Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

środa, 20 stycznia 2016

NUDIS VERBIS 4 – KAPITAŁ DEZINFORMACJI

Anatolij Golicyn w książce „Nowe kłamstwa w miejsce starych. Komunistyczna strategia podstępu i dezinformacji” (Biblioteka Służby Kontrwywiadu Wojskowego 2007) przypominał, że sowiecka dezinformacja opierała się na błędach przeciwnika i przyswojonych przez niego stereotypach myślenia.  Z nich czerpała siłę i inspirację. Po to, by podstęp był wiarygodny i skuteczny, dezinformacja musiała jak najpełniej odpowiadać oczekiwaniom tych, którzy mają zostać oszukani.
Istota sowieckiej dezinformacji nie polegała zatem na zmyleniu przeciwnika, ale na  posłużeniu się nim samym do sprokurowania fałszywych informacji - na tyle podstępnych i niekorzystnych, że przyspieszały przegraną. By tak się stało, musiały zostać spełnione dwa warunki: należało doskonale poznać przeciwnika, by posługując się tą wiedzą nieustannie wzmacniać w nim naturalne skłonności do wyrażania idei sprzyjających realizacji celu. O ile podstawowa dezinformacja sprowadzała się do przedstawienia fałszu jako prawdy, o tyle dezinformacja stosowana przez Rosję miała na celu zmuszenie przeciwnika do stworzenia przez niego samego fałszywego obrazu wroga. 
Już Winston Churchill twierdził, że podczas wojny prawda jest tak cenna, iż trzeba jej zapewnić ochronę złożoną z kłamstw. Sowieci i ich sukcesorzy doskonale przyswoili tę zasadę.
Współczesne państwo Putina posiada bowiem dwie zasadnicze cechy: z jednej strony, kłamstwo jest dla niego naturalną formą istnienia, z drugiej zaś, znajduje się ono w stanie permanentnej wojny. Podstawowym orężem tej wojny, nierozerwalnie związanym z państwowością dzisiejszej Rosji, jest mistrzowsko stosowana dezinformacja. Używa się jej w taki sposób, by przeciwnik uwierzył w to, w co powinien wierzyć i umacniając błędne przeświadczenia na płaszczyźnie politycznej, gospodarczej lub militarnej, działał na własną zgubę
Czytelnicy muszą mi wybaczyć ten teoretyczny wstęp, ale bez przypomnienia zasad rosyjskiej strategii dezinformacji, nie można dziś prawidłowo oceniać i analizować wydarzeń związanych z państwem Putina.
Daleki jestem od przypisywania tej postaci cech geniuszu lub wyjątkowości. Putin nie posiada zbrodniczej perfekcji Stalina, obca mu jest przezorność kremlowskich starców i logika zimnych gier Breżniewa. Ten oficer KGB jest dziś jednak kreowany na najważniejszą postać światowej polityki i rozdaje karty w rozgrywkach militarnych potęg. Prześledzenie tego fenomenu, z pewnością przybliżyłoby nas do rozwikłania zagadek rosyjskiej dezinformacji, ale było bezużyteczne na potrzeby bieżącej polityki. Od dziesiątek lat ciąży nad nią odium fałszywej metodologii i błędnych wyobrażeń. Odium tak mocne, że nie ma dziś przywódcy „wolnego świata”, który odważyłby się postrzegać Rosję w jej właściwym wymiarze politycznym, ekonomicznym i militarnym.  
Ta i tylko ta okoliczność jest najpotężniejszym atutem Putina. Zdobytym nie poprzez podboje militarne bądź ekspansję polityczną, ale dzięki stosowaniu dezinformacji, w drodze podstępnych działań agenturalnych i propagandowych.
W ostatnich dwóch latach doświadczyliśmy aż nadto błędnych analiz, związanych z oceną rosyjskich intencji i potencjału militarnego. Nie chcę znęcać się nad „wybitnymi analitykami” znad Wisły i przypominać ubiegłorocznych zapowiedzi wiosennej ofensywy na Ukrainę czy katastroficznych wizji ataku nuklearnego na Warszawę. Ulubionym zajęciem „wolnych mediów” jest straszenie nas „Iskanderami wymierzonymi w Polskę” i epatowanie doniesieniami o „gotowości rosyjskiej broni atomowej”. Nikt wierniej nie spełnia roli rezonatora rosyjskich dezinformacji, jak publicyści i politycy straszących nas wojną z Rosją lub roztaczających wizję potęgi militarnej Putina. Wprawdzie upływ czasu powinien skorygować kształt takich „analiz” i zmusić ich autorów do refleksji, to niewiedza i brak pamięci czytelników znakomicie ułatwiają produkcję kolejnych, bezwartościowych dywagacji.
Fakt, że Rosja znajduje się dziś w bezdennej zapaści i prócz hektolitrów wódki nie ma nic do zaoferowania swoim żołnierzom, że przesunięto o (co najmniej) trzy lata kolejną fazę fikcyjnego „programu modernizacji technicznej sił zbrojnych”, a wpompowane w armię pieniądze rozpłynęły się w kieszeniach generalicji i ludzi FSB, nie może przecież pokonać tyleż efektownego, jak jałowego stwierdzenia, że Putin „dysponuje ogromną siłą” i „planuje napaść na Polskę”. Na tym samym biegunie promoskiewskiej narracji znajdują się bezcenne rady rozmaitych „dobrych wujków”, którzy zapewniają, że jakakolwiek próba ostrej konfrontacji z kremlowskim watażką lub podjęcie politycznej ofensywy wobec Putina, zakończyłaby się „wojną z Rosją” i doprowadziła do wybuchu światowego konfliktu.
Gdy przed dwoma laty Putin wydawał rozkaz „użycia miękkiej siły dla poprawy wizerunku Rosji w świecie”, oznaczało to w istocie zastosowanie dezinformacji - na skalę tak rozległą, by obejmowała działania dyplomatyczne i agenturalne, ale prowadziła też do wytworzenia fałszywej wizji rosyjskiego militaryzmu i mocarstwowości. Ten rozkaz został perfekcyjnie wykonany.
Doniesienia medialne na temat zapaści gospodarki rosyjskiej, putinowskich planów zbrojeń i ofensywy w Syrii, ponownie wywołały falę ostrzegawczych tekstów i  analiz.
Obserwując gwałtowny spadek systemu rezerw finansowych Rosji, wielu ekspertów prognozuje, że przy utrzymaniu się obecnych warunków rezerwy te zostaną wyczerpane już w przyszłym roku. Ciągły spadek cen ropy i wartości rubla wzmacnia prognozę katastrofy ekonomicznej. Zachodnie sankcje powodują zaś nie tylko ubożenie społeczeństwa rosyjskiego i nasilenie objawów niezadowolenia z polityki Kremla, ale (co zdecydowanie ważniejsze) mogą wywołać walki wśród oligarchów i ludzi służb specjalnych. Zagadkowa śmierć szefa GRU Igora Sierguna, może mieć związek z tymi rozgrywkami, ale może też oznaczać, że w rosyjskiej armii narasta niezadowolenie z cięć budżetowych i ograniczania obszarów rabunkowych. Silne GRU mogłoby sprzyjać tendencjom antyputinowskim, a nawet przygotować wojskowy pucz. Wieloletni spór między FSB a GRU dotyczył zwykle kolejnych stref wpływów oraz podziału łupów z handlu bronią i innych przedsięwzięć nadzorowanych przez służby. Ponieważ od kilku lat następuje kurczenie tych zasobów, nietrudno przewidzieć nasilenie walk i antagonizmów. 
Te i wiele innych czynników prowokują dziś do kreślenia scenariuszy negatywnych, w których pojawiają się zapowiedzi wywołania przez Rosję kolejnych wojen i konfliktów zbrojnych. Miałyby one wzmocnić mobilizację społeczną oraz zapewnić Rosji nowe obszary rabunkowej eksploatacji i przyczynić się do wzrostu cen ropy naftowej.   W scenariuszach tych pojawia się także obraz „szalonego”, przypartego do muru Putina, który w desperackim akcie samoobrony rzuca wyzwanie całemu światu i wywołuje globalny konflikt.
Autorzy owych analiz nie zaprzątają sobie głowy odpowiedzią na zasadnicze pytanie: dlaczego pułkownik KGB miałby ryzykować utratę najważniejszego kapitału współczesnej Rosji - ekspansywnej sieci intryg i dezinformacji oplatającej świat? Kapitału (dodam) budowanego mozolnie przez kilka pokoleń kagebistów i ich seksotów. Z jakich zasobów sfinansowałby wojnę przeciwko NATO i jakie korzyści osiągnął z wywołania śmiertelnej dla Rosji konfrontacji?
O ile prawdą jest, że Putin będzie dążył do stworzenia kolejnych ogniw zapalnych na Bliskim Wschodzie, głównie poprzez antagonizowanie krajów arabskich z USA ( „marzeniem Putina jest rekonstrukcja Związku Sowieckiego, tyle że tym razem na Bliskim Wschodzie”- Michael Reagan), o tyle groźba wywołania globalnej zawieruchy wydaje się najczarniejszym koszmarem władcy Kremla.
W przyjmowanej obecnie konstrukcji analitycznej, prawdziwy jest jedynie obraz Rosji – państwa słabego, zniszczonego i zdemoralizowanego, „mocarstwa” przestarzałych i zawodnych technologii, kraju stojącego nad przepaścią demograficznej i ekonomicznej zagłady. Warto przypomnieć, że Rosja nigdy nie wygrała sprowokowanego przez siebie konfliktu (Gruzja, Ukraina) i panicznie obawia się zdecydowanych reakcji militarnych NATO (Turcja).
Z oczywistych względów traktuję takie przepowiednie, jako dowód skuteczności rosyjskiej dezinformacji, która w połączeniu ze wsparciem politycznym udzielanym przez sojuszników Putina, może doprowadzić do zniesienia sankcji gospodarczych i radosnego przyjęcia Rosji na łono „cywilizowanego świata”. Znając realia współczesnej Europy oraz preferencje światowych przywódców, łatwo zrozumieć, że akceptacja takich scenariuszy nie oznacza intencji ekonomicznego „dobicia” Rosji, wzmocnienia zachodnich armii bądź rozpoczęcia wyniszczającego Kreml „wyścigu zbrojeń”. Groźba „szaleństw” ze strony zagrożonego watażki musi wywołać efekt odwrotny i przyczyni się do wznowienia polityki ustępstw i „resetów”. W mentalności społeczeństw „wolnego świata” nadal obowiązuje dogmat, że „koegzystencja z Rosją” jest możliwa, jeśli państwo to otrzyma należną mu strefę wpływów i zaspokoi swoje mocarstwowe ambicje. Ten „georealistyczny” kierunek określał reakcje „wolnego świata” wobec ZSRR i do dziś wytycza nieprzekraczalną granicę. Jeśli Putin postawi ultimatum – pomoc w zachowaniu „zdobyczy” lub wojna – odpowiedź jest przesądzona.  
Społecznościom tym łatwo wmówiono, że bożkowi pokoju należy podporządkować nie tylko sferę polityczną, ale obszar semantyki, etyki i prawdy historycznej.
Prymat „pokoju” nad „wojenną retoryką”, święci też tryumfy w III RP i jest zaszczepiony w nas równie mocno, jak lęk przed gniewem Moskwy bądź obawa zerwania „dobrosąsiedzkich relacji”. Ten niewolniczy sofizmat, uknuty w podziemiach Łubianki, jest do dziś wykorzystywany przez światowych agresorów i najeźdźców.
Nie może dziwić, że z jego owoców korzystają głównie dwa państwa, którym świat zawdzięcza najokrutniejszą wojnę i śmierć milionów istnień.  Wbrew racjom historycznym, politycznym i moralnym, to one dyktują warunki europejskiego ładu – tak dalece, że zbrojną napaść armii rosyjskiej nazywa się „konfliktem ukraińskim” (pozwalając agresorowi na uczestnictwo w farsie „procesu pokojowego”), zaś państwu Angeli Merkel przyznaje prawo decydowania o przebiegu tej wojny i nowym podziale Europy.
Na przykładzie istnienia faktycznego sojuszu Niemiec i Rosji (o którym wszyscy wiedzą lecz nikt nie ma odwagi go nazwać), można dostrzec jeden z najgorszych mitów kształtujących dzisiejszą politykę zagraniczną III RP. Ponieważ mit ten jest efektem przyjęcia błędnej metodologii oraz ulegania dezinformacji, zagraża nam w stopniu nieporównywalnie większym niż wizja „ataku atomowego na Warszawę”. Zagraża także całej Europie, o czym możemy się przekonać analizując rosyjsko-niemiecką kombinację „imigracyjną” (tekst – „O Putinie, rabinie i kozach”).
Mam na myśli ugruntowany w III RP pogląd, jakoby relacje z dwoma sąsiadami należało traktować dwutorowo – jako opcję prozachodnią lub wschodnią. Zdaniem zadeklarowanych „georealistów”, kultywowanie przyjacielskich stosunków z Niemcami jest konieczne ponieważ wyraża prozachodnie i proeuropejskie aspiracje Polaków i w tym zakresie odróżnia się zasadniczo od kursu promoskiewskiego. Ten prawidłowy geograficznie i błędny politycznie pogląd starałem się podważyć w poprzednich tekstach „Nudis Verbis”. Tworzy on z naszego położenia trwałe, historyczne kajdany i oddala od szansy obalenia porządku jałtańskiego. Bo jeśli nie współpraca z Rosją, to wizja ekonomicznej kolonii niemieckiej. Jeśli nie zbliżenie z Berlinem, to moskiewski jasyr. 
Jestem przekonany, że co najmniej kilka czynników – w tym zamach smoleński, a dziś wojna na Ukrainie, powinny prowadzić do zrewidowania tego poglądu i przyjęcia twardej korekty polityki zagranicznej.
Doświadczenie historyczne przekonuje, że Moskwa i Berlin będą zawsze  wrogami polskości. Dążeniem tych państw jest ustanowienie na Wiśle granicy rosyjsko-niemieckiej i wymazanie Polski z mapy świata. To, czego nie sformułuje dziś żaden polityk niemiecki, jest już realizowane na mocy sojuszu Merkel-Putin i przez ostatnie osiem lat było dokonywane przy współudziale reżimu PO-PSL. Różnica między obecną sytuacją, a rokiem 1939 polega jedynie na odwróceniu ról i modyfikacji akcentów: dziś konflikt zbrojny ma wywoływać Rosja, zaś Niemcom przewidziano rolę politycznego i ekonomicznego wspornika.
Nie można zatem  prowadzić racjonalnej polityki zagranicznej, stosując fałszywe rozróżnienie w relacjach z tymi sąsiadami i traktując Moskwę i Berlin, jako dwie, przeciwstawne siły. Jest to niedorzeczne  tym bardziej, gdy obie stolice konsoliduje wspólna antypolska akcja i sprzeciw wobec „nowego rozdania”.  Próbkę rzeczywistego stosunku Niemców do polskiego rządu widzieliśmy w  reakcjach komisarza Schulza i próżno się cieszyć, że takich oskarżeń nie miota sama Merkel czy Gauck. Prawdę o „przyjaciołach z Berlina” prędzej odnajdziemy w projekcie Nord Stream 2 niż w dyplomatycznych uśmiechach i deklaracjach politycznych.
Jak próbowałem powyżej wykazać - wizja rosyjskiej zapaści ekonomicznej i prowadzona wokół niej kampania dezinformacji, może wkrótce doprowadzić do przyjęcia kolejnego „resetu”. Jest to scenariusz zdecydowanie bardziej prawdopodobny niż prognoza globalnego konfliktu. Nie ma wątpliwości, że Niemcy - najwierniejszy sojusznik Putina, staną się rzecznikiem „procesu odprężenia”, zaś ceną tego „pokoju” może być obszar rosyjskich wpływów rozciągających się na  Ukrainę i Polskę.
Jeśli taki scenariusz będzie realizowany, to utrzymując dogmat dobrosąsiedzkich (bo rzekomo proeuropejskich) relacji z Niemcami, okażemy się kompletnie nieprzygotowani do odparcia ofensywy.
Warto zauważyć, że rozgrywana obecnie kombinacja polskojęzycznych agentur, pod hasłem „bronimy demokracji III RP” oraz zamysł podważania wiarygodności rządu PiS na arenie międzynarodowej, są całkowicie zgodne z intencjami naszych sąsiadów. Przedstawianie Polski jako „problemu dla Europy” umacnia bowiem przeświadczenie, że tylko rząd podległy Moskwie i Berlinowi może zapewnić „spokój nad Wisłą”. W opinii eurołajdaków, którzy bez mrugnięcia okiem oddają Putinowi „prozachodnią” Ukrainę, byłaby to niewielka cena.
Ludzie, którzy zarządzają dziś polską polityką zagraniczną, należą do grona zaciekłych „georealistów” i zwolenników tzw. integracji europejskiej. Liczne wypowiedzi prezydenta Dudy oraz słowa ministra Waszczykowskiego dowodzą, że nie należy liczyć na podważenie tej  dogmatyki. Zasady II Rzeczpospolitej - „nic o nas bez nas”, wierność imponderabiliom, bilateralizm i dynamizm w relacjach z zagranicą oraz symetria w stosunkach Polski z innymi podmiotami – wyznaczają obszar nieznany naszym rodakom i niepraktykowany przez polityków PiS. Jeśli nawet są tacy, którzy werbalnie nawiązują do tradycji tego okresu, głoszą puste lub fałszywe hasła.
Czeka nas zatem bolesne „balansowanie na granicy dwóch światów” i próby zabiegania o przychylność Moskwy lub Berlina. Rządzący „georealiści” nigdy nie pogodzą się z myślą, że Polska  nie ma najmniejszego interesu w popieraniu prorosyjskiej i proniemieckiej polityki przywódców UE, a z antyrosyjskości i antyniemieckości powinna uczynić trwałą rację stanu. Tym bardziej nie zrozumieją, że od czasu „ładu jałtańskiego”, polityka ta stanowi największą barierę dla polskich dążeń niepodległościowych i wszędzie tam, gdzie uwzględnia priorytety Berlina i Moskwy – ignoruje lub podważa nasze.
Jeśli przyjmiemy, że istnieje dziś realna groźba scementowania sojuszu rosyjsko-niemieckiego i uczynienia z niego fundamentu nowego „ładu w Europie”,  „georealizm” polskich elit okaże się największym zwycięstwem strategii podstępu i dezinformacji.

22 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam 22 lata. Jedyne o czy marzę (poza założeniem szczęśliwej rodziny) to dożyć nieodwracalnego upadku państwa rosyjskiego.

      Usuń
    2. Mariusz Kostosz,

      Ma Pan wielką szansę doczekać takiej chwili. Czego serdecznie życzę.

      Usuń
    3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. PasjonatLeonaWachholza,

      Dziękuję za wizytę i pozdrawiam.

      Usuń
  3. Panie Aleksandrze.
    Polska silna, dumna, pozbawiona kompleksów, prowadząca niezależną politykę pomiędzy Szwabią i Rosją, a więc Polska o znaczeniu co najmniej lokalnego mocarstwa. Taka Polska już była za niektórych królów i budowała się w latach dwudziestych za Piłsudskiego. Dziś jest tak od nas odległa, jak odległe są ich horyzonty i ambicje, od ambicji diagnozowanych przez Pana georealistycznych, mentalnych rabów.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Panie Aleksandrze,
    Co my, mlodzi ludzie, w obliczu tych wszystkich wydarzen, co mamy robic??

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zbroić się i organizować obronę terytorialna na własnym terenie. Uczyć się zasad sztuki przetrwania.

      Usuń
    2. Unknown,

      Mogę odpowiedzieć tylko poprzez doświadczenie mojej młodości: buntować się przeciwko wszelkim "prawdom objawionym" i stereotypom myślenia, nie przyjmować niczego "na wiarę", myśleć samodzielnie i niezależnie od opinii ogółu, wciąż poszerzać wiedzę o świecie i szukać wiarygodnych,rzetelnych źródeł, zgłębiać polską historię i traktować jak nauczycielkę, nie bać się wyrażania własnych myśli i uczyć się ich bronić.

      Pozdrawiam Pana

      Usuń
    3. Dziękuje za odpowiedź. Niestety taka postawa jest coraz rzadziej spotykana wśród ludzi. Wybraliśmy kolejny rząd z nadzieją na zmianę ale coraz bardziej widoczne są kombinacje ukazujące grę rządu z opozycją. Brakuje niespodziewanej i gwałtownej reakcji w odpowiedzi na większość ostatnich wydarzeń (nie mówiąc o całym 25-leciu), brakuje charyzmy w porwaniu tłumu i zwróceniu uwagi na to gdzie my, jako naród, jesteśmy, gdzie byliśmy i gdzie będziemy. Cała nadzieja jest znowu wygaszana...
      Chcę zadać jeszcze Panu kilka pytań, które z pewnością zadaje sobie wielu Pana czytelników. Jak się Pan odnosi do wizji konfliktu zbrojnego w Europie? Czy taka sytuacja jest prawdopodobna?

      Usuń
  5. Dużym błędem, o ile jednym z największych jest rozpatrywanie przez Polskę jedynie scenariuszy obrony. Dzieje się tak od czasów Wojny Północnej, a z całą pewnością - poza incydentalną wojną polsko-rosyjską w roku 1920 - od czasów Sejmu Niemego. W przyszłym roku, 1 lutego, minie 300 lat tego symbolicznego i faktycznego upadku nie tylko znaczenia Rzeczpospolitej, ale czegoś, co można nazywać Pax Poloniae.

    Powinniśmy opracować wobec Rosji także scenariusze ofensywne, w każdej warstwie wzajemnych relacji: ekonomicznej, informacyjnej (co za tym idzie również: dezinformacyjnej), polityki zagranicznej i militarnej.

    Zdolność do zastosowania strategii ofensywnej wynika ze zdolności do zgromadzenia i użycia zasobów i narzędzi taktycznych w długim terminie. Co to znaczy "w długim terminie"? Jaki to okres czasu? Przyjmuję, że jest to minimum 20-lecie. Z punktu widzenia trwałosci efektów strategicznych powinniśmy rozpatrywać okres 50-letni jako minimalny dla długotrwałych skutków strategicznych.

    W zakresie militarnym sprawa, ku być może zaskoczeniu wielu, jest najłatwiejsza. Nie posiadamy broni nuklearnej, ani jej pochodnych. Powinniśmy zatem zapewnić sobie do niej dostęp, aby móc jej użyć nie tylko jako narzędzie odstraszania, ale również w ewentualnej ofensywie. Ponieważ traktaty międzynarodowe nie pozwalają nam posiadać tej broni, musimy znaleźć sposób jej przejęcia. Traktaty bowiem nie zabraniają nam użyć broni jądrowej w przypadku konfliktu.

    Oczywistym dawcą broni nuklearnej i jej pochodnych jest Rosja. Jest jasne, że zdolność do przejęcia i uzycia takiej broni mają wyłącznie jednostki o minimalnym poziomie wyszkolenia nie niższym niż ten właściwy dla Formozy lub Gromu. To własnie te jednostki powinny ulec rozbudowie i przeszkoleniu na poziomie znacząco przerastającym zdolności defensywne jednostek specjalnych Rosji chroniących broń atomową i środki służące do jej przenoszenia.

    Ze względu na przewagę lotnictwa załogowego, liczebności wojsk lądowych, artylerii, czołgów i pojazdów opancerzonych, a także śmigłowców szturmowych i transportowych, Polska powinna dążyć do niwelacji skutków tej liczebnej przewagi. Oznacza to, że wszyscy polscy żołnierze powinni zostać wyposażeni w egzoszkielety oraz rynsztunek "żołnierza XXI wieku". Ale oznacza to także masową produkcję dronów szturmowych i rozpoznawczych, rozwój mobilnych, świetnie zamaskowanych platform operujących dronami. Powinniśmy także pozyskać maksymalną ilość Polaków mieszkających na Białorusi, w Rosji, do celów rozpoznania obiektów, które należy zniszczyć w czasie ewentualnego uderzenia na terytorium wroga.

    Osobnej analizy wymagają siły pancerne. Być może warto zastanowić się w jak najlepszym gronie nad dronami pancernymi - małymi, szybkimi, zwinnymi, o dużej sile rażenia, trudno wykrywalnymi.

    Powinnismy przestać myśleć tradycyjnie o narzędziach, których wojskowi używają do zabijania wroga. Bitwa pod Azincourt jest świetnym przykładem uzyskania ogromnej przewagi strategicznej na obcej ziemi, pomimo słabości liczebnej i słabości w tradycyjnych rodzajach ówczesnego uzbrojenia. NIE MOŻEMY MYŚLEĆ TAK JAK WSZYSCY!

    OdpowiedzUsuń
  6. Znacznie trudniejsze, ale znacznie ważniejsze jest odbudowanie polskiej strefy wpływów. A zatem zdefiniowanie terytorialne zasięgu Pax Poloniae.

    Jawi się już pewien zrąb działania: należy przejąć ziemie białoruskie, umiejętnie włączyć w sojusz Ukrainę (z wizją docelową wspólnego państwa opartego o kulturę wynikającą z Pax Poloniae). Nalezy także zidentyfikować tych dysydentów rosyjskich, którzy chcieliby współpracować z Polską w celu przejęcia i podporządkowania sobie np. Królewca (próba wywołania "rosyjskiego Tajwanu") oraz w celu destabilizacji Kaukazu, Tadżykistaniu, Uzbekistanu, etc. Należy wykorzystać bardzo dobre relacje Gruzji z Kazachstanem oraz dobre z Turcją. W końcu należy ponownie wywołać zagrożenie na południowej flance Rosji i je animować, rozwijać.

    W Europie należy dbać o najbliższych nam światopoglądowo i geograficznie. A są to: Węgry, Rumunia, Czechy i Słowacja. Należy wzmóc presję na Litwę i udzielić mocnych i realnych gwarancji miitarnych Łotwie i Estonii.

    Unia Europejska pokazała już, co chce uczynić z Polską. Jest tylko parawanem dla Niemiec i Francji. Polska powinna skoncentrować się na osiągnięciu sojuszu z Wielką Brytanią. Wielka Brytania potrzebuje Polski, aby odzyskać pozycję hegemna w Europie. Polska potrzebuje Wielkiej Brytanii, aby trzymać w szachu Niemcy.

    Co do narzędzi dezinformacyjnych i ekonomicznych: Polska musi mieć swoje media w Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii. Ich dofinansowanie powinno wziąć na barki Państwo. Powinniśmy także utworzyć polskie media na Ukrainie, Białorusi i w Rosji. Te media także muszą być duże, prężne i solidnie finansowane. Powinniśmy mieć także pieniądze na opłacanie rosyjskich polityków i przedsiębiorców-słupów, którzy podejmowaliby korzystne dla Polski decyzje w rosyjskich instytucjach i firmach. W tym miejscu warto zauważyć, że strategie dezinformacyjne i ekonomiczne będą często korzystać z efektu synergii. Co więcej, właściwe prowadzenie rosyjskich jurgieltników pozwoli w dużej mierze finansować takie operacje ze środków wypracowanych przez rosyjskie instytucje i przedsiębiorstwa.

    Jest oczywiste, że podobną politykę powinniśmy prowadzić wobec Ukrainy, Białorusi i Niemiec.





    OdpowiedzUsuń
  7. "Nie wolno ustępować imperializmowi, ani nawet skłonnościom neoimperialnym. Nie zawsze, tak jak w przypadku Monachium, daje to tak szybkie i tragiczne rezultaty. Ale z czasem takie rezultaty przychodzą zawsze. To wielka nauka dla całej współczesnej Europy, dla całego świata" - Prezydent Lech Kaczyński


    Panie Aleksandrze,

    Zamiast komentarza proponuję wysłuchanie WIELKIEGO PRZEMÓWIENIE MOJEGO PREZYDENTA wygłoszonego na Westerplatte, 1 września 2009 r.

    wideo:
    https://www.youtube.com/watch?v=Ypp-zDqzTNc

    pełny tekst przemówienia:
    http://wpolityce.pl/spoleczenstwo/211793-przypominamy-lech-kaczynski-w-2009-r-na-westerplatte-nie-wolno-ustepowac-imperializmowi-przeczytaj-przemowienie

    Bardzo proszę, przypomnijmy sobie słowa śp. Lecha Kaczyńskiego, który nie ulegał dyktatowi georealistów.

    Pozdrawiam i bardzo dziękuję za świetną publikację


    PS. Konfrontacyjne, załgane przemówienie Putina, podówczas premiera FR.

    http://dzieje.pl/aktualnosci/przemowienie-premiera-putina-na-obchodach-70-rocznicy-wybuchu-ii-wojny-swiatowej ]

    OdpowiedzUsuń

  8. Obecnie, zarówno Prezydent jak i rząd "Dobrej Zmiany", pomimo że w kampanii wyborczej często powoływali się na "dziedzictwo Lecha Kaczyńskiego", zachowują się tak, jakby i oni "odkreślili przeszłość grubą linią".

    Dzisiaj Witold Waszczykowski niemal z zachwytem wysłuchiwał załganej niemieckiej narracji Waltera Steinmeiera i nie zaprotestował choćby jednym słowem.

    "Drogi Kolego, Drogi Witoldzie. Mile wspominam twoja wizytę w Berlinie i długą rozmowę. Jestem ci bardzo wdzięczny za przyjecie w przepięknych Łazienkach Królewskich. To przepiękny pałac, ale przypomina nam mroczny okres, okupację Polski przez nazistów. Ten pałac został spustoszony i spalony. Wspominam o tym, bo to część okrutnej, strasznej historii, która łączy Polaków i Niemców. Pamięć jest częścią odpowiedzialności, która jako ministrowie ponosimy. Długą drogę Niemcy i Polacy przeszli braku zrozumienia, aż doszło do porozumienia i wreszcie przyjaźni. Nasze pokolenie, drogi Witoldzie, tego rozwoju nie tylko doświadczyło, ale mieliśmy okazję, by go kształtować. Wiele z nas brało udział w skomplikowanym procesie budowania zaufania. Ogromnym szczęściem jest fakt ze z braku zaufania i wrogości znów powstało zaufanie".

    http://wpolityce.pl/polityka/278941-waszczykowski-o-spotkaniu-ze-steinmeierem-to-kolejny-dowod-na-dobre-stosunki-niemiecko-polskie-sa-szczere-i-mozemy-rozmawiac-o-wszystkich-problemach

    OdpowiedzUsuń
  9. przemek łośko,

    Bardzo Panu dziękuję za tak wyśmienitą prezentację wolnej,niezależnej myśli.Gdybyśmy mieli polityków zdolnych do myślenia w takich kategoriach, jakże inne byłoby nasze położenie.
    Tylko z tak odważnych pomysłów, można zbudować wizję silnej, mocarstwowej Polski.
    Mamy dostateczny potencjał, by naszą rację stanu oprzeć się na dwóch filarach: silnej armii i gospodarce i wśród odwiecznych wrogów wywalczyć pozycję autentycznego mocarstwa.
    Jeśli Polacy ze wzruszeniem ramion przyjmują takie wizje – zawdzięczamy to ludziom, którzy przez dziesięciolecia zabijali w nas dumę z polskości i wmówili moim rodakom, że tylko zależność od sąsiadów oraz kultywowanie mitologii „georealistycznych sojuszy” pozwoli zachować szczątki państwowości.
    Tym ludziom nawet nie powstanie w głowie, że znaczenie ważniejsze od umizgów wobec eurołajdaków i "relacji unijnych" jest budowanie nowych sojuszy - z USA,Turcją,Izraelem,Litwą czy Estonią. To, a nie wasalna "polityka unijna" powinno wyznaczać nasze priorytety.
    Dziś każe się nam wierzyć, że wyrazem politycznej sprawności obecnej ekipy są wizyty w Niemczech i Brukseli i zapewnianie antypolskiej zgrai o rozkwicie demokracji III RP. Tylko człowiek zniewolony może cieszyć się z takiej "sprawności".
    Wspomniał Pan o broni atomowej. Proszę zauważyć, jaką histerię wywołała niedawna wypowiedź wiceministra MON na temat „prac nad zapewnieniem Polsce dostępu do broni jądrowej” i wzmianka o przystąpieniu do projektu Nuclear Sharing.
    Wśród ludzi otumanionych mitologią "georealizmu" taki pomysł wywołał wyłącznie jedną troskę - co na to powie Rosja i jak zareagują zachodni partnerzy? A ponieważ obowiązuje dogmat o "niedrażnieniu Rosji" i uwzględnianiu opinii eurołajdaków, myśl o posiadaniu przez Polskę broni atomowej wydaje się wręcz obrazoburcza.
    Bardzo podoba mi się Pańskie stwierdzenie - "Polska musi mieć swoje media w Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii. Ich dofinansowanie powinno wziąć na barki Państwo".
    Dziś nie prowadzimy żadnej polityki informacyjnej i jesteśmy zdani na łgarstwa europejskiego lewactwa. Na szczęście, politycy PiS powoli zaczynają realizować pomysł, o którym wielokrotnie pisałem na blogu i próbują zamieszczać w zachodnich mediach teksty prezentujące nasze stanowisko. Wprawdzie są to teksty wielce uładzone i politpoprawne, ale dobre i to. Następny krok powinien prowadzić do stworzenia ofensywnej strategii informacyjnej i przełamania lewackiego monopolu. W takie działania chętnie włączy się Polonia, a przy finansowym wsparciu państwa, można dość szybko zbudować kilka przyczółków.

    Pozdrawiam Pana

    OdpowiedzUsuń
  10. Pani Urszulo,

    Marzy mi się rząd i prezydent, którzy nie muszą podobać się Niemcom ani Rosjanom, nie muszą drżeć przed sądami łajdaków ani brać pod uwagę bełkotu ćwierćinteligentów.
    Chciałbym, by rządzili Polską ludzie, którzy reprezentują naród, a nie "program i linię" jakiejś partii politycznej, ludzie wolni od "georealistycznych" stereotypów i kompleksów.
    My - Polacy, nie mamy obowiązku łasić się do Niemców lub zapewniać Rosjan o "dobrej woli". Nie musimy też zabiegać o przyjaźni brukselskich łobuzów, których ojcowie zdradzili nas wielokrotnie.
    Ten rząd i ten prezydent mają reprezentować sprawy ważne dla Polaków. Czy to się podoba Niemcom, Francuzom, Rosjanom – nic mnie nie obchodzi i taka norma nie powinna mieć żadnego znaczenia.

    Zwróciłem wczoraj uwagę (tt) na skandaliczne wystąpienie Steinmeiera i jego słowa - godne ruskiej, posmoleńskiej propagandy. Wprawdzie wiele osób podziela negatywną ocenę wystąpienia niemieckiego ministra, to zdecydowana większość z nas nie chce dostrzec rzeczy stokroć ważniejszej - zachowania i postawy szefa polskiego MSZ.
    To, że Steinmeier łże i tworzy fałszywą historię relacji polsko-niemieckich, nie jest dla mnie zaskoczeniem. Taki relatywizm leży w interesie narodu, który wymordował miliony Polaków i chciałby dziś zatrzeć własną odpowiedzialność zrównując katów z ofiarami.
    To jednak, że minister Waszczykowski, człowiek(jak nas zapewniają)"obozu patriotycznego", słucha skandalicznych słów Niemca i bez zastrzeżeń bredzi o "dobrych stosunkach niemiecko-polskich" jest głupotą i hańbą. Tak wygląda skala naszego zniewolenia i politycznej niemocy.
    Dlatego nie pokładam w tych ludziach nadziei na zbudowanie wolnej Rzeczpospolitej. Od początku swoich rządów pozwoli łajdakom na przejęcie inicjatywy, a dziś "uprawiają politykę" w kontrakcji do pohukiwań antypolskiej zgrai i każą moim rodakom cieszyć się z takich "osiągnięć". Nie ma tu cienia inicjatywy, samodzielności i politycznej ekspansji.
    Dlatego sprawy, o których piszemy na tym blogu, są niepojęte dla mitologów "georealizmu", a często, traktowane jako wyraz wrogości.
    W trzeciej części "Nudis Verbis" napisałem, że nie ma w III RP polityków, którzy postulat antyniemieckości i antyrosyjskości uznaliby na jeden z fundamentów polskiej racji stanu.
    Nie znajdziemy również takich, którzy otwarcie deklarowaliby intencję zawiązania sojuszu militarnego ze Stanami Zjednoczonymi, za cenę rezygnacji z iluzorycznych gwarancji klubu dyskusyjnego NATO.
    Gdyby poszerzyć obszar szalonych projektów o zamysł osłabienia procesu integracji ze strukturami Unii Europejskiej oraz podważyć fundamenty antypolskiego ładu jałtańskiego, szybko się okaże, ze wizja zakreślona w „Nudis Verbis – Terapia”, zostanie (w najlepszym wypadku) oceniona jako utopijna mrzonka, w najgorszym – jako wyraz nieodpowiedzialnego rewizjonizmu i politycznego warcholstwa.
    Trzeba przyjąć, że nie mamy dziś mężów stanu, którzy potrafiliby wyznać - „Polska nie potrzebuje - ani Rosji ani Niemiec. Sąsiedztwo tych państw jest dla nas źródłem nieustannych konfliktów, wojen i ograniczeń państwowości. W najżywotniejszym interesie Polaków leży, by Rosja została rozbita i zniknęła z mapy świata, Niemcy zaś stały się krajem słabym militarnie i gospodarczo".
    Trzeba to przyjąć, ale nigdy nie pogodzić się z takim ograniczeniem.

    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  11. Panie Aleksandrze,

    Pana teksty i komentarze dodają mi otuchy i nadziei, że mądrość która z nich płynie, dotrze także do obozu władzy i rozświetli im drogę po której nas wszystkich prowadzą. Biblia uczy, żeby się modlić o rządzących by prowadzić spokojne i pobożne życie. Jeśli zatem nasz obóz władzy poważnie potraktuje zapewnienie spokoju Polakom i jakości życia, która odzwierciedla Biblijne wartości, to Bóg takiej władzy pobłogosławi.
    Pana teksty szczegółowo rozpisują dążenie do realizacji tych dwóch punktów.
    Dlatego,

    Bardzo Panu dziękuję i pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  12. Autor uczy by nie ulegać emocjom choć, jak mało kto, pisze teksty podnoszące ciśnienie.
    Skoro, reasumując, obecna ekipa nie gwarantuje nam realizacji naszych marzeń i widać to coraz jaśniej, to nasuwa się owo słynne pytanie ogrodnika spod Radomia : - jak żyć panie premierze...
    Co czytać oprócz tekstów Ściosa, jakie organizacje zasilać swoim członkostwem ?
    Hierarchia kościelna, media publiczne, rządzący - wszystko to skażone jakimś ciemnym brakiem miłości do "tego co Polskę stanowi". Gdzie kierować wzrok aby, tu i teraz, nie upadać na duchu ?? Bo jakoś trudno zaufać i osobiście nie wierzę , że " mądrość (...) dotrze także do obozu władzy i rozświetli im drogę po której nas wszystkich prowadzą"

    Ukłony dla Autora

    OdpowiedzUsuń
  13. Panie Janie.
    Może pan nie zauważył, lub omyłkowo założył, że pyta Pan o zupełnie inna kwestię. Nic bardziej mylnego, a czuć sie zagubionym, nie jest słabością jedynie młodego wieku. Dlatego pozwalam sobie wkleić pytanie Unknown'a z 21.01 z godziny 15.55 i odpowiedź Pana AS

    Unknown21 stycznia 2016 15:55
    Panie Aleksandrze,
    Co my, mlodzi ludzie, w obliczu tych wszystkich wydarzen, co mamy robic??

    Aleksander Ścios22 stycznia 2016 11:33
    Unknown,

    Mogę odpowiedzieć tylko poprzez doświadczenie mojej młodości: buntować się przeciwko wszelkim "prawdom objawionym" i stereotypom myślenia, nie przyjmować niczego "na wiarę", myśleć samodzielnie i niezależnie od opinii ogółu, wciąż poszerzać wiedzę o świecie i szukać wiarygodnych,rzetelnych źródeł, zgłębiać polską historię i traktować jak nauczycielkę, nie bać się wyrażania własnych myśli i uczyć się ich bronić.

    Pozdrawiam Pana

    Ja również Pana pozdrawiam Panie Janie.

    OdpowiedzUsuń
  14. Niezalezna.pl opublikowała właśnie tekst o Wojciechu Świdnickim. Całość lektury, wraz z komentarzami pod tekstem daje obraz problemu z jakim musi zmierzyć się Polska - problemu oczyszczenia się zarówno z aktywnych zawodowo ówczesnych oficerów prowadzących jak i ich ówczesnych i obecnych protegowanych (wtedy TW, dzisiaj "sukcesorzy", "partnerzy", etc.)

    Ale problem jest większy,niż tylko ludzki. Problem ma jeszcze dwa inne wymiary: systemowy i kulturowy. W pierwszym wymiarze mamy do czynienia z koniecznością przebudowy systemu działania Państwa i gospodarki w taki sposób, aby oficerowie prowadzący oraz ich obecni i dawni "prowadzeni" lub "uzależnieni" zostali pozbawieni narzędzi wpływu na Państwo. W tym samym wymiarze mieści się postulat systemowego pozbawienia oficerów prowadzących przywilejów emerytalnych i innych (w tym odznaczeń państwowych) wynikających z ich zdradzieckiej służby w PRL, a potem w UOP.

    Problem kulturowy jest trudny do zdefiniowania. "Kultura" wytworzona przez oficerów prowadzących i ludzi przez nich "prowadzonych" polega na szantażu z jednej strony i nepotyźmie z drugiej. Ze względu na spektakularny sukces biznesowy tego środowiska została także przyswojona przez pozostałe środowiska biznesowe i dziś stała się wzorcem biznesowym w całej Polsce. Mówi się zatem o kiju i marchewce przede wszystkim, nie o innowacji i odwadze w prowadzeniu przedsiębiorstwa (mam na myśli wielkie przedsiębiorstwa - małe firmy, na szczęście, mają w sobie nadal śmiałość kupców fenickich, ich właściciele często rozumieją, że zysk należy się za RYZYKO, a wynagrodzenie - za pracę). Innowacja może być pozorna, byle tylko mozna było ją udokumentować w taki sposób, aby otrzymać unijne dofinansowanie.

    Tego ogromnego zadania, rozwiązania opisanego problemu nie da się przeprowadzić, nie zaczynając od siebie. Czyli Państwo musi na własnym przykładzie pokazać, że dba o sprawiedliwość. A zatem musi zweryfikować jakość i potrzebę pracy ponad miliona zatrudnionych we własnych strukturach (urzędach, agendach, fundacja, spółkach skarbu państwa, w ZUS i US, w Policji, w służbach, etc.). Polska musi zweryfikować swoje prawodawstwo - czy ono nie jest aby przerośnięte, nie stwarza barier dla ludzi twórczych i odważnych, a rodzi wielkie mozliwości dla spryciarzy, którzy niczego nie chcą rozwijać, natomiast świetnie czują się w blokowaniu i zdejmowaniu blokad (za pieniądze), w utrudnianiu i kontrolowaniu (najlepiej w taki sposób, aby tylko od ich widzimisię i bez jakiejkolwiek sankcji odwoławczej lub karnej tylko od nich zależały wyniki kontroli).

    Ludzie widzą bowiem jak niesprawiedliwie urządzone jest Państwo, jak bezczelnie i niesprawiedliwie żeruje na nich ZUS i US, jak te struktury się rozrastają, i że rozrastają się najczęściej w kierunku "rodzinnym". Widzą także, że na starość lub w chorobie zostaną właśnie przez te instytucje państwowe (zwłaszcza ZUS) zdradzeni i opuszczeni (ale też widzą, że donosiciele, oficerowie prowadzący mogą liczyć na sute świadczenia).

    Nie umiem ocenić, czy paria Jarosława Kaczyńskiego ma determinację, żeby tę rzeczywistość zmienić lub, że w ogóle widzi taki problem.

    OdpowiedzUsuń


  15. Dwie uwagi szczegółowe:

    - "Rosyjskie banki padają jak muchy"
    http://m.niezalezna.pl/75415-rosyjskie-banki-padaja-jak-muchy

    - Wrócą kontrole na granicy polsko-niemieckiej? MSWiA zaprzecza
    http://telewizjarepublika.pl/wroca-kontrole-na-granicy-polsko-niemieckiej-mswia-zaprzecza,28782.html

    - Dlaczego "zaprzecza"? Czeka, aż nam Niemcy własne kontrole zainstalują?

    Choć z drugiej strony, czy można się dziwić ministerstwu, które pozostawia na stanowisku zastępcy komendanta głównego policji byłego ZOMO-wca?


    I jedna uwaga ogólna - w nawiązaniu do tt AŚ z 23.01

    Po półrocznej kadencji prezydenta Dudy coraz bardziej utrwalam się w poglądzie, że jest to prezydentura "markowana". O dziwo, pan prezydent nie jest atakowany nawet przez "wrogie media". "Nasze" dawno przekroczyły taki poziom lizusostwa (celuje "wSieci", ale inne nie pozostają w tyle) od którego zbiera się na wymioty.

    Pozdrawiam wszystkich

    OdpowiedzUsuń