Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

środa, 10 sierpnia 2011

JEDNYM GŁOSEM

Gdy 12 stycznia br. gen. Tatiana Anodina oficjalnie ogłaszała tezy rosyjskiej dezinformacji, wielu komentatorów orzekło, że publikacja raportu MAK uderzy w rząd Donalda Tuska, a nawet może doprowadzić do zmian na polskiej scenie politycznej. Wydawało się, że sposób w jaki Rosjanie zaprezentowali ewidentne kłamstwa godzi w propagandową wizję poprawy stosunków polsko-rosyjskich, obnaża błędy i indolencję rządu i daje mocne argumenty partii opozycyjnej. Towarzyszącą wydarzeniu atmosferę skandalu potęgowała reakcja grupy rządzącej, której przedstawiciele unikali wyraźnego potępienia rosyjskich tez. Zwracałem wówczas uwagę, że jesteśmy świadkami wspólnej i dobrze reżyserowanej gry, w której stawką jest nie tylko sprawa smoleńska, ale również wynik jesiennych wyborów parlamentarnych i utrzymanie przy władzy obecnego rządu. 

Reżyseria „lepszych czasów”


Następnego dnia, po widowiskowym powrocie z Dolomitów, Donald Tusk występując w roli polskiego męża stanu oświadczył: „Raport MAK nie jest kompletny. Zwrócimy się do Rosji o wspólną wersję raportu”. Deklaracja Tuska wydawała się całkowicie niedorzeczna, ponieważ  szefowa MAK-u podczas prezentacji w Moskwie stwierdziła, że „raport niezależnej komisji jest ostateczny, a zostaje opublikowany z polskim i uwagami. Forma wspólnego raportu w standardach konwencji chicagowskiej nie jest przewidziana”.
Mimo tych twardych słów, premier rządu oznajmił, że zgodnie z konwencją chicagowską prześle prośbę do Rosjan o rozmowy w sprawie „uzgodnienia wspólnej wersji raportu”. Gdyby to się nie udało, Tusk zapowiadał dalsze kroki: „Jeśli rozmowy z Rosją nie doprowadzą do wspólnego stanowiska, możliwe będzie odwołanie się do instytucji międzynarodowych. Mam jednak nadzieję, że dojdzie do porozumienia z Rosjanami.”
Jakby dla wsparcia tego oświadczenia, następnego dnia „Moskowskij Komsomolec" zamieścił artykuł, w którym znalazło się ważne sformułowanie: „Moskwa musi mieć świadomość, co naszym dalszym stosunkom przyniesie zwycięstwo tej czy innej siły politycznej w Polsce" oraz przypomnienie, że w 2011 roku odbywają się u nas wybory parlamentarne, po których zwycięska partia sformuje nowy rząd.
Ponieważ do dziś, grupa rządząca nie skierowała odwołania do żadnej z instytucji międzynarodowych, należy uznać, że doszło do porozumienia w kwestii „wspólnej wersji raportu”, a zaprezentowany przez ministra Millera dokument jest efektem politycznego kompromisu i został uzgodniony z Rosjanami. W tej sytuacji nie powinno dziwić, że Tusk wielokrotnie przekładał datę publikacji, oczekując najwyraźniej na wynik ostatecznych ustaleń ze stroną rosyjską. Trwały one przez cały okres pracy nad „polską wersją”. Pod koniec stycznia rosyjskie MSZ informowało, że „Rosja i Polska mają zamiar kontynuować współpracę w wyjaśnianiu przyczyn katastrofy pod Smoleńskiem”, a najpełniejszy scenariusz przyszłych wydarzeń zamieściła wówczas „Nowaja Gazieta”.  Zdaniem wiceszefa tego pisma Andrieja Lipskiego: „obecnie obliczane są procenty winy stron za to, co się stało. Ich zakres jest szeroki: od pełnego negowania jakichkolwiek błędów ze strony rosyjskich kontrolerów (raport MAK) po oskarżanie strony rosyjskiej o świadome doprowadzenie do katastrofy prezydenckiego Tu-154M, czyli faktycznie o zamach na polskiego prezydenta (ze strony wielu postaci z obozu Jarosława Kaczyńskiego)". „Nowaja Gazieta” uznała zatem, że "coś pośredniego najpewniej znajdzie się w zapowiedzianym na koniec lutego lub początek marca raporcie polskiej komisji, którą kieruje minister spraw wewnętrznych Jerzy Miller" i  dobitnie wyjawiła cel tej gry: „nieprzyjazne wobec Rosji siły w Polsce się umocniły, tworząc polityczny przyczółek dla przedwyborczej ofensywy przeciwko premierowi Tuskowi i jego partii. Ci zaś muszą się bronić i dowodzić, że nie sprzedali się Rosjanom, lecz jedynie chcą wyjaśnić prawdę bez skłócenia się z Rosją. Jeśli obie strony nie wykażą gotowości do dalszej współpracy [...] i nie spróbują w jakiś sposób uzgodnić stanowisk, a także wzajemnych pretensji, nasze stosunki znów czekają nie najlepsze czasy.”

Dychotomia sterowana


 We wspólnym charakterze „raportu” Millera można również znaleźć wyjaśnienie zagadki dotyczącej datowania dokumentu, ujawnionej przez portal niezależna.pl. Jeśli bowiem wersja rosyjskojęzyczna została zatwierdzona z dniem 1 lipca 2011 r. (taka data znajduje się na tej wersji), musiało  upłynąć wiele dni, nim dokument przetłumaczono i zespolono z wersją polską. Stąd na dokumencie w języku polskim widnieje data  25 lipca.
Jest oczywiste, że opinia publiczna nie mogła dowiedzieć się o prawdziwym pochodzeniu „raportu”, ani nabrać podejrzeń, że został uzgodniony z Rosjanami. Zarysowana już w styczniu br. fałszywa dychotomia miała sugerować, że istnieją jednak rozbieżności między tezami MAK-u, a ustaleniami komisji Millera. Wytworzenie propagandowej atmosfery  sporu  leżało w interesie obu stron. Grupa rządząca mogła w ten sposób dowieść troski o wyjaśnienie przyczyn tragedii i wykazać rzekomą samodzielność. Rosjanie zaś uzyskiwali potwierdzenie swoich tez z „niezależnego źródła” i osiągali efekt dobrowolnego przyznania się do winy. „Raport Millera” był zatem niezbędnym uzupełnieniem rosyjskich kłamstw, nadając im wymiar polskojęzycznej nostryfikacji. Jak dalece sięga to usprawiedliwienie mogliśmy się przekonać czytając zapewnienia ppłk Roberta Benedicta o tym, iż „Rosjanie nie zniszczyli wraku Tupolewa, by ukryć dowody.  To strona polska pozwoliła rozmontować wrak na części.”
O wspólnym autorstwie „raportu Millera” świadczą także pierwsze reakcje Rosjan, którzy nie mogąc przyznać się do dwustronnych uzgodnień, wskazywali na istotne podobieństwa, szczególnie w zakresie akceptacji polskiej odpowiedzialności za katastrofę. W wielu wystąpienia strony rosyjskiej widoczna jest nie tylko satysfakcja z uległej postawy rządu Tuska, ale również pogarda, z jaką Rosjanie traktują słabych i zniewolonych „partnerów”.
Leonid Słucki, wiceprzewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Dumy już kilka godzin po konferencji prasowej Millera orzekł: „W tej historii postawiono kropkę nad i. Wszystkie fakty ustalono. Żadne dodatkowe dochodzenie niczego nie doda i nie zmieni. Dlatego też należy pogodzić się z prawdą, jakakolwiek by była, i odłożyć dossier do historii.”
Przewodniczący Komisji Technicznej MAK Aleksiej Morozow zareagował podobnie i uznał, że: „polska wersja katastrofy pod Smoleńskiem w dużej mierze jest zbieżna z raportem Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego, lecz niektóre wnioski na razie są niezrozumiałe” Zapowiedział przy tym, że „szczegółowe komentarze techniczne MAK ujawni po zapoznaniu się z materiałami polskiej komisji”. W oświadczeniu Morozowa był zawarty element  wręcz ironicznej gry, bowiem owa „polska komisja” korzystała wyłącznie z danych  udostępnionych przez Rosjan i nie dysponowała własnym materiałem dowodowym. Po dwóch dniach Morozow mógł zatem podzielić się odkrywczą uwagą: „Nie zobaczyliśmy nic nowego w raporcie polskiej komisji w stosunku do naszego. Strona polska praktyczne powtórzyła nasze uwagi techniczne”.

Legalizacja kłamstwa

Dobry nastrój nie opuścił przedstawiciela MAK-u podczas całej konferencji prasowej. Rosjanin podkreślał, że istnieje całkowita zgoda strony polskiej i rosyjskiej w kwestii odpowiedzialności pilotów, ich złego wyposażenia i przygotowania oraz błędów popełnionych podczas przygotowania do lotu. Zwracał uwagę, że podstawą tej zgody jest akceptacja rządu polskiego na wyjaśnianie przyczyn katastrofy na podstawie załącznika 13 Konwencji Chicagowskiej. Morozow z satysfakcją podkreślał, że to Donald Tusk zgodził się, aby katastrofa była wyjaśnia na podstawie załącznika 13 Konwencji Chicagowskiej i oświadczył wprost: „Z punktu widzenia prawa raport wszedł w życie. Zgodnie z  informacją od strony polskiej w związku z załącznikiem 13 raport polski jest wewnętrzny, a załącznik 13 Konwencji Chicagowskiej nie przewiduje formy wspólnego raportu ze śledztwa.”
Otrzymaliśmy wyraźną sugestię, że po zgodzie Tuska na przekazanie całego śledztwa Rosjanom, nie mamy dziś żadnych możliwości, by zakwestionować ustalenia MAK. Nazwanie „raportu Millera” dokumentem „wewnętrznym” pokazuje, że Rosjanie tratują go jako uzupełnienie swojego raportu, głównie w zakresie legalizacji  podstawowych kłamstw i uwiarygodnienia polskiej winy.
Nie przypadkiem największy nacisk Morozow położył na wzmocnienie tezy o rzekomym wpływie na załogę gen. Andrzeja Błasika oraz dywagacjom na temat roli „głównego pasażera”. W stwierdzeniu, iż: „Dowódca Sił Powietrznych, idąc do kabiny, musiał przejść przez salon głównego pasażera. Wnioski każdy może wyciągnąć sam” - zawarta jest nie tylko esencja rosyjskiej dezinformacji ale również bezgraniczna pogarda, z jaką moskiewscy decydenci traktują obecny rząd i polskojęzyczne media, gorliwie uczestniczące w rozpowszechnianiu oszczerstw.
Dogodną podstawą do dalszego rozgrywania tego wątku stanowił zapis, jaki znalazł się w „raporcie” Millera.: "Można natomiast stwierdzić, że istniała presja, która oddziaływała na załogę w sposób pośredni, związana z rangą lotu, obecnością najważniejszych osób w państwie na pokładzie samolotu i wagą uroczystości w Lesie Katyńskim. Należy także przyznać, że elementem presji pośredniej była obecność Dowódcy Sił Powietrznych w kabinie załogi, gdyż w świadomości dowódcy statku powietrznego mogła pojawić się obawa o ocenę jakości wykonania przez niego podejścia do lądowania. "
Tzw. eksperci MAK twórczo rozwinęli tę myśl i podczas konferencji prasowej mogliśmy usłyszeć, że „obecność dowódcy Sił Powietrznych gen. Andrzeja Błasika w kabinie pilotów Tu-154M jest dowodem na wywieranie na nich bezpośredniej presji psychicznej”.

Razem ku przyszłości

Istotnym dowodem wspólnej gry wokół „raportu” komisji Millera są również dwa zdarzenia, następujące tuż po publikacji. Następnego dnia pojawiła się bowiem zaskakująca informacja, że jest już organizowany specjalny transport do Smoleńska, a wrak tupolewa zostanie niebawem przewieziony do Polski. Kolejny dzień przyniósł natomiast wiadomość, że prokuratura wojskowa zwróciła się do strony rosyjskiej o możliwość przebadania we wrześniu przez polskich ekspertów wraku składowanego w Smoleńsku. Skąd ta nagła aktywność w kwestii wraku tupolewa? Nie ulega wątpliwości, że tego rodzaju rewelacje mogły się pojawić tylko wówczas, jeśli Rosjanie uznali, że zwrot samolotu jest już możliwy, a zatem jego badanie nie podważy tez zawartych w oficjalnej wersji zdarzeń. Informacje podane natychmiast po prezentacji „raportu” Millera mają głównie wydźwięk propagandowy i służą wykazaniu skuteczności działań strony polskiej, ale też uwiarygodnieniu „dobrej woli” Rosjan.
Bezspornym potwierdzeniem rosyjskich inspiracji jest też decyzja o likwidacji 36 Specjalnego Pułku oraz dymisje generałów i oficerów “z pionu odpowiedzialnego za szkolenia i przestrzeganie procedur bezpieczeństwa lotów”. W „raporcie” MAK znalazły się liczne „zalecenia” dotyczące tej jednostki (str.184 i nast.), w których m.in. podkreślano konieczność zmian w przepisach oraz „wprowadzenia wielu zmian dotyczących treningu na symulatorach i zastosowania Specjalnych Procedur Operacyjnych, z naciskiem na współdziałania załogi”. Likwidacja pułku jest gestem w stronę potwierdzenia winy polskich pilotów i stanowi akt nadgorliwego wypełnienia rosyjskich dyspozycji. Dzięki tej decyzji staniemy się jedynym krajem, którego transport samolotowy najważniejszych osób w państwie realizować będą cywile. Odtąd nad bezpieczeństwem lotów VIP-ów czuwać będą „wyspecjalizowane” firmy, szczególnie podatne na wpływy obcych wywiadów. 
Punktowane przez wielu komentatorów różnice techniczne widoczne w obu „raportach” nie mają istotnego znaczenia. Specjaliści od dezinformacji doskonale wiedzą, że większość Polaków nigdy nie przeczyta żadnego z dokumentów, a wśród tych, którzy przebrnęli przez ich lekturę, tylko niewielu zdoła zrozumieć kwestie techniczne i dostrzeże różnice w interpretacji.  W tej sytuacji podstawowe znaczenie ma przekaz rządowych mediów i taka prezentacja tematów, by stanowiły pożywkę dla medialnych spekulacji. Dlatego w rosyjskich i polskojęzycznych mediach przewija się ton, w którym podkreśla się winę polskich pilotów, mówi o naszych zaniedbaniach i błędach oraz eksploatuje wątek rzekomych nacisków. Obowiązująca od 10 kwietnia narracja nie uległa zmianie, a oba dokumenty należy osądzić wyłącznie w kategorii środków politycznych. Oceniany z tej perspektywy „raport” Millera przynosi potwierdzenie, że grupa rządząca nadal wykonuje misję zakładników kłamstwa smoleńskiego.


Artykuł opublikowany w nr 32/2011 Gazety Polskiej
(śródtytuły od redakcji) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz