Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.
wtorek, 15 maja 2012
HISTORIA DLA IDIOTÓW I PROSTACZKÓW
piątek, 26 marca 2010
O HISTORIĘ PRAWDZIWĄ
„Trzeba najpierw, twardo postulować rozwijanie działalności Instytutu Pamięci Narodowej. Jeśli ktoś dzisiaj kwestionuje sens bardzo gruntownych badań nad najnowszą historią, także w kontekście oskarżania komunizmu jako systemu, to albo ma złą wolę, albo nic nie rozumie. To babranie się w historii, także lustracyjne, bywa przykre, ale absolutnie niezbędne” – mówił przed sześcioma laty lider PO Donald Tusk w wywiadzie dla „Przekroju” („Strach na całe zło” 45/46/2004) i dodawał: „Mam wrażenie, że jesteśmy o krok od tego, aby uznać, że filozofia „Gazety Wyborczej” i części obozu politycznego, filozofia krytykująca te działania, poniosła absolutną klęskę”.
Tradycyjnie błędne prognozy polityka PO, i w tym wypadku okazały się chybione, bo 6 lat później premier Donald Tusk autoryzował „filozofię „Gazety Wyborczej” i w porozumieniu z SLD chce doprowadzić do faktycznej likwidacji idei IPN-u.
Od chwili powołania rządu PO-PSL, byliśmy świadkami jak przy pomocy gróźb, szantażu i nacisków próbowano ograniczyć autonomię Instytutu i aktywność historyków. Pretekst do rozprawy znajdowano w publikacjach na temat Wałęsy – przy czym prawdziwą histerię wywołała książka Pawła Zyzaka, wydana przez prywatną oficynę. Nikt z arogantów, rzucających gromy na IPN nie próbował nawet wykazać związku pomiędzy publikacją, a żądaniem likwidacji Instytutu. Podobnie - nawoływanie do ograniczenia budżetu IPN-u, nie mogło mieć związku z jedną książką Gontarczyka i Cenckiewicza, wobec kilkuset wydawnictw finansowanych ze środków Instytutu.
Prawdziwych przyczyn niechęci wobec IPN można wymienić co najmniej kilka; począwszy od działań Biura Lustracyjnego i publikacji katalogów zawierających dane osobowe współpracowników bezpieki, poprzez aktywność wydawniczą i edukacyjną, po liczne śledztwa prowadzone przez pion śledczy. U podstaw tego stosunku, leży ideologia odziedziczona po władcach PRL-u, która na indeksie dziedzin politycznie niepewnych i podejrzanych stawiała nauki historyczne. Podobnie - jak komuniści zdawali sobie sprawę z groźby, jaką dla ich systemu zakłamania niosła prawda historyczna – tak ludzie tworzący III RP upatrują zagrożenie dla swoich interesów w działalności niezależnej instytucji historycznej.
Przez kilkanaście miesięcy poznawaliśmy kolejne projekty nowelizacji ustawy o IPN. Każdy z nich, zmierzał do ograniczenia suwerenności Instytutu i poddania go politycznej kontroli. Nie ukrywano, że zmiana na stanowisku prezesa (powołanego w 2005 roku głosami posłów PO) ma służyć podporządkowaniu Instytutu, a regulacje dotyczące dostępu do materiałów archiwalnych - ochronie interesów funkcjonariuszy SB i tajnych współpracowników bezpieki.
Ostateczny projekt nowelizacji, zatwierdzony przez Sejm zawiera liczne zapisy, które doprowadzą do zawłaszczenia instytucji, pozbawienia jej roli śledczej i edukacyjnej oraz zakończenia procesu lustracji i odkrywania tajemnic najnowszej historii. Projekt autorstwa Platformy jest przy tym chaotycznym, legislacyjnym gniotem, zawierającym wiele niekonstytucyjnych zapisów, niedopracowanych i sporządzonych naprędce – co wyraźnie sugeruje, że powstał na doraźne, polityczne zlecenie.
O tym - jakie środowiska mogły być zainteresowane gwałtownym przyśpieszeniem prac nad nowelizacją ustawy może świadczyć korelacja między wypowiedziami prezesa IPN z końca lutego br., a natychmiastową reakcją polityków PO. 25 lutego Janusz Kurtyka, komentując wyrok TK w sprawie esbeckich emerytur stwierdził, że „ci, którzy katowali Polaków jako członkowie Informacji Wojskowej, czy którzy inwigilowali również opozycję, jako członkowie Wojskowej Służby Wewnętrznej, pozostają poza tą ustawą” i dodał - „Wojskowe służby powinny być nią objęte. Należy zrobić wszystko, żeby wyrównać pozycje funkcjonariuszy cywilnej bezpieki i żołnierzy wojskowej bezpieki".
Już w trzy dni później prasa donosiła, że sejmowe prace PO nad znowelizowaniem ustawy ruszyły z kopyta, a Platforma się spieszy, bo chce, aby nowy prezes został wybierany już według nowych zasad. Uchwalenie nowelizacji posłowie PO zapowiadali na następne posiedzenie Sejmu, nie ukrywając, że zamierzają zdążyć ze zmianą przepisów do maja br.
Warto zauważyć, że koncepcja, według której zbudowano zapisy nowej ustawy, ujawnia swoje autorstwo w wypowiedzi Bronisława Komorowskiego z kwietnia 2009 roku. Wówczas to, marszałek Sejmu „rozwiązanie problemu IPN” widział w „wytworzeniu konkurencji poprzez inne posterowanie strumieniem pieniędzy na badania naukowe” oraz „gruntownej przebudowie Instytutu”.
Zgodnie z tą intencją, pod pozorem zapewnienia „neutralności politycznej” wprowadza się do ustawy przepisy skonstruowane w taki sposób, by ubezwłasnowolnić szefa IPN, a jego kompetencje scedować na rzecz Rady, formowanej pod dyktando władz największych polskich uczelni. Włączenie w proces wyłaniania szefostwa IPN środowisk uniwersyteckich, można tłumaczyć tylko skrajną niechęcią, jaką polskie uniwersytety wykazują wobec lustracji. Dlatego w nowelizacji przewidziano, że zespoły uczelniane wyłaniające kandydatów do Rady IPN nie muszą poddawać się lustracji. To zaś oznacza, że liczni współpracownicy bezpieki, pracujący w polskich uniwersytetach wyłonią do Rady podobnych sobie fachowców od najnowszej historii. Te same intencje przyświecały wskazaniu Krajowej Rady Sądownictwa i Krajowej Rady Prokuratury, jako organów wyłaniających kandydatów na członków Rady IPN. Obie organizacje od lat chronią swoich członków, ściganych przez pion śledczy Instytutu, w związku ze zbrodniami sądowymi popełnianymi w okresie PRL- u i nie wyrażają zgody na uchylanie immunitetów, nawet w przypadku ewidentnych przestępstw. Brak lustracji zawodów prawniczych, (a w szczególności środowiska sędziowskiego) oraz niechęć do rozliczeń okresu komunizmu pozwala podejrzewać, że rekomendacje te będą obarczone troską o interesy korporacji.
Nowo powołana Rada - w kontekście obszaru działalności IPN będzie dysponować imponującymi uprawnieniami. To ona będzie ustalała harmonogramy programów badawczych, zasady działania IPN, a nawet rozstrzygała konkursy grantowe. Radzie przyznano również prawo rekomendacji procedury lustracyjnej - choć kwestie te reguluje kodeks postępowania karnego i ustawa lustracyjna. Dekretowanie takich kompetencji Radzie, która nie jest organem IPN, nie ma prawa do wydawania rozporządzeń, ani przepisów powszechnie obowiązujących musi budzić zastrzeżenia, co ich konstytucyjności. Jedyne, czego Rada nie będzie robiła, to nie będzie ponosiła odpowiedzialności. Tę bowiem ma ponosić prezes – sprowadzony do roli politycznej marionetki, którą pod byle pozorem można odwołać zwykłą większością głosów. W praktyce oznacza to, że szef IPN będzie zakładnikiem partii dysponującej większością sejmową.
Przepisy dotyczące relacji Rada – prezes skonstruowano w taki sposób, by wytworzyć chaos kompetencyjny – szczególnie w zakresie ustalania programów badawczych, konkursów grantowych i finansowania zadań Instytutu. Jednak tylko pozornie niedorzeczny wydaje się przepis art.4, przyznający Radzie funkcje arbitrażowe tam, gdzie za decyzje finansowe odpowiada prezes IPN. Podobnie - choć nie przewidziano żadnych procedur konkursowych – ich przygotowaniem i rozstrzyganiem ma zajmować się Rada, nie biorąc odpowiedzialności za zdolności budżetowe Instytutu. Chodzi zatem o sytuację, w której organ nie ponoszący żadnej odpowiedzialności finansowej, ogłasza konkurs na finansowanie.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że zamiarem autorów ustawy było uzyskanie dodatkowych środków z budżetu na rzecz zewnętrznych środowisk uniwersyteckich. Odtąd bowiem pieniądze na badania historyczne i programy grantowe, prowadzone przez uniwersytety i jednostki zewnętrzne mają pochodzić z kasy IPN. Pozbawienie Instytutu „monopolu” na badania i projekty historyczne, oznacza faktyczne rozdysponowanie jego budżetem przez Radę złożoną z przedstawicieli „konkurencyjnych” ośrodków naukowych. Na tym zabiegu, wyjętym spod kontroli ustawy o finansach publicznych zdaje się polegać pomysł „wytworzenia konkurencji poprzez inne posterowanie strumieniem pieniędzy” – wyrażony przez Komorowskiego.
Nowe przepisy nakładają na IPN kilka nierealnych zobowiązań. Chodzi o wyznaczenie terminu 7 dni na udostępnienie wnioskodawcy dokumentów znajdujących się w archiwum. Dość przypomnieć, że niemiecki odpowiednik IPN-u ma rok na spełnienie takiego żądania, a na przeszkodzie zachowania terminu może stać brak dokumentacji, spowodowany choćby przekazaniem akt do sądu lub służb ochrony państwa. Ustawa nie przewiduje jednak żadnych odstępstw od wyznaczonego terminu. Niewykluczone, że absurdalny zapis wprowadzono, by mieć wygodny pretekst do usunięcia w każdej chwili prezesa IPN lub jego współpracowników, odpowiadających za udostępnianie dokumentów.
O kompletnej ignorancji twórców nowelizacji świadczy natomiast art. 5 nakazujący publikację całego inwentarza archiwalnego IPN- u, w terminie do dnia 31 grudnia 2012 r. Chodzi tu o szczegółowy opis każdej teczki, znajdującej się w zasobach Instytutu. Jak zwracał uwagę prezes Kurtyka - jest to 88 kilometrów bieżących akt, czyli ok.25 milionów teczek. Choć rozpoznawanie zbiorów odbywa się bardzo szybko, (dzięki zastosowaniu unikatowych rozwiązań) jest to proces, który zajmie kilkadziesiąt lat. Pogląd, że można go wykonać do 2012 roku prezes IPN nazwał mrzonką, a pomysł projektodawców określił jako kompromitację.
Szczególnie bulwersującą jest zmiana zasad publikacji katalogów IPN, dotyczących osób pokrzywdzonych działaniami komunistycznej bezpieki. Do tej pory znajdowały się w nich nazwiska przeciwników systemu komunistycznego, a publikację danych w tym katalogu można było traktować jako szczególne wyróżnienie. Zgodnie z nowymi przepisami - w tym samym wykazie pokrzywdzonych znajdą się nazwiska funkcjonariuszy partii komunistycznej, na temat których pereelowskie służby zbierały jakiekolwiek informacje. Oznacza to, że obok ludzi z AK i znanych opozycjonistów, umieszczone będą nazwiska Bermana, czy Gomółki.
Wydaje się, że główną intencją ludzi Platformy było podważenie idei publikacji katalogów i zdezawuowanie moralnego wymiaru tych wykazów.
Z całą pewnością można przyjąć, że nowelizacji ustawy zablokuje proces lustracji oraz zamknie dziennikarzom i naukowcom dostęp do akt IPN-u. Temu celowi służą zapisy, na podstawie których osoba, uzyskująca dostęp do własnych akt „może zastrzec, że dotyczące jej dane osobowe zebrane w sposób tajny w toku czynności operacyjno-rozpoznawczych organów bezpieczeństwa państwa nie będą udostępnianie w celach naukowych i dziennikarskich”. Takie zastrzeżenie będzie obowiązywać nawet przez 50 lat. Ponieważ dokumenty archiwalne są wzajemnie ze sobą powiązane - czyli jeden dokument może dotyczyć wielu, różnych osób - łatwo sobie wyobrazić, że seria indywidualnych decyzji o zastrzeżeniu dostępu szybko spowoduje zablokowanie prac historycznych i śledztw dziennikarskich.
Faktycznie zatem – intencją autorów ustawy jest zamknięcie dostępu do archiwum, a oficjalne deklaracje polityków PO służą wyłącznie celom propagandowym. W warunkach powstałych po nowelizacji i zastosowaniu szeregu zastrzeżeń, naukowcy i dziennikarze zostaną pozbawieni dostępu do materiałów źródłowych – to zaś oznacza, że wiele informacji dotyczących najnowszej historii nigdy nie zostanie ujawnionych społeczeństwu.
Łatwo przewidzieć – kto skorzysta na tych regulacjach. Będą to ci, którzy z racji pracy w organach bezpieki mają już wiedzę o elitach III RP i dysponują „prywatnymi archiwami”, zgromadzonymi w czasie służby jako „polisa ubezpieczeniowa”. Dla nich - „zastrzeżenia danych zebranych w sposób tajny, w toku czynności operacyjnych” faktycznie oznacza możliwość rozpoczęcia „gry teczkami”. W żadnym innym środowisku - jak byłych esbeków działalność IPN-u nie wzbudzała tyle nienawiści. Dość przeczytać publikacje zamieszczane na stronach „stowarzyszeń kombatanckich”, by ocenić komu spodoba się nowelizacja ustawy. Oddanie esbeckim „władcom tajemnic” obszaru wiedzy o przeszłości - czyni z nich głównych beneficjantów pomysłów Platformy.
Ale nie tylko ich.
To bowiem, co znajdowało się w archiwach pereelowskiej bezpieki, a obecnie ma zostać ukryte przed polskim społeczeństwem, jest dostępne w Moskwie i Berlinie. Stało się tak, ponieważ każda policja polityczna w „demoludach” była integralną częścią sowieckiego systemu kontroli – w pełni zależną wobec sowieckiego hegemona i spełniała określoną przez okupanta rolę w mechanizmie megasłużb komunistycznych. System ten zakładał, że archiwa poszczególnych formacji służą celom strategicznym Bloku Sowieckiego i na tej podstawie wymuszał ścisłe współdziałanie i transparentność posiadanych informacji. Wszechobecna w komunizmie zasada „kontroluj kontrolującego” powodowała, że służby jednych państw zbierały i archiwizowały informacje o innych ( tu rolę szczególną powierzono NRD – owskiej Stasi), a wszystkie zbiory danych musiały być dostarczane do moskiewskiej centrali. Przekazanie w roku 1990 przez ostatniego szefa WSW gen. Bułę mikrofilmów i kartoteki kontrwywiadu wojskowego do Moskwy potwierdza jedynie tę praktykę.
Z tego względu – zamknięcie archiwów przed dziennikarzami i badaczami najnowszej historii jest de facto działaniem w interesie rosyjskich i niemieckich służb. Mając pewność, że wiedza o dzisiejszych elitach IIIRP ( w tym o najcenniejszej agenturze) znajduje się w Moskwie, a ogromna jej część również w Berlinie, ludzie obecnego układu skazują Polskę na rolę bezwolnego, zależnego przedmiotu w politycznych i gospodarczych rozgrywkach.
W projekcie Platformy to nie jedyne rozwiązanie korzystne dla byłych esbeków i ich współpracowników. Odtąd bowiem konfidenci i funkcjonariusze SB będą mogli uzyskać dostęp do wszelkich dokumentów na swój temat, znajdujących się w zbiorach IPN. Dziś osoby te nie dostają dokumentów wytworzonych przez nich w ramach działań w komunistycznych służbach. Ponieważ z ustawy wykreślono artykuł o odmowie udostępniania akt bezpieki osobom, których służby te traktowały jako "tajnych informatorów lub pomocników przy operacyjnym zdobywaniu informacji" – również tajni współpracownicy uzyskają prawo wglądu w archiwa. W uzasadnieniu zmian PO napisała, że „stało to w kolizji z prawem do obrony przez posądzonych o współpracę ze służbami PRL” - zatem za wprowadzeniem tej poprawki stoi ochrona interesów tej grupy.
Konsekwencje zmiany mogą okazać się niezwykle poważne i doprowadzić do zablokowania szeregu najważniejszych śledztw prowadzonych przez pion prokuratorski IPN oraz skutecznie uniemożliwić wyjaśnienie wielu tajemnic PRL.
IPN od kilku lat prowadzi śledztwo w sprawie grupy przestępczej, działającej w ramach departamentów IV i III MSW – czyli tzw. Grupy „D" – zajmującej się dezintegracją i walką z Kościołem. Nie bez powodu, esbeków z tej grupy kojarzy się z zabójstwem ks. Jerzego oraz przypisuje się im wiele innych morderstw i aktów terroru. Prokuratorzy IPN zamierzają rozpracować tę strukturę - ustalić nazwiska, metody i zebrać twarde dowody zbrodniczej działalności. Na koniec - doprowadzić winnych pod sąd.
Innym ważnym śledztwem, które może zostać udaremnione, jest postępowanie w sprawie wyłudzania spadków w latach 80. przez funkcjonariuszy Zarządu II Sztabu Generalnego WP. Posługując się fałszywymi dokumentami, poprzez podstawionych agentów przejmowano spadki po obywatelach polskich, zmarłych m.in. w Kanadzie i w Szwajcarii. Ogromne kwoty uzyskane z tych operacji, zasiliły tajny fundusz operacyjny i kieszenie oficerów wywiadu wojskowego PRL. Cała operacja – jak głosi komunikat Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu - była nadzorowana przez oficerów Zarządu II Sztabu Generalnego, a prowadzone obecnie czynności procesowe mają na celu ujawnienie kolejnych przypadków zaangażowania się funkcjonariuszy w dokonywanie tego typu przestępstw oraz ustalenie pełnego kręgu osób uczestniczących w ich popełnianiu.
Ta sprawa to jedyny, ocalały z „pogromu” rządów Platformy wątek dotyczący działalności Wojskowych Służb Informacyjnych. Tylko dlatego, że prowadzenie śledztwa przejął IPN, sprawa uniknęła losu ponad 200 zawiadomień o przestępstwach żołnierzy WSI, umorzonych przez prokuraturę wojskową.
Można sobie zatem wyobrazić, że do wytworzonych przez siebie akt zagląda funkcjonariusz, który ma świadomość, że znajduje się w kręgu podejrzeń o udział w działaniach przestępczych. Chce się dowiedzieć (i dowiaduje) - kto i kiedy interesował się dokumentacją, odnajduje przydatne dla obrony informacje, szuka adresów i nazwisk osób do których może dotrzeć wcześniej, niż prokuratorzy. Podobnie może postąpić kapuś, którego donosy pomagały esbekom w popełnieniu zbrodni. Choćby IPN wiedział z kim ma do czynienia, nie będzie mógł odmówić dostępu do teczek. Pytanie - czy umożliwienie tym osobom dostępu do archiwów IPN może mieć wpływ na wyniki śledztw - wydaje się czysto retoryczne
Poza tym, każdy tajny współpracownik, nie mając pewności czy może zataić fakt współpracy – od tej chwili będzie w stanie ustalić, jakie dokumenty znajdują się w jego aktach i ocenić groźbę ich ujawnienia. Dzięki nowej ustawie, będziemy wkrótce świadkami niespodziewanych karier politycznych i biznesowych ludzi, którzy dotąd obawiali się zdemaskowania.
Nowa regulacja, uzasadniana „prawem do obrony przez posądzonych o współpracę ze służbami PRL” jest sprzeczna z ideą Instytutu, powstałego, by chronić interesy pokrzywdzonych działaniami państwa komunistycznego, a nie jego funkcjonariuszy i tajnych współpracowników.
Niewiele jest ustaw, których wprowadzenie może mieć tak katastrofalne następstwa, jak uchwalona przed kilkoma dniami nowelizacja. W państwie, którego obywatele nie posiadają elementarnej wiedzy historycznej, zbudowanym w dużej mierze na patologicznych relacjach agenturalnych, w którym istnieją wpływowe grupy interesów sprzecznych z polskimi - pozbawienie społeczeństwa możliwości poznania własnej historii czy uzyskania wiedzy o „elitach” urasta do rangi sprawy najważniejszej.
Zmarły w ubiegłym roku profesor Paweł Wieczorkiewicz, mówił o historii prawdziwej, skrytej za kulisami i tej medialnej, fasadowej - historii dla idiotów lub prostaczków, którzy wierzą w to, co widzą w telewizji i czytają w gazetach. Taką wersję historii proponują nam dziś politycy Platformy, chcąc zniszczyć autonomię badań historycznych, blokując dostęp do archiwów i czyniąc z niezależnej instytucji enklawę obrońców agentury i przeciwników sanacji życia publicznego.
Skutkiem wprowadzenia nowelizacji, może być nie tylko uśmiercenie idei IPN-u i upolitycznienie nauk historycznych. W perspektywie lat - chodzi o zniszczenie narodowej pamięci.
Ludzie którzy dziś rządzą Polską powinni wiedzieć, że takiej zbrodni się nie wybacza i nie zapomina.
piątek, 19 marca 2010
SB. ZBRODNIE NIEPRZEDAWNIONE.
Polityka antykościelna komunistów zawsze była sterowana przez centralne władze partyjno-rządowe. Tak było za rządów Władysława Gomułki, Edwarda Gierka, jak i w czasach gen. Jaruzelskiego. Systematycznie rozbudowywanym pionem prowadzącym walkę z Kościołem był Departament IV Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Jego działania przeciwko Kościołowi były koordynowane z Urzędem ds. Wyznań. W 1973 r. obok dotychczasowych wydziałów Departamentu IV powstała nowa operacyjna Grupa "D" do specjalnych zadań dezintegracyjnych. W 1977 r. Grupa "D" została podniesiona do rangi osobnego Wydziału VI Departamentu IV, a do walki z Kościołem w kilku miastach powstały komórki "D".
Praca funkcjonariuszy tej formacji była głęboko zakonspirowana. Planowane zadania do spełnienia wyznaczał im poufnie bezpośrednio sam dyrektor departamentu; nie prowadzono żadnej dokumentacji, od razu niszczono materiały operacyjne. O działaniach na bieżąco było informowane kierownictwo resortu, kilku najwyższych członków KC PZPR i szef Urzędu ds. Wyznań Adam Łopatka.
Po raz pierwszy w III RP, próbę ujawnienia zbrodniczej działalności bezpieki podjęła w 1991 r. Komisja Nadzwyczajna do Zbadania Działalności Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w PRL, powołana przez Sejm X kadencji, pod przewodnictwem Jana Rokity. Komisja, zgodnie z poleceniem Komitetu Helsińskiego, miała zbadać przypadki niewyjaśnionych zgonów w czasie stanu wojennego. Istniało uzasadnione domniemanie, że ich sprawcami mogli być ludzie z kręgów podległych MSW. Mimo ogromnych utrudnień i ograniczeń tzw. Komisja Rokity w sprawozdaniu ze swoich badań uznała na 122 przebadane przypadki - aż 88 niewyjaśnionych zgonów zdecydowanie kwalifikujących się do wszczęcia postępowania karnego. W podanej liczbie 88 nie badano okoliczności zabójstwa księży: Jerzego Popiełuszki, Stefana Niedzielaka i Sylwestra Zycha, albowiem w ich sprawie prowadzono już postępowania prokuratorskie. Oprócz tych księży na liście niewyjaśnionych zgonów znalazły się nazwiska: ks. Stanisława Suchowolca, ks. Antoniego Kija, ks. Stanisława Kowalczyka i ks. Stanisława Palimąki. Kończąc pracę komisja skierowała do specjalnego Zespołu do spraw Nadzoru Szczególnego wnioski i zarzuty dotyczące poszczególnych, niedokończonych dochodzeń w sprawach niewyjaśnionych śmierci, porwań, podpaleń. W aktach większości z nich, powtarzały się te same sformułowania: "Nie można ustalić sprawcy oraz okoliczności zdarzenia, brak przesłanek, aby podjąć śledztwo na nowo, brak możliwości jednoznacznej oceny okoliczności śmierci". Istotna część Raportu komisji Rokity została utajniona w 1991 r. decyzją ministra spraw wewnętrznych Henryka Majewskiego, natomiast sam raport jest dostępny w Bibliotece Sejmowej. Prokurator Andrzej Witkowski, który w latach 90. prowadził śledztwo zmierzające do wykrycia mocodawców zabójstwa księdza Jerzego był zbulwersowany faktem utajnienia części dokumentu i twierdził, że decyzja ta służyła ochronie konkretnych osób, wcześniej pracujących w komórkach „D” MSW, a później w Urzędzie Ochrony Państwa. Znamy jednak nazwiska esbeków „pracujących” w komórkach „D”, a jednym z nielicznych, zachowanych śladów ich bandyckich działań jest lista duchownych archidiecezji warszawskiej z 25 września 1984 r., których „wrogą działalność” należało „przerwać”. Znajdują się na niej nazwiska: ks. Teofila Boguckiego, ks. Jerzego Popiełuszki, ks. Jana Sikorskiego, ks. Stanisława Małkowskiego, ks. Leona Kantorskiego.
Wiemy dziś, że ksiądz Jerzy – nie był pierwszym, ani ostatnim kapłanem zamordowanym za wiarę. Jego beatyfikacja z pewnością sprawi, że stanie się symbolem kapłana – męczennika, uosobieniem tych wszystkich kapłanów, którzy przed Nim i po Nim ponieśli męczeńską śmierć z rąk komunistycznych oprawców. Większość tych zabójstw było zaplanowanych i bezpośrednio nadzorowanych przez funkcjonariuszy partii komunistycznej. Listy niewygodnych dla władz księży pojawiały się na biurkach przywódców partii co najmniej od 1948 r., a poszczególne przypadki omawiano na posiedzeniach partyjnych instancji do lat osiemdziesiątych. Wielokrotnie cytowałem na tym blogu cyniczne słowa gen. Jaruzelskiego z posiedzenia Rady Ministrów z listopada 1984 roku, wypowiedziane tuż po zabójstwie księdza Jerzego.
W oczekiwaniu na beatyfikację Patrona „Solidarności”, warto dziś przypomnieć niektóre postaci kapłanów zamordowanych w okresie lat PRL-u. Poza powszechnie znanymi przypadkami księży: Suchowolca, Niedzielaka i Zycha, wiadomo o przynajmniej kilkudziesięciu zabójstwach księży za wiarę. Choć nie wszystkie dotyczą okresu działalności Grupy „D” – to każdy z nich jest dowodem nienawiści, z jaką zbrodnicze struktury komunistycznego państwa traktowały polski Kościół.
Jako pierwszą, znaną ofiarę wymienia się kapelana ZWZ-AK, kapłana diecezji przemyskiej Michała Pilipca (1912–1944), zamordowanego przez funkcjonariuszy UB w grudniu 1944 r. Pewne okoliczności tej zbrodni znane są z relacji Stanisława Rybki, który był razem w celi z ks. Pilipcem i cudem uszedł śmierci z rąk oprawców: „Upłynęła prawie godzina czasu, gdy otworzono drzwi i do celi wepchnięto księdza Michała Pilipca. Znęcano się nad nim zajadle. Nie mógł stać o własnych siłach. Doskoczyłem do niego z Józefem Batorem i pomogliśmy mu podejść do siennika. Następnie położyliśmy go na nim. Był strasznie zmasakrowany. Sutanna jego była w wielu miejscach popękana. Na ciele miał wiele ran. Z pęknięć skóry na głowie sączyła się krew. Wił się z bólu”. Wkrótce odbył się doraźny „sąd” pod przewodnictwem wojewódzkiego komendanta MO w Rzeszowie, kpt. Zygmunta Bieszczanina, który skazał ks. Pilipca na śmierć. Po północy, z 7 na 8 grudnia 1944 r. ksiądz i inni skazańcy zostali wywiezieni do Lasów Głogowskich i zamordowani strzałem w tył głowy. Zwłoki, częściowo spalone, porzucono w lesie, nawet ich nie zakopując.
Kolejną ofiarą komunistów był jezuita ks. Władysław Gurgacz (1914–1949) małopolski kapelan „Żandarmerii” - Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowej na Sądecczyźnie, skazany na śmierć w 1949 r.. Ksiądz Gurgacz dobrowolnie oddał się w ręce UB, nie chcąc opuścić aresztowanych towarzyszy broni. Wojskowy Sąd Rejonowy w Krakowie skazał go 13 sierpnia 1949 r. (przewodniczący składu, sędzia ppłk Władysław Stasica, prokurator Henryk Ligięza; Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski). Wyrok wykonano 14 września w krakowskim więzieniu na Montelupich.
Ksiądz Lucjan Niedzielak (1904–1947), kuzyn zamordowanego w 1989 r. ks. Stefana Niedzielaka, - proboszcz w Huszlewie w diecezji siedleckiej, kapelan AK i WiN, zamordowany przez miejscowego pracownika UB. Scenariusz działań bezpieki, prowadzący do zgonu kapłana, był analogiczny jak te, które doprowadziły do zgonów księży w latach osiemdziesiątych, w tym jego kuzyna Stefana. Ksiądz skarżył się, że UB przez swoich konfidentów rozpuszcza plotki o planowanym zamachu WiN na jego życie i że nic dobrego to nie wróży. „Ja najprawdopodobniej zginę – mówił z przekonaniem.. Zamordował go 5 lutego 1947 r. Edmund Szczęśniak z PUBP w Radzyniu. Ubek, jeszcze w 1945 r. w radzyńskim areszcie śledczym PUBP namawiał torturowanego żołnierza AK „Urwisa”, by za cenę zwolnienia zamordował księdza Niedzielaka. Bezskutecznie. Sam mówił: „Księdza tyz spzątniem. I świnty krucyfiks nie pomoze!”
Nieco bardziej znany jest przypadek księdza Jana Szczepańskiego (1890–1948) – ze względu na podobieństwo z zabójstwem księdza Jerzego, nazywanego „lubelskim Popiełuszką”. Duchowny „słynął z ostrych wystąpień antykomunistycznych”, za co był wielokrotnie napominany przez urzędników partyjnych oraz funkcjonariuszy UB i milicjantów z Lubartowa. W nocy z 22 na 23 sierpnia 1948 r. na plebani w Brzeźnicy Bychawskiej rozpoczął się dramat księdza. Napastnicy weszli przez okno do budynku, następnie dokonali pozorowanej rewizji, podczas której rozsypali pieniądze z tacy i rozrzucili różne osobiste rzeczy po mieszkaniu. Niczego nie zabrali z plebani, natomiast wypili kilka butelek wina mszalnego. Gospodynię proboszcza zamknęli w piwnicy. Księdza Szczepańskiego zmusili do założenia butów, płaszcza i kaszkietu, związali mu ręce i wyprowadzili na dwór. Następnie kazali położyć się na wozie i przykryli derką.
Po dwóch tygodniach poszukiwań, 3 września, mieszkanka wsi Wola Skromowska zauważyła na Wieprzu zaczepione o korzenie ciało człowieka. W obecności rodziny księdza dokonano lekarskich oględzin zwłok – według opinii lekarza duchowny zginął trzeciego dnia po uprowadzeniu. Ciało nosiło ślady nieludzkich tortur – ręce były związane, twarz opuchnięta, liczne siniaki na plecach, paznokcie jednej ręki i nogi zerwane, oczy wydłubane, język i genitalia wycięte, bok głowy przestrzelony. Jednakże strzał w głowę nie stanowił bezpośredniej przyczyny śmierci. W płucach znajdowała się woda, co świadczyło, że powodem śmierci było utopienie.
Po latach – dzięki śledztwu prowadzonemu przez lubelską Okręgową Komisję Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, okazało się, że mieszkańcy z okolicznej wsi widzieli morderców uprowadzających księdza. Jeden z nich na łożu śmierci przyznał się do zbrodni. Inicjatorem był lubartowski UB, gdzie sporządzono listę kilkudziesięciu osób przeznaczonych „do likwidacji”. Na liście widniało również nazwisko ks. Szczepańskiego
Ksiądz Roch Łaski (1902–1949) był kapłanem diecezji łódzkiej. W latach 1941–1945 więzień obozu hitlerowskiego w Dachau, następnie jako major służył w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie. Kiedy w 1946 r. powrócił do Polski przez punkt repatriacyjny w Legnicy, miał na sobie mundur wojskowy z dystynkcjami i krzyżem w klapie. Zachowanie księdza drażniło ubowców. Wielokrotnie był szykanowany, wzywany na przesłuchania, a co jakiś czas wywlekano go do lasu i tam katowano.
W Wielki Piątek 1949 r. księdza Łaskiego aresztowano przy ołtarzu i wywieziono na przesłuchanie, podczas którego był torturowany. Następnie przewieziono go na oddział neurologiczny szpitala w Łodzi. Tam powtórzył matce i siostrze, które uzyskały zgodę na odwiedziny, słowa jednego z ubeków: „Ksiądz mógł Dachau przeżyć, ale UB ma lepsze metody i tu ksiądz nie przeżyje”. Zmarł na skutek odniesionych obrażeń 13 maja 1949 r..
Ksiądz Roman Kotlarz (1928–1976) kapłan diecezji sandomierskiej. Szykanowany przez komunistów od końca lat pięćdziesiątych. Jednocześnie duchownego dręczyli uporczywie i regularnie funkcjonariusze SB. W tajemnicy, ale w istocie rzeczy na oczach parafian, umierał „na raty”. Na początku lat siedemdziesiątych był inwigilowany i wielokrotnie bity przez „nieznanych sprawców”. W 1976 r. brał udział w tzw. wypadkach radomskich: błogosławił manifestantów, mówił w kazaniach o buncie robotników z 1970 r. W lipcu i sierpniu 1976 r. esbecy wielokrotnie nachodzili księdza Kotlarza nocami. Świadkiem jednej z ich "wizyt" na plebani była Krystyna Stancel. Przygotowywała ks. Kotlarzowi posiłek, gdy usłyszała pukanie do drzwi. "Ja mówię: Proszę księdza, ktoś puka. - To otwórz. Ja pytam: Kto jest? - Koledzy księdza. Weszło trzech panów. No i ten pan do mnie: - Gdzie ksiądz? Ja mówię: W pokoiku. Zresztą sama otworzyłam drzwi i do księdza weszło dwóch panów, a trzeci został ze mną. (...) Przymknęli drzwi. Usłyszałam, jak ksiądz upadł na podłogę i zaczął jęczeć. Mówił: O Jezu, o Jezu! I zaczęłam krzyczeć. (...) Ksiądz mówi: Dziecko, uciekaj do dzieci! (...) Ja uciekłam". Wcześniej Krystyna Stancel została uderzona pałką w plecy. Ksiądz Kotlarz dostał takich ciosów zapewne o wiele więcej. Mechanizm bicia był najprawdopodobniej taki: jeden funkcjonariusz uderzał tak, aby ksiądz wpadł na drugiego, tamten zadawał kolejny cios i tak w kółko, aż uznali, że wystarczy. Gdy zależało im, aby nie było widocznych śladów na ciele, to zawijali księdza w dywan i tłukli drewnianą nogą od krzesła. Ostatni raz został pobity w sierpniu 1976 roku. Esbecy przyjechali w nocy i po wtargnięciu na plebanię odprawili opisany "rytuał". Gdy było po wszystkim, wyszli. Ich samochód nie chciał jednak ruszyć. Na swoje nieszczęście ksiądz zdołał się wyczołgać przed plebanię. Zauważył to jeden z esbeków i wrócił, żeby go uciszyć. Kapłan został skatowany po raz drugi. Tę historię funkcjonariusze SB opowiadali sobie później przy wódce. Ten, który jako ostatni miał pobić księdza, zapił się na śmierć, zmarł na nowotwór wątroby. Koledzy z pracy śmiali się, że to pewnie "za Kotlarza". Ksiądz po tym pobiciu stracił przytomność, podczas odprawiania mszy 15 sierpnia 1976 roku. Trzy dni później zmarł. Sprawę o morderstwo umorzono w 1991 r.
Już w latach osiemdziesiątych, do głośniejszych należała śmierć ks. Stanisława Kowalczyka (1935–1983), o. Honoriusza, dominikanina z Poznania. Był znanym i cenionym duszpasterzem akademickim. Służył jako kapelan strajkującej młodzieży w 1981 r., odprawiał za ojczyznę, pomagał internowanym. SB przez wiele lat prowadziła jego inwigilację. Został śmiertelnie ranny 17 kwietnia 1983 r. w tajemniczym wypadku, uderzając na równej drodze samochodem w drzewo we wsi Wydartowo k. Mogilna. Zmarł 8 maja ,w wieku 48 lat.
W podobnych okolicznościach zginął ksiądz Stanisław Palimąka (1933–1985) z diecezji kieleckiej, szykanowany przez komunistów od 1966 r. 27 lutego 1985 r. ks. proboszcz Palimąka zawiózł do punktu katechetycznego kleryka katechetę. W porze obiadowej siostra proboszcza, która pomagała bratu w prowadzeniu gospodarstwa, w oczekiwaniu na księdza wyszła przed garaż pod plebanią. Zobaczyła martwego kapłana przy jego samochodzie fiat 125, który zatrzymał się na drzwiach garażu. Deski z solidnie wykonanych drzwi zostały wybite z ram. Według oficjalnej wersji, auto - staczając się do garażu z podjazdu o długości 12 m i o nachyleniu 12 stopni - najechało na ks. Palimąkę, powodując jego śmierć. Wojewódzki Urząd Spraw Wewnętrznych w Krakowie musiał się bardzo spieszyć z ustaleniem przyczyny zgonu kapłana, skoro już 30 marca 1985 r. umorzył dochodzenie, nie stwierdzając przestępstwa. Sekcja zwłok ks. Palimąki wykazała; złamanie podstawy czaszki, stłuczenie mózgu, krwiak podpajęczynkowy, rany tłuczone twarzy po stronie prawej i złamanie prawego uda. Sprawę zamknięto, uznając śmierć księdza za nieszczęśliwy wypadek.
Osobnym sprawą są zabójstwa i próby zabójstw księży dokonane po 1989 r. W tajemniczym wypadku poniósł śmierć ks. Marian Rafała, pracujący w parafii NMP w Białymstoku razem z ks.Suchowolcem. Duchowny spał feralnej nocy w tym samym budynku plebani, w którym 30 stycznia 1989 r. zmarł na skutek zaczadzenia ks. Suchowolec. Następnie w mieszkaniu ks. Rafały dokonano włamania. Wieczorem 30 października 1995 r. odebrał telefon od osoby podającej się za księdza werbistę. Kilka godzin później, jadąc na spotkanie zginął koło wsi Radule, na trasie Białystok–Warszawa, w samochodzie, który wbił się w drzewo. W krwi zmarłego znaleziono ślady dużej dawki alkoholu, choć znajomi księdza twierdzili, że był abstynentem.
IPN od kilku lat prowadzi śledztwo w sprawie tajnej grupy przestępczej, działającej w ramach departamentów IV i III MSW - jakim była Grupa „D". Nie bez powodu, esbeków z tej grupy kojarzy się z zabójstwem ks. Jerzego oraz przypisuje się im wiele innych morderstw i aktów terroru. Prokuratorzy IPN zamierzają rozpracować tę strukturę - ustalić nazwiska, metody i zebrać twarde dowody zbrodniczej działalności. A na koniec - doprowadzić winnych pod sąd
Na przeszkodzie planom IPN może stanąć nowelizacja ustawy o Instytucie, forsowana przez polityków Platformy. Zakłada bowiem ona, że agenci i oficerowie służb PRL będą mogli dostawać z archiwum kopie wszelkich dokumentów na swój temat. Dziś osoby te nie mają dostępu do dokumentów wytworzonych przez nich w ramach działań w komunistycznych służbach. W uzasadnieniu zmian PO napisała, że „stało to w kolizji z prawem do obrony przez posądzonych o współpracę ze służbami PRL”. Z ustawy chce się również wykreślić artykuł o odmowie udostępniania akt służb PRL osobom, których służby te traktowały jako "tajnych informatorów lub pomocników przy operacyjnym zdobywaniu informacji". W praktyce – dostęp esbeków i donosicieli do akt IPN doprowadzi do zablokowania lub zafałszowania szeregu najważniejszych śledztw dotyczących zbrodni komunistycznych – w tym działań Grupy „D”.
Podobne znaczenie dla wielu spraw, może mieć wykreślenie z listy komunistycznych organów bezpieczeństwa Urzędu do Spraw Wyznań, co ma związek z orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego z maja 2007 roku.
Dziś wielu esbeków, zrzeszonych w różnego typu organizacjach „kombatanckich” uważa się za poszkodowanych i prześladowanych politycznie, odbierając m.in. w tych kategoriach tzw. emerytalną ustawę deubekizacyjną. Powstaje nawet inicjatywa utworzenia "fundacji wsparcia poszkodowanych przez IV RP". Dość odwiedzić stronę internetową Związku Byłych Funkcjonariuszy Służb Ochrony Państwa – by zrozumieć, jaką nienawiścią kierują się ci ludzie i jaki mają stosunek do swojej „pracy”.
Pomimo, iż znane są personalia funkcjonariuszy działających w Grupie „D”, żaden z nich nie poniósł dotąd kary za swoje czyny. W emitowanym przed kilkoma laty telewizyjnym dokumencie o prześladowaniu ks.Isakowicza - Zalewskiego przez bandytów z grupy „D", mogliśmy usłyszeć pełne chamstwa i buty wypowiedzi esbeków, nie kryjących nawet, że są dumni ze swojej działalności.
Tekst poświęcony kapłanom zamordowanym przez zbirów policji politycznej, niech stanowi otwarcie cyklu, w którym spróbuję przedstawić działalność funkcjonariuszy bezpieki, w tym Grupy „D” ; wskazać, czym zajmowali się w czasach PRL-u i kim są dziś, w III RP.
Dlaczego?
Odpowiedzią będą słowa dzisiejszego posła Platformy Antoniego Mężydły, którego w 1984 roku porwali toruńscy esbecy. Po przewiezieniu do lasu, przykuli go do drzewa i udawali, że kopią mu grób. Potem przewieźli do budynku pod Toruniem i torturowali. Odtwarzali przy tym z taśmy głos jego narzeczonej, którą też porwali.
Nie pytam – dlaczego dziś Mężydło należy do partii, która chce przed Polakami ukryć prawdę o zbrodniach bezpieki?
„Organem, który łamał kręgosłupy, było SB” - mówił przed kilkoma laty Mężydło – „Dlatego uważam, że nazwiska pracowników SB powinny być publikowane. Społeczeństwo powinno znać prawdę”.
Źródła:
http://www.ipn.gov.pl/download.php?s=1&id=3935
Marek Lasota - O raporcie Sejmowej Komisji Śledczej poświęconym Grupie "D" w MSW Biuletyn IPN 1/ 2003
http://www.wiara.informacje.int.pl/czytaj-189.html
http://mtrojnar.rzeszow.opoka.org.pl/ksieza_niezlomni/roman_kotlarz/
http://www.wiara.informacje.int.pl/czytaj-354.html
http://cogito.salon24.pl/77790,bo-zlych-inaczej-pokonac-nie-mozna
http://cogito.salon24.pl/77770,iii-rp-czy-trzecia-faza-czesc-2-na-poczatku-byla-zbrodnia
http://cogito.salon24.pl/77747,gra-zbrodnia-falszerze-z-wsi
http://cogito.salon24.pl/77742,czy-iii-rp-zaczela-sie-nad-grobem-ksiedza-popieluszki
środa, 17 marca 2010
LIKWIDATORZY IPN. W CZYIM INTERESIE?
O tym, że dla obecnego rządu działalność niezależnej instytucji historycznej o uprawnieniach śledczych stanowi problem, nie trzeba przekonywać nikogo, kto słyszy wypowiedzi przedstawicieli Platformy.
Przyczyn niechęci wobec IPN-u można wymienić co najmniej kilka; począwszy od Biura Lustracyjnego i publikacji katalogów, zawierających dane osobowe współpracowników bezpieki, poprzez działalność wydawniczą i edukacyjną, po liczne śledztwa prowadzone przez pion śledczy IPN. Przez kilkanaście ostatnich miesięcy poznawaliśmy kolejne projekty nowelizacji ustawy o IPN. Każdy z nich, zmierzał do ograniczenia suwerenności Instytutu i poddania go politycznej kontroli. W tym tygodniu ma odbyć się w Sejmie II czytanie projektu, wprowadzającego wszystkie pomysły polityków Platformy. Prace nad nim prowadzone są w przyspieszonym i nadzwyczajnym trybie, który polega na zwoływaniu posiedzeń komisji sejmowej pod nieobecność posłów PiS, a nawet posła Andrzeja Czumy – który (wbrew partyjnym kolegom) wielokrotnie pozytywnie wypowiadał się na temat Janusza Kurtyki i obecnego IPN-u.
„Projekt zmian w IPN autorstwa PO, zmieniający zasady wyboru władz IPN i poszerzający dostęp do akt Instytutu, realizuje słuszne cele i służy nadrzędnemu celowi, jakim jest odpolitycznienie IPN „ – głosi komunikat rządu i nie przypadkowo treść oświadczenia przypomina bełkot propagandystów PRL.
Zapisy, jakie znalazły się w obecnym projekcie świadczą, że chodzi o całkowite zawłaszczenie instytucji historycznej oraz pozbawienie jej podstawowej roli śledczej i edukacyjnej.
Pod pozorem zapewnienia „neutralności politycznej” IPN, próbuje się wprowadzić do ustawy przepisy skonstruowane w taki sposób, by bez problemu móc odwołać szefa Instytutu zwykłą większością sejmowych głosów, a jego kompetencje scedować na rzecz Rady, formowanej pod dyktando władz największych polskich uczelni. Odtąd członkami rady IPN będą mogli być tylko doktorzy historii, prawa lub nauk społecznych. Włączenie w proces wyłaniania władz Instytutu środowisk uniwersyteckich, można tłumaczyć tylko skrajną niechęcią, jaką polskie uniwersytety wykazują wobec lustracji. Dlatego w nowelizacji przewidziano, że zespoły uczelniane wyłaniające kandydatów do Rady IPN nie muszą poddawać się lustracji. To zaś oznacza, że liczni współpracownicy policji politycznej PRL, pracujący w polskich uniwersytetach wyłonią do Rady IPN-u podobnych sobie agentów.
Przyjęcie nowelizacji zablokuje proces lustracji i zamknie dziennikarzom i naukowcom dostęp do akt IPN-u. Temu celowi służą zapisy na podstawie których osoba, uzyskująca dostęp do własnych akt „może zastrzec, że dotyczące jej dane osobowe zebrane w sposób tajny w toku czynności operacyjno-rozpoznawczych organów bezpieczeństwa państwa nie będą udostępnianie w celach naukowych i dziennikarskich”. Takie zastrzeżenie będzie obowiązywać nawet przez 50 lat. Ponieważ dokumenty są wzajemnie ze sobą powiązane - czyli jeden dokument może dotyczyć wielu, różnych osób - łatwo sobie wyobrazić, że seria indywidualnych decyzji o zastrzeżeniu dostępu szybko spowoduje zablokowanie prac historycznych i śledztw dziennikarskich.
Zdaniem Andrzeja Gwiazdy – członka Kolegium IPN – takie rozwiązanie oznacza totalny paraliż, o ile nie wręcz likwidację IPN.
Kolejny pomysł likwidatorów z Platformy dotyczy politycznego zaplecza tej partii. Odtąd - agenci i oficerowie służb PRL będą mogli dostawać kopie wszelkich dokumentów na swój temat. Dziś osoby te nie dostają dokumentów wytworzonych przez nich w ramach działań w komunistycznych służbach. W uzasadnieniu zmian PO napisała, że „stało to w kolizji z prawem do obrony przez posądzonych o współpracę ze służbami PRL” - zatem za wprowadzeniem tej poprawki stoi ochrona interesów funkcjonariuszy i agentów bezpieki.
Z ustawy wykreślono artykuł o odmowie udostępniania akt służb PRL osobom, których służby te traktowały jako "tajnych informatorów lub pomocników przy operacyjnym zdobywaniu informacji". Taki, obowiązujący dotychczas zapis pozwalał na odmowę udostępnienia akt służb PRL wielu osobom, m.in. Lechowi Wałęsie.
Z ustawy mają zostać wykreślone dwie instytucje figurujące tam dotąd jako komunistyczne organy bezpieczeństwa. Chodzi o Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk oraz Urząd do Spraw Wyznań. Ma to związek z orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego z maja 2007 roku. W praktyce oznacza to, że IPN nie będzie już mógł korzystać z akt GUKPPiW i Urzędu ds. Wyznań, ani uznawać pracy w tych instytucjach za służbę w organach bezpieczeństwa PRL. Akta Urzędu ds.Wyznań zawierają dokumenty, których analiza była pomocna w identyfikacji agentury działającej w Kościele Katolickim – w tym szczególnie ważnych agentów, ulokowanych w Watykanie. Wydział współpracował bowiem bardzo ściśle z Departamentem I MSW (peerlowskim wywiadem), którego doświadczenia i agenturę wykorzystano m.in. do przeprowadzenia zamachu na życie Jana Pawła II. Wykreślenie urzędu z wykazu organów bezpieczeństwa oznacza, że poważnie utrudniona zostanie lustracja duchownych, a niektóre śledztwa prowadzone przez IPN mogą zostać zablokowane. Na podstawie tego samego orzeczenia TK wykreślony zostanie też przepis, który do organów bezpieczeństwa zaliczał organy i instytucje cywilne i wojskowe innych państw komunistycznych. Odtąd IPN nie będzie miał prawa prowadzić postępowań wobec osób współpracujących ze służbami innych „demoludów”, ale też nie będzie mógł zwracać się do instytucji archiwalnych tych państw o udzielenie informacji na temat polskich obywateli. Innymi słowy – odtąd każdy były agent Stasi, KGB,czy GRU może czuć się w Polsce całkiem bezpiecznie.
Najwyraźniej - systemowe fałszowanie najnowszej historii niedostatecznie zadowoliło ambicje twórców IIIRP, skoro po raz kolejny sięgają po najważniejszą instytucję historyczną i posługując się metodami przymusu politycznego próbują zniszczyć pamięć Polaków.
Marianna Birthler, pełnomocnik rządu niemieckiego ds. akt Stasi i szefowa Instytutu Gaucka, powiedziała kiedyś, że "Historie komunizmu i służb specjalnych składają się na historię Europy". Ta niechętnie przyjmowana w III RP prawda oznacza, że również dokumenty komunistycznych służb specjalnych są dziś dziedzictwem archiwalnym całej Europy. Są świadectwem okresu bezprawia i pogardy czasów komunizmu, ale również dowodem bohaterstwa i odwagi ludzi gotowych powiedzieć "nie" ideologii Imperium Zła. Oznacza to również, że pozbywając się, lub ukrywając przed społeczeństwem archiwa służb komunistycznych dokonuje się historycznego fałszu, zubaża i zniekształca własną przeszłość.
Hołdujący nowelizacji ustawy o IPN politycy, publicyści (a nawet część historyków) są przekonani, że wystarczy "zakazać", "ograniczyć dostęp", "zabetonować" lub po prostu wpisać takie czy inne zastrzeżenie do kolejnej wersji ustawy, by zapobiec wstrząsowi związanemu z odkrywaniem niewygodnej przeszłości. Nic bardziej błędnego.
Dzięki przemianom na geopolitycznej mapie Europy archiwalia komunistycznych specsłużb nabrały międzynarodowego charakteru. Od tej chwili, powstałe na gruzach sowieckiego obozu państwa zaczęły dysponować dossier nie tylko własnych obywateli, ale i obywateli krajów obcych. Stało się tak, ponieważ każda z policji politycznych w „demoludach” była integralną częścią sowieckiego systemu kontroli i represji – w pełni zależną i dyspozycyjną wobec sowieckiego hegemona i spełniała określoną przez okupanta rolę w mechanizmie megasłużb komunistycznych. System ten zakładał, że archiwa poszczególnych służb służą celom strategicznym całego Bloku Sowieckiego i na tej podstawie wymuszał ścisłe współdziałanie i znaczną transparentność posiadanych informacji. Wszechobecna w komunizmie zasada „kontroluj kontrolującego” powodowała, że służby jednych państw zbierały i archiwizowały informacje o innych ( tu rolę szczególną powierzono NRD – owskiej Stasi), a wszystkie zbiory danych musiały być przekazywane do moskiewskiej centrali.
Już tylko wymowa faktu, że w okresie PRL-u nie mieliśmy do czynienia ze służbami chroniącymi bezpieczeństwo obywateli i interesy państwa polskiego - świadczy o wielkiej naiwności tych, którzy zakładają kontrolę instytucji państwowych nad wiedzą ukrytą w dokumentach bezpieki. Lecz, czy tylko o naiwności?
Za głosem wielu postaci ,domagających się dziś likwidacji lub ograniczenia kompetencji IPN-u, widoczne są znacznie groźniejsze intencje, niż ochrona komunistycznej agentury i jej interesów. W tym kontekście – wysuwane żądania urastają do rangi aktu głupoty...lub zdrady.
Nie można bowiem przemilczać prawdy, że istotna wiedza o przeszłości jest ukryta w wielu dokumentach znajdujących się poza Polską, i to nie tylko w archiwach służb Federacji Rosyjskiej. Dowodów na to, że Rosjanie dysponują dokumentami obciążającymi polskie elity i że mogą się posunąć w tej kwestii do szantażu jest aż nadto. Dzięki likwidacji WSI wiemy, że w 1990 r. ostatni szef Wojskowej Służby Wewnętrznej gen. Edmund Buła przekazał Sowietom całą kartotekę kontrwywiadu wojskowego. W Raporcie z Weryfikacji WSI, w części dotyczącej operacji o kryptonimie "Gwiazda" możemy dowiedzieć się, że jeszcze w latach 90-tych (a nawet później) Rosjanie wykorzystywali w pracy operacyjnej wiedzę zdobytą w czasach Związku Sowieckiego na temat oficerów LWP, którzy później znaleźli się w szeregach armii III RP. Już tylko z tej przyczyny - ujawnienie w Raporcie nazwisk oficerów WSW/WSI i nielegalnie werbowanej agentury, stanowiło akt historycznej i politycznej dalekowzroczności. Byłoby rzeczą absurdalną sądzić, że rosyjskie służby, dysponując największym na świecie zbiorem archiwów nie zechciałyby używać ich do rozgrywek politycznych i utrzymywania kontroli nad ludźmi uwikłanymi we współpracę agenturalną.
Ograniczenie ustawowych uprawnień IPN-u, z których jedno dotyczy archiwizacji dokumentów związanych z działalnością aparatu represji w latach 1944-1989, lub uprawnień pionu śledczego IPN – czyli uniemożliwienie niezależnym historykom dostępu do archiwów komunistycznej bezpieki - będzie działaniem na korzyść i w interesie rosyjskich i niemieckich służb. Jakiekolwiek nawoływanie do "ograniczenia", "spalenia" czy "zabetonowania” tych archiwów służy wyłącznie interesom obcym polskiej racji stanu. Mając pewność, że cała wiedza o dzisiejszych elitach IIIRP znajduje się w Moskwie, a ogromna jej część również w Berlinie – chcąc ukryć tę wiedzę przed własnym narodem - ludzie obecnego układu skazują Polskę na rolę bezwolnego, zależnego przedmiotu w politycznych i gospodarczych rozgrywkach. Bez znaczenia pozostaje - czy autorami takich wypowiedzi są komunistyczni aparatczycy, zasłużeni opozycjoniści czy ludzie Kościoła. Wszyscy oni - świadomie lub nie, źle służą sprawie polskiej.
Przypomnę, że już raz, na początku polskiej „transformacji” dokonano aktu podporządkowania interesów niepodległej Rzeczpospolitej wpływom obcego mocarstwa. Niczym innym, nie była celowa rezygnacja „elit” politycznych IIIRP z przeprowadzenia dekomunizacji i rzetelnej lustracji. Ukrywając przed własnym społeczeństwem wiedzę o przeszłości, dano wówczas Rosjanom (lecz również Niemcom) groźną i niezwykle skuteczną broń w rozgrywaniu „kwestii polskiej” ;naciski i szantaż wobec czołowych postaci życia publicznego, o których agenturalnej przeszłości posiadały wiedzę służby państw obcych – lecz nic nie wiedziało o nich polskie społeczeństwo. Ten oręż - w choćby niewielkim stopniu wytrąciła z rak naszych sąsiadów działalność historyków IPN-u, odkrywających w archiwach służby bezpieczeństwa ponurą prawdę o „ludziach z papieru”.
Doskonale z obecnego zagrożenia zdaje sobie sprawę prezes Janusz Kurtyka, gdy mówiąc o agenturalnej przeszłości Aleksandra Kwaśniewskiego przypomniał znaną od 9 lat prawdę, że postać TW ALEK „gwarantuje Sowietom przynależność Polski do ich imperium zewnętrznego”.
Każdy z byłych współpracowników policji politycznej PRL, a w szczególności - pełniący w IIIRP najwyższe funkcje państwowe, który ukrywa, lub po ujawnieniu zaprzecza swojej agenturalnej przeszłości, dowodzi tym samym, że nadal znajduje się w obszarze wpływów obcych służb i nadal wykonuje swoją agenturalną „misję”. Wpływów obcych – ponieważ działalność peerelowskiej bezpieki i zgromadzona przez nią wiedza należała do zakresu wrogich Polsce i związanych z długoletnią okupacją sowiecką. Dla państwa mieniącego się wolną Rzeczpospolitą – wiedza na temat establishmentu IIIRP przekazana przez bezpiekę do archiwów rosyjskich czy niemieckich, powinna stanowić najpoważniejsze zagrożenie.
piątek, 4 grudnia 2009
ZBRODNIA I PAMIĘĆ
„Apeluję do pracowników IPN, aby nie nadużywali środków publicznych, bo nie będą mogli ich w przyszłości używać (...). IPN ma szansę przetrwać tylko pod warunkiem, że będzie instytucją ideologicznie i politycznie neutralną” – ostrzegał w marcu br. premier Tusk.
Ponieważ groźby okazały się nieskuteczne, a Kolegium Instytutu nie ugięło się przed szantażem - przystąpiono do definitywnego rozwiązania problemu IPN-u. O tym, że dla obecnego rządu działalność niezależnej instytucji historycznej o uprawnieniach śledczych stanowi problem, nie trzeba przekonywać nikogo, kto słyszy wypowiedzi przedstawicieli rządzącej partii i jest w stanie dokonać samodzielnej oceny faktów.
Na czym – zdaniem rządzących – miałaby polegać „neutralność polityczna” IPN –u możemy się dowiedzieć na podstawie projektu nowelizacji ustawy, datowanego na 22 czerwca br. To jeden z wielu projektów Platformy, z których każdy kolejny bywa „szlifowany” – jak nazwał te pracę poseł Arkadiusz Rybicki. Zaprezentowany dziś przez PO dokument nie odbiega znacząco od wersji z czerwca br. Partia rządząca rozszerzyła jedynie katalog medialnych epitetów, jakimi obdarza niezależnych historyków i do wcześniejszych określeń dodała miano „gończy”. Pewną nowością jest także rzeczowa opinia posła Rybickiego, który w imieniu swojej partii ujawnił podstawowy zarzut wobec instytucji historycznej. Usłyszeliśmy zatem, iż „odkąd prezesem jest Janusz Kurtyka, IPN zaczął mówić podobnym językiem jak PiS i mieć podobną polityczną wizję historii, jak PiS”.
Wobec doniosłości tego argumentu należy z pokorą przyjąć obecne pomysły rządzących i z uwagą pochylić się nad projektem nowelizacji ustawy.
Tak się złożyło, że przygotowanie tego projektu zbiegło się z udostępnieniem przez IPN nowej bazy danych, zawierającej ponad półtora miliona tzw. rekordów, na podstawie której łatwiejsza staje się m.in identyfikacja tajnych współpracowników bezpieki. Jak informował w czerwcu Janusz Kurtyka - „ Nowa baza danych, inaczej niż dotychczasowe katalogi Instytutu, pozwoli ze stuprocentową pewnością zidentyfikować konkretną osobę. Zawierać będzie bowiem takie dane osobowe, jak nazwisko, imię, datę i miejsce urodzenia, imiona rodziców i nazwisko panieńskie matki. Do tej pory w IPN zeskanowano wszystkie kartoteki wojewódzkich urzędów spraw wewnętrznych. W trakcie przenoszenia do nowej bazy jest jeszcze najważniejszy zasób – centralna Kartoteka Ogólnoinformacyjna MSW”.
Wydawać by się mogło, że ta cenna inicjatywa IPN-u przyśpieszyła jedynie prace nad nowelizacją ustawy i próba ograniczenia działań Instytutu jest prostą reakcją na groźbę ujawnienia agentury, funkcjonującej w życiu publicznym.
Gdy jednak zapoznamy się z tekstem nowelizacji, a w szczególności z zapisami, które w praktyce podporządkowują Instytut decyzjom polityków i czynią z niego rządową agencję kierowaną przez marionetkowego prezesa i ubezwłasnowolnioną Radę IPN – nietrudno zrozumieć, że intencje obecnego rządu idą dalej - w kierunku całkowitego zawłaszczenia instytucji i pozbawienia jej jakiejkolwiek roli śledczej i edukacyjnej.
Celem nowelizacji jest bez wątpienia poddanie Instytutu politycznej kontroli i zastąpienie dotychczasowych organów ludźmi wybieranymi według preferencji rządzącej ekipy.
Przepisy skonstruowano w taki sposób, by bez problemu móc odwołać szefa IPN-u zwykłą większością głosów, a jego kompetencje scedowano na rzecz Rady, formowanej pod dyktando władz największych polskich uczelni. Odtąd członkami rady IPN będą mogli być tylko osoby posiadające tytuł naukowy lub stopień naukowy w dziedzinie nauk humanistycznych lub prawnych.
Włączenie w proces wyłaniania władz Instytutu środowisk uniwersyteckich, można tłumaczyć tylko skrajną niechęcią, jaką polskie uniwersytety wykazują wobec lustracji. Nowelizacja pozwala, by zespoły uczelniane wyłaniające kandydatów do Rady IPN nie musiały poddawać się lustracji. Można zatem przyjąć, - że liczni współpracownicy policji politycznej PRL, pracujący w polskich uniwersytetach wyłonią do Rady IPN-u podobnych sobie agentów.
Już dziś, można zaproponować kilka osób na listę 9 – osobowej Rady IPN, kierując się przesłankami zawartymi w intencjach projektodawcy. Wszystkie przedstawione postaci gwarantują pełną apolityczność i dużą odporność na „chorobliwą wizję historyczną PiS-u”.
Na przewodniczącego Rady można zaproponować prof. dr hab. Włodzimierza Wiktora Borodzieja z Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego, którego ojciec - podpułkownik SB Wiktor Borodziej zadbał o rozwój kariery naukowej syna.
IPN odtajnił niedawno akta osobowe Wiktora Borodzieja, jednej z „gwiazd” wywiadu SB. Stało się to zapewne na skutek interwencji jego syna Włodzimierza Borodzieja oraz „Gazety Wyborczej” (19.09.2008, „Jak IPN załatwił prof. Borodzieja”). Ciekawym aspektem działalności płk. SB , rzucającym światło na kształtowanie się „elit” w PRL są metody, jakimi Wiktor Borodziej czynnie wspierał karierę swego jedynego syna Włodzimierza. Obszernie na ten temat pisał Tadeusz Olszak w “Gazecie Polskiej” z 17.11.2009
Kolejna kandydatura to prof. Wacław Długoborski – historyk, rektor prywatnej Wyższej Szkoły Humanistycznej w Katowicach, który przez blisko 20 lat, do 1975 roku był bardzo aktywnym i niebezpiecznym tajnym współpracownikiem SB o ps. „Asystent”, (a potem „Wiktor”) i donosił m.in. na kolegów-naukowców oraz pracowników Radia Wolna Europa.
W zacnym gronie Rady IPN nie powinno również zabraknąć innego znanego historyka - prof. zw. dr hab. Andrzeja Garlickiego, - od 1953 roku tajnego współpracownika o ps. Pedagog.
Dobrymi kandydatami wydają się także: dr hab. Krzysztof Andrzej Ślusarek z Instytutu Historii UJ, od 1982 TW “4436″, który za donoszenie na kolegów od 1982 roku pobierał od esbeków wysokie wynagrodzenie finansowe, oraz dr hab. Dariusz Matelski - historyk i archiwista z Wydziału Historycznego UAM. Ten ostatni - TW "Leński", rozpoczął studia w 1982 roku w stanie wojennym. Jak możemy się dowiedzieć „jego ulubionym zajęciem było donoszenie na kolegów i wykładowców, a ulubionym obiektem wypracowań dla bezpieki był prof. Tomasz Szramm.”
W doborowym gronie Rady IPN, nie powinno zabraknąć wybitnego autorytetu moralnego wielu środowisk – czyli ks. abp prof. dr hab. Józefa Mirosława Życińskiego – TW. „Filozof”, w latach 1977-1990 zarejestrowanego pod numerem 1263 przez Wydział IV KW MO w Częstochowie.
Można być pewnym, że wybór tych szlachetnych postaci (lub im podobnych osób, „wyróżniających się wysokimi walorami moralnymi”) zapewni projektodawcom z Platformy Obywatelskiej całkowitą apolityczność prac IPN-u i przyczyni się do rzetelności badań nad najnowszą historią Polski.
Innym, korzystnym efektem nowelizacji ustawy o IPN będzie zablokowanie procesu lustracji i zamknięcie dziennikarzom i naukowcom dostęp do akt IPN-u. Temu celowi służą przepisy na podstawie których osoba, uzyskująca dostęp do własnych akt „może zastrzec, że dotyczące jej dane osobowe zebrane w sposób tajny w toku czynności operacyjno-rozpoznawczych organów bezpieczeństwa państwa nie będą udostępnianie w celach naukowych i dziennikarskich”. Takie zastrzeżenie będzie obowiązywać nawet przez 50 lat. Ponieważ większość tego rodzaju dokumentów jest wzajemnie ze sobą powiązana - czyli jeden dokument może dotyczyć wielu, różnych osób - łatwo sobie wyobrazić, że seria indywidualnych decyzji o zastrzeżeniu dostępu, bardzo szybko spowoduje zablokowanie jakichkolwiek prac historycznych lub śledztw dziennikarskich.
Są również w projekcie Platformy zapisy, których wprowadzenie wynika z orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego z maja 2007 roku.
Warto jednak zauważyć, że konsekwencje wprowadzenia tych regulacji mogą być niemniej istotne dla przyszłości Instytutu i stanu świadomości historycznej Polaków, niż pomysły na „odpolitycznienie”. Chodzi przede wszystkim o wykreślenie z ustawy o IPN niektórych zapisów art.5. Artykuł ten wymieniał podmioty, będące według ustawy komunistycznymi organami bezpieczeństwa państwa. Nowelizacja zmierza do wykreślenia z tego wykazu punktów 13 i 14 – czyli: Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk wraz z wojewódzkimi i miejskimi urzędami kontroli, oraz Urzędu do Spraw Wyznań i terenowych organów administracji państwowej o właściwości szczególnej do spraw wyznań stopnia wojewódzkiego. GUKPPiW to instytucja szczególnie zasłużona w niszczeniu polskiej kultury i nauki, odpowiedzialna za nadzór cenzorski nad wszystkimi wydawnictwami rozpowszechnianymi w czasach PRL. Urząd ds. Wyznań był zaś – jak wynika z wielu opracowań historyków IPN - ekspozyturą Służby Bezpieczeństwa i ściśle współpracował z SB w działaniach skierowanych przeciwko Kościołowi Katolickiemu i innym kościołom.
W maju 2007 roku Trybunał Konstytucyjny uznał jednak, że umieszczenie tych instytucji wśród organów bezpieczeństwa jest sprzeczne z konstytucją i nakazał ich wykreślenie.
W praktyce wykreślenie to oznacza, że IPN nie będzie już mógł korzystać z akt GUKPPiW i Urzędu ds. Wyznań, ani uznawać pracy w tych instytucjach za służbę w organach bezpieczeństwa PRL. Ale są też inne konsekwencje.
Akta Urzędu ds.Wyznań zawierały szereg dokumentów, których analiza była pomocna w identyfikacji agentury działającej w Kościele Katolickim – w tym szczególnie ważnych agentów, ulokowanych w Watykanie. Wydział współpracował bowiem bardzo ściśle z Departamentem I MSW (peerlowskim wywiadem), którego doświadczenia i liczną agenturę wykorzystano m.in. do przeprowadzenia zamachu na życie Jana Pawła II.
Wykreślenie urzędu z wykazu organów bezpieczeństwa oznacza zatem, że poważnie utrudniona zostanie lustracja duchownych, a niektóre śledztwa prowadzone przez Pion Śledczy IPN mogą zostać zablokowane.
Równie poważne konsekwencje może mieć wykreślenie z ustawy o IPN dyspozycji zawartej w art.5 punkt 2 – co także następuje na mocy orzeczenia TK z maja 2007r. Na podstawie tego przepisu do organów bezpieczeństwa zaliczano „organy i instytucje cywilne i wojskowe państw obcych o zadaniach podobnych do zadań organów, o których mowa w ust. 1”.
Po uchyleniu tego punktu, IPN nie będzie miał już prawa prowadzić postępowań wobec osób współpracujących ze służbami innych państw komunistycznych, ale też nie będzie mógł zwracać się do instytucji dysponujących archiwami tych państw o udzielenie informacji na temat polskich obywateli. Innymi słowy – odtąd każdy były agent Stasi, KGB,czy GRU może czuć się w Polsce całkiem bezpiecznie.
Przed trzema laty pewien prominentny polityk Platformy deklarował z trybuny sejmowej:
„W proponowanym przez nas , projekcie nowelizacji ustawy w pierwszej kolejności mówimy o uchyleniu klauzul tajności wobec materiałów dotyczących osób bezpośrednio lub pośrednio wywierających wpływ na życie publiczne, w tym wszystkich funkcjonariuszy publicznych oraz osób podlegających lustracji. Uważamy, że wiedza dotycząca tych osób powinna być dostępna w każdej chwili, zaś w stosunku do osób podlegających lustracji niezwłocznie po złożeniu przez nie oświadczenia lustracyjnego. Dlatego [...] proponujemy, aby znacząco rozszerzyć grupę osób podlegających lustracji o kategorię osób mających istotny wpływ na życie społeczne. Jednocześnie proponujemy pełne otwarcie dla wszystkich zainteresowanych dostępem do materiałów zgromadzonych na temat tych osób w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej. - poseł Grzegorz Schetyna–5 kadencja, 12 posiedzenie, (09.03.2006)
To, co Platforma proponuje dziś świadczy, że ludzie tej partii cierpią na poważne problemy z pamięcią. Nie byłoby w tym nic groźnego, gdyby problemy te dotyczyły wyłącznie ich własnej pamięci i nie chcieli swoim schorzeniem obdarować polskiego społeczeństwa.
Skutkiem tej nowelizacji będzie nie tylko ubezwłasnowolnienie IPN-u, ale przede wszystkim niszczenie narodowej pamięci. Ludzie dziś rządzący powinni wiedzieć, że takiej zbrodni się nie zapomina.
Źródła:
http://www.rp.pl/artykul/9158,317885_Zdort__IPN_otwiera__kolejne_drzwi_.html
http://www.rp.pl/artykul/2,360528_Czy_Platforma_podda_IPN_politycznej_kontroli_.html
http://lustronauki.wordpress.com/2009/11/19/wlodzimierz-borodziej/
http://lustronauki.wordpress.com/2009/03/17/waclaw-dlugoborski/
http://lustronauki.wordpress.com/2008/11/14/jozef-zycinski-filozof-kul-i-zarejestrowany-tw-filozof/
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,81048,7247937,PO__zmiany_w_ustawie_o_IPN_niezbedne.html
http://www.tvn24.pl/-1,1631840,0,1,ipn-wspieral-chorobliwa-wizje-pis_u,wiadomosc.html
http://orka2.sejm.gov.pl/Debata5.nsf/main/7997C34C
projekty nowelizacji ustawy o IPN - http://grafik.rp.pl/grafika2/368469
sobota, 21 listopada 2009
„ZWYCZAJNA AGENTURA” – PROCES DZIAŁACZY KOMUNISTYCZNYCH
Ponieważ jedna z informacji zawartych w tym artykule (choć nie sama publikacja P.Gontarczyka) ma związek z przedmiotem postępowania sądowego, które wzbudziło uzasadnione zainteresowanie, chciałbym przedstawić obszerny fragment opracowania historyka IPN .
PIOTR GONTARCZYK, IPN ZWYCZAJNA AGENTURA
Powstanie niepodległego Państwa Polskiego po I wojnie światowej nie znalazło w międzynarodowym ruchu komunistycznym ani zrozumienia, ani akceptacji. Falę uczuć patriotycznych konstruującą nowy porządek europejski uważano za zjawisko sprzeczne z logiką historii, oddalające wybuch rewolucji i dzień wprowadzenia światowej dyktatury proletariatu.
Powstała w 1918 r. Komunistyczna Partia Robotnicza Polski konsekwentnie zwalczała Polskę wszelkimi dostępnymi środkami. W czasie najazdu sowieckiego komuniści jednoznacznie opowiedzieli się po stronie Sowietów. Kiedy Armia Czerwona w lipcu 1920 r. stanęła pod Warszawą, KPRP wydała odezwę nawołującą do walki przeciwko Polsce: „Rada Obrony Państwa, werbunek ochotnika, nowe pobory, wiece i obchody patriotyczne i kokardki […]. Klasa robotnicza stoi na uboczu tej wrzaskliwej komedii, komedii niegroźnej dla zwycięskich wojsk Czerwonej Armii. […] Do walki Towarzysze!”
Przez całe dwudziestolecie międzywojenne komuniści kontestowali ustrój i granice Polski. Formalnym wyrazem takiego stanowiska było m.in. działanie na Kresach Wschodnich pod szyldem Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy i Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi. [...]
Nie ma wątpliwości, że ruch komunistyczny w Polsce był sterowany i finansowany przez Moskwę, stanowiąc typową agenturę ZSRS. Cele i metody działania partii komunistycznej były niemal tożsame z tymi, jakie sobie w Polsce wyznaczały organa sowieckiego wywiadu, tak wojskowego (GRU), jak i NKWD. Jedni i drudzy rozpracowywali Wojsko Polskie, penetrowali instytucje państwowe i organizacje społeczno-polityczne. Walczyli też za pomocą aktów terroru i skrytobójstwa. Zdarzało się więc, że polskie sądy, nie mogąc precyzyjnie określić rzeczywistego charakteru działalności schwytanych komunistów, skazywały ich za „działalność komunistyczną względnie szpiegowską”. Aparat kierowniczy ruchu komunistycznego składał się z zawodowych, płatnych funkcjonariuszy, szkolonych i finansowanych z ZSRS.
Jeden z oskarżonych w procesie łuckim, Eugeniusz Kuszko, napisał po latach:
„[...] w mojej działalności partyjnej […] najważniejszym wydarzeniem konspiracyjnym był udział w szkole wojskowo-politycznej w Moskwie, znajdującej się pod bezpośrednim kierownictwem polskiej sekcji Komitetu Wykonawczego Międzynarodówki Komunistycznej.
Wszystkie przedmioty wojskowe, przerabiane w tej szkole, były [...] wykładane przez wyższych oficerów Armii Radzieckiej. Wszyscy słuchacze szkoły nosili mundury oficerów radzieckich […]. Szkoła miała za zadanie przygotować dla naszej partii działaczy konspiracyjnych w armii sanacyjnej oraz przyszłych wojskowych kierowników powstania zbrojnego i walk ulicznych”.
[..] Jest oczywiste, że polskie władze nie pozwalały na legalną działalność komunistów. Byli oni ścigani jako groźni przestępcy, zagrażający najbardziej żywotnym interesom społeczeństwa polskiego. Jednym z elementów obrony państwa przed zbrodniczą ideologią komunistyczną był tak zwany proces łucki (1934 r.).
Prowokator Kozak
Początki sprawy łuckiej datują się na pierwsze dni listopada 1930 r. Wówczas to na terenie Wołynia polska policja zatrzymała funkcjonariusza Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy Iwana Kozaka. Był on instruktorem Komitetu Centralnego, toteż dysponował dużą wiedzą na temat KPZU. Nie ma poważniejszych wątpliwości, że po aresztowaniu Kozak podjął współpracę z policją, sporządzając obszerny elaborat, w którym podał szczegółowe informacje na temat działalności nielegalnej partii i stosowanych przez nią metod: propagandzie, penetracji istniejących partii i organizacji społeczno-politycznych, gromadzeniu broni w celu dokonania zbrojnego przewrotu. Oskarżeni w procesie łuckim w swych powojennych relacjach składanych w Zakładzie Historii Partii KC PPR podkreślali, że poza drobnymi detalami informacje podane przez Kozaka były zgodne ze stanem faktycznym. Kozak został również prowokatorem, który wziął udział w aresztowaniach przeprowadzanych
przez policję. Objęły one znaczną część kierowniczego aktywu KPZU. [...]
Schemat jego działania był prosty. Pojawiał się w znanych sobie punktach kontaktowych i wzywał na spotkania kolejnych działaczy partyjnych. Kiedy ci pojawili się na odprawie z instruktorem KC KPZU, wpadali w ręce policji. Aresztowano łącznie kilkudziesięciu działaczy komunistycznych z sekretarzem KPZU Mikołajem Pawłykiem na czele.
Wśród aresztowanych był również Ozjasz Szechter, doskonale znany władzom z wcześniejszej działalności komunistycznej. Pełnił on między innymi funkcję sekretarza okręgowego KPZU we Lwowie i Stanisławowie, a w chwili aresztowania był szefem Wydziału Zawodowego KC KPZU. Tak wysokie stanowisko z reguły były zarezerwowane dla zawodowych, dobrze płatnych funkcjonariuszy komunistycznej konspiracji, tzw. funków. Pieniądze na ich działalność pochodziły oczywiście z Moskwy.
Zatrzymanych w czasie „wsypy Kozaka” nie odstawiono do więzienia, tylko przetrzymywano w pomieszczeniach biurowych łuckiego Urzędu Śledczego. Zapewne w ten sposób chciano uniemożliwić kontakty zatrzymanych ze światem zewnętrznym i sobą nawzajem, co niewątpliwie nastąpiłoby po przekazaniu ich do aresztu. Wkrótce potem w prasie zaczęły pojawiać się informacje, jakoby aresztowani byli biciem zmuszani do składania zeznań. Pewności nie ma, ale informacje najprawdopodobniej były prawdziwe. W trakcie przesłuchań część zatrzymanych potwierdziła informacje przekazane policji przez Kozaka, obciążając tym samym siebie i współtowarzyszy.
Wśród zeznających był również Ozjasz Szechter, który opowiedział o swojej działalności w KPZU, metodach działalności partii. Wymienił także nazwiska innych działaczy. Większość zatrzymanych na rozprawie sądowej twierdziła, że podobne zeznania zostały na nich wymuszone za pomocą bicia. Komunistyczna prasa bardzo silnie eksploatowała ten wątek sprawy. Rozpętała również akcję propagandową wokół śmierci jednego z zatrzymanych, Stefana Bojki. Wedle niej miał zostać zamordowany w czasie śledztwa. Policja jednak utrzymywała, że Bojko w czasie konwojowania skoczył z mostu do rzeki i utopił się.[...]
Akt oskarżenia z lipca 1933 r. objął 57 oskarżonych, z Mikołajem Pawłykiem, sekretarzem KC KPZU na czele. Wszyscy zostali obwinieni o przestępstwo z art. 97 § 1 w związku z art. 93 § 1 i 2 polskiego kodeksu karnego z 1932 r., tj. o przynależność do organizacji mającej na celu oderwanie od Rzeczypospolitej jej ziem południowo-wschodnich i przyłączenia ich do ZSRS, oraz obalenia przemocą ustroju państwa polskiego w celu wprowadzenia komunistycznej dyktatury. Zarzuty były więc bardzo ciężkie – z reguły klasyfikuje się je jako typowe zbrodnie stanu. Groziły za to wysokie kary więzienia do dożywocia włącznie.
Tradycyjnie w II Rzeczpospolitej, osoby działające na jej szkodę, a w interesie komunizmu i ZSRS, mogły liczyć na wsparcie sowieckich mocodawców. Obronę oskarżonych koordynował adwokat Teodor Duracz, jeden z najważniejszych ludzi Moskwy w Polsce. Oficjalnie zatrudniony jako radca w sowieckim poselstwie w Warszawie z bardzo wysoką pensją – 1500 zł miesięcznie, był przez prasę wprost nazywany „sowieckim agentem”. Władze polskie usiłowały wyrzucić Duracza z kraju, lecz – przegrywając z przepisami prawa – czyniły to bezskutecznie.
Mniej legalistyczna była działalność samego Duracza. W jego kancelarii skupiały się rozmaite nici komunistycznej konspiracji i wywiadu sowieckiego. Dostęp do akt jego i innych komunistycznych obrońców pozwalał nie tylko na ustalanie właściwej linii obrony. Zdarzało się też, choć nie w przypadku procesu łuckiego, że komunistyczna konspiracja mordowała potencjalnie groźnych świadków lub osoby współpracujące z polską policją. Już na początku procesu łuckiego komuniści podjęli próbę skopiowania tych materiałów ze śledztwa, które stanowiły największe zagrożenie dla działalności KPZU i poszczególnych oskarżonych. Nie było z tym poważniejszych kłopotów.
Za zgodą władz sądowych przepisała je żona Ozjasza Szechtera, Helena Michnik. Oficjalnie była ona asystentką jednego z adwokatów, a faktycznie do „obsługi” procesu skierowała ją KPZU. Po latach Helena Michnik wspominała: „[...] późnym latem 1933 r. Rozenbusch, który wtedy był w kraju i był członkiem sekretariatu krajowego [KPZU] powiedział mi, że koniecznie potrzebny jest materiał zeznań oskarżonych i prowokatorów w procesie łuckim, że to trzeba koniecznie wydostać […]. Miałam takie polecenie. Przede wszystkim miałam dosłownie przepisać zeznania Kozaka, bo to jest najistotniejsze, oraz wszystkie inne konkretne materiały rzeczowe. […] Przepisałam dosłownie zeznania policyjne sądowe Jaworskiego, zeznanie policyjne Kozaka. Z zeznań innych towarzyszy – wszystko to co mogło być potrzebne do archiwum partyjnego. Ja zbierałam te materiały pod dwoma punktami widzenia – z jednej strony dla partii, z drugiej – dla obrony”.
Prócz tego Helena Michnik instruowała komunistycznych obrońców, jaką linię mają przyjąć w czasie procesu. Wydaje się, że punktem odniesienia nie był tu interes oskarżonych (jak najniższy wyrok) tylko polityczny spektakl, w jaki chciała przemienić proces KPZU. Miał on bowiem stać się trybuną do walki z „faszystowską Polską”. Zaplanowano rozmaite wystąpienia propagandowe przeciwko Polsce oraz na rzecz komunizmu i ZSRS. [...] Proces w Sądzie Okręgowym w Łucku rozpoczął się w lutym 1934 r., przy wielkim zainteresowaniu prasy. [...] Większość oskarżonych nie przyznała się przed sądem do działalności w KPZU i twierdziła, że ich wcześniejsze zeznania zostały wymuszone w śledztwie. Podobnie zachował się Ozjasz Szechter. Oświadczył jednak, że „jest przekonań komunistycznych, których nabył ze studiów ekonomicznych i socjalnych, jest marksistą i sympatykiem komunizmu i zawsze będzie o te swoje przekonania, których nigdy nie ukrywał walczył”; złożone w śledztwie zeznania określił jako wymuszone „pod wpływem strasznych tortur i katuszy”. Stwierdził, że wymuszenia owe zostały zastosowane wobec niego i jego towarzyszy dla „rzucenia cienia” na ruch komunistyczny w Polsce. Odrzucił również obciążające go zeznania Iwana Kozaka. [...] Wyrok w sprawie łuckiej zapadł 14 kwietnia 1934 r. Uznawał on winnymi przynależności do organizacji wywrotowej i działalności komunistycznej 45 spośród oskarżonych. Orzeczone kary opiewały na 3 do 8 lat pozbawienia wolności. Szechter otrzymał ów najwyższy wymiar kary. W sentencji sąd stwierdził, że brał on „bardzo czynny i wybitny udział w charakterze członka KPZU i to ostatnio w roku 1930 na wysokim kierowniczym stanowisku kierownika wydziału zawodowego CK KPZU i dużo zła wyrządził Państwu”.
Jeźdźcy Apokalipsy
Część komunistów sądzonych w procesie łuckim dosięgły represje ze strony własnej partii. Akta skopiowane w sądzie przez Helenę Michnik posłużyły do rozprawy z tymi spośród nich, którzy składali zeznania w śledztwie, czyli tzw. sypakami. Po przeprowadzeniu krótkiego „partśledztwa” niektórzy z nich zostali usunięci z partii, a inni zawieszeni. Do tej drugiej grupy należał też mąż Heleny Michnik, Ozjasz Szechter. Najprawdopodobniej niewielu ze wspomnianych działaczy wyrzekło się później swoich komunistycznych poglądów. Niektórzy odegrali bardzo niechlubną rolę w historii Polski. Enzel Stup w 1939 r. dowodził powstałą w Kobryniu komunistyczną gwardią robotniczą, która m.in. wyłapywała i mordowała polskich żołnierzy i policjantów. Eugeniusz Kuszko był po wojnie komunistycznym generałem, a w latach czterdziestych szefem Głównego Zarządu Politycznego WP. Także inni oskarżeni w procesie łuckim byli po wojnie zasłużonymi budowniczymi PRL.
Ale Szechter kariery politycznej nie zrobił. W czasie wojny służył w Armii Czerwonej, potem pracował jako kierownik działu prasowo-wydawniczego Centralnej Komisji (Centralnej Rady) Związków Zawodowych, a później redaktor w dziale klasyków marksizmu w Wydawnictwie „Książka i Wiedza”. Nie wiadomo, czy już wtedy nie chciał się zbyt mocno angażować w politykę, czy też w karierze nie przeszkodził mu zarzut „sypactwa” z procesu łuckiego. Szechter coraz częściej kontestował otaczającą rzeczywistość, by w 1968 r. stać się obiektem inwigilacji i represji ze strony władz PRL. Zastrzeżono mu wyjazdy zagraniczne i inwigilowano w ramach sprawy krypt. „Rewolucjonista”. Służba Bezpieczeństwa uważała, że kontestatorskie poglądy Ozjasza Szechtera miały wpływ na kształtowanie jego syna – Adama Michnika.
Bez względu jednak na to, że zasługi Szechtera dla opozycji winny budzić szacunek, charakter jego działalności przed wojną nie budzi poważniejszych wątpliwości. W procesie łuckim skazano na kary więzienia grupę członków partii, która była na ziemiach polskich klasyczną agenturą ZSRS. Chcieli oni obalić przemocą ustrój polityczny Polski i wprowadzić komunistyczny totalitaryzm. Dokonywali też zamachu na najbardziej żywotne interesy polskiego społeczeństwa, chcąc oderwania od Polski województw południowo-wschodnich i przyłączenia ich do ZSRS. Plan ten nie trudno ocenić, biorąc pod uwage to, co w latach trzydziestych działo się na sowieckiej Ukrainie. Tylko w czasie kolektywizacji i wielkiego głodu w latach 1932–1933 (czyli podczas prowadzenia śledztwa w sprawie łuckiej) zginęło tam kilka do kilkunastu milionów ludzi. Z tej perspektywy proces łucki miał znacznie szerszy niż tylko polityczny wymiar. Była to walka o biologiczne przetrwanie milionów obywateli II Rzeczypospolitej, Polaków, Ukraińców i Żydów, którym komunistyczną zagładę chcieli przynieść działacze KPZU.
.......................................
Po artykułem Piotra Gontarczyka zamieszczono następujące oświadczenie:
„Instytut Pamięci Narodowej przeprasza wszystkich, których dobra osobiste mogły zostać naruszone stwierdzeniem zawartym w książce „Marzec 1968 w dokumentach MSW. Tom 1 Niepokorni” zawartym na s. 553 w przypisie 7, że Pan Ozjasz Szechter popełnił wymienione tam przestępstwo szpiegostwa. W świetle posiadanych przez Instytut Pamięci Narodowej informacji Pan Ozjasz Szechter był oskarżony w 1934 r. o to, że „należąc do KPZU wszedł w porozumienie z innymi osobami w celu oderwania od Państwa Polskiego południowo-wschodnich województw i przyłączenia ich do ZSRR, oraz w celu zmiany przemocą ustroju Państwa Polskiego i zastąpienia go ustrojem komunistyczno-radzieckim, przy czym związek ten tj. KPZU rozporządzał składami broni”, tj. o zbrodnię stanu przewidzianą w art. 97 § 1 w związku z art. 93 § 1 i 2 polskiego kodeksu karnego z 1932 r., za co został skazany wyrokiem Sądu Okręgowego w Łucku z dnia 14 kwietnia 1934 r. na karę 8 lat pozbawienia wolności.”
Źródło:
http://www.ipn.gov.pl/portal/pl/24/8298/nr_11122008.html
http://news.money.pl/artykul/ipn;musi;przeprosic;ojciec;michnika;nie;byl;szpiegiem,19,0,559379.html