Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

czwartek, 15 lipca 2010

STRATEGIA NOŻYCZEK

W grudniu ubiegłego roku, w wywiadzie dla TVN Bronisław Komorowski zadeklarował: „Chciałbym skrócić zły okres prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Okres konfliktu i braku współpracy z rządem.  i dodał – „Ten słynny meldunek: "Panie prezesie melduję wykonanie zadania", zaciążył nad całą prezydenturą”.
Gdy pragnieniu Bronisława K. stało się zadość i wkrótce on sam obejmie miejsce zabitego w Smoleńsku prezydenta, warto się zastanowić : jaka będzie prezydentura Komorowskiego i czego możemy się spodziewać po pierwszych decyzjach elekta?
Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa, ponieważ nie sposób znaleźć w polskiej polityce bardziej skrajny przypadek, w którym werbalne deklaracje byłyby tak dalece sprzeczne z praktyką działania, jak casus Bronisława K. To zatem, co mówi ten człowiek rzadko odpowiada temu, co robi, a jeszcze rzadziej temu, co naprawdę myśli.
Kto jeszcze pamięta, że ów „mąż stanu” w marcu 2009 roku pytany o zastąpienie kandydatury prezydenckiej Donalda Tuska, żarliwie deklarował: „Nie dam się wmontować w sytuację, w której będę kontrkandydatem Tuska”.? I twierdził: „tylko wariat albo kanalia mógłby chcieć osłabiać szanse kandydata z tak dużym poparciem jak Donald Tusk”. Gdy w lutym 2010 Komorowski już oficjalnie wszedł w miejsce kandydata Tuska, (dla którego poparcie było równie wysokie jak w marcu 2009) można było zapytać – kto z osób decydujących o zmianie kandydata PO zasłużył na miano wariata lub kanalii?
Podobnie rzecz się ma z „programem” prezydentury Bronisława K. Nie przypadkiem, przez cały okres kampanii prezydenckiej kandydat PO posługiwał się wyłącznie propagandowymi banałami, z których „Zgoda buduje” urasta do symbolu jego cynicznej hipokryzji. Sytuacja ta wyraźnie wskazywała, że nie istnieje żaden własny program prezydentury Komorowskiego, a jej cele będą wyznaczane doraźnymi potrzebami środowiska politycznego stojącego za kandydatem.
Warto byłoby pamiętać, że po zamianie kandydatury Donald Tusk wyraźnie sugerował, że celem PO ma być słaba prezydentura, w której urząd ten (zwłaszcza w kontekście planowanych zmian w konstytucji) byłby wykonawcą poleceń centrum rządowego, a co najwyżej jego przedstawicielem. W tej koncepcji, miał to być tandem z bezsprzeczną dominacją premiera.
Taka wizja była sprzeczna z ambicjami Komorowskiego, który widział w prezydencie silny i niezależny ośrodek władzy, o realnych i mocnych uprawnieniach. W tej koncepcji nie było miejsca na sprowadzenie prezydenta do roli pomocnika i reprezentanta szefa rządu. Na początku kwietnia Komorowski złożył ważną deklarację:  Ja uważam, że w polityce wszelkie takie magiczne niby słowa o braterstwie, o przyjaźni i o miłości według mnie są nie na miejscu, bo stanowią pewien dysonans do tego, co jest treścią polityki.[...] Ale ja nigdy nie byłem podległy. Na tym podlega właśnie niezrozumienie istoty relacji między mną, a Donaldem Tuskiem. To zawsze były relacje partnerskie.”
Patrząc na pierwsze decyzje Komorowskiego po wygranych wyborach prezydenckich, można byłoby uważać, że mamy do czynienia z „wybiciem na niezależność” i procesem, w którym partyjny kandydat Platformy próbuje uwolnić się  spod kurateli Donalda Tuska.
W ten sposób media przedstawiają kontekst decyzji o powołaniu Jana Dworaka i Krzysztofa Lufta do KRRiT, nagłaśniając fakt, że kandydatura Lufta była autorskim pomysłem prezydenta elekta. Decyzja ta, podjęta w ostatnim dniu urzędowania Komorowskiego na stanowisku marszałka Sejmu miałaby rzekomo „burzyć plany PO”, która wcześniej już uzgodniła z PSL i SLD obsadę KRRiT i zatwierdziła nowy układ w mediach.
Nikt jednak nie wskazał, na czym miałoby polegać owo „burzenie”, skoro Dworak i Luft to ludzie od lat związani z PO. Ten pierwszy był członkiem partii do roku 2004, do czasu gdy objął posadę prezesa TVP, ten drugi zaś zrezygnował z członkostwa w Platformie dopiero w roku 2008, gdy  został szefem biura prasowego Sejmu. Obaj do dnia nominacji służyli swojej partii i trudno nazwać ich inaczej jak „ludźmi PO”. Obsadzenie nimi wakujących stanowisk w Krajowej Radzie leży w sposób oczywisty w interesie Platformy i jest częścią projektu zawłaszczenia mediów publicznych przez tę partię.
Nominacja dokonana przez Komorowskiego, jest, co najwyżej kolejnym przykładem hipokryzji tego człowieka, który jeszcze przed miesiącem perorował o  potrzebie „odpolitycznienia władztwa w mediach publicznych". . Gdy w połowie czerwca Sejm i Senat odrzuciły sprawozdanie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji za ubiegły rok, ówczesny marszałek zapewnił, że Platforma "nie chce przejąć mediów publicznych, ani ich likwidować”.
Czemu zatem służą dywagacje medialnych mędrków, wieszczących rzekomą niezależność Komorowskiego od partii, która stworzyła i wylansowała tę postać? Czy rzeczywiście można wierzyć, by Bronisław K. był zdolny do samodzielnego sprawowania urzędu prezydenta?
Pierwszym celem takich niewiarygodnych tez wydają się względy propagandowe. Mamy przecież do czynienia z człowiekiem, który od zawsze stawiał zarzut „upartyjnienia” prezydentury Lecha Kaczyńskiego, upatrując w żartobliwym „meldunku” o wykonaniu zadania rzeczywisty zamiar prezydenta.
To Komorowski w listopadzie 2009 roku wyznał: „Póki jest ten prezydent, nie da się dobrze rządzić” i nazwał Lecha Kaczyńskiego „wielkim i skutecznym hamulcowym”, obarczając go odpowiedzialnością za brak reform. Zdaniem Komorowskiego „dobre rządzenie” dopiero wówczas miało być możliwe, „gdy nowym prezydentem zostanie ktoś, kto będzie wspierał modernizację Polski i brał na siebie cząstkę odpowiedzialności za trudne decyzje”.
W interesie samego Bronisława K. i stojącej za nim grupy rządzącej leży więc stworzenie takiego obrazu nowej prezydentury, który można by przeciwstawić medialnemu wizerunkowi Lecha Kaczyńskiego – rzekomo uzależnionego i lojalnego wobec PiS-u.
Druga przesłanka jest bardziej złożona i by ją wskazać, warto odwołać się do opisanych w książce Anatolija Golicyna „Nowe kłamstwa w miejsce starych, komunistyczna strategia podstępu i dezinformacji” taktyk sowieckiej dezinformacji. Chodzi o metodę, którą Golicyn nazywa „strategią nożyczek”, wskazując na przykład zaplanowanego i precyzyjnie przeprowadzonego rzekomego rozłamu chińsko-sowieckiego, który umożliwił w praktyce  tym dwóm komunistycznym potęgom pomyślne prowadzenie podwójnej polityki zagranicznej, w ścisłym wzajemnym skoordynowaniu, niedostrzegalnym dla państw Zachodu.
W kontekście psychologicznym, można tę strategię porównać do znanej koncepcji „dobrego i złego gliniarza”, w której jeden gra przysłowiowym „kijem”, drugi zaś oferuje „marchewkę”, a delikwent ma być przekonany, że ten „dobry” działa w jego interesie.
Można się spodziewać, że prezydentura Bronisława K. będzie rozgrywana według takich właśnie zasad, przy zastosowaniu ukrytej „strategii nożyczek”. Jest to koncepcja niezwykle korzystna dla ludzi samej Platformy i środowisk stojących na jej zapleczu. Pozwala bowiem na usprawiedliwianie niepopularnych decyzji czy tuszowanie nieróbstwa i błędów, poprzez  rozgrywanie  rzekomych konfliktów na linii Pałac Prezydencki – rząd. Mając w ręku wszystkie, najważniejsze narzędzia władzy, środowiska te nie mogą przecież forsować obrazu monolitu, który mógłby zostać wykorzystany przez opozycję do rozliczania grupy rządzącej z wyborczych obietnic. O wiele korzystniejsze jest stworzenie mitu o dwóch, niezależnych, a czasem skonfliktowanych ośrodkach czy generowanie rzekomych sporów. Czasem więc „dobrym gliniarzem” będzie Bronisław K. broniąc np. darmowych świadczeń zdrowotnych, innym razem Donald Tusk, proponując korzystne dla społeczeństwa rozwiązania i nie mogąc ich wprowadzić z powodu sprzeciwu prezydenta. Pomiędzy tak działającymi „nożycami” znajdzie się nieświadome gry społeczeństwo, skazane na oceny funkcyjnych mediów.
Ponieważ najbliższym celem Platformy jest wygranie przyszłorocznych wyborów parlamentarnych, do tego czasu można się spodziewać gry na „niezależną” lecz złą prezydenturę Komorowskiego, na której tle będą punktowane rzekome osiągnięcia rządu. Gdy cel zostanie osiągnięty, pozostanie jeszcze 4 lata na budowanie pozycji prezydenta - tak, by zapewnić mu reelekcję.
Rozgrywanie rzekomych antynomii w interesie grupy rządzącej nie jest niczym nowym w strategii sprawowania władzy. Na tej samej zasadzie stworzono mitologię „twardogłowych” i „liberalnych” komunistów, by po zamordowaniu księdza Jerzego posłużyć się fałszywą tezą o prowokacji tych pierwszych wobec „liberałów” Jaruzelskiego i Kiszczaka i otworzyć drogę do „historycznego kompromisu” z wyselekcjonowaną opozycją.
Istota „strategii nożyczek” sprowadza się zawsze do pozorowania rozbieżnych sytuacji, generowania sztucznych konfliktów i pozorowanej gry „dobra” ze „złem”. Końcowy efekt jest zawsze korzystny na globalnych interesów grupy rządzącej.
Myślę, że jedyną, autentyczną decyzją Bronisława K ., podjętą otwarcie w ramach  wspólnego interesu środowiska Platformy była zapowiedź usunięcia krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego i tę decyzję należy uważać za wyznacznik przyszłej prezydentury. Kumulują się w niej wszystkie lęki ale też dążenia środowiska, które doprowadziło do zastawienia „pułapki smoleńskiej”, a z ukrywania prawdy o tragedii i pamięci o jej ofiarach uczyniło swoją „rację stanu”, sprzężoną z interesem putinowskiej Rosji.
Symbolika tej decyzji, nawiązującej do najgorszych tradycji totalitarnych wyraźnie wskazuje, w jakim obszarze „nożyce” tej prezydentury mają przeciąć Polskę.


Artykuł opublikowany w nr.28/2010 Gazety Polskiej

 

1 komentarz:

  1. Panie Aleksandrze, widział Pan ten film?, co Pan na to? :
    http://www.youtube.com/watch?v=r1zkwStI4Fg

    OdpowiedzUsuń