Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

poniedziałek, 6 października 2008

GOLEM

„Jeśli udział społeczeństwa w naszej hańbie domowej zmniejsza się coraz bardziej, to nie zmienił się fakt, że nadal żyjemy w czasie pogardy.” – pisał Jacek Trznadel, i choć od wydania jego „Hańby domowej” upłynęło ponad 20 lat, a komunizm zastąpiono ustrojową transformacją, coraz mocniej zdajemy się doświadczać ”życia w czasie pogardy.”

Z każdym dniem, w którym media szczegółowo relacjonują przebieg procesu autorów stanu wojennego, upewniam się w przekonaniu, że skazuje się Polaków na kolejne lata życia w pogardzie dla prawdy.

Wiemy, że Historię piszą zwycięzcy. Nikt ich nie pyta, czy opis odpowiada prawdzie, bo dostateczną miarą ich wiarygodności jest odniesione zwycięstwo. Nikt nie zarzuca im fałszu, bo głos przegranych nie ma mocy sprawczej. Nam, którzy rzekomo odnieśliśmy „historyczne zwycięstwo nad komunizmem” i ogłosiliśmy się III Rzeczpospolitą, historię zdrady narodu, piszą sami zdrajcy, a ich głos rości sobie równe prawa do głosu historyków i naukowców. Nic nie wskazuje, by pokonani oddali Polakom monopol, skradziony w 1944 roku, „skoro historię targowicy nadal piszą targowiczanie”.

Z głęboko zakorzenionej w liberalnym myśleniu pogardy dla historii i tradycji, pychy i żądzy władzy, wyrosły w III RP bezpłodne kompromisy i jawne apostazje, nie tylko w stosunku do powołania intelektualisty, ale przede wszystkim do elementarnego zdrowego rozsądku. W zaślepieniu „zdobyczami okrągłego stołu” tzw. intelektualiści, nie zechcieli uznać faktu oczywistego dla większości Polaków, że grzechem pierworodnym systemu komunistycznego była jego duchowa obcość, narzucony charakter i sprzeczność z celami narodu. To o nich pisał przed laty Waldemar Łysiak w obrazoburczym „Salonie”:

Złączeni biologicznym wręcz sojuszem złej woli i faryzeuszostwa, byli umoczeni w każde zło krzywdzące Polskę od roku 1945 — w stalinizm, w bezpiekę, w klakierowanie „socjalistycznym odnowom", w PZPR, ZSL i SD, w zwalczanie „bohaterszczyzny " (antyreżimowej partyzantki), „ksenofobii", „antysemityzmu", „klerykalizmu", „tradycjonalizmu" i „szowinizmu" (czytaj: patriotyzmu), w „europejskość" i prosowieckość, w postmodernizm i postmoralność, w „poprawność polityczną" i we wszelkie formy lewactwa.”

Choć na potrzeby ówczesnej propagandy, przywódcy partii komunistycznej przyznawali, że ich ideologia, którą przez lata próbowali narzucić społeczeństwu nie ma już racji bytu, przeniesiono przecież w stanie niezmienionym wszystkie atrybuty systemu – poczynając od uproszczonej zamiany ideologii komunistycznej na hasła liberalizmu, a kończąc na zapewnieniu wpływów nomenklatury na gospodarkę i struktury bezpieczeństwa.

Nie miejsce tu, by wyliczać społeczne skutki „okrągłego stołu” i wymieniać negatywne procesy, zapoczątkowane w okresie „ustrojowej transformacji”. Głębokie rozwarstwienie społeczeństwa, zwiększanie się podziałów i niesprawiedliwości, zubożenie i degradacja licznych grup ludności czy wysokie bezrobocie, nie były wyłącznie nieuniknionym efektem rewolucji gospodarczej. Z ogromnym prawdopodobieństwem można sądzić, że procesy te zostały świadomie wykorzystane przez establishment III RP do pozbawienia społeczeństwa większych aspiracji ideowych i intelektualnych. Zmiany w systemie oświaty i szkolnictwa wyższego, sprowadzające się do zaniżania poziomu nauczania, kosztem rzekomej dostępności, czy propagowanie (również w systemie nauczania) myślenia ahistorycznego, to kolejne etapy w tworzeniu społeczeństwa wegetatywnego. Przykłady można by mnożyć, poczynając od rozwiązań prawnych, narzucanych przez państwo, a kończąc na wykorzystywaniu usługowo-propagandowych atrybutów mediów.

Ze szczególną starannością, niespotykaną w innych dziedzinach życia społecznego zadbano, by polskie społeczeństwo nie chciało poznać prawdy o najnowszej historii, zastępując tę naturalną aspirację zbiorem fałszywych, ideologicznych formuł, głoszonych przez środowiska intelektualnych terrorystów. Kto z wiarą przyjmował zbiór historycznych reguł, ustanowionych niepisanym dekretem „okrągłego stołu”, mógł liczyć na udział w społeczności tzw. inteligentów, opromienionych wszechwiedzą odgórnie ustanowionych „autorytetów”.

Czy mogło być inaczej, skoro komunizm był ustrojem kłamstwa podniesionego do rangi ustrojowej? Państwo, powstałe na podwalinach tego ustroju, które jego twórcy nazwali III Rzeczpospolitą, musiało ukrywać prawdę o ludziach i historii.

Powołany dopiero po 10 latach od „przemian okrągłego stołu” Instytut Pamięci Narodowej – jedyna instytucja, dzięki której Polacy mogą poznać najnowszą historię, nie przypadkiem staje się dziś obiektem coraz gwałtowniejszych ataków. Proces odkrywania prawdziwych życiorysów „bohaterów okrągłego stołu”, ukazywania faktycznych mechanizmów rewolucji „Solidarności”, zapoczątkowany publikacją historyków IPN o Lechu Wałęsie, spowodował bolesną dla tego środowiska wyrwę w propagandowym monolicie. Dostęp do niezależnych informacji, w tym do rzetelnych, pozbawionych kanonów politycznej poprawności opracowań historycznych, musiał wzbudzić wściekłość i lęk establishmentu III RP.

Z tym większą zaciekłością, próbuje się od wielu miesięcy, zawrócić nieunikniony proces odzyskiwania przez Polaków świadomości historycznej. Pogarda, z jaką środowiska intelektualnych terrorystów traktują prawdę o najnowszych dziejach, skrywa w sobie głęboki, atawistyczny lęk. Tak może bać się tylko ten, kto zbudował swoją społeczną pozycję na fałszowaniu rzeczywistości, komu własny życiorys jawi się, niczym pożerający własne dzieci Saturn.

W tej atmosferze, proces autorów stanu wojennego staje widowiskiem propagandowym, wykorzystywanym przez media jako pretekst do prezentowania racjonalnie uprawnionej wizji najnowszej historii. Kilkugodzinne tyrady głównego oskarżonego, traktuje się niczym głos w historycznej dyskusji, nad przyczynami wprowadzenia stanu wojennego. Argumentom oskarżonego nadaje się rangę polemicznych, wiarygodnych tez, przedstawiając je jako godne zauważenia i konfrontacji. W tym ideologicznym, i z gruntu fałszywym obrazie, propagowanym chętnie przez wielu publicystów i polityków zawiera się najgłębsza pogarda dla prawdy i własnego społeczeństwa. Jesteśmy świadkami niebywałej wprost gloryfikacji kłamstwa – tym razem podniesionego do rangi historycznej polemiki.

Choć wielokrotnie prezentowałem na tym blogu dokumenty, dowody i twierdzenia, wskazujące, że „kłamstwo stanu wojennego” powstało z inspiracji sowieckich propagandystów i zostało ustanowione na mocy odgórnych ustaleń komunistycznej nomenklatury – czy mam zamknąć oczy wobec faktu, że 46% moich rodaków nadal wyznaje to kłamstwo, twierdząc, iż wprowadzając stan wojenny jego twórcy uchronili Polskę przed sowiecką interwencją? Ta świadomość nie pozwala zapomnieć, że żyjemy w czasach pogardy.

Po datą 16 stycznia 1954 roku Leopold Tyrmand zapisał w swym Dzienniku: "Gigantyczne zwycięstwo komunistów, tak przesycili sobą cały tuż-obok-świat, że nawet ja uległem ich gwałtowi; najlepszym tego dowodem ten dziennik, czyli obsesja polemiki. Mnie tu prawie nie ma, jest moje ujadanie przeciw. I to jakieś zaniżone. Prometeusze, Edypy, Konrady i ci rozmaici inni, co pasowali się z Bogiem, losem, przeznaczeniem, a teraz nie przychodzą mi do głowy, jakże wzniesieni i nobilitowani przez swego Przeciwnika. Procesować się z Bogiem, cóż za piękne marzenie! Komunizm to tylko Golem, niebotyczny, to fakt, lecz glina i brud. O tyleż moja walka gorsza, mniejsza, brudniejsza." (Londyn 1985, s. 85)

Oto bandyta głosi, że jest obrońcą uciśnionych. Mam obalać jego twierdzenia, godząc się na przyznanie mu statusu interpelatora, czy zamilczeć jego zbrodnicze tezy?

Oto zdrajca twierdzi, że ratował zdradzonych. Mam podjąć z nim dyskusję, opierając się na systemie pojęć etycznych obcych przecież zdrajcy, czy wzniośle milczeć?

Jeśli uznam go za godnego polemiki, nobilituję tym samym do rangi Przeciwnika, nadam mu dyskursywną wartość, której nigdy nie posiadał. Jeśli będę milczał – on moje milczenie uzna za słabość i nada kłamstwom pozór rzeczowości.

Oto dylemat, przed którym prędzej, czy później staną wszyscy, podejmujący walkę z kłamstwami komunizmu. Dylemat zamierzony - owo „gigantyczne zwycięstwo komunistów”, którzy uczynili ze świata elementarnych prawd chaotyczne pobojowisko, zmieniając porządek pojęć i rzeczy. Każdy kłamstwo i oszustwo ma znaleźć „należne” mu miejsce w hierarchii uprawnionych definicji. Siłą pogardy.

Żyjemy na tym pobojowisku; uznając brudnego Golema za godnego Prometeusza, walcząc z glinianym tworem niczym ze stalowym smokiem, ulegając obsesji polemiki z czymś, czemu nie przysługuje nawet najmniejszy atrybut prawdy. Tyrmand rozumiał to aż do bólu:

Rozbestwione kłamstwo, jakim komunizm wypełnił swój świat i zainfekował nasz świat anuluje wszelkie normy rozsądku. Nikt, kto skłonny jest walczyć o godność własną i chce pozostać w zgodzie z własnym sumieniem, nie zgodzi się na to, żeby nazywać dzień nocą, ciemnotę kulturą, zbrodnię przyzwoitością, niewolę wolnością - na mocy dekretu komunistycznych władców. Poprzez kłamstwo komunizm staje się wszechobecny, przeobraża się we własność bytu, partnera istnienia, element panteistyczny, z którym nawet ścinanie paznokci ma coś wspólnego. Groza kryjąca się w tym stanie rzeczy jest nie do pojęcia dla ludzi ….”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz