Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

sobota, 7 maja 2011

RZĄD „NIESPRZYJAJĄCYCH OKOLICZNOŚCI”

Szczególny cynizm członków grupy rządzącej ujawnia się w sytuacjach, gdy cudze sukcesy stają się dla nich okazją do propagandowych wystąpień. Niemal klasyczną ilustracją przysłowia o żabie podstawiającej nogę, gdy kują konia, są obecne występy ministra Sikorskiego i Donalda Tuska, w związku z udaną akcją zabicia Osamy Bin Ladena. Do chóru samochwalców w dziedzinie walki z terroryzmem przyłączył się również Bronisław Komorowski, snując dywagacje o „ważnym dniu dla Polski” i ujawniając skrywane dotąd oblicze eksperta od spraw bezpieczeństwa. Ten ostatni, zapomniał zapewne, jak po jego bezmyślnych deklaracjach o wycofaniu Polaków z Afganistaniu nasiliły się ataki na polskich żołnierzy, a kilku z nich poniosło śmierć. Przypomnę jedynie, że już 12 czerwca 2010 r. na wiecu w Kielcach ówczesny kandydat PO na prezydenta wyznał: "Nadszedł czas, aby zakończyć naszą misję w Afganistanie", a 15 czerwca w „Kontrwywiadzie” RMF FM zadeklarował: "Na jesieni będziemy przekonywać NATO. Jeżeli nie będzie zgody, przedstawimy własny kalendarz wycofywania się z Afganistanu [...]Jeżeli pan chce, żeby wycofać żołnierzy polskich z Afganistanu, niech pan na mnie zagłosuje to się pan przekona".
Od czasu tych wypowiedzi nasiliły się ataki na polski kontyngent w Afganistanie, a od czerwca 2010 roku śmierć poniosło 6 polskich żołnierzy. Dla porównania – od początku misji afgańskiej (2007r) roku zginęło 14 żołnierzy. Nietrudno zrozumieć, że wysoce nieodpowiedzialne wypowiedzi Komorowskiego zmobilizowały Afgańczyków do ataków na polski kontyngent, by wymusić szybsze wycofanie wojsk. To taktyka znana z przeszłości, przejrzysta dla każdego kto zna sytuację w tym kraju.
Jeśli dziś członkowie grupy rządzącej chcą zażywać chwały po udanej akcji amerykańskich służb i perorują o sukcesach w walce z terroryzmem, trzeba im przypomnieć haniebne zaniechania sprzed trzech lat, zakończone tragiczną śmiercią inżyniera Piotra Stańczaka. Mocny, polityczny akt oskarżenia w tej sprawie zawierał raport prezydenckiego BBN z czerwca 2009 roku, w którym dokonano rzeczowej analizy polityki MSZ, od dnia porwania krakowskiego inżyniera, do czasu odzyskania jego zwłok, precyzyjnie wskazując przy tym zakres odpowiedzialności ministra Sikorskiego i Donalda Tuska. Raport BBN, już wówczas ujawniał bezmiar indolencji, pozorność działań, strach przed odpowiedzialnością i tchórzliwy brak inicjatywy tego rządu – tak mocno widoczny również po tragedii smoleńskiej.
Jedyna reakcją rządzących polegała na obrzuceniu BBN-u epitetami, w których słowa „skandal”, „hańba” i „oszczerstwa” wyczerpywały zdolności refleksyjne członków gabinetu Tuska.  Żadna z ówczesnych wypowiedzi nie odnosiła się do merytorycznej zawartości raportu, w żadnej nie usłyszeliśmy zaprzeczenia tezom stawianym przez analityków Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Wnioski raportu został również zgodnie przemilczane przez rządowe media i nie wywołały najmniejszej reakcji.
Podobnie, jak w przypadku odpowiedzi na zarzuty związane z tragedią smoleńską, tak i wówczas usłyszeliśmy tę samą retorykę Tuska: „Nikt nie ma prawa wykorzystywania tego typu tragedii do własnych, doraźnych celów politycznych. Sprawa jest przykra. Nie chcę jej komentować, bo musiałbym użyć zbyt mocnych słów pod adresem instytucji, która obsługuje prezydenta w ważnych sprawach bezpieczeństwa narodowego.”, bełkot Grasia – „Uważam to za absolutnie haniebny atak wyborczy na rząd. Na kilka dni przed wyborami wykorzystywanie ludzkiej śmierci, ludzkiej tragedii uważam za absolutnie haniebne i niedopuszczalne” oraz oskarżenia Sikorskiego – „Analiza BBN w sprawie śmierci zamordowanego w Pakistanie geologa Piotra Stańczaka, to polityczna gra przed zbliżającymi się wyborami do Parlamentu Europejskiego. Wychodzenie z takimi oszczerstwami świadczy tylko o braku dobrego smaku, kogoś kto sprawuje ważny urząd państwowy”.
W ocenie samego MSZ, odpowiedzialnością za zamordowanie Polaka obarczono wówczas „splot niesprzyjających okoliczności”.
Przypomnę zatem, że w październiku 2008 r. tzw. Zespół Koordynacyjny MSZ, tajne gremium decydujące w sprawie porwanego inżyniera zdecydował o „powierzeniu stronie pakistańskiej prowadzenia działań na rzecz uwolnienia Polaka”. Należało postawić pytanie, czym kierował się wówczas minister Sikorski i czy posiadał wiedzę o współpracy władz pakistańskich z terrorystami? Dziś bowiem, po ujawnieniu, że Bin Laden przebywał na terenie Pakistanu od kilku lat, Sikorski nie ma przecież wątpliwości w ocenie intencji strony pakistańskiej, gdy poucza: „Rząd Pakistanu musi zadać sobie pytanie, czy będzie tolerować w swoich strukturach państwowych ludzi, którzy do walki z terrorem się nie przykładali. Wiemy, że niektóre instytucje państwa pakistańskiego nie są pod pełną kontrolą rządu”.
W roku 2008 zrezygnowano z planu odbicia Stańczaka, choć pomysł przeprowadzenia operacji z udziałem jednostki „Grom” pozytywnie oceniali generałowie Polko i Petelicki, których trudno posądzić o brak kompetencji. W zamian zafundowano żenujący spektakl „działań dyplomatycznych”, rezygnując z możliwości polskich służb specjalnych i odrzucając pomoc ze strony pakistańskiego mułły Szah Abdul Aziza, który brał już udział w rozmowach z terrorystami. To on właśnie - według największych pakistańskich dzienników, miał być kluczową postacią w rozmowach z talibami w trakcie przetrzymywania polskiego inżyniera.
Należy przypomnieć, że polski inżynier został zamordowany 7 lutego 2009 roku - dzień po tym, jak Donald Tusk  pytany przez dziennikarzy – „czy Polska jest gotowa zapłacić okup”, buńczucznie oświadczył: „Rząd polski nie płaci nikomu okupów” i dodał - „Mam nadzieję, że ta sprawa znajdzie swój szczęśliwy finał”. Tym „szczęśliwym finałem” był mord na Polaku.
10 lutego, już po informacji o zamordowaniu Stańczaka, Tusk zapewniał, że „w stronę polskiego rządu nie kierowano oczekiwań dotyczących okupu za uwolnienie porwanego w Pakistanie Polaka, a "wszystkie spekulacje mediów - zarówno polskich, jak i pakistańskich na ten temat - trzeba uciąć absolutnie jednoznacznie". Jednocześnie stwierdził, że „rząd, który wdaje się w dywagacje na temat okupu, naraża życie innych swoich obywateli, przebywających poza terytorium swojego kraju”. Również to kłamstwo uszło bezkarnie szefowi rządu, gdy kilka dni później pakistański dziennikarz "Newsweeka" Sami Yousafzai stwierdził w rozmowie z Polskim Radiem, że "Polscy dyplomaci zatrudnili członków miejscowej starszyzny plemiennej. To właśnie oni zorganizowali sieć połączeń dzięki którym można było skontaktować się z porywaczami. W pewnym momencie talibowie zażądali 500 tysięcy dolarów. Polacy powiedzieli, że mogą dać 200 tysięcy. Wtedy negocjacje de facto się zakończyły".
Raport BBN-u z 2009 roku zawierał konkluzję: „Milcząca postawa Rządu RP m.in. w kwestii wyznaczenia nagrody za uwolnienie P.Stańczaka, brak rozmów z porywaczami prowadzonych przynajmniej za pośrednictwem polityków pakistańskich powiązanych ze środowiskiem talibów, z góry wskazywała na duże prawdopodobieństwo niepowodzenia uwolnienia Polaka. Taktyka ta była świadomą decyzją Rządu RP”.
Już wówczas - z całą jaskrawością, ujawniła się słabość tego państwa, brak koordynacji działań, bezsilność służb i bezbrzeżna głupota rządzących. Jeśli dziś chcieliby „podstawiać nogę” pod sukces amerykańskich żołnierzy i kreować się na „bojowników” w walce z terroryzmem, - niech pamiętają, czym wykazali się w czasie poważnej próby i jaką cenę za ich indolencję  płacą polscy obywatele.


Tekst opublikowany w Warszawskiej Gazecie.

1 komentarz:

  1. Polska, tak samo jak USA i inne kraje, tzw. Aljanckie sa wmieszane w "Wojne" w Afganistanie, Iraku, Libji itd. specjalnie i celowo. Celem tego wszystkiego jest tzw. GLOBALIZACJA. Naprzod trzeba zrobic "balagan", a potem "pozadek" poswojemu. Tak robil Hitler, Stalin, itd. Wszystko zaczelo sie od nijakiego ADAM WEISHAUPT.

    OdpowiedzUsuń