Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

poniedziałek, 26 maja 2008

JAK PREZYDENT Z TUSKIEM KONSPIROWAŁ…

Najwyraźniej dla Kazimierza Marcinkiewicza rola największego renegata III RP, okazała się mało atrakcyjna, skoro postanowił dopisać do swojego nazwiska przydomek „kłamca”. Można nawet zrozumieć, że były premier, pozbawiony stanowiska w EBOR i wyrolowany przez kolegów z udziałów w „partii Eureko”, chciał zademonstrować swoją użyteczność i w geście rozpaczy zdecydował się na pomówienie prezydenta.

Zastanawia mnie jednak, że panowie ze środowiska byłych WSI, działający na zapleczu doradczym Platformy, wykazali tym razem, zadziwiającą ignorancję i brak profesjonalizmu w montowaniu tej prowokacji. Może fakt, że musiała być spreparowana na tyle szybko, by zasłonić nowelizację ustaw o SKW i SW, zdecydował o nieudolności przedsięwzięcia.

Trzeba przypomnieć, że w dniu, w którym „Dziennik” opublikował „sensacyjny” wywiad z Marcinkiewiczem, rząd Tuska dokonał cudownej manipulacji przy ustawach o służbie wywiadu i kontrwywiadu wojskowego i zmienił je w sposób, umożliwiający swobodny powrót do służby żołnierzom byłych WSI. Media, skoncentrowane na Marcinkiewiczu, nie zająknęły się nawet o rządowym pomyśle, którego realizacja definitywnie zakończy proces weryfikacji i odbuduje układ zuchów z WSI. Pisałem o tym w poprzednim wpisie.

Radosne podniecenie, towarzyszące „rewelacjom” Marcinkiewicza sprawiło, że media zupełnie bezkrytycznie przyjęły tezę, - jakoby w roku 2005 prezydent Kaczyński i Donald Tusk mieli identyczną wizję rządu PIS-u, i wspólnie konspirowali przeciwko zamysłom prezesa Kaczyńskiego. Wynika to wprost z relacji Marcinkiewicza.

Na pytanie „Dziennika” - Dlaczego Kaczyński miałby zlecać działania niezgodne z prawem?, były premier odpowiada - Chciał, żeby szefem rządu był jego brat, a nie ja.

http://www.newsweek.pl/artykuly/artykul.asp?Artykul=26015

Na tym właściwie należałoby zakończyć słuchanie tego pana – chyba, że fatalna opinia o pamięci Polaków jest w pełni usprawiedliwiona.

Przypomnę, więc, co działo się w tej zamierzchłej przeszłości roku 2005.

Oto Donald Tusk, po ogłoszeniu, że kandydatem PIS –u na premiera będzie Kazimierz Marcinkiewicz:

- "Przyjęliśmy tę informację ze zdziwieniem. Ona jest zaskakująca", taki był pierwszy komentarz Donalda Tuska do wysunięcia przez PiS Kazimierza Marcinkiewicza jako kandydata na premiera.

"Przekonywaliśmy szefa PiS Jarosława Kaczyńskiego, by podjął się misji tworzenia rządu. Nie rozumiemy powodów, dla których nie podjął się tej misji", mówił dalej Tusk tuż po ogłoszeniu nazwiska kandydata na szefa gabinetu.

W czasie krótkiej konferencji Tusk jeszcze kilkakrotnie mówił, że PO jest zaskoczona, a "PiS nie chce wziąć pełnej odpowiedzialności za ten rząd".

http://www.bbc.co.uk/polish/domestic/story/2005/09/050927_surprised_platform.shtml

A to słowa Ludwika Dorna z sejmowej debaty z dn. 19 lipca 2006r., tuż po expose Jarosława Kaczyńskiego:

- Otóż chcę przypomnieć słowa pana przewodniczącego Donalda Tuska chociażby z 27 września ub. r., kiedy pan przewodniczący Tusk bardzo mocno stwierdził, że dla Polaków klarowna i czytelna byłaby sytuacja, w której to szef partii, która wygrała wybory, a zatem Jarosław Kaczyński, cytuję, zostałby premierem. (Wesołość na sali, oklaski) Otóż, panie przewodniczący, między naszymi partiami jest swoista relacja dialektyczna. Prawo i Sprawiedliwość i Jarosław Kaczyński jako premier, by tak rzec, skłonili po długim okresie wahań, bo niemalże ponaddziesięcioletnim, na przykład byłe kierownictwo Kongresu Liberalno-Demokratycznego do zastanawiania się nad tym, czy to jest dobrze, kiedy Polacy wyjeżdżają z Polski w poszukiwaniu pracy. Pan skłonił Prawo i Sprawiedliwość i prezesa Jarosława Kaczyńskiego do objęcia funkcji premiera (Oklaski), a więc pewną siłę przekonywania pan przewodniczący posiada”

http://parl.sejm.gov.pl/StenoInter5.nsf/0/02457252459CD2CCC12571B10004D596/$file/22_b_ksiazka.pdf

Kto pamięta sytuację z jesieni 2005 roku, ten doskonale wie, że desygnowanie Marcinkiewicza na premiera wywołało wśród polityków Platformy konsternację, a w komentarzach do tej decyzji, nie potrafili ukryć irytacji, z powodu dobrej, taktycznej decyzji Kaczyńskiego. Przez cały okres powyborczy, to właśnie Platforma naciskała na PIS, chcąc wymusić premierostwo Kaczyńskiego, a decyzja zwycięskiego ugrupowania spowodowała lawinę złośliwych i gniewnych komentarzy.

Jakim więc cudem, prezydent Kaczyński miałby chcieć, by szefem rządu był jego brat i na tej podstawie podejmować wobec Marcinkiewicza nieprzyjazne kroki, nakazując zakładanie podsłuchu? Każdy, kto ma przeciętne pojęcie o polityce, zdaje sobie sprawę, że w tym okresie, musiała istnieć pełna zgoda pomiędzy Kaczyńskimi, co do obsady stanowiska premiera. Była to decyzja przemyślana i trudno przypuszczać, by prezes PIS- u nie uzgodnił jej z prezydentem elektem.

W tym kontekście, słowa Marcinkiewicza brzmią niewiarygodnie i wprost fantastycznie. Jeśli w tak krętacki sposób określa intencje prezydenta, całość jego „rewelacji” staje się stekiem niesłychanych bzdur.

Warto jeszcze przypomnieć, jak Marcinkiewicz opisywał kulisy swojej dymisji w roku 2007. Ta relacja, odbiega zasadniczo od niedawnych słów byłego premiera:

- Do mojej dymisji ze stanowiska premiera przyczyniły się intrygi "przyjaciół" w PiS-ie - ujawnia były premier Kazimierz Marcinkiewicz w spisanym przez dziennikarzy "Dziennika" wywiadzie-rzece. Odsłaniając kulisy sprawowania funkcji premiera rządu Marcinkiewicz podkreślił, że nie miał "żadnego fundamentalnego sporu" z J. Kaczyńskim.

Przyznał, że z prezydentem Lechem Kaczyńskim były "różnice zdań" w kwestii wymiany ambasadorów, nominacji w wojsku. "Powstawały zatory, których ja bardzo nie lubię. (...) W państwie trzeba podejmować bardzo szybkie decyzje i państwo nie ma czasu na zwłokę" - opisuje relacje z prezydentem Marcinkiewicz. „

http://www.tvn24.pl/0,1523344,wiadomosc.html

Historia, którą Marcinkiewicz raczy Polaków jest kompletnie niewiarygodna i kłamliwa. Jedynie , zakładając amnezję społeczeństwa można mu wmawiać, że Lech Kaczyński miałby w roku 2005 działać, wbrew zamiarom PIS- u i swojego brata. Nie usprawiedliwia tych bzdur nawet megalomania Marcinkiewicza ani daleko posunięty infantylizm polityczny.

O ile nie dziwię się dziennikarzom, przyjmującym bez jakiejkolwiek refleksji słowa tego człowieka, ani żałosnym reakcjom tow.ministra Ćwiąkalskiego, o tyle opinia o „profesjonalizmie” naszych zuchów z WSI mocno została nadwerężona. Przecież sam wywiad i pytania zadawane przez dziennikarzy „Dziennika”, musiały być poddane szczegółowym konsultacjom tak - by wypowiedzi Marcinkiewicza mocno obciążały prezydenta, a jednocześni stwarzały pole do interpretacji. Tak jednoznacznie fałszywa i łatwo weryfikowalna teza o „intencjach prezydenta”, świadczy o złej robocie tzw. doradców ds.PR.

Od „fachowców” w dezinformacji i prowokacji, po dobrych, moskiewskich uczelniach, należałoby oczekiwać więcej profesjonalizmu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz