Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.

wtorek, 15 grudnia 2009

BIALI CZERWONI

To, że mamy szkodliwego głupka na czele Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, wiedzą prawie wszyscy.[...] Można by powiedzieć: pal sześć. Nie pierwszy głupek i nie ostatni. I tak poleci po wyborach i utworzeniu nowego rządu (dobrze byłoby jednak sprawdzić, jakie produkty własnej – czy zleconej – fantazji zechce zlikwidować tak, by następcy tego nie znaleźli). Problem tkwi jednak w czym innym. W tym mianowicie, ilu szkodliwych głupków zostanie.[...] W latach międzywojnia mówiło się często o białej rosyjskiej emigracji, że “niczego nie zapomniała i niczego się nie nauczyła”. Imperialne, autokratyczne narowy (efekt związków z niedemokratyczną władzą) pozostały jej na całe życie. I to jest przedmiotem mojego niepokoju. Carskich czynowników wiatr historii rozsiał bowiem po świecie i ich możliwości czynienia szkód “na urzędzie” zmalały do zera. Sprawa nie wygląda jednak tak samo w krajach, gdzie wiatr historii wprawdzie wywiał “przodujący ustrój”, ale nie wywiał tych, którzy ów ustrój wspierali. [...]Inaczej jednak rzecz wygląda w wypadku funkcjonariuszy ABW. Tam fakt zatrudniania tych, którzy pracowali w organach tajnej policji w ustroju totalitarnym, może mieć poważne konsekwencje, jeżeli tacy “biali czerwoni” niczego sprzed 1989r. nie zapomnieli i niczego się nie nauczyli. Stanowi to bowiem rzeczywiste zagrożenie dla polskiej demokracji – i tak niezbyt dbałej o nasze wolności!”.

Ten obszerny cytat z artykułu profesora Jana Winieckiego, zamieszczonego we Wprost, (11.01.2004 r.) dotyczył sytuacji z 2004 roku, gdy na czele Agencji stał komunistyczny aparatczyk Andrzej Barcikowski, a w służbach zaroiło się od byłych esbeków i ludzi peerelowskiej „wojskówki”. Profesor Winiecki poczuł się wówczas sprowokowany do użycia tych dobitnych określeń po lekturze “ankiety bezpieczeństwa wewnętrznego”, którą ABW nakazało mu wypełnić, w związku z kandydowaniem do Rady Polityki Pieniężnej. Irytację profesora wywołały pytania o wyjazdy zagraniczne i konieczność uszczegółowienia informacji dotyczących pobytu za granicą.

Niewykluczone, że gdyby prof. Winieckiemu przyszło wypełniać 17 stronicową „ankietę bezpieczeństwa osobowego”, wysmażoną przez fachowców pana Bondaryka – musiałby użyć słów jeszcze cięższego kalibru, na wyrażenie swoich odczuć wobec „białych czerwonych” funkcjonariuszy Agencji. By nie zostać posądzonym o pustosłowie, przytoczę tylko dwa przykłady z aktualnych ankiet, które muszą wypełnić osoby ubiegające się o dostęp do informacji niejawnych. We wskazówkach dotyczących ich wypełnienia możemy przeczytać m.in.:

W przypadku, gdy dla osoby wypełniającej ankietę bezpieczeństwa spożywanie alkoholu było kiedykolwiek przyczyną problemów w pracy i/lub w życiu prywatnym, powinna ona podać datę zdarzenia oraz okoliczności z tym związanych (o ile jest to możliwe - także informacja o ilości spożytego alkoholu), np. "Tak, w .......... roku kara za jazdę motocyklem pod wpływem alkoholu (1,2 promila), ponadto w .................. roku negatywna opinia w miejscu pracy w związku z przyjściem do zakładu pod wpływem alkoholu".

Jeżeli np. macocha osoby wymienionej w pkt 5 wychowywała ją pełniąc de facto rolę matki, jej dane należy wpisać tylko w przypadku, gdy stan taki jest usankcjonowany prawem (np. adopcja). W przeciwnym razie należy wpisać dane matki, a dane macochy wpisać w specjalnie sporządzonym i dołączonym do ankiety załączniku do pkt 7 wraz z informacją wyjaśniającą, np. "Moja żona nie utrzymuje kontaktów ze swoją matką od ............... roku. Ponieważ od ......... roku żoną ojca mojej żony jest ............... , (która uczestniczyła w jej wychowaniu), podaję również jej dane".

Po lekturze tych intrygujących dokumentów i zawartych w nich absurdów, nie będzie nadużyciem twierdzenie, że najwyraźniej także dziś nie brakuje w ABW takich, co to „niczego nie zapomnieli sprzed 1989 roku i niczego się nie nauczyli”. A ponieważ wiemy, że za czasów rządów Donalda Tuska przywrócono do służb wielu „profesjonalistów” rodem z bezpieki – nietrudno wskazać charakterystyczne objawy aktywności „białych czerwonych” funkcjonariuszy oraz ich wiernych naśladowców.

O odradzaniu wpływów Służby Bezpieczeństwa mówiło się już w ubiegłym roku, gdy szef BBN Władysław Stasiak informował o powrocie na stanowiska kierownicze, średniego i najwyższego szczebla ludzi z SB. Za czasów Bondaryka wrócili do służby w ABW m.in.: Andrzej Barcikowski - doradca w szkole oficerów kontrwywiadu (ów „szkodliwy głupek” – jak twierdzi prof.Winiecki); przyjaciel Waldemara Pawlaka Zdzisław Skorża - który nabywał umiejętności w Radomiu w latach 80. jako pracownik kontrwywiadu SB, a obecnie jest zastępcą Bondaryka, czy były esbek Janusz Fryłow – pracujący dziś w kierownictwie kontrwywiadu. Sprawami ochrony informacji niejawnych, zajmują się zaś fachowcy z Krajowego Stowarzyszenia Ochrony Informacji Niejawnych (KSOIN). W tym zacnym gronie znajdziemy wielu, zasłużonych ludzi wojskowych służb: płk Mieczysława Koczkowskiego z WSI (uczestnika kursu KGB z marca 1982r), gen. dyw. Bolesława Izydorczyka (kursy GRU w 1982r) , kadm. Kazimierza Głowackiego (kursy GRU w 1985r) czy płk Krzysztofa Brodę ( studia w Akademii Wojskowo-Politycznej ZSRR w 1989r). Nazwiska tych panów gwarantują, że bezpieczeństwo informacji niejawnych w III RP zostało powierzone w „sprawdzone” i fachowe ręce.

Nie powinno też nikogo dziwić, że wzorcem działania obecnych służb ochrony państwa, jest stan sprzed 5 lat, gdy rzesze „białych czerwonych” zasiliły ABW i Agencję Wywiadu.

Jeśli nawet panu Bondarykowi nie udał się wyczyn Andrzeja Barcikowskiego, który w czerwcu 2002 roku zwolnił 500 funkcjonariuszy, przyjętych do służby po roku 1990 - to przecież w wielu innych dziedzinach uczeń przerósł mistrza. Metody stosowane przez nowych szefów służb, powołanych przez Donalda Tuska świadczą, że ludzie ci w niczym nie ustępują profesjonalizmowi fachowców z czasów SLD.

Sam Bondaryk rozpoczął pracę od rozliczenia swoich poprzedników i wywiadu dla „Gazety Wyborczej”. Twierdził tam m.in., jakoby poprzedni szef ABW otrzymywał od Zbigniewa Ziobro zlecenia „obserwacji pewnych osób”, oraz oskarżał Święczkowskiego, że "brał różne materiały operacyjne z klauzulą ściśle tajne, czasami na dwa tygodnie, czasami na krócej” i poinformował, że „już pierwsze odsłanianie tajemnic ABW pokazuje, że nie działo się tam najlepiej”. Już w kwietniu 2008 roku nowe kierownictwo ABW doniosło na „stare” ABW w siedmiu zawiadomieniach o przestępstwie, a media uczynnie informowały o „rażących nieprawidłowościach” , za które poprzednie szefostwo Agencji miało spędzić w więzieniu nawet 8 lat.

Identycznie rozpoczął swoje urzędowanie nowy szef SKW płk Grzegorz Reszka - przygotowując słynny „raport” z działań poprzednika - na tyle super tajny, że jego tezy natychmiast ujawnił „Dziennik”, rozpisując się o rzekomych „spustoszeniach w kontrwywiadzie wojskowym”.

Podobnie – nieoceniona Julia Pitera, przez ponad rok skrzętnie sporządzała raport na temat CBA, rozpowiadając na prawo i lewo, że mamy do czynienia ze „zdegenerowaną instytucją”. Zmuszona do ujawnienia tego dokumentu, przedstawiła porażający dyletanctwem zbiór pomówień, na który litościwie spuszczono zasłonę milczenia

Nie inaczej również zabrał się do pracy Paweł Wojtunik, oczerniając najpierw w mediach służbę, nad którą objął kierownictwo, by już po 2 miesiącach urzędowania wysmażyć do prokuratury donos na swojego poprzednika.

O tym, że w każdej ze służb, natychmiast po zmianie kierownictwa dokonywano personalnych czystek – nie trzeba już chyba wspominać.

Warto natomiast podkreślić, że ta metoda zarządzania służbami ma tradycję sięgającą lat 20 –tych ubiegłego wieku i nieomylnie świadczy, że mamy do czynienia z działaniami „białych czerwonych”. Przez lata doskonalona i cywilizowana uległa tak daleko idącej adaptacji, że dziś nie dokonuje się „upustów krwi” – jak w 1919 roku nazwano pierwszą czystkę w GRU i nie posyła poprzedników do gułagu. Nie byłyby również stosowne porównania do lat 30 – tych, gdy w strukturach wywiadu i kontrwywiadu NKWD i GRU „zlikwidowano” ponad 32 tysiące funkcjonariuszy.

Wspólna natomiast w tej tradycji jest zasada, iż nowa ekipa rozpoczyna urzędowanie od zniszczenia tego, co zastała, w tym usunięcia poprzedników, a następnie – w zależności od politycznego zapotrzebowania - poszukiwania na nich „haków”. Tym samym – wywołuje się stan permanentnego chaosu, „wojny służb”, w której jedynymi zwycięzcami, są zawsze ci, którym na bezpieczeństwie państwa najmniej zależy, – a to zwykle oznacza tych samych, którzy czystkę sprowokowali.

Można też zadziwić się nad całkowitym brakiem wyobraźni owych „czyścicieli”, którzy wiedząc o regularności metody, powinni się liczyć, że za jakiś czas ich również spotka los poprzedników. Nie wymagajmy jednak za wiele od ludzi wykonujących tylko rozkazy.

Najgorszym piętnem przedstawionej tu praktyki, jest bowiem czynienie z ludzi służb politycznych komisarzy, realizujących zamysły partyjnych watażków i podporządkowanie koncepcji bezpieczeństwa państwa, ochronie partyjnych lub grupowych interesów. Z tej m.in. przyczyny, najbardziej zbrodniczymi organizacjami świata były megasłużby sowieckie, w których SB, WSW czy Zarząd II Sztabu Generalnego spełniały rolę lokalnych delegatur. Z tego również powodu, formacje te miały niewiele wspólnego z rolą przeznaczoną służbom specjalnym w wolnym świecie. Na podstawie licznych przykładów z ostatnich 90 lat, można wysnuć wniosek, że wyznaczenie służbom roli politycznego nadzorcy i „zbrojnego ramienia” partii, zawsze kończy się tragicznie dla społeczeństw dotkniętych tym szaleństwem.

Przed kilku laty pewien wpływowy polityk zdobył się na tak celną uwagę, że warto przytoczyć ją w całości:

„Problem sprowadza się do umiejętności wpisania celów partyjnych w sferę interesów państwa. Jeżeli te pierwsze będą dla rządzących priorytetem, zawsze znajdą oni sposób na to, by relacje: partie polityczne – państwo – służby specjalne podporządkować koncepcji szkodliwej dla państwa. Szkodliwej, czyli takiej, w której nad bezpieczeństwem kraju górę bierze partyjniackie myślenie. Wtedy bowiem rozwijane są działania nie mające nic wspólnego z funkcjonowaniem instytucji państwa demokratycznego. Służby specjalne to struktury wielotysięczne. Większość funkcjonariuszy wyniosła ze związków z politykami złe doświadczenia. Oni wiedzą, że zaangażowanie polityczne godzi w stabilność służb i w razie odwrócenia się karty politycznej po wyborach, wywołuje kadrową karuzelę. Jednak szefowie tych służb przedkładają interes bieżący i aktualną karierę nad zasady i to, co może się wydarzyć w przyszłości.

Takim wykolejeniom może przeciwdziałać rzetelny cywilny nadzór i większy udział opozycji w kontroli instytucji bezpieczeństwa. Chodzi o zachowanie równowagi wpływów i stabilny rozwój służb. Tak jest w państwach o utrwalonej demokracji”.

To słowa Konstantego Miodowicza - polityka Platformy Obywatelskiej, wypowiedziane przed 6 laty w wywiadzie dla „Expresu Bydgoskiego”. Wówczas, do zarządzanych przez komunistów z SLD służb powrócili „fachowcy” z SB, a szefem największej został Andrzej Barcikowski. Mógł zatem polityk Platformy gromić „upolitycznienie służb” i biadać nad „dyktatem większości” w Sejmie. Gdy dziś Miodowicz i jego kamraci, czynią ze służb ochrony państwa zgraję politycznych pałkarzy i stawiają na esbecki „aparat” - w tle obecnej farsy zdaje się dobiegać szyderczy śmiech Józefa Wisiarionowicza. Zawsze bowiem, (jak ktoś to powiedział) - historia służb specjalnych jest sumą tego, czego można było uniknąć.

Profesor Jan Winiecki w swoim artykule o ABW napisał, że „rzeczona agencja bynajmniej – jak widać z bezbrzeżnej głupoty i totalitarnych zaszłości jej funkcjonariuszy – nie chroni bezpieczeństwa państwa i jego obywateli. Jest to po prostu Agencja Bezmyślnych Ubeków, którzy niczego się nie nauczyli. A że jeszcze, co gorsze, niczego nie zapomnieli sprzed 1989 r. to stanowią zagrożenie i dla bezpieczeństwa państwa, i dla wolności jego obywateli”

Nie wiem, czy dzisiejsza ABW jest już Agencją Bezmyślnych Ubeków, czy dopiero pretenduje do tego miana. To jednak, czego niemal codziennie jesteśmy świadkami w wykonaniu „białych czerwonych” skłania do refleksji, że oni nadal nie nauczą się niczego, my zaś, już wkrótce będziemy przypominać sobie nauki sprzed 1989 roku.

http://www.uop12lat.republika.pl/aktualnosci/media_o_sluzbach/media/2004/styczen/0111_wprost.htm

http://bip.abw.gov.pl/palm/bip/57/49/Wzory_ankiet_bezpieczenstwa_osobowego.html

http://www.iniejawna.pl/pomoce/przyc_pom/wskazania.html

http://cogito.salon24.pl/120270,silownicy

http://www.rp.pl/artykul/122607.html

http://www.bankier.pl/wiadomosci/print.html?article_id=2062214

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz