, których opinia publiczna ma postrzegać jako patriotów, konserwatystów, a nawet obrońców tradycyjnych wartości. Dzięki medialnym fałszom i słabej pamięci Polaków, łatwiej przychodzi im działać w interesie peerelowskiego kłamstwa.

Przypomnę, że pułkownik Ryszard Kukliński, któremu III RP odmawia miana największego bohatera, podczas wizyty w Polsce w roku 1998 domagał się odtajnienia dokumentów z lat 60-tych i 70-tych, które jego zdaniem potwierdzały całkowite uzależnienie Ludowego Wojska Polskiego od ZSRR i służalczość niektórych generałów wobec Sowietów. Chodziło o udostępnienie polskiej opinii publicznej jednostronnych zobowiązań wojennych PRL na rzecz Związku Sowieckiego: między innymi, znanych Sztabowi Generalnemu LWP wojskowych planów operacyjnych, dotyczących ofensywy radzieckich sił zbrojnych na Zachodnią Europę.

„Nie chcę niczego podpowiadać – mówił wówczas Kukliński - ale to właśnie Sejmowa Komisja Obrony, na czele, której stoi poseł AWS Bronisław Komorowski, może wystąpić do Ministerstwa Obrony Narodowej z wnioskiem o otwarcie archiwów sztabu generalnego.”

Komisja mogła, jednak jej przewodniczący Komorowski nie był zainteresowany apelem Kuklińskiego. Pułkownik twierdził wówczas, że „z dokumentów, które powinny być jak najszybciej ujawnione, wyłania się tragiczna prawda o kompletnym braku zainteresowania Jaruzelskiego i jego towarzyszy broni losami własnego narodu. Im chodziło wyłącznie o dobrą opinię w oczach Kremla.”. „Trzeba wreszcie głośno powiedzieć to, czego część społeczeństwa tylko się domyśla, a reszta ulega urokowi generała Jaruzelskiego i wierzy w jego dobre intencje.” – sugerował Kukliński.

Czy Bronisław Komorowski był dobrym adresatem tego apelu? Nie sądzę.

Od momentu, gdy na początku lat 90. pojawił się MON, podjął się zleconej przez Mazowieckiego misji „odbudowy wizerunku wojska”. Wspomniał o tym w roku 2000 na wspólnej konferencji prasowej z Januszem Onyszkiewiczem, z okazji 10. rocznicy objęcia przez obu polityków funkcji wiceministrów MON. „Dyspozycja była krótka - macie zobaczyć, co się dzieje w tej czarnej skrzynce i zaproponować rozwiązania - wspominał Komorowski rozmowę z premierem Mazowieckim. - Notowania wojska były złe, wspomnienia stanu wojennego świeże, miałem zająć się zmianą tradycji i odbudową wizerunku wojska - opowiadał.

Działo się to w czasie, gdy ministerstwem formalnie kierował gen.Florian Siwicki, dowódca 2 armii LWP podczas interwencji w Czechosłowacji, jeden z twórców stanu wojennego. Rzekomym atutem Komorowskiego miał być fakt, że umiał rozmawiać z ludowymi generałami i potrafił ułożyć sobie stosunki z Siwickim. Na czym polegała umiejętność nowego wiceministra możemy wywnioskować z relacji samego Komorowskiego. Wspominał on, że Siwicki zagadnął go kiedyś: „A wie pan, że ja mogłem być teraz w Londynie, ale nie zdążyłem do armii Andersa”. „Wtedy zrozumiałem – mówił Komorowski – że życiem rządzi przypadek. Przecież on przez to, że nie zdążył, został komunistą, a ja przez to, że urodziłem się odpowiednio późno – zostałem antykomunistą”.

Zgodnie z tą filozofią, Bronisław Komorowski nie mógł w „przypadkowych komunistach” widzieć zbrodniarzy i zdrajców – nawet, jeśli w 2006 Główna Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu postawiła Siwickiego w stan oskarżenia za zbrodnie komunistyczne. Negatywny stosunek do lustracji i dekomunizacji w wojsku, Komorowski manifestował od początku pracy w MON. Wtedy, gdy struktury postkomunistyczne były najsłabsze, a opinia publiczna pamiętała zbrodnie stanu wojennego, on chronił aparat postsowiecki, tłumacząc np., że wywiad peerelowski nie pracował na rzecz Sowietów.

O „grubej kresce" w MON, realizowanej niezmiennie przez ekipę Onyszkiewicza i Komorowskiego wielokrotnie mówił Krzysztof Wyszkowski, wspominając jak Komorowski odtajnił materiały archiwalne dotyczące marca 1968 r., by – jak sam twierdził – „odbudować poparcie inteligencji dla wojska i obronności". To tak – pisał Wyszkowski - jakby ktoś zakładał, że poprzez poznanie wszelkich faktów związanych ze zbrodnią katyńską chciało się budować przyjaźń polsko-sowiecką czy kształtować dobry image polskich komunistów.”

To jednak, co mogło doprowadzić do zdemaskowania prawdziwego oblicza LWP, było przedmiotem szczególnej troski Komorowskiego. Gdy w 1998 roku Prokuratura Wojskowa wydała postanowienie o umorzeniu śledztwa w sprawie pułkownika Kuklińskiego, ówczesny szef sejmowej Komisji ON - Bronisław Komorowski, na wniosek grupy posłów SLD wnioskował do ministra sprawiedliwości o udostępnienie utajnionego uzasadnienia Wojciechowi Jaruzelskiemu i grupie generałów LWP. Dla społeczeństwa dokument pozostał do dziś tajny, ponieważ prokuratura tłumaczyła, iż zawiera on "informacje stanowiące nadal tajemnicę państwową".

Tajemnicą tej samej miary, są nadal akta Układu Warszawskiego, mimo, iż formalnie został zlikwidowany 19 lat temu. Porozumienie o Rozwiązaniu Układu zawierało zapis stanowiący, iż „dokumenty otrzymane przez Polskę od Zjednoczonego Dowództwa Układu Warszawskiego nie mogą być przekazywane państwom trzecim i publikowane, chyba że sygnatariusze podpiszą kolejne porozumienie w tej sprawie”.

Bronisław Komorowski twierdził, że „warto było zapłacić taką cenę za gładkie rozwiązanie Układu Warszawskiego”. Zapomniał dodać, że „takiej ceny” nie musiały płacić rządy innych państw – członków UW, a Polska była tu niechlubnym wyjątkiem. Czesi, Niemcy czy Bułgarzy dawno już udostępnili swoim historykom wgląd w dokumenty Układu, pozostawiając tajną tylko niewielką, kilkuprocentową część, dotyczącą zwykle lat 80.

Gdy w roku 1999, amerykański historyk czeskiego pochodzenia prof. Vojtech Mastny, zwrócił się do polskiego ministra obrony Janusza Onyszkiewicza o udostępnienie wyznaczonym, polskim historykom niektórych wojskowych dokumentów sprzed kilkudziesięciu lat, jego prośba wywołała prawdziwą burzę. Odmowę udostępnienia Onyszkiewicz uzasadniał tym, że klauzula tajności wynika z umowy międzynarodowej, której Polska nie ma zamiaru złamać. Jak twierdzili wówczas polscy historycy, opór ministra ON miał jednak inne podłoże, niż dbałość o wizerunek państwa prawa. Na straży archiwum Układu Warszawskiego stały bowiem Wojskowe Służby Informacyjne. Pierwszą, negatywną odpowiedź, udzielił prof. Mastnemu, szef WSI – Marek Dukaczewski. Prof. Andrzej Paczkowski stwierdził wówczas, że „wojsko mocno strzeże dostępu do materiałów archiwalnych, a cywilne kierownictwo resortu to akceptuje”.

Nie powinno zatem dziwić, że konsekwentna ochrona tajemnic ludowego wojska, doprowadziła również Bronisława Komorowskiego do jednego szeregu z obrońcami gen. Jaruzelskiego. To Komorowski w 2005 roku usilnie sprzeciwiał się inicjatywie Jarosława Kaczyńskiego, gdy ten chciał pozbawić „Wolskiego” przywilejów należnych byłemu prezydentowi oraz stopnia generalskiego. To zły pomysł – perorował polityk PO - Trzeba umieć oddzielić regulacje ustawowe dotyczące wszystkich byłych prezydentów od oceny ich działalności, nie można karać kogoś za błędne decyzje lub niewłaściwe zachowanie, odbierając uprawnienia”.

Rok później, w wywiadzie dla Moniki Olejnik, Komorowski twierdził, że „zabranie Jaruzelskiemu stopnia generalskiego oznaczałoby, że przekreślamy całą drogę żołnierską generała, a ta nie cała przecież była zła”. Postać agenta Informacji Wojskowej Komorowski nazwał „do pewnego stopnia tragiczną” argumentując, że Jaruzelski wziął udział w demontowaniu własnego systemu, za którym się opowiadał i którym żył przez całe życie. Marszałek Sejmu podkreślał przy tym, że „niewątpliwie gdzieś miały swoje istotne znaczenie jego korzenie rodzinne, tradycja, dla myślenia w kategoriach patriotyzmu”.

Dziś, gdy Bronisław Komorowski zabiega, by obywatele powierzyli mu najważniejszy urząd w państwie, warto zapytać – czyją „kategorię patriotyzmu” będzie reprezentował ten polityk?

Tekst opublikowany w nr.13/2010 Gazety Polskiej

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz