Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

środa, 22 lutego 2012

HIPOTEZA CZY DEZINFORMACJA. RZECZ O GRANICACH

Wielokrotnie przypominałem na tym blogu słowa doskonałego znawcy Rosji, Włodzimierza Bączkowskiego, który w szkicu „Uwagi o istocie siły rosyjskiej” z roku 1938 napisał: „Głównym rodzajem broni rosyjskiej, decydującym o dotychczasowej trwałości Rosji, jej sile i ewentualnych przyszłych zwycięstwach, nie jest normalny w warunkach europejskich czynnik siły militarnej, lecz głęboka akcja polityczna, nacechowana treścią dywersyjną, rozkładową i propagandową.
To myśl warta refleksji, skoro po 70 latach nic nie straciła ze swojej aktualności i nadal zawiera głęboką prawdę o rosyjskim reżimie. Największą siłą sowieckiej doktryny oraz gwarancją powodzenia operacji tajnych służb, była zawsze doskonale prowadzona i funkcjonalna dezinformacja.
Gdy na początku maja 2010 roku, w nieco prowokacyjny sposób pytałem na blogu: czy Putin jest idiotą? – napisałem wówczas, że jeśli mamy przyjąć, iż 10 kwietnia doszło do tajnej operacji służb rosyjskich, trzeba też uznać, że mielibyśmy do czynienia z największą i najpoważniejsza tego typu operacją w historii służb specjalnych. Jej zakres nie da się porównać z żadną znaną ingerencją tajnych służb. Katastrofa w Gibraltarze, zabójstwo Kennedy'ego, zamach na Jana Pawła II czy „zamachy terrorystyczne” w Rosji, nie mogą być porównywalne z operacją, w której ginie urzędujący prezydent, grupa najwyższych rangą dowódców wojskowych oraz elita oficjeli, a ich śmierć znacząco zmienia obraz Europy i wpływa na szereg procesów politycznych.
Jest oczywiste, że działaniom tajnych służb musiałyby wówczas towarzyszyć nadzwyczajne środki zabezpieczające, adekwatne do wagi operacji, jaką przeprowadzono. Środki nie tylko techniczne, ale przede wszystkim maskujące zbrodnicze działania  - podejmowane przed, w trakcie i długo po przeprowadzeniu zamachu. W działaniach strony rosyjskiej takie środki widoczne są przed 10 kwietnia (np. gra ambasadora Grinina wokół listu prezydenta Kaczyńskiego czy udaremnienie kontroli lotniska ) oraz już w chwilę po katastrofie, gdy do mediów zaczęły napływać fałszywe, spreparowane wiadomości. Dziś już wiemy, że ogólna skala dezinformacji jest porównywalna tylko do sowieckich matactw w sprawie Katynia i ta okoliczność zdaje się stanowić najmocniejszą przesłankę, by w tragedii smoleńskiej dostrzec znak rosyjskiego sprawstwa. To w tym obszarze mamy do czynienia z wręcz klasyczną „głęboką akcją polityczną, nacechowaną treścią dywersyjną, rozkładową i propagandową.”
Zatrzymanie w rękach Rosjan wszystkich dowodów rzeczowych i oparcie całej narracji na materiałach udostępnionych przez FR, umożliwiało nie tylko zachowanie pełnej kontroli nad śledztwem, ale przede wszystkim panowanie nad obszarem dezinformacji. Dlatego wszelkie analizy, spekulacje i hipotezy oparte w całości na źródłach rosyjskich można zaliczyć na poczet udanych kampanii dezinformacji. Każda kolejna i powielanie już istniejących, stanowiły rodzaj dezinformacyjnego „perpetuum mobile” – napędzając proces, u którego kresu zawsze był ślepy zaułek. Dlatego Rosjanie nie musieli obawiać się żadnej, najbardziej fantastycznej hipotezy - byle tylko nie przybliżała do prawdy.
W tekście z maja 2010 roku napisałem, że jeśli ktoś sądzi, iż płk Putin i podległe mu służby dokonały zamachu lub w jakikolwiek inny sposób ingerowały w katastrofę z 10 kwietnia i pozostawiły przy tym widoczne ślady, które bystry umysł amatora - analityka przekuje na niepodważalne dowody - trzeba mu powiedzieć, że uważając Putina za idiotę, wykonuje dla niego doskonałą i pożądaną robotę.
Dzieje się tak nie dlatego, jakoby rosyjskie służby miały być wszechmocne i nieomylne, ale z tej przyczyny, że nie rozumiejąc lub lekceważąc siłę dezinformacji – czynimy z niej broń najgroźniejszą, a nawet samobójczą, jak wówczas, gdy ofiara używa jej  przeciwko sobie. Myślę, że ci, którzy wciąż dywagują o dezinformacji niespecjalnie zdają sobie sprawę, że nie polega ona na przekazie fałszywych wiadomości i zmyleniu nimi przeciwnika, ale na posłużeniu się nim samym do sprokurowania fałszu. Znajomość ludzkiej natury, a szczególnie jej słabości, stanowi o sile tej metody. Stosowana przez Rosję dezinformacja ma na celu zmuszenie przeciwnika, by to on sam stworzył fałszywą tezę – nawet w oparciu o prawdziwą informację, a uwierzywszy w nią dostosował wszystkie pozostałe przesłanki do własnych wyobrażeń.  W tej metodzie nie trzeba okłamywać przeciwnika, ponieważ on sam wprowadza się w błąd i z każdym następnym krokiem pogrąża w niewiedzy. W rezultacie, nie tylko nie jest w stanie pokonać wroga, ale dostrzega go w zupełnie kim innym lub lokalizuje w całkowicie błędnym miejscu. 
Jej skuteczność jest szczególnie widoczna w przypadku hipotez przyjętych a priori lub takich, które w obawie przed pułapką dezinformacji, traktują tragedię smoleńską jako akt „totalnej mistyfikacji”, podważając nie tylko jej okoliczności, ale również negując miejsce i czas zdarzenia. Hipotezy takie bazują na skądinąd słusznym założeniu, że służby rosyjskie kłamią zawsze i wszędzie, a skoro tak się dzieje, należy bezwzględnie odrzucać i podważać wszystko, co podaje nam aparat dezinformacji.
O jednej z tych hipotez, według której „10 kwietnia w Smoleńsku doszło do totalnej mistyfikacji (na niewyobrażalną skalę), tzn. że wszystkie zdjęcia z miejsca katastrofy nie pokazują polskiego tupolewa, lecz rosyjską wydmuszkę, a prawdziwa katastrofa/zestrzelenie itd. samolotu z delegacją prezydencką zaszły gdzie indziej” -  tak pisał 12 maja 2010 roku pewien znany bloger: „Gdyby spadł jakiś drugi tupolew, to cała akcja związana z katastrofą musiałaby być przeprowadzona na dwóch poziomach: zabezpieczenie pierwszej katastrofy (tajnej) i osłona drugiej (tej na pokaz). Pomijam już ilość ludzi, którzy musieliby być wtajemniczeni w taki plan i jego realizację (włącznie z eliminowaniem lub neutralizowaniem przypadkowych świadków), a którzy musieliby trzymać język za zębami (w Rosji oczywiście jest to do wyobrażenia, jeśli wczytamy się w książki znawców rosyjskiej rzeczywistości), ale taka operacja musiałaby być też zabezpieczona od strony „zewnętrznego wyglądu”. Musiano by zabezpieczyć przebieg takiej operacji nie tylko przed przypadkowymi świadkami, ale i przed przechwyceniem przez amerykańskie satelity szpiegowskie (wszak w pewnym momencie lotu pojawiałby się drugi tupolew – skądś startujący i lecący do Smoleńska, a polski tupolew musiałby być zepchnięty gdzieś indziej lub zestrzelony).”
To niezwykle trafne uwagi – bo nawet osoba średnio zorientowana w tajnych operacjach rozumie, że łatwiej jest kogoś „zlikwidować”, niż upozorować jego likwidację. Łatwiej też zatrzeć ślady zbrodni, niż je preparować. Podobnie, jak łatwiej powierzyć tajemnicę kilku osobom, niż angażować do niej tłumy i narażać się ryzyko wpadki. Jeśli zatem ktoś przyjmuje, że doszło do „totalnej mistyfikacji”, musiałby w pierwszej kolejności odpowiedzieć na pytanie: dlaczego służby zamachowca wybrały trudniejszy i bardziej skomplikowany sposób działania, jeśli ten sam cel mogły osiągnąć stosunkowo prostą i  bezpośrednią metodą? Dopiero logiczna i wsparta o dowody odpowiedź na to pytanie, uprawniałaby do dalszych, choć wcale nie łatwiejszych poszukiwań.
Wskazuję na tę hipotezę, ponieważ na jej przykładzie można prześledzić skuteczność rosyjskiej dezinformacji i dostrzec sposób jej funkcjonowania. Odkąd bowiem pojawiła się teza o „maskirowce”, a jej zwolennicy przyjęli ją w formie dogmatu - wszystkie okoliczności zdarzenia z 10 kwietnia, rozliczne rozbieżności w zeznaniach świadków czy niezgodności w materiałach faktograficznych, nabrały cech poszlak świadczących o „wielkiej mistyfikacji”.
Niczym wzorzec z Sevre, hipoteza ta przykładana do każdej przesłanki, wskazywała na jej prawdziwość lub fałsz i bez względu na osobę obnażała prawdziwe intencje. Każdy zaś, kto jej przeczył lub wskazywał na inny przebieg zdarzeń, musiał być postrzegany jako nosiciel rosyjskiej dezinformacji i wróg prawdy.
Ten zadziwiający radykalizm zdawał się wynikać z zasady, której trudno odmówić słuszności: wróg posługuje się po mistrzowsku dezinformacją, ja zatem będę od niego mądrzejszy i zaprzeczę nawet temu, co wydaje się bezsporne lub zgodne z rozumem. Im więcej zaś pojawia się dowodów podważających moją hipotezę, tym mocniej dowodzą one sprawności dezinformacji.
Czy taka konstrukcja wymagała szczególnych działań agentury? Oczywiście nie i zapewne nie mają racji przeciwnicy hipotezy, oskarżając innych o agenturalne inklinacje.
Zbudowano ją bowiem na  obserwacji zachowań użytkowników blogosfery i doskonałej znajomości ludzkiej natury. Musiała zakiełkować w środowisku ludzi inteligentnych i przekonanych o wartości swoich walorów poznawczych. Musiała wesprzeć się na autorytecie człowieka rozpoznawalnego, o dużych ambicjach i silnej osobowości. Musiała – wreszcie – znaleźć mocną reprezentację wśród osób zagubionych wobec tajemnicy Smoleńska i wzbudzić w nich przekonanie, że stali się posiadaczami „jedynej prawdy”. Ten elitarny lub wręcz sekciarski charakter hipotezy, miał z niej uczynić wiedzę niedostępną dla nosicieli rosyjskiej dezinformacji i odróżniać wyznawców „maskirowki” od pospolitych  internautów, ekspertów czy naukowców.
Jeśli wymagała ewentualnej inspiracji, to tylko w tych obszarach, gdzie odwoływano się do czyichś ambicji, pychy lub poczucia wyższości. Było to szczególnie łatwe od czasu, gdy stworzono wizerunek wroga – dostrzegając go dokładnie tam, gdzie życzyliby sobie tego ukryci inspiratorzy. Po stworzeniu fałszywego wroga, działania inspiratorów ograniczają się do mnożenia zarzutów oraz dzielenia i konfliktowania ludzi wspólnie poszukujących prawdy.
Ten właśnie charakterystyczny rys pozwala zauważyć, że istnieje ścisła relacja między obecnymi działaniami, a metodą zastosowaną przed kilku laty dla dyskredytowania Raportu z Weryfikacji WSI. To bezbłędny azymut. Zwracałem na niego uwagę w tekście „METODA PROPAGANDOWEJ PREWENCJI” i trudno przypuszczać, by zwolennicy „totalnej mistyfikacji”  nie dostrzegli tych związków. Epitety, ataki personalne i rozliczne, najbardziej plugawe insynuacje, mają sprawić, że dokument dotyczący tragedii smoleńskiej, opracowany pod kierunkiem Antoniego Macierewicza stanie się niewiarygodny, a jego treść zostanie odrzucona przez Polaków. Ta polityczna intencja staje się coraz wyraźniejsza i nic mocniej nie ujawnia kompromitującej wspólnoty celów.
Niezależnie, kto stoi za tą hipotezą, czyje ambicje ona karmi lub czyje urazy ma leczyć – to wspólne piętno ujawnia dziś rzecz jeszcze straszniejszą. Ci bowiem, którzy formułują rozmaite oskarżenia pod adresem ludzi pracujących z zespołem parlamentarny, podważają czyjąś uczciwość lub drogę życiową - przyjmują postawę tropicieli bardziej gorliwych, niż byli nimi ludzie komunistycznej bezpieki i ich spadkobiercy w służbach III RP. Nawet tym „specjalistom” od śmierci cywilnej nie udało się znaleźć żadnych komprmateriałów, na podstawie których mogliby skompromitować Antoniego Macierewicza lub współpracujących z nim ludzi. Nie wynika to bynajmniej z nieudolności owych „specjalistów” lecz jest dowodem, że takie materiały nie istnieją. Gdyby było inaczej – dawno zostałyby ujawnione. 
Rozgrywanie tej karty, nie ma zatem nic wspólnego z poszukiwaniem prawdy, tym bardziej - z intencją wyjaśnienia okoliczności tragedii smoleńskiej.
Nie można nikomu zabronić forsowania dowolnej hipotezy, bo każda z sensownych analiz przybliża nas do wspólnego celu. Dotarcie do niego jest wręcz  obowiązkiem każdego z nas – według sił i zdolność. Można też nie lubić Antoniego Macierewicza, uważać, że zbłądził lub wykonuje dziś niepotrzebną robotę.
Tam jednak, gdzie pojawia się ów charakterystyczny rys i objawia znany od lat sposób argumentacji oraz skrywana za nim metoda ataku  - nie ma miejsca dla ludzi uczciwych , zaś każdy, kto uprawia ten proceder musi mieć świadomość, czyim głosem naprawdę przemawia. 

7 komentarzy:

  1. Istotą dezinformacji w tego rodzaju przypadkach jest również jej "hodowanie", "pielęgnacja" i "rozsiewanie". Koresponduje to z Pana wcześniejszymi opisami metod walki informacyjnej.
    Po raz pierwszy spotkałem tą teorię nt. katastrofy w tekstach propagowanych w formie "gazetki" ok. 1-2 miesięca po katastrofie wśród - UWAGA - ludzi związanych z dawnym LWP. Autorem gazetki jest znany pan Bubel, którego to pana możemy pamiętać z lat 90-tych IIIRP. Wymowa całości podobna, nawet powiedziałym - identyczna - jak ostatnie rewelacje niektórych blogerów. Ciekawe to...

    OdpowiedzUsuń
  2. Teczka Tuska
    http://teczki.obserwowani.pl/8542.html#top

    OdpowiedzUsuń
  3. http://wezwaniedoprawdy.pl.tl/Smolensk.htm

    OdpowiedzUsuń
  4. Zastanawiam się kiedy ktoś wpadnie na pomysł, żeby wyorzystać pana wiedzę i siłę argumetacji i zaprosić pana do dyskusji na argumenty do TV i czy ktokolwiek to panu proponował. Marni to ludzie, którzy nie potrafią wykorzystać okazji.

    OdpowiedzUsuń
  5. Kapitalny tekst, który uświadamia, jak bardzo można się w tej sprawie zaplątać, i ostatecznie zupełnie stracić z pola widzenia rzeczywistego przeciwnika, a skierować ostrze przeciwko sojusznikom w walce o prawdę.

    OdpowiedzUsuń
  6. http://www.veteranstoday.com/2012/02/21/intel-exclusive-trillion-dollar-terror-exposed/

    OdpowiedzUsuń
  7. Kto winniem smierci Polakow pomordowanych w Lasku Katynskim
    http://www.youtube.com/watch?v=MVH8WN4e_To&feature=player_detailpage

    OdpowiedzUsuń