Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

sobota, 15 listopada 2008

OSTATNIA MISJA EMERYTA

Polacy lubią mitologię. Szczególnie, gdy dotyczy okresu PRL-u, a jej źródłem są tzw. wolne media, w rodzaju TVN. Rola tej stacji telewizyjnej w szerzeniu mitów o Polsce Ludowej nie powinna dziwić, jeśli pamięta się, że Mariusz Walter i Jan Wejchert – dzisiejsi władcy imperium ITI byli współpracownikami wywiadu PRL. W stacji powstałej z funduszy Departamentu I MSW, najwyraźniej nadal obowiązuje dyrektywa, wyrażona 25 lat temu przez ówczesnego rzecznika rządu Jerzego Urbana: „Służba propagandowa MSW powinna mieć możliwość dawania do TV, radia i prasy gotowych programów do druku, albo też dostarczania TV, radiu i prasie półproduktów, którym ostateczny kształt nadadzą redakcje TV, radia i prasy.” – pisał Urban w piśmie w z dnia 22.02.1983r , skierowanym do gen.Kiszczaka, rekomendując jednocześnie Mariusza Waltera nagłównego konsultanta, jakiegoś szefa propagowania, szefa realizacji programów radiowo-tv - jednym słowem na kierownika pionu propagandy”. Jak radził Urban – tak zrobiono.

Od kilku miesięcy TVN wprowadza do świadomości Polaków obraz „superszpiega PRL”, „polskiego Bonda” Mariana Zacharskiego. Obraz ten ma tyleż wspólnego z rzeczywistością, ile pan Zacharski z działaniem na rzecz Polski, co nie przeszkadza przecież milionom odbiorców tej stacji zachłystywać się rewelacjami szpiega na emeryturze. Do budowania wizerunku „superszpiega” przystąpił również „Dziennik”, zamieszczając obszerny wywiad z zacnym emerytem.

Ponieważ ilością kłamstw, jakimi ów emeryt nakarmił dociekliwych publicystów można obdzielić kilku inteligentnych pracowników medialnych, nie sposób w krótkim tekście ukazać wszystkich bezpieczniackich mitów, rozpowszechnianych przez Zacharskiego. Choć takie sformułowania jak „przestaję wierzyć w to państwo” ( to o III RP), opowieść o 3 tysiącach emerytury lub twierdzenia - „ja jednak nie jestem materiałem na zdrajcę”, czy „Rosjanie darzyli mnie naturalnym szacunkiem” – powinny znaleźć stałe miejsce w kanonach PRL- owskich kłamstw. Mistrzostwo, z jakim Zacharski wodzi za nos swoich rozmówców, umiejętnie dozując im informacyjną „papkę”, wzbudziło moje szczere uznanie dla umiejętności pana generała i programu szkoleniowego KGB.

Bardziej interesująca wydaje mi się jednak refleksja nad przyczyną obecnej aktywności Zacharskiego i usilnym promowaniem jego wynurzeń przez „wolne media”. Tak się, bowiem składa, że spotykamy tego pana w tych momentach naszej najnowszej historii, gdy dzieją się rzeczy ważne, a szczególnie takie, w których rozgrywane są interesy wschodniego imperium.

W pionierskich czasach naszej „ustrojowej transformacji”, w roku 1994 pozytywnie zweryfikowany Zacharski, został przecież na krótko szefem wywiadu UOP. Jak pamiętamy –był to okres, gdy Polska starała się o członkostwo w NATO, zatem awans człowieka, na którym ciążył w USA wyrok dożywotniego więzienia nie mógł wywołać zadowolenia naszych przyszłych sojuszników. Nominacja Zacharskiego nastąpiła dosłownie w przededniu 8 października 1994 r., gdy Kongres USA uchwalał tzw. poprawkę Hanka Browna i Paula Simona, upoważniającą prezydenta do rozszerzenia współpracy wojskowej NATO o Polskę, Czechy, Słowację i Węgry. Niewiele brakowało, by z tego powodu decyzja Kongresu została zablokowana.

W kilka tygodni po nominacji Zacharskiego, tak pisał Jan Nowak Jeziorański: „Bezpośrednim następstwem [nominacji Zacharskiego] byłaby zmiana nastawienia kongresu Stanów Zjednoczonych, który w przygniatającej większości popiera włączenie Polski do NATO. Upadłaby ustawa, o którą walczymy, a która rozciąga na Polskę przywileje przysługujące członkom NATO; nabywania, wypożyczania i otrzymywania nadwyżek broni amerykańskiej oraz dostęp do amerykańskiej technologii wojskowej. Przejście tej ustawy, które wcale nie jest pewne, będzie miało ogromną wymowę symboliczną. Prawdopodobnie kongres odrzuciłby przyznanie Polsce 22 milionów dolarów obiecanych przez Clintona na wspólne ćwiczenia wojskowe. Nominacja na szefa wywiadu człowieka, który zadał tak olbrzymie straty Ameryce, mogłaby przekreślić wszystkie zabiegi i starania kongresu Polonii. Dlatego ubolewam nad tym, że minister Milczanowski próbuje ponownie tę sprawę otworzyć. W interesie Polski leży, aby ją jak najszybciej zamknąć i unikać wokół niej dalszego rozgłosu.”

Rola „propaństwowca” Milczanowskiego, jaką odegrał w sprawie nominacji Zacharskiego i prowokacji z „Olinem” to już osobny, choć równie ciekawy temat.

Równie ważne wydaje się zadanie, jakie przypadło Zacharskiemu w słynnej aferze „Olina”, gdy zdemaskował Oleksego jako rzekomego sowieckiego agenta. Medialny dramat, jakiego byliśmy świadkami w drugiej połowie 1994 roku, rozpoczęty nominacją Zacharskiego na szefa polskiego wywiadu, a zwieńczony 19 grudnia 1995 roku tzw. aferą Oleksego rozegrał się w momencie, gdy Polska znajdowała się w obliczu strategicznych decyzji, określających nasz narodowy i państwowy byt na następne pokolenia.

W wywiadzie dla „Dziennika” znajduje się wypowiedź Zacharskiego, która nawet u słabo zorientowanego czytelnika powinna wywołać uśmiech. Oto „superszpieg” tak relacjonuje okoliczności, w których od sowieckiego agenta Jakimiszyna uzyskał wiedzę o „Olinie” :

„Sytuacja wyglądała tak, że odbijaliśmy piłkę na kortach Mery, kończymy grę i przebieramy się w kanciapie. Zupełnie bezwiednie chlapnąłem, że nie podoba mi się jakieś posunięcie Oleksego. Po tenisie idziemy do hotelu Vera na piwko. Nagle Rosjanin mówi: "Słuchaj powinieneś być ostrożny z taką krytyką". "Ale dlaczego, żyjemy w wolnym państwie?" - pytam. A on do mnie: "Bo Oleksy jest nasz!". Myślałem, że spadnę z krzesła. Oczywiście zaraz po przyjściu do domu sporządziłem notatkę i powiadomiłem szefów. W trakcie następnych rozmów źródło ujawnia, że Oleksy jest informatorem Rosjan o kryptonimie "Olin".

Na jakże inteligentne pytanie dziennikarzy - „To wygląda, jakby Rosjanin pana wkręcał. Po latach jest pan pewien, że to nie była rosyjska inspiracja, której celem było spowodowanie gigantycznego zamieszania w Polsce? - Zacharski odpowiada:
Ja to wykluczam. Wiem też, że na szczeblu szefa wywiadu informacje te były weryfikowane i porównywane z innymi materiałami. Proszę pamiętać, że szef wywiadu ma wgląd w całość materiałów zdobywanych przez tę służbę.”

Zacharski zapomniał dodać, że otwartość Jakimiszyna nie była bezinteresowna. Oferowano mu nie tylko "godne życie" w Polsce lub gdzie indziej, ale przede wszystkim przekazano wynagrodzenie (około 39 tys. dolarów, obiecując jeszcze większe pieniądze), które skwapliwie przyjął. Po powrocie do Rosji Jakimiszyn został „ukarany” przez swoich szefów intratnym stanowiskiem w biznesie, a uzyskane od polskiego wywiadu pieniądze musiały stanowić niezłe uzupełnienie pensji agenta KGB.

Widząc łatwość, z jaką Zacharski przekonuje dziennikarzy, że ludzie sowieckich służb byli kordialnymi kretynami, zdradzającymi w „kanciapach” własną agenturę, można mieć pewność, że również własnych rodaków szacowny emeryt uważa za stado idiotów.

Warto przypomnieć przebieg ówczesnych zdarzeń i rolę Zacharskiego. W czerwcu 1995 r. pan pułkownik miał otrzymać od pozyskanego przez siebie oficera służb specjalnych Rosji informację, jakoby Józef Oleksy był od dłuższego czasu kwalifikowanym informatorem wywiadu ZSRR. Oleksy miał zostać zwerbowany do współpracy w 1983 r. przez kadrowego oficera, pełniącego zarazem funkcje dyplomatyczne - Władymira Ałganowa. Po wyjeździe Ałganowa z Polski w 1992 r. dalsze kontakty z Oleksym miał przejąć inny wywiadowca i dyplomata ppłk Grigorij Jakimiszyn. Zacharski miał również otrzymać od swego źródła informacji odręczny dokument w języku rosyjskim, zawierający - według niego - ocenę wartości informacji pozyskiwanych przez obcy wywiad od J. Oleksego. W tym właśnie dokumencie polskie źródło oznaczone było literą "O", według agenta rosyjskiego oznaczającą pseudonim „Olin”. Informacje te (za zgodą wyższych przełożonych) Zacharski i kpt. Dariusz Izgórski mieli potwierdzić w rozmowie operacyjnej z Ałganowem na Majorce. Przebieg i wyniki owej rozmowy uznano w UOP za potwierdzenie wcześniej uzyskanych informacji, choć z utrwalonej na taśmie treści spotkania wynikało, że polscy wywiadowcy ponieśli kompletną klęskę. Śledztwo w tej sprawie, prowadzone przez Prokuraturę Warszawskiego Okręgu Wojskowego wykazało szereg poważnych uchybień w działaniach UOP i w rezultacie zostało umorzone.

Najważniejsze jednak wydają się efekty afery „Olina” – wszystkie zadziwiająco korzystne dla Rosji. Informacja o sowieckim szpiegu na stanowisku premiera rządu polskiego, musiała skutecznie schłodzić zapał Amerykanów, w sprawie przyjęcia Polski do NATO. Na ile sprawa ta zaważyła na opóźnieniu w przyjęciu nas do Paktu Atlantyckiego, być może dowiemy się, gdy upadnie III RP. Zaniepokojenie aferą było na tyle duże, że wiosną 1995 roku, Amerykanie skierowali do Warszawy specjalną misję, z Richardem Holbrookem na czele, by ocenić zasadność zagrożenia. Po umorzeniu przez wojskową prokuraturę śledztwa, prawdziwy „Olin” i zapewne jeszcze kilku sowieckich agentów wpływu mogło spokojnie kontynuować swoją misję w Polsce, będąc pewnym, że nigdy już polskie służby nie odważą się „grzebać” przy sprawie.

Rosjanie pokazali też, że w tak newralgicznym dla Polski momencie są w stanie wpływać na kształt sceny politycznej i dokonywać na niej realnych zmian. Po wyeliminowaniu Oleksego, kolejny gabinet, utworzony został przez Włodzimierza Cimoszewicza (TW Carex) i skompletowany z ludzi Leszka Millera. Znalazły się w nim osoby, określane mianem partyjnego betonu SLD. Również liczba tajnych współpracowników bezpieki, którzy tworzyli rząd Cimoszewicza, (że wymienię tylko niektórych – Jagieliński, Kołodko, Rosati, Kubicki, Rydlewski) – przekraczała nawet niewybredne w tym względzie standardy III RP. Nie jest też tajemnicą, że za sprawą „Olina” stał Lech Wałęsa, którego pomysły o „NATO-bis” musiały bardzo podobać się Sowietom i człowiek Wałęsy - „specjalista od służb” Andrzej Milczanowski - wykonujący w tym zakresie dyrektywy M.Wachowskiego. Na ile roszady na ówczesnej scenie politycznej, miały przygotować Polskę do przyjęcia do NATO, według scenariusza napisanego w Moskwie i stanowiły wielostopniową kombinację operacyjną rosyjskich służb – będzie jeszcze długo pytaniem otwartym.

Wracając jednak do pytania o obecną przyczynę aktywności pana Zacharskiego i udział w uświadamianiu społeczeństwa przez stację Waltera i Wejcherta, przy współudziale „Dziennika”, warto zwrócić uwagę na pewną wypowiedź pana generała z wywiadu, udzielonego Reszce i Majewskiemu. Oto na pytanie dziennikarzy, dotyczące okoliczności odwołania ze stanowiska szefa wywiadu UOP, mogliśmy przeczytać:

Zrzucanie mnie ze stanowiska było niemal klasyczną wewnętrzną polsko-polską wojenką, a wyjątkową aktywnością w tym pojedynku wykazywali się szef dyplomacji Andrzej Olechowski i ówczesny szef UOP Gromosław Czempiński. To im w dużym stopniu należy zawdzięczać, że Amerykanie w końcu zdecydowali się i złożyli notę protestacyjną. Ale o wielu znanych mi w szczegółach elementach tej rozgrywki opowiem w mojej książce.”

W innym miejscu Zacharski ciepło wyraża się o Adamie Michniku, informując, iż był on autorem tekstu rezygnacji ze stanowiska w UOP i opisuje wzajemne stosunki obu panów - „Mówiliśmy sobie po imieniu, byliśmy dobrymi znajomymi. To ciekawy człowiek, lubiłem z nim rozmawiać. Czasem spotykaliśmy się u niego w "Gazecie". Dwa, trzy razy byłem u niego w domu. Może on raz był u mnie.”

Otóż, tak się składa, że wymienieni dżentelmeni – Olechowski i Czepiński są dziś „ojcami założycielami” formacji politycznej o nazwie „Platforma Obywatelska”, a gazeta Adama Michnika dzielnie wspiera wszystkie działania obecnego rządu. Te trzy osoby, imiennie wspomniane przez Zacharskiego to najważniejsze wsporniki, podtrzymujące konstrukcję Platformy i ich wpływ na decyzje polityczne rządu Tuska wydaje się bezsporny. O wpływach założycieli PO – agentów Departamentu I MSW pisałem obszernie w tekstach „POLITYCZNA AGENTURA WPŁYWU”.

Z wielowątkowej operacji medialnej, pod roboczym tytułem – „Patriota Zacharski – tropiciel sowieckich agentów, w służbie III RP” można odnieść nieodparte wrażenie, że:

1. Zacharski jest „superszpiegiem”, który z pobudek patriotycznych chciał pracować dla Polski, ( nie bił opozycji, nie poniżał księży),

2. Działając w UOP, przyczynił się do wykrycia sowieckiej agentury na najwyższych szczeblach władzy państwowej.

3. Za tę działalność dla wolnej Polski, został zmuszony przez komunistów (agentów sowieckich) do opuszczenia kraju, zniszczono jego karierę i uniemożliwiono pracę dla III RP.

4. Wiedza Zacharskiego to „bomba”, której siła może radykalnie zmienić kształt polskiej sceny politycznej.

Z tak zarysowanej koncepcji medialnego przekazu, wyłania się obraz człowieka, który wiele wie i równie wiele może ujawnić, jeśli tylko nadejdzie stosowna chwila. Kontekst, w jakim Zacharski wymienia nazwiska „ojców” Platformy jest o tyle negatywny, że wyraźnie sugeruje, iż działania Olechowskiego i Czempińskiego były „elementami rozgrywki”, o której obiecuje napisać więcej w przyszłej książce. Jakiej rozgrywki – mając na uwadze wyszczególnione powyżej tezy medialne – można łatwo się domyśleć. Kto za nią stał i kto ją mógł inspirować, by pozbyć się genialnego „superszpiega”, tropiącego sowieckich agentów – również nietrudno dociec.

Jeśli jest to szantaż, to wyrażony w jak najbardziej „ekskluzywnej” formie, właściwej dla ludzi pokroju Zacharskiego.

Osoba Adama Michnika pojawia się, jak sądzę, w dwojakim kontekście. Po pierwsze, by uzmysłowić odbiorcy, że przyjacielskie stosunki łączące obu panów to okoliczność uwiarygodniająca Zacharskiego, jako człowieka „po właściwej stronie” sceny politycznej III RP. Dla wielu niewybrednych adresatów medialnych manipulacji, powołanie się na Michnika to przecież oznaka uczciwość osoby, którą z szefem „Gazety Wyborczej” łączą bliskie więzy. Lecz niewykluczone również, że przywołanie Michnika ma „przypomnieć” redaktorowi, że Zacharski doskonale pamięta o ich przyjaźni i treści wspólnych rozmów. Ostatecznie, to właśnie „Gazeta Wyborcza” zainicjowała w sierpniu 1994 roku, aferę z nominacją Zacharskiego na szefa UOP-u, co wobec mocno eksponowanych tez, o ewentualnym podłożu tej „rozgrywki”, może stawiać Michnika w niezręcznej sytuacji.

Aluzyjna i wielowątkowa wypowiedź Zacharskiego, powinna budzić szczere uznanie i zapewne spotkała się z żywym zainteresowaniem wymienionych przez pana generała osób.

Jestem dziwnie przekonany, że głos emeryta Zacharskiego ma nadal wielką moc sprawczą i wydaje się echem ważnych, mocarstwowych interesów. Należałoby może poważnie zastanowić się - na ile ostatnie „rewelacje” tego pana i promocja jego osoby przez „zaprzyjaźnione” media mają np. związek z decyzjami ministra Sikorskiego wobec Rosji, o wznowieniu rokowań o partnerstwie, a w szerszej perspektywie – ze stanowiskiem polskiego rządu w sprawie tarczy antyrakietowej. Choć zawsze będzie odczuwalny niedosyt „twardych” dowodów, to nie wolno wykluczać, że pan Zacharski nadal rzetelnie wypełnia swoją misję.


WOLNOŚĆ POD SPECJALNYM NADZOREM

http://www.tvn24.pl/12690,1549019,wiadomosc.html

http://www.dziennik.pl/opinie/article259161/Slynny_szpieg_uderza_w_Kwasniewskiego.html

http://www.lex.com.pl/czasopisma/znusrp/bial_ksi.html#19

http://www.dziennik.pl/polityka/article263778/Sikorski_Sprzeciw_wobec_Rosji_nic_by_nie_dal.html#reqRss

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz