„Nikogo nie „oskarżam” i nikomu nie „zarzucam”. Że
inni, czy wszyscy inni, idą jakąś drogą polityczną, ideową, czy
każdą uznaną przez nich za słuszną, to ich rzecz.
Upieram się natomiast, że wolno mi tę ich drogę obserwować i
— w warunkach wolności słowa — nawet opisywać.
Kiedyś nazwałem tę drogę „donikąd”. Dziś uznana została
przez „instynkt narodu” za docelową.
W tym zdaniu nie ma (złośliwej) ironii. Jest tylko stwierdzenie
faktu”.
Nieuchronnie zbliża się czas, w którym wybór musi być dokonany.
Nie z przymusu, ani groźby
choroby, nie dla zysku lub makiawelicznych
planów.
Musi
być dokonany, by nie spadły na nas słowa Józefa Mackiewicza.
Ten,
który „drogę wielkiego ześlizgu”
przemierzył skalą
nudis verbis, wiedział,
jak kończy się „stwierdzenie
faktu”.
„Nie ja wygrałem.
Wygrali ci, którzy organizują "instynkt narodu".
Ja przegrałem z kretesem.
Więc proszę o pobłażanie”.
Przed
pięcioma laty pisałem, że to wyznanie Mackiewicza, uczynione u
kresu życia wielkiego pisarza, jest wyrazem
geniuszu i politycznej wizji.
Darów, które ciężarem logiki mackiewiczowskiej, zawsze
skazują na wykluczenie i samotność.
Jednocześnie
- to słowa tak wstrząsające,
że nie wolno dopuścić, by ktoś je powtórzył.
Nieuchronny jest więc wybór –
między tym, co „instynkt
narodu” uczynił
drogą powszechną, prowadząc
moich rodaków na manowce III RP, ku obcej krainie „donikąd”
- i tym, co w naszych marzeniach, w niepoprawnie
śmiałych planach, wytycza drogę długiego marszu
i wiedzie
do Niepodległej.
Trzeba się zdecydować - „gdzie
kończy się wmówienie a zaczyna związek realny czy wskutek przeżyć
historycznych nie staliśmy się psychicznie skrzywieni i na wypadki
reagujemy teraz z prawidłowością histeryków czy wciąż jesteśmy
barbarzyńskim plemieniem wśród sztucznych jezior i puszcz
elektrycznych”.
Trzeba wybrać – czy dalej
„obserwować”,
„opisywać” i
obdarzać uwagą zwodnicze
„realia”, w jakie wpychają nas zniewoleni demiurdzy w
służbie tego państwa, czy
może – odrzucić to
nędzne simulacrum i
skierować myśl na projekt godny Polaków.
Nie sposób
pominąć słów Mackiewicza, nie wolno ich lekceważyć ani odsyłać
w otchłań historii.
Głupcami
są ludzie, którym dziś
wydaje się oderwane od przeszłości i narodowych doświadczeń.
Głupcami
są ci, którzy słów autora „Nudis verbis” nie odczytują jako
współczesnej przestrogi.
„Jak
można na dłuższą metę wychowywać naród politycznie, bez
przeprowadzenia „kanciastej” granicy pomiędzy pojęciami tak
prymitywnymi jak: „sojusznik” i „najeźdźca”, „wierny” i
„zdrajca”, „swój” a obcy, czy wrogi „agent ?” – pytał
Mackiewicz w roku 1947.
Jeśli
dziś nikt nie odważy się postawić takiego pytania,
czy wolno
twierdzić, że
uwolniliśmy
się
z ówczesnych ograniczeń?
Mackiewicz
– pisarz przeklęty geniuszem, musiał przekopać powojenną
rzeczywistość do fundamentów, a nie znajdując nigdzie ratunku
przed tymi, którzy „organizują
instynkt narodu”,
uznać swoją porażkę.
My
nie musimy.
Nie
dlatego, by z sukcesji komunistycznej, pod nazwą III RP miała
wyrosnąć Wolna i Niepodległa, ale z uwagi na przestrogę
pozostawioną przez Mackiewicza.
Dzięki
niemu wiemy, że „obserwacja”
i „opis”
- kończy się porażką, a „zarzuty”
i „oskarżenia”
- choćby najcelniejsze i trafiające w głąb przegniłych
fundamentów, doprowadzą do wyznania – „nie
ja wygrałem”.
Wiem,
że wielu z Państwa odczuwa odrazę do rzeczywistości skleconej
przez „wybrańców narodu”, że mierzi i razi stan tego państwa,
przeraża ogrom nieprawości i niebotyczne zakłamanie politycznych
decydentów.
Ta
reakcja – jakże naturalna dla ludzi uczciwych, daje pewność, że
nadszedł czas, w którym trzeba dokonać wyboru.
Być
może tym, którzy od lat przemierzają drogę
długiego marszu,
wybór wydaje się łatwy. Może świadomość – czym jest to
państwo, jak i dla kogo je stworzono, jakie są jego „elity”,
interesy i zakres suwerenności, niesie dostateczną wiedzę, by
dokonać wyboru właściwego.
Zawsze
jednak pojawi się pytanie – co dalej?
Wejść
do „wieży
z kości słoniowej”
i wybrać wzniosłe milczenie? Oskarżać i piętnować, obnosić
szlachetną pogardę, odwrócić się plecami? Śledzić sprawy tego
państwa – by wprawiać się w goryczy, obserwować jego
„elity”
- by poznać ogrom nędzy?
Nie
sądzę, by na tym polegał wybór i jeśli tak miałaby wyglądać
droga
długiego marszu,
lepiej nam pozostać z milionami „sytych
i umarłych”.
Zawsze
twierdziłem, że długi
marsz
jest drogą dla ludzi odważnych. Tych zaś nie zadowala „szat
rozrywanie”
i najwznioślejsza krytyka. Nie wybierają „wewnętrznej imigracji”
i nie poddają myśli dyktaturze miernot.
Dlatego
w pytaniu – co dalej - ujawniają się dziesiątki wyzwań: jak
obalić bękarta, udającego państwo polskie, gdzie droga do
niepodległości, na czym budować silną państwowość,
jaki ustrój,organizacja i sojusze, czym racja stanu, czym polskość
i naród, jakiej Polski chcemy, na jaką się odważymy?
Wybór
– to próba odpowiedzi na takie pytania, to obowiązek ich
podjęcia.
Nie
wystarczy wiedzieć, co za sobą zostawiamy i co odrzuciliśmy na
ścieżce donikąd.
Tyle
wiedział Mackiewicz, gdy
ta wiedza pozwoliła mu wyznać - „Nie
ja wygrałem. Wygrali ci, którzy organizują "instynkt narodu".
Dlatego
wybór, musi przekraczać granicę dzisiejszej niby-państwowości, a
przekraczając je, budować wizję nowej, wolnej Polski.
Wiedza
– czego chcemy, do czego zmierzamy, jest odpowiedzią ludzi wolnych
i niezależnych, jest antidotum na dzisiejsze zniechęcenie, na
poczucie beznadziei i apatii.
Przez
trzydzieści lat sukcesji komunistycznej, pseudo-elity tego państwa
nie wypracowały żadnej wizji Niepodległej, nie wytyczyły drogi do
obalenia magdalenkowego porządku i zerwania więzów łączących
nas
z komunizmem. Ludzie, którzy nadali sobie nienależne miano
„autorytetów” i „przywódców narodu”, okazali się
niezdolni do „myślenia
po polsku”,
do wyjścia poza tchórzliwe
dogmaty.
Oparcie owych „elit” na systemie partyjnym, uzależnienie od
profitów i politycznych synekur sprawia, że niezależność i
autonomia intelektualna, są atrybutami nieznanymi w III RP. Tu
nie pojawi się świeża myśl, nie zaistnieje śmiały
„pomysł na Polskę”, nie powstanie projekt
burzenia starych fundamentów.
Nie
znalazł się żaden polityk, który rozstanie z mitami „demokracji”
i „georealizmu”, uznałby za wymóg polskiej racji stanu. Nie ma
też – i być nie może, ani
jednej partii,
która
podważałyby przymus ustrojowy, zapisany w konstytucji tego państwa.
Nie
znajdziemy tu
również
środowisk, dla których punktem wyjścia refleksji politycznej,
byłby pogląd, że linia dzisiejszych podziałów, nie
wynika z urojonej „wojny polsko-polskiej”,lecz
jest konsekwencją półwiecza okupacji rosyjskiej, efektem zdrady
magdalenkowej i budowania sztucznej
wspólnoty My-Oni.
W
miejsce odważnych wniosków dominuje zabobon, jakoby Polacy
odzyskali pełnię wolność i na jej fundamentach budują dziś
państwo prawa i demokracji. Ten irracjonalny pogląd, sprzeczny z
elementarnym doświadczeniem i wiedzą o stanie państwa, spycha nas
w pułapkę „georealizmu”, wywołuje dysonans poznawczy i
przesądza o klęsce.
Kto
poważnie traktuje sprawy polskie, komu nieobca przyszłość naszej
Ojczyzny, nie może godzić się z tym ograniczeniem. Nie wolno też
poprzestawać na „obserwacji”
i „opisywaniu”
komunistycznej
anomalii.
Droga
długiego
marszu
musi przynieść odpowiedź na pytania podstawowe – jaka Polska i
jak ją zbudować?
Do
tego wyzwania nie trzeba nam mediów, partyjnych
gazet
i ekranów telewizji. Nie trzeba polemik z Obcymi i zawierania
zabójczych „kompromisów”.
Nie trzeba akcesu do pseudo-elity, ani pochwały fałszywych
proroków.
Potrzebna
jest
pewności, że wszystko
zależy od nas. Od naszej reakcji na zakłamanie i łajdactwo, od
odrzucenia rzeczy łatwych i sprzeciwu wobec zła. Od codziennych,
prozaicznych czynności, z których powstaje polska
teraźniejszość
i od myśli, które zbudują przyszłość.
Niech
głupcy uznają to za utopię, tchórze zaś - za szaleństwo. Niech
ludzie zaczadzeni
partyjną retoryką, wzruszają ramionami.
To
bez
znaczenia.
„Trzeba
śnić cierpliwie w nadziei że treść się dopełni że brakujące
słowa wejdą w kalekie zdania i pewność na którą czekamy zarzuci
kotwicę”.
Nie
znajdziemy lepszego czasu dla dokonania wyboru.
Wiele
lat temu, mój Mistrz i Przyjaciel,
zadał pytanie: „czy
wiesz, co znaczy - Bóg się narodził? Czy rozumiesz wagę tych
trzech słów?
Bo
– jeśli On się narodził, jeśli stał się człowiekiem, nie ma
już rzeczy niemożliwych, celów nieosiągalnych. Nie ma granic ani
wizji, których nie sposób przekroczyć. W tych słowach jest pełnia
wolności”.
Ten
tekst, jest życzeniem świątecznym, życzeniem dla Państwa –
Czytelników bezdekretu.
Darem
jedynym, jaki mogę ofiarować, złożonym ze słów, w które
głęboko wierzę.
Życzę
Państwu - byście dokonali wyboru, a dokonawszy go, odnaleźli
radość i nadzieję.
Życzę
zuchwałych marzeń i sięgania
po najdalsze
cele.
Tylko
takie
godne są walki.
Życzę
odwagi – w słowach, myślach i czynach. Odwagi nieposkromionej, bo
ona
przystoi ludziom wolnym.
Życzę
Państwu - byśmy za rok spotkali się w naszej blogowej wspólnocie
- w
łasce zdrowia i wolności
ducha.
Życzę,
wreszcie,
by pytanie – jaka Polska, stało się
najważniejsze. By
przekreśliło sprawy tego państwa
i „dylematy”
z
teatru
cieni.
Mam
pewność,
że te
życzenia
mogą się spełnić, że są w zasięgu ręki, w kręgu naszych
możliwości. Mam
pewność, że nikt i nic nie
zagrodzi drogi
długiego marszu.
Mam
pewność, bo Bóg się narodził.
***
Tym,
którzy chcieliby rozwikłać słowa znaczone kursywą, polecam
lekturę: Józefa
Mackiewicza-
„Na
drodze wielkiego ześlizgu”
i
Zbigniewa Herberta -”Zasypiamy
na słowach…”, „Rozważania o problemie narodu”.