Wartość publicystyki mierzy się miarą słów i żadne
inne atrybuty nie mogą decydować o czyjejś wiarygodności. Publicysta, który poważnie
traktuje słowo i chce budować własny wizerunek musi brać pełną
odpowiedzialność za to, co napisał przed
miesiącem, rokiem czy dziesięcioma laty.
To przypomnienie jest konieczne, ponieważ aparat
propagandy III RP posługuje się nie tylko semantycznym oszustwem, przypisując chamom
walory polityków, osłów obdarzając mądrością, a funkcjonariuszy mianem dziennikarzy,
ale powszechnie żeruje na odbiorcach dotkniętych amnezją, którzy nie są w
stanie zapamiętać tego co „wybitny” żurnalista wypisywał w nieodległej
przeszłości. Ten skuteczny mechanizm wyłonił już dość szemranych „autorytetów”,
„prawicowych” mędrków i „niezależnych” publicystów, którzy codziennie muszą dziękować Bogu, że Polacy nie mają na tyle rozumu, by zdobyć się na
refleksję i rozgonić to załgane towarzystwo.
Dlatego sądzę, że Paweł
Lisicki, który od wielu tygodni pozuje na publicystę „prawicowego, niezależnego
i niepokornego” powinien zostać skonfrontowany z opiniami, jakie jeszcze do
niedawna głosił w sprawach dla Polaków najważniejszych. Rzeczy, które
publicysta ten wypisywał od dnia tragedii smoleńskiej, są – w moim odczuciu –
na tyle głupie i podłe, że nie wolno ich pomijać milczeniem.
Ten subiektywny wybór tekstów można uzupełnić
wieloma innymi wypowiedziami Lisickiego, z których wyłania się obraz daleki od
obecnej inscenizacji.