Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

piątek, 18 grudnia 2009

„CZYŻ NIE DOBIJA SIĘ KONI”?

Przecieki kontrolowane, „haki", szantaż, medialne „wrzutki”, prowokacje, kombinacje operacyjne - to tylko niektóre z narzędzi, używanych przez środowisko służb specjalnych, by wywierać realny wpływ na "elity trzymające władzę”. W III RP ludzie z tych środowisk nigdy nie zmierzali do bezpośredniego przejęcia władzy w państwie. Nie musieli tego czynić, skoro każda kolejna ekipa dbała o ich interesy i była podatna na wpływy i sugestie. Ten stan, służby zapewniały sobie poprzez lokowanie wśród rządzących agentury oraz przy pomocy metod operacyjnych, inspirując decydentów do obsadzania poszczególnych stanowisk „niezawodnymi” kandydatami. Ponieważ układ musiał być oparty na zasadzie symbiozy – służby pomagały władzę zdobyć, utrącić niewygodnych rywali, przeprowadzić wybrane interesy. Ułatwiały politykom zdobywanie środków na kampanie, choćby poprzez tworzenie tzw. czarnych kas czy zmuszanie poszczególnych biznesmenów do „świadczenia usług” na rzecz „grupy trzymającej władzę”.

Proces ten przybiera szczególnego natężenia w okresie przedwyborczym, gdy dochodzi do starcia interesów wielu grup. Nie jest zatem niczym nadzwyczajnym, że od wielu miesięcy obserwujemy wielorakie gry i kombinacje operacyjne, w których tle można dostrzec ludzi służb specjalnych. Czy będzie to prywatyzacja ENEI, afera stoczniowa, sprawa Tech Lab i systemu tajnej łączności Sylan – we wszystkich łatwo dostrzec działania służb, operujących na styku biznesu i polityki.

W czasie, gdy władzę w Polsce sprawuje partia powołana przez ludzi Departamentu I MSW, zawdzięczająca wybór medialnym kampaniom dezinformacji, inspirowanym przez ośrodki zależne od wojskowej agentury – rola służb wzrosła niewspółmiernie, a wielu przypadkach środowiska bezpieki cywilnej lub „wojskówki” pretendują do miana głównych rozgrywających.

Od początku swoich rządów Donald Tusk wzmacniał układ biznesowo - agenturalny, którego najmocniejszymi reprezentantami mieli stać się szef ABW i były minister MSWiA. Dlatego, niemal natychmiast po wygranych przez Platformę wyborach, przystąpiono do tworzenia supersłużby i superministerstwa, – jak Zbigniew Wassermann nazwał w styczniu 2008 roku ABW i MSWiA. Nominacja Krzysztofa Bondaryka na szefa ABW, była z całą pewnością posunięciem idealnym z punktu widzenia celów, jakie zamierzano osiągnąć. W jego osobie łączono interesy postkomunistycznej oligarchii, której wsparcie umożliwiło wyborcze zwycięstwo partii Tuska, z potencjałem największej służby specjalnej, który można było użyć przeciwko opozycji oraz do „rozpracowywania” nielicznych, wolnych mediów. O realnej pozycji Bondaryka, a ściślej – ludzi stojących za tą postacią niech świadczy fakt, iż Donald Tusk pytany niedawno - czy odwoła szefa ABW, w związku z podsłuchiwaniem dziennikarzy oświadczył, że ten nie złożył mu dymisji, więc nie ma tematu. Tym samym przyznał, że nie może odwołać Bondaryka, jeżeli szef ABW sam się na to nie zgodzi.

Głównym priorytetem rządu stało się uczynienie z ABW „zbrojnego ramienia” i najważniejszego wspornika władzy. Służba z tak wielkimi uprawnieniami, pozwalała bowiem zbudować realny system nadzoru i kontroli, nad tymi dziedzinami życia gospodarczego i politycznego, które miały stać się łupem powracającego do władzy układu III RP.

Z drugiej strony – w ramach spłaty przedwyborczych zobowiązań, Tusk przystąpił do reaktywacji wpływów środowiska Wojskowych Służb Informacyjnych, – którym zawdzięczał m.in.. medialne wsparcie podczas kampanii wyborczej 2007 roku oraz operacyjne rozgrywki w łonie koalicji PiS- Samoobrona- LPR, które w efekcie doprowadziły do ustąpienia poprzedniego rządu. O realnych możliwościach tego środowiska niech świadczy fakt, że Komisja Weryfikacyjna WSI podczas swojej działalności ustaliła nazwiska kilkudziesięciu polityków, ponad 200 dziennikarzy oraz blisko tysiąca przedsiębiorców współpracujących ze służbami komunistycznymi i z WSI.

Ponieważ czasy, – gdy gen. Kiszczak na polecenie Moskwy przeprowadzał konsolidację „wojskówki” z cywilną bezpieką, minęły bezpowrotnie – dziś walka tych dwóch środowisk stanowi niemal naturalne tło wielu procesów gospodarczych i politycznych w III RP.

W centrum tego układu są ludzie z Wydziału XI Departamentu I SB MSW, do których po 2001 r. dołączyli ludzie z dawnego II Zarządu Sztabu Generalnego, czyli wojskowego wywiadu sowieckiego w PRL. Większość z nich przeszła szkolenie w KGB lub w GRU. Są sprawni i groźni, zwłaszcza dziś, gdy mają oficjalne poparcie rządu. Co najważniejsze - dysponują wiedzą o agenturalnej współpracy wielu dzisiejszych dygnitarzy i wiedza ta stanowi doskonałą polisę ubezpieczeniową. Ludzie Platformy – będący de facto zakładnikami układu, który wyniósł ich do władzy, coraz widoczniej stają się przedmiotem rozgrywek wewnątrz służb i pozbawiani są nawet tej namiastki władzy, jakiej im udzielono.

W tej sytuacji nie może dziwić, że tzw. zdarzenia polityczne mają mniej lub bardziej ukrytych reżyserów, wywodzących się ze służb specjalnych, a to, co postrzegamy jako decyzję polityczną, publikację prasową czy telewizyjny przekaz – może mieć zupełnie inny sens i być interpretowane w kontekście walki o wpływy, toczonej przez grupy interesów związane ze służbami. Jednym z elementów tej walki są akcje dezinformacyjne, podczas których zasila się konkurujących ze sobą polityków w kompromitujące materiały, prawdziwe, bądź spreparowane oraz stosuje kontrolowane przecieki i „wrzutki”. Rolę wykonawcy powierza się tu mediom i dziennikarzom, spełniającym mniej lub bardziej świadomie funkcję przekaźnika i „pudła rezonansowego”.

W tym kontekście – wielomiesięczne manewry stałego „kandydata na prezydenta” Andrzeja Olechowskiego, wyznania o platformianym „ojcostwie” gen. Czempińskiego, czy polityczne wskrzeszenie Pawła Piskorskiego – można postrzegać bardziej w kategoriach kombinacji operacyjnej ludzi peerelowskiej bezpieki, niż jako samodzielne przejawy politycznej aktywności. Najwyraźniej też, deklaracje poparcia dla partii Pawła Piskorskiego, wyrażane przez Olechowskiego i Czempińskiego wskazują na realną ocenę sytuacji gospodarczej przez ludzi służb i są wyrazem dezaprobaty tych środowisk wobec obecnej polityki rządu Tuska. Nietrudno dociec, że liczono na profity z prywatyzacji i podziału majątku narodowego, a w szczególności na zawłaszczenie sektora paliwowego i przejęcie płynących z niego zysków. Ciosem dla planów środowiska ludzi Departamentu I MSW musiało być oświadczenie wiceministra Skarbu Państwa z kwietnia 2008 roku, w którym padła zapowiedź, że „do końca 2011 roku rząd nie przewiduje żadnych działań prywatyzacyjnych w odniesieniu do największych podmiotów sektora naftowego”. Ogłoszenie planu prywatyzacyjnego PO miało zatem wagę zdarzenia decydującego o zerwaniu przez Olechowskiego związków z tą partią. Chronologia późniejszych faktów wskazuje, że od tego momentu nasilała się krytyka Platformy, a jednocześnie rozpoczyna medialna akcja „dyscyplinowania”.

Pewne elementy propagandowej kontrakcji PO: wyciągnięcie sprawy fałszywego zaświadczenia Piskorskiego, zarzut oszustwa skarbowego, podgryzanie Olechowskiego itp medialne atrakcje dla gawiedzi, świadczą jedynie, że druga strona nie zamierza poddać się bez walki. W tych samych kategoriach można oceniać fiasko prywatyzacji grupy ENEA, do czego przyczyniło się ujawnienie przez media roli spółki TFS – związanej z oficerami Departamentu I MSW.

O swoje interesy próbowali również zadbać ludzie służb wojskowych, czerpiący przez lata zyski z handlu bronią. Tym należy tłumaczyć aferę zwaną stoczniową – czyli operację powiązania dwóch celów: osiągnięcia ugody w sprawie rzekomo należnych El Assirowi ( i związanych z nim esbeków z WSW/WSI) zaległych prowizji od spółki Bumar - ze sprawą ewentualnej prywatyzacji majątku stoczniowego.

Coraz częściej obserwujemy jak media – wykonując dyrektywy jednej lub drugiej grupy interesów ujawniają informacje kompromitujące poszczególnych polityków. Niemal klasycznym przykładem, może być sprawa senatora Piesiewicza, ujawniona przez Super Express po tym , jak taśmy z „komprmateriałami” trafiły do prokuratury, a następnie do policji i ABW. Ta sama redakcja, kilka miesięcy wcześniej opisała przypadek posła Grasia, mieszkającego za darmo w wilii należącej do niemieckiego biznesmena.

Wysyp afer z udziałem polityków Platformy może świadczyć, że całkiem realnie rozważa się zastąpienie obecnego układu rządzącego „ekipą zapasową”. Niezadowolenie środowiska służb muszą budzić liczne klęski gospodarcze rządu PO-PSL, w tym szczególnie – nieudolność w sferze prywatyzacji. Ponieważ partia Tuska traktowana jest wyłącznie w kategoriach nośnika interesów, nic nie stoi na przeszkodzie, by nieudany lub zużyty „projekt” zastąpić innym. Jest to tym łatwiejsze, że jedyny kapitał tej partii to wizerunek medialny, zbudowany na propagandzie, dezinformacji i działaniach osłonowych. Wystarczy zatem kilka przecieków i „wrzutek”, ujawniających stan faktyczny, by notowania Platformy gwałtownie spadły. Ponieważ opinia publiczna przywiązuje większą wagę do kwestii obyczajowych, niż korupcyjnych – można się liczyć z kolejnymi odsłonami w stylu „twórczości filmowej” senatora Piesiewicza.

W ostatnich dniach doszło jednak do zdarzenia, które zdaje się wskazywać, iż ponad głowami polityków Platformy ludzie „wojskówki” i cywilnej bezpieki próbują dojść do porozumienia, którego celem może być wyłonienie „alternatywy” dla obecnego rządu. O tym bowiem zdaje się świadczyć zawarcie przedwyborczego układu między Aleksandrem Kwaśniewskim i SLD, a Andrzejem Olechowskim i partią Pawła Pikorskiego. W kontekście, o którym piszę - „budowa centrolewicowej koalicji w oparciu o SD i SLD” - oznacza próbę zawarcia sojuszu różnych środowisk postpeerelowskich służb, złączonych intencją kontynuacji układu zarządzającego III RP.

Choć trudno dziś jednoznacznie stwierdzić, czy postępujący demontaż osłony medialnej nad Platformą ma prowadzić do radykalnej wymiany ekipy, czy tylko jej zdyscyplinowania – mamy do czynienia z procesem, który Tusk i jego kamraci muszą traktować poważnie. Jeśli nawet liczą, iż "nie zmienia się konia podczas gonitwy", mogą zostać postawieni w sytuacji, gdy kulejącego i bezużytecznego konia skazuje się na „humanitarną” likwidację.

Artykuł ukazał się w 50/2009 nr. Gazety Polskiej z 16 grudnia br.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz