Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

piątek, 9 kwietnia 2010

CZEGO SIĘ BOI BRONISŁAW K.? – (4)

W pierwszej części niniejszego cyklu opisałem sprawę Krzysztofa Borowiaka - dyrektora Departamentu Nauki i Szkolnictwa Wojskowego MON, zwolnionego  przez ministra Komorowskiego w roku 2001, pod fałszywym (jak wykazało postępowanie sądowe) zarzutem „ciężkiego naruszenia podstawowych obowiązków pracowniczych”.
Zdarzenie to, mniej spektakularne od sprawy wiceministra Szeremietiewa, ma jednak znacznie większą wagę jeśli chcemy ocenić rolę Bronisława Komorowskiego – jako politycznego patrona  WSI i obrońcy interesów lobby wojskowego. Głownie dlatego, że na przykładzie tej sprawy można doskonale dostrzec, iż powodem zwolnienia Borowiaka była ochrona układu ,funkcjonującego m.in. w szkolnictwie wojskowym, oraz ochrona interesów WSI w Wojskowej Akademii Technicznej. Myślę, że skutki finansowe zaniechania reformy szkolnictwa, a następnie uwłaszczenia dokonanego na majątku WAT były znacznie poważniejsze od strat, jakie poniósł Skarb Państwa w sprawie przetargów na zakup uzbrojenia. 
Przypomnę, że podstawą projektu reformy szkolnictwa wojskowego opracowanej przez Borowiaka była  likwidacja na przestrzeni 6 lat wszystkich akademii i wyższych szkół oficerskich oraz utworzenie jednej silnej i zintegrowanej uczelni: Uniwersytetu Obrony Narodowej (UON) z wydziałem strategiczno-obronnym i wydziałami technicznymi oraz czterema wydziałami zamiejscowymi: lekarskim w Łodzi, wojsk lądowych w Poznaniu, lotniczym w Dęblinie oraz morskim w Gdyni. Chodziło również o gruntowną zmianę systemu finansowania uczelni wojskowych: budżet MON byłby - wg projektu - obciążony kosztami wykształcenia wyłącznie zamówionej wcześniej w UON liczby podchorążych - przyszłych oficerów, natomiast o środki na kształcenie innych osób autonomiczna uczelnia, jaką byłby UON, musiałaby zabiegać już sama. Borowiak proponował, aby minister obrony co roku kontraktował nowych oficerów na poszczególnych wydziałach UON, a specjalistów o wąskiej specjalizacji – topografów czy meteorologów – nawet w uczelniach cywilnych. Resort płaciłby wynegocjowaną kwotę za kształcenie oficerów. Nie byłby obciążany kosztami etatowych przerostów, czy trudnymi do wydzielenia kosztami komercyjnego kształcenia w wojskowych szkołach cywilnych studentów.
Koncepcję reformy zaatakowano natychmiast z kilku stron. Silne WAT-owskie lobby nie chciało widzieć swojej uczelni w roli wydziału technicznego UON – co innego, gdyby uniwersytet powstał na bazie WAT. Pomysł Borowiaka prowadził do radykalnego zmniejszenia liczy oficerskich etatów na uczelniach. Dotychczas - dowódcy poszczególnych rodzajów sił zbrojnych mieli swoje szkoły. Po reformie podlegałyby one tylko ministrowi. Każda szkoła miała własny senat – w UON byłby tylko jeden. Każdy komendant-rektor miał po 4–5 zastępców – po reformie 12 generałom oraz podobnej liczbie pułkowników na generalskich etatach w każdym uniwersytecie, groziłaby utrata stanowisk.
Jak już wskazywałem, Komorowski wykorzystał fakt pobytu Borowiaka na zwolnieniu lekarskim i w styczniu 2001 roku powołał zespół pod kierunkiem gen. Smólskiego, który miał zająć się reformą szkolnictwa. Borowiak nie został nawet jego członkiem. 31 stycznia zebrała się sejmowa komisja obrony zainteresowana planowaną reformą. Jej przewodniczący, poseł Głowacki, parę tygodni wcześniej poprosił MON o przygotowanie materiałów i oddelegowanie przedstawicieli na to posiedzenie. W MON za kontakty z parlamentem odpowiadał wiceminister Robert Lipka i to on wysłał do departamentu szkolnictwa pismo z prośbą o wysłanie przedstawiciela do Sejmu. Borowiak uznał, iż podczas tak ważnego posiedzenia komisji powinien być w Sejmie. Akurat w tym samym dniu kończyło mu się zwolnienie lekarskie. Jego pojawienie się w Sejmie wywołało konsternację wśród oddelegowanych tam generałów i urzędników z MON.
Pomysły Borowiaka wspierał wiceminister Lipka i podczas wystąpienia przed komisją wskazywał na przerost etatów w wojskowym szkolnictwie oraz niski poziom nauki. Opowiedział się też za lansowaną przez Borowiaka koncepcją kontraktowania przez MON oficerów w wojskowych szkołach.
Sam Borowiak powiedział wówczas otwarcie posłom, iż choć wygrał konkurs, to od początku rzuca mu się kłody pod nogi. Jego departament nie uczestniczy w spotkaniach kierownictwa resortu poświęconych szkolnictwu, a próba nawiązania kontaktu z posłem Głowackim spowodowała, że utracił zaufanie ministra i przygotowywane jest dla niego wypowiedzenie. Nie mylił się. Kiedy 5 lutego 2001 roku Borowiak przyjechał do Warszawy na kolejne badania lekarskie, na dworcu przywitał go urzędnik z MON i zaprosił na Klonową, gdzie dyr. Pinkowski, występując jako zwierzchnik resortowego korpusu służby cywilnej, wręczył mu pismo o rozwiązaniu umowy o pracę bez wypowiedzenia „z powodu ciężkiego naruszenia podstawowych obowiązków pracowniczych, polegającego na wykorzystywaniu zwolnienia lekarskiego niezgodnie z jego przeznaczeniem”. Naruszenie tych obowiązków, zdaniem dyr. Pinkowskiego, polegało na tym, iż chory Borowiak zjawił się w Sejmie i „uprawiał tam propagandę własnej osoby”.
Dwa miesiące później Komorowski pozbył się również wiceministra Lipki. Zastosowano niemal klasyczną prowokację z udziałem mediów. Jako pretekst wykorzystano spotkanie Lipki z kadrą i pracownikami wojska w Grudziądzu. Lokalna prasa przytaczała rzekomo barwne wypowiedzi wiceministra, zarzucając mu, że się spóźnił, był nieprzygotowany i czuć było odeń alkohol. Sam Lipka przyznał, że na wcześniejszym spotkaniu jubileuszowym w 3. Flotylli Okrętów w Gdyni wypił pożegnalny toast. To wystarczyło, by Komorowski zażądał natychmiastowej dymisji wiceministra, zapowiadając, że jeśli Lipka sam "nie wyciągnie wniosków z zaistniałej sytuacji", wystąpi do premiera o jego zdymisjonowanie. Pod koniec marca 2001 roku Lipka podał się do dymisji, którą premier Buzek natychmiast podpisał.
W ten sposób pozbyto się osób, których reformatorskie pomysły mogły zagrozić interesom generalskiego lobby. Nie trzeba dodawać, że pod kierunkiem protegowanego ministra Komorowskiego – gen. Smólskiego nie dokonano żadnej, znaczącej reformy szkolnictwa.
O gen. Smólskim – radcy ministra Komorowskiego pisałem już w części III cyklu, przypominając, iż nigdy nie została wyjaśniona jego rola w realizacji programu HUZAR i zakupu rakiety NDT, w czasach gdy był dyrektorem departamentu rozwoju i wdrożeń MON. Nie wyjaśniono również jego udziału w organizowaniu przetargu na zakup samolotu wielozadaniowego. W latach 90. Smólski został zdymisjonowany z MON, z powodu raportu NIK, w którym bardzo negatywnie oceniono rolę generała. Wkrótce potem minister ON Onyszkiewicz awansował go jednak na stanowisko radcy ministra. Po objęciu władzy w MON przez SLD, mając w pamięci niepochlebne opinie organu SLD „Trybuny”( przytoczone w części III), generał Smólski zaczął ponoć przezornie pakować radcowskie walizki. Jednak „siły stojące za generałem” – jak pisał Krzysztof Borowiak sprawiły, że Smólski otrzymał ponownie nominację na stanowisko radcy ministra, tym razem od ministra Szmajdzińskiego.
Jakie to „siły stojące za generałem”, można próbować się domyśleć, choćby na podstawie publikacji tzw. „białej księgi MON” z lipca 2001 roku, której autorem był gen. Bogusław Smólski. Opracowanie to miało przedstawiać stan polskiej armii i wskazywać na kierunki przyszłych reform. Rzeczpospolita tak pisała wówczas o uroczystej prezentacji „księgi” z udziałem ministra Komorowskiego : „Prawda jest przygnębiająca: w zeszłym roku na nowe uzbrojenie armia wydała co dziesiątą złotówkę, co druga szła na pensje i inne świadczenia dla kadry i pracowników resortowych. Z taką strukturą budżetu nie da się dołączyć do grona natowskich liderów. [...]
- Liczę, że przyjdzie czas, kiedy zaproponujemy może ryzykowną, ale własną drogę gwarantującą przetrwanie i rozwój - mówił autor księgi generał Bogusław Smólski. Nie wyjaśnił, dlaczego w przedstawionej w "Białej księdze" strukturze MON zabrakło Wojskowych Służb Informacyjnych, o których ostatnio znów głośno.
W czasie prezentacji nie było również mowy o 89 milionach złotych, które przeznaczone na zakontraktowane nowoczesne systemy bezpiecznego lądowania, z powodu kłopotów z negocjowaniem offsetu, wracają z depozytu MON do państwowej kasy. Resortowy Departament Kontroli ma wyjaśnić okoliczności niezrealizowania umowy i niewykonania tym samym zobowiązań wobec NATO. Szef MON bagatelizował wczoraj ten problem, czekały go bowiem znacznie ważniejsze rozmowy na temat ewentualnych cięć budżetowych. Zmniejszenie środków na obronę narodową może zagrozić ambitnym planom reformowania całej armii w tym roku”.
Gdyby ktoś chciał dociekać przyczyn pozbycia się z MON Borowiaka i Lipki oraz związków tej decyzji ze sprawą Fundacji Pro Civili, powinien zwrócić uwagę na to, co działo się wówczas w Wojskowej Akademii Technicznej.
Sytuacja tej uczelni była dramatyczna. Przypomnę, że w lipcu 1999 roku Prokuratura Rejonowa w Warszawie przy współudziale Zarządu Ochrony Interesów Ekonomicznych UOP wszczęła  śledztwo, w trakcie którego „potwierdzono istnienie przestępczych mechanizmów na WAT przy udziale szeregu podmiotów gospodarczych, z uczelni tej nielegalnie wyprowadzono 381.962.568 zł”.
Wbrew twierdzeniom Komorowskiego, jakoby „aferę fundacji Pro Civili  rozpracowały same WSI za czasów gen. Rusaka, a w 2000 roku, kiedy kierowałem MON, sprawa została skierowana do prokuratury i znalazła finał w sądzie” – powodem wszczęcia śledztwa były ustalenia Urzędu Kontroli Skarbowej, który następnie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa powiadomił prokuraturę.
W Raporcie z Weryfikacji WSI możemy przeczytać, że „Mimo złej sytuacji finansowej uczelni kierownictwo WAT nie podejmowało działań zaradczych. Nie wykazywało inicjatywy w celu wyzbycia się przez WAT udziałów w spółkach prawa handlowego, których działalność gospodarcza była niedochodowa lub przynosiła straty. Marginalizowany był fakt, że przedmiot działalności tych spółek był często całkowicie rozbieżny z zadaniami wyższej uczelni wojskowej (świadczenie usług ubezpieczeniowych, handel ropą naftową, hotelarstwo…).[...] Katastrofalna sytuacja finansowa WAT pogłębiła się, gdy funkcję Komendanta WAT pełnił gen. dyw. Andrzej Ameljańczyk. To właśnie gen. Ameljańczyk dawał przyzwolenie na podpisywanie w imieniu WAT umów pożyczek z prywatnymi inwestorami bądź udzielanie pożyczek prywatnym inwestorom, inwestowaniu w przedsięwzięcia gospodarcze z góry obliczone na straty. Prowadzona za jego kadencji polityka finansowa WAT rażąco naruszała przepisy regulujące gospodarkę finansową jednostek budżetowych.”
W śledztwie ustalono, że pieniądze wypływały z budżetu WAT przez utworzone w roku 1996 Centrum Usługowo-Produkcyjne WAT, które miało zajmować się handlową i marketingową obsługą uczelni. Twórcą tego Centrum był generał Ameljańczyk.
Proceder polegał na podpisywaniu przez CUP WAT wieloletnich umów na dostawę towarów bądź świadczeń usług na rzecz WAT z różnymi spółkami, powiązanymi z Pro Civili.  WAT miał być fikcyjnym zleceniodawcą i odbiorcą usług lub towarów oferowanych przez spółki i był zobowiązany do zapłaty należności. Dodatkowo - podstawione przez WSI spółki zaciągały w bankach kredyty, których gwarantem była WAT. Zastosowano tu swoisty oscylator pożyczkowy, bo każdy kolejny kredyt służył do spłaty poprzedniego.
Procedura funkcjonowała w latach 1997–2001, gdy rektorem WAT był gen. Ameljańczyk.
Generał – rektor w roku 2001 tak określał stan uczelni:  Nasza Akademia znalazła się w sytuacji wyjątkowej. Olbrzymi potencjał intelektualny, personalny, kadrowy i laboratoryjny zaczyna się marnować. Od kilku lat siły zbrojne są redukowane, a to oznacza, że zadania WAT są dużo mniejsze. Akademia była zaprojektowana na pięćsettysięczną armię. A armia ma liczyć 80 - 150 tysięcy osób. Czy można się godzić, aby WAT została zniszczona? Jeżeli nie będziemy mogli remontować, naprawiać dachów, ogrzewać, to pomieszczenia popadną w ruinę”.  O tym, kto ponosi winę za doprowadzenie uczelni do tego stanu, Ameljańczyk nie wspomniał. Znalazł natomiast wyjście z sytuacji.
Gdy prokuratura rozpoczęła śledztwo w sprawie Fundacji Pro Civili,  gen. Ameljańczyk powołał do życia Fundację Rozwoju Edukacji i Techniki (FREiT), a  ta założyła prywatną Szkołę Wyższą Warszawską (SWW), która rozpoczęła działalność w budynkach WAT. Przewodniczącym Rady Fundacji został prof. Stanisław Paszkowski (następnie rektor SWW), a prezesem zarządu Jerzy Paluch ( później kanclerz uczelni). Profesor Paszkowski był pracownikiem WAT, a kanclerz Paluch prywatnym przedsiębiorcą.
Wśród twórców szkoły są wymienieni, (oprócz fundacji FREiT): prof. Jan Szczepański - socjolog, prof. Marek Dietrich,, Zbigniew Kostrzewa - przedsiębiorca (wiceprezes firmy budowlanej Na Skraju Miasta SA, prezes spółdzielni Na Skraju Miasta), Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo SA oraz gmina Warszawa Bemowo. Wydaje się, że obecność uczonych miała służyć jedynie uwiarygodnieniu nowej uczelni. Gdy naukowcy wkrótce wycofali swoje nazwiska, na placu pozostali dwaj prywatni przedsiębiorcy: Jerzy Paluch jako kanclerz uczelni i Zbigniew Kostrzewa, który zadeklarował wkład w postaci robót budowlanych wart milion złotych. Jego firma remontowała i adaptowała budynki wynajmowane od WAT przez nową uczelnię. PGNiG przekazało SWW pięćset tysięcy złotych, Gmina Warszawa Bemowo wpłaciła sto tysięcy z obiecanego miliona, którym w ciągu trzech lat zobowiązała się wesprzeć SWW.
- Pomysł utworzenia szkoły niepublicznej jest mojego autorstwa - przyznawał wówczas Andrzej Ameljańczyk, dodając, iż jest to  sposób na ... ratowanie Akademii. Starania o zgodę ministra edukacji na powstanie Szkoły Wyższej Warszawskiej trwały od grudnia 1999 roku. Minister Edmund Wittbrodt w czerwcu 2001 roku podpisał decyzję o utworzeniu SWW, ale wstrzymał się do końca swoich rządów z jej formalnym przekazaniem, stawiając zarzut, że uczelnia prywatna powstaje na organizmie państwowym. Te same zastrzeżenia zgłaszała minister finansów. Zgodnie z prawem podmiot państwowy nie mógł założyć fundacji, która z kolei założyła niepaństwową uczelnię. Żadnych wątpliwości nie miała już nowa minister edukacji Krystyna Łybacka z SLD, która 28 grudnia 2001 roku podpisała decyzję o wpisaniu SWW do rejestru uczelni niepaństwowych.
Warto zauważyć, że gdy w grudniu 1999 roku debatowano nad przyszłością uczelni wojskowych, postulując zmiany idące w kierunku późniejszych propozycji Borowiaka, ówczesny przewodniczący Komisji Obrony Narodowej Komorowski powołał poselski zespół do nadzorowania tych prac. Na jego czele stanęła Krystyna Łybacka, a w posiedzeniach KON aktywnie uczestniczył gen. Andrzej Ameliańczyk.
Ciekawe są późniejsze losy Szkoły Wyższej Warszawskiej, szczególnie od roku 2002, gdy prezesem zarządu Fundacji Rozwoju Edukacji i Techniki został Andrzej Piętak z Wojskowej Akademii Technicznej, a członkami Fundacji Jerzy Krasowski i Adam Kawalec, również z WAT. W tym samym czasie ówczesny kanclerz SWW Jerzy Paluch złożył do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa polegającego na wyłudzaniu pieniędzy i fałszowaniu podpisów na fakturach VAT, którego miał się dopuścić dyrektor Biura Rektora SWW Włodzimierz Antoniuk, pułkownik na etacie w WSI. Rektor szkoły wystąpił zaś do szefa WSI gen. Marka Dukaczewskiego,  prosząc go o wydelegowanie przedstawiciela WSI, który uczestniczyłby w komisyjnym przeglądzie dokumentacji zgromadzonej przez Włodzimierza Antoniuka oraz w przejęciu dokumentacji SWW, gdyż jak zaznaczył  zachodzi podejrzenie, że część z tych dokumentów może dotyczyć spraw instytucji, w której płk Antoniuk pełni służbę”.
Od roku 2004, gdy na skutek rozlicznych walk o władzę nowym właścicielem SWW został były pracownik WAT i były wicekanclerz uczelni major Robert Gmaj, w tle rozgrywek można dostrzec polityków Platformy Obywatelskiej. Do dziś w sądach toczy się szereg spraw, w których osoby reprezentujące uczelnię próbują udowodnić, że przekazanie praw założycielskich odbywało się m.in. na podstawie rzekomo fałszywych dokumentów. Swoich racji dochodzi także oficer WSI płk Włodzimierz Antoniuk. Twierdzi m.in., że Robert Gmaj dopuścił się przestępstwa i bezprawnie przejął majątek szkoły.
Major Robert Gmaj zatrudniał w SWW swojego syna Piotra - absolwenta politologii Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Piotr Gmaj pracował również w biurze krajowym PO, gdzie był asystentem posła Waldego Dzikowskiego oraz pomagał w kampanii wyborczej do europarlamentu kandydatowi PO Krzysztofowi Bobińskiemu. Gdy na czele Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego stanęła obecna minister prof. Barbara Kudrycka, jej asystentem i doradcą został 26 – letni Piotr Gmaj, którego wiedza wykorzystywana jest „w zakresie procedur legislacyjnych i znajomość problematyki zarządzania”.
Jak podkreśla Krzysztof Borowiak, kierowany przez niego Departament Nauki i Szkolnictwa Wojskowego MON, już w 2001 roku zwracał uwagę ministrowi Komorowskiemu na kryminogenną „prywatyzację" WAT, dokonywaną rękoma członków władz tej uczelni. Komorowski jednak nie reagował, podobnie jak wielu innych przedstawicieli władz państwowych, do których zwracał się Borowiak. 

Powołanie Szkoły Wyższej Warszawskiej stanowiło kontynuację procederu uwłaszczenia na majątku MON, zapoczątkowanego przez Fundację Pro Civili.   Transfer środków WAT w prywatne ręce, przerwany na skutek śledztwa prokuratorskiego - został de facto wznowiony, w formie działalności nowej uczelni.
Jest rzeczą oczywistą, że na przeszkodzie tych planów stał projekt reformy szkolnictwa wojskowego forsowany przez dyrektora Borowiaka. Gdyby przyjęto założenia reformy, nigdy nie mogłoby dojść do powołania prywatnej uczelni na majątku państwowej WAT.
Borowiak nie pozastawia tu wątpliwości, gdy w liście z 8 marca 2002 roku skierowanym do „Rzeczpospolitej” pisał: „Zaproponowana przez mój departament koncepcja dogłębnej reorganizacji wyższego szkolnictwa wojskowego jako jeden z celów stawiała uniemożliwienie dokonywania takiego procederu - zajmując się bowiem w przeszłości profesjonalnie prywatyzacją zbyt dobrze znałem takie mechanizmy uwłaszczania się na majątku państwowym różnych, mających stosowne "dojścia" grup nacisku.”
Gazeta, która artykułem Anny Paciorek z 7 marca 2002 roku kreowała się wówczas na odkrywcę afery z powołaniem SWW, odmówiła publikacji listu Borowiaka.
            Działania Bronisława Komorowskiego jako ministra ON - od czerwca 2000 do 19 października 2001 roku, a w szczególności blokowanie przez ministra reformy szkolnictwa wojskowego i pozbycie się Krzysztofa Borowiaka – wpisuje się w scenariusz ochrony interesów „czerwonego” lobby wojskowego, które od początków „transformacji ustrojowej” szukało sposobów na czerpanie korzyści z budżetu MON. 
Gen. Andrzej Ameljańczyk po odejściu z WAT został dyrektorem Departamentu Polityki Zbrojeniowej MON i był autorem koncepcji reformy szkolnictwa wojskowego, jako doradca ministra ON Radosława Sikorskiego.
Gen. Bogusław Smólski od kwietnia 2003 r. do stycznia 2007 r był rektorem WAT. Sporządzony w 2007 roku Raport NIK – „Informacja  o wynikach kontroli organizacji i funkcjonowania akademii wojskowych i wyższych szkół oficerskich ze szczególnym uwzględnieniem gospodarki finansowej i mienia uczelni  oraz struktury zatrudnienia  w latach 2005 – 2007” wymienia generała jako osobę odpowiedzialną za liczne nieprawidłowości w funkcjonowaniu uczelni. M.in. „NIK negatywnie oceniła gospodarowanie przez WAT gruntami, niezwiązanymi z przedmiotem jej działalności statutowej. Zwłoka w uregulowaniu zasad użytkowania tego obszaru gruntu o łącznej powierzchni 10,54 ha (ogródki działkowe, grunty pod garaże), stanowi realne zagrożenie utraty przez Uczelnię majątku o wartości blisko 58 mln zł”.
Nie przeszkodziło to generałowi zostać w lutym 2007 r. pełnomocnikiem ministra ON ds. reformy szkolnictwa wojskowego. Od  lipca 2007 r. Bogusław Smólski jest dyrektorem Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.


CDN...


Źródła wskażę po opublikowaniu całości tekstu.



2 komentarze:

  1. Fakty opisane przez autora, stanowią prawdę
    poznaną osobiście niestety z pewnych uwarunkowań
    zawodowych.
    Należy podkreślić, że wszelkie działania przesteępcze
    działy się w majestacie prawa, a tacy jak
    Ameljańczyk chodzili w glorii i zaszczytach mimo
    przeprowadzonych kontroli, działań na szkodę
    uczelni i ... kraju udowadniając swój imperatyw
    i prawo do wszystkiego ..,
    Podkreślam działo się to nie na pustyni tylko
    w Polsce
    Nic żadnemu z nich nie udowodniono,
    mają pieniądze, piękne domy, jeżdżą na
    wypoczynek wszędzie gdzie zamarzą i sądzą
    że mają do tego prawo i są ponad wszystko
    Dobrze, że fakty te zostały spisane ...

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytając to włosy jeżą się na głowie.
    Bezradność, że ogół społeczeństwa nie ma o tym żadnego pojęcia!
    Jak dotrzeć do ludzi z tyloma informacjami? jak otworzyć im oczy?

    OdpowiedzUsuń