Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennikarze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennikarze. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 października 2011

O ZBĘDNYM MERDANIU OGONEM

Uśmiercanie PiS-u stanowi ulubione zajęcie rządowych mediów. W równym stopniu jest oznaką chorobliwych obsesji trawiących pracowników ośrodków propagandy, jak ich zabobonnej  wiary w moc słowa pisanego. Wielu z nich zdaje się wierzyć, że projekcją życzeń można zastąpić rzeczywistość, a ponieważ zabobon ten podziela większość Polaków festiwal uśmiercania PiS-u trwa nieprzerwanie od co najmniej 6 lat. W okresach powyborczych przybiera postać masowej histerii, ogarniając zasięgiem nawet zwolenników  partii Jarosława Kaczyńskiego. Stałość tego zjawiska zawdzięczamy łatwości, z jaką nasi rodacy przyjmują każdą medialną brednię, jak i osobliwej chorobie krótkiej pamięci, która nie pozwala objąć refleksją okresu dłuższego niż czas od włączenia i wyłączenie telewizora.
„W niektórych mediach obowiązuje zasada - jak chcesz pracować, to musisz atakować PiS. A w każdym razie nie możesz o nim pisać dobrze” – zauważył już w listopadzie 2007 roku Jarosław Kaczyński. Po czterech latach rządów PO-PSL agresję wobec opozycji podniesiono do rangi naczelnej reguły dziennikarstwa III RP, co dowodzi nie tylko ciągłości peerelowskiej tradycji i stałości wzorców leninowskich, ale świadczy o kompletnym braku wyobraźni i tępocie małych demiurgów. Dawno przecież powinni zadać sobie pytanie: czym będą się zajmowali i do czego będą potrzebni, gdy uśmiercą jedyną opozycję? Z tym dylematem wiąże się również obawa: ileż sierot pozostawi PiS po sobie, iluż publicystów i blogerów zmusi do milczenia z powodu prozaicznego braku tematu?
Nim nastąpi ta apokaliptyczna chwila – trwa kolejny festiwal uśmiercania PiS-u,  nabierając z każdym dniem rozpędu i frenetycznych pląsów. Z doświadczeń poprzednich kampanii wynika, że najlepsze teksty agonalne powstawały z inspiracji politycznych renegatów i zdesperowanych rozłamowców, biegających po mediach z nadzieją na swoje pięć minut. Każdy występ takiego osobnika stanowił nieocenione źródło pogłosek i spekulacji, dając okazję do produkcji nieprzebranej ilości bredni. Scenariusz z powodzeniem stosowano w roku 2007 i 2010, wykorzystując do woli megalomanię błaznów, a czasem dobrą robotę oficerów prowadzących.
Ta radosna eksploatacja okazała się na tyle wyniszczająca, że po ostatnich wyborach zabrakło użytecznych „źródeł osobowych”. Nowe jeszcze nie wykiełkowały, a te najgłębiej ukryte, pozostawiono w odwodzie.  
Sposobem na chwilowe braki kadrowe okazała się ulubiona metoda małych demiurgów polegająca na wykreowaniu nieistniejącej rzeczywistości. Do działań przystąpiono natychmiast po wieczorze wyborczym, spekulując nad przyczynami nieobecności Zbigniewa Ziobry. Dwa dni później, artykuł Wojciecha Wybranowskiego - „Ziobro wyprowadzi ludzi? opublikowany w „Rzeczpospolitej”, nadał kombinacji precyzyjny kierunek
Jak wynika z nieoficjalnych informacji „Rz", Komitet Polityczny PiS ma zażądać wyjaśnień w sprawie kampanii od europosłów Zbigniewa Ziobry i Jacka Kurskiego. Część działaczy PiS zarzuca im, że przed wyborami działali nie na rzecz partii, ale we własnym interesie.” – donosił dziennikarz „Rzepy”. Tytuł nadany temu doniesieniu przez „Wyborczą”: „Dojdzie do secesji w PiS? Kurski i Ziobro obwiniani o klęskę” – musiał wzbudzić zawiść mniej rozgarniętych kolegów.
Tak szczęśliwie rozpoczęta akcja spotkała się ze spontanicznym wsparciem Joanny Kluzik-Rostkowskiej, która kilka dni później podzieliła się ze słuchaczami pewnej rozgłośni cenną uwagą: "Prezes PiS powinien wreszcie wyciągnąć wnioski z porażek a Zbigniew Ziobro jeżeli ma ambicję, dziś jest najlepszy czas, by zawalczył o wpływy w PiS".
Od tej chwili, uczynienie ze Zbigniewa Ziobry pisowskiego secesjonisty stało się ideą fix  rzeszy żurnalistów, blogerów i samorodnych  analityków. Wizja uśmiercenia PiS-u rękami młodego „delfina” rozgrzała inwencje małych demiurgów, pozwalając im poczuć dreszcz podniecenia na myśl o czekających nas zdarzeniach. Do „pomocy” Ziobrze przydano natychmiast Tadeusza Cymańskiego, okraszając wrażych rozłamowców szwarccharakterem Jacka Kurskiego. Złaknione śmiertelnych konwulsji towarzystwo prześcigało się w produkowaniu coraz wymyślniejszych doniesień: „Zbierają haki na Ziobrę i Kurskiego. Wytną opozycję w PiS?”, „"Ziobro boi się Kaczyńskiego, doznał wielu upokorzeń", ”Ziobro na wylocie”.
Troska o uwiarygodnienie kombinacji nakazała włączyć w nią inne organy państwa oraz sprawdzonych w boju towarzyszy. Przesłuchanie Zbigniewa Ziobry w rzeszowskiej prokuraturze, w sprawie tzw. afery gruntowej pozwoliło uruchomić Janusza Kaczmarka. Stwierdzenie byłego szefa MSWiA, iż "Zbigniew Ziobro wybiela siebie i pogrąża w zeznaniach Jarosława Kaczyńskiego", poparte natychmiast słowami Jaromira Netzela: „Zbigniew Ziobro swoimi zeznaniami obciążył byłego szefa CBA Mariusza Kamińskiego” -  miało przekonać odbiorców, że polityk PiS-u już przeszedł na „ciemną stronę” i zachowuje się jak bezwzględny renegat.
Kolejną kreatywną wizję stworzyła ponownie „Rzeczpospolita”, publikując doniesienia anonimowych informatorów z posiedzenia komitetu politycznego PiS. Tytuł nadany temu donosowi: „Ziobro i Cymański kontra zwolennicy Kaczyńskiego” – nie pozostawiał wątpliwości, że w partii opozycyjnej doszło do dramatycznego rozłamu. Bezimienny „poseł PiS” informował „Rzepę”: „Były już powyborcze rozliczenia, ale takiej wojny jeszcze nie widziałem”. Na podstawie tej relacji przenikliwi żurnaliści uznali, że  „Stronnicy prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego twierdzą, że do porażki przyczynili się Ziobro oraz dwaj inni eurodeputowani – Jacek Kurski i Tadeusz Cymański”.
Kropkę nad i miał postawić wywiad Zbigniewa Ziobry udzielony tygodnikowi „Uważam Rze”. „Ziobro przemówi w poniedziałek.” – elektryzował tytuł zapowiedzi i „ujawni o co naprawdę mu chodzi. Deklaruje lojalność, ale żąda zmian”.  Co prawda, ze słów polityka PiS: „Po pierwsze jedność. Po drugie korekta i modernizacja. Po trzecie zwycięstwo” -  wynikały wnioski rażąco odmienne od tez propagandystów, nie przeszkodziły jednak w podtrzymaniu dotychczasowej narracji i wybiórczym podkreśleniu w tytule dzisiejszej „Rzepy”: „Ziobro chce modernizacji PiS”.
Nie można zmusić kogoś, by stał się wytworem chorobliwych spekulacji lub sprostał kaprysom małych demiurgów. Tym bardziej, jeśli zabieg kreowania rzeczywistości dotyczy zaspokojenia obsesyjnych dążeń i przypomina nieudolne praktyki voodoo. O los Zbigniewa Ziobry i pozostałych „rozłamowców”  możemy być spokojni. Rozłam dziś PiS-owi nie grozi, zaś  występy propagandystów pozostaną kolejnym świadectwem czasów hańby.  
Jarosław Kaczyński w wywiadzie z listopada 2007 roku, z którego słowa cytowałem na wstępie wyjaśnił,  dlaczego nie chce zmieniać relacji z dziennikarzami i nie zamierza być w stosunku do nich bardziej przymilny.
Merdanie ogonem w odpowiedzi na agresję nic nie da” – trafnie stwierdził prezes PiS-u. Trafnie, bo kłamstwo i manipulacja są zawsze wyrazem agresji – najczęściej z powodu tchórzostwa lub smrodliwego koniunkturalizmu. Byłoby dobrze, gdyby Jarosław Kaczyński i pozostali politycy PiS- u przypomnieli sobie o tych słowach i zamiast zbędnego merdania ogonem potrafili zdzielić agresora tak, jak na to zasługuje.




Źródła:

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

UDUSZENI WOLNOŚCIĄ


Gdyby zapytać dziennikarzy tzw. wiodących mediów: czy czują się dziś zniewoleni, obrzuciliby nas pogardliwym spojrzeniem, uznali za oszołomów i pisowskich szaleńców. Zapewne wielu z nich podobnie zareagowało na noworoczne życzenia Jarosława Kaczyńskiego z 2007 roku, gdy były premier życzył dziennikarzom „przede wszystkim tego, czym powinni oddychać i jestem przekonany, że oddychają - czyli wolności, jak najwięcej wolności w 2008 roku. To służy dobremu wypełnianiu misji bardzo ważnej, ogromnie wpływowej”.
Wierzę tym ludziom. Wierzę, że ten rząd i to państwo zapewnia dziennikarzom upragnione poczucie wolności. Pozwala im na upojenie mianem „czwartej władzy” i poznanie tajników „inżynierii dusz”. Wierzę tym ludziom, ponieważ opierają swoje przekonanie na świadomości bycia po właściwej stronie i uczestnictwa w delektowaniu się technologią kłamstwa.
Z tym przekonaniem żyli w latach komunizmu, mając  pewność, że bycie po stronie „pana” zapewni im nie tylko dochody i profity ale obdarzy również poczuciem wyższości wynikającym z roli małych demiurgów posługujących wokół pańskiego stołu.. Ilu z nich mogłoby doświadczyć podobnych rozkoszy, gdyby droga kariery była uzależniona od zdolności intelektu lub sprawności pióra?
W komunizmie dziennikarz-publicysta miał być lepiej wiedzącym i dalej widzącym „ojcem narodu", wieść go jak pasterz ku jedynie słusznej przyszłości.” – pisał przed laty towarzysz Jerzy Surdykowski, a Dariusz Fikus, w książce o stanie wojennym przypominał: „Dobór w tym zawodzie polegał na selekcji ujemnej. Kariery robili szybko ludzie bezmyślni i posłuszni. Dziennikarze należeli do tej grupy społecznej, która dość obficie czerpała z dobrodziejstw „budowania drugiej Polski". (...) Pętając się wokół władzy, pełnymi rękami zagarniali to, co z tego obficie w owych latach zaopatrzonego stołu spadało.”
Trzeba przyznać się do własnej głupoty, jeśli po roku 1989 sądziliśmy, że „nowe państwo” zbudowane na sojuszu bandyty i cwaniaka, pozwoli ludziom mediów pozbyć się pęt niewolnictwa i odrzucić służebną dialektykę. A oni sami - po co mieliby to czynić, skoro obrana po 1989 r. idea ciągłości wymagała włączenia w nowy ustrój kolaborantów i gloryfikowała mentalność niewolników? Mając do wyboru kamienistą ścieżkę rzeczników społeczeństwa i szeroki gościniec przywilejów władzy – co innego mogli uczynić mali demiurgowie, jak nie podążyć za głosem „pana”?  
Wierzę zatem, że obecna władza daje dziennikarzom bezkresne poczucie wolności i stanowi dla nich wcielenie ideału heglowskiej „dialektyki panowania i służebności”. Ponieważ cała strategia rządzenia partii Tuska opiera się na utrzymaniu dodatniego, medialnego wizerunku i jest zależna od efektów propagandowych – ten rząd dopuścił dziennikarzy do stołu obfitości i na nowo pozwolił rozkoszować się uczestnictwem w totalnym kłamstwie. Wystarczy, by uznając wyższość „pana” podporządkowali mu swoje aspiracje i oczekiwania.
Tych, którzy nie skorzystali z propozycji udziału w „rządzie dusz” i wykazywali skłonności do walki skazano na marginalizację lub skierowano do nich agentów ABW. Do pozostałych prewencyjne pouczenia wygłosił główny reżyser afery marszałkowej Bronisław Komorowski, gdy we wrześniu 2008 roku, stwierdził: „Ja bym sugerował dużą wstrzemięźliwość w okazywaniu solidarności zawodowej dziennikarskiej” i powtórzył ten apel kilka miesięcy później: „Ja uważam, że tutaj jest jakaś głęboka przesada w okazywaniu solidarności korporacyjnej przez niektórych... a może środowiskowej”. Środowisko, pomne przykładu Sumlińskiego, musiało zapamiętać, że „przesada w okazywaniu solidarności korporacyjnej” może się również zakończyć „wsadzaniem do aresztu”.
Możemy sobie roić, że dziennikarskim obowiązkiem jest opisywanie rzeczywistości, szczególnie tej, którą ludzie władzy chcieliby ukryć przed wzrokiem Polaków. Możemy utrzymywać, że obowiązek publicysty polega na stawianiu władzy trudnych pytań i ujawnianiu mechanizmów jej funkcjonowania. Wolno nam nawet sądzić, że istnieją standardy demokracji wyznaczające mediom rolę niezależnego arbitra i rzecznika interesów społeczeństwa.
Jednak to nie my i nie wciąż pauperyzowane społeczeństwo wyznaczamy granice dziennikarskich wolności. Ludziom oddanym w służbę wokół „pańskiego” stołu, nie mamy nic do zaproponowania, prócz kilku staroświeckich zasad i nudnych moralitetów. Oni wiedzą, że tylko wierne uczestnictwo w teatrze mimów zapewni im przetrwanie i pozwoli korzystać z nienależnej roli „autorytetów” i „władców dusz”. Bez „pana” i jego atrybutów władzy, byliby wciąż skazani na poszukiwanie życiowej roli. W poczuciu misji kreatorów rzeczywistości, którą gwarantuje im obecny układ, odgrywają swoje żałosne role wirtualnych zwycięzców.  
Przed kilkoma laty, w jednym z tekstów przypominałem słowa Józefa Tischner z ważnej książki „Spowiedź rewolucjonisty” w której autor zawarł przemyślenia dotyczące heglowskiej „Fenomenologii ducha”.
Nie ma bardziej niebezpiecznej sytuacji dla człowieka — pisał Tischner  niż sytuacja pana-zwycięzcy. Oto we wnętrzu świadomości pana gnieździ się iluzja. Są przekonani, że są panami. Nie byliby jednak panami, gdyby nie masy niewolników, którzy ich za panów uznali.”
Kim zatem są owe „masy niewolników” sankcjonujące fałszywą dialektykę i na kim opiera się gliniana potęga „czwartej władzy”?  To dzięki nim funkcjonuje załgany układ, w którym byle ćwierćinteligent uzurpuje sobie pozycję mędrca, a zakompleksiony żurnalista sili się na pozę wojownika. Tylko dlatego możliwe są występy bełkocących „analityków” i partyjne agitki miernot, odznaczonych przez rasę „panów” za "wybitne zasługi dla rozwoju niezależnego dziennikarstwa".
„Nie byliby jednak panami, gdyby nie masy niewolników, którzy ich za panów uznali”. Trzeba tę prawdę wybić wielkimi literami i rzucać w twarz wszystkim, którzy sami konserwują zabójczą dla wolności dialektykę. Komu rzesze dziennikarskich wyrobników zawdzięczają dziś swoją nienależną pozycję, jeśli nie tym, którzy ślepi i głusi na prawdę obdarzają ich zainteresowaniem lub chcą w nich postrzegać rzeczników naszych interesów?
Na nas spada odpowiedzialność za urojenia witkiewiczowskich Puczymordów, którym marzą się „papawerdy zakrapiane oblikatoryjnymi fąframi” i nie ma większego upodlenia, niż przynależność do „masy niewolników” podtrzymujących małych demiurgów w przeświadczeniu o wyjątkowości. 

wtorek, 11 maja 2010

KTO ZADA PYTANIA?

Osobliwą kategorią ludzi, są polscy dziennikarze. Powszechne wśród nich zdaje się być przekonanie o posiadaniu szczególnej wiedzy i zrozumienia mechanizmów rządzących polskimi sprawami. Można się nawet zastanawiać; dlaczego ludzie mieniący się elitą i „czwartą władzą” ulegają tak zdumiewającemu przesądowi, jakoby z uwagi na pracę w firmie medialnej posiedli dar oceniania rzeczywistości i formułowania nieomylnych sądów? Skąd bierze się to odczucie o własnej wyjątkowości i zdolnościach?  
Nie wiadomo -  czy miałyby one pochodzić z bliskości źródeł władzy, ilości otrzymywanych informacji, czy może być wartością nadaną, poprzez sam fakt grupowej przynależności.
Jeszcze bardziej zdumiewające, (choć wynikające z pierwszego zabobonu) jest przeświadczenie, że  szczytem oczekiwań społeczeństwa jest czytanie lub wysłuchiwanie tego, co dany dziennikarz ma nam do powiedzenia, w formie osobistych ocen, analiz czy opinii. Jeśli nawet, są wśród nich tacy, których głosu warto wysłuchać, to przecież cecha ta nie jest bynajmniej powszechną i dotyczy zaledwie wyjątków. Większość „osobistych przemyśleń” dziennikarzy to zbiory banalnych, powierzchownych myśli, nacechowanych zwykle mnóstwem kompleksów, obaw lub demagogicznych naleciałości. 
Czytanie o tym, co pracownik gazety ma do powiedzenia na temat przemówienia polityka, zgłębianie ocen „tła” i „okoliczności” w jakich przemówienie nagrano, czy wysłuchiwanie opinii „co należy myśleć” o słowach tego polityka, nie jest -  jak sądzę - szczytem marzeń i oczekiwań Polaków wobec dziennikarzy. Podobnie – jak wysłuchiwanie miałkich wykładów o potrzebie „debaty publicznej” , „pokonywaniu podziałów”, czy poprawnej egzegezy  konkretnych decyzji politycznych.
Dawid McQuaid, szef warszawskiego biura agencji Dow Jones Newswires, powiedział kiedyś, że najpoważniejszym grzechem polskich dziennikarzy, jest dążenie do sprawowania rządu dusz. To naturalna pokusa. Mieć władzę większą od polityków, móc narzucać innym własny sposób widzenia, zasłaniać lub odkrywać rzeczywistość, kreować fakty, tworzyć problemy, niszczyć byty lub powoływać je do życia. A skoro dziennikarstwo daje władzę, warto w III RP być dziennikarzem i we władzy tej uczestniczyć. Tym bardziej, gdy „stan czwarty” jest pełen przywilejów niedostępnych innym „stanom”, bo otrzymuje za darmo, ex definitione to, na co inne „stany” muszą dopiero zasłużyć - zaufanie społeczne.
Chciałoby się powiedzieć, że wszystko to już było. Przed wielu laty członek partii komunistycznej Jerzy Surdykowski, napisał w „Tygodniku Powszechnym": „W komunizmie dziennikarz-publicysta miał być lepiej wiedzącym i dalej widzącym „ojcem narodu", wieść go jak pasterz ku jedynie słusznej przyszłości.” Nie wiem, jak mocna jest ta sama pokusa wśród dzisiejszych dziennikarzy, ale niepodobna nie dostrzec podobieństw. Są przecież i tacy, którzy wykorzystują swój zawód, by „uprawiać politykę” -  a w ramach tej misji próbują manipulować odbiorcą w interesie partii, grupy interesu, czy idei.  Czym wówczas różnią się od poprzedników z czasu PRL-u, których zadaniem było służenie władzy, przeciwko własnemu społeczeństwu? Może też z tej, „historycznej zaszłości” bierze się przeświadczenie o wyjątkowym charakterze dziennikarskich ocen i sądów, a wiara w zdolności „demiurga” zastępuje zdolność do samooceny.
Nie ma, chyba istotnej różnicy pomiędzy dziennikarzem służącym decydentom lub grupie interesów, a politykiem. Prócz jednej – ten pierwszy korzysta z nienależnego mu zaufania publicznego, posługując się zawodem dziennikarskim, jak oszust fałszywym dokumentem, utwierdzając odbiorcę w przekonaniu o dziennikarskiej niezależności i rzetelności.
Być może, wyrażam tylko własne przekonanie, ale sądzę, że większość dziennikarzy nie zrozumiała jeszcze, że po 10 kwietnia Polska jest innym krajem, a Polacy innym społeczeństwem. Myślę, że już wkrótce ta „inność” powinna wyrazić się w odrzuceniu dziennikarskich zabobonów i powrocie do prostych, elementarnych zasad regulujących relacje dziennikarz – odbiorca. Można to nazwać postulatem prawdy – wartości deficytowej w polskim dziennikarstwie. Stanowi on, że pierwszym zadaniem dziennikarza jest przedstawianie rzeczywistości, a nie jej kreowanie i ocenianie. O tym, jak trudny to postulat mogliśmy się przekonać podczas tygodnia żałoby narodowej, gdy spod gruzów medialnych kłamstw, oszczerstw i manipulacji wydobyto na chwilę prawdziwe oblicze Prezydenta Kaczyńskiego i wielu innych postaci, które zginęły w katastrofie smoleńskiej.  Był to może jedyny tydzień w 20 leciu III RP, gdy mogliśmy powiedzieć, że media nie kłamią. A przecież nie uczyniły nic niezwykłego, bo pokazały jedynie rzeczywistość taką, jaka istnieje i pozwoliły milionom Polaków dostrzec prawdziwy obraz.
Wielu dziennikarzy, zamiast tłumaczyć nam „jak należy widzieć”, potrafiło pokazać to tylko, „co widać”, pozostawiając oceny społeczeństwu.  Te bowiem zawsze powinny należeć do odbiorcy, który na podstawie dostarczonych mu rzetelnych informacji, może podjąć decyzję, sformułować pogląd, dokonać krytycznej analizy. Byle tylko, otrzymał obiektywny przekaz i prawdziwą informację. Późniejsze wydarzenia - w tym haniebna reakcja na film „Solidarni 2010” czy fałszerstwa związane z wywiadem Miedwiediewa – stanowiły powrót do optyki „jak należy widzieć” i były wyrazem niebywałej pogardy wobec inteligencji i uczuć Polaków.
Tymczasem, czeka nas okres, gdy postulat dziennikarskiej prawdy, rozumianej jako przekaz informacji, staje się wręcz nieodzowny, a od nas tylko zależy – czy i jak potrafimy ten obowiązek wyegzekwować. Jeśli dziennikarze nie zechcą stanąć po stronie społeczeństwa, ogromna większość Polaków zostanie skazana na przypadkowy i bezrozumny wybór przyszłego prezydenta. W tej chwili bowiem nie obowiązuje w Polsce podstawowy wymóg demokracji, polegający na prawie wyborców do posiadania pełnej i rzetelnej wiedzy na temat osób kandydujących w wyborach powszechnych. Nie obowiązuje zasada, zgodnie z którą obywatele mają prawo znać przeszłość osoby, pretendującej do najwyższego stanowiska w państwie. Mają prawo wiedzieć; kim jest człowiek, któremu powierzają los państwa, co robił w przeszłości, jakie posiada predyspozycje, poglądy i zamiary. Mają prawo znać dokładny życiorys kandydata, sięgający wielu lat wstecz; efekty jego pracy na zajmowanych stanowiskach, zakres i konsekwencje podejmowanych decyzji. Mają prawo wiedzieć, kim są ludzie z jego otoczenia, jakie wartości reprezentują, z jakich środowisk się wywodzą. Wszystko – co dotyczy osoby kandydującej na najwyższe stanowisko w państwie, ma prawo być przedmiotem zainteresowania społeczeństwa i podlegać rzeczowej i dogłębnej ocenie.
Reguły demokracji, nakładają natomiast na polityka obowiązek wyjaśnienia spraw - szczególnie tych najbardziej kontrowersyjnych i trudnych. Nam zaś, udzielają trwałego prawa do zadawania pytań i oczekiwania wyczerpujących odpowiedzi. Ma to gwarantować poczucie bezpieczeństwa i równie ważne prawo do dokonania wolnego, nie obarczonego błędem wyboru.
Wiemy, że te reguły są dziś zbiorem niespełnionych życzeń, a przeszłość kandydata Platformy stanowi depozyt „tajnej wiedzy”, dostępnej dla niewielkiej grupy osób. Zdecydowana większość Polaków nie posiada nawet podstawowych informacji o działaniach i  intencjach Bronisława Komorowskiego, a oficjalny przekaz na temat tego kandydata obarczony jest wieloletnią  dezinformacją i gigantyczną manipulacją.
Istnieją zatem dziesiątki pytań, jakie należy zadać temu człowiekowi, domagając się wyjaśnień i wyczerpujących odpowiedzi. Są dziesiątki okoliczności, dotyczące życiorysu kandydata, które powinny być wyjaśnione podczas kampanii. Są kluczowe pytania, za którymi kryją się ogromne afery, ludzkie nieszczęścia, i niezbadane dotąd tragedie.
Choć do obowiązków dziennikarzy należy opisywanie rzeczywistości, żaden  dumny przedstawiciel „czwartej władzy” nie miał dość odwagi, by zadać te pytania. W imieniu oszukiwanych i manipulowanych. Zamiast wypełnienia obowiązku, otrzymujemy „analizy” i refleksje na temat kandydatów. Zamiast odpowiedzi kandydata, dostajemy dawkę ogłupiającego bełkotu, który nie może przynieść żadnej, racjonalnej wiedzy.
Jeśli dziennikarze nie zdobędą się na „tydzień prawdy” i odwagę tak prostą, by stanąć po stronie  społeczeństwa –  wybory prezydenckie będą tylko ponurą farsą z demokracji i kpiną z praw obywatelskich. Obawiam się, że takiej pogardy i nadużycia społecznego zaufania, Polacy nigdy nie zapomną.

piątek, 18 grudnia 2009

SZANSA NA DZIENNIKARSKI PROCES

Gdy rzesze dziennikarzy i blogerów rozpisują się nad losem senatora Piesiewicza, mniej lub bardziej świadomie uczestnicząc w zmaganiach dwóch środowisk służb specjalnych, niemal bez echa przechodzi informacja Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie o skierowaniu do sądu aktu oskarżenia przeciwko Wojciechowi Sumlińskiemu i płk Aleksandrowi L.

Choć w tej sprawie – jak w żadnej innej, ujawnionej na przestrzeni ostatnich dwóch lat, widoczne są wszystkie patologie dzisiejszej III RP nigdy nie stała się wiodącym tematem dziennikarskich śledztw i nie wzbudziła na dłużej zainteresowania głównych mediów.

Nie bez przyczyny. Myślę, że wielu dziennikarzom mocno musiała zapaść w pamięci „dyrektywa” marszałka Komorowskiego, sformułowana podczas radiowego wywiadu w dn.1.09.2008 roku, gdy główny reżyser „afery marszałkowej” zdobył się na tego rodzaju słowa:

Ja bym sugerował dużą wstrzemięźliwość w okazywaniu solidarności zawodowej dziennikarskiej, no bo sprawa nie dotyczy docierania czy łamania tajemnicy państwowej przez dziennikarza śledczego, co bym rozumiał, nie akceptował, ale rozumiał, ale dotyczy podejrzenia o korupcję, po prostu o korupcję, o pomoc w korupcji. I to w takim obszarze bardzo delikatnym, wrażliwym z punktu widzenia interesów państwa, jak służby specjalne. Więc sugerowałbym ogromną wstrzemięźliwość tutaj, zostawmy to, niech prokuratura to zbada w całym trudnym kontekście...”.

Wydana wówczas przez Komorowskiego ocena sprawy okazała się wiążąca, nie tylko dla dziennikarzy, ale również dla prokuratury, która ignorując osobistą odpowiedzialność marszałka Sejmu kontaktującego się w sprawie „zakupu” aneksu z oficerami WSW/WSI i tolerując jego liczne kłamstwa - potraktowała Wojciecha Sumlińskiego jak przestępcę i postawiła mu zarzut rzekomego powoływania się na wpływy w Komisji Weryfikacyjnej WSI.

Jeśli już byliśmy świadkami zainteresowania dziennikarzy sprawą kolegi, to sposób przedstawiania tematu i kontekst publikacji wskazywał zwykle, że stanowią one część kombinacji operacyjnej „afery marszałkowej” i mogą być inspirowane przez ludzi służb.

Tak można oceniać wiele artykułów „Gazety Wyborczej” czy „Dziennika” oraz działania Anny Marszałek, Bertolda Kittela czy Pawła Reszki; by przypomnieć tylko opublikowany w listopadzie 2007 roku artykuł „Każdy może kupić tajne dokumenty. Aneks do raportu o WSI na sprzedaż”, czy „„Kto gra aneksem Macierewicza?” z kwietnia 2008 roku. Każda z tych ( i wielu innych) publikacji wyprzedzała lub uzupełniała działania organów ścigania lub była oparta na informacjach uzyskanych ze źródeł operacyjnych. Nie krył tego nawet Prokurator Krajowy Marek Staszak, pytany o rolę mediów podczas obrad sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka w dniu 26.05.2008r. , gdy stwierdził m.in, że „enuncjacje prasowe (chodzi o materiały z „Dziennika”, które mówiły o panu L. i o tym, jakie on czynności podejmował, chodzi o ten artykuł z „Dziennika”) przyspieszyły przeprowadzenie czynności procesowych przeszukania, zatrzymania i postawienia zarzutów”.

W tym samym obszarze publikacji należy umieścić artykuł Małgorzaty Subotić „Człowiek który chadzał na skróty”, zawierający manipulacje i bezpodstawne twierdzenia autorki, iż „śledczy mają pokwitowanie Sumlińskiego odbioru tych pieniędzy.” oraz sugerujący istnienie dowodów winy Sumlińskiego w postaci nagrania dokonanego przez płk L. O tego rodzaju dowodach nic nie wiedział sam podejrzany, ani jego obrońcy. Przypomnę, że wystosowany w tej sprawie „List do Rady Etyki Mediów” nie doczekał się żadnej reakcji tego szacownego grona. W podobnej konwencji wolno oceniać wypowiedzi Sylwestra Latkowskiego czy Jarosława Jabrzyka. Ten ostatni – niejako w zgodzie z „dyrektywą” marszałka Komorowskiego wyraźnie określił powinność kolegów – dziennikarzy wobec Wojciecha Sumlińskiego sugerując: „My możemy, jak na razie tylko stać z boku i czekać na to, aż ktoś co coś wie, będzie chciał nam o tym powiedzieć..”

Na szczęście nie wszyscy dziennikarze „stali z boku”, bo byli również tacy, jak Wojciech Wybranowski, Cezary Gmyz, czy dziennikarze „Gazety Polskiej” ,którzy mieli dość odwagi i zawodowej rzetelności, by opisywać sprawę nie czekając „aż ktoś będzie chciał o tym powiedzieć”.

Dziś – po upływie 2 lat od rozpętania rzekomej „afery aneksowej” – wiemy, że wielu dziennikarzy wprowadzało nas w błąd, że ( w najlepszym wypadku) dokonano manipulacji faktami i ich nieuprawnionej nadinterpretacji, że medialna kampania insynuacji i pomówień była integralną częścią kombinacji operacyjnej ludzi służb specjalnych. Nie potwierdziły się zarzuty o przecieku i handlowaniu aneksem, nic nie wiadomo o korupcji wśród członków Komisji Weryfikacyjnej. Nie postawiono żadnych zarzutów Bączkowi i Pietrzakowi, poza podejrzeniami jest Antoni Macierewicz. Wszystkie oskarżenia i rzekome „dowody” - o których miesiącami zapewniali nas dziennikarscy fachowcy okazały się fałszywe, a intensywnie prowadzone czynności śledcze nie przyniosły żadnych rezultatów.

Nikt nawet nie zwrócił uwagi na tak charakterystyczną rzecz, iż zarzuty postawione Sumlińskiemu dotyczą „powoływania się w okresie od grudnia 2006 r. do 25 stycznia 2007 r. w Warszawie na wpływy w Komisji Weryfikacyjnej ds. Wojskowych Służb Informacyjnych” – czyli domniemanych działań w czasie sporządzania Raportu z Weryfikacji WSI, podczas gdy wszystkie publikacje „Dziennika” i „Gazety Wyborczej” dotyczyły rzekomego handlu aneksem do Raportu, a więc zupełnie innego dokumentu. Już tylko ta okoliczność dowodzi skali manipulacji i dezinformacji, jakiej poddano społeczeństwo. Nawet nazwa - „afera aneksowa” była tu ordynarnym fałszem.

Pozostały jednak ofiary tej medialnej nagonki: członkowie Komisji, których zastraszano, inwigilowano, odebrano dobre imię i zarzucono działanie z niskich pobudek.

A przede wszystkim Wojciech Sumliński – poddany represjom, pozbawiony pracy i dobrego imienia, pomówiony o korupcyjne kontakty z oficerem komunistycznej policji. Zastraszony, doprowadzony do ostateczności perspektywą „aresztu wydobywczego” próbował popełnić samobójstwo. Nawet z tej, osobistej tragedii ludzie wykonujący dyrektywy rządzącego układu chcieli uczynić cyniczny spektakl i obrócić ją przeciwko dziennikarzowi. Świadczy o tym sprawa podsłuchów stosowanych wówczas przez ABW i niedawny komunikat Prokuratury Krajowej, wydany po ujawnieniu, iż protokoły z podsłuchów dziennikarzy były wykorzystane w prywatnym procesie wiceszefa ABW. Napisano w nim, iż próbę samobójczą Sumlińskiego należy traktować jako uniemożliwienie wykonania decyzji o tymczasowym aresztowaniu”.

Ofiarami medialnej kampanii jest również ta, znaczna część społeczeństwa, która łatwo uwierzyła w oskarżenia wysuwane pod adresem Sumlińskiego, Macierewicza czy ludzi Komisji, i nadal jest przekonana o aferalnym charakterze całej sprawy. Ofiarami wreszcie - są ci wszyscy, którzy nie wierząc wówczas w doniesienia mediów i traktując je z trzeźwą rezerwą, narażali się na zarzut stronniczości i politycznego zaślepienia, a którym zarzucano tworzenie „teorii spiskowych” lub „prawackie oszołomstwo”.

Wprawdzie od zakończenia tej kampanii upłynęło wiele miesięcy, nikt nie zapytał „gwiazd” dziennikarstwa – jak to się stało, że doszło do publikacji tak kompromitujących materiałów, na jakiej podstawie wysuwano wówczas niebotyczne oskarżenia i formułowano tezy bez pokrycia? Jaką rolę odegrali wówczas publicyści „Dziennika” i innych pism, skąd czerpali informacje i inspiracje do swoich artykułów? Czy jeszcze mieliśmy do czynienia z dziennikarstwem – czy raczej z pracą agentury, ulokowanej w mediach III RP?

Są to jedne z najważniejszych pytań w tej sprawie i jestem przekonany, że bez próby znalezienia na nie odpowiedzi za kilka tygodni, czy miesięcy będziemy mieli do czynienia z następnymi akcjami medialnymi, w których padną kolejne ofiary, a Polacy zostaną potraktowani jak bezwolna, zmanipulowana masa. Rozpoczęty przed kilkoma miesiącami proces likwidacji „parasola ochronnego” nad Platformą i obecna sprawa Piesiewicza świadczą jedynie, że pytania o faktyczną rolę mediów pozostaną długo aktualne.

Trzeba również wyraźnie powiedzieć, że to my sami – odbiorcy medialnego przekazu, komentatorzy i recenzenci dziennikarskich publikacji jesteśmy odpowiedzialni za to, co stało w sprawie Wojciecha Sumlińskiego. Głownie z tej przyczyny, że traktujemy wytwory niektórych mediów jako wartościową informację, że przydajemy im przymiotów należnych dziennikarstwu, że widzimy w pracownikach tych ośrodków ludzi odpowiedzialnych za rzetelny przekaz. Tymczasem medialne kłamstwa karmią się naszą naiwną wiarą w moc słowa pisanego i telewizyjnego obrazu, ale w jeszcze większym stopniu funkcjonują w oparciu o zaniechanie krytycznego osądu rzeczywistości, o intelektualne wygodnictwo, zdejmujące z wielu odbiorców obowiązek poznania prawdy.

Doskonale wiedzą o tym specjaliści od manipulacji udający dziennikarzy, na tym żeruje obecny układ rządzący, którego jedynym, realnym kapitałem jest wizerunek medialny zbudowany na propagandzie, dezinformacji i działaniach osłonowych.

Wojciech Sumliński, w wywiadzie udzielonym PR1 po opublikowaniu komunikatu o skierowaniu do sądu aktu oskarżenia, wyraził nadzieję, że jego proces odbędzie się przy otwartej kurtynie. To bardzo ważna przesłanka, by sprawa, z którą mamy do czynienia nie została w jeszcze większym stopniu zafałszowana. Informacja o czynnościach prokuratury zawiera bowiem wzmiankę, która pozwala domniemywać, że proces może przebiegać pod dyktando intencji płk komunistycznej policji Aleksandra L. – którego rolę w sprawie należy oceniać poprzez zamysły środowiska, które sprowokowało aferę marszałkową. W akcie oskarżenia, ten były szef Zarządu I Szefostwa WSW przyznaje się do winy i chce dobrowolnie poddać się karze 2 lat więzienia w zawieszeniu na 5 lat i karze grzywny w wysokości ponad 50 tys. zł. Prokuratura popiera to rozstrzygnięcie.

Skoro, zatem jeden z oskarżonych już przyznał się do winy wolno sądzić, że pozycja procesowa Sumlińskiego zostanie zdeterminowana tym faktem, a w swoich zeznaniach płk L będzie obciążał dziennikarza.

W tej sytuacji, szczególnie ważna staje się rola dziennikarzy relacjonujących przebieg procesu i opisujących okoliczności sprawy. Sam proces – jak należy się spodziewać, zostanie utajniony, by żadne, kompromitujące prokuraturę i służby informacje nie dotarły do opinii publicznej. Nasza wiedza musi się więc opierać na tym, co (mimo blokady) przedostanie się do mediów.

Jeśli teza o sukcesywnym zamykaniu „parasola ochronnego” nad rządem Donalda Tuska jest zasadna, może się okazać, że przecieki z procesu staną się przysłowiowym „gwoździem do trumny” obecnego układu rządzącego i zostaną wykorzystane przez środowisko, które powołało twór polityczny zwany Platformą Obywatelską, a dziś szykuje się do gruntownej wymiany ekipy. Rozwiązaniem korzystnym z punktu widzenia interesów rządzących będzie zatem zablokowanie procesu sądowego i stosowanie obstrukcji tak długo, aż sprawa zniknie z obszaru zainteresowania. Podobną metodę zastosowano w przypadku Romualda Szeremietiewa, przeprowadzając 7 –letni proces - tak, by końcowy, uniewinniający wyrok nie wywołał już żadnej reakcji.

Wiele zależy więc od postawy relacjonujących sprawę mediów, ale też od zachowania opozycji, która już raz pozwoliła na wyciszenie afery marszałkowej i do tej chwili ponosi konsekwencje tego zaniechania. Ta sprawa - ówczesna kombinacja operacyjna służb, wsparta medialnymi kłamstwami, przesądziła o poczuciu bezkarności i poszerzeniu zakresu arogancji rządzących. Każda następna - z udziałem służb i polityków PO, wynikała z układu zawiązanego w czasie afery marszałkowej, miała tych samych reżyserów i była montowana według tych samych zasad.

Dlatego proces sądowy Wojciecha Sumlińskiego stwarza wyjątkową szansę na ujawnienie opinii publicznej prawdziwych intencji i działań obecnego rządu, na zdemaskowanie faktycznych decydentów Platformy i wskazanie ludzi, którym tak bardzo zależy na ukryciu prawdy, że w obronie własnych interesów nie cofnęli się przed użyciem całego aparatu państwa i rozpętaniem kampanii fałszywych oskarżeń.

Pewien dziennikarz, który przed laty odegrał niechlubną rolę w spektaklu medialnym dotyczącym oskarżeń pod adresem Romualda Szeremietiewa, napisał w 2007 roku mocny tekst oskarżycielski pod adresem swoich kolegów. W czasie, gdy środowisko dziennikarskie nie doświadczyło jeszcze manipulacji, jakich świadkami byliśmy podczas rzekomej „afery aneksowej”, dziennikarz ów pytał:

Dlaczego dziennikarstwo stało się zawodem prostytutki władzy? Dlaczego określenie "dziennikarz śledczy" staje się etykietką pudla warującego na progu sekretariatu ministra, czekającego na ochłap z rządowego biurka? Dlaczego praca w prorządowych mediach dla tak wielu ludzi staje się powodem nie do wstydu, ale do dumy? Dlaczego głównym osiągnięciem dziennikarzy staje się puszczenie w Internecie często zmanipulowanej informacji wyłącznie w celu osiągnięcia cytowalności? Dlaczego nie mówimy głośno o wstrzymywaniu materiałów, manipulowaniu, przewalaniu tekstów, o promowaniu uzależnionych miernot?"

To dobre pytania, na które sami dziennikarze mają szansę znaleźć odpowiedź podczas procesu Wojciecha Sumlińskiego. Są mu to winni.


http://www.pa.waw.pl/index.php?cmd=chg_page&page=rzecznik/komunikaty&id=315

http://cogito.salon24.pl/77707,afera-marszalkowa-7-kalendarium

http://cogito.salon24.pl/77697,dziennikarskie-artefakty

http://cogito.salon24.pl/77731,demony-wokol-sumlinskiego

http://www.rp.pl/artykul/2,174216_Czlowiek__ktory_chadzal_na_skroty.html

http://www.facebook.com/pages/ODSTRZELIC-DZIENNIKARZA/178745869754?v=wall