Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

środa, 17 sierpnia 2011

PRZYJACIELE ŁUKASZENKI


Obecny rząd do perfekcji opanował umiejętność adaptacji polskiej polityki zagranicznej do potrzeb Moskwy lub Berlina. Toteż od czterech lat podstawowym zadaniem koalicji PO-PSL na arenie międzynarodowej jest „usuwanie przeszkód stojących na drodze poprawy relacji rosyjsko-niemieckich” - jak trafnie zdefiniował swoją misję Donald Tusk. Dokonana pod tym kątem analiza wyczynów ministra Sikorskiego zawsze wskaże, że  płk Putin lub kanclerz Merkel znajdują się wśród prawdziwych i zwykle jedynych beneficjantów.
Prawdziwe intencje grupy rządzącej są szczególnie widoczne w stosunkach polsko-białoruskich. Państwo Łukaszenki, będąc postsowieckim dominium Moskwy stanowi idealne narzędzie dla rozgrywania rosyjskich interesów ekonomicznych i politycznych. To Rosja jest dziś głównym partnerem Białorusi i tylko wsparcie Moskwy pozwala funkcjonować tej byłej republice sowieckiej. Bez dostaw taniego gazu, kredytów i otwarcia rynku dla białoruskich towarów, gospodarka Białorusi upadłaby natychmiast. Jednocześnie istnienie reżimu Łukaszenki stanowi dziś mocną kartę przetargową w procesie negocjacji porozumienia Rosja-UE. Państwa UE uznają bowiem prawo Rosji do ingerencji na tym obszarze i upatrują w niej gwaranta „demokratycznych przemian”.
Dopóki zachowanie białoruskiego status quo leżało w interesie Moskwy grupa rządząca prowadziła politykę zbliżenia z reżimem Łukaszenki, nie dbając przy tym o represje dotykające opozycję i polską mniejszość na Białorusi. Stąd okres ocieplenia stosunków z Łukaszenką, wizyta Sikorskiego w Mińsku czy gesty „pogodnej dyplomacji”. Jeszcze przed białoruskimi wyborami polski i niemiecki minister spraw zagranicznych ściskali dłoń dyktatora, prosząc o uczciwy przebieg wyborów i zabiegając o zbliżenie Białorusi z Zachodem.
Słowa Łukaszenki z grudnia ubiegłego roku: „To, co ostatnio Polska zrobiła dla Białorusi, warte jest każdych pieniędzy”, trafnie charakteryzują ówczesne relacje. Białoruski przywódca pomylił się jednak twierdząc, że "stosunki polsko-białoruskie czeka świetlana przyszłość”.  Sytuacja uległa gwałtownej zmianie, gdy fałszując wybory i rozpędzając manifestacje opozycji Łukaszenka zadarł jednocześnie z Moskwą odmawiając podporządkowania się żądaniom Kremla. Po ostatniej fali represji reżim białoruski utracił bowiem jakiekolwiek pole manewru na arenie międzynarodowej i znajdując się pod presją narastających problemów gospodarczych, stanął wobec konieczności przyjęcia rosyjskiego dyktatu. W zamian za kredyty Rosja żąda wykupienia kluczowych białoruskich zakładów przez rosyjskich inwestorów. Dokonana w ten sposób przymusowa prywatyzacja doprowadzi do przejęcia kontroli nad białoruską gospodarką, a w konsekwencji do upadku państwa i umocnienia dominującej pozycji Rosji w tym regionie. W interesie Moskwy leży dziś, by nagłaśniać i krytykować posunięcia reżimu, a nawet inspirować akty sprzeciwu wobec Łukaszenki. Wszystko to w celu zmuszenia dyktatora do ustępstw. Białoruś staje się również mocną kartą przetargową w procesie negocjacji porozumienia Rosja-UE. Państwa Zachodu liczą, że działania Moskwy pozwolą obalić lub złagodzić reżim Łukaszenki i otworzyć rynek białoruski na unijne inwestycje.
Od czasu zaostrzenia rosyjskiego kursu, identyczną tendencję można zauważyć w wypowiedziach polityków z grupy rządzącej. Podczas posiedzenia Rady Gabinetowej Bronisław Komorowski oświadczył, że „szczególnym wyzwaniem dla polskiej prezydencji będzie ostra reakcja na sytuację na Białorusi” i podkreślił, że „tylko wspólne działanie w tym zakresie wszystkich krajów wrażliwych na kwestie demokracji na wschodzie Europy może przynieść pozytywne efekty”.  Nagła aktywność polskich polityków w nagłaśnianiu represji reżimu, nie wypływa jednak z pragnienia obrony „wolności i demokracji” lecz znajduje mocne uzasadnienie w realizacji interesów Rosji. Od wielu miesięcy Białoruś i rozgrywane tam operacje stanowią jeden z najmocniejszych atutów w relacjach z UE, a kryzys białoruski stwarza Moskwie możliwość przejęcia władzy w tym kraju. Tylko dlatego, grupa rządząca występuje dziś przeciwko reżimowi i stroi się w szaty rzeczników demokracji.
By rozumieć w pełni istotę relacji polsko-białoruskich, warto zwrócić uwagę na cyniczny spektakl jaki został odegrany po ujawnieniu wiadomości, że Prokuratura Generalna przekazała białoruskim śledczym informację o rachunkach bankowych Alesia Bialackiego, szefa białoruskiego Centrum Praw Człowieka "Wiasna". Bialacki  został następnie zatrzymany przez KGB i oskarżony o ukrywanie dochodów.
Dobiegające z rządowych mediów głosy oburzenia i krytyczne wypowiedzi polityków PO-PSL są bezprzykładnym aktem obłudy ale też wiary w niewiedzę Polaków, zaś słowa Sikorskiego o „karygodnym błędzie” i  zdwojeniu wysiłków na rzecz demokracji na Białorusi" – zasługują na miano szczytu hipokryzji.
Przekazanie przez organ III RP informacji białoruskiemu KGB nie jest bowiem żadnym „błędem” ani zdarzeniem incydentalnym. Od dawna istnieje ścisła współpraca służb polskich i białoruskich, a jej ofiarami padło już wielu obywateli Białorusi. Ostatnia informacja potwierdza jedynie, że mamy do czynienia ze stałą choć ukrywaną przed Polakami praktyką.
Już w lutym 2008 roku, na portalu Kresy24.pl pojawiła się informacja, że polskie służby zrobiły prezent białoruskiemu KGB i wydały zakaz wjazdu Józefowi Porzeckiemu – wiceprezesowi zwalczanego przez Łukaszenkę Związku Polaków na Białorusi. Znający okoliczności sprawy informator twierdził, że polskie służby uległy sugestiom białoruskiego KGB na temat rzekomej „agenturalnej działalności” Porzeckiego. Nie zweryfikowano tych informacji i zaufano osobie, która je przekazała. Portal podkreślał, że „nie ulega wątpliwości, iż zakazując Porzeckiemu wjazdu polskie służby po raz kolejny zrobiły prezent KGB, uderzając w sam środek ZPB. Można tylko sobie wyobrazić jaką radość sprawiło białoruskim służbom podważenie zaufania do Porzeckiego w polskim środowisku na Grodzieńszczyźnie i jak destrukcyjnie wpłynie to na Związek”. Już wcześniej, Porzecki był szykanowany przez polskie władze, a zakaz wobec niego zdjęto na jesieni 2005 roku, po dojściu do władzy PiS. Polskie MSZ przeprosiło wówczas działacza za dawne szykany, przyznając, że wcześniejsza decyzja o zakazie wjazdu była całkowicie bezpodstawna. Po cofnięciu zakazu Porzecki wielokrotnie przyjeżdżał do Polski i reprezentował ZPB, w towarzystwie Andżeliki Borys.  W opinii polskich działaczy na Białorusi, sprawa Porzeckiego mogła być sygnałem do władz w Mińsku, że w sprawie polskiej mniejszości Warszawa jest skłonna pójść na ustępstwa. Polacy w Grodnie byli wówczas oburzeni sytuacją:„Kto podejmuje podobne decyzje? To prowokacja wymierzona w Polaków na Białorusi. Tyle wycierpieliśmy od białoruskich władz, teraz przez swoich mamy cierpieć?” – mówił wówczas czołowy działacz ZPB Wiesław Kiewlak.
Można byłoby to zdarzenie uznać za incydentalne, gdyby nie informacja z listopada 2009 roku, mówiąca o tym, że Polska przekazała do białoruskiego KGB dane o transakcjach Białorusinów w naszym kraju, a białoruska bezpieka szantażuje tymi informacjami swoich obywateli i pracowników polskiego konsulatu w Grodnie, wzywając dziesiątki osób na przesłuchania. Białorusini opowiadali wówczas, że przesłuchujący ich funkcjonariusze KGB obiecywali umorzenie postępowania bądź rezygnację ze ściągania cła w zamian za informacje o polskich urzędach celnych. – „Interesowało ich, jak działa polski urząd celny, czy ktokolwiek z celników po polskiej bądź białoruskiej stronie bierze łapówki. Kto się z kim przyjaźni” - opowiadał jeden z drobnych handlarzy.
Z kolei na przesłuchania do białoruskiej milicji finansowej (Departament Dochodzeń Finansowych Komitetu Kontroli Państwowej) wzywano też obywateli Białorusi pracujących w dziale wizowym Konsulatu Generalnego RP w Grodnie. Formalnym powodem były rzekome nieprawidłowości przy wydawaniu wiz.„Naprawdę chodziło o zastraszenie naszych pracowników” - twierdził jeden z konsulów. Było oczywiste, że wykorzystując dane przekazane przez polskie służby, KGB prowadzi działania zagrażające naszemu bezpieczeństwu i wykorzystuje materiały do typowych działań wywiadowczych i werbowniczych. Rzeczniczka ABW ppłk Katarzyna Koniecpolska-Wróblewska zapytana wówczas, czy polska instytucja, do której KGB zwraca się o dokumenty powinna o tym powiadomić ABW odparła, że instytucje państwowe nie mają takiego obowiązku. Gdy próbowano ustalić, która z polskich instytucji przekazała materiały do KGB, Ministerstwo Finansów orzekło, że nie pochodzą one ze służb skarbowych i celnych - jedynych, które mają zbiorczy wykaz takich danych. Być może odpowiedzi należało szukać w informacji ujawnionej w grudniu 2009 roku, na temat wewnętrznego dokumentu wywiadu skarbowego, w którym funkcjonariusz tej służby opisywał, jak na żądanie przełożonych przekazał oficerom ABW wiadomości z baz danych ministerstwa skarbu. Tak bliska (i bezprawna) współpraca nie może dziwić, bowiem od lat kolejni szefowie wywiadu skarbowego to osoby, których kariery są ściśle związane z ABW. W ten sposób Agencja miała pozyskiwać dane o przedsiębiorcach, którzy nie są objęci żadnym postępowaniem.
W marcu 2010 roku potwierdzono, że Polska przekazuje białoruskiemu KGB informacje o transakcjach handlowych na terenie naszego kraju, przeprowadzanych przez obywateli Białorusi, w tym polskiego pochodzenia. Do zaprzestania tej praktyki wezwali rząd parlamentarzyści z sejmowej Komisji Łączności z Polakami za Granicą, występując do Tuska z dezyderatem. Rada Naczelna Związku Polaków na Białorusi  wystosowała zaś list do premiera, w którym napisano: "Ocieplenie relacji między Polską a Białorusią, które obserwujemy od kilkunastu miesięcy, nie przełożyło się wcale na polepszenie sytuacji mniejszości polskiej, czego świadectwem są prześladowania Polaków m.in. w Iwieńcu". Miesiąc później Maciej Płażyński, szef Stowarzyszenia Wspólnota Polska oświadczył, że oczekuje twardego stanowiska władz polskich w sprawie przejęcia przez władze białoruskie należącego do Związku Polaków Domu Polskiego w Iwieńcu. Również prezydent Lech Kaczyński oczekiwał, że przedstawiciel rządu polskiego i minister Sikorski „w mocnych słowach przedyskutuje z szefem białoruskiej dyplomacji kwestię mniejszości polskiej na Białorusi”.
Trafną ocenę ówczesnej sytuacji zawarł Tomasz Pisula, prezes fundacji Wolność i Demokracja, gdy w grudniu 2009 roku stwierdził: „Kontakty polsko-białoruskie trwają od ponad roku, ale wszystko odbywa się w najwyższej tajemnicy. Szkoda, bo jesteśmy państwem demokratycznym, wybieramy urzędników i powinniśmy wiedzieć o ich działaniach. W tym przypadku mam wrażenie, że ponad głowami Polaków w Polsce oraz na Grodzieńszczyźnie i ponad głowami Białorusinów powstają pewne fakty polityczne, które potem dość trudno będzie odkręcić, bo mają dalekosiężne konsekwencji”.
Wiemy obecnie, że współpraca służb i instytucji polskich z KGB trwa do dnia dzisiejszego, a ujawniony ostatnio kazus Alesia Bialackiego jest typowym „wypadkiem przy pracy”. Kolaboracja z reżimem Łukaszenki odbywa się w ścisłej tajemnicy, zatem to, co przenika do mediów zdradza zaledwie fragment rzeczywistości. Przyjęta przez polityków PO-PSL poza „obrońców demokracji” stanowi element cynicznej gry w spektaklu reżyserowanym przez Moskwę. Ich werbalne deklaracje i propagandowa krytyka reżimu przypominają teatr odgrywany na potrzeby opinii publicznej i są mistyfikacją podporządkowaną interesom Kremla.


Artykuł opublikowany w nr 33/2011 Gazety Polskiej 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz