Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

niedziela, 7 września 2008

ZABOBON „CZWARTEJ WŁADZY”

Dziennikarstwo jest zawodem ludzi wyspecjalizowanych w tak zwanych środkach masowego przekazu, a więc w dziennikach, periodykach, telewizji, radiu itp. jak sama nazwa wskazuje, zadaniem środków masowego przekazu jest przekazywanie masom informacji. Stąd dziennikarz jest sprawozdawcą i niczym innym. Jest specjalistą w zbieraniu, przedstawianiu i podawaniu innym informacji. Jak długo pozostaje w tej dziedzinie, jego praca jest pożyteczna i nie można mu niczego zarzucić. Ale w ciągu ostatniego wieku dziennikarze przywłaszczyli sobie inną funkcję, a mianowicie występują w roli nauczycieli, kaznodziei moralności. Nie tylko informują czytelników i słuchaczy o tym, co się stało, ale wydaje się im, że mają prawo pouczać ich, co powinni myśleć i czynić. A że ich poglądy są rozpowszechniane masowo, dziennikarze zajmują uprzywilejowane stanowisko, mają niekiedy istny monopol na pouczanie ludzi, co jest dobre, a co niedobre.” – niech ten obszerny cytat, z książki „Sto zabobonów” niezrównanego mistrza logiki formalnej, ojca Józefa Marii Bocheńskiego posłuży do przybliżenia zjawiska, któremu chcę poświęcić ten tekst.

Powszechną w naszej świadomości wiarę, że dziennikarz to człowiek, który lepiej wie, więcej rozumie i ma prawo pouczać innych, że dysponuje „tajemną wiedzą” kulisów władzy i zna mechanizmy jej funkcjonowania, nazywa Józef Bocheński jednym z typowych, współczesnych zabobonów. „Bo jeśli chodzi o pouczanie nas, dziennikarz nie ma żadnego autorytetu. Nie jest, jako taki, ani specjalistą w żadnej nauce, ani autorytetem moralnym, ani przywódcą politycznym. Jest po prostu dobrym obserwatorem i umie pisać, względnie mówić.”

Trudno nie zgodzić się z takim twierdzeniem, jeśli pamiętać, że zadaniem dziennikarza jest opisywanie rzeczywistości, a nie jej ocena. Ta ostatnia, powinna już, bowiem należeć do czytelnika, który na podstawie dostarczonych mu rzetelnych i prawdziwych informacji, może pokusić się o własna krytykę sytuacji. Postulat obiektywnego przekazu informacji, wydaje się szczególnie ważny w przypadku dziennikarzy, zajmujących się polityką.

O tym jednak, że praktyka zawodu dziennikarskiego jest inna, niż mówi teoria, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Choć mamy w Polsce dwa piękne dokumenty - „Dziennikarski Kodeks Obyczajowy” i „Kartę Etyczną Mediów”, powoływanie się na ich zapisy, może wywołać u dziennikarza jedynie drwiący uśmiech. Jedyny kodeks, który reguluje warsztat setek, polskich dziennikarzy wydaje się mieć wygląd wyciągu z konta bankowego.

Gdyby podjąć analizę większości dziennikarskich artykułów prasowych, okazałoby się, że nie znajdziemy w nich śladów stosowania się do jakiejkolwiek z zasad, wyszczególnionych w „Karcie Etycznej Mediów”. Zasady - prawdy, obiektywizmu, oddzielania informacji od komentarza, pierwszeństwa dobra odbiorcy, czy zasada wolności i odpowiedzialności, są raczej nieznane, wielu polskim dziennikarzom. Co gorsza – wydaje się, że nie są również znane, ani oczekiwane przez odbiorców. Nie jedyna to, choć może najmocniej obciążająca fikcja dziennikarskiej profesji.

Każdy z telewidzów lub czytelników prasy, potrafiłby podać mnóstwo przykładów błędów, nierzetelności, stronniczości czy niewiedzy dziennikarzy. Bez najmniejszego problemu można wskazać przykłady zaangażowania politycznego, teksty i audycje skrajnie manipulacyjne lub dowody na przedkładanie sympatii politycznych nad nakaz obiektywizmu.

Truizmem byłaby uwaga, że wielu dziennikarzy wykazuje rażące braki elementarnej wiedzy, a ich wykształcenie czy formacja intelektualna odbiega jakościowo od wykształcenia odbiorcy. Jednocześnie wielu, uważnych obserwatorów przekazu medialnego, doskonale zdaje sobie sprawę, że świat teorii tego zawodu i jego codziennej praktyki, dzieli przestrzeń trudna do przebycia.

Skąd, zatem bierze się ów współczesny zabobon, nakazujący upatrywać w dziennikarzu rodzaj „autorytetu”, człowieka wtajemniczonego i znawcę tematu? Nie wynika przecież ani z obiektywnej wartości przekazu medialnego, ani tym bardziej z hipotetycznej niewiedzy odbiorcy. Kilka zdań napisanych przez dziennikarza, audycja radiowa czy telewizyjna, mogą nieść nowe treści informacyjne. Nie mogą jednak stanowić „punktu odniesienia” do rzeczywistości, być przekazem autorytarnym i wiarygodnym tylko dlatego, że pochodzą od człowieka zatrudnionego w firmie branży medialnej.

„ Sam zawód dziennikarza jest dla niego samego o tyle niebezpieczny, że musi pisać o najróżniejszych rzeczach, o których zwykle niewiele wie, a w każdym razie nie posiada głębszej wiedzy. Dziennikarz jest więc niemal z konieczności dyletantem. Uważać go za autorytet, pozwalać mu pouczać innych ludzi, jak to się obecnie stale czyni, jest zabobonem.” – pisał ojciec Bocheński.

Ponad 200 lat temu Edmund Burke - brytyjski polityk, publicysta i filozof twierdził, że „były trzy stany w parlamencie (przedstawiciele lordów, kościoła i gmin), lecz na galerii dla dziennikarzy siedział stan czwarty, daleko ważniejszy niż tamte wszystkie razem wzięte".

Wydaje się, że ta uwaga nie straciła nic na aktualności, choć nazwanie przyczyn, dla których dziennikarstwo jest w Polsce stanem ważniejszym od innych, może się nie spodobać samym przedstawicielom tego zawodu.

Oni sami chcieliby przekonać nas zapewne, że siła tej profesji tkwi w wyjątkowych zdolnościach, jakie posiadają dziennikarze, w intelektualnej sprawności, w dostępie do informacji i kontaktach z politykami – w „tajnej i specjalnej” wiedzy, dostępnej tylko wybranym.

Dziś, szanowny gospodarz Salonu, napisał takie słowa:

Media spełniają, czy tez powinny spełniać bardzo ważną rolę w demokratycznym państwie. Dziennikarze, mający swoje takie czy inne sympatie polityczne, weryfikują jednak to, co mówią i robią politycy. Robią to lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej bezstronnie, nie mając – w założeniu – żadnych interesów politycznych a jedynie interes napisania dobrego tekstu, za który wydawca może im ewentualnie zapłacić porządne pieniądze. (…)

Niewyrobiony odbiorca w normalnym kraju ma filtr, w postaci dziennikarza, któremu ufa, a zaufanie to okazuje kupując gazetę, czy oglądając jego program. A ten filtr powinien pozwolić mu lepiej zrozumieć, co się dzieje i nie dać się omamiać przez polityków”.

Nie sposób nie zgodzić się z tymi twierdzeniami – tym bardziej, że są w tekście zawarte dwa sformułowania, dzięki którym wydaje się on prawdziwym - to „w założeniu” i „w normalnym kraju”.

Bo czy tak wygląda polskie dziennikarstwo w praktyce? Czy „czwarta władza” opiera się na społecznym zaufaniu w dziennikarską bezstronność i przekonaniu, że interes dziennikarza jest tożsamy z interesem społeczeństwa? Czy Polacy poddawani przez lata medialnym manipulacjom, karmieni półprawdami, lub samym kłamstwem, dostrzegają rzeczywiście w dziennikarzach zawód zaufania publicznego? To pytania retoryczne, na które może być jedna tylko odpowiedź.

Choć są w tym zawodzie ludzie, których praca zasługuje na szacunek, a ich rzetelność i walory intelektualne są najwyższej próby – to ocena całego środowiska dziennikarskiego wydaje się zdecydowanie negatywna. Zapracowali na taką ocenę ci z dziennikarzy, którym „czwarta władza” pomieszała się z pierwszą, drugą lub trzecią. Nie trzeba przecież nosić miana polityka, by zachowywać się jak niektóre gwiazdy telewizji, kojarzony wyłącznie z jedną, polityczną opcją. Nie trzeba być członkiem partii, by pisać i mówić według wskazań liderów politycznych. Nie trzeba, więc szczególnej przenikliwości, by dostrzec, że wielu dziennikarzy to ludzie „uprawiający” politykę za pomocą dziennikarstwa, głoszący racje tej lub innej politycznej opcji, pod osłoną zawodu zaufania publicznego.

Dawid McQuaid, szef warszawskiego biura agencji Dow Jones Newswires, powiedział kiedyś, że najpoważniejszym grzechem polskich dziennikarzy, jest dążenie do sprawowania rządu dusz. To tak naturalna pokusa. Mieć władzę większą od polityków, móc narzucać innym własny sposób widzenia, zasłaniać lub odkrywać rzeczywistość, kreować fakty, tworzyć problemy, niszczyć byty lub powoływać je do życia. Jeżeli dziennikarstwo daje władzę, warto w wolnej Polsce być dziennikarzem i we władzy tej uczestniczyć. „Stan czwarty” jest pełen przywilejów niedostępnych innym „stanom”, bo otrzymuje za darmo, ex definitione to, na co inne „stany” muszą dopiero zasłużyć - zaufanie społeczne. Otrzymuje, choć nie ma żadnych racjonalnych powodów, by go zaufaniem obdarzać.

Tylko tym., szczególnym stosunkiem społeczeństwa do dziennikarstwa można wytłumaczyć istnienie silnie zakorzenionego zabobonu, który nakazuje wierzyć w przekaz medialny wyłącznie w oparciu o „autorytet” osoby dziennikarza. Ta sytuacja jest możliwa, bo po latach komunistycznego zakłamania, chcielibyśmy widzieć w dziennikarzach rzeczników interesu społeczeństwa, ludzi, którzy mówią nam prawdę i o tę prawdę zabiegają. Jeśli wykorzystują swój zawód, by uprawiać politykę, a co gorsza okłamywać społeczeństwo i manipulować nim w interesie jakiejś grupy politycznej – nie różnią się niczym od swoich poprzedników z czasu PRL-u, których zadaniem było służenie władzy, przeciwko własnemu społeczeństwu. Członek partii komunistycznej Jerzy Surdykowski, napisał kiedyś w „Tygodniku Powszechnym": „W komunizmie dziennikarz-publicysta miał być lepiej wiedzącym i dalej widzącym „ojcem narodu", wieść go jak pasterz ku jedynie słusznej przyszłości.”

Nie ma istotnej różnicy pomiędzy dziennikarzem, służącym jednej, politycznej opcji lub grupie interesów, a politykiem. Prócz jednej – tej pierwszy korzysta z nienależnego mu zaufania publicznego, posługując się zawodem dziennikarskim, jak oszust fałszywym dokumentem. Utwierdzając odbiorcę w zabobonnym przekonaniu o dziennikarskiej niezależności i rzetelności związanej z zawodem, traktuje go niczym naiwniaka i frajera, którego łatwo można „wywieść w pole.” Taka „władza dusz” w wykonaniu wielu polskich dziennikarzy skończy się dopiero wówczas, gdy większość społeczeństwa zda sobie sprawę, że ma do czynienia z oszustwem i dostrzeże makiaweliczny charakter tej manipulacji.

Napisałem kiedyś w tekście PANOWIE I SŁUDZY:

Wydarzenia ostatnich tygodni, w trakcie, których media przyjmując rolę „katalizatora", skierowały uwagę społeczeństwa na niebywałe „mity i legendy", byle tylko, jak najdalej odsunąć groźbę wyjaśnienia prawdy - są konsekwencją stosowania w życiu społecznym i politycznym doskonale sterowalnego podziału na „panów" i „sługi". Oszustwo tego podziału, dokonywanego w pozorach demokratycznych reguł wyboru, polega na wmówieniu wyborcom - „panom" , że ich wybrani „słudzy" spełniają wobec społeczeństwa rolę służebną, podczas gdy faktyczny podział przebiega poza wolą i wiedzą tego społeczeństwa i nie ma nic wspólnego z zasadami państwa demokratycznego. Lęk, jaki musi towarzyszyć funkcjonariuszom medialnym, którzy z manipulacji uczynili swoją rację istnienia i przydatności, nie opuści ich już nigdy. Oni wiedzą jak wygląda prawda o rządzących, oni wiedzą, że „król jest nagi".

Nie byliby jednak panami, gdyby nie masy niewolników, którzy ich za panów uznali"

Co jednak się stanie, gdy ci faktyczni „słudzy", to społeczeństwo, spełniające rolę Nietzscheańskiego „ostatniego człowieka" - godnego pogardy mieszkańca demokratycznego państwa, zechce stać się „panem" i przeciąć nici zakłamanej dialektyki? Co się stanie, gdy kiedyś zauważy mitologię III RP i pod mirażem normalności dostrzeże pospolitą gębę komunistycznego satrapy, agenta i złodzieja?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz