Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antykomunizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antykomunizm. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 września 2019

BOJKOT JEST PO TO BY POCZUĆ SIĘ WOLNYM...


Wielu naszych rodaków stanie wkrótce przed dylematem: uczestniczyć, czy nie uczestniczyć w farsie zwanej wyborami, a jeśli uczestniczyć – na kogo oddać głos i jak wykorzystać jedyny dzień, gdy III RP pozwala nam wcielić się w rolę „suwerena”?
Przyznaję – z perspektywy, w jakiej oceniam dziś sprawy polskiej, zadziwiający to dylemat.
Podobny rozważaniom człowieka, który wiedząc, że przedmiot pochodzący z kradzieży został celowo zniszczony i pozbawiony swoich właściwości, deliberuje nad zakupem tego przedmiotu, a nawet utrzymuje, że ów akt desperacji doprowadzi do magicznej przemiany i naprawy rzeczy bezużytecznej.
Pamiętając jednak, że w latach ubiegłych sam byłem w sytuacji owego człowieka, a w partii Kaczyńskiego próbowałem dostrzegać środowisko godne uwagi i wsparcia, staram się zrozumieć taką postawę, a ludziom stojącym przed trudnym wyborem przedstawić racjonalne argumenty.
Zostały zapisane na tym blogu w wielu tekstach, w szczególności, w cyklu artykułów pod wspólnym tytułem „PO CO DEMOKRACJA?”.
Chciałbym zebrać istotne fragmenty z tych i kilku innych tekstów oraz z zamieszczonych pod nimi komentarzy, by – właśnie w tym okresie, przedstawić Państwu przedwyborczą „ściągę”.
Z nadzieją, że to przypomnienie okaże się przydatne w rozmowach i sporach na temat udziału w „wyborach”, a zawarte tu argumenty, będą pomocne w podjęciu mądrej decyzji.
Prawda – długi to tekst, ale też waga tematu niemała.


***


Najmocniejszym ogniwem łańcucha, na którym „ojcowie założyciele” III RP uwiązali miliony moich rodaków, jest przeświadczenie, że tylko demokracja i tylko narzędzia narzucone podczas mistyfikacji początku lat 90. mogą wyznaczać drogę polskiej państwowości i decydować o naszym losie.
To genialne w swojej prostocie fałszerstwo, nie ma sobie równych w dziejach współczesnej Europy , a poprzez analogię z państwem Putina, nieomylnie wskazuje źródło i zakres inspiracji.
Tylko w III RP i tylko w Rosji wmówiono obywatelom, że przepoczwarzone reżimy komunistyczne dobrowolnie przyjęły reguły demokracji i uznając wolę suwerena podczas tzw. wyborów powszechnych, wkroczyły na drogę ewolucyjnych przemian.
Od czasu, gdy komuniści dostrzegli, że kontrolowany system demokratyczny w niczym nie zagraża ich władzy, „transformacja ustrojowa” stała się wygodną metodą zrzucenia starej formy komunistycznej i zastąpienia jej nową.
W efekcie - to, czego w czasach PRL-u, nie udało się dokonać przy pomocy zbrodni, terroru i ordynarnej propagandy, stało się możliwe dzięki porozumieniu namiestników Moskwy z kolaborantami i przeprowadzeniu kilku gier operacyjnych, wiodących do „okrągłego stołu”.
Operacja zakończyła się powodzeniem, a jej finalnym efektem stała się „III Rzeczpospolita” - nazwana w dokumentach SB „państwem socjalistycznym nowego typu”.
       Dokonana 31 grudnia 1989 roku, przez tzw. Sejm kontraktowy, zmiana nazwy państwa i jego godła, miała wyłącznie wymiar symboliczny. Nie oznaczała zerwania formalnoprawnej więzi z okresem okupacji sowieckiej i konserwowała historyczną i personalną spuściznę PRL. Nigdy też nie przyjęto ustawy o restytucji państwa polskiego i nie odważono się wskrzesić Konstytucji II Rzeczpospolitej z 1935 roku.
U podstaw tworzenia fałszywych alternatyw i schematu politycznego III RP, leżała dyspozycja szefa bezpieki:
"Służba Bezpieczeństwa może i powinna kreować rożne stowarzyszenia, kluby czy nawet partie polityczne. Ma za zadanie głęboko infiltrować istniejące gremia kierownicze tych organizacji na szczeblu centralnym i wojewódzkim, a także na szczeblach podstawowych, muszą być one przez nas operacyjnie opanowane. Musimy zapewnić operacyjne możliwości oddziaływania na te organizacje, kreowania ich działalności i kierowania ich polityką" – instruował Czesław Kiszczak, podczas posiedzenia kierownictwa MSW, w lutym 1989 roku.
Nim rozpoczęły się rozmowy „okrągłego stołu”, instrukcje SB wskazywały na potrzebę „wspierania zwolenników konstruktywnego nurtu opozycji w naszym kraju, kosztem wyhamowania najbardziej agresywnych inicjatyw podejmowanych przez ekstremistów".
W ramach wydanych wówczas dyrektyw, inspirowano powstawanie nowych partii i środowisk politycznych, które wspierały proces esbeckiej „transformacji ustrojowej” oraz niszczono i marginalizowano tych, którzy nie godzili się na kontynuację komunistycznej sukcesji. Udział w tym procederze brali ludzie powiązani z policją polityczną PRL, którzy po roku 1989 przemienili się w biznesmenów, bankierów lub polityków. Istotną role powierzono również zgrai kapusiów i donosicieli, wyselekcjonowanych w ramach tzw.”opozycji demokratycznej” oraz hierarchom Kościoła.
Utworzona w ten sposób „reprezentacja narodowa”, miała zadbać o „prawidłowy przebieg procesów politycznych”, eliminując z życia publicznego przeciwników magdalenkowej zdrady oraz wspierając tych, którzy bez sprzeciwu przyjmowali status III RP.
Jeśli pamiętać, że II Rzeczpospolita wyłoniła się po latach wojny światowej, wymagała tysięcy ofiar i wielkiej daniny polskiej krwi, to ceną owej III RP (numeracja jest elementem fałszerstwa) był alkohol przelewany w Magdalence i zakulisowe ustalenia między esbekami i ich agenturą.
Zaiste - wartość tego państwa odpowiadała zapłaconej cenie.

piątek, 2 grudnia 2016

KONSERWATYŚCI WSZYSTKICH KRAJÓW, ŁĄCZCIE SIĘ!

W książce „GRU. Radziecki wywiad wojskowy”, Wiktor Suworow opisywał poszczególne kategorie sowieckich agentów. Wymienił przy tym „kategorię najbardziej ze wszystkich obrzydliwą” i określił ją mianem „gawnojedów” – nadanym owym „członkom wszelkiej maści Towarzystw Przyjaźni ze Związkiem Radzieckim, działaczom organizacji pacyfistycznych (z ruchem na rzecz jednostronnego rozbrojenia na czele), Zielonym i innych postępowym radykałom”, przez ludzi radzieckiego wywiadu.
Przypominam ten (ogólnie znany, jak sądzę) termin, bo trudno dziś znaleźć określenie celniejsze, dla opisania tak powszechnej, odpychającej i niewolniczej postawy wobec Rosji. W ostatnich latach nabrało ono nowego rysu i wolno je zastosować do kilku innych,(poza agenturalnymi) grup prorosyjskiej menażerii.
Rosja posiadła zdolność doskonałego rozgrywania tej anomalii i od wielu dziesięcioleci wykorzystuje ją do budowania swojej pozycji. Tysiące polityków, pisarzy, dziennikarzy oraz zastępy tzw. artystów i aktorów, wzorem amerykańskiego półgłówka Johna Reeda, infekują „wolny świat” bałwochwalczym uniżeniem wobec ludobójczego reżimu i zatruwają umysły fałszywym obrazem Rosji.
Przez szereg lat, ta najniższa kategoria rosyjskich paputczików obejmowała głownie osoby z kręgów lewackich i lewicowych - rozmaitych ekologów, liberałów i „postępowych demokratów”, piewców światowego „odprężenia” i ogłupiałych rzeczników „resetów”, traktujących państwo Putina niczym solidnego partnera w rozwiązywaniu globalnych problemów.
Ta ostatnia patologia – bodaj najpowszechniejsza we współczesnej polityce, jest pochodną sowieckiej idei zbieżności – zwanej teorią konwergencji. Uknuta w podziemiach Łubianki „doktryna” kazała wierzyć, że dwa rywalizujące za sobą i początkowo krańcowo odmienne systemy polityczne, w miarę rozwoju wzajemnych kontaktów, będą stopniowo upodabniały się do siebie i mogły nawiązywać bliższe kontakty. „Konwergencja” usprawiedliwiała więc wszelkie związki ze światowym komunizmem i rozgrzeszała zgraję łajdaków z paktowania z kremlowskimi bandytami. Dzięki uprawianiu tej hiper bredni, zalegalizowaniu partii i środowisk komunistycznych, sowieckie zniewolenie bez przeszkód torowało sobie drogę do zachodnich szkół i uniwersytetów, co wkrótce doprowadziło do sytuacji, w której znaczna część wpływowych środowisk opiniotwórczych znalazła się pod inspiracją „idei marksistowskich”. Tym samym – „konwergencja”, w wydaniu sowieckim, doprowadziła do „oswojenia” Zachodu z komunizmem i zainfekowania całej myśli politycznej błędnymi teoriami i wyobrażeniami. Była pseudonaukowym podłożem, na którym wyrastały nowe zastępy gawnojedów i użytecznych idiotów, sławiących ducha współpracy i przyjaźni z Rosją.
Osadzenie tych dewiacji w środowiskach lewackich i lewicowych, nie wynikało bynajmniej z „pobratymstwa ideowego”, jak tłumaczy się to zauroczenie. Komunizm, który nigdy nie był żadną ideologią, filozofią ani doktryną polityczną, wykorzystał jedynie intelektualne upośledzenie liderów tych środowisk i narzucił im „kilka pojęć jak cepy”. 
A czymże jest nasza teoria – przyznawał Lew Trocki - jeśli nie po prostu narzędziem działania? Tym narzędziem jest dla nas teoria marksistowska, bo aż do dziś nie wymyślono lepszego.”
Pułkownik Putin, który nie musiał już bawić się w „marksistowskie teorie” itp. absurdy, doprowadził komunizm na wyższy stopień pasożytnictwa i posłużył narzędziem dostosowanym do potrzeb współczesnego świata. Należało tylko usprawnić „konwergencję” o motyw pieniądza i żądzę zysku, by uczynić z niej doskonałą przynętę na sytych i głupich gawnojedów.  Ich samych również podniesiono na wyższy poziom i zaczęto traktować jako wspólników, kontrahentów i partnerów politycznych. Zasady nie uległy jednak zmianie.
Kluczem do nowego rozdania starej bredni o „konwergencji”, są opowieści o „potrzebie normalizacji” stosunków Rosji z Zachodem  oraz powszechne przeświadczenie, że bez udziału kremlowskiego satrapy, nie da się rozwiązać światowych problemów.

wtorek, 15 listopada 2016

DROGA DO WSPÓLNOTY 1 - KŁAMSTWO

Narodu nie zabija się pałką ani karabinem. Nie zamyka w więzieniu i nie stawia pod ścianą. Narzędziem zabójstwa jest zawsze kłamstwo – powolna, skuteczna trucizna, sączona z pokolenia w pokolenie.
Jeśli komunizm potrzebował „ideowego” fundamentu, by usprawiedliwić ludobójstwo, to z pewnością nie szukał go dla  uzasadnienia kłamstw. Te, miały być tylko prostą konsekwencją,  „naturalnym odpadkiem” milionów zbrodni, zabójstw i nieprawości. Któż zwracałby na nie uwagę, w krajobrazie łagrów i dołów z wapnem?
Wszystkie „teorie” komunistyczne, a w szczególności odwołujące się do humanizmu,  dawały  alibi mordercom,  psychopatom  i  bandytom.  A używano ich tym chętniej, im bardziej  ukrywały  najniższe  instynkty i  osłaniały  rządzę panowania nad światem.
Dlatego błędem  popełnianym  podczas  definiowania  komunizmu,  jest dopatrywanie  się  w  nim  cech  filozofii,  ideologii  bądź  politycznej doktryny, podczas gdy wszystkie one stanowiły zaledwie narzędzie dla realizacji celu i nigdy nie były celem samym w sobie. Gdy było to konieczne - zostały przyjęte i zastosowane, gdy okazały się zbędne - zmieniono je i odrzucono.
Dopatrywanie się w komunizmie „celów humanistycznych” jest rodzajem najcięższej aberracji umysłowej, do jakiej mogą być zdolni tylko ludzie wyjątkowo podli lub niebywale głupi. 
Kłamstwo, jako najgłębsza cecha komunizmu, jest też jego strukturą i formą istnienia. Jeśli ludobójstwo było środkiem do władzy, kłamstwo jest metodą jej sprawowania i sposobem na przetrwanie zła. A ponieważ „świat” dostrzegł tylko zbrodnie komunizmu i nigdy nie zdefiniował grozy kłamstwa – władza bandytów i oszustów rozszerza się i umacnia.
„Rozbestwione kłamstwo, jakim komunizm wypełnił swój świat i zainfekował nasz świat anuluje wszelkie normy rozsądku. Nikt, kto skłonny jest walczyć o godność własną i chce pozostać w zgodzie z własnym sumieniem, nie zgodzi się na to, żeby nazywać dzień nocą, ciemnotę kulturą, zbrodnię przyzwoitością, niewolę wolnością - na mocy dekretu komunistycznych władców. Poprzez kłamstwo komunizm staje się wszechobecny, przeobraża się we własność bytu, partnera istnienia, element panteistyczny, z którym nawet ścinanie paznokci ma coś wspólnego. Groza kryjąca się w tym stanie rzeczy jest nie do pojęcia dla ludzi …” – pisał Leopold Tyrmand w swoim „Dzienniku”.
Groza komunistycznego kłamstwa jest nadal niepojęta dla Polaków.
W kraju, który przez półwiecze doświadczał sowieckiej okupacji, nie tylko nie policzono zbrodni, ofiar i win, ale nie podjęto walki z kłamstwem zabijającym wspólnotę narodu. Nigdy nie nazwano go po imieniu i nie pokazano Polakom.

poniedziałek, 10 października 2016

MY I ONI. POCZĄTEK DROGI

Bez podziału na My i Oni, nie byłoby Polski.
Nawet ten twór, zwany III RP powstał z dychotomii różnych postaw i poglądów, choć sprowadzonych do wspólnego mianownika - „historycznego pojednania”.
Bez podziału na My i Oni nie byłoby patriotyzmu, poczucia dumy narodowej, ruchów politycznych czy religijnych.
Bez tego podziału nie byłby możliwy opór przeciwko okupantowi, sprzeciw wobec komuny, wybór między dobrem, a złem.
Dychotomia My – Oni jest w życiu niezbędna. Organizuje i porządkuje nasz świat, pozwala odnaleźć grupową tożsamość, wydobyć się z nieokreśloności 
Bez Oni, nie byłoby My.
Poczucie odrębności wyznacza granice tego, kim jesteśmy, do jakiego kręgu kultury należymy, co identyfikujemy jako nasze. Wskazanie wrogów, nazwanie obcych - pełni ważną funkcję i buduje grupową solidarność. Jest konieczne, by świat stał się uporządkowaną rzeczywistością, a nie chaosem przypadkowych, nienazwanych relacji.
Dlatego Oni boją się podziałów. Boją – szczególnie wówczas, gdy prowadzą do budowania narodu, gdy identyfikują nas wokół wartości godnych miana Polaka.
Dlatego nie pozwolili dobić nam komuny, czyniąc z tego zaniechania największą winę mojego pokolenia.  Choć od dwóch dziesięcioleci dzielą nas sami, według mętnych kryteriów własnego interesu, boją się, gdy to my dokonujemy wyboru wprowadzając kategorię niedostępną dla ich mentalności.
Dziś doprowadzili nas do muru, poza którym nie ma drogi. Dzieląc nas nienawiścią do człowieka prawego, drwiąc z naszych wartości i z naszych marzeń.
Postawili nas pod murem obojętności na zło, przyzwolenia na rządy miernot i kanalii, wymagając zgody dla rzeczy niegodnych i fałszywych. Ale i tego było im mało. Gdy pod ciężarem ich nienawiści zginął mój Prezydent, zażądali od nas milczenia, wezwali do „pojednania” i narodowej amnezji. W imię lęku przed katem. Zniewolenie każąc nazywać „pragmatyzmem”, kłamstwo  - „polityką pojednania”, a zdradę – „racją stanu”. W obronie zafajdanych życiorysów i marnych interesów, narzucają nam semantyczne oszustwo i żądają odstąpienia od nazywania rzeczy po imieniu. Chcą dialektyki, w której prawa oprawcy mierzy się zdolnością do deptania grobów ich ofiar.
Historia nie znosi idiotów i błędów popełnianych ponownie. Doświadcza, lecz uczy.  Dla tych, którzy ją ignorują – bywa bezlitosna i spycha ich w otchłań zapomnienia.
Dlatego podział na My i Oni jest dziś konieczny. Nasz gniew jest dziś konieczny. I nasz sprzeciw. Nie okazaliśmy go, gdy był na to czas. Gdy żył nasz Prezydent i mieliśmy wokół ludzi na miarę wolnej Polski. Nie okazaliśmy go wcześniej, gdy Książę Poetów wykrzyczał nam, że „naród dostał w pysk, napluto na niego, na wszystkie jego marzenia.” Milczeliśmy tak długo, aż wina za smoleńską tragedię naznaczyła wszystkich, dających przyzwolenie na zatarcie granic dobra i zła.
Dusza polska jest chora, to prawda. [...] Głównym symptomem tej choroby jest wszak przekonanie, że nic od nas nie zależy, bo wszystkie ważniejsze role rozdano. To jest mentalność człowieka zniewolonego. [...] Najważniejsze, żeby zobaczyć tę polską niemoc i się wkurzyć. Im więcej ludzi to zobaczy i się wkurzy, tym większa szansa, że coś się zmieni. Kiedyś widziałem w filmie taką scenę: mężczyzna otwiera okno w środku nocy i krzyczy, że ma już dość i tak dalej być nie może. Po jakimś czasie zaczynają tak się zachowywać inni i powstaje reakcja zbiorowa. Może to jest jakiś pomysł?” – pytał przed dwoma laty prof. Ryszard Legutko.
Trzeba się wreszcie wkurzyć i nie powtarzać bredni o naszej jedności. Trzeba się wkurzyć, by nie usypiać Polaków opowieściami, jak wspaniałym są społeczeństwem i jak zjednoczyli się w obliczu tragedii. Trzeba się wkurzyć, by zamknąć drogę do kolejnej kampanii nienawiści. To, co chcą z nami zrobić Oni, wymaga otwarcia okien i krzyku w środku nocy.

sobota, 27 sierpnia 2016

NIE BĘDZIEMY RAZEM. KONKLUZJA

Jeśli od kilku tygodni ten rząd zapewnia wszem i wobec, że jest miłośnikiem demokracji i ponad wszystko szanuje prawa opozycji, a III RP to kraj kwitnących praw obywatelskich – jakże może podjąć twardą rozprawę z patologiami tego państwa lub postawić przed sądem zdrajców – obecnych „opozycjonistów?
Nietrudno zrozumieć, że każda, najmniejsza próba rozliczenia reżimu PO-PSL zostanie natychmiast okrzyknięta „polityczną zemstą” i „pogwałceniem zasad demokracji”. Przyjdzie to tym łatwiej, że obecny rząd przyjął reguły narzucone przez przeciwnika i głosząc pochwałę „demokracji III RP” zamyka sobie drogę do wyjawienia prawdy o ostatnich ośmiu latach.
Pułapka demokracji okaże się tym bardziej skuteczna, że zastawiono ją na arenie międzynarodowej, w środowisku wrogim i dalekim od znajomości spraw polskich. Odtąd każdy łajdak, któremu chciano by postawić zarzuty, będzie mógł wylewać żale na forum PE i udowadniać, że stał się ofiarą „nagonki politycznej”. Gdyby komuś przyszło do głowy stawiać przed sądem polityków PO-PSL – niechybnie usłyszymy o okrutnym „prześladowaniu opozycji” i „zamachu na demokrację”. Tym kontroskarżeniem można zablokować wszelkie działania w sprawie Smoleńska, ale też sprawy dotyczące afer i pospolitych przestępstw”.
Przypominam fragment styczniowego tekstu „SAMOBÓJSTWO W OBRONIE DEMOKRACJI”, by definitywnie przeciąć spekulacje dotyczące intencji grupy rządzącej i w miejsce łatwego optymizmu zaproponować realną ocenę.
Trudno pojąć, dlaczego po roku prezydentury A. Dudy i rządów Prawa i Sprawiedliwości, nadal funkcjonuje mitologia „dobrych zmian”, a wyborcy PiS trwają w przeświadczeniu, że ich wybrańcy podejmą walkę z patologiami III RP. Przyznaję – jest to dla mnie fenomen społecznego odurzenia, niewytłumaczalny na gruncie logiki i racjonalnych kategorii.
I nie miałbym nic przeciwko tej bałwochwalczej wierze (kompromituje wyłącznie wyznawców i ich idoli), gdyby ów stan ignorancji i umysłowego niedołęstwa, nie groził poważną zapaścią i utrwaleniem rządów politycznych hochsztaplerów. Gdyby nie był niebezpieczny dla naszej przyszłości i tych, nielicznych osób, które zadają jeszcze pytanie- co dalej?
Wiara, że PiS chce zmienić III RP i z komunistycznego bękarta stworzyć wolne państwo, jest bowiem równie niedorzeczna, jak niezbędna dla kolejnych zastępów oszustów i utrwalaczy magdalenkowego szalbierstwa. To oni skorzystają na operacji „wymiany wody” wykonywanej dziś rękami PiS i przejmą rządy po wyborach 2018. Jest to zatem kwestia naszego bezpieczeństwa, którego ten rząd i ta grupa polityków nie potrafią Polakom zapewnić.
Uważam jednak, że nie można dłużej trwać w roli recenzenta i krytyka grupy rządzącej i mocą rzeczowych argumentów próbować walki z zaślepieniem i wszechobecną głupotą.
Szkoda na to czasu i uwagi czytelników bezdekretu. Trzeba przyjąć cezurę, która chroniąc nas przed rozgoryczeniem i frustracją, otworzy wzrok na wizję długiego marszu i sensownych, politycznych rozwiązań.

wtorek, 8 marca 2016

KWIATY DLA SUKCESORÓW I LOGIKA MACKIEWICZOWSKA

„Powinniśmy prowadzić walkę z komunizmem na śmierć i życie. To nie jest walka o piłkę w tenisie, ani o bilę w bilardzie lub wieżę w szachach. To jest walka o najszczytniejsze ideały ludzkości. A w walce na śmierć i życie nie udziela się ‘forów’.
A takim właśnie udzielaniem "forów" byłaby z naszej strony wojna z komunizmem, bez stosowania równie groźnej broni, jaką jest metoda wojującego "internacjonału" - bezwzględność i bezkompromisowość. Jeden z publicystów kowieńskich, pisząc ostatnio o retorsjach i wzajemnie odwetowej polityce Polski i Litwy , rzucił myśl, czyby nie lepiej było postąpić inaczej i powiada, że słyszał, jak kiedyś Bułgarzy zbezcześcili cmentarz turecki, a nazajutrz Turcy ruszyli wielkim tłumem na cmentarz bułgarski i złożyli na grobach kwiaty. Czy podobny gest w stosunkach polityczno-narodowościowych może być skuteczny i celowy, można się o to spierać, dopóki w grę wchodzi Polska i Litwa, Bułgaria czy Turcja, Włochy czy Abisynia, narody sobie bliskie lub dalekie, chrześcijańskie czy mahometańskie. Ale nie ulega żadnej dyskusji fakt, że tego rodzaju metoda w stosunku do komunizmu byłaby szczytem śmiesznej naiwności, czy raczej, jak powiedziałem, nieporozumienia. A śmieliby się z nas przede wszystkim sami komuniści” – pisał Józef Mackiewicz w roku 1936.
Żyjąc w społeczeństwie, które uwierzyło w śmierć komunizmu, niełatwo powoływać się na słowa wielkiego pisarza. I niebezpiecznie, bo można zasłużyć na krytykę światłych żurnalistów i zostać posądzonym o „intelektualne manowce”.
Za patrona intelektualnego swojego obozu Ścios (i wielu innych przedstawicieli obozu smoleńskiego) uznaje Józefa Mackiewicza. To logiczne – dla tych, którzy uważają, że żyją nie w roku 2011, tylko w 1981, autor Kontry musi być patronem pociągającym. Pozwala bowiem uznać, że w Polsce tak naprawdę nic się nie zmieniło, komunistyczna okupacja zmieniła tylko kształt, a ci, którzy to dostrzegają, nie są bynajmniej ofiarami dziwacznych aberracji, tylko ostatnimi wiernymi prawdzie partyzantami. Niezłomnymi – wbrew całemu światu, który zdradził. Tak jak niezłomny wbrew całemu światu, który zdradził, był Józef Mackiewicz. Gdybym jednak był reprezentantem obozu smoleńskiego, zawahałbym się przed tak jednoznaczną afirmacją Mackiewicza. Bo z punktu widzenia polskiego patriotyzmu jego droga ideowa jest ryzykowna i dwuznaczna. Józefa Mackiewicza antykomunizm doprowadził bowiem na (a może wręcz: poza?) granice narodowej indyferencji. "Niech Polacy wyginą w kolejnym powstaniu, to nieważne, ważne, że do komunistów trzeba strzelać" – tak można zrekonstruować jego podstawowy pogląd, w imię którego zwalczał właściwie wszystkich w kraju i na emigracji, którzy nie uważali, że kto nie chce natychmiast do lasu czy na barykady, ten zdrajca. Antykomunizm zawiódł Mackiewicza również na manowce intelektualne”– wywodził przed pięcioma laty czołowy intelektualista dzisiejszego obozu „postępu i dobrych zmian”, Piotr Skwieciński.
To znamienna opinia i przypominam o niej nie bez przyczyny. Taką wizję rzeczywistości III RP – jakże innej i lepszej od realiów państwa komunistycznego, wydają się podzielać politycy „obozu patriotycznego”, większość intelektualistów i publicystów „wolnych mediów”. Tam dawno dokonano gradacji, do której nie dorośli jeszcze niepoprawni radykałowie i zwolennicy mackiewiczowskiej logiki. Gradacji tak prostej, jak proste okazało się revisio ludzi „demokratycznej opozycji”, gdy zasiadali do stołu z Kiszczakiem i Jaruzelskim. Czy zdefiniujemy ich postawę w kategoriach obłudy i wyrachowania, czy zechcemy w niej widzieć szlachetną acz infantylną wiarę – w niczym nie zmienia to faktu, że wówczas i dziś mamy do czynienia z  praktyką opozycji wewnątrzsystemowej, nigdy zaś – skierowaną przeciwko systemowi.

sobota, 3 maja 2014

MY i ONI - O WSPÓLNOCIE W KTÓREJ NIE MA MIEJSCA DLA UPIORÓW


W artykule „Dlaczego nie mogę wziąć udziału w ankiecie” z roku 1947, opublikowanym w czasopiśmie „Lwów i Wilno”, Józef Mackiewicz pisał:
Stan wojny z najeźdźcą nie znaczy, jak go chcą niektórzy ośmieszyć, porywanie się „z kłonicą na bombę atomową”. Ale znaczy tego rodzaju postawę moralną, która by wpływała hamująco na spadek po równi pochyłej, po której toczy się w tej chwili cały naród. Tej właśnie równi pochyłej, spowodowanej przez pewne środowiska na emigracji i w kraju, której dziś, dla zatuszowania swej odpowiedzialności, nadają niewinne miano: „przemiany społeczno-polityczne”! – Nie wyobrażam sobie bowiem, jak można na dłuższą metę wychowywać naród politycznie, bez przeprowadzenia „kanciastej” granicy pomiędzy pojęciami tak prymitywnymi jak: „sojusznik” i „najeźdźca”, „wierny” i „zdrajca”, „swój” a obcy, czy wrogi „agent”. 
W wypowiedzi Mackiewicza odnajdujemy najważniejszy, charakterystyczny rys autentycznego antykomunizmu – jako świadomej postawy moralnej opartej na wytyczeniu „kanciastej” granicy pomiędzy pojęciami”. Ta granica ma rozdzielać dwa, nieprzystające do siebie światy – komunizmu i jego kolejnej hybrydy ukrytej pod nazwą „nowej” państwowości, od polskości i tego co z nią nierozerwalnie związane.
Tak rozumiany antykomunizm oznacza w istocie powrót do podstawowej, zatartej dziś dychotomii My-Oni – jako wartości porządkującej i chroniącej nasz świat. Pozwala oddzielić dobro od zła, uformować narodową tożsamość i wydobyć się z nieokreśloności.
To poczucie odrębności wyznacza granice tego kim jesteśmy, do jakiego kręgu kultury należymy, co identyfikujemy jako nasze i wartościowe. Wskazanie nieprzyjaciół, nazwanie obcych - pełni ważną funkcję społeczną i buduje grupową solidarność. Chroni przed relatywizmem i błędną identyfikacją. Jest konieczne, by świat stał się uporządkowaną rzeczywistością, a nie chaosem przypadkowych, nienazwanych relacji.
Ukazanie tych różnic, podkreślenie podziałów, jest dla komunizmu zabójcze. Ujawnia jego otchłań, obnaża intencje, skazuje na odrzucenie. Obsesyjnym dążeniem komunistów było zatem tworzenie „frontów jedności narodu”, „kolektywów” i sztucznych „wspólnot”, w których  czynnikiem integrującym miały być hasła niesione na komunistycznych sztandarach. Bliźniacza obsesja, wsparta kazuistyczną retoryką towarzyszy od lat działaniom grupy rządzącej Polską. Ta dążność ujawnia lęk przed dychotomią My-Oni, przed wytyczeniem ostrych podziałów, w których pojęcia „swój” i „obcy” nabierają elementarnego znaczenia i decydują o dokonywanych wyborach.
Antykomunizm Polski międzywojennej czerpał siłę ze zrozumienia tej dychotomii, był wyrazem sprzeciwu wobec „Onych” - obcych polskiej kulturze treści antychrześcijańskich i antycywilizacyjnych, niesionych przez komunizm. W tej relacji – bycie Polakiem, musiało warunkować postawę antykomunistyczną. Nie sposób było pogodzić tych dwóch, tak różnych światów, bez narażenia na utratę polskości. […]
Filip Musiał i Jacek Kłoczkowski we wstępie do antologii tekstów „W obronie niepodległości. Antykomunizm w II Rzeczypospolitej”, trafnie zauważyli:
„Polska przedwojenna została pogrzebana na polach bitew kampanii wrześniowej, w masowych grobach Katynia, w lochach Pawiaka i Szucha, w Palmirskim lesie. To, co udało się uchronić przed okupacyjnym terrorem, zostało zmiażdżone przez sowiecki walec i dekady panowania niesuwerennej dyktatury. Celem Związku Sowieckiego i współpracujących z nim polskich komunistów było wypalenie gorącym żelazem wszystkiego, co wiązałoby się z antykomunistyczną tradycją II Rzeczypospolitej, zerwanie tym samym ciągłości polskich tradycji intelektualnych. Działania te w znacznej mierze powiodły się, a ich skutki są tym bardziej trwałe, że w wolnej Polsce dzieje rodzimej myśli politycznej interesują ledwie niewielkie grono pasjonatów.”
Od antykomunizmu II Rzeczpospolitej oddziela nas nie tylko historia okupacji, w tym ponad czterdziestu lat sowieckiej dyktatury. Pomiędzy tamtą postawą, a dzisiejszym rozumieniem antykomunizmu rozciąga się ogromna przepaść wytyczona fałszem „nowej świadomości”. Nie obejmuje ona tylko  tradycji intelektualnych, ale wnika znacznie głębiej, w samą istotę  bytu narodowego.

wtorek, 9 kwietnia 2013

SPÓR O ANTYKOMUNIZM


Rafał Brzeski, pisząc przed laty o prowadzeniu „wojny informacyjnej”, wskazywał na jej poszczególne etapy: „W wojnie informacyjnej zniewala się społeczeństwo stopniowo. Trwa to latami. Polem walki jest ludzka świadomość. W pierwszej fazie wyznaczona do podboju społeczność jest demoralizowana, żeby złamać jej moralny kręgosłup. W kolejnej fazie burzy się obowiązujący w niej od wieków porządek wartości, potem pozbawia się ją poczucia własnej godności, zakłamuje osiągnięcia przodków, wpaja poczucie ogólnej niemożności, by wreszcie zniechęcić do stawiania oporu tłumacząc, że wszelki sprzeciw jest bezsensowny, bo trzeba płynąć z prądem”.
W naszej, polskiej wojnie, czas PRL-u był zaledwie pierwszym etapem podboju, nie najgroźniejszym w skutkach, bo prowadzonym przez rozpoznawalnego, zewnętrznego wroga. Przypominał plagę szczurów, roznoszących „czarną śmierć” w „brzydkim, pozbawionym ptaków, drzew i ogrodów” Oranie. Prawdziwa epidemia zaczęła się wówczas, gdy szczury zniknęły z ulic miasta, gdy „ujrzeliśmy mediolańskie saturnalia na skraju grobów" i to, co powinno przerazić stało się obrazem powszednim.
Kolejną fazę powierzono wrogom ulokowanym wewnątrz społeczeństwa, ukrytym za parawanem „wolnych mediów”, szermującym hasłami demokracji, okrytych społecznym zaufaniem i przywłaszczonym mianem autorytetów. Prymitywna falsyfikacja języka, tworzenie symulowanych podziałów, rewizja polskiej historii, walka z pamięcią, niszczenie kultury i szkolnictwa, propagowanie zachowań antyspołecznych i amoralnych – wyznaczały drugi i znacznie groźniejszy proces dezintegracji. Były czasem, o którym Gustaw Herling Grudziński pisał, że ma „zabić w ocalałych, w ich dzieciach, wnukach i prawnukach smak, wartość i godność życia zrzeszonego"
Dramat polegał na tym, że ten wróg działał za aprobatą ogromnej części społeczeństwa, był uznawany za „swojego”, akceptowany i obdarzony wiarą w dobre intencje.

czwartek, 14 czerwca 2012

ANTYKOMUNIZM – BROŃ UTRACONA (2)


Nie podszywajmy się pod metafizykę, nie nadymajmy się, mówmy o rzeczach prymitywnych językiem prymitywnym” – postulował Zbigniew Herbert w „Hańbie domowej” Jacka Trznadla. To dobra rada, gdy wypada mówić o komunizmie, lub wtedy, gdy szukamy prób odpowiedzi na pytanie zadane przed kilku laty przez prof. Krasnodębskiego: czy trzeba jeszcze zwalczać komunizm, czy antykomunizm ma jeszcze sens?
Jeśli przyjmiemy, że przekazy mówiące o „śmierci” komunizmu są prawdziwe, postawa antykomunistyczna traci jakikolwiek sens. Nie można przecież walczyć z czymś, co już nie istnieje i nie stanowi zagrożenia. Broń antykomunizmu byłaby wówczas orężem Don Kichota, widzącego w poczciwych wiatrakach demoniczne potwory.
Nie obędzie się zatem bez odpowiedzi na pytanie - czym był lub czym nadal jest komunizm? Pamiętając o postulacie Herberta, nie warto zagłębiać się w filozoficzne rozważania. Tym bardziej, że komunizm filozofią nigdy nie był.
Już tylko wielość koncepcji komunizmu powinna wywoływać podejrzenia u ludzi trzeźwo myślących. Dla jednych był przecież szlachetną utopią, dla innych ideokratycznym totalitaryzmem; jedni wywodzili jego podstawy z moralizmu, inni z nihilizmu; według jednych zrodził go idealizm i humanizm, zdaniem drugich wulgarny materializm i ucieczka od wolności; jedni widzieli w nim fałszywą religię, inni oświecającą gnozę. Według niektórych, komunizm to sama ideologia, inni twierdzą, że doktryna polityczna i ekonomiczna.
Ważne jest – na co zwrócił już uwagę prof. Ryszard Legutko - że spór o komunizm zaangażował niemal wszystko, co w dziedzinie myśli zrodziła tradycja zachodnia, a tym samym rzucił cień zwątpienia na cały dorobek tej tradycji.
Myślę, że taka rozmaitość definicji dowodzi dwóch rzeczy: ludzie są zdolni wymyślić każdą brednię byle usprawiedliwić swoje najniższe instynkty, a sam komunizm nie jest tym, o czym mówią pseudonaukowe definicje.
Dlatego sądzę, że nie warto analizować rzekomej ideologii komunizmu, lecz cele, do których zmierza, nie warto zajmować się badaniem historii idei, lecz samą historią, na której komunizm odcisnął swoje zbrodnicze piętno. Jedno jest pewne: pod każdą myślą wytworzoną przez komunizm kryło się atawistyczne pragnienie władzy jednej grupy ludzi nad drugą, każda z jego teorii wynikała z planu panowania nad światem, a wszelka aktywność była nakierowana na realizację tego planu.
Dlatego komunizm musiał być prymitywny, cyniczny i kłamliwy – po to, by posługująca się nim grupa mogła dokonać aksjologicznego oszustwa, a tym, którzy ją wsparli dać skuteczne narzędzia do walki o władzę i „rząd dusz”. Musiał stworzyć świat fikcji i chaosu, w którym nie obowiązywały żadne normy i prawidła – po to by grupie swoich zwolenników stworzyć przestrzeń, w której będą mogli realizować najpodlejsze  zamysły.
Cokolwiek powiedziano lub zrobiono w komunizmie, każda jego zbrodnia, kłamstwo i manipulacja - miała jeden, podstawowy cel: władzę nad człowiekiem i panowanie nad światem.
Dlatego kardynalnym błędem popełnianym najczęściej przy ocenie komunizmu jest dopatrywanie się w nim filozofii, ideologii bądź politycznej doktryny, podczas gdy wszystkie one stanowiły wyłącznie narzędzie dla realizacji celu – nigdy cel sam w sobie. Gdy było to konieczne - zostały przyjęte i zastosowane, gdy okazały się zbędne - zmieniono je lub odrzucono. „A czymże jest nasza teoria – nauczał Lew Trocki - jeśli nie po prostu narzędziem działania? Tym narzędziem jest dla nas teoria marksistowska, bo aż do dziś nie wymyślono lepszego.”
Wszystkie teorie związane z komunizmem służyły temu tylko, by dać alibi mordercy, psychopacie i złodziejowi, usankcjonować kolejną patologię i zbrodnię – na tyle przekonująco, by ukryć podłoże najniższych instynktów, usprawiedliwić żądzę władzy, bogactwa i dominacji.
W zgodzie z tą dialektyką, Lenin tłumaczył swoim wyznawcom: „Trzeba zrozumieć, że należy być przygotowanym na wszelkie możliwe sztuczki, podstępy, nielegalne metody, na przemilczanie, zatajanie prawdy ”. Tę samą myśl rozwinął Trocki w „Ich moralność, a nasza” pisząc: „Konieczność uciekania się do podstępów i sprytu, zgodnie z wyjaśnieniem Lenina, wynika z faktu, że reformistyczna biurokracja, zdradzająca robotników na rzecz kapitału, szczuje na rewolucjonistów, prześladuje ich, a nawet korzysta przeciwko nim z burżuazyjnej policji. „Spryt” i „zatajenie prawdy” są w tym wypadku tylko środkami uzasadnionej samoobrony przed zdradziecką reformistyczną biurokracją.”
Kłamstwo, „spryt” i „zatajenie prawdy” – były od początku podstawowym składnikiem komunizmu, z nich też zbudowano podwaliny rzekomej ideologii.
Nigdy wcześniej człowiek nie wynalazł tak skutecznego mechanizmu do walki przeciwko drugiemu człowiekowi. Jakkolwiek w historii ludzkości, zbrodnicze instynkty wspierano różnymi argumentami, zaś mali i wielcy tyrani korzystali z nieograniczonego zasobu  sofizmatów, by uzasadnić konieczność zbrodni - to nie mordowano milionów ludzi odwołując się przy tym do antyfilozoficznej utopii i haseł  budowania szczęśliwego społeczeństwa.
Dopiero komunizm zrealizował  obłędny postulat  Robespierre’a: „Przypieczętowując naszą pracę naszą krwią możemy w końcu ujrzeć jaskrawy świt powszechnego szczęścia” – przy czym to nie twórcy komunizmu płacili cenę krwi za „jaskrawy świt” tej szczęśliwości, lecz ich ofiary. 
Gdybyśmy z tej perspektywy spróbowali ocenić komunizm, staje się oczywiste, że w wymiarze historycznym był on zawsze metodą na realizację interesów ludzi dążących do absolutnej, totalitarnej władzy nad światem – grupy, która w tym celu przyjęła określoną ideologię oraz zbiór funkcjonalnych teorii politycznych i ekonomicznych.
Lew Trocki wyznał wprost - „Materializm dialektyczny nie zna dualizmu środka i celu. Cel w sposób naturalny wynika z samego historycznego ruchu. Środki są w sposób organiczny podporządkowane celowi. Najbliższy cel staje się środkiem dla celu bardziej odległego”.
To zatem, co definiowano dotąd jako komunizm, musi być zaledwie zbiorem pomocniczym w opisaniu działalności owej grupy – podobnym do definicji terroryzmu islamskiego czy przestępczości mafii kalabryjskiej, które nazywają wprawdzie określone zjawisko lecz czynią to zawsze w odniesieniu do konkretnych postaci i zdarzeń.
Nie dotyka zatem samej istoty zła, opisując zaledwie jego zewnętrzne atrybuty i koncentrując uwagę na skutkach. Nazywając stalinizm bądź okres rządów Breżniewa, komunizmem – dostrzeżemy tylko jego wymiar historyczny, ujawniony poprzez wydarzenia i metody wykorzystywane w tym okresie. 
Błąd wielu definicji zdaje się polegać na tym, że objawy nazywają chorobą, a różnorodne formy aktywności grup używających komunizmu - biorą za niego samego. Innymi słowy – dotąd definiowano komunizm poprzez jego atrybuty zewnętrzne, formę lub skutki - nie zaś poprzez wewnętrzną logikę i wspólnotę celów.
Dopiero odrzucenie tej zwodniczej optyki pozwala dostrzec prawdziwe oblicze najbardziej zbrodniczego narzędzia. Pozwala też zrozumieć, że  komunizm nie mógł „umrzeć” – ani w roku 1989, ani w latach następnych. Nie mógł – ponieważ nie jest ideologią, systemem politycznym czy gospodarczym. Tworzą go ludzie, poszczególne grupy interesu, organizacje, czy rządy państw. Wszystko, czego ci ludzie używali: ideologia, język, zbiór pojęć polityczno-ekonomicznych czy aksjologia oraz struktury w których funkcjonowali – nazywano błędnie komunizmem. Likwidacja lub transformacja tym form zewnętrznych, nie mogły mieć żadnego wpływu na dalsze trwanie komunizmu. Dotyczyły zaledwie funkcjonalnej powłoki, przyjętej w określonym momencie historii. Były rodzajem gadziej wylinki, której pozbyto się, gdy okazała się nazbyt niewygodna.
Zmiana nazwy ZSRR - na Rosja, PRL – na III RP, SB – na UOP, I sekretarza - na prezydenta, Komitetu Centralnego – na rząd, gospodarki socjalistycznej – na rynkową, itp. zabiegi semantyczne, nie miały najmniejszego znaczenia. Podobnie, jak likwidacja struktur i zamiana symboli, rezygnacja z ideologii w miejsce pragmatyki, zastąpienie haseł propagandowych – tzw. politycznym marketingiem, likwidacja monopartii w miejsce kontrolowanego systemu wielopartyjnego. Żadne z tych zabiegów nie mogły mieć znaczenia, ponieważ zachowano nietkniętą, wewnętrzną treść komunizmu.
Wszystko, czego byliśmy świadkami w latach 80.i początku 90. było spektaklem zamiany jednej formy na drugą – ogromną, rozpisaną na wielu wykonawców mistyfikacją, podczas której zastąpiono zużyte, zbędne narzędzia innymi, przydatnymi w warunkach nowej rzeczywistości. Nie sposób przyrównać tego procesu do ewolucji – ona bowiem zakłada rozwój w stronę form wyższych, przy jednoczesnej zmianie cech gatunkowych. Tu – zmieniono formy, lecz ewolucja nie dotknęła samego „gatunku” - czyli ludzi używających komunizmu jako narzędzia panowania. 
Od początku owej transformacji wsparto ją na środkach, którymi komunizm posługiwał się najlepiej: dezinformacji i manipulacji. Rozłożono na setki poszczególnych zdarzeń, zaangażowano tysiące zwolenników i miliony nieświadomych statystów, uwiarygodniono postaciami ludzi dobrej woli i żywiołowymi reakcjami społeczeństw.
Warto zauważyć, że transformacja grupy interesu zwanej polskimi komunistami, odbyła się całkowicie bezproblemowo. Żadnych kłopotów nie nastręczyła rezygnacja z ideologii; bezboleśnie pożegnano się z gospodarką planową, socjalizm przekształcono w pseudodemokrację, a dotychczasowe sojusze zastąpiono innymi. Ludzie komunizmu niemal natychmiast stali się żarliwymi bojownikami o wolność, piewcami pluralizmu, zwolennikami NATO i Unii Europejskiej. W ciągu krótkiego okresu dokonali niebywałego „skoku cywilizacyjnego”, często wyprzedzając tradycjonalistyczne i „niepostępowe” społeczeństwo. Używane do dziś określenie – postkomuniści, było wyjątkowo użytecznym kłamstwem, ponieważ sytuowało tę grupę w rzekomym „okresie przejściowym” - podczas gdy nadal mamy do czynienia wyłącznie z komunistami.
Przykład polskiej transformacji jest wręcz modelowy dla przeobrażeń, jakim poddano niemal wszystkie grupy posługujące się komunizmem. Ta doskonała zdolność akomodacji i mimikry, właściwa w przyrodzie dla drapieżników oraz organizmów prymitywnych acz żywotnych – potwierdza nie tylko zbrodniczo - pasożytniczy charakter komunizmu, ale świadczy o jego sile i woli przetrwania.
Gdyby komunizm był ideologią lub filozofią, upadłby natychmiast, gdy zabrakło argumentów aksjologicznych i wspólnoty poglądów. Gdyby był systemem politycznym, skończyłby się wraz z rozwiązaniem partii komunistycznej, rezygnacją z dogmatów i „dyktatury proletariatu”.
Ponieważ nie był ani jedyny ani drugim – mógł bezboleśnie poświęcić wszystkie dotychczasowe formy zewnętrze i również łatwo zastąpić je innymi.
Niezmienni pozostali bowiem ludzie korzystający z narzędzi komunizmu i cele, które przed sobą postawili. Niezmienny pozostał ich realny potencjał i metody osiągania celów. Są tymi, o których nihilista Wierchowieński prorokował w "Biesach" Dostojewskiego: "Zostaną tylko ci, którzy wyznaczyli się do zagarnięcia władzy! Mądrych zyskamy, a pojedziemy na plecach głupców!"
Z tej przyczyny, proces, który obserwowaliśmy przed dwoma dekadami nie mógł doprowadzić do żadnego uśmiercenia komunizmu. Oglądaliśmy jego udaną transformację i przejście w bardzie zaawansowane stadium działalności.
Istnieje też bezpośredni dowód, że ów rzekomy „nieboszczyk” nadal posiada ogromne wpływy i może decydować o przyszłości świata.
Jest nim powszechne zaniechanie rozliczenia zbrodni komunistycznych i oczyszczenia Europy z komunistycznej przeszłości. W tym zakresie, reakcja rządów i społeczeństw europejskich diametralnie różni się od sposobu, w jaki potraktowano faszyzm – jedną z młodszych mutacji komunizmu. Poświęcono ją bowiem na „ołtarzu historii” – nie dlatego, iż była bardziej zbrodnicza od komunizmu, ale dlatego, by zachować nietknięty główny nurt. Ten rażący kontrast w traktowaniu obu odmian tego samego totalitaryzmu, to jeden z politycznych i moralnych paradoksów naszych czasów, niezrozumiały tylko dla tych, którzy uwierzyli w „śmierć” komunizmu.

CDN....

Cykl tekstów zatytułowanych „Antykomunizm – broń utracona” opublikowałem w roku 2009, gdy polityka władz III RP zmierzała do smoleńskiego epilogu. Poprawioną i uzupełnioną wersję tych tekstów chciałbym przypomnieć obecnie, gdy pytanie o postawę antykomunistyczną staje się coraz bardzie zasadne










piątek, 8 czerwca 2012

ANTYKOMUNIZM – BROŃ UTRACONA (1)

Na pytanie, czym był antykomunizm w II Rzeczypospolitej, odpowiedzieć można krótko – racją stanu. W czasie, gdy Polska podnosiła się z rozbiorowego upadku, Rosję ogarnęła bolszewicka rewolta. Komunizm – dotąd utopijne marzenie głównie zachodnioeuropejskich myślicieli – stawał się na oczach Europy praktyką rosyjskich rewolucjonistów. Bolszewickie państwo, dążące do zaszczepienia komunizmu na całym kontynencie, szybko zaczęło spoglądać w stronę Polski. Odzyskana po ponad wieku niewoli niepodległość Rzeczypospolitej znalazła się w niebezpieczeństwie.
Młode państwo sprostało wyzwaniu, które zdaniem wielu zdawało się je przerastać. Czerwony potop nie zalał Polski. Determinacja polskich wojsk i społeczeństwa uratowała przed komunistyczną inwazją także resztę Europy. Nie była ona wyimaginowanym zagrożeniem, w wielu bowiem krajach – a zwłaszcza w Niemczech – rewolucjoniści z przekonania i zwykli agenci sowieccy czekali z nadzieją na upadek państwa stanowiącego ostatnią zaporę w marszu bolszewików na Zachód. Przeszkodę wyjątkowo dla nich niedogodną. Już bowiem u zarania odrodzonej Polski antykomunizm okazał się jednym z fundamentów jej tożsamości kulturowej i politycznej. Przez cały okres istnienia II Rzeczypospolitej przejawiał się on w praktyce politycznej, znajdował wyraz w postawach społecznych i miał intelektualną podbudowę w licznych książkach i artykułach, pisanych niekiedy przez najwybitniejszych uczonych i publicystów tamtych lat” – pisali we wstępie do antologii tekstów „W obronie niepodległości. Antykomunizm w II Rzeczypospolitej”, Jacek Kłoczkowski i Filip Musiał (2009. Ośrodek Myśli Politycznej, IPN)
Na fundamencie antykomunizmu, jako polskiej racji stanu - zbudowano państwo, które w swojej krótkiej, 20 –letniej historii musiało dwukrotnie stawić zbrojny opór najazdom sąsiadów. W roku 1920 nie doszło do żadnego „cudu nad Wisłą”. O wyniku bitwy warszawskiej zdecydowała taktyka wojskowa, na równi z niezrozumiałą dla innych narodów wolą walki, u której podstaw leżał antykomunizm polskiego społeczeństwa.
Cała historia myśli politycznej II Rzeczypospolitej była w znacznej mierze dziejami antykomunizmu, a on sam, czymś znacznie ważniejszym niż prostą, propagandową odpowiedzią na sowieckie zagrożenie. „Bardzo dalecy jesteśmy od bolszewizmu- mógł powiedzieć Piłsudski w maju 1919 roku – „Widząc spustoszenie, dokonane przez ustrój komunistyczny, nie rozumiem, jak mogą istnieć w Europie socjaliści, odnoszący się do niego przychylnie”. Ta wartość – wynikająca z dogłębnego rozpoznania bolszewickiej zarazy – odróżniała polską myśl polityczną od błędnych, a często wręcz infantylnych wizji komunizmu funkcjonujących wśród społeczeństw  Europy Zachodniej.
Jednocześnie - polski antykomunizm nigdy nie był racją skierowaną przeciwko komuś, ekspansywną i wrogą. Wynikał z rzetelnej, dalekowzrocznej refleksji historycznej i miał na celu ochronę naszych interesów narodowych. Najważniejszą bronią polskiego antykomunizmu, orężem używanym w walce z zagrożeniami – był realizm polityczny, nakazujący odrzucenie pseudofilozoficznych i fałszywych koncepcji komunistycznych dogmatyków.
Ten realizm sięgał  okresu rozbiorowego i wynikał również z refleksji nad azjatyckim charakterem Rosji. W myśli politycznej II Rzeczpospolitej nigdy nie zapomniano o  słowach Zygmunta Krasińskiego, zawartych w memoriale skierowanym do Napoleona III  z roku 1854. Nasz wieszcz narodowy pisał: 
Rosja jest wytworem pierwiastków najbardziej złowrogich i najbardziej rozkładowych, jakie są w historii. Zepsucie wyrafinowane ostatnich czasów Bizancjum przeszło w jej kościół i jej dyplomację. Srogość nieubłagana a zimna chanów mongolskich stała się sprężyną jej administracji. Urządzenia gminne pierwotnych Słowian przechowały się u jej ludów. Rosja jest wielkim komunizmem, rządzonym przez władzę zarazem teokratyczną i wojskową. Ta władza zaś równa terrorowi z 1793 r. w okropności, jest od niego nierównie wyższa w swej organizacji, w swej zdolności trwania. Danton, Marat i Robespierre to figury blade, jeśli się je postawi obok takich rewolucjonistów, jak Iwan Groźny, jak Piotr I, jak Mikołaj I. Jeśli Rosja ma przestać być plagą, gotową zawsze spaść na kościół, na cywilizację, na świat, to jest na to tylko jeden sposób: doprowadzić ją do zupełnej niemocy. Wszelki pokój zawarty przed tym ostatecznym rezultatem, pogorszy tylko sytuację i pchnie nieprzyjaciela do nowych i straszniejszych wysileń. Upokorzony, ze zdartą maską, ale nie osłabiony, chwyci się on innej broni i zanim powtórzy swój chybiony zamach na Konstantynopol, przygotowuje sobie inne drogi, ciemniejsze a skuteczniejsze. Poda rękę wszystkim tajnym stowarzyszeniom, wszystkim konspiracjom i skrytym konszachtom. Będzie je opłacał swoim złotem a popierał swoimi intrygami. Słowem odda całą swą potęgę na usługi rewolucji socjalnej, aby obalić trony tych dynastii, co świeże zerwały z nim przymierze, albo nim wzgardziły”.
Mając tak głęboką świadomość – czym jest Rosja, natychmiast dostrzeżono zagrożenia wynikające z zaszczepienia tam „rewolucji socjalnej” . Diagnoza Krasińskiego zawierała gotową odpowiedź na pytanie: dlaczego właśnie w Rosji komunizm zapuścił trujące korzenie i pozwalała bezbłędnie ocenić intencje „rewolucjonistów”.
O sile polskiego antykomunizmu doskonale wiedzieli Sowieci nauczeni doświadczeniem roku 1920. Krwawe bitwy pod Szackiem i Wytycznem, obrona Wilna czy zwycięskie walki gen. Kleberga wynikały w równej mierze z męstwa i patriotyzmu naszych żołnierzy, jak ze świadomości zagrożeń, jakie dla cywilizacji zachodniej niosła komunistyczna nawała. 
W latach powojennych, gdy ziścił się sowiecki plan podboju Europy i niemal połowa kontynentu znalazła się w strefie okupacyjnej Moskwy – antykomunizm stał się racją przetrwania, niezbędnym i naturalnym warunkiem zachowania polskiej kultury i tożsamości. Był postawą ludzi uczciwych i odważnych, którzy w sprzeciwie wobec sowieckiej okupacji widzieli swój patriotyczny obowiązek.
Nie przypadkiem, tylko w Polsce i tylko w takiej skali, istniał przez wiele lat zbrojny opór przeciwko okupantowi. Również polski Październik, Grudzień, czy Sierpień oraz tysiące codziennych dowodów antykomunizmu naszego społeczeństwa wynikały z wierności tradycjom II Rzeczpospolitej i wyróżniały nas na tle innych podbitych narodów, w których instalacja zbrodniczego systemu przebiegała bez specyfiki „polskich dekad”.  
Tym większym ciosem był rok 1989, gdy po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat pojawiła się szansa  na budowanie niepodległego państwa. Szansa roztrwoniona i cynicznie wykorzystana przez grupę samozwańczych reprezentantów narodu, którzy na mocy koncesji udzielonej im przez sowieckie służby, zawarli z komunistami pakt „okrągłego stołu” i ogłosili Polakom, że komunizm upadł. Skończył się nagle, rozsypał niczym mur berliński i znikł równie szybko, jak alkohol w kieliszkach opróżnianych w Magdalence.
A skoro komunizm się skończył – postawa antykomunistyczna stała się bezużyteczna i anachroniczna. Powiedzieli nam o tym ludzie, którzy na symulowaniu tej postawy  budowali swój autorytet wśród Polaków. Dzięki opinii „przeciwników systemu” stali się dla nas rozpoznawalni i wyróżnieni zaufaniem. Tylko niewielu zauważyło, że Michnik, Geremek czy Kuroń nigdy sami nie nazywali się antykomunistami, zaś celem „opozycji demokratycznej” w żadnym wypadku nie było obalenie systemu. Ich sprzeciw wobec zastanej rzeczywistości dotyczył tych jej elementów, które nie przystawały do wizji państwa komunistycznego. Była to „opozycja” wewnątrz systemu komunistycznego – nigdy zaś – skierowana przeciwko systemowi.
Ideologiczne podłoże zawdzięczała głównie naukom schizmatyka Lwa Trockiego oraz elitarnemu poczuciu przynależności do świata działaczy partii komunistycznej. W latach PRL-u, ludzie ci głosi w istocie sekciarskie poglądy - zawsze jednak w ramach ogólnoświatowej doktryny komunistycznej, zastępując szlachetne oppositio, trywialnym i zużytym revisio.  Taka postawa pozwalała na instrumentalne traktowanie Kościoła i robotników, umożliwiała w równym stopniu podziw dla Wojtyły, jak Kiszczaka, na jednej płaszczyźnie stawiała niepodległość i „socjalizm z ludzką twarzą”. Leopold Tyrmand, napisał kiedyś o owych pseudointelektualistach, tworzących tzw. salon dysydencki, że przefarbowali się na antykomunizm dopiero wówczas, „kiedy nieszkodliwym krzykiem i niezgadzaniem się można już było w Polsce wybornie zarobkować, lepiej niż dotychczasowym służalstwem".
Wykorzystując imperatyw walki o wolność, nasze marzenia o Niepodległej i głęboki antykomunizm Polaków - łatwo przyszło im później przyoblec się w szaty obrońców narodu  i usankcjonować nasze złudzenia, pod szyldem awangardowej „opozycji demokratycznej”.
Ogłoszenie końca komunizmu w Polsce miało zatem prowadzić do uśmiercenia postawy antykomunistycznej. Odtąd stawała się synonimem wstecznictwa i szowinizmu, najgroźniejszą plagą rodzącej się III Rzeczpospolitej. Sprzeciw wobec sowieckiego systemu nazywany był „tępym, zoologicznym antykomunizmem", a dążenie do dekomunizacji okrzyknięto „zagrożeniem dla demokracji”. Piętnując antykomunizm bez rozliczenia zbrodni komunizmu - stworzono absurdalną i amoralną sytuację, w której reakcja na zło została potępiona mocniej, niż to, przeciwko czemu była kierowana. Fałszywa logika wywodów „ojców” III RP musiała opierać się na kłamstwie o upadku komunizmu. Bez tego kłamstwa nie można byłoby podważyć polskiego antykomunizmu ani niszczyć naszych naturalnych postaw obronnych. 
Co znamienne -  ludzie tworzący to państwo gorliwie odwoływali się do tradycji II RP kradnąc z niej zewnętrzną symbolikę i czerpiąc tylko to, co służyło historycznej mistyfikacji. Odrzucenie antykomunizmu – jednego z fundamentów myśli II RP, było aż nadto wyraźnym dowodem, że powstałe po 1989 roku państwo nie ma żadnej łączności z tradycją 20-lecia międzywojennego.
Nie przypadkiem, śmierć komunizmu została ogłoszona 50 lat po tym, jak państwa Europy Zachodniej ustanowiły nowe kalendarium polityczne: o swoistej podziałce na dobro i zło. Pisał o tym Józef Mackiewicz, wskazując na datę 22 czerwca 1941 roku – dzień w którym Hitler przechytrzył Stalina i pierwszy zaatakował dotychczasowego sojusznika.
Od tej daty – pisał Mackiewicz –wszystko jest – dobrem, cokolwiek czyniło się dla poparcia Sowietów, a wszystko jest – złem, cokolwiek czyniło się ku przeszkodzie ich zwycięstwa nad Niemcami. Kto Sowietom podczas wojny pomagał, bez względu na osobiste przekonania polityczne, ma dziś prawo do zabierania głosu w wolnym świecie. Kto przeszkadzał, nie ma nic do gadania.
Każdy naród ujarzmiony przez komunizm posiada wprawdzie, w oczach Zachodu, prawo do samoobrony, względnie do zniknięcia z powierzchni ziemi i wtedy może liczyć na współczucie, - nie miał jednak prawa od roku 1941, opierać się Sowietom, gdy znalazły się one w wojnie; a tym bardziej we współdziałaniu z armią niemiecką. Gdyż w takim wypadku, bez rozpatrywania jego interesów narodowych, ipso facto zaliczony zostaje do wrogów demokracji.
Ilustracją tej postawy były słowa Churchilla o gotowości sprzymierzenia się z diabłem, żeby tylko wypędzić szatana. Tym diabłem - był nie kto inny, jak Józef Stalin i obowiązujący w Rosji zbrodniczy system komunistyczny.  A skoro diabeł obronił Zachód przed szatanem, każdy kto występował przeciwko diabłu, musiał być odtąd uznany za wroga.
Rok 1989 i ogłoszenie śmierci komunizmu, stanowiło naturalną kontynuację tej mitologicznej postawy wobec diabła. „Pierestrojkę” i „głasnost” odczytano jako przejście na „stronę światłości” i powitano niczym ostateczne zwycięstwo nad szatanem totalitaryzmu, dostrzegając w nim konsekwencję wspólnej walki z demonem – Hitlerem.
Przyczyna tej zbiorowej mistyfikacji była jednak głębsza i wynikała z  konieczność moralnego usprawiedliwienia sojuszu z międzynarodowym komunizmem. Bez tego usprawiedliwienia, ideowa wykładnia wojny Hitlerem nie byłaby możliwa albo co najmniej utrudniona. Dzięki niej dokonano rozgrzeszenia hańby „ładu jałtańskiego”, zaaprobowano farsę procesu w Norymberdze i zapomniano komunistom zbrodnie ludobójstwa, przy których bledną wyczyny Hitlera. Zmarły niedawno prof. Paweł Wieczorkiewicz, którego opinie na temat najnowszych dziejów burzyły spokój polskich historyków, nie miał żadnych wątpliwości, gdy porównywał skutki sowieckich i niemieckich działań wojennych. Odnosząc się do oficjalnych wypowiedzi polskich polityków, Wieczorkiewicz twierdził: „Cały czas przekonują społeczeństwo, że jednak Niemcy byli groźniejsi, bardziej zbrodniczy itd. Oczywiście te twierdzenie można uznać za prawdziwe o tyle, że Niemcy mieli o wiele więcej czasu na to by mordować Polaków. Natomiast, porównując skutki działań sowieckich i niemieckich w porównywalnym okresie i czasie, na porównywalnej przestrzeni, od września 1939 do czerwca 1941 roku, niezbicie wynika, że system sowiecki był jeszcze groźniejszy i jeszcze bardziej ludobójczy, jeszcze bardziej „polonożerczy” od systemu niemieckiego, co oczywiście Niemców z niczego nie usprawiedliwia i nie rozgrzesza.
Według optyki stosowanej przez państwa Zachodu, pakt Ribbentrop – Mołotow, na mocy którego dokonano IV rozbioru Polski był postrzegany jako akt dyplomatycznej przezorności Stalina, zaś najazd na Polskę wojsk sowieckich nie wywołał reakcji angielskich i francuskich sprzymierzeńców. Gdy w lipcu 1941 roku doszło do podpisania układu Sikorski – Majski i wznowienia stosunków dyplomatycznych między rządem polskim i radzieckim, sprawę sowieckiej napaści i okupacji ziem polskich uznano za zakończoną. Ówczesne intencje państw tzw. wolnego świata oddaje artykuł zamieszczony w angielskim tygodniku „Truth”, tuż po podpisaniu układu. Napisano w nim m.im: „Układ przedstawia dla Wielkiej Brytanii wartość pod tym względem, iż daje nam możność umycia rąk – z czystym sumieniem – od problemu rosyjsko-polskiego. Jesteśmy zobowiązani do odbudowania Polski, tak, iż bez ostatniego rozwoju wypadków musielibyśmy po pobiciu Niemiec, wydrzeć resztę polskich prowincji od naszego rosyjskiego sprzymierzeńca. Teraz skoro Rosja i Polska podjęły z sobą stosunki, zostaliśmy zwolnieni z rękojmi… Nasza pierwotna gwarancja dana Beckowi i Rydzowi-Śmigłemu i honor jest w porządku, gdyśmy zostali z niej zwolnieni przez Sikorskiego i Raczkiewicza”.
Znienawidzony przez komunistów i skazany na zapomnienie, doskonały pisarz Józef Mackiewicz, w kilku zdaniach książki „Zwycięstwo prowokacji” zawarł istotę relacji, które doprowadziły do największej w nowożytnych dziejach mistyfikacji. Napisał bowiem:
Polityka Zachodu podczas wojny kierowała się względami narzuconymi jej przez sojusz z Sowietami; polityka Zachodu po wojnie kieruje się względami narzuconymi jej przez chęć pokojowej koegzystencji z Sowietami. Dysproporcja zachodząca pomiędzy traktowaniem zbrodni hitlerowskich, a zbrodni komunistycznych, nie ma podłoża moralnego, ale wyłącznie polityczne. Wynika z różnicy w stosunku do zbrodniarza, którego się zniszczyło, a do zbrodniarza, z którym się chce współżyć, aż do "wymiany kulturalnej" włącznie. Czyli jest rezultatem tzw. "realnej polityki".
Do „uśmiercenia” komunizmu w roku 1989 doprowadziło w istocie jedno z najskuteczniejszych kłamstw wpisujących się w zakres owej „realnej polityki” – teoria o ewolucji komunizmu. To na jej podstawie wprowadzono bezzasadną gradację systemu komunistycznego; rozróżniając okres terroru lat 20. i 30., okres „błędów i wypaczeń” lat 50. i następujący rzekomo po nim „proces destalinizacji”, którego uwieńczeniem miały stać się rządy Gorbaczowa. Przeobrażenia w świecie komunizmu odczytywano jednoznacznie - jako dowód jego postępującej słabości, a każde z wydarzeń miało być objawem spontanicznego wzrostu tendencji odśrodkowych wewnątrz międzynarodowego komunizmu. Zgodnie z tą teorią, polityka „pierestrojki”, zmiany w państwach Bloku Wschodniego, a wreszcie rozwiązanie ZSRR, stanowiły logiczny ciąg zdarzeń, będący wynikiem naturalnej ewolucji systemu. Związana z nią tzw. teoria konwergencji miała zaś za zadanie usprawiedliwić sojusz państw zachodnich z komunizmem - skoro to dzięki niemu następuje upodobnienie polityki władców Kremla do wzorcowych demokracji Zachodu.
Twierdzenia o śmierci komunizmu było zatem działaniem w interesie politycznym obu stron. Niemniej ważny wydaje się wspólny interes ekonomiczny: ożywienie gospodarki, otwarcie ogromnych i chłonnych rynków zbytu, transfer technologii, napływ taniej siły roboczej. Korzyści płynące z mistyfikacji roku 1989 sprawiają, że na „uśmierceniu” komunizmu zarobiły wszystkie strony, najwięcej zaś ci, którzy werbalnie wsparli ten proces. Do największych beneficjantów można z pewnością zaliczyć Niemcy i Rosję. Ich wojenna historia „walki diabła z szatanem” okazała się raz jeszcze podstawą nowego porządku w Europie, dzieląc ją już nie według kryteriów politycznych ale zgodnie z ekonomicznymi interesami stron.
W tym wielkim, historycznym spektaklu, przegranymi musieli zostać ci, którzy uwierzyli, że walka z komunizmem jest obowiązkiem ludzi wolnych. A ponieważ, nie było w Europie innego państwa, w którym antykomunizm stanowiłby fundament utraconej państwowości – staliśmy się najsłabszym ogniwem w łańcuchu korzyści płynących z „uśmiercenia” zbrodniczego systemu.  Mieliśmy również to nieszczęście, że tylko w Polsce działała „demokratyczna opozycja” i tylko u nas przeprowadzono udany eksperyment „transformacji ustrojowej”. Tak oto - decyzją ludzi paktujących z komunistami, uznano antykomunizm za główną zbrodnię przeciwko państwowości III RP, za kompromitujący relikt i objaw wstecznictwa.
Nietrudno zauważyć, że potępienie antykomunizmu mogło mieć sens tylko wówczas, gdyby komunizm rzeczywiście upadł, a żądanie dekomunizacji było aktem prymitywnej zemsty w stosunku do niewinnych ludzi i kontrakcji wobec nieistniejących mechanizmów. Jeśli jednak komunizm nie upadł, a okupant sowiecki zachował swoje wpływy w państwie będącym przez dziesięciolecia jego satelitą - potępienie antykomunizmu byłoby aktem politycznego sabotażu i zdrady narodowych interesów. Ludzie tacy, jak Michnik czy Mazowiecki „rozbrajając” Polaków z oręża antykomunizmu pozostawiliby nas bezbronnymi wobec zagrożeń ze strony kremlowskich władców.
Co zatem – jeśli jednak komunizm nie upadł, a obowiązujące od ponad półwiecza kalendarium polityczne usankcjonowało wielką mistyfikację? Jakie jest nasze położenie, jeśli w wyniku tej mistyfikacji odebrano nam jedyną, skuteczną broń? 
Opublikowany przed trzema laty Raport Brytyjskiej Izby Gmin, zatytułowany „Rosja: nowa konfrontacja?” zawierał wyraźnie sformułowaną tezę o ciągłości historycznej obecnej polityki Kremla z okresem Rosji Sowieckiej. Przytacza się tam zdanie Martina McCauleya, byłego wykładowcy Uniwersytetu w Londynie, który stwierdził: „Rosja chce stać się jak ZSRR. Jej celem końcowym jest bycie supermocarstwem”. Cytuje się także słowa samego Putina o tym, iż „upadek ZSRR był największą, geopolityczną katastrofą”.
Jeśli dzisiejsza Rosja kierowana przez funkcjonariuszy KGB, jest zaledwie kolejną mutacją zbrodniczego systemu, a nas rozmyślnie pozbawiono antykomunizmu – tej jedynej broni, którą mogliśmy przeciwstawić zamysłom Moskwy – czy pojmujemy grozę naszego położenia i jak możemy bronić się przed utratą narodowej tożsamości?


CDN...



Cykl tekstów zatytułowanych „Antykomunizm – broń utracona” opublikowałem w roku 2009, gdy polityka władz III RP zmierzała do smoleńskiego epilogu. Poprawioną i uzupełnioną wersję tych tekstów chciałbym przypomnieć obecnie, gdy pytanie o postawę antykomunistyczną staje się coraz bardzie zasadne.

środa, 1 września 2010

MIT WYZWOLONY

"Prowokacja polityczna to użycie najświętszych symboli narodowych i najgłębszych jego uczuć przeciwko narodowi” - Józef Mackiewicz.

Prowokacja była dla władz komunistycznych „naturalną” metodą postępowania wobec „Solidarności”. Rozliczne gry i kombinacje operacyjne prowadzone od chwili powstania związku oraz tworzenie nowych i rozgrywanie już istniejących konfliktów pozwalało komunistom sterować procesami społecznymi i zapewniało realny wpływ na bieg wydarzeń. Najważniejsze zadania w tym zakresie powierzano oczywiście agenturze. Według danych SB z połowy grudnia 1980 r. w strukturach kierowniczych „Solidarności” w Gdańsku miało być łącznie 41 TW (nie licząc 17 kontaktów operacyjnych, oraz 16 KS – kontaktów służbowych), z czego pięciu usytuowanych w MKZ („Albinos”, „Cezary”, „Teofil”, „Zbyszek” i „Konrad”), a 36 w Zakładowych Komitetach Założycielskich (na przykład sześciu ze Stoczni Gdańskiej im. Lenina). Ponadto istniała możliwość oddziaływania poprzez pięciu TW spoza MKZ i ZKZ. Byli tam informatorzy Wydziału III i IV KWMO w Gdańsku, którzy znajdowali się w bezpośrednim otoczeniu Lecha Wałęsy, personelu administracyjnego, ekspertów i MKZ. Nie lepiej było w roku 1981. Na I Zjazd „Solidarności” udało się wprowadzić łącznie 71 TW z czego 36 stanowili
delegaci (na ogólną liczbę 865 delegatów i 720 gości). Pozostali rekrutowali się z obsługi i zaproszonych gości. 
Niemal klasycznym przykładem tego rodzaju działań, była sprawa „ochrony” przez SB Lecha Wałęsy. Z jednej strony Służba Bezpieczeństwa prowadziła grę, mającą na celu zachowanie Wałęsy na stanowisku przewodniczącego Krajowej Komisji Porozumiewawczej (później Komisji Krajowej) NSZZ „Solidarność”, z drugiej dążyła do osłabienia jego pozycji w związku. 
Dość przytoczyć fragment esbeckiej „koncepcji przygotowania i realizacji działań na przypadek wykonania zamiaru eliminacji Lecha Wałęsy z przewodniczącego KKP NSZZ „Solidarność” przez KSS KOR i elementy  ekstremistyczne” z dn.21.02.1981 r., w której wskazano środki jakie należy podjąć na wypadek prób pozbawienia Wałęsy władzy nad związkiem:
4.1. Polska Agencja Prasowa winna opublikować oświadczenie zawierające tło i przyczyny odsunięcia Lecha Wałęsy ze stanowiska przewodniczącego KKP przez KSS KOR i elementy ekstremistyczne w „Solidarności”. Projekt oświadczenia winien być opracowany w Zespole Propagandy KC PZPR z wyprzedzeniem;
4.2. Wskazanym byłoby oświadczenie Episkopatu broniące Lecha Wałęsy. Rolę inspirującą winien przejąć Dep[artament] IV MSW;
4.3. Wskazanym jest natychmiastowe spotkanie się z L[echem] Wałęsą przez członka rządu (wicepremiera [Mieczysława F.] Rakowskiego albo ministra [Stanisława] Cioska) i opublikowanie komunikatu rzecznika prasowego rządu, w treści którego wyrażony byłby szczery żal z powodu odejścia L[echa] Wałęsy ze stanowiska przewodniczącego Krajowej Komisji Porozumiewawczej;”
4.4. Wyprzedzająco opracować treść ulotki w obronie Wałęsy, a przeciwko KSS KOR [...]
4.6.  Inspirowanie środków masowego przekazu.
4.6.1. Wytypowani uprzednio redaktorzy telewizji i radia winni przeprowadzać wywiady z robotnikami dużych zakładów przemysłowych, opowiadających się za powrotem L[echa] Wałęsy i natychmiast je publikować;
5.  Następnym etapem działalności winien być generalny atak na przeciwników Wałęsy – doprowadzenie do ich kompromitacji, izolacji i odsunięcie od wpływów w „Solidarności”. W tym celu należy użyć sieci TW oraz inspirować ogniwa „Solidarności” i działaczy w dużych zakładach przemysłowych, które poprzednio występowały w obronie Wałęsy.

Na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci, „rozgrywanie” Wałęsy i innych osób z kręgu wyselekcjonowanej opozycji, należało do stałego repertuaru środków stosowanych przez faktycznych decydentów. Nie przypadkiem, ich wypowiedzi i zachowania były zawsze zgodne z intencjami ludzi sprawujących władzę.
Jeśli po 30 latach od powstania „Solidarności”, w czasie obchodów rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych obecna władza nadal stosuje prowokację, a następnie przedstawia  sytuację poprzez „inspirowane środki masowego przekazu” – dowodzi to, że niedaleko odeszliśmy od metod stosowanych w latach 80. Cały przekaz medialny na temat 30 rocznicy powstania NSZZ „Solidarność”, dzięki użyciu „wytypowanych uprzednio redaktorów telewizji i radia” został zdominowany wypowiedziami kilku „użytecznych” postaci i sprowadzony do poziomu pyskówek i konfliktów. Festiwal bredni wypisywanych przez funkcyjnych publicystów, zachłystujących się słowami zmanipulowanej „legendy” można porównać tylkodo propagandowych „wywiadów z robotnikami dużych zakładów przemysłowych, opowiadających się za powrotem L[echa] Wałęsy”.
Przykładem takiego rodzaju prowokacji było niewątpliwie wystąpienie Donalda Tuska podczas wczorajszych obchodów w Gdyni, gdy człowiek, którego działania na stanowisku szefa rządu nie mają nic wspólnego z ideami „Solidarności” zaczął pouczać zebranych na sali związkowców. Ten, który jest osobiście odpowiedzialny za nikczemną kampanię nienawiści wobec Lecha Kaczyńskiego,  miał czelność przywołać słowa Jacka Kaczmarskiego „ale zbaw mnie od nienawiści, ocal mnie od pogardy Panie” i perorować, że sensem tych słów było, aby "nikt z nas nie wpadł w szpony pogardy i nienawiści". Gwizdy delegatów były zaledwie koniecznym minimum dla oceny tej cynicznej  i bezczelnej wypowiedzi.
Z podobną reakcją musiało spotkać się prowokacyjne pytanie Tuska: „dlatego w Solidarności było wtedy 10 mln ludzi. Co stało się z tymi 9 mln, że one dzisiaj się nie odnajdują w Solidarności?”
Zadał je człowiek, który od 1989 roku wspierał przestępców z PZPR i SB – tych samych, którzy w 1981 roku rozjechali „Solidarność” czołgami, a setki tysięcy jej najwierniejszych zwolenników skazali na banicję. Człowiek, który w roku 1992 był jednym z filarów zamachu stanu, dokonanego dla ochrony komunistycznej agentury, w interesie tych samych nomenklaturowych i esbeckich bandytów. A wreszcie, człowiek – który ponosi polityczną i moralną odpowiedzialność za tragedię smoleńską i odpowiada za rezygnację państwa polskiego z suwerennego prawa  do wyjaśnienia okoliczności tej tragedii.
Trzeba też wyraźnie powiedzieć, że owe 9 milionów, o które pyta Donald Tusk to ludzie, którzy „nie załapali” się na uczestnictwo w wyselekcjonowanej przez Kiszczaka „grupie założycielskiej” „Solidarności”, skupionej wokół Lecha Wałęsy. Przez całe lata 80. trwała wspólna praca nad wyłonieniem „nowej”, nieskażonej antykomunizmem „reprezentacji narodu”. 
Już w grudniu 1981 r. Wałęsa stanowczo odmawiał zwołania statutowych władz „Solidarności”, nawet wówczas, gdy nie groziło to już żadnymi represjami. Obecni w kraju członkowie Komisji Krajowej bezskutecznie domagali się tego przez osiem lat (od 1987 r. zorganizowani jako Grupa Robocza KK, później w ramach Porozumienia na rzecz Demokratycznych Wyborów w NSZZ „Solidarność”). Wieloletnia, niezgodna ze statutem związku współpraca Wałęsy z grupami nieformalnymi, służyła osłabieniu NSZZ Solidarność i wyeliminowaniu ze struktur decyzyjnych aktywnych i bezkompromisowych działaczy - na rzecz grupy - która zdominowała oblicze „odnowionej” „Solidarności” podczas obrad „okrągłego stołu”.
Andrzej Gwiazda stwierdza wprost:
Po stanie wojennym, kiedy powstała możliwość jawnego działania „Solidarności”, 26 członków KK wystąpiło do przewodniczącego KK z formalnym wnioskiem zwołania zebrania. Przewodniczący KK, Lech Wałęsa (w „Solidarności” nie było nigdy stanowiska przewodniczącego Związku) odmówił wykonania statutowego obowiązku, a sygnatariuszom wniosku wydał absurdalny zakaz działalności. „Solidarność” nie przygotowała stanowiska do rozmów z władzami. Przy okrągłym stole po tzw. „solidarnościowej stronie” zasiedli ludzie wyznaczeni przez Wałęsę, w większości wywodzący się z elit PRL głęboko uwikłanych w system. Na stu członków KK, przy okrągłym stole znalazło się tylko czterech. Po obu „stronach” było wielu tajnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa, co do tej pory jest główną przyczyną polskich kłopotów z lustracją i korupcją.”
Nowa „Solidarność” miała zostać zbudowana według wzorca nakreślonego przez Jacka Kuronia podczas jego „konsultacji” z SB w dniu 14 września 1985 roku.
Z „Notatki” z rozmowy płk. Wacława Króla i mjr. Jana Lesiaka z Departamentu III SB MSW z Jackiem Kuroniem, dowiemy się:
W przypadku znalezienia formuły porozumienia TKK – zdaniem J. Kuronia – winna zobowiązać się do wydania polecenia rozwiązania wszystkich struktur konspiracyjnych i swojego przedstawicielstwa na Zachodzie. Ocenia, iż takiej decyzji TKK podporządkowałby się cały układ organizacyjny. Poza tą decyzją – wg J. Kuronia – pozostałaby „Organizacja Solidarności Walczącej” oraz różne – jak z ironią podkreślił – „partie polityczne”, co jednak nie miałoby – jak stwierdził – większego znaczenia;
– stwierdził, iż wiadomo mu, że były ze strony władzy propozycje ewentualnego reaktywowania „Solidarności”. Odmówił odpowiedzi co do czasu, miejsca i osób w nich uczestniczących. Propozycje sformułował następująco:
a) eliminuje się z nazwy związku słowo „Niezależny”,
b) struktura organizacyjna tylko branżowa’
c) związek przyjmuje na siebie odpowiedzialność za aktywny udział w łagodzeniu nastrojów społecznych wynikających z obniżenia stopy życiowej oraz za rozwiązanie problemów ekonomicznych,
d) sporządzona zostaje liczba osób, które nie mogą być członkami tego związku.
W ocenie J. Kuronia były to propozycje, które mogły stanowić podstawę do negocjacji. Jednak skończyło się tylko na propozycji. TKK traci wpływy w zakładach pracy. Działalność prowadzona w konspiracji jest mało efektowna. Na obecnym etapie nawet niepotrzebna. Jednak członkowie TKK nie mogą się ujawnić ze względów prestiżowych. W sumie są w sytuacji bez wyjścia i prawdopodobnie „niedługo ich wyłapiecie”.

Ludzie, którzy w roku 1989 zasiedli do rozmów z komunistami świadomie zrezygnowali z relegalizacji NSZZ „Solidarność” i wyrazili zgodę na legalizację związku na podstawie ustawy z 1982 r. 
Udało nam się uzyskać - chwalił się wówczas na posiedzeniu Biura Politycznego PZPR Aleksander Kwaśniewski - bardzo ważne i z politycznego punktu widzenia ogromnie doniosłe oświadczenie, iż to, o co zabiega Solidarność, jest legalizacją, a nie relegalizacją. Skutki relegalizacji oznaczałyby podważenie decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego i delegalizacji "S".
W ocenie Kwaśniewskiego takie właśnie rozwiązanie utrudniało związkowi podjęcie „ewentualnych roszczeń rewindykacyjnych” dotyczących majątku skonfiskowanego przez władze po wprowadzeniu stanu wojennego, a także utrwalało podział w związku między Wałęsą a jego oponentami.
17 kwietnia 1989 roku w wyniku umowy „okrągłego stołu” sąd zarejestrował nową „Solidarność”. Statut nowego związku został uzupełniony o aneks, w którym zawieszone zostały artykuły sprzeczne z ustawą o związkach zawodowych z 1982 r., m.in. prawo do strajku. Za reprezentację związku uznawał Krajową Komisję Wykonawczą (do nowego krajowego zjazdu delegatów), a nie wybraną w 1981 r. Komisję Krajową.
Andrzej Gwiazda nie ma wątpliwości, że pierwszą i drugą „Solidarność” łączyła tylko nazwa:
Zarejestrowano zmieniony statut (zmiany dotyczyły paragrafów – 5, 11, 19, 23, 24, 33 i 34). Zmiany statutu zostały zatajone przed członkami. Do dzisiaj nie wiadomo, kto tych zmian dokonał. Wałęsa ogłosił, że w czasie stanu wojennego wygasły mandaty członków KK, jak i wszystkich innych władz Związku, z wyjątkiem mandatu przewodniczącego KK. Administracja przyznawała status legalności (np. lokal na działalność) tylko strukturom organizowanym przez ludzi wyznaczonych przez Wałęsę. Kto nie godził się z brakiem demokracji, miał tylko jedno wyjście – mógł się do Związku nie zapisać. Według różnych szacunków, do drugiej „Solidarności” zapisało się od jednej czwartej do jednej trzeciej członków pierwszej. Na Zjazd nie zaproszono członków Komisji Krajowej i Komisji Rewizyjnej (paragraf 18 statutu – „Do kompetencji Zjazdu należy rozpatrywanie sprawozdań Komisji Krajowej i Komisji Rewizyjnej”).
Nie podjęto żadnej próby legalizacji samowolnych działań Wałęsy dla zachowania choćby formalnej ciągłości z pierwszą „Solidarnością”. Mimo to I Zjazd nowej organizacji nazwano II Zjazdem „Solidarności”. Popularność Wałęsy, poparcie jakiego udzieliły mu władze PRL, Kościół i demokratyczny Zachód pozwoliły mu złamać statut i podeptać demokrację. „Solidarność” przestała istnieć, nawet nie została zgodnie ze statutem rozwiązana.”
„Uśmiercając” na wniosek samozwańczych negocjatorów „strony społecznej” NSZZ „Solidarność”, powołano de facto do życia nowy związek, którego zadanie miało polegać na powstrzymaniu roszczeń rewindykacyjnych świata pracy.
Dzisiejsze reakcje „elit” III RP, pełne nieskrywanej wrogości wobec władz związku i absurdalne zarzuty jego „upolitycznienia” są dowodem, że zmarginalizowany i zewsząd atakowany nie podporządkował się intencjom agenturalnych „założycieli”, a idee „Solidarności”, w tym ochrony praw pracowniczych pozostały nadal żywe. Przyjęcie, jakie ludzie „Solidarności” zgotowali Jarosławowi Kaczyńskiemu i pamięć o ofierze życia Lecha Kaczyńskiego i Anny Walentynowicz sprawia, że zamysły uczynienia ze związku funkcjonalnej atrapy okazały się daremne. Budzi to wściekłość tych wszystkich „upaństwowionych opozycjonistów”, którzy chcieliby zapomnieć o roku 1980, zniszczyć autentyczne pragnienie wolności, a samą „Solidarność” zamknąć w skansenie pożytecznych mitów. 



Cenckiewicz, Gontarczyk - "SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii" (źródło: IPN 0236/277, t. 2, k. 208–211, oryginał, mps)

środa, 16 września 2009

ANTYKOMUNIZM – BROŃ UTRACONA – 3

Gdyby zadać pytania: na jakiej podstawie komunizm oparł swoją rację bytu, czym zdobywał kolejne strefy wpływów i co decydowało później o sile Związku Sowieckiego –zapewne udzielono by wielu różnych odpowiedzi, typując: ideologię, propagandę, operacje dezinformacyjne i militarne, terror czy działania służb specjalnych.
Wszystkie wymienione przyczyny byłby zgodne ze stanem faktycznym, ale jestem przekonany, że tylko jedna z nich definiuje najgłębiej realną podstawę władzy komunistycznej.
To siła militarna – armia i struktury siłowe – z których komuniści uczynili fundament swojej władzy i rzeczywiste narzędzie ekspansji. Fundament na tyle trwały, że wystarczył na długie 70 lat dominacji i zapewnił możliwość transferu komunizmu w czasy współczesne. Jeśli spojrzymy na historię rozplenienia komunizmu, bez trudu dostrzeżemy, że wszystkie jego europejskie zdobycze zostały osiągnięte dzięki aktywności militarnej. Tam gdzie żołnierz „Czerwonej Armii” postawił stopę, tam sięgało jego dominium. Tę bandycką normę zaakceptowały państwa Zachodu, dokonując według jej wskazań podziału powojennej Europy.
Podobnie - trwanie komunizmu na obszarach zagarniętych już przez armię sowiecką zostało oparte na mechanizmach siłowych – obecności wojsk, podporządkowaniu armii państw okupowanych, rozbudowie aparatu terroru, strukturach policji politycznej.
Uznanie tej dość oczywistej prawdy – zgodnej z tym, co widzieliśmy i odczuwaliśmy przez lata sowieckiej okupacji - ma poważne konsekwencje, gdy chcemy zrozumieć dlaczego komunizm nie mógł „umrzeć” na początku lat 90-tych. Nie mógł, ponieważ w żadnym momencie naszej najnowszej historii nie zniszczono militarnych podwalin, na których zbudowana została władza komunistów. Zainicjowane przez Sowietów liczne „ruchy pacyfistyczne” w krajach Europy Zachodniej i Ameryki, działania agentury ulokowanej w rządach tych państw oraz umiejętnie prowadzona „polityka rozbrojeniowa” – doprowadziły do skutecznego sparaliżowania wszelkich doktryn politycznych, opartych na konfrontacji militarnej i uczyniły ze społeczeństw „wolnego świata” bezbronne zbiorowisko, karmione komunałami o „pokojowym współistnieniu” i „polityce odprężenia”. W czyim interesie leżała taka polityka – można było zrozumieć, gdy obserwowaliśmy rzekomy „upadek komunizmu”.
Wycofanie z Europy Wschodniej wojsk sowieckich i demontaż zewnętrznej struktury policyjnej, umożliwiło państwom dotąd okupowanym odzyskanie niepodległości i (w różnym stopniu) podmiotowości państwowej – lecz nie uwolniło ich ze sfery wpływów komunistycznych. Ten pozorny paradoks można wytłumaczyć tylko zmianą dotychczasowych mechanizmów, gdy totalny, militarny nadzór zamieniono na wpływy pośrednie, oparte w równej mierze na agenturze (działającej również w państwach Zachodu), jak na politycznych naciskach i ekonomicznym uzależnieniu. Przetrwanie tych wpływów gwarantowali ludzie umocowani w nowych strukturach władzy, wewnętrzne umowy i ustalenia („okrągły stół” w Polsce) oraz działalność rozlicznej agentury (w tym agentury wpływu), ulokowanej we wszystkich obszarach życia publicznego. Dokonany po roku 1990 „nowy” podział Europy zdawał się brać pod uwagę te okoliczności, a państwa pozostające dotąd pod sowiecką okupacją zaliczono do szczególnej kategorii „Europy B” i zaakceptowano konieczność uwzględnienia interesów Rosji, w kontekście decyzji podejmowanych w tym regionie.
Czy to oznacza, że Rosja jest jedynym państwem, w którym zogniskowały się interesy komunizmu? Oczywiście – nie. Identyfikowanie komunizmu z Rosją (podobnie jak w przypadku ZSRR) byłoby błędem. Komunizm w Rosji nie realizuje interesów rosyjskich i nie służy rosyjskiej mocarstwowości. Wykorzystuje jedynie te dążenia dla własnych celów. Jednak tylko w Rosji (i w Chinach) pozostały widoczne wszystkie atrybuty władzy komunistycznej, a w szczególności jej militarno-siłowy fundament.
Sama Rosja – wyłaniając się z hybrydy Związku Sowieckiego, nie straciła na procesie zwanym „transformacją ustrojową” żadnych walorów militarnych. Ta sama armia, strzegąca dotąd interesów grupy oznaczonej jako Biuro Polityczne KC KPZR stała się siłą zabezpieczającą ekipę Jelcyna, a później „siłowników” Putina. Bez jakichkolwiek zmian (a za takie nie można uznać nazewnictwa i strukturalnych przetasowań) zachowano ogromny aparat bezpieczeństwa, a od czasu dojścia do władzy generała KGB, na ludziach tego aparatu oparto całą wewnętrzną politykę rosyjską. I choć potencjał militarny Rosji został zachwiany – głównie za sprawą ekonomicznych skutków „uśmiercania” komunizmu – jego stan dzisiejszy nadal gwarantuje Rosji zasadne prawo kreowania się na mocarstwo. Przebieg wojny w Gruzji, a w szczególności reakcje państw NATO – zdają się potwierdzać tę tezę.
Byłoby rzeczą niezmiernie ciekawą prześledzić źródło, powstałych po roku 1991 nowych koncepcji geopolitycznych, zgodnie z którymi dotychczasowy dwubiegunowy układ sił uległ rozkładowi i skonfrontować je ze stanem faktycznym. Niewykluczone, że opisana przez Golicyna strategia podstępu i dezinformacji znalazłaby w tym wypadku zastosowanie.
Zachowanie w stanie nienaruszonym militarnego fundamentu komunizmu, znajduje potwierdzenie w celach, jakie ZSRR, a obecnie Rosja uznaje za priorytetowe. Tym celem - niezmiennie od lat kilkudziesięciu, jest militarne i polityczne pokonanie Stanów Zjednoczonych Ameryki. Wyeliminowanie USA ze światowej gry dominuje nad pozostałymi rosyjskimi celami. To całkowicie zrozumiałe, ponieważ tylko to państwo jest w stanie powstrzymać ekspansję komunizmu. Z tego też punktu widzenia, zainteresowanie Rosji sprawowaniem kontroli nad krajami pozostającymi w jej bezpośrednim sąsiedztwie ma drugorzędne znaczenie.
Przed dwoma laty Jeffrey R. Nyquist pisał o przygotowaniach wojennych Rosji, podkreślając, że mają one ścisły związek z zawiązanym w latach 90-tych rosyjsko - chińskim sojuszem militarnym. Od ponad 10 lat Rosjanie dostarczają Chińczykom technologię i systemy broni, traktując tę transakcję jako najważniejszy środek strategiczny. Również od połowy lat 90. Chiny i Rosja zapoczątkowały liczne, wspólne programy zbrojeniowe, które służą umocnieniu sojuszu. „Przypuszczać, że Rosja i Chiny są wrogami – pisał Nyquist - to jest przestarzałe myślenie. Trzeba wreszcie przyjąć do wiadomości, że oba państwa są drugorzędnymi mocarstwami, w walce o supremację ze Stanami Zjednoczonymi. Jedyną sensowną strategią jest dla nich zjednoczenie przeciw Amerykanom. I to dokładnie robili przez ostatnich dziesięć lat.” Autor podkreśla również, że w sierpniu 2007, Rosjanie i Chińczycy odbyli wspólne ćwiczenia militarne, na południowym Uralu. Jednocześnie miały miejsce strategiczne operacje powietrzne z użyciem rosyjskich bombowców nuklearnych. Kombinacja ćwiczeń sił lądowych z ćwiczeniami bombowców, jest charakterystyczna dla sowieckiej teorii wojny jądrowej, wedle której żołnierze powinni być użyci dla poparcia ataku nuklearnego. Identyczny cel mają największe od kilkudziesięciu lat wspólne manewry wojskowe Rosji i Białorusi, które właśnie się rozpoczęły i potrwają do końca września. W pobliżu granicy polskiej skoncentrowane zostały siły ponad 220 czołgów, 500 transporterów i 200 rodzajów różnych dział. Użytych zostanie ponad 60 samolotów, 600 komandosów i kilkadziesiąt śmigłowców Do manewrów włączono resorty siłowe oraz rosyjską flotę. Miejsce i kierunek ćwiczeń wskazują, że w charakterze przeciwnika występują połączone siły NATO. W manewrach wezmą udział strategiczne bombowce Tu-160 i Tu-95, to zaś oznacza, że ćwiczyć się będzie nawet wykorzystanie broni jądrowej.
Przed kilkoma dniami rosyjska Duma nadała prezydentowi prawo do wysyłania wojsk poza terytorium Rosji – „również w celu: odparcia ataków na rozlokowane tam oddziały rosyjskich sił zbrojnych; odparcia agresji przeciwko państwu trzeciemu lub zapobieżenia jej; obrony rosyjskich obywateli przebywających za granicą; walki z piratami”. W praktyce oznacza to tyle, że rosyjska armia będzie mogła w dowolny sposób, w każdym miejscu kuli ziemskiej podjąć interwencję, o ile uzna, że sytuacja zagraża „równowadze międzynarodowej”. Przykłady można oczywiście mnożyć – jest ich aż nadto. Problem nie dotyczy wskazania faktów, potwierdzających tezę o tożsamości militarnych priorytetów Sowietów i Rosji, a zdaje się polegać na braku prawidłowej oceny tych zdarzeń, a często zamykaniu na nie oczu.
Jasne stanowisko w tej kwestii przedstawiono w raporcie BBN z ubiegłego roku, zatytułowanym „Kierunki rosyjskiej polityki zagranicznej”. Mogliśmy tam przeczytać: „Rosja nie godzi się na piastowanie przez USA statusu jedynego supermocarstwa, prowadzącego unilateralną politykę zagraniczną. Ponieważ jednak powrót do systemu bipolarnego na razie nie jest możliwy, Rosja popiera system wielobiegunowy. [...] W ciągu dwóch lat coraz wyraźniej widoczne jest pogarszanie się stosunku Rosji do USA Przez pryzmat kontaktów z USA widziane są również stosunki z Polską (problem tarczy antyrakietowej). Z powodu USA Rosja dokonuje posunięć, które wywołują konsternację i zdziwienie polityków oraz politologów. chodzi głównie o zacieśnienie stosunków z Chinami, aż do sugestii z rosyjskiej strony o tworzeniu sojuszu militarnego”.
Jeszcze mocniejsze akcenty znajdują się w tegorocznym raporcie Brytyjskiej Izby Gmin, zatytułowanym: „Rosja: Nowa konfrontacja?” Stwierdza się tam wprost: „Reżim Putina wykazuje podobieństwa z byłym ZSRR i systemem carskiej Rosji” [...]FSB, inne agencje bezpieczeństwa i wyżsi oficerowie wojska, odgrywają obecnie kluczowe rolę w zarządzaniu wyższymi szczeblami administracji państwowej.
Jednoznacznej ocenie poddano „Strategię Bezpieczeństwa Narodowego Rosji do roku 2020”, zatwierdzoną w maju br., której celem jest „osiągnięcie dominującej przewagi w sferze wojskowej w pierwszej kolejności w strategicznych siłach nuklearnych”. Zagrożenia wynikającego z rosyjskiej doktryny wojskowej upatruje się w „ jednostronnym tworzeniu globalnego systemu obrony przeciwrakietowej i militaryzacji przestrzeni kosmicznej, które mogą doprowadzić do nowej spirali wyścigu zbrojeń, a także rozwoju technologii jądrowej, chemicznej i biologicznej oraz do produkcji broni masowego rażenia”.
Na tym samym poziomie działań, świadczących o tożsamości celów komunizmu z priorytetami rosyjskimi, znajdziemy cały szereg decyzji politycznych i ekonomicznych, służących osłabieniu USA oraz redukcji wpływów Ameryki w różnych regionach świata. Wszystko, co Rosja robi w zakresie polityki europejskiej służy izolacji USA i dezintegracji struktur NATO. Również tworzenie podziałów, głównie opartych na zróżnicowaniu interesów ekonomicznych wśród krajów UE, znajduje głębokie uzasadnienie w celach rosyjskiej strategii. Ideologiczne skłonności wielu polityków rządów UE (odziedziczone po tzw. eurokomunizmie), są przez Rosję świadomie wykorzystywane do przyśpieszania procesu zwanego integracją europejską – będącego w istocie dążeniem do zniszczenia państw i więzi narodowych, oraz groźnej dla poczucia tożsamości unifikacji prawa.
W wielu obszarach polityki doszło do zastąpienia gróźb militarnych (właściwych dla Sowietów) różnymi formami uzależnień, szantaży i presji ekonomicznych, a rosyjska ropa i gaz odgrywa we współczesnej Europie rolę nie mniejszą, niż „Armia Czerwona” w czasach ZSRR. Choć środki nacisku uległy zmianie (co wynika głownie z pragmatyzmu dzisiejszych komunistów, a nie ich ucywilizowania) – niezmienne pozostały cele.
Wolno je zdefiniować jako podbój i dominacja - tak w sferze militarnej, jak ekonomicznej i politycznej.
Cele te są ściśle skorelowane z polityką komunistycznych Chin. Przypadek Państwa Środka dobitnie dowodzi, jak dalece komunizm jest w stanie rozstać się ze swoją rzekomą ideologią i partyjnymi dogmatami, byle tylko zapewnić sobie przetrwanie i doprowadzić państwa „wolnego świata” do ekonomicznego uzależnienia. Ekspansja gospodarcza Chin oraz otwarcie przed państwami kapitalistycznymi ogromnego rynku inwestycji – służy również asymilacji komunizmu, ,„oswojeniu” z nim partnerów biznesowych oraz tak głębokim zaangażowaniu ich we współpracę, by zrelatywizować rzeczywiste oblicze komunizmu. Wytworzenie obszarów wolnego rynku, przy jednoczesnym zachowaniu twardych, totalitarnych metod terroru wobec własnego społeczeństwa, świadczy o dostosowawczym charakterze komunizmu i wskazuje na potencjalne kierunki jego przemiany. Ponieważ Rosja prezentuje typ „komunizmu tajnego”, podczas gdy Chiny kontynuują model „jawnego komunizmu” – układ tego rodzaju – przy wspólnocie celów, stwarza doskonałe warunki do prowadzenia rozlicznych, globalnych gier politycznych, symulowania konfliktów, rozgrywania potencjalnych sojuszników i neutralizacji wrogów.
W każdy z procesów, związanych z realizacją podstawowych celów komunizmu zaangażowane są służby specjalne. To im, przed ponad 40 laty partia komunistyczna powierzyła zadanie wykreowania „transformacji ustrojowej” i odegrania spektaklu „upadku” komunizmu oraz wyposażyła w potężną broń dezinformacji. Ich władza w samej Rosji – wciąż rozszerzana pod pozorem zagrożeń terrorystycznych świadczy, że ludzie tych służb przejęli całkowicie kontrolę nad państwem rosyjskim i są faktycznym decydentem we wszystkich sprawach dotyczących polityki zagranicznej i wewnętrznej Rosji. Władza „siłowników”, jest w swojej koncentracji i budowie analogiczna do panowania partii komunistycznej. Dowodzi również, że na obecnym etapie komunizm potrzebuje ludzi posługujących się niejawnymi narzędziami sprawowania władzy, którzy w obronie własnych interesów nie cofną się przed przemocą, szantażem czy skrytobójstwem. Dlatego strategia działania KGB jest wspierana przez zorganizowane grupy przestępcze, handlarzy narkotyków i bronią oraz działania wrogich Ameryce państw i organizacji – w tym również terrorystycznych. Ten ostatni czynnik jest cynicznie i z premedytacją wykorzystywany przez „siłowników” do rozgrywek na arenie międzynarodowej, służy również do wyeliminowania potencjalnej opozycji wewnątrz Rosji i zdławienia ruchów niepodległościowych w dawnych republikach azjatyckich.
Na koniec, warto zadać pytanie: jak, wobec tak zdefiniowanej sytuacji i celów komunizmu powinna wyglądać postawa antykomunistyczna? W moim rozumieniu – dla jej uświadomienia, można posłużyć się przykładem postaw trzech wybitnych Polaków, którzy swoim życiem i działalnością dali dowód mądrego stosunku wobec komunizmu.
Z jednej strony będzie to: Rafał Gan-Ganowicz - żołnierz i dziennikarz, walczący z bronią w ręku wszędzie tam, gdzie Sowieci próbowali instalować komunizm; z drugiej – pułkownik Ryszard Kukliński – który swoim bohaterstwem ocalił Polskę przed interwencją sowiecką, a świat przed nuklearną zagładą i dowiódł dogłębnego zrozumienia istoty komunistycznego militaryzmu; wreszcie – Józef Mackiewicz – doskonały pisarz i człowiek wielkiego umysłu, świadczący własnym życiem i twórczością, że antykomunizm jest postawą bezkompromisową i godną człowieka wolnego.
Każdy z nich, w inny sposób postrzegał służbę dla wolnej Polski i odmiennie widział swoją rolę w walce z komunizmem. Wspólna im wszystkim wydaje się głęboka świadomość – czym jest komunizm i jakie, realne zagrożenia niesie dla współczesnego świata. Myślę też, że wspólna była refleksja, iż pokonanie komunizmu w drodze ewolucyjnych, pokojowych procesów jest niemożliwe. Refleksja ta wynikała ze zrozumienia, iż trwałość komunizmu wsparta jest na sile militarnej i przestępczych działań niejawnych, a czerpie swoją ekspansywność ze wspólnoty interesów i sukcesji pokoleniowej.
Polski antykomunizm, reprezentowany w różny sposób i w wielu środowiskach, wydaje się postawą dość rozpowszechnioną. Bardziej jednak jest emocjonalnym stosunkiem do przeszłości i krytyką bieżącej polityki, niż w pełni świadomą, wspartą na rzetelnej wiedzy postawą. Gdy pozbawimy go patriotyczno – ojczyźnianej ornamentyki i stałego zasobu niektórych pojęć - okazuje się bezsilny i pozbawiony głębszej myśli. Stanowi raczej element folkloru, niż dojrzałą koncepcję. Z tej przyczyny jest podatny na rozliczne manipulacje, a z powodu intelektualnej słabości stanowi łatwy cel, nawet dla niewprawnych krytyków. W tej sytuacji, nie może stwarzać jakiegokolwiek, realnego zagrożenia dla interesów komunistycznych, nie może również być alternatywną – głownie intelektualną – dla ludzi młodych. Warto o tym pamiętać, gdy szukamy odpowiedzi na pytanie o charakter postawy antykomunistycznej.
Wiemy też, że antykomunizm nigdy nie będzie jednym z fundamentów polskiej racji stanu – tak, jak był nim w czasach II Rzeczpospolitej. Nie jest też i nie będzie dla elit politycznych III RP punktem odniesienia, mającym wpływ na politykę zagraniczną państwa i sposób myślenia o Polsce.
Możemy jedynie zabiegać, by stał się wzorem mądrej, powszechnej postawy sprzeciwu wobec otaczającej nas, zafałszowanej, przesyconej komunizmem rzeczywistości i wzbudzał wolę bezkompromisowej walki. Powszechnej – czyli kultywowanej w rodzinach i własnych środowiskach, bez lęku i poczucia winy. Mądrej – bo posługującej się adekwatnymi środkami, których nie ograniczy zabobonny „pacyfizm” i „polityczna poprawność”. Antykomunizm może wówczas stać się konkretnym czynem i programem – a nie tylko imperatywem moralnym.
Józef Mackiewicz, którego nieugięty antykomunizm, wsparty na racjach intelektu musi budzić szacunek, zakończył książkę „Zwycięstwo prowokacji” słowami, które nic nie straciły na aktualności:
„Być może przyjdzie czas upragniony, gdy to wszystko zostanie zapomniane, i ta książka zostanie zapomniana dawno, a komunizm starty z powierzchni ziemi; i my wszyscy powrócimy do starych sporów, sprzed czasów jego istnienia. Tak właśnie przechodzi wielka choroba, zapada w nicość zaraza i śladu po niej nie zostaje. I ludzie już nie pamiętają i pamiętać nie chcą. Ale bywa też, że choroba nie wymiera sama przez się, a musi być naprzód zwalczona dużym wysiłkiem. Bywa też, że zwycięża. Ja piszę w dniach wielkiej choroby”.




Źródła:

http://wydawnictwopodziemne.com/2007/10/09/niezaprzeczalne-przygotowania-wojenne-rosji/
http://kresy24.pl/showNews/news_id/8286/
http://www.bbn.gov.pl/download.php?s=1&id=889.
http://www.publications.parliament.uk/pa/cm200809/cmselect/cmdfence/276/27602.htm