Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dezinformacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dezinformacja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 maja 2020

WIRUS DEZINFORMACJI


"A więc wojna! Z dniem dzisiejszym wszelkie sprawy i zagadnienia schodzą na plan dalszy. Całe nasze życie, publiczne i prywatne przestawiamy na specjalne tory, weszliśmy w okres wojny.
Słowa przedwojennego spikera Polskiego Radia, Józefa Małgorzewskiego, nietrudno odnieść do czasów obecnych.
Czasów, w których z wielu miejsc, od wielu, czasem zacnych osób, dobiega narracja o wojnie i przestawianiu życia na „specjalne tory”. Czasów, w których, nie widok obcych żołnierzy i wybuchy bomb, lecz treść medialnych „newsów”, wywołuje panikę i poczucie zagrożenia.
A więc „wojna z koronawirusem”. Wojna Chiny -reszta świata. Wojna o zdrowie i życie. Wojna dla zachowania gospodarki i miejsc pracy, o rynki zbytu, dostawy i kontrakty. Wojna na szczepionki i leki. Wojna bogatych z biednymi. Wojna chaosu z ładem, kłamstwa z prawdą, zła z dobrem…
Wojna tyleż totalna, że toczona na wszystkich frontach – od prozaicznych problemów z zakupem masek i rękawic, po gry wywiadów i interesy wielkich mocarstw. Obejmująca swoim zasięgiem ludzi prawych, pospolite kanalie i wielkich bandytów.
Wojna, która obnażyła prawdę o współczesnym świecie i tysiące absurdalnych „idei”, tyleż pseudo-wartości i mitów, sprowadziła do atawistycznej troski o własne zdrowie.
Nawet wśród tych, którzy z racji głoszenia antyludzkich szaleństw - o „prawie do aborcji”, czy „równouprawnieniu” dewiantów, winni pogardzwłasnym życiem, równie konsekwentnie, jak mają w pogardzie życie innych.

Proszę nie oczekiwać, że przedstawię tu własną teorię na temat "SARS-CoV-2", przyczyn owej „pandemii” lub prognozę kryzysu. Powstało na ten temat dość tekstów i wypowiedzi, z których każdy może wybrać to, co odpowiada jego poglądom na rzeczywistość.
W świecie, w którym bezkarnie przechodzą najpodlejsze zbrodnie, wojny i oszustwa, nie sposób oczekiwać, by ta, czy inna teoria na temat chińskiej „zarazy” miała przyczynić się do otrzeźwienia lub wzbudzić odwagę do refleksji. Dość zrozumieć, że dzisiejsi władcy „wolnego świata” prędzej skażą swoich poddanych na dekady „kwarantanny”, niż przyjmą za pewnik, że dla komunistycznych bandytów życie ludzkie (w tym życie współplemieńców) nie przedstawia najmniejszej wartości i dla osiągnięcia celów przepoczwarzonego komunizmu, gotowi są wymordować połowę ludzkości.
Świat ludzi słabych – a tylko takich „produkują” nowoczesne społeczeństwa, musi pozostać bezbronny wobec agresji przekraczającej miarę tchórza i konformisty.
Nie pora również na pseudo-filozoficzne rozważania nad skutkami owej „pandemii”, bo prostactwo tych, którzy ją zgotowali, jak i tych, którzy codziennie nią żonglują, nie ma cienia metafizycznej dystynkcji i bardziej zasługuje na dosadny epitet absolwenta podstawówki niż dysertację ćwierćinteligenta po „postępowej” uczelni.
Nie widzę także potrzeby przedstawiania politycznych aspektów obecnej sytuacji. Kto dotąd nie dostrzegł, jak idealna symbioza, „wspólnota brudu” panuje dziś nad Wisłą, łącząc rzekomych adwersarzy, nad trumną naszych „praw obywatelskich” i truchłem narodowych interesów, kto nie zrozumiał tej złowróżbnej ciszy nad zbrodnią smoleńską, zdradą i butą Obcych, temu nie pomoże żadna analiza ani polityczna pogadanka.

Prawdą jest natomiast, że toczy się wojna. Wojna o rząd dusz, w której wirus dezinformacji ma tak dalece zainfekować naszą wolę i obezwładnić myśli, byśmy stali się stadem pokornych niewolników, gotowych przyjąć każde upodlenie, w imię wydłużenia ogniw łańcucha.
Cóż łatwiejszego, gdy łańcuch ma chronić przed utratą zdrowia, a upodlenie nosi miano „środka ochronnego”?
Wojna dezinformacyjna jest celem państwa, które na kłamstwie i zbrodni zbudowało swoją pozycję, a implementując je w formę „produktu przemysłowego”, opasało „wolny świat” siecią agenturalnych wpływów i finansowych zależności.
Chaos wytwarzany podczas tej wojny skutecznie unicestwia poczucie realizmu. W miejsce wiedzy i faktów, wznosi bariery niedorzecznych lęków i sprowadza nasze aspiracje do adoracji „chińskiego ciasteczka”.
Rządzący tym komunistycznym tworem dawno zrozumieli, że walka z dezinformacją jest zadaniem nieosiągalnym dla państw „wolnego świata” – również dlatego, że musiałaby obejmować obszary, z których władcy owego świata czerpią ogromne korzyści.

środa, 6 lutego 2019

OBALIĆ III RP: Robić z tego „małego, głupiego, nędznego i zakłamanego” wolną Rzeczpospolitą – jest więcej niż zbrodnią


W przededniu wydarzenia, które wytyczyło nowy obszar naszego zniewolenia i winno być nazywane zbrodnią przeciwko narodowi polskiemu, publikuję fragment mojej najnowszej książki „NUDIS VERBIS-OBALIĆ III RP”.
Gdy obecne władze tego państwa – strojąc się w szaty „patriotycznej prawicy”, będą „świętować” i „upamiętniać” pakt bandytów ze zdrajcami - trzeba pamiętać, że ów „okrągły stół” był największym nieszczęściem, jakie dotknęło nas w latach 80. ubiegłego wieku.
W odróżnieniu od innych państw Bloku Wschodniego, w PRL istniała bowiem tzw. ”opozycja demokratyczna”, a w jej szeregach, grupa komunistycznych schizmatyków (zwana dawnej „komandosami”), koncesjonowanych „katolików” oraz pospolitych kapusiów i donosicieli. Spośród tych osób, namiestnicy sowieckiego okupanta wyznaczyli swoistą „reprezentację narodową” i siadając z nią do ”okrągłego stołu” podjęli wielowątkową grę, obliczoną na stworzenie nowej formuły zniewolenia i legalizacji sukcesji komunistycznej.
Polacy mieli uwierzyć, że koncesjonowana grupa „reprezentantów” - wybrana przez szefa służb okupacyjnych, obaliła zbrodniczy reżim i przy pomocy „procesów demokratycznych” wywalczyła autentyczną niepodległość.
Operacja obcych służb zakończyła się powodzeniem, a jej finalnym efektem stała się „III Rzeczpospolita” - nazwana w dokumentach SB „państwem socjalistycznym nowego typu”.
Jeśli pamiętać, że II Rzeczpospolita wyłoniła się po latach wojny światowej, wymagała tysięcy ofiar i wielkiej daniny polskiej krwi, to ceną owej III RP (numeracja jest elementem fałszerstwa) był alkohol przelewany w Magdalence i zakulisowe ustalenia między esbekami i ich agenturą.
Zaiste - wartość tego państwa odpowiada zapłaconej cenie.
By dokończyć dzieła zniewolenia, zmuszono nas do utworzenia sztucznej wspólnoty i narzucono przekonanie, jakoby była ona państwem wolnym i niepodległym.
Ta wiara, zaszczepiana kolejnym pokoleniom, jako dogmat historyczny, ma wymiar gigantycznego, antypolskiego kłamstwa i jest mitem sankcjonującym sukcesję PRL.
W rzeczywistości bowiem, to komuniści i ich spadkobiercy stworzyli groźną hybrydę niby-państwowości i obrócili w ruinę nasze marzenia o Niepodległej.


***


                     Wielu historyków podkreślało, że przygotowania do inscenizacji „okrągłego stołu” trwały co najmniej od połowy lat 80. W zakres tych przygotowań wpisują się m.in. konkretne decyzje i działania, by wymienić tylko niektóre po stronie „opozycji demokratycznej”: ustalenia J.Kuronia i L.Wałesy z ludźmi SB (tu: rozmowy Kuronia z mjr. Lesiakiem i płk Królem z roku 1985, prowadzone w konwencji „negocjacji politycznych”), wystąpienie luminarzy „opozycji demokratycznej” z października 1986 o zniesienie przez USA sankcji gospodarczych wobec PRL, projekt „paktu antykryzysowego” Geremka z grudnia 1987 i list Geremka z roku 1988, adresowany do Gorbaczowa (pod uwagę George’a Sorosa), wizyty Michnika w Moskwie i wiele innych.
Logikę tych działań, można sprowadzić do refleksji, jaką A.Michnik zawarł w wydanej w roku 1985 książce "Takie czasy"(pisanej w warunkach więziennych). Znalazła się tam propozycja kompromisu z rządem PRL i Moskwą: "Solidarność powinna odrzucić filozofie "wszystko albo nic". [...] Dla komunistów może to być droga do uzyskania legitymacji, dla nas zaś droga do godziwego życia”.
Wiedza, jaką posiadamy dziś na temat kontaktów owej „opozycji demokratycznej” z namiestnikami Moskwy, pozwala utrzymywać, że proces „transformacji ustrojowej” został precyzyjnie zaplanowany i obejmował szereg wielowątkowych gier operacyjnych, rozpisanych na poszczególne postaci i środowiska.
Wyraźnie widać to po decyzjach związanych z realizacją długofalowej strategii komunistycznej.
Początek tego procesu wyznacza decyzja z roku 1981 - o powierzeniu nadzoru nad ministerstwem spraw wewnętrznych Czesławowi Kiszczakowi – oficerowi Informacji Wojskowej, szefowi WSW i II Zarządu Sztabu Generalnego. Człowiekowi Moskwy – najwierniejszemu z wiernych.
Z pewnością, ta nominacja niosła zapowiedź siłowej rozprawy z „Solidarnością”, ale jej głębszy sens wynikał z realizacji planu sowieckiego.
Zadanie Kiszczaka polegało bowiem na skonsolidowaniu wszystkich – wojskowych i cywilnych formacji policji politycznej PRL do walki ze społeczeństwem oraz na rozbudowie sieci agenturalnej. Jeszcze jako szef służb wojskowych, w listopadzie 1980 r. Kiszczak wydał "Wytyczne do planowania działalności WSW na rok 1981", w których nakazał rozbudowę agentury, zarówno w objętych kontrolą WSW jednostkach, wśród żołnierzy i ich rodzin, ale też w obiektach i zakładach przemysłowych.
Według koncepcji przedstawionej przez Golicyna w książce „Nowe kłamstwa w miejsce starych, komunistyczna strategia podstępu i dezinformacji”, ścisła integracja służb oraz rozbudowa sieci agenturalnej, wytyczały pierwszy etap przygotowań do „transformacji ustrojowej”. W myśl strategii sowieckiej tylko skonsolidowane, „odnowione” służby policyjne, były zdolne podjąć zadanie praktycznej realizacji planów związanych z „pierestrojką” oraz „polskiego eksperymentu” - „drogi do demokracji”.
Od roku 1981 r. wzrost liczebności tajnych współpracowników miał charakter wręcz lawinowy i sięgał blisko 30 proc. rocznie. Dynamika wzrostu z początku lat 80- tych, była porównywalna z pierwszą połową lat 50 -tych ubiegłego wieku. Znamienny był najszybszy wzrost liczby tajnych współpracowników w roku 1982 oraz po zniesieniu stanu wojennego.
W rekordowym, 1984 r. liczba pozyskanych tajnych współpracowników w całym kraju (18 756) była ponad trzykrotnie większa niż liczba wyeliminowanych (5442). Gwałtowny wzrost agentury nie wynikał wyłącznie z poczucia zagrożenia władz komunistycznych przez konspiracyjne struktury „Solidarności”, ale z celowej polityki kierownictwa resortu spraw wewnętrznych.
Kiszczak forsował rozwój sieci agenturalnej, jako podstawowej metody kontroli społeczeństwa. Liczba spraw operacyjnych pod koniec 1984 r. osiągnęła poziom 24 343, tj. zbliżony do stanu z roku 1956 (24 170). W latach 1986–1988 odnotowano dalszy, choć już słabszy wzrost ogólnej liczby TW w pionach operacyjnych SB. Według dostępnych danych cząstkowych oraz wykonanych na ich podstawie szacunków, najwyższy w historii PRL wzrost liczebności tajnych współpracowników nastąpił pod koniec 1988 r., gdy ich liczba sięgnęła niemal 100 tys.

poniedziałek, 21 stycznia 2019

DEZINFORMACJA – STUDIUM NIEWIEDZY (2)

Dezinformacja oznacza systematyczne wysiłki zmierzające do rozprzestrzeniania nieprawdziwych informacji i do zafałszowania lub zablokowania informacji dotyczących rzeczywistej sytuacji i polityki świata komunistycznego.
W konsekwencji praktyki dezinformacyjne miały doprowadzić do zmylenia, wprowadzenia w błąd i wpływania tendencyjnie na świat niekomunistyczny, do podważania jego polityki oraz do skłonienia przeciwnika z Zachodu do nieświadomego przyczyniania się do realizacji celów komunizmu.
Program takiej strategicznej Dezinformacji był wcielany w życie od 1958 roku. Jego głównym celem było stworzenie warunków do realizacji długoterminowej, dalekosiężnej polityki Bloku Komunistycznego, uniemożliwienie podjęcia skutecznych przeciwdziałań przez świat niekomunistyczny i zabezpieczenie strategicznych zdobyczy światowego komunizmu.
Choć zrozumienie programu dezinformacji jest kluczowe dla prawidłowej analizy sytuacji w świecie komunistycznym, to jego istnienie było albo ignorowane, albo dezawuowane przez Zachód” - pisał Anatolij Golicyn w „Nowe kłamstwa w miejsce starych, komunistyczna strategia podstępu i dezinformacji".
      Znaczenie książki byłego oficera KGB, nie polega na tym, że autor precyzyjnie przedstawił procesy dezinformacji w świecie sowieckim. Nawet nie na tym, że już w roku 1984 trafnie przewidział transformację PRL-u w III RP i nakreślił scenariusz prowadzący do „okrągłego stołu”.
Praca Golicyna ma kolosalne znaczenie w wymiarze, o którym nie wspomni dziś żaden polityk, którego nie biorą pod uwagę historycy, analitycy i ludzie służb specjalnych.
Konkluzja tej książki sprowadza się do fundamentalnej tezy: komunizm nie umarł i nigdy nie upadł, a to, co świat postrzega jako efekt „śmierci komunizmu”, jest kolejnym etapem mutacji tego tworu i największym zwycięstwem strategii podstępu i dezinformacji.
Autor „Nowych kłamstw” prowadzi czytelnika przez dziesięciolecia sowieckiej kampanii i bezwzględnie obnaża prawdę, iż wszelkie procesy, odczytywane przez świat Zachodu, jako droga ewolucji komunizmu do „wyższej jakości”-demokracji, nie były tym, za co uznawali je zachodni analitycy.
Żadne z sowieckich wzorców dezinformacji: „Słabość i Ewolucja”, „Fasada i Siła”, nie zostały prawidłowo rozpoznane przez państwa Zachodu, a ich przeprowadzenie pozwoliło Sowietom/Rosji na odegranie teatru „upadku komunizmu” i przepoczwarzenie w nowe formy bytowania.
Teza Golicyna (gdyby została zrozumiana i przyjęta) miałaby znaczenie tak dalece rewolucyjne, że żaden z aspektów współczesnej polityki, gospodarki czy relacji międzynarodowych, nie ostałby się w obecnym kształcie.
Przyjęcie tej tezy oznacza natomiast, że „świat Zachodu” pozostaje całkowicie bezbronny wobec rosyjskiej strategii podstępu i dezinformacji i nie ma szans na rozpoznanie kremlowskiej gry.
    Do „uśmiercenia” komunizmu, doprowadziło w istocie jedno z najskuteczniejszych kłamstw, wpisujących się w obszar sowieckiej strategii – teoria o ewolucji komunizmu. To za jej przyczyną wprowadzono bezzasadną gradację, rozróżniając w komunizmie okresy: „terroru” lat 20. i 30., czas „błędów i wypaczeń” lat 50. oraz następujący po nim „proces destalinizacji”, którego uwieńczeniem miały stać się rządy Gorbaczowa i jego „pierestrojka”.
Przeobrażenia w świecie komunizmu, Zachód odczytywał jednoznacznie - jako dowód jego postępującej słabości, a każde z poszczególnych wydarzeń miało być objawem „wzrostu tendencji odśrodkowych wewnątrz międzynarodowego komunizmu”. Zgodnie z tą teorią, polityka „pierestrojki”, zmiany dokonywane w państwach Bloku Wschodniego, a wreszcie upadek ZSRR, stanowiły logiczny ciąg zdarzeń, będący wynikiem naturalnej ewolucji systemu.

poniedziałek, 31 grudnia 2018

DEZINFORMACJA – STUDIUM BEZSILNOŚCI (1)

Walka z fałszywymi wiadomościami („fake news”) wydaje się stosunkowo prosta. Solidna weryfikacja źródeł i ocena faktów, dokonywana przez kompetentne osoby lub instytucje, może rozbroić nawet najbardziej złożone „fałszywki” i jest działaniem dostępnym dla większości państw i rządów. Trzeba nakładu środków, woli politycznej i determinacji.
Inaczej rzecz ma się z dezinformacją. Walka z tym zagrożeniem, a w szczególności - z systemem podstępu i dezinformacji w wydaniu rosyjskim, jest nieosiągalna dla państw Europy i stanowi wyzwanie, któremu współczesny „świat” nie zdołał sprostać.
          Z dużą irytacją przeczytałem doniesienie, jakoby Ministerstwo Cyfryzacji III RP miało „plan walki z dezinformacją i fake newsami”. W ramach tego planu, MC zapowiada stworzenie „specjalnego narzędzia, które pomoże administracji publicznej w rozpoznawaniu fałszywych informacji inspirowanych przez środowiska antypolskie”. Działania te mają być prowadzone wspólnie z Komisją Europejską, która również „wypowiedziała wojnę fake newsom i rosyjskiej dezinformacji”. Odpowiedzią KE na tę ostatnią ma być „system szybkiego ostrzegania, kodeksy postępowania mediów społecznościowych, edukacja” itp. „środki miękkie”.
Powodem irytacji jest świadomość, iż rozgłaszając podobne „rewelacje”, rząd III RP dopuszcza się dwóch rzeczy wyjątkowo nagannych: trwoni publiczne pieniądze na działania pozorowane, kompletnie nonsensowne i nieadekwatne oraz oszukuje mieszkańców Polski wizją efektów, które nigdy nie nastąpią.
Już tylko fakt, iż w tego rodzaju doniesieniach, „fake news” i dezinformacja są wymieniane łącznie, a nawet traktowane zamiennie, dowodzi potężnej ignorancji i niezrozumienia istoty zagrożeń.
Kłamstwo – choćby najlepiej zamaskowane, służy „zaledwie” wprowadzeniu w błąd, ma cele krótkotrwałe i upada z chwilą konfrontacji z prawdą – co zwykle szybko następuje. Może poruszać emocje, a nawet fałszować osąd rzeczywistości, nie ma jednak wpływu na nasze decyzje i dokonywane wybory.
Dezinformacja jest natomiast trucizną o długotrwałym, systematycznym działaniu. Atakuje nie tylko procesy poznawcze, ale godzi w wolę człowieka, wymusza określone zachowania i kształtuje sądy o rzeczywistości. Pozostający pod jej wpływem błądzi, ale też działa i postępuje tak, jak życzy sobie tego nieprzyjaciel.
Kłamstwo (jak kto woli „fake news”) może z nas uczynić błaznów lub głupców.
Dezinformacja zawsze czyni z nas ofiary i zamienia człowieka w bezwolne „zombi”.
Próba zestawienia tych dwóch narzędzi – w sposób, jaki robi się to obecnie, przypomina zamysł zrównania kataru z chorobą nowotworową, zaś poszukiwanie wspólnego „lekarstwa”, jest oszustwem i szarlatanerią.
            Zwracam uwagę na komunikaty dotyczące „walki z dezinformacją i fake newsami”, ponieważ to zagrożenie uważam za największe wyzwanie w czekającym nas okresie. Jak zaznaczyłem na wstępie – wyzwanie, któremu ani III RP, ani Europa i Ameryka, nie zdołają sprostać. Ponieważ przedstawienie tematu w tak szerokim spectrum, byłoby niemożliwe w tekście blogowym, skoncentruję się na naszym, polskim przykładzie. Wymaga to pewnej retrospekcji i dostrzeżenia obecnego statusu służb specjalnych III RP.

Wielokrotnie przypominałem na blogu słowa doskonałego znawcy Rosji, Włodzimierza Bączkowskiego, który w szkicu „Uwagi o istocie siły rosyjskiej” z roku 1938, pisał: „Głównym rodzajem broni rosyjskiej, decydującym o dotychczasowej trwałości Rosji, jej sile i ewentualnych przyszłych zwycięstwach, nie jest normalny w warunkach europejskich czynnik siły militarnej, lecz głęboka akcja polityczna, nacechowana treścią dywersyjną, rozkładową i propagandową.”
Świadomość tego stanu kształtowała politykę II Rzeczpospolitej i jej stosunek do Rosji Sowieckiej, miała wpływ na decyzje dotyczące polityki zagranicznej, pracę instytucji państwowych i służb specjalnych. Doceniając znaczenie „treści dywersyjnej”, wolna Rzeczpospolita prowadziła szereg samodzielnych operacji dezinformacyjnych, wykorzystując w tym celu kanały tajne, ale też media krajowe i zagraniczne. W tekście „Dezinformacja”, Rafał Brzeski podaje, że: „operacje dezinformacyjne polskich służb prowadziła specjalna komórka w Referacie C Oddziału II Sztabu Głównego występująca w dokumentach pod nazwami Ekspozytura Lotna, L.VI oraz Referat I.
W latach 1926-1930 komórki dezinformacyjne Oddziału II przygotowały ponad 430 spreparowanych dokumentów. Co najmniej 176 podsunięto wywiadowi niemieckiemu, około 120 sowieckiemu, 10 brytyjskiemu, 2 litewskiemu i jeden wywiadowi łotewskiemu. Dane te są najprawdopodobniej zaniżone, gdyż na wielu materiałach dezinformacyjnych brak adnotacji o ich wykorzystaniu.” Autor przytacza też opinię płk. Tadeusza Pełczyńskiego z roku 1936, w której Szef Oddziału II Sztabu Generalnego jasno sprecyzował cele Rosji:
Armia Czerwona skorzysta z pierwszej nadarzającej się okazji, żeby wtargnąć do Polski i pozostać w niej. To, czego chce Rosja, to zupełne zniknięcie państwa polskiego; czerwoni zostawiliby nam może nazwę i nasz język, ale z punktu widzenia duchowego bylibyśmy całkowicie wchłonięci”.
Trzeba przypomnieć, że cała historia myśli politycznej II Rzeczypospolitej, była w znacznej mierze kształtowana przez antykomunizm, a on sam, był czymś znacznie ważniejszym niż prostą, propagandową odpowiedzią na sowieckie zagrożenie. „Bardzo dalecy jesteśmy od bolszewizmu- mógł powiedzieć Józef Piłsudski, w maju 1919 roku – „Widząc spustoszenie, dokonane przez ustrój komunistyczny, nie rozumiem, jak mogą istnieć w Europie socjaliści, odnoszący się do niego przychylnie”.

sobota, 2 grudnia 2017

REKONSTRUKCJA CZY CYROGRAF Z PAŁACEM ?

W roku 2005, prezes PiS pomylił się „tylko” o nominacje Marcinkiewicza i Sikorskiego. Konsekwencje tych błędów mogły wówczas zdecydować o klęsce wielu projektów nowego rządu, w tym, o  zaniechaniu sprawy najważniejszej – likwidacji „długiego ramienia Moskwy”.
Dziewięć lat później, pan Kaczyński popełnił „błąd” bardziej tragiczny w skutkach, rekomendując Andrzeja Dudę na stanowisko głowy państwa. 
Określenie „błąd” musi być ujęte w cudzysłów, ponieważ nie mam żadnej pewności, czy tym razem „komputer” pana Kaczyńskiego nie dokonał wyboru w pełni świadomego, intencjonalnego.
Naprawa personalnych błędów prezesa PiS odbywa się zwykle pod przykryciem tzw. mechanizmów demokracji i jest dokonywana podczas zabiegu zwanego „rekonstrukcją rządu”. 
W lipcu 2006 roku, błędy skorygowano w sposób możliwe najprostszy - przyjmując prośbę o dymisję, złożoną przez samego premiera Marcinkiewicza. Identyczną metodą - poprzez prośbę o dymisję „wyregulowano” też sprawę Sikorskiego. 
Dziś taki zabieg byłby mocno utrudniony, dlatego mitolodzy demokracji muszą wysilić się na  większą inwencję. Tym większą,że sytuacja jest zdecydowanie trudniejsza.
Jeśli po dwóch latach  piętrzenia medialnej zasłony propagandowej, „wybudzenie” Andrzeja Dudy, było zaskoczeniem dla pana Kaczyńskiego, mielibyśmy dowód politycznego infantylizmu prezesa PiS, zaś  naprawa  "błędu" mogłaby okazać się niewykonalna.
Jeśli jednak operacja „wybudzenia” została zaplanowana i stanowi jeden z warunków postawionych przez „akuszerów” nowego rozdania,  reakcja szefa PiS powinna uwzględniać reguły narzucone „zwycięzcom” z roku 2015. Musi też prowadzić do odblokowania tych projektów „dobrej zmiany”, które najmocniej oddziałują na emocje społeczne. Po tym, co wydarzyło się w lipcu br. , dalsze „straty wizerunkowe”, byłyby nazbyt groźne.
Dzięki szybkiej interwencji dyspozycyjnych „wolnych mediów” udało się już uniknąć skojarzenia „zdrady” Andrzeja Dudy z osobą prezesa PiS. O ile wybraniec pana Kaczyńskiego jest dziś nawet (umiarkowanie) krytykowany przez rządowych żurnalistów, o tyle ten, który uszczęśliwił wyborców kandydaturą pana Dudy, bywa nieodmiennie przedstawiany jako polityczny geniusz, największy strateg i jedyna nadzieja Polaków.    
Gdy przed dwoma miesiącami napisałem, że „nie ma żadnych podstaw, by rozdzielać (jak czynią to propagandyści) zachowania prezydenta od intencji pana Kaczyńskiego. To on ponosi całkowitą odpowiedzialność za „wybudzenie” Andrzeja Dudy, za prezydencką frondę i mistyfikację „dobrej zmiany”. Nie ma asymetrii w tych postawach. Jest za to kolejna klęska „złożonej strategii” szefa PiS, który wzorem użytecznych głupców z lat komuny, mógł uwierzyć, że idąc na „kompromis” z bestią, uda się stworzyć lub ocalić dobro” - akapit ten był cytowany jako dowód szalonych „teorii spiskowych”  i  „niepohamowanego krytykanctwa” autora. 
Przyznaję, że rządowe „wolne media” dokonały solidnej roboty propagandowej i skutecznie oddzieliły „zdradę” Andrzeja Dudy od „zdrowego korzenia” Prawa i Sprawiedliwości. Równie wyśmienitym posunięciem, było ogłoszenie (niemal natychmiast po lipcowych wydarzeniach) zamiaru „rekonstrukcji rządu” oraz rozgrywanie tego tematu przez kolejne miesiące.

sobota, 12 sierpnia 2017

PREZYDENT MUSI BYĆ NICZYM LATARNIA…

Daleki jestem od posądzania pana prezydenta o działania nierozważne lub przypadkowe. Z jeszcze większym dystansem oceniam rozmaite „teorie ambicjonalne” oraz diagnozy o „konfliktach silnych osobowości”. Nie byłoby tego typu fantazji, gdyby głoszący je zechcieli zrozumieć treść zeznań Andrzeja Dudy z 29.10.2010 roku, złożonych przed zespołem smoleńskim Antoniego Macierewicza, ale też potrafili dostrzec, kim naprawdę jest ów wyniesiony na wyżyny prawnik, na tle historycznej postaci obecnego ministra obrony narodowej.
Prezydent musi być niczym latarnia morska - szukać tych, którym należy pomóc i ostrzegać przed zagrożeniem” –  20 maja 2015 roku napisał na Twitterze ówczesny kandydat na prezydenta i – paradoksalnie, trzeba było ponad dwóch lat, by ten „pijarowski” frazes nabrał stosownej treści.
Bo rzeczywiście - prezydent Andrzej Duda jest dziś „latarnią morską” i prawdziwie „ostrzega przed zagrożeniami”.
Jest „latarnią” dla ludzi Targowicy i tzw. elit III RP, które trafnie wiążą z nim nadzieje na zablokowanie zmian i reaguje dokładnie tam, gdzie zagrożone są najżywotniejsze interesy sukcesorów komuny.
W działaniach tego pana dostrzegam też logikę wpisaną w wielowątkową operację wojny hybrydowej oraz w strategię środowiska, które od 2013 roku aranżowało „nowe rozdanie” – zakończone wygraną A. Dudy i partii pana Kaczyńskiego.
Nie jest to opinia stworzona na gruncie ostatnich decyzji pana prezydenta.
Wysyp różnej maści mędrców, którzy dopiero dziś dywagują o „zawiedzionych nadziejach”, „zawróconym prezydencie”, a nawet „strażniku ubekistanu” i z zapałem wygłaszają gołosłowne teorie, potwierdza jedynie tragiczną kondycję „wolnych mediów”. To ludziom z rządowych przekaźników, wyborcy PiS zawdzięczają bolesne „zderzenie ze ścianą” i perspektywę dalszych rozczarowań. To one hołubiły i kreowały na „męża stanu” postać, która od dawna powinna być oceniana wyłącznie w kontekście realnych poczynań, ale też ogromu zaniechań.
We wrześniu 2015 roku, w tekście „NIEPRZEMIJAJĄCY UROK REŻIMU BELWEDERSKIEGO” napisałem, że „prezydentura pana Dudy otoczona jest przedziwną atmosferą. Za niedopuszczalne i niepoprawne uważa się stawianie jakichkolwiek pytań panu prezydentowi, zaś wyrażanie opinii krytycznych, jest uznane za działanie wrogie.
Ta atmosfera doskonale pokazuje rzeczywistą wartość "nowego rozdania", obnaża jakieś potężne lęki i skrywa niejasne, mętne intencje.  Wydawałoby się , że po pięcioletniej "cмутное время", powinniśmy zacząć traktować głowę państwa, jako "naszego", polskiego przedstawiciela. To by oznaczało, że możemy doń kierować swoje oczekiwania i postulaty, a co więcej - liczyć na ich wysłuchanie. To również oznacza pewną transparentność działań pana prezydenta, formułowanie jasnych celów, wniosków i ocen.”
Rozpostarcie nad prezydentem Dudą medialnego „parasola ochronnego” (identycznie ośrodki propagandy osłaniały B.Komorowskiego) sprawiło, że dopiero ataki na ministra Macierewicza, weto prezydenckie i widowiskowa odmowa nominacji generalskich, otworzyły oczy niektórym wyborcom PiS. Otworzyły, ale często na teorie bałamutne i bezpodstawne. Przypisywanie panu prezydentowi, jakoby ulegał wpływom niemieckim (a nawet żydowskim) i tłumaczenie tym procesu „wybudzenia”, jest może miłe dla ucha niektórych fantastów i agentury Putina, ale trudne do obrony na gruncie faktów. 
Bo tu i teraz, nadal działają nasze „rodzime szatany” i nie warto „umiędzynaradawiać” czegoś, co na odległość cuchnie wojskowymi onucami.

środa, 22 marca 2017

GRA NA „WYBUDZONEGO” PREZYDENTA

List Andrzeja Dudy do szefa MON wpisuje się w cele kombinacji operacyjnej wymierzonej w Antoniego Macierewicza i może zapowiadać eskalację konfliktu na linii Belweder-MON. Nie wykluczam, że świadome uczestnictwo ośrodka prezydenckiego w „esbeckim gambicie” stanowi preludium przed próbą odwołania ministra obrony narodowej. Za taką interpretacją intencji prezydenta przemawia forma i treść listu oraz sposób i miejsce upublicznienia tej informacji.
Jako zwierzchnik Sił Zbrojnych Andrzej Duda ma oczywiste prawo wyrażania opinii na temat funkcjonowania resortu obrony, a tym bardziej, do troski o stan armii i sprawy dotyczące bezpieczeństwa. Nie dziwi zatem sam list, lecz to, w jakich okolicznościach powstał, jakich spraw dotyczy oraz kiedy i jak został upubliczniony.
Wskaże tylko najważniejsze okoliczności związane z tym wydarzeniem.
Jeśli list pana prezydenta został wysłany w ubiegły czwartek, tj. 16 marca br., należałoby wyjaśnić zachowanie prezydenckiego rzecznika  M. Magierowskiego, który dwa dni po wystosowaniu listy, 18 marca, podczas audycji w radiowej Trójce zapewniał, że „wszystkie nominacje w armii są w pełni uzgodnione z panem prezydentem”, a zdaniem Andrzeja Dudy – „wymiana kadr w armii postępuje w sposób spokojny, nie ma zagrożenia destabilizacją na szczytach hierarchii wojskowej”. Magierowski podkreślał również, że „pan prezydent spotyka się bardzo regularnie z szefem MON”. Z wypowiedzi prezydenckiego ministra w żaden sposób nie wynikało, by Andrzej Duda miał być zaniepokojony sprawami obsady stanowisk lub chciał wyrażać jakieś „oczekiwania” wobec szefa MON – co dobitnie sformułował w liście. Zasadnym jest pytanie – jeśli dochodziło do „bardzo regularnych” spotkań obu polityków, po co potrzebna była nadzwyczajna i spektakularna forma listowego wystąpienia? Czy tego rodzaju spraw nie można było uzgodnić podczas osobistego spotkania?
Poważne podejrzenia powinien budzić sposób ujawnienia informacji. Choć list prezydenta nie był dokumentem tajnym, to należałoby wyjaśnić – w jakich okolicznościach doszło do przecieku i kto tego dokonał? Byłoby to tym łatwiejsze, że taka korespondencja nie trafia do rąk podrzędnych urzędników, a zatem krąg potencjalnych donosicieli jest stosunkowo niewielki.
Do listu miał rzekomo dotrzeć reporter "Faktów" TVN Krzysztof Skórzyński i właśnie w tym medium ujawniono treść korespondencji. To zaskakujące, że przeciek pojawił się w stacji, która od wielu miesięcy nagłaśniała dokładnie te same sprawy i tematy, jakie zawarto w prezydenckim wystąpieniu. Ów „reporter śledczy” TVN był autorem programów, w których atakowano Antoniego Macierewicza za zwolnienia dotychczasowych attaché wojskowych i stawiano mu zarzuty opieszałości  w obsadzie tych stanowisk.
Czytając teksty publikowane na TVN24 i prezentowane tam głosy żarliwych obrońców oficerów zwolnionych z ataszatów, można dojść do wniosku, że autor prezydenckiego listu został wręcz zainspirowany tematyką rozgrywaną przez tą stację. Jeśli w liście Andrzeja Dudy wyrażano „zaniepokojenie” brakiem obsady ataszatów w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Szwecji, Bułgarii czy na Ukrainie – dokładnie tych samych kwestii dotyczyła troska organu TVN.
Nie jest to  przypadkowa tematyka.

środa, 8 lutego 2017

ESBECKI GAMBIT

Jedna z metod pracy operacyjnej SB polegała na atakach wymierzonych w rodzinę, bliskich oraz osoby z otoczenia figuranta. Sięgano po nią tym chętniej, jeśli sam figurant – z powodu pozycji społecznej, autorytetu lub środowiskowej reputacji, znajdował się poza zasięgiem bezpośrednich działań esbeków, zaś klasyczne metody operacyjne (podsłuchy, inwigilacja, prowokacje) nie przyniosły spodziewanych rezultatów.
Atak na osoby bliskie czy współpracowników stosowano wtedy, gdy (mimo usilnych starań esbeków) nie potrafiono znaleźć żadnego „haka” ani skutecznego komprmateriału na samego figuranta. Zastraszając i nękając ludzi z jego otoczenia, liczono nie tylko na pozyskanie takich narzędzi, ale też na wzbudzenie w figurancie poczucia „winy” („to przez ciebie muszą cierpieć bliskie ci osoby”) oraz zmuszenie go do określonych zachowań, ustępstw i rezygnacji.
Ponieważ III RP zbudowano na pakcie esbeków z ich agenturą i z tego środowiska wywodzi się większość przedstawicieli obecnych „elit”, również zasady pracy operacyjnej SB zostały zaprzęgnięte w  rozgrywki i schematy działań publicznych. Tam, gdzie ludzie ślepi lub głupi chcą dostrzegać „mechanizmy polityczne” i śledzić „naturalne procesy demokracji”, zwykle mamy do czynienia z klasyczną kombinacją operacyjną i pragmatyką pracy służb specjalnych.
Teza ta doskonale się broni na przykładzie obecnej wojny hybrydowej – rozgrywanej według zasad zaczerpniętych z arsenału SB: poczynając od akcji propagandowych i dezinformacyjnych (z wykorzystaniem funkcjonariuszy z podległych ośrodków medialnych), poprzez gry i kombinacje wymuszające określone zachowanie przeciwnika, po stosowanie prowokacji i dywersji politycznej, jako formy działania partii i grup określanych mianem „opozycji”. Również analiza narzędzi wykorzystywanych przez ową „opozycję” nie pozostawia wątpliwości, że mocodawców i źródeł inspiracji należy szukać w środowisku byłych esbeków.
Sami zaś, tzw. politycy „opozycji” oraz poszczególne indywidua wystawiane na widok publiczny, spełniają w tej grze rolę „słupów ogłoszeniowych” i nie posiadają większych właściwości sprawczych.
W ramach prowadzonej przez to środowisko wojny, można wskazać jeden, za to niezwykle spektakularny przykład, który znakomicie obrazuje charakterystykę pracy operacyjnej bezpieki i obnaża intencje mocodawców „opozycji”.
Od wielu miesięcy, a dokładnie od dnia likwidacji tzw. Centrum Eksperckiego NATO (grudzień 2015) osoba Bartłomieja Misiewicza znajduje się na celowniku środowisk chcących uderzyć w samego szefa MON. Ataki na dyrektora gabinetu politycznego, są efektem stosowania opisanej powyżej metody operacyjnej i częścią kombinacji zmierzającej do pozbawienia stanowiska Antoniego Macierewicza . To jest przyczyna owej „koncentracji wysiłku dezinformacyjnego”, o którą pytał niedawno szef MON.
„Zastępczy cel” nie jest oczywiście przypadkowy.
Likwidacja „Centrum”, w której aktywnie uczestniczył Bartłomiej Misiewicz uniemożliwiła ludziom ze środowiska b.WSI stworzenie „eksterytorialnej” służby specjalnej, wyjętej spod władzy i jurysdykcji ministra obrony narodowej.  Szefami nowej struktury mieli zostać oficerowie SKW, przyjęci do służby przez reżim PO-PSL. Projekt realizowany przez ówczesne kierownictwo SKW, miał stanowić rodzaj „wyborczego spadochronu”, dzięki któremu oficerowie ci staliby się  „nietykalni” i praktycznie nieusuwalni ze struktur Sił Zbrojnych. Jedynie szybka i zdecydowana reakcja ministra Macierewicza, zapobiegła tym planom. Na odpowiedź „skrzywdzonych” nie trzeba było długo czekać. Pułkownik Dusza wysmarował natychmiast sześciostronicowy elaborat, a publikująca go „GW” przypuściła atak na nowe kierownictwo MON, alarmując o „Demolce kontrwywiadu”. Marek Biernacki, były koordynator służb specjalnych, w liście do prezydenta Andrzeja Dudy zadawał zaś dramatyczne pytanie - "Czy przypadkiem celem niespodziewanego najścia nie była  potencjalna a bardziej domniemana zawartość kasy pancernej w CEK NATO? Ciekawe, a na jakie to dokumenty liczyli trafić kontrolerzy ministra?"

niedziela, 22 stycznia 2017

CHIŃSKA MAŁPA I GŁUPI TYGRYS

Prezydentura Donalda Trumpa nie przyniesie przełomu. Nie zmieni globalnych relacji na korzyść Ameryki i nie wpłynie na zmniejszenie światowych zagrożeń. Donald Trump nie tylko nie odbuduje mocarstwowej pozycji USA, lecz swoją krótkowzroczną, dyletancką polityką wzmocni jej największego wroga.
Kardynalnym błędem Donalda Trumpa nie jest koncepcja odbudowy stosunków z Rosją. Nie jest nim również upatrywanie w Putinie sprzymierzeńca w walce z terroryzmem, przyzwolenie na okupację Krymu czy uczynienie z kremlowskiego watażki głównego gracza na Bliskim Wschodzie. Te groźne kryteria, mające ułatwić ludziom Trumpa robienie interesów z Rosją, są zaledwie konsekwencją znacznie poważniejszej herezji.
Błędem, który wyklucza Trumpa z grona wielkich graczy i wizjonerów politycznych, jest przekonanie, że można „rozegrać” Rosję przeciwko Chinom i na odbudowie relacji z Putinem doprowadzić do osłabienia Państwa Środka.
Jakiekolwiek motywy przypisać działaniom nowego przywódcy USA i jakkolwiek oceniać infantylizm jego poglądów na świat, to stanowisko ujawnia zatrważającą ignorancję polityczną i już dziś pozwala przewidzieć fiasko amerykańskiej strategii.
Gdy w jednym z niedawnych wywiadów, Donald Trump przyznał, że „chciałby wykorzystać wszelkie dostępne środki, aby zbalansować stosunki z Moskwą i Pekinem” i zapewnił, że „dopóki nie zauważy zmiany w podejściu Pekinu do szkodzących gospodarce USA praktyk walutowych i handlowych nie będzie się trzymał porozumienia z ChRL z roku 1979”, ujawnił przywiązanie do najgroźniejszego zabobonu politycznego XX wieku. Jego ciepłe deklaracje pod adresem Putina -"Jeśli się porozumiemy i Rosja faktycznie nas wesprze, jeżeli ktoś robi naprawdę wspaniałe rzeczy, dlaczego utrzymywać sankcje?” oraz naiwna wiara, że umizgi do pułkownika KGB stworzą przeciwwagę dla relacji z Chinami, są dla mnie dostatecznym argumentem, by odmówić Trumpowi miana poważnego polityka.   
Genezy fałszywej wizji, w której Rosję można „rozegrać” przeciwko Chinom należy doszukiwać się w koncepcji wyrażonej onegdaj przez Winstona Churchilla - o gotowości „sprzymierzenia się z diabłem, żeby tylko wypędzić szatana”. Zaledwie „diabłem” miał być wówczas Stalin, odpowiedzialny za śmierć blisko 200 milionów istnień. W opinii przywódców „wolnego świata” stanowił on mniejsze zagrożenie od „szatana” – Hitlera, winnego zagładzie prawie 60 milionów ludzi.
Współczesna geopolityka stanowi prostą kontynuację tamtej mitologii i wspiera na szalbierskich dogmatach ustanowionych w czasach Jałty. Nie ma w niej miejsca na racjonalną metodologię, która uwzględniałaby rzeczywiste relacje „diabła i szatana” ani na prawidłową ocenę głównej broni światowego komunizmu - strategii podstępu i dezinformacji.

czwartek, 22 grudnia 2016

TRZECI TEST

Poświęcanie czasu analizie rzeczywistości pod rządami „dobrej zmiany” jest czynnością tyleż jałową, jak bezużyteczną. Apologeci Prawa i Sprawiedliwości nie są zainteresowani podobnymi refleksjami, zaś  stali czytelnicy bezdekretu mogą poczuć znużenie powielaniem krytycznych uwag.  Byłaby to reakcja tym bardziej uzasadniona, że sierpniowym tekstem „NIE BĘDZIEMY RAZEM. KONKLUZJA” zakończyłem publicystyczną przygodę z partią pana Kaczyńskiego i nie mam tym ludziom nic więcej do powiedzenia.
Po tym, co wydarzyło się w ostatnich dniach, muszę jednak powrócić do niewdzięcznej tematyki i zaproponować refleksję bynajmniej nieświąteczną. Nie robię tego, by okazać troskę o dalsze losy „dobrej zmiany” i przyszłość polityków PiS, ale z powodu zagrożeń, jakie w najbliższej perspektywie przyniesie nam bezmierna słabość i indolencja zakładników mitologii demokracji. Trzeba o tym powiedzieć, nim świąteczny nastrój lub zalew partyjnej demagogii „wolnych mediów”, zatrą pamięć o skali zagrożenia.
W styczniowym tekście  „SAMOBÓJSTWO W OBRONIE DEMOKRACJI” sformułowałem opinię, że „jeśli nawet nastąpi dziś wyciszenie kombinacji i chwilowa zmiana retoryki, to doświadczenia płynące z reakcji PiS-u zostaną z pewnością zapamiętane i spożytkowane” oraz prognozę, iż celem ówczesnej kombinacji było „zainicjowanie procedury obalenia tego rządu i w najbliższej przyszłości należy się spodziewać powtórzenia sprawdzonego scenariusza.”
Prognoza była tym łatwiejsza, że rząd PiS cyklicznie popełnia te same błędy i panicznie boi się siłowej rozprawy z Obcymi. Nigdy nie podjęto tematyki zagrożeń dywersją polityczną i atakami ośrodków propagandy, zignorowano kolejne odsłony wojny hybrydowej i pozwolono na eskalację szeregu negatywnych czynników. Ówczesna kombinacja związana z tzw. unijną „debatą nad stanem demokracji” w III RP i kampanią szkalowania państwa na arenie międzynarodowej, była pierwszym, przygotowawczym etapem.
Autorzy kombinacji mogli się dowiedzieć, że rząd „georealistów” z PiS uczyni wszystko, by w drodze „dialogu i porozumienia” zadowolić oczekiwania eurołajdaków i uchronić się od najgorszego przekleństwa poprawności politycznej – posądzeń o niedemokratyczność. Zrozumiano też, że, Jarosław Kaczyński, słynący z poszanowania zasad demokracji i zapewnień o jej prymacie, zawsze podda się dyktatowi tej mitologicznej normy. Cele ówczesnej kombinacji obejmowały testowanie reakcji grupy rządzącej, przećwiczenie procedur służących obaleniu rządu, związanie uwagi ośrodków rządowych sztucznie wywołanymi problemami, destabilizacje organów państwa oraz pacyfikację (uprzedzenie) ewentualnych działań wymierzonych w wewnętrznych wrogów.
Kolejny etap dywersji politycznej przećwiczono w przeddzień lipcowego szczytu NATO. Poprzez fałszywe i całkowicie irracjonalne oskarżenia, zaatakowano wtedy nie tylko osobę szefa MON, ale również jego małżonkę, generując w ten sposób patologiczne zainteresowanie opinii publicznej oraz budując atmosferę podejrzeń i pomówień. Kolejny krok polegał na włączeniu w akcję politycznej agentury wpływu i wykorzystaniu fałszywych zarzutów, jako pretekstu do sformułowania wniosku o odwołanie Antoniego Macierewicza. Korelacja poszczególnych etapów dowodziła, że mieliśmy do czynienia z działaniem zsynchronizowanym i całkowicie zamierzonym, którego kulminacja miała nastąpić w przededniu warszawskiego szczytu. Dzięki ścisłej współpracy prorządowych „wolnych mediów”, rezonujących każdy występ „opozycji” oraz braku reakcji ze strony organów państwa, łatwo osiągnięto cele operacji. Podważono zaufanie do osoby ministra, przekierunkowano uwagę opinii publicznej, wywołano chaos i zamęt informacyjny oraz doprowadzono do osłabienia pozycji negocjacyjnej Polski i wytworzenia negatywnego wizerunku grupy rządzącej w oczach natowskich partnerów.  
Powodzenie tych wstępnych etapów wojny hybrydowej, zawdzięczamy dwóm czynnikom: dominacji dogmatyki politycznej (partyjnej) nad sprawami bezpieczeństwa oraz braku procedur i mechanizmów obronnych służących eliminowaniu zagrożeń wewnętrznych. W obu przypadkach ujawniła się kompletna bezczynność i indolencja służb specjalnych oraz podatność partii rządzącej na retorykę mitologii demokracji.

Obecny, trzeci etap testowania, jest tylko naturalną konsekwencją wcześniejszych błędów i politycznej głupoty PiS, ale świadczy też o postępującej dynamice działań zaczepno-sondażowych. Pretekst, pod jakim podjęto próbę puczu antyrządowego jest całkowicie nieistotny, zaś skupianie „analiz politycznych” na poszczególnych decyzjach PiS (farsa ustawy dezubekizacyjnej, rozporządzenie marszałka Sejmu, itp.) dowodzi niezrozumienia logiki agresora.

czwartek, 27 października 2016

KSIĄŻKA ROTHA – W PUŁAPCE DEZINFORMACJI

Gdybyśmy przyjęli, że w Smoleńsku doszło do zbrodniczej akcji służb Putina, trzeba również założyć, że byłaby to największa i najpoważniejsza tego typu operacja w historii służb specjalnych. Jej zakres nie da się porównać z żadną znaną lub domniemaną ingerencją tajnych służb. Katastrofa w Gibraltarze, zabójstwo Kennedy'ego, zamach na Jana Pawła II czy jakiekolwiek akty terrorystyczne, nie mogą być porównywalne ze zdarzeniem, w którym ginie urzędujący prezydent europejskiego państwa, grupa najwyższych rangą dowódców armii NATO i elita państwowych oficjeli.
Jest oczywiste, że takiej operacji musiałyby towarzyszyć nadzwyczajne środki zabezpieczające, adekwatne do wagi i skali zjawiska. Przy obecnym rozwoju sieci informatycznej i zaawansowanych technologiach wywiadowczych, całkowita blokada informacji byłaby niemożliwa. Gwarancję zamachowcom dawałaby natomiast główna broń rosyjskich służb i sięgniecie po narzędzia dezinformacji.
Już od 10 kwietnia 2010 można było zauważyć, że kreowanie kolejnych, nawet najbardziej szokujących hipotez na temat tragedii smoleńskiej, nie stanowi zagrożenia dla Rosji. Zostały one wpisane w mechanizmy dezinformacji i służyły odwróceniu uwagi od kwestii rzeczywiście istotnych.  Im więcej teorii się pojawiało, im bardziej są nagłaśniane i komentowane, tym lepiej dla służb kierujących operacją. Groźna byłaby tylko jedna, prawdziwa wersja oraz wiedza, prowadząca do poznania rzeczywistych okoliczności zdarzenia. Wszystkie pozostałe pracowały na korzyść kreatorów dezinformacji; wywołując pożądany szum informacyjny, ośmieszając „teorie spiskowe”, przytłaczając odbiorców rozmaitością szczegółów i utrudniając im dotarcie do merytorycznych ustaleń. Osłona dezinformacyjna przypomina wówczas wirus atakujący system immunologiczny organizmu. Uodparnia go na działanie prawdy i  czyni obojętnym wobec kolejnych dociekań.
Przez ostatnie sześć lat byliśmy świadkami budowania rozmaitych hipotez i naprowadzania opinii publicznej na fałszywe tropy. Prócz tzw. raportu MAK, który należy zaliczyć do klasycznej, rosyjskiej dezinformacji, z katalogu takich działań można wymienić sztandarowy produkt polskojęzycznych służb – tzw. teorię maskirowki czy dywagacje mówiące o nieumyślnej winie kontrolerów. Szereg publikacji i książek na temat Smoleńska zostało opartych na „tajnej wiedzy” autorów lub zainspirowanych grą służb specjalnych.

Kolejna książka Jurgena Rotha całkowicie wpisuje się w tego rodzaju kampanie. Ponieważ rzecz dotyczy wyjątkowo podstępnej hipotezy i wydaje się mieć związek z intencjami naszych zachodnich sąsiadów, warto poświęcić uwagę tej publikacji. Tym bardziej, że za sprawą głównych rezonatorów dezinformacji -tzw. wolnych mediów, związanych z grupą rządzącą, tezy Rotha są usilnie forsowane i rozpowszechniane.

środa, 21 września 2016

WOJNA W KTÓREJ CHĘTNIE GINIEMY

Uważam za mało prawdopodobne, by ośrodki propagandy zaatakowały dziś Pałac Prezydencki lub niepokoiły szefów MSZ czy MSW. Trudno też sobie wyobrazić, że obiektem zmasowanej agresji propagandowej mogłaby stać się premier Beata Szydło.
Atak ze strony polskojęzycznych przekaźników jest wręcz nieomylną wskazówką – czyje i jakie działania wywołują poczucie zagrożenia antypolskich środowisk i gdzie dostrzegają one potencjał rzeczywistej siły. A skoro życiem publicznym III RP rządzą koterie służb i grupki obcych interesów, ataki te służą eliminowaniu niewygodnych postaci i kształtowaniu pokomunistycznej rzeczywistości.
Nie ma cienia przypadku, że osoba Antoniego Macierewicza od wielu lat stanowi pierwszorzędny cel medialnej agresji, a ludzie z nim współpracujący stają się obiektem rozmaitych gier i kombinacji operacyjnych.  Tak było od początku lat 90., gdy konserwowano komunistyczną hybrydę i pod hasłami „pluralizmu i demokracji” legalizowano nową odsłonę PRL-u. Pojawienie się Macierewicza w roli wiceministra MON, likwidatora WSI i nowego szefa SKW, wywołało kolejną falę wściekłych reakcji. Tym mocniejszych, że twórca KOR zachwiał wówczas kluczowym ośrodkiem triumwiratu III RP i zlikwidował „peryskop, za pomocą którego Rosjanie pozyskiwali wiedzę o mechanizmach funkcjonowania naszego państwa”( © prof. A.Zybertowicz). Takich rzeczy się nie wybacza.
Od czasu, gdy kandydat na marszałka Sejmu Bronisław Komorowski, w reakcji na wezwanie przez Komisję Weryfikacyjną oświadczył- „Pan Macierewicz powinien zniknąć”, osoba likwidatora WSI znalazła się na celowniku reżimowych propagandystów, zaś czekistowska nienawiść do Macierewicza do dziś integruje twardogłowych idiotów i „skrzywdzonych” agentów.
Dlatego w latach 2008-2009 na wszelkie sposoby utrudniano pracę Komisji Weryfikacyjnej WSI, zniesławiano i zastraszano jej członków, a wokół procesu likwidacji wytworzono atmosferę oskarżeń i klimat nielegalnych działań. Pod koniec 2007 roku rozpoczęto zaś kombinację operacyjną z udziałem ludzi WSW/WSI, szefostwa ABW oraz ówczesnego marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego, nazwaną przeze mnie aferą marszałkową. Częścią kombinacji, prowadzonej w dużej mierze przez ośrodki propagandy, była kampania oszczerstw i pomówień pod adresem Antoniego Macierewicza oraz akcja dezinformowania społeczeństwa na temat przyczyn i skutków likwidacji wojskowych służb.
W kolejnych latach rozgrywano ją również w sieci internetowej, gdzie obejmowała głównie te obszary, w których toczyło się tzw. śledztwo blogerskie w sprawie tragedii smoleńskiej. Pojawiały się publikacje, których autorzy w sposób niewybredny atakowali przewodniczącego zespołu parlamentarnego i usilnie podważali ustalenia ekspertów smoleńskich.
Gdy Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory parlamentarne, natychmiast przystąpiono do „palenia” kandydatury likwidatora WSI na stanowisko szefa MON. W tym kontekście trzeba odczytywać szereg publikacji zamieszczonych w jednym z „niezależnych” mediów.
Do ataku przystąpiły też ośrodki propagandy. Cytując zmanipulowane wypowiedzi z Chicago i Toronto na temat Aneksu WSI, próbowano ukazać kandydata na szefa resortu jako osobę nieodpowiedzialną i fanatyczną. Skorelowane z tym występy E. Kopacz oraz brednie wygłaszane przez pomniejszych funkcjonariuszy reżimu, pozwoliły ponownie nakręcić histeryczną kampanię pomówień.

piątek, 5 sierpnia 2016

PRZEGRANA WOJNA – (2) TERAPIA


Warunkiem zastosowania adekwatnych środków jest prawidłowa diagnoza. Ponieważ władze III RP nie są zdolne do rozpoznania zagrożeń wewnętrznych i próbują je tłumaczyć logiką „mechanizmów demokracji”, nie należy spodziewać się podjęcia skutecznej terapii.
W realiach państwa owładniętego mitologią demokracji nie sposób oczekiwać, że środowiska nazywane dziś „opozycją”, będą potraktowane jako dywersanci lub określone mianem politycznej agentury wpływu. Tym większą naiwnością byłoby sądzić, że ośrodki wrogiej propagandy (nazywane mediami prywatnymi), w których tak chętnie brylują politycy PiS i urzędnicy prezydenta, zostaną zlikwidowane bądź poddane jakimkolwiek ograniczeniom.
Świadomość takiego stanu sprawia, że proponowane poniżej rozwiązania mają wyłącznie walor teoretyczny i nie znajdą zastosowania w okresie rządów Prawa i Sprawiedliwości. Wskazuję je, jako przyczynek do dyskusji nad rzeczywistymi zagrożeniami, mając nadzieję, że doczekamy się kiedyś rządu, który odrzuci antypolskie dogmaty mitologii III RP i przywróci Polakom poczucie bezpieczeństwa.

Za pierwszy i nieodzowny warunek walki z zagrożeniami wewnętrznymi uważam przeprowadzenie wielowątkowej terapii językowej - semantycznej. Chodzi o odbudowę podstawowego systemu pojęć zniszczonych lub zdewaluowanych w okresie okupacji komunistycznej i trzech dekad pseudo państwowości III RP.
W życiu publicznym (w świadomości społecznej) trzeba przywrócić znaczenie słowom definiującym zagrożenia i opisującym stan rzeczywisty. Określenia „zdrada”, „dywersja”, „dezinformacja”, „wojna informacyjna”, „wroga propaganda”, „operacja wojny hybrydowej” itp. - muszą być sprecyzowane na nowo i włączone do języka publicznego (ustawy, regulacje prawne, przekaz medialny). Trzeba zaprzestać traktowania ich jako niewygodnych, a często „kontrowersyjnych” epitetów i przyjąć, że opisują autentyczne zachowania. Należy stosować je w odniesieniu do działań przedstawicieli partii politycznych i mediów i używać adekwatnie do obszaru zagrożeń. Penalizacja tych czynów powinna skutkować wprowadzeniem dotkliwych kar pozbawienia wolności, ograniczenia lub zakazu działalności poszczególnych partii politycznych i ośrodków medialnych.
Bez przeprowadzenia takiej operacji, nie ma mowy o zrozumieniu istoty zagrożeń związanych z wojną hybrydową i działaniem politycznej agentury wpływu. Ponieważ wymaga to rozstania z miazmatami poprawności politycznej i rezygnacji z języka dogmatyki III RP, jest to zadanie niewykonalne dla obecnych elit politycznych.
W tym samym obszarze działań, znajduje się postulat sporządzenia nowej strategii bezpieczeństwa narodowego, odpowiadającej skali obecnych zagrożeń.
Chyba niewiele osób ma świadomość, że obowiązująca dziś strategia powstała w roku 2014, pod kierunkiem byłego szefa BBN Stanisława Kozieja i stanowi zbiór tyleż jałowych, jak błędnych ogólników, nazwanych szumnie „strategią Komorowskiego”.  Również widniejąca na dzisiejszej stronie BBN, tzw. Biała Księga Bezpieczeństwa Narodowego, jest dokumentem z roku 2013, w którym nie tylko nie uwzględnia się skali współczesnych zagrożeń, ale bezpieczeństwo Polski uzależnia od ułożenia „partnerskich stosunków” z Rosją – „Pozytywne znaczenie dla wzmocnienia pozycji Polski miałoby partnerskie ułożenie stosunków z Rosją, a nawet przełom we wzajemnych relacjach, przy założeniu odejścia Rosji od mocarstwowej polityki wobec swoich sąsiadów oraz obrania drogi ku zwiększonej demokratyzacji.” – czytamy w tym sztandarowym dziele.

środa, 27 stycznia 2016

SAMOBÓJSTWO W OBRONIE DEMOKRACJI

Wydarzenia związane z unijną „debatą nad stanem demokracji” w III RP, należy oceniać w kategorii porażki układu rządzącego. I to, co najmniej w dwóch ważnych obszarach.
Po pierwsze – PiS dopuścił, by temat „zagrożenia demokracji” został sfingowany, nagłośniony i narzucony Polakom, jako wiodący motyw walki politycznej. W efekcie, od czasu powołania rządu Beaty Szydło mamy do czynienia z dwiema, głównymi narracjami. Dotyczą one konfliktu z Trybunałem Konstytucyjnym oraz aktywności tzw. KOD-u i wywoływanych przez to środowisko tematów.
Okazuje się, że po ośmiu latach katastrofy rządów PO-PSL, po rujnującej kadencji Komorowskiego, setkach najpoważniejszych afer i przestępstw, Polacy nie znajdują dziś innych spraw, jak emocje towarzyszące działaniom „obrońców demokracji”.
W obszarze bieżącej polityki PiS nie dostrzeżemy nowych koncepcji, strategii i pomysłów. Nie ma wizji budowy wolnej państwowości ani publicznej debaty o patologiach III RP. Nie widać zamysłu rozliczenia poprzedniego reżimu, a tym bardziej woli naprawy krzywd, jakich doznali Polacy. 
Ten, kto wymyślił obecną kombinację, uderzył niezwykle celnie. Wiedział bowiem, że najsłabszym punktem PiS-u jest mitologia demokracji, a zarzut pogwałcenia tej świętości wywoła natychmiastową reakcję „obozu patriotycznego”. Politycy partii pana Kaczyńskiego prędzej potępią antysystemowych krytyków niż przyznają, że komunistyczna hybryda nie ma nic wspólnego z państwem prawa i demokracji.  
Wystarczyło zatem krzyknąć – „PiS niszczy demokrację”, by zewsząd rozległy się zapewnienia o jej poszanowaniu, a partyjne i medialne pajacyki podskoczyły w rytm prostackiego wrzasku. Punktem honoru każdego polityka PiS i żurnalistów „wolnych mediów”, stała się uroczysta deklaracja o wierności ideom demokracji oraz „polemika” z zarzutami atakujących.
To niepojęte, jak łatwo wmanewrowano partię Kaczyńskiego w prymitywną kombinację i jak ogromne osiągnięto korzyści. Pierwsze miesiące – najważniejsze dla tych, którzy chcieliby dokonać autentycznych zmian, zostały stracone i upływają na roztrząsaniu tematyki narzuconej przez kilku cwaniaków.  Ten ponury spektakl zastępuje prawdziwą walkę i jest namiastką rzeczywistych działań naprawczych.

czwartek, 21 stycznia 2016

NUDIS VERBIS 4 – KAPITAŁ DEZINFORMACJI

Anatolij Golicyn w książce „Nowe kłamstwa w miejsce starych. Komunistyczna strategia podstępu i dezinformacji” (Biblioteka Służby Kontrwywiadu Wojskowego 2007) przypominał, że sowiecka dezinformacja opierała się na błędach przeciwnika i przyswojonych przez niego stereotypach myślenia.  Z nich czerpała siłę i inspirację. Po to, by podstęp był wiarygodny i skuteczny, dezinformacja musiała jak najpełniej odpowiadać oczekiwaniom tych, którzy mają zostać oszukani.
Istota sowieckiej dezinformacji nie polegała zatem na zmyleniu przeciwnika, ale na  posłużeniu się nim samym do sprokurowania fałszywych informacji - na tyle podstępnych i niekorzystnych, że przyspieszały przegraną. By tak się stało, musiały zostać spełnione dwa warunki: należało doskonale poznać przeciwnika, by posługując się tą wiedzą nieustannie wzmacniać w nim naturalne skłonności do wyrażania idei sprzyjających realizacji celu. O ile podstawowa dezinformacja sprowadzała się do przedstawienia fałszu jako prawdy, o tyle dezinformacja stosowana przez Rosję miała na celu zmuszenie przeciwnika do stworzenia przez niego samego fałszywego obrazu wroga. 
Już Winston Churchill twierdził, że podczas wojny prawda jest tak cenna, iż trzeba jej zapewnić ochronę złożoną z kłamstw. Sowieci i ich sukcesorzy doskonale przyswoili tę zasadę.
Współczesne państwo Putina posiada bowiem dwie zasadnicze cechy: z jednej strony, kłamstwo jest dla niego naturalną formą istnienia, z drugiej zaś, znajduje się ono w stanie permanentnej wojny. Podstawowym orężem tej wojny, nierozerwalnie związanym z państwowością dzisiejszej Rosji, jest mistrzowsko stosowana dezinformacja. Używa się jej w taki sposób, by przeciwnik uwierzył w to, w co powinien wierzyć i umacniając błędne przeświadczenia na płaszczyźnie politycznej, gospodarczej lub militarnej, działał na własną zgubę
Czytelnicy muszą mi wybaczyć ten teoretyczny wstęp, ale bez przypomnienia zasad rosyjskiej strategii dezinformacji, nie można dziś prawidłowo oceniać i analizować wydarzeń związanych z państwem Putina.
Daleki jestem od przypisywania tej postaci cech geniuszu lub wyjątkowości. Putin nie posiada zbrodniczej perfekcji Stalina, obca mu jest przezorność kremlowskich starców i logika zimnych gier Breżniewa. Ten oficer KGB jest dziś jednak kreowany na najważniejszą postać światowej polityki i rozdaje karty w rozgrywkach militarnych potęg. Prześledzenie tego fenomenu, z pewnością przybliżyłoby nas do rozwikłania zagadek rosyjskiej dezinformacji, ale było bezużyteczne na potrzeby bieżącej polityki. Od dziesiątek lat ciąży nad nią odium fałszywej metodologii i błędnych wyobrażeń. Odium tak mocne, że nie ma dziś przywódcy „wolnego świata”, który odważyłby się postrzegać Rosję w jej właściwym wymiarze politycznym, ekonomicznym i militarnym.  
Ta i tylko ta okoliczność jest najpotężniejszym atutem Putina. Zdobytym nie poprzez podboje militarne bądź ekspansję polityczną, ale dzięki stosowaniu dezinformacji, w drodze podstępnych działań agenturalnych i propagandowych.
W ostatnich dwóch latach doświadczyliśmy aż nadto błędnych analiz, związanych z oceną rosyjskich intencji i potencjału militarnego. Nie chcę znęcać się nad „wybitnymi analitykami” znad Wisły i przypominać ubiegłorocznych zapowiedzi wiosennej ofensywy na Ukrainę czy katastroficznych wizji ataku nuklearnego na Warszawę. Ulubionym zajęciem „wolnych mediów” jest straszenie nas „Iskanderami wymierzonymi w Polskę” i epatowanie doniesieniami o „gotowości rosyjskiej broni atomowej”. Nikt wierniej nie spełnia roli rezonatora rosyjskich dezinformacji, jak publicyści i politycy straszących nas wojną z Rosją lub roztaczających wizję potęgi militarnej Putina. Wprawdzie upływ czasu powinien skorygować kształt takich „analiz” i zmusić ich autorów do refleksji, to niewiedza i brak pamięci czytelników znakomicie ułatwiają produkcję kolejnych, bezwartościowych dywagacji.

środa, 9 lipca 2014

OFFSET – CZYLI JAK ZAROBIĆ NA DRUGĄ KADENCJĘ


Podpisanie przez lokatora Belwederu nowej ustawy offsetowej,  to najważniejsze wydarzenie ostatnich dni. Ponieważ temat przekracza obszar medialnych wrzutek i jest bardziej skomplikowany od rezonowania kombinacji pt. afera podsłuchowa, nie został odnotowany przez „nasze” media, a tym bardziej, nie spotkał się z reakcją opozycji. To dostatecznie dobra rekomendacja, by zaprezentować go na moim blogu.
Nie chcąc zanudzać czytelników nadmiarem szczegółowym informacji, wskażę jedynie, że nowa ustawa o niektórych umowach kompensacyjnych zawieranych w związku z umowami dostaw na potrzeby obronności i bezpieczeństwa państwa oraz niektórych innych ustaw (jak brzmi jej pełna nazwa), dotyczy zamówień „niezbędnych dla bezpieczeństwa państwa”. Zgodnie z nowymi regulacjami, za realizację offsetu będzie odtąd odpowiedzialne Ministerstwo Obrony Narodowej, a nie (jak dotychczas) Ministerstwo Gospodarki. Druga istotna zmiana polega na odejściu od zasady, iż offset ma wspierać rozwój polskiej gospodarki. Od dziś  nowe umowy offsetowe przede wszystkim „mają służyć ochronie podstawowych interesów bezpieczeństwa państwa” i nie będą ograniczane interesem ekonomicznym. Oznacza to, że offset zmieni charakter z czysto ekonomicznego (jako czynnik kompensujący wydatki państwa poniesione za granicą) na obronny.
Jak wyjaśnia portal defence24.pl „od wejścia podpisanej 7 lipca w życie ustawy za offset będzie się uznawać współpracę między Skarbem Państwa a kontrahentem zagranicznym w celu zapewnienia polskiemu potencjałowi przemysłowo – obronnemu zdolności „niezbędnych z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa”, o charakterze produkcyjnym czy remontowym, a także transferu technologii. Wcześniej umowa offsetowa miała zapewnić udział zagranicznych dostawców w restrukturyzacji i rozwoju gospodarki Rzeczypospolitej Polskiej.”
Zdaniem twórców, nowa ustawa ma służyć „dostosowaniu  do wymogów prawa unijnego” i prowadzić do  wzmocnienia sił zbrojnych i krajowego przemysłu zbrojeniowego”. Gdyby III RP była państwem prawa i demokracji, zaś rządy sprawowali reprezentanci polskiej rację stanu - zapewne tak można byłoby interpretować niektóre zapisy ustawy. W hybrydzie PRL-u, to propagandowa mrzonka.
Ustawa offsetowa ma w zasadzie jedno, praktyczne zastosowanie. Od tej chwili MON (a właściwie ludzie zarządzający zbrojeniówką oraz grupa wyższych oficerów zajmujących się zakupami uzbrojenia) otrzyma prawo dokonywania transakcji według własnego uznania. Kryterium nazwane szumnie „podstawowym interesem bezpieczeństwa państwa” jest bowiem tyleż pojemne, jak nieprecyzyjne. W warunkach III RP, gdzie stanowisko szefa MON zajmuje kompletny ignorant, a o polityce zbrojeniowej decydują belwederscy „stratedzy”, ustawa offsetowa jest ogromnym prezentem legislacyjnym na rzecz lobby zbrojeniowego.
Prezentem wielce kosztownym, bo tylko w tym roku „plan modernizacji technicznej” sił zbrojnych przewiduje wydanie ponad 8 mld zł na zakup nowych rodzajów broni. Jeśli zaś Komorowskiemu uda się zdyscyplinować rząd Tuska, można liczyć, że od przyszłego roku budżet ten wzrośnie.
Prace nad ustawą trwały od 2012 roku, a jej zapisy usankcjonowały wiele z dotychczasowych praktyk MON, w tym dokonywanie zakupów bez offsetu. W ten sposób zakupiono w ubiegłym roku 307 Rosomaków czy używane czołgi Leopardy. Być może za kilka lat dowiemy się o okolicznościach, w jakich zawarto te umowy. Nie jest też tajemnicą, że przekazanie uprawnień do MON oznacza nieuchronną eliminację offsetu z umów zbrojeniowych. Stanie się tak z korzyścią dla tych, którzy sprzedają i kupują uzbrojenie, choć niekoniecznie z korzyścią dla państwa.
Ustawa otwiera ogromne pole do nadużyć i korupcji. Jeśli bowiem offset jest wkalkulowany w cenę każdego sprzętu wojskowego, a kontrahent  go nie chce, oznacza to, że uczestnicy negocjacji mają „do podziału” określoną kwotę. Sprzedawca dostanie zatem premię za przygotowanie korzystnej umowy, kupujący otrzyma  zaś cenne „suweniry” itp. dowody  wdzięczności. Jak i do kogo one trafią, zostanie okryte tajemnicą negocjacji handlowych.
Warto zauważyć, że ustawa wchodzi w życie w tym samym czasie, gdy w ramach tzw. konsolidacji przemysłu zbrojeniowego powołano Polską Grupę Zbrojeniową. Już na początku tego roku rząd zdecydował o wniesieniu udziałów 12 spółek należących do Skarbu Państwa do nowoutworzonej spółki PGZ SA. Docelowo ma ona liczyć ok. 30 podmiotów i będzie podlegać ministrowi skarbu. Szef MON stwierdził wówczas, iż „konsolidacja przemysłu obronnego jest konieczna, aby realizować wielkie zamówienia zbrojeniowe”. Proces ten ma zakończyć się jesienią br.
Ponieważ po udanym przeprowadzeniu „konsolidacji” MON utraci realne wpływy na przemysł zbrojeniowy (pozbędzie się kontroli nad zakładami wojskowymi), staje się oczywiste, że zapisy ustawy offsetowej są fikcją. O zakupach broni nie będą decydowali urzędnicy ministerialni, lecz przedstawiciele lobby zbrojeniowego. Tam też trafią pieniądze przeznaczone na „modernizację sił zbrojnych” - dokonywaną według projektów Belwederu i futurystyczno-propagandowej wizji pod nazwą ”doktryna Komorowskiego”. Można się spodziewać, że przy umiejętnym rozgrywaniu różnych straszaków i demagogicznych haseł, będą to największe pieniądze, jakie wypłyną z budżetu III RP w najbliższych latach.  Posłużą one nie tylko umocnieniu lobby zbrojeniowego ( w którym główną rolę będą odgrywali ludzie związani z byłymi WSI)  i utrwaleniu władzy komunistycznych trepów nad siłami zbrojnymi, ale będą jednym z najważniejszych „grantów” stabilizujących reżim prezydencki.

Linki:


czwartek, 9 maja 2013

OD ALBINA DO GOWINA

Gdyby na miano ludzi prawych zasługiwali ci, których wyrzucano z reżimowej ferajny, musielibyśmy je przyznać Bucharinowi i Zinowjewowi – usuniętym z partii bolszewickiej za „opozycyjność” i „prawicowe odchylenie”. W realiach PRL-u powinniśmy nimi obdarzyć Gierka i Jaroszewicza, których nie tylko wykluczono z komunistycznej zgrai, ale internowano i próbowano sądzić.
Dla ludzi trzeźwo oceniających obecną rzeczywistość, wydaje się oczywiste, że oparcie oceny prawości na tak niepewnym gruncie, jest głęboko niedorzeczne i fałszywe.
Jak zatem wytłumaczyć zachowania tych polityków i publicystów, którzy od wielu dni fundują nam żenujący spektakl „Gowiniady” i próbują przedstawić postać byłego ministra sprawiedliwości jako niezłomnego, prawego „konserwatystę”, skrzywdzonego przez Donalda Tuska?
Zagadka jest tym mocniej intrygująca, że ci sami ludzie, deklarujący dziś „uchylanie drzwi” dla Gowina, dopatrują się w naszej rzeczywistości analogii z czasami PRL-u, otwarcie mówią o władzy monopartii dążącej do „miękkiego totalitaryzmu” i obarczają reżim Tuska odpowiedzialnością za setki poważnych afer oraz śmierć polskiej elity.
Jarosław Gowin miałaby być w tym układzie „szlachetnym wyjątkiem” - tylko dlatego, że w jakiś marginalnych kwestiach przeciwstawiał się szefowi rządu, został pozbawiony stanowiska i wyrzucony z państwowej posady.
Trudno byłoby wskazać inne przyczyny, bo budowane ad hoc opowieści o „konserwatyzmie” Gowina, można włożyć między bajki. Zrozumie to każdy, kto prześledzi zachowania tej postaci od czasu dojścia do władzy koalicji PO-PSL lub dostrzeże sejmowe wybory Gowina w sprawach związanych z tragedią smoleńską czy licznymi aferami koalicji PO-PSL. Te elementarne kryteria pozwalają uznać, że mamy do czynienia z konformistą podążającym zawsze za linią partii, którego pryncypialność ogranicza się do werbalnych deklaracji.

środa, 1 maja 2013

BOSTON – ŚMIERTELNA ROZGRYWKA SŁUŻB

W sprawie zamachu bostońskiego znajdujemy tak wiele wątków prowadzących w stronę Rosji, że pominięcie ich milczeniem lub rezygnacja z rozważenia hipotezy o inspirującej roli służb rosyjskich byłaby niewybaczalnym błędem.
Podstawowym faktem godnym rozważenia jest informacja o półrocznym pobycie w Rosji Tamerlana Carnajewa. Starszy z braci zamachowców wylądował na lotnisku Szeremietiewo w Moskwie 12 stycznia 2012 roku i powrócił do Nowego Jorku dopiero 17 lipca. Jako oficjalny powód wizyty podaje się odwiedziny u rodziców i krewnych, mieszkających w Dagestanie. Warto przy tym zauważyć, że jedna z sióstr Tamerlana mieszka z mężem w czeczeńskim mieście Ursus-Martan. Przedstawiciele opozycji czeczeńskiej podkreślają, że członkowie tej rodziny pracują w ministerstwie spraw wewnętrznych Ramzana Kadyrowa – putinowskiej marionetki osadzonej na stanowisku prezydenta Czeczenii, a ojciec zamachowca, były oficer rosyjskiej armii, Anzor Carnajew, w wywiadzie dla radia „Wolność” przyznał, że jest zwolennikiem pro moskiewskiego prezydenta. Tę informację trzeba skonfrontować z komunikatem wydanym przez Kadyrowa, z którego wynika jakoby rodzina Carnajewów nie miała żadnych związków z Czeczenią. Jednocześnie odpowiedzialnością za zamach Kadyrow obarczył służby amerykańskie.
W związku z pobytem starszego z zamachowców w Rosji, pojawia się najważniejsze pytanie – jak mogło dojść do tego, że FSB wpuściła do kraju człowieka, o którym rok wcześniej informowała amerykańskie służby, że jest „groźnym zwolennikiem radykalnego islamu”?

czwartek, 21 marca 2013

ROSJA – IMPERIUM CZY POTĘGA MITU


Od wielu miesięcy otrzymujemy doniesienia o postępującej modernizacji armii rosyjskiej oraz gigantycznych wydatkach przeznaczanych na zbrojenia.
Projekt budżetu rosyjskiego resortu obrony na lata 2013-2015 zakłada systematyczne zwiększanie rocznych wydatków, aż do kwoty 97 mld. dolarów w 2015 r. Przy obecnym poziomie środków przeznaczonych na obronność, daje to blisko 60 procentowy wzrost (budżet Min. Obrony FR w 2012 r. wyniósł 61 mld. dolarów). Plan zbrojeń przewiduje, że do 2017 roku udział nowej broni i sprzętu wojskowego w siłach zbrojnych ma osiągnąć co najmniej 70 proc., a do roku 2020 roku 100 proc. Na realizację programu modernizacji Rosja zamierza przeznaczyć gigantyczną kwotę 20 bln rubli (ponad 650 mld dolarów). To 4 proc. rosyjskiego produktu krajowego brutto. Dla porównania  - tyle swojego PKB wydaje na obronę USA, Anglia i Francja około 2 proc., a Chiny i Niemcy - 1,4 proc.
Słowa Putina - „Rosja się zbroi i będzie się zbroić. Nie będzie odwrotu" – są zatem uważane za zapowiedź ofensywnych planów Kremla.
Jednocześnie rosyjscy politycy i wojskowi prześcigają się w przekazywaniu informacji mających utwierdzać nas w przekonaniu, że państwo Putina staje się autentyczną potęgą  militarną.