Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

środa, 11 czerwca 2008

POLSKA ZA ZAMKNIĘTYMI OCZAMI

- „Masz zdrową psychikę, jeśli znasz prawdę o swojej historii" – mówił pisarz-noblista V. S. Naipul. Jeśli przyjąć tę prawdę w odniesieniu do całego społeczeństwa, można parafrazować słowa pisarza i rzec, że zdrowe jest tylko to społeczeństwo, które poznało prawdę o historii swojego kraju. Nam tej prawdy poznać nie pozwolono.

Przez 45 lat komunizmu, celem władzy było stworzenie „nowego człowieka”, pozbawionego pamięci, nieznającego historii, niezdolnego do samodzielnego myślenia – człowieka, który stanie się powolnym narzędziem propagandy, pozbawionym wątpliwości i rozterek. Józef Mackiewicz nazwał te działania wobec podbitego narodu „wyjmowaniem pacjentowi mózgu i narodowego serca”. Tworzono tego człowieka – „homo sovieticus”, w tyglu przemocy, represji, ideologicznej indoktrynacji, wypalając wszystko co miało cechy polskości.

Gdy w roku 1989 komuniści postanowili podzielić się z ludźmi „konstruktywnej opozycji” władzą nad Polską, mogło się wydawać, że tylko krok dzieli nas od poznania prawdy o tragicznej przeszłości lat PRL-u. Ci przecież, którzy wówczas siadali z oprawcami do „okrągłego stołu” byli ofiarami i reprezentantami ofiar sowieckiego reżimu, ludźmi, którzy zaufanie społeczeństwa zdobyli sprzeciwem wobec komunizmu. Tylko dzięki temu, że w ocenie Polaków, reprezentowali narodową nienawiść do sowieckiej okupacji, mogli mienić się „demokratyczną opozycją”. Mieliśmy prawo wymagać, by w naszym imieniu żądali prawdy o najnowszych dziejach. .

Kilkadziesiąt tysięcy zamordowanych w latach 1944-56, setki ofiar lat późniejszych, terror i represje, niszczenie pamięci, grabież majątku, miliony kłamstw – ten bilans rządów komunistycznych „Quislingów” domagał się ujawnienia i rozliczenia.

Wiemy, że stało się inaczej.

Wszyscy najwięksi zbrodniarze z przestępczych organizacji PZPR, UB i SB, uniknęli kar dzięki grupie „abolicjonistów”, którzy już na samym początku III RP uznali wszelkie próby dochodzenia do prawdy i sprawiedliwości -„polowaniami na czarownice". To ludzie tacy jak Mazowiecki deklarujący „grubą kreskę", Geremek apelujący, „ - Nie dajmy się porwać nienawiści i głupocie! Polityka dekomunizacji powoduje krzywdę ludzką!", Kuroń głoszący, że „Rozliczeń nie będzie! Nie bardzo jest ich, za co rozliczać" czy Michnik krzyczący wspaniałomyślnie „ - Jestem generalnie za abolicją. Bez warunków. Uważam, że okres historycznych rozliczeń, rozumianych jako rozliczenia sądowe, karne, trzeba zamknąć (...) Nie można w kółko żyć obsesją wymierzania sprawiedliwości" – zdecydowali za nas.

Zdecydowali wbrew nam i wbrew zasadom, jakie istnieją w świecie elementarnych wartości. Zdecydowali za nas i przeciwko nam, gdy arbitralnie odebrali nam prawo nazwania zła po imieniu. Gdyby przyjąć ściśle etyczny punkt widzenia, okazałoby się, że nikt - ani urzędnicy, ani politycy, ani biskupi, ani tzw. „autorytety” nie posiadają moralnego prawa podejmować decyzji za pokrzywdzonych przez system komunistyczny i jego funkcjonariuszy. O tym, czy ujawniać prawdę o czasach zniewolenia, czy poznawać nazwiska katów, zdrajców i donosicieli, może rozstrzygać jedynie sumienie ich ofiar. Innym od tego wara!

Tego prawa, może najważniejszego z wszystkich praw obywatelskich nas pozbawiono, nazywając ludzi domagających się jego respektowania oszołomami i ksenofobami, strasząc ogłupiałe społeczeństwo „demonami przeszłości”. W tej zakłamanej retoryce nie zabrakło nawet słów o potrzebie pojednania i chrześcijańskiego miłosierdzia, powoływania się na autorytet Kościoła i Ojca Świętego.

Z czasem „strażnicy pamięci” uknuli kolejny fałszywy dylemat twierdząc, że istnieje tylko alternatywa - pamiętać czy wybaczać. Zatem, w imię naszego dobra, o którym zdawali się wiedzieć więcej, niż my sami, zdecydowali się zatajać, ukrywać i zamazywać prawdę o najnowszej historii. W jakiś przedziwny sposób, to „nasze dobro” miało być tożsame z ich interesami i koiło lęk, płynący z zafajdanych życiorysów. Pamiętamy to zdanie Wałęsy z 4 czerwca 1992, podczas sejmowej narady z uczestnikami nocnego zamachu - Wy nie wiecie, jak daleko oni zaszli, dlatego trzeba ich błyskawicznie. Natychmiast, dzisiaj! Czy nie ujawnia ono bezmiaru lęku przed prawdą– tak wielkiego, że gotowego na każdą podłość?

Troska o dobre samopoczucie funkcjonariuszy bezpieki i komunistycznych agentów okazała się ważniejsza od troski o los ich ofiar.

Wówczas - bo tak musiało się stać, powstał problem, gdyż ten element przebaczenia zaczął znikać z naszej optyki, z naszego patrzenia na sytuację. Nie dlatego, że nie chcielibyśmy przebaczyć, tylko dlatego, że nie widzieliśmy po drugiej stronie woli pamiętania, odkrywania trudnych prawd, przywracania pamięci. Woli, – bez której nie ma przebaczenia.

Nigdy nie było naszej zgody na to, by interes stu tysięcy tajnych współpracowników bezpieki, decydował o losach czterdziestomilionowego państwa. Nigdy też nie istniała sofistyczna alternatywa „pamiętać czy wybaczać”, skoro rozum i wiara podpowiada by „wybaczać i pamiętać”.

Dawno temu już Leszek Kołakowski napisał znamienne słowa – „ Ci, co liche swoje przywileje okupują tylko milczeniem w obliczu świństwa, na które mogą reagować, będą musieli za te same przywileje płacić rychło aktywnym udziałem w świństwie”

Wiedzieliśmy, że tak się stanie i za „grzech pierworodny okrągłego stołu” nowe elity zapłacą cenę najwyższą – utratą honoru. Na nic zdadzą się ich zapewnienia o „mniejszym złu” i „pokojowej transformacji”, za nic mamy ich nadęte pouczania „światłych Europejczyków”. Ludzie, którzy zabronili własnemu społeczeństwu poznać prawdę o haniebnej przeszłości lat komunizmu, nie zasługują na szacunek. My zaś - choć to nam przecież nie pozwolono dobić komunizmu, płacimy poczuciem bezsensu i straconych lat.

Powtarzane w nieskończoność kłamstwa, doprowadziły Polaków na skraj takiego obłędu, że przyjmują dziś korupcję i działania mafijne za przejaw demokracji, zdrajców nazywają politykami, a samo kłamstwo zyskało pełne prawa obywatelskie.

„ - Podstęp, aby być wiarygodnym i skutecznym, musi jak najpełniej odpowiadać nadziejom i oczekiwaniom tych, którzy mają być przezeń oszukani” – pisał Anatoli Golicyn. Zgodnie z tą formułą byli funkcjonariusze UB-SB, wojska, milicji, sądów i prokuratur, wsparci przez postkomunistyczną nomenklaturę i grono „koncesjonowanej opozycji” – budowali wokół siebie mit profesjonalizmu, nazywając sami siebie niezastąpionymi fachowcami. W ten sposób mieli przekonać opinię publiczną o konieczności uczestniczenia przez nich w życiu publicznym i rzekomej analogii pomiędzy swoimi działaniami w PRL-u, a działalnością w strukturach normalnego państwa. Dzięki tym wysiłkom, takie pojęcia jak „działacz partyjny” , „esbek”, „oficer LWP” czy „współpracownik służb” straciły wydźwięk pejoratywny i zostały uznane za naturalne. Tymczasem ludzie ci pełnili w komunistycznej Polsce rolę identyczną, jaką w okupowanej Norwegii spełniali faszyści Quislinga. Funkcjonariusze UB-SB wraz ze służbami wojskowymi byli bandyckim narzędziem, służącym do zwalczania dążeń niepodległościowych, do likwidacji niezależności Kościoła i wolności obywatelskich. Ich jednym zadaniem było „trzymanie za mordę” społeczeństwa, by nie zdołało wyrwać się z dominacji sowieckiego okupanta. Partia kolaborantów wymagała od nich skuteczności, bez względu na konsekwencje.

Norwedzy poradzili sobie szybko z „komitetami centralnymi” i „biurem politycznym” Quislinga, stawiając zdrajców pod ścianą lub posyłając do więzienia. Resztę rozpędzono na cztery wiatry, łącznie z dziennikarzami i rozmaitymi literatami-moralistami , specjalistami od pouczania społeczeństwa jak ma postępować i co myśleć. Środki masowego przekazu i wszystkie wydawnictwa zostały im odebrane. Sprawę załatwiono w przeciagu jednego roku.

Jeśli w dzisiejszej Polsce, zdecydowana większość społeczeństwa nie dostrzega tożsamości komunizmu i faszyzmu, uznając lata PRL-u za okres normalnego państwa, a ludzi PRL-u za godnych szacunku Polaków - stało się tak dzięki wieloletniej indoktrynacji, dokonanej w stylu, jakiego nie powstydziłby się sam Józef Gebels. Dzięki powtarzaniu, wielokrotnemu i nachalnemu, wypowiedziane poglądy przenikają do tłumów, a w końcu czy są rozumiane czy nie, zostają uznane za prawdę, nad którą nie ma już dyskusji. Jeżeli uwzględni się wpływ powtarzania na ludzi wykształconych, to tym bardziej zdamy sobie sprawę z tego wpływu na tłum. Wiara w słowa płynące z ust ludzi, którzy całe życie walczyli z własnym społeczeństwem czy też wiara w moc drukowanych kłamstw, podanych temu społeczeństwu przez obcą agenturę – jest rodzajem współczesnego opętania, wynikiem przegranej przez Polaków wojny o pamięć i historię. Dlatego najlepszym sposobem pozbycia się skorumpowanej i skompromitowanej moralnie „elity”, a wraz z nią pozbycia się całego garbu III RP, jest ujawnienie agentury. Nie po to, by postawić ją „pod ścianą”, lecz wyłącznie z troski o zdrowie społeczeństwa, które ma prawo wiedzieć - kto jest kim.

Jeżeli przyjąć, że współpraca z komunistyczną policją polityczną, służyła zniewoleniu społeczeństwa, to niech nikt nie twierdzi, że czyjaś agenturalność jest jego prywatną sprawą. Nie jest i nigdy nie była. W „Dżumie”, Alberta Camusa, którą można odczytać jak filozoficzny traktat o ludzkiej kondycji, znajdują się złowieszcze słowa – „ Bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika, może przez kilkadziesiąt lat pozostać uśpiony (…) i nadejdzie być może dzień, kiedy na nieszczęście ludzi i dla ich nauki dżuma obudzi swe szczury i pośle je, by umierały w szczęśliwym mieście". My tej dżumy nigdy nie leczyliśmy, uznając za jedyne antidotum zamykanie oczu na prawdę.

Ujawnianie tożsamości donosicieli SB może być dla nich bolesne, ale trudno oczekiwać, by było inaczej. Nie ma natomiast żadnego, racjonalnego powodu, by po upadku systemu komunistycznego tajemnice bezpieki były nadal chronione przez prawo demokratycznego państwa. O ile byłoby to zrozumiałe, gdyby o tajność dokumentów bezpieki upominał się Kiszczak, o tyle działania takie w wykonaniu ludzi mieniących się „opozycją” antykomunistyczną , są aktem najgorszego zaprzaństwa.

Nieprzypadkowo jesteśmy dziś świadkami kolejnej, może najważniejszej w ostatnich latach bitwy o pamięć i historię. Sprawa agenturalnej przeszłości Wałęsy jest naturalnym sprawdzianem stanu zdrowia polskiego społeczeństwa. Nie chodzi nawet o to, czy ten człowiek był, czy też nie był „Bolkiem”, lecz o rzecz znacznie ważniejszą ; czy mamy prawo do wiedzy o naszej najnowszej historii – czy też godzimy się, by samozwańczy „strażnicy” reglamentowali nam tę wiedzę. Czy chcemy być podmiotem historii, czy też narzędziem w rękach ludzi, tworzących ją za nas?

Histeria, ogarniająca obóz III RP, oskarżenia pod adresem autorów książki czy nawoływania do likwidacji IPN-u, to najlepszy dowód, jaką wagę do historycznej prawdy przykłada to środowisko. Oni wiedzą, że wiedza zawarta w archiwach komunistycznych służb, ukryta w prywatnych zbiorach szantażystów czy istniejąca w ludzkiej pamięci jest bronią śmiertelną.

Profesor Ryszard Legutko, w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” powiedział takie proste słowa:

„ - Najważniejsze, żeby zobaczyć tę polską niemoc i się wkurzyć. Im więcej ludzi to zobaczy i się wkurzy, tym większa szansa, że coś się zmieni. Kiedyś widziałem w filmie taką scenę: mężczyzna otwiera okno w środku nocy i krzyczy, że ma już dość i tak dalej być nie może. Po jakimś czasie zaczynają tak się zachowywać inni i powstaje reakcja zbiorowa. Może to jest jakiś pomysł?”

Czy nie czas już otworzyć szeroko oczy i się wkurzyć?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz