Nigdy nie czytałem tylu banialuk na temat „zagrożeń
procesu wyborczego” i nie słyszałem tylu niedorzecznych wypowiedzi, których autorzy
prześcigają się w kreśleniu wizji sfałszowanych wyborów.
Wielki musi być deficyt zdrowego rozsądku, jeśli
nikomu nie przyjdzie do głowy, że lament nad kontr-działaniami przeciwnika jest
oczywistym nonsensem, nie tylko niegodnym człowieka rozumnego, ale niewartym
poważnego traktowania. Nawet średnio rozgarnięty odbiorca powinien wiedzieć, że
przeciwnik jest po to, by przeszkadzać, psuć szyki, oszukiwać i kłamać i jeśli po
siedmiu latach doświadczeń kogoś zaskakują postępki reżimu, niech nie zawraca
sobie głowy polityką i zajmie bardziej pożytecznym zajęciem.
Odnoszę wrażenie, że ten powszechny harmider ma
usprawiedliwić lenistwo opozycji i przygotować elektorat na gładkie
przełknięcie kolejnej porażki.
Najbardziej absurdalnie brzmią dziś tezy, w
których działaniom PKW związanym z testowaniem oprogramowania wyborczego
przypisuje się nieudolność lub obdarza je mianem błędu. Tymczasem w kombinacjach
opartych na kreowaniu „mętnej wody” nie może być mowy o jakiejkolwiek przypadkowości.
Im więcej zamieszania, nieokreśloności i chaosu – tym lepiej dla tych, którzy
kontrolują procesy wyborcze. Jestem przekonany, że starsi panowie z szacownej
instytucji PKW doskonale wiedzą na czym polega zabawa z „awariami systemu” i nie
po to przez wiele miesięcy selekcjonowali firmy administrujące ten system, by udzielać
dziś rzeczowych wyjaśnień lub obawiać się konsekwencji. W sukurs ich odczuciom
idą opowieści „naszych” mediów o indolencji „leśnych dziadków” i równie miłe
dla ucha insynuacje o możliwych nieprawidłowościach i błędach. Głoszone w przeddzień
wyborów zdają się usprawiedliwiać własne nieróbstwo i niekompetencje.
Póki trwa ten szum, nikt nie zada pytania – co przez
wiele miesięcy robiła opozycja i wtórujący jej żurnaliści „wolnych mediów”, by
zapobiec takim scenariuszom i zapewnić wyborcom udział w uczciwych wyborach?
Ile pieniędzy przeznaczono na kontrolowanie procesu wyborczego, jak informowano
opinię publiczną na Zachodzie o przypadkach fałszowania wyników, ilu niezależnych
obserwatorów ściągnęła dziś opozycja?
Zamiast dziwić się, że przeciwnik robi swoje, może
od takich pytań należy zacząć refleksję nad farsą wyborczą?
Wprawdzie zapowiedzi kontrolowania procesu
wyborczego słyszymy od wielu polityków PiS i ludzi środowisk opozycyjnych, to
poza wymiarem propagandowym nie mają one najmniejszego znaczenia. Od roku 2010,
w podobnym tonie deklarowano nadzór nad wszystkimi wyborami. Niestety, na
deklaracjach się kończyło, bo mimo wsparcia udzielanego przez wyborców, np. w
ramach akcji „Uczciwe wybory.pl”, nigdy nie udało się znaleźć dostatecznej
liczby wolontariuszy ani powołać mężów zaufania w większości komisji wyborczych.
Wina leżała zwykle po stronie struktur PiS-u i miała związek z postawą tzw. lokalnych
działaczy.