Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

środa, 1 kwietnia 2009

MY – Z IPN-u

Historyk, który mówi krytycznie o tak zwanej spiskowej teorii dziejów, jest historykiem niepoważnym, hołdującym historii dla idiotów lub prostaczków, którzy wierzą w to, co widzą w telewizji i czytają w gazetach. Jest bowiem historia prawdziwa i historia medialna, fasadowa. Ta prawdziwa w dużej mierze toczy się za kulisami. A za nimi działają przede wszystkim tajne służby” – to ważne zdanie z wypowiedzi zmarłego niedawno prof. Pawła Wieczorkiewicza, warto przypomnieć w chwili, gdy rządzący Polską układ chce groźbą i szantażem narzucić nam wizję historii dla idiotów i prostaków. Wizję, – którą dzięki medialnym fałszerstwom podziela połowa moich rodaków, uznając okres po roku 1989 za najlepsze lata Polski w minionym stuleciu. Człowiek, który wypowiedział te znamienne słowa miał świadomość życia w państwie, w którym głos profesora – historyka, zawierający tak wielki ciężar prawdy o naszej rzeczywistości, może się ukazać dopiero po jego śmierci. To haniebny znak czasu.

Najwyraźniej, 20 lat systemowego fałszowania najnowszej historii, niedostatecznie zadowoliło ambicje twórców IIIRP, skoro mają czelność sięgać po najważniejszą instytucję historyczną i posługując się metodami terroru politycznego próbują zniszczyć pamięć Polaków, za cenę obrony własnych, zafajdanych życiorysów.

Ludzie, którzy stworzyli kolejną hybrydę komunizmu, nadając jej niezasłużone miano IIIRP doskonale wiedzą, dlaczego lęk przed IPN-em przybiera cechy politycznej paranoi.

Otóż, niemal każda, kolejna publikacja Instytutu dotycząca historii najnowszej, zadaje kłam systemowej wizji tego państwa, dowodząc, iż powstało ono w procesie gigantycznej i w pełni kontrolowanej operacji komunistycznych służb i zostało zbudowane na relacjach agenturalnych. Czy będzie to książka Cenckiewicza i Gontarczyka o Wałęsie, czy ostatnia publikacja o represjach wobec księdza Jerzego – obraz wyłaniający się z rzetelnych badań historycznych, musi przerażać wizją gier operacyjnych, zza których policja polityczna PRL jawi się, jako kreator i decydent we wszystkich obszarach polskiej rzeczywistości ostatnich lat.

To obraz, który establishment IIIRP próbuje ukryć przed wzrokiem swoich obywateli. Jako nieprzystający do oficjalnej wersji solidarnościowych czy korowskich „herosów”, którzy siłą patriotyzmu i potęgą własnej mądrości zdołali obalić ustrój komunistyczny. Tego obrazu – państwa jako tworu służb i agentury – nie chce dostrzegać samo społeczeństwo; obawiając się, że otwarcie oczu wymusi wysiłek intelektualny, że spowoduje rewolucję w systemie fałszywych wartości i pojęć, pozbawiając Polaków nędznych przywilejów kontrolowanej demokracji i złudnego poczucia bezpieczeństwa.

Z tej, być może przyczyny medialna „historia dla idiotów i prostaczków” znajduje posłuch u rzeszy moich rodaków i sprawia, że Instytut Pamięci Narodowej nie cieszy się szacunkiem i zaufaniem, na jaki zasługuje.

Marianna Birthler, pełnomocnik rządu niemieckiego ds. akt Stasi i szefowa Instytutu Gaucka, powiedziała kiedyś, że "Historie komunizmu i służb specjalnych składają się na historię Europy". Ta niechętnie przyjmowana prawda oznacza, że teczki po byłych komunistycznych służbach specjalnych są dziś dziedzictwem archiwalnym całej Europy. Są świadectwem okresu bezprawia i pogardy czasów komunizmu, choć również bohaterstwa i odwagi ludzi gotowych powiedzieć "nie" ideologii Imperium Zła. Oznacza to również, że pozbywając się lub ukrywając przed społeczeństwem archiwa służb komunistycznych, dokonuje się tym samym historycznego fałszu, zubaża i zniekształca własną przeszłość. Nie istnieją żadne racje moralne ani polityczne, które byłby w stanie usprawiedliwić takie postępowanie.

Hołdujący temu poglądowi politycy, publicyści (a nawet część historyków) są przekonani, że wystarczy "zakazać", "ograniczyć dostęp", "spalić", "zabetonować" lub po prostu wpisać takie czy inne zastrzeżenie do kolejnej wersji ustawy o ujawnianiu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa, by zapobiec niepotrzebnemu wstrząsowi związanemu z odkrywaniem stresującej, niewygodnej przeszłości. Nic bardziej błędnego.

Dzięki przemianom na geopolitycznej mapie Europy archiwalia komunistycznych specsłużb nabrały międzynarodowego charakteru. Od tej chwili, powstałe na gruzach sowieckiego obozu państwa zaczęły dysponować dossier nie tylko własnych obywateli, ale i obywateli krajów obcych. Stało się tak, ponieważ każda z policji politycznych w „demoludach” była integralną częścią sowieckiego systemu kontroli i represji – w pełni zależną i dyspozycyjną wobec sowieckiego hegemona i spełniała określoną przez okupanta rolę w mechanizmie megasłużb komunistycznych. System ten zakładał, że archiwa poszczególnych służb służą celom strategicznym całego Bloku Sowieckiego i na tej podstawie wymuszał ścisłe współdziałanie i znaczną transparentność posiadanych informacji. Wszechobecna w komunizmie zasada „kontroluj kontrolującego” powodowała, że służby jednych państw zbierały i archiwizowały informacje o innych ( tu rolę szczególną powierzono Stasi), a wszystkie zbiory danych musiały być przekazywane do moskiewskiej centrali.

Nich o faktycznej roli, rzekomo polskich służb bezpieczeństwa PRL, świadczy cytat z opracowania Piotra Gontarczyka, „Zadania Służby Bezpieczeństwa Aparat represji w PRL wyjaśnienie pojęć i modus operandi” Czytamy tam m.in.: „Policja polityczna jest jednym z najważniejszych narzędzi sprawowania władzy państwa totalitarnego. Komunistyczne organa represji w Polsce zostały utworzone w 1944 r. na skutek decyzji politycznych czynników kierowniczych Związku Sowieckiego, a za ich powstawanie odpowiedzialne były organa NKWD. Polska bezpieka powstawała w miejsce suwerennych organów władzy Rzeczpospolitej Polskiej reprezentowanych przez Rząd Polski na Wychodźstwie i jego organa w okupowanym kraju. Nie reprezentowała więc ona interesów społeczeństwa polskiego, tylko interesy sowieckie. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego i podlegle mu urzędy zapełnili ludzie formalnie lub nieformalnie podlegli NKWD, mający te same cele i stosujący te same metody, co NKWD. Stąd też do końca istnienia tej formacji w jej kancelarii obowiązywała terminologia przeniesiona z organów represji ZSRS. Przykładowo działalność operacyjną nazywano „rozpracowaniem” (ros. rozrabotka), wykonywano jà w ramach „sprawy” (ros. dieło), agentów często nazywano „źródłem” (podobnie jak istocznik w NKWD); „teczka” (ros. papka) zastąpiło używane w Polsce przed wojnà francuskie dossier. Ale związki polskiej bezpieki nie dotyczyły tylko kwestii języka. Wprawdzie zmieniły się nazwy, struktura organizacyjna komunistycznego aparatu represji, ale jedno pozostawało niezmienne. Podmiotem działań UB-SB nie było społeczeństwo, tylko komunistyczna ideologia („obrona socjalizmu”), miejsce Polski w obozie komunistycznym podległym Moskwie („dbanie o trwałość sojuszy”) i ochrona czasem zupełnie przyziemnych, drobnych interesów władców PRL-u.”

Można przypomnieć instrukcję pracy wywiadu SB PRL przygotowaną przez sowieckie KGB w 1980 r., zgodnie z którą prowadzono wspólnie długofalowe działania operacyjne w celu: „wywierania wpływu na papieża, pogłębiania różnic poglądów między Watykanem a Stanami Zjednoczonymi, pogłębiania wewnętrznych różnic w Watykanie, analizowania, planowania i prowadzenia działań operacyjnych szkodzących watykańskim planom umocnienia kościołów i rozwoju nauki religii w krajach socjalistycznych, wykrywania kanałów, którymi Kościół katolicki w Polsce zwiększa swe wpływy i podsyca działalność Kościoła w Związku Sowieckim”. To były faktyczne zadania, które KGB m.in. stawiała przed wywiadem PRL i które ów wywiad realizował.

Już tylko ten fakt, że w okresie PRL-u nie mieliśmy do czynienia ze służbami chroniącymi bezpieczeństwo obywateli i interesy państwa polskiego, świadczy o naiwności tych, którzy zakładają kontrolę instytucji państwowych nad wiedzą historyczną ukrytą w dokumentach z okresu PRL. Lecz, czy tylko o naiwności?

Jestem przekonany, że za głosem szeregu postaci domagających się dziś likwidacji IPN-u, widoczne są znacznie groźniejsze intencje, niż tylko ochrona komunistycznej agentury i jej interesów. W tych intencjach, nawet żądanie ograniczenia uprawnień jedynej instytucji zarządzającej zasobami historycznymi archiwów bezpieki, urasta do rangi aktu zdrady.

Wiemy oto, że istotna wiedza o przeszłości jest ukryta w wielu dokumentach znajdujących się poza Polską, i to nie tylko w rękach służb Federacji Rosyjskiej. Dowodów na to, że Rosjanie dysponują dokumentami obciążającymi polskie elity i że mogą się posunąć w tej kwestii do szantażu, jest aż nadto. Dzięki likwidacji WSI wiemy, że w 1990 r. ostatni szef Wojskowej Służby Wewnętrznej gen. Edmund Buła przekazał Sowietom całą kartotekę kontrwywiadu wojskowego. W Raporcie z Weryfikacji WSI, w części dotyczącej operacji o kryptonimie "Gwiazda" możemy dowiedzieć się, że jeszcze w latach 90-tych (a nawet później) Rosjanie wykorzystywali w pracy operacyjnej wiedzę zdobytą w czasach Związku Sowieckiego na temat oficerów Ludowego Wojska Polskiego, którzy później znaleźli się w szeregach armii III RP. Już tylko z tej przyczyny, ujawnienie w Raporcie nazwisk oficerów WSW/WSI i nielegalnie werbowanej agentury, stanowiło akt historycznej i politycznej dalekowzroczności. Byłoby rzeczą absurdalną uważać, że rosyjskie służby, dysponując największym na świecie zbiorem archiwów nie zechciałyby używać ich do rozgrywek politycznych i utrzymywania kontroli nad ludźmi uwikłanymi we współpracę agenturalną.

Warto w tym miejscu odwołać się do opublikowanych u nas pamiętników Borysa Jelcyna, który w szczególny sposób opisał konsternację Lecha Wałęsy podczas przekazania mu części dokumentacji tzw. komisji Michaiła Susłowa. Czytamy tam m.in.: "Wiadomo, że KGB usiłowało kierować likwidacją związku zawodowego „Solidarność”. Przywiozłem Lechowi Wałęsie kopie materiałów komisji Susłowa - pełne dossier ”Solidarności”. Polscy i radzieccy czekiści rozłożyli na czynniki pierwsze całe życie przywódców tego ruchu robotniczego. Niekiedy czytanie owych dokumentów wywoływało wręcz przerażenie - do tego stopnia bezlitosny był kagiebowski rentgen. Położyłem rękę na teczce i powiedziałem: „Tutaj jest wszystko. Proszę”. Wałęsa zbladł". Opisując tę sytuację, rosyjski prezydent chciał zapewne podkreślić, że KGB dysponuje pełną dokumentacją na temat "Solidarności", i dać do zrozumienia, że polskie elity ogarnia strach na samą myśl o ujawnieniu jakichkolwiek dokumentów, nad którymi nie sprawują pieczy.

O istotnym dowodzie, świadczącym, iż archiwum polskiej bezpieki znajduje się w Moskwie, pisał przed laty Sławomir Cenckiewicz, wskazując na dokument z 20 stycznia 1990 r., podpisany przez płk. Henryka Jasika, dyrektora Departamentu I MSW, dotyczący sytuacji w pogrążonej wówczas w chaosie Niemieckiej Republice Demokratycznej. Oto szef PRL-owskiego wywiadu zwraca uwagę, że kryzys polityczny w NRD na tyle wstrząsnął wschodnioniemieckim państwem, że "aktualnie działalność wywiadu (NRD) jest znacznie ograniczona". Nie to jednak jest w tym dokumencie najciekawsze. Jasik odnotowuje, że podczas szturmu na berlińską siedzibę Stasi "w jednym z przeszukiwanych pokojów znaleziono, a następnie zabezpieczono materiały dot. działalności „Solidarności” i jej przywódcy oraz korespondencję obywateli polskich (materiały te zostały uzyskane w wyniku działań operacyjnych MSW NRD)". Niewykluczone, że chodzi o "urobek" z działalności tzw. grupy operacyjnej Warszawa, powołanej jesienią 1980 r, o której pisałem w tekście GRUPA OPERACYJNA "WARSZAWA"- STASI W POLSCE.

I oto dyrektor Departamentu I MSW dodaje, że dokumentacja dotycząca współpracy wywiadowczej NRD z bratnimi krajami socjalistycznymi, w tym z wywiadem PRL, została "zniszczona bądź zmikrofilmowana i w kontenerach przekazana partnerom radzieckim na przechowanie".

„Nie jest jasne – pisze Sławomir Cenckiewicz - , skąd wywiad PRL/RP pozyskał informacje o istnieniu i "zabezpieczeniu" materiałów o "Solidarności" i "jej przywódcy". Rezydentura w Berlinie mogła mieć własne źródła informacji w NRD, ale mogła je też uzyskać od swoich partnerów z KGB lub ze Stasi, tym bardziej że po przełomie politycznym w Polsce kontynuowano współpracę pomiędzy SB a Stasi (np. sprawa o kryptonimie "Sycylia", dotycząca rozpracowania Solidarności Walczącej). W każdym razie w świetle dokumentu płk. Jasika możemy uznać za pewne, iż po 1990 r. posiadane wcześniej przez Stasi, a więc i przez KGB, dossier "Solidarności" i "jej przywódcy" stało się wspólną wiedzą państwa rosyjskiego i zjednoczonych już wkrótce Niemiec”.

Czy trzeba udowadniać, że ograniczenie ustawowych uprawnień IPN-u, z których jedno dotyczy archiwizacji dokumentów związanych z działalnością aparatu represji w latach 1944-1989, lub uprawnień pionu śledczego IPN – czyli uniemożliwienie niezależnym historykom dostępu do archiwów komunistycznej bezpieki - będzie działaniem na korzyść i w interesie rosyjskich i niemieckich służb? Jakiekolwiek nawoływanie do „zakazania", "ograniczenia", "spalenia" czy "zabetonowania” tych archiwów służy wyłącznie interesom obcym polskiej racji stanu. Mając pewność, że cała wiedza o dzisiejszych elitach IIIRP znajduje się w Moskwie, a ogromna jej część również w Berlinie – chcąc ukryć tę wiedzę przed własnym narodem - ludzie obecnego układu skazują Polskę na rolę bezwolnego, zależnego przedmiotu w politycznych i gospodarczych rozgrywkach. Bez znaczenia pozostaje fakt, czy autorami takich wypowiedzi są komunistyczni aparatczycy, „zasłużeni” opozycjoniści bądź ludzie Kościoła – wszyscy oni świadomie lub nieświadomie, źle służą sprawie polskiej.

Już raz, na początku polskiej „transformacji” dokonano aktu podporządkowania interesów niepodległej Rzeczpospolitej wpływom obcego mocarstwa. Niczym innym, bowiem nie była celowa rezygnacja „elit” politycznych IIIRP z przeprowadzenia dekomunizacji i rzetelnej lustracji. Ukrywając przed własnym społeczeństwem wiedzę o przeszłości, dano wówczas Rosjanom (lecz również Niemcom) groźną i niezwykle skuteczną broń w rozgrywaniu „kwestii polskiej” – naciski i szantaż wobec czołowych postaci życia publicznego, o których agenturalnej przeszłości posiadały wiedzę służby państw obcych. Ten oręż - w choćby niewielkim stopniu - wytrąciła z rak naszych sąsiadów działalność historyków IPN-u, odkrywających w archiwach służby bezpieczeństwa ponurą prawdę o „ludziach z papieru”.

Ujawnienie współpracy agenturalnej niemal wszystkich „zalegalizowanych” komunistów, tworzących w IIIRP tzw. lewicę, czy prace archiwalne księdza Isakowicza – Zaleskiego – ukazujące agenturę ulokowaną w Kościele, a wreszcie publikacje na temat „opozycyjnej ikony” Lecha Wałęsy – stanowiły istotny, dotkliwy cios, wytrącając z rąk rodzimych i obcych gangsterów broń politycznego szantażu i nacisków. Fakty te musiały wywołać wściekłość i reakcję.

Myślę, że doskonale z obecnego zagrożenia zdaje sobie sprawę prezes IPN-u Janusz Kurtyka, skoro wspomniał o agenturalnej przeszłości Aleksandra Kwaśniewskiego, przypominając, znaną od 9 lat prawdę, że postać TW ALEK „gwarantuje Sowietom przynależność Polski do ich imperium zewnętrznego”. Odważne twierdzenie prezesa Instytutu zawiera głęboki sens.

Każdy z byłych współpracowników policji politycznej PRL, a w szczególności - pełniący w IIIRP najwyższe funkcje państwowe - który ukrywa lub po ujawnieniu zaprzecza swojej agenturalnej przeszłości, dowodzi tym samym, że nadal znajduje się w obszarze wpływów obcych służb specjalnych i nadal wykonuje swoją agenturalną „misję”. Wpływów obcych – bowiem działalność perelowskiej bezpieki i zgromadzona przez nią wiedza należała i należy do zakresu działań wrogich Polsce, związanych z długoletnią okupacją sowiecką. Dla państwa mieniącego się wolną Rzeczpospolitą – wiedza na temat najwyższych przedstawicieli IIIRP przekazana przez „polską” bezpiekę do archiwów rosyjskich czy niemieckich, powinna stanowić najpoważniejsze zagrożeniem ze strony obcego państwa.

Gdyby było tak, jak wmawiają Polakom rozliczne „autorytety” IIIRP, że ludzie uwikłani w zależności agenturalne wyzbyli się tych obciążeń i godnie służą wolnej Polsce – jak wytłumaczyć fakt, że wszyscy oni przeczą swojej agenturalnej przeszłości i nawet wobec niezbitych dowodów zachowują arogancki upór? Tak wygląda irracjonalna z punktu widzenia interesów wolnej Rzeczpospolitej, lecz dogodna, wyuczona postawa, charakterystyczna dla metod szkolenia agentury, zalecanych w instrukcjach operacyjnych Służby Bezpieczeństwa. Dobitnie świadczy to, że ludzie ci mentalnie, a w wielu przypadkach realnie tkwią nadal w zależnościach i relacjach właściwych dla obcych ekspozytur.

Obecność wśród osób domagających się likwidacji IPN-u, postaci takich jak Bronisław Komorowski – który w niemal wszystkich swoich wypowiedziach otwarcie stoi na straży ochrony interesów rosyjskich w Polsce, nakazuje widzieć w tej umiejętnie podsycanej histerii ukrytą celowość i prawdziwy sens.

Mówiąc o wpływach służb rosyjskich, profesor Wieczorkiewicza, w cytowanym już wywiadzie postawił przenikliwie jasną diagnozę:

Służby, które łączą bezwzględność z wielkimi koncepcjami i potrafią patrzeć daleko do przodu. Jak pisał Bułhakow: dokumenty nie płoną. Wszelkie palenie akt to zwykły teatr. Niszczy się zawsze jakieś duplikaty, bezwartościowe kwity administracyjne i tym podobne rzeczy. To co najważniejsze, to co ma prawdziwe znaczenie – zawsze się zachowuje. W przypadku PRL – w Moskwie. Nie jest tajemnicą, że kopie akt polskiej bezpieki szły do Moskwy. Oni mają wszystko i dzięki temu do dziś kontrolują wielu agentów. Agentury tej prędko nie odkryjemy. Dopiero teraz, po 60, 70 latach z trudem dokopujemy się do prawdy o agenturze sowieckiej w II RP. Ale warto mieć świadomość, że tacy ludzie u nas działają. I to na najwyższych szczeblach. Należy o tym pamiętać zawsze, gdy dochodzi do jakichś konfliktów czy sporów polsko-rosyjskich. Należy wówczas uważnie wsłuchać się w debatę publiczną: artykuły prasowe, wypowiedzi polityków. Od razu widać, kto reprezentuje rosyjski punkt widzenia”.

Mając pełną świadomość, że państwa sąsiadujące z Polską posiadają dogłębną i realną wiedzę na temat przeszłości establishmentu IIIRP należałoby dokonać rzetelnej, obejmującej wszystkie obszary życia publicznego lustracji, a wszystkich współpracowników policji politycznej PRL odsunąć na zawsze od wpływów na nasze sprawy. Wiemy już, że to postulat niemożliwy do wykonania, a obecna Rzeczpospolita pozostanie państwem przeżartym agenturalną dżumą.

Nie wolno jednak dopuścić do sytuacji, gdy wspólny, zmasowany atak komunistów i ludzi partii powstałej z inspiracji służb specjalnych PRL, doprowadzi do likwidacji lub ubezwłasnowolnienia niezależnej instytucji badającej dziedzictwo archiwalne PRL. W państwie zbudowanym na relacjach agenturalnych, w którym istnieją ogromne i wpływowe grupy interesu sprzecznych z polskimi, pozbawienie społeczeństwa tej jedynej możliwości poznania własnej historii i odebranie mu wiedzy o przeszłości „elit”, urasta do rangi sprawy najważniejszej. To dziś niezwykle realna groźba, że o polskiej przyszłości decydować będą obce służby i przywódcy państw, posiadający wiedzę z archiwów PRL-u.

Niepotrzebne wydają się wielkie słowa, nawoływanie do patriotyzmu i obrony prawa narodu do posiadania pamięci. Wspólny wszystkim nam instynkt samozachowawczy powinien obudzić zdecydowany sprzeciw wobec planów likwidacji IPN-u i zdecydować o wszelkich, dostępnych środkach obrony. Również tych, które stosowaliśmy w czasach PRL-u.

Tak nakazywałby realizm i trzeźwa ocena sytuacji. Ci, którzy jej obecnie nie rozumieją lub tchórzliwie zamykają oczy na niewygodną rzeczywistość – powinni milczeć, w nadziei, że nie staną się współwinnymi tej antypolskiej, groźnej koncepcji.

http://www.rp.pl/artykul/107684,283043_Napiszmy_historie_Polski_od_nowa__czesc_2__.html

http://www.glaukopis.pl/index.php?menu_id=3&id=10

http://www.wprost.pl/ar/103644/Pokalane-poczecie-III-RP/?O=103644&pg=2

http://www.polskatimes.pl/stronaglowna/100410,wywiad-z-januszem-kurtyka-prezesem-ipn,id,t.html#sondaWyniki

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz