Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prezydent Duda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prezydent Duda. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 grudnia 2017

REKONSTRUKCJA CZY CYROGRAF Z PAŁACEM ?

W roku 2005, prezes PiS pomylił się „tylko” o nominacje Marcinkiewicza i Sikorskiego. Konsekwencje tych błędów mogły wówczas zdecydować o klęsce wielu projektów nowego rządu, w tym, o  zaniechaniu sprawy najważniejszej – likwidacji „długiego ramienia Moskwy”.
Dziewięć lat później, pan Kaczyński popełnił „błąd” bardziej tragiczny w skutkach, rekomendując Andrzeja Dudę na stanowisko głowy państwa. 
Określenie „błąd” musi być ujęte w cudzysłów, ponieważ nie mam żadnej pewności, czy tym razem „komputer” pana Kaczyńskiego nie dokonał wyboru w pełni świadomego, intencjonalnego.
Naprawa personalnych błędów prezesa PiS odbywa się zwykle pod przykryciem tzw. mechanizmów demokracji i jest dokonywana podczas zabiegu zwanego „rekonstrukcją rządu”. 
W lipcu 2006 roku, błędy skorygowano w sposób możliwe najprostszy - przyjmując prośbę o dymisję, złożoną przez samego premiera Marcinkiewicza. Identyczną metodą - poprzez prośbę o dymisję „wyregulowano” też sprawę Sikorskiego. 
Dziś taki zabieg byłby mocno utrudniony, dlatego mitolodzy demokracji muszą wysilić się na  większą inwencję. Tym większą,że sytuacja jest zdecydowanie trudniejsza.
Jeśli po dwóch latach  piętrzenia medialnej zasłony propagandowej, „wybudzenie” Andrzeja Dudy, było zaskoczeniem dla pana Kaczyńskiego, mielibyśmy dowód politycznego infantylizmu prezesa PiS, zaś  naprawa  "błędu" mogłaby okazać się niewykonalna.
Jeśli jednak operacja „wybudzenia” została zaplanowana i stanowi jeden z warunków postawionych przez „akuszerów” nowego rozdania,  reakcja szefa PiS powinna uwzględniać reguły narzucone „zwycięzcom” z roku 2015. Musi też prowadzić do odblokowania tych projektów „dobrej zmiany”, które najmocniej oddziałują na emocje społeczne. Po tym, co wydarzyło się w lipcu br. , dalsze „straty wizerunkowe”, byłyby nazbyt groźne.
Dzięki szybkiej interwencji dyspozycyjnych „wolnych mediów” udało się już uniknąć skojarzenia „zdrady” Andrzeja Dudy z osobą prezesa PiS. O ile wybraniec pana Kaczyńskiego jest dziś nawet (umiarkowanie) krytykowany przez rządowych żurnalistów, o tyle ten, który uszczęśliwił wyborców kandydaturą pana Dudy, bywa nieodmiennie przedstawiany jako polityczny geniusz, największy strateg i jedyna nadzieja Polaków.    
Gdy przed dwoma miesiącami napisałem, że „nie ma żadnych podstaw, by rozdzielać (jak czynią to propagandyści) zachowania prezydenta od intencji pana Kaczyńskiego. To on ponosi całkowitą odpowiedzialność za „wybudzenie” Andrzeja Dudy, za prezydencką frondę i mistyfikację „dobrej zmiany”. Nie ma asymetrii w tych postawach. Jest za to kolejna klęska „złożonej strategii” szefa PiS, który wzorem użytecznych głupców z lat komuny, mógł uwierzyć, że idąc na „kompromis” z bestią, uda się stworzyć lub ocalić dobro” - akapit ten był cytowany jako dowód szalonych „teorii spiskowych”  i  „niepohamowanego krytykanctwa” autora. 
Przyznaję, że rządowe „wolne media” dokonały solidnej roboty propagandowej i skutecznie oddzieliły „zdradę” Andrzeja Dudy od „zdrowego korzenia” Prawa i Sprawiedliwości. Równie wyśmienitym posunięciem, było ogłoszenie (niemal natychmiast po lipcowych wydarzeniach) zamiaru „rekonstrukcji rządu” oraz rozgrywanie tego tematu przez kolejne miesiące.

niedziela, 8 października 2017

ETAP CZY ZAKRĘT ?

Jeśli trafna jest hipoteza, że akuszerami „nowego rozdania” z roku 2015 byli ludzie związani ze środowiskiem WSI, „wybudzenie” pana prezydenta potwierdzałoby też zasadę stosowaną w latach ubiegłych: gwarantem zachowania status quo jest ośrodek prezydencki i jakiekolwiek spory w tym zakresie, będą rozstrzygane na korzyść tego ośrodka.
To ważna wskazówka, w przewidywaniu reakcji PiS na prezydenckie kontry”.
Rzadko się zdarza, bym pisząc nowy tekst po tak długiej przerwie, mógł bezpiecznie wrócić do zakończenia poprzedniego wpisu. Niestety, skorzystanie z tej „okazji” wymusza kontynuację tematyki prezydenckiej i jeśli Czytelnicy oczekiwali innych treści, uprzejmie proszę o wybaczenie.
Byłoby jednak niestosowne porzucenie tak wdzięcznego obiektu zainteresowań. Tym bardziej, gdy wydarzenia ostatnich tygodni potwierdzają tezę, iż ośrodek prezydencki nadal odgrywa rolę głównego wspornika i gwaranta układu III RP.
Piszę – nadal, bo jest to rola odziedziczona po prezydenturze Wałęsy, Kwaśniewskiego i Komorowskiego, z którą nierozerwalnie wiąże się troska o bycie „prezydentem wszystkich Polaków” i nieustanna wola „zasypywania podziałów”. Nie powinno też zaskakiwać, że w otoczeniu prezydenta ujawniono komunistycznych aparatczyków i ludzi z nadania b. WSI.
Ten naturalny (dla III RP) symptom, jest znakiem systemowej kontynuacji i nie przypadkiem niesie potwierdzenie dla najbardziej „spiskowych” i „szalonych” teorii. 
Z kolei, medialna gra wokół prezydenckiego weta oraz cierpliwe wyczekiwanie polityków PiS na nonsensowne propozycje pana Dudy, pozwalają twierdzić, że ośrodek ten jest rzeczywistym decydentem w sprawach „dobrej zmiany” i wytycza granicę nieprzekraczalną dla naszych oczekiwań. Nie po to pan prezydent trudził się wynajdywaniem pseudo-argumentów za odrzuceniem propozycji legislacyjnych, nie po to przez dwa miesiące zwlekał z ujawnieniem swoich bezcennych projektów, by po tych politycznych bachanaliach wyraził zgodę na naruszenie status quo.
Informacja podana w piątkowy wieczór przez rzeczniczkę partii pana Kaczyńskiego: „Prawo i Sprawiedliwości poszło na ogromne ustępstwa jeśli chodzi o reformę wymiaru sprawiedliwości. Zgodziliśmy się na wybór członków KRS 3/5 głosów, na wyeliminowanie roli ministra sprawiedliwości, na to że KRS będzie wybierany ponadpartyjnie” – przecina wątpliwości odnośnie relacji Duda - PiS i doskonale potwierdza opinię przedstawioną na początku tekstu.
Partia „dobrej zmiany” podporządkuje się woli środowiska pana Dudy i proces ten zostanie przedstawiony wyborcy jako jedynie słuszna „droga kompromisu”. To oznacza, że nie będzie żadnej „reformy sądownictwa” ani żadnej innej zmiany, która w sposób realny mogłaby zagrozić interesom układu III RP.

sobota, 12 sierpnia 2017

PREZYDENT MUSI BYĆ NICZYM LATARNIA…

Daleki jestem od posądzania pana prezydenta o działania nierozważne lub przypadkowe. Z jeszcze większym dystansem oceniam rozmaite „teorie ambicjonalne” oraz diagnozy o „konfliktach silnych osobowości”. Nie byłoby tego typu fantazji, gdyby głoszący je zechcieli zrozumieć treść zeznań Andrzeja Dudy z 29.10.2010 roku, złożonych przed zespołem smoleńskim Antoniego Macierewicza, ale też potrafili dostrzec, kim naprawdę jest ów wyniesiony na wyżyny prawnik, na tle historycznej postaci obecnego ministra obrony narodowej.
Prezydent musi być niczym latarnia morska - szukać tych, którym należy pomóc i ostrzegać przed zagrożeniem” –  20 maja 2015 roku napisał na Twitterze ówczesny kandydat na prezydenta i – paradoksalnie, trzeba było ponad dwóch lat, by ten „pijarowski” frazes nabrał stosownej treści.
Bo rzeczywiście - prezydent Andrzej Duda jest dziś „latarnią morską” i prawdziwie „ostrzega przed zagrożeniami”.
Jest „latarnią” dla ludzi Targowicy i tzw. elit III RP, które trafnie wiążą z nim nadzieje na zablokowanie zmian i reaguje dokładnie tam, gdzie zagrożone są najżywotniejsze interesy sukcesorów komuny.
W działaniach tego pana dostrzegam też logikę wpisaną w wielowątkową operację wojny hybrydowej oraz w strategię środowiska, które od 2013 roku aranżowało „nowe rozdanie” – zakończone wygraną A. Dudy i partii pana Kaczyńskiego.
Nie jest to opinia stworzona na gruncie ostatnich decyzji pana prezydenta.
Wysyp różnej maści mędrców, którzy dopiero dziś dywagują o „zawiedzionych nadziejach”, „zawróconym prezydencie”, a nawet „strażniku ubekistanu” i z zapałem wygłaszają gołosłowne teorie, potwierdza jedynie tragiczną kondycję „wolnych mediów”. To ludziom z rządowych przekaźników, wyborcy PiS zawdzięczają bolesne „zderzenie ze ścianą” i perspektywę dalszych rozczarowań. To one hołubiły i kreowały na „męża stanu” postać, która od dawna powinna być oceniana wyłącznie w kontekście realnych poczynań, ale też ogromu zaniechań.
We wrześniu 2015 roku, w tekście „NIEPRZEMIJAJĄCY UROK REŻIMU BELWEDERSKIEGO” napisałem, że „prezydentura pana Dudy otoczona jest przedziwną atmosferą. Za niedopuszczalne i niepoprawne uważa się stawianie jakichkolwiek pytań panu prezydentowi, zaś wyrażanie opinii krytycznych, jest uznane za działanie wrogie.
Ta atmosfera doskonale pokazuje rzeczywistą wartość "nowego rozdania", obnaża jakieś potężne lęki i skrywa niejasne, mętne intencje.  Wydawałoby się , że po pięcioletniej "cмутное время", powinniśmy zacząć traktować głowę państwa, jako "naszego", polskiego przedstawiciela. To by oznaczało, że możemy doń kierować swoje oczekiwania i postulaty, a co więcej - liczyć na ich wysłuchanie. To również oznacza pewną transparentność działań pana prezydenta, formułowanie jasnych celów, wniosków i ocen.”
Rozpostarcie nad prezydentem Dudą medialnego „parasola ochronnego” (identycznie ośrodki propagandy osłaniały B.Komorowskiego) sprawiło, że dopiero ataki na ministra Macierewicza, weto prezydenckie i widowiskowa odmowa nominacji generalskich, otworzyły oczy niektórym wyborcom PiS. Otworzyły, ale często na teorie bałamutne i bezpodstawne. Przypisywanie panu prezydentowi, jakoby ulegał wpływom niemieckim (a nawet żydowskim) i tłumaczenie tym procesu „wybudzenia”, jest może miłe dla ucha niektórych fantastów i agentury Putina, ale trudne do obrony na gruncie faktów. 
Bo tu i teraz, nadal działają nasze „rodzime szatany” i nie warto „umiędzynaradawiać” czegoś, co na odległość cuchnie wojskowymi onucami.

poniedziałek, 1 maja 2017

WIĘCEJ I MNIEJ. WBREW RADOM NIEPRZYJACIÓŁ

Lista błędów i zaniechań prezydenta Dudy w kwestiach związanych ze sprawami bezpieczeństwa narodowego jest równie długa, jak rejestr werbalnych deklaracji, w których kandydat, a następnie prezydent III RP zapowiadał swoje zaangażowanie w ten obszar. Ponieważ wyborcom partii rządzącej odmawia się prawa do formułowania ocen i postulatów pod adresem pana prezydenta oraz wyłącza jego działania spod rzeczowej krytyki, wizerunek Andrzeja Dudy jest w tym zakresie obarczony potężną dawką demagogii, niewiedzy i fałszu.
Już jedna z pierwszych nominacji – wyznaczenie szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego historyka, „specjalisty” od obrony cywilnej i pożarnictwa, anonsowała stopień zaangażowania prezydenta w sprawy bezpieczeństwa. Nominacja ta, zapowiadana wcześniej przez „Gazetę Wyborczą” i życzliwie przyjęta przez gen. Kozieja („to dobra wiadomość”) mogła sugerować, że pan prezydent nie ma zamiaru dokonywać radykalnych zmian w zrujnowanym przez poprzednika systemie bezpieczeństwa narodowego i nie przykłada szczególnej wagi do kwestii obronności.
Ujawniony już wówczas dysonans - między deklaracją, a działaniem, słowem, a decyzją, stał się nieodłącznym elementem prezydentury Andrzeja Dudy. W jednym z pierwszych wywiadów, udzielonych przez prezydenta „Nowoczesnej Armii”, padło pytanie:
W swoim programie wyborczym szeroko pojęte bezpieczeństwo uczynił Pan Prezydent jednym z czterech głównych zagadnień. Dotyczy to również kwestii sił zbrojnych i bezpieczeństwa zewnętrznego. Czy zamierza Pan być aktywny na tym polu bardziej niż poprzednicy?”
Odpowiedź prezydenta była mocnym dowodem prymatu demagogii nad faktami:
- „Zamierzam być bardziej efektywny niż mój poprzednik” – odpowiedział Andrzeja Duda. „Kwestie związane z bezpieczeństwem państwa, w tym obronności, traktuję jako jedną z głównych kompetencji i zadań prezydenta.”
Gdy zapytano – „Jedną z pierwszych Pana decyzji była decyzja o przeprowadzeniu audytu w Kancelarii Prezydenta. Czy podjęcie podobnego kroku przewiduje Pan Prezydent w odniesieniu do szeroko pojętej sfery obronności państwa?” - padła obietnica, której Andrzej Duda i szef jego Biura Bezpieczeństwa Narodowego nigdy nie spełnili:
W związku z prerogatywami Prezydenta RP dotyczącymi bezpieczeństwa niewątpliwie potrzebne jest dokonanie bilansu otwarcia. Mam tu na myśli chociażby szereg działań pozwalających mi zapoznać się ze stanem obronności państwa. Jednym z nich jest analiza realizacji zapisów najważniejszych dokumentów strategicznych, takich jak Strategia Bezpieczeństwa Narodowego RP, Polityczno-Strategiczna Dyrektywa Obronna czy też wydanych niedawno głównych kierunków rozwoju Sił Zbrojnych RP.”
W sierpniu 2015 roku, Paweł Soloch oświadczył, że prezydent postawił przed nim pierwsze zadanie - „sporządzenia audytu bezpieczeństwa narodowego”. Szef BBN zapowiadał także „zmiany w strukturze i organizacji biura, wynikające m.in. z faktu, że pan prezydent ma swoją wizję działań w obszarze bezpieczeństwa i jest bardzo wyczulony na kwestie doceniania poświęcenia i ofiarności żołnierzy podczas różnych misji wykonywanych na rzecz Rzeczypospolitej.”
Żadna z tych obietnic nie została spełniona.
Nigdy nie było „bilansu otwarcia”, nie sporządzono audytu bezpieczeństwa państwa, zaś w samym BBN zakonserwowano (również personalny) stan posiadania, odziedziczony po poprzedniku. Widniejąca na stronie BBN i obowiązująca Strategia Bezpieczeństwa Narodowego RP została sporządzona w roku 2014 i jest wynikiem tzw. Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego (SPBN), zarządzonego w roku 2010 przez byłego lokatora Belwederu. Koncepcje powstałe w ramach SPBN (nad którym m.in. pracowali tacy „eksperci” jak Andrzej Karkoszka, Krzysztof Janik, Adam Rotfeld, Dariusz Rosati, Marek Siwiec czy Zdzisław Lachowski) mimo rażącej ogólnikowości i pseudonaukowego żargonu, zawierały fundamentalną myśl: współpraca z państwem Putina ma być gwarantem naszego bezpieczeństwa i stabilności. Była to teza kompromitująca - nie tylko w wymiarze politycznym i militarnym, ale naukowym i kompetencyjnym.
Stopień zaangażowania prezydenta Dudy w sprawy bezpieczeństwa doskonale obrazuje rejestr inicjatyw ustawodawczych. W okresie dwóch lat, pan prezydent zgłosił zaledwie osiem tego rodzaju inicjatyw, wśród których próżno szukać jakiejkolwiek poświęconej tematyce bezpieczeństwa.
Znajdziemy tam: projekt ustawy ws. wieku emerytalnego i kwoty wolnej od podatku, projekt nowelizacji ustawy 500+, propozycję ustawy z zakresu oświaty polonijnej i noweli ustawy o swobodzie działalności gospodarczej, projekt „ustawy frankowej”, projekt zmiany kodeksu karnego w zakresie praw dziecka oraz ustawę o Narodowych Obchodach Setnej Rocznicy Odzyskania przez Polskę Niepodległości.
Oznacza to, że przez blisko połowę kadencji, pan prezydent nie okazywał zainteresowania sprawami bezpieczeństwem obywateli i żadna z jego inicjatyw ustawodawczych nie dotyczyła obszaru wojska, modernizacji sił zbrojnych, reformy służb specjalnych czy koncepcji bezpieczeństwa narodowego.

środa, 19 kwietnia 2017

ESBECKI GAMBIT CZY MAT MACIEREWICZA ?

Od początku lat 90. konstrukcja ataków na Antoniego Macierewicza opierała się na tym samym modelu: epatowaniu prymitywnym kłamstwem i dezinformacją oraz odwoływaniu do negatywnych skojarzeń i odczuć, wśród których strach, zawiść i irracjonalna niechęć odgrywają rolę wiodących ekscytacji. Wielu naszym rodakom - ludziom słabym i zależnym od projekcji ośrodków propagandy z łatwością wmówiono, że polityk skuteczny, mający trwałe zasady moralne i solidny fundament ocen rzeczywistości, musi należeć do osób „kontrowersyjnych i ekstrawaganckich”.
Operacja „esbeckiego gambitu”, której celem jest pozbawienie stanowiska ministra obrony narodowej, nie odróżnia się od poprzednich kombinacji, w których sięgano po dowolne łgarstwa, manipulacje i intrygi. Jeśli nawet nie miały one żadnego związku z faktami i prowadziły na bezdroża rozumu – tym gorzej dla faktów i logiki. Efekt nie jest bowiem zależny od miary intelektu lub normy sumienia, ale od możliwości dotarcia do odbiorcy i zmuszenia go do obcowania z zatrutym źródłem. Odbiorca jest tym bardziej podatny na dezinformację, im dłużej trwa atak  i częściej utrwalają się negatywne skojarzenia. Dla osiągnięcia celu nie trzeba nic więcej.
Jedna okoliczność tworzy „nową jakość” w obecnej kombinacji – aktywny udział polityków Prawa i Sprawiedliwości oraz włączenie w nią partyjnych przekaźników, zwanych „wolnymi mediami”. W tekstach z poprzednich miesięcy wskazywałem na szereg wypowiedzi i decyzji, które jednoznacznie podkreślały to uczestnictwo i przyczyniały się do wytworzenia atmosfery korzystnej dla celów „esbeckiego gambitu”. Jeśli dziś niektórzy mędrcy odkrywają, że „odejście Antoniego Macierewicza jest możliwe”, to konkluzja spóźniona o co najmniej pół roku.  
Przedświąteczna inscenizacja z „dyscyplinowaniem” B. Misiewicza, rozegrana przez J. Kaczyńskiego i jego media, przecina wątpliwości co do intencji prezesa PiS. Na oczach milionów Polaków urządzono ponure widowisko, angażując w nie najważniejszych polityków, ośrodek prezydencki i rządowe media. Tylko niewiele osób potrafiło dostrzec, że wokół „casusu Misiewicza” – rozegranego wyłącznie w celu dyskredytacji Antoniego Macierewicza, powstała realna „wspólnota brudu” – sojusz partii rządzącej i antypolskich ośrodków propagandy. To ważny dowód na prawdziwość tezy, że większość rzekomych sporów na linii rząd -„opozycja”, gros medialnych potyczek i  spektakularnych walk, należy traktować jako mistyfikację mającą uwiarygodnić mitologię demokracji i istnienie w III RP „mechanizmów politycznych”. W rzeczywistości – mamy do czynienia z rodzajem gry, w której Polacy występują w roli widzów teatru cieni. Gry korzystnej dla obu stron, ponieważ jedną uwiarygadnia jako „opozycję”, drugą zaś stawia w roli „ofiary” i rozgrzesza jej zaniechania. Warto zwrócić uwagę, że z „pola rażenia” tej gry wyłączony jest prezydent Andrzej Duda – co też znakomicie podkreśla jego rolę „stabilizatora układu”.

środa, 22 marca 2017

GRA NA „WYBUDZONEGO” PREZYDENTA

List Andrzeja Dudy do szefa MON wpisuje się w cele kombinacji operacyjnej wymierzonej w Antoniego Macierewicza i może zapowiadać eskalację konfliktu na linii Belweder-MON. Nie wykluczam, że świadome uczestnictwo ośrodka prezydenckiego w „esbeckim gambicie” stanowi preludium przed próbą odwołania ministra obrony narodowej. Za taką interpretacją intencji prezydenta przemawia forma i treść listu oraz sposób i miejsce upublicznienia tej informacji.
Jako zwierzchnik Sił Zbrojnych Andrzej Duda ma oczywiste prawo wyrażania opinii na temat funkcjonowania resortu obrony, a tym bardziej, do troski o stan armii i sprawy dotyczące bezpieczeństwa. Nie dziwi zatem sam list, lecz to, w jakich okolicznościach powstał, jakich spraw dotyczy oraz kiedy i jak został upubliczniony.
Wskaże tylko najważniejsze okoliczności związane z tym wydarzeniem.
Jeśli list pana prezydenta został wysłany w ubiegły czwartek, tj. 16 marca br., należałoby wyjaśnić zachowanie prezydenckiego rzecznika  M. Magierowskiego, który dwa dni po wystosowaniu listy, 18 marca, podczas audycji w radiowej Trójce zapewniał, że „wszystkie nominacje w armii są w pełni uzgodnione z panem prezydentem”, a zdaniem Andrzeja Dudy – „wymiana kadr w armii postępuje w sposób spokojny, nie ma zagrożenia destabilizacją na szczytach hierarchii wojskowej”. Magierowski podkreślał również, że „pan prezydent spotyka się bardzo regularnie z szefem MON”. Z wypowiedzi prezydenckiego ministra w żaden sposób nie wynikało, by Andrzej Duda miał być zaniepokojony sprawami obsady stanowisk lub chciał wyrażać jakieś „oczekiwania” wobec szefa MON – co dobitnie sformułował w liście. Zasadnym jest pytanie – jeśli dochodziło do „bardzo regularnych” spotkań obu polityków, po co potrzebna była nadzwyczajna i spektakularna forma listowego wystąpienia? Czy tego rodzaju spraw nie można było uzgodnić podczas osobistego spotkania?
Poważne podejrzenia powinien budzić sposób ujawnienia informacji. Choć list prezydenta nie był dokumentem tajnym, to należałoby wyjaśnić – w jakich okolicznościach doszło do przecieku i kto tego dokonał? Byłoby to tym łatwiejsze, że taka korespondencja nie trafia do rąk podrzędnych urzędników, a zatem krąg potencjalnych donosicieli jest stosunkowo niewielki.
Do listu miał rzekomo dotrzeć reporter "Faktów" TVN Krzysztof Skórzyński i właśnie w tym medium ujawniono treść korespondencji. To zaskakujące, że przeciek pojawił się w stacji, która od wielu miesięcy nagłaśniała dokładnie te same sprawy i tematy, jakie zawarto w prezydenckim wystąpieniu. Ów „reporter śledczy” TVN był autorem programów, w których atakowano Antoniego Macierewicza za zwolnienia dotychczasowych attaché wojskowych i stawiano mu zarzuty opieszałości  w obsadzie tych stanowisk.
Czytając teksty publikowane na TVN24 i prezentowane tam głosy żarliwych obrońców oficerów zwolnionych z ataszatów, można dojść do wniosku, że autor prezydenckiego listu został wręcz zainspirowany tematyką rozgrywaną przez tą stację. Jeśli w liście Andrzeja Dudy wyrażano „zaniepokojenie” brakiem obsady ataszatów w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Szwecji, Bułgarii czy na Ukrainie – dokładnie tych samych kwestii dotyczyła troska organu TVN.
Nie jest to  przypadkowa tematyka.

wtorek, 21 czerwca 2016

LIDER (NIE)BEZPIECZEŃSTWA

Bycie „liderem rankingu zaufania” to w III RP mocno wątpliwy zaszczyt. Doskonale pamiętamy, że poprzedni lokator Belwederu przez cztery lata wiódł prym wśród  polityków obdarzonych największym zaufaniem publicznym, wygrywał we wszelkich rankingach, a nawet zdobywał sympatię rzeszy wyborców PiS. Wówczas ta „norma sondażowa” była trafnie odbierana jako projekcja ordynarnej propagandy i traktowana z należytą nieufnością. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wierzył w wytwory tzw. sondażowni i mogły one poruszać jedynie ludzi o mocno ograniczonych horyzontach.
Ponieważ nie uzyskamy odpowiedzi na tendencyjne pytanie – co w języku układu III RP oznacza postawienie prezydenta Dudy na czele tego samego rankingu, nie będę zamęczał czytelników dywagacjami na ten temat. Takiego „przywileju” nigdy nie dostąpił prezydent Lech Kaczyński, ale nie jestem zaskoczony, że udzielono go Andrzejowi Dudzie. Cieszyłbym się nawet, gdyby tylko ta cecha przypominała o pewnych podobieństwach obecnej prezydentury do kadencji B. Komorowskiego.
Niestety, analogie sięgają głębiej i dotyczą obszaru wyjątkowo istotnego ze względu na bezpieczeństwo narodowe.
Można bowiem dostrzec, że poglądy pana Andrzeja Dudy na kwestie zagrożenia rosyjskiego, wykazują niepokojącą analogię z ocenami poprzedniego lokatora Belwederu. Oczywiście, byłoby przesadą zestawianie kilku wypowiedzi polityka PiS z wielowątkową, prorosyjską polityką Komorowskiego, jednak nie sposób nie dostrzec, że pan prezydent formułuje oceny tyleż fałszywe, jak groźne.
Absolutnie nie uważam, aby Rosja była naszym wrogiem Nigdy takie słowo nie padło z moich ust ani żadnego odpowiedzialnego polityka w Polsce, aby Rosja była naszym nieprzyjacielem czy wrogiem” – oświadczył A. Duda podczas wizyty w Danii. „Rosja jest przede wszystkim sąsiadem (…)  jest partnerem specyficznym”.

poniedziałek, 23 listopada 2015

RAPORT ZAMKNIĘCIA

Dokument, nazywany szumnie „Raportem otwarcia Kancelarii Prezydenta RP” jest zbiorem drugorzędnych banałów i bardziej przypomina sprawozdanie gminnego buchaltera, niż zasługuje na miano rzetelnej analizy.
Jeśli ludzie pana prezydenta Dudy tylko tyle mają Polakom do powiedzenia na temat pracy kancelarii prezydenckiej i pięciu lat kadencji Komorowskiego, lepiej było im milczeć aniżeli częstować nas również płytkim i trywialnym dokumentem.
Najnowsze dzieło tej ekipy wpisuje się w ciąg pozorowanych działań i nie ma nic wspólnego z rzeczową i dogłębną oceną dokonań poprzednika. Ponieważ tezy owego „Raportu” zostały nagłośnione przez „wolne media” i okrzyknięte „miażdżącymi” dla Komorowskiego, większość odbiorców może być przekonana, że największą patologią tej prezydentury były „nieuprawnione” zakupy sokowirówek i ekspresów do kawy, zaś najpoważniejszym nadużyciem - „niedobór” dwóch obrazów i miniwieży „Yamaha” oraz rozdawnictwo „upominków”.
Mistyfikacja polega na sporządzeniu „raportu otwarcia” w bardzo wąskim i mało istotnym zakresie. Jak informują twórcy – „diagnoza została przeprowadzona w głównych obszarach: zarządczym,  kadrowym, w tym budowy kompetencji własnych zasobów, finansowym”. Nie wspomina się jednak, że obejmuje ona mocno „wybrane problemy” i dotyczy zaledwie ostatniego okresu prezydentury Komorowskiego. Nie dowiemy się zatem, jakie środki przeznaczono na Strategiczny Przegląd Bezpieczeństwa Narodowego (SPBN) i flagowy projekt tzw. doktryny Komorowskiego. Nie poznamy „kadr” uczestniczących w pracach SPBN, nie uzyskamy informacji o strukturze organizacyjnej tego przedsięwzięcia ani nakładach finansowych. Nie wiemy np., ile pieniędzy polskich podatników poszło na sporządzenie pierwotnych „rekomendacji” SPBN, w których „eksperci” zatrudnieni przez Komorowskiego zalecali „przyjęcie Rosji takiej jaką ona jest i chce być”, chcieli rezygnacji „z misyjności i życzeniowej polityki zmierzającej do skłonienia Rosji do pełnego przyjęcia zachodniego modelu ustrojowego” i żądali - „Polska musi zdecydować się na pojednanie z Rosjanami i traktowanie ich państwa nie jako tradycyjnego przeciwnika, lecz istotnego gwaranta bezpieczeństwa europejskiego, w tym naszego bezpieczeństwa”.
To zaniechanie tym bardziej zastanawiające, że twórcy obecnego „Raportu” dość szczegółowo opisali realizację „Prezydenckiego Programu  Eksperckiego”, który m.in. obejmował  prowadzenie  prac  analitycznych, a nie zechcieli dostrzec sztandarowych projektów minionej prezydentury.
Nie może zatem dziwić, że podsumowaniem tego „miażdżącego raportu” jest zaledwie jedno zdanie – równie obłe, jak kompletnie jałowe-  Zgodnie z zasadami określonymi w art. 44 ust. 3 pkt 1 ustawy o finansach publicznych  wydatki publiczne powinny być dokonywane w sposób celowy i oszczędny, z zachowaniem  zasad  uzyskiwania  najlepszych  efektów  z  danych  nakładów  oraz  optymalnego  doboru   metod i środków służących osiągnięciu założonych celów.”
To wszystko, co nowa ekipa prezydencka ma do powiedzenie o działalności organu byłego lokatora Belwederu.
Uwadze odbiorcy umyka fakt, że „nasz” prezydent i jego urzędnicy unikają przedstawienia jakiejkolwiek oceny politycznej kadencji B. Komorowskiego. Tymczasem jest to najważniejsza i podstawowa diagnoza, jaką mamy prawo usłyszeć od prezydenta deklarującego troskę o bezpieczeństwo i „wsłuchiwanie się w głos Polaków”.

czwartek, 1 października 2015

DOŚĆ KŁAMSTW O ŚMIERCI KSIĘDZA JERZEGO! O LIŚCIE OTWARTYM DO PREZYDENTA RP

„Od trzydziestu lat w sprawę zbrodni popełnionej na księdzu Jerzym Popiełuszko wpisywane są kłamstwa i fałsz. Prokurator Andrzej Witkowski, który dwukrotnie prowadził śledztwo w tej sprawie i dwukrotnie w kluczowym momencie był od niego odsuwany zdobył dowody, że w zbrodnię, której ofiarą padł ksiądz Popiełuszko, uwikłani są bardzo wpływowi ludzie. Inni bardzo wpływowi ludzie od lat nie chcą dopuścić do jej wyjaśnienia, gdyż obawiają się, że złamią zmowę milczenia, a tym samym spowodują lawinę. To dlatego chronieni przez wpływowych protektorów inspiratorzy zbrodni ze wszystkich dotychczasowych opresji wychodzą obronną ręką. To dlatego też prokuratorowi Andrzejowi Witkowskiemu, który oskarżał w trzystu sprawach o zbrodnię i nigdy nie poniósł sądowej porażki, aż dotąd uniemożliwiano ukończenie śledztwa, w kwestii którego złożył publiczną deklarację, iż w pół roku wykaże prawdę o tej najgłośniejszej i zarazem najbardziej tajemniczej zbrodni ostatnich kilkudziesięciu lat.
Z końcem 2015 roku prokurator Witkowski odchodzi w stan spoczynku. Zważywszy, że Andrzej Witkowski dysponuje wyjątkowym doświadczeniem i unikalną wiedzą dotyczącą tej sprawy obecny czas jest zatem prawdopodobnie ostatnim, w którym istnieje szansa na wyjaśnienie wszystkich okoliczności śmierci księdza Jerzego, a których wyjaśnienie jest kluczem do zrozumienia i wyjaśnienia wielu tajemnic III RP opatrzonych aż dotąd klauzulą najwyższej tajności. Andrzej Witkowski z grupą współpracowników zebrał dowody na kluczową rolę wojskowych służb specjalnych, polskich i rosyjskich, w zamordowaniu księdza Jerzego Popiełuszki i zamierzał udowodnić, że cała ta sprawa nie jest historyczną, lecz czymś, co wciąż trwa.

Te słowa z „Listu otwartego do Prezydenta RP”  dostatecznie wyjaśniają naglącą potrzebę podjęcia działań w sprawie powierzenia Andrzejowi Witkowskiemu śledztwa związanego ze śmierci księdza Jerzego.
Wyrażam ogromną wdzięczność Wojciechowi Sumlińskiemu za przygotowanie i publikację apelu, jak i tym wszystkim, którzy do tej chwili złożyli swój podpis pod tak arcyważnym dokumentem. To ci Polacy, są dziś godnymi i jedynymi wykonawcami testamentu świętego Jana Pawła II.
"Kościół nie może dopuścić, by zleceniodawcy zabójstwa księdza pozostali nieznani" – tymi słowami, 27 listopada 1984 roku nasz Papież zobowiązał polski Kościół do wyjaśnienia całej prawdy o męczeństwie Kapelana Solidarności . Ponieważ przez 30 lat polscy hierarchowie nie spełnili woli swojego Pasterza, trzeba, by uczynili to sami rodacy świętego Jerzego.
Wiemy, że wśród ludzi Kościoła powszechny był pogląd, jakoby ustalenia prokuratora Witkowskiego oraz hipotezy innych osób, domagających się weryfikacji oficjalnej wersji wydarzeń z października 1984 roku, stanowiły działanie na szkodę Kościoła, a nawet opóźniały proces beatyfikacyjny. Pojawiały się głosy sugerujące, jakoby wszelkie odstępstwa od ustaleń sądowych, były inspirowane przez środowiska wrogie Kościołowi. Postulator procesu beatyfikacyjnego, ks. Tomasz Kaczmarek wielokrotnie miał twierdzić, że „można się domyślać sił, stojących za nagłośnieniem, burzących ustalony w 1985 r., podczas pamiętnego procesu toruńskiego, klarowny obraz porwania i morderstwa”.
Wiemy także, że wszelkie próby wyjaśnienia prawdziwych okoliczności mordu założycielskiego III RP, były i są blokowane. W niewyjaśnionych okolicznościach ginęli świadkowie, innych zastraszano i nakłaniano do milczenia. Ludzi, którzy wykazali dość odwagi, by naruszyć tajemnicę bezpieki nazywano szaleńcami i fantastami. Odmówiono im prawa do zajmowania się sprawą, przemilczano ich argumenty, szykanowano lub skazano na zapomnienie. Tak postąpiono z prokuratorem Andrzejem Witkowskim, tak również potraktowano Wojciecha Sumlińskiego.
Zawsze utrzymywałem, że III RP zaczęła się nad grobem księdza Jerzego i skończy wówczas, gdy tajemnica tej zbrodni zostanie ujawniona. To ona dawała gwarancję bezkarności komunistycznym oprawcom, z niej uczyniono „aksjologiczne spoiwo”, łączące funkcjonariuszy bezpieki, ludzi Kościoła i „demokratycznej opozycji”. Ona sprawiła, że członkowie sowieckiej formacji, nazywanej służbami wojskowymi PRL, stali się właścicielami nowego państwa i do dziś czerpią profity z roli „strażników tajemnic”. Depozyt wiedzy o zabójstwie Kapłana, mógł stanowić jeden z najważniejszych powodów, dla których służby wojskowe nie poddano żadnej weryfikacji. Przez cały okres III RP były one nienaruszalną enklawą wpływów sowieckich i mogły liczyć na przychylność kolejnych rządów. W tym depozycie, musiała być również zawarta wiedza o agenturze ulokowanej w otoczeniu księdza Jerzego i jej udziału w doprowadzeniu do porwania i zabójstwa.
Ujawniając - kto naprawdę Go zabił i kim byli ludzie towarzyszący esbeckim porywaczom – możemy zburzyć fundament, na których wspiera się triumwirat morderców, tchórzy i donosicieli. 
Dlatego każdy, kto nosi w sobie pragnienie wolnej Polski, musi zrozumieć, że sprawa zabójstwa księdza Jerzego nie jest „tematem historycznym”, lecz wciąż żywą, nieprzedawnioną rzeczywistością, która nie tylko ukształtowała relacje istniejące w III RP, ale nadal decyduje o naszej przyszłości. Póki tryumfuje kłamstwo o tej zbrodni i trwa zasłona milczenia – nie będzie wolnej Polski.

wtorek, 8 września 2015

NIEPRZEMIJAJĄCY UROK REŻIMU BELWEDERSKIEGO

Bronisław Komorowski pozostawił po sobie efekt „spalonej ziemi”. Nie tylko w prezydenckiej kasie i w kancelarii, ale przede wszystkim w obszarze spraw dotyczących bezpieczeństwa narodowego i polityki zagranicznej.
Nasi rodacy nadal nie rozumieją, że tylko wydarzenia na Majdanie i odwaga Ukraińców uratowały nas od wprowadzenia w życie obłędnych koncepcji bezpieczeństwa, których celem była „redefinicja dotychczasowych tez polityki polskiej”, oparcie jej na gwarancjach udzielanych przez Moskwę i uczynienie z III RP państwa bezbronnego wobec współczesnych wyzwań.
Rosyjska agresja obnażyła nie tylko prawdziwe oblicze kremlowskiego watażki, ale ukazała wyjątkowe dyletanctwo Komorowskiego i jego środowiska w kwestiach bezpieczeństwa. Koncepcje powstałem w ramach tzw. Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego (SPBN), mimo ich rażącej ogólnikowości i pseudonaukowego żargonu, zawierały czytelną myśl: współpraca z państwem Putina ma być gwarantem naszego bezpieczeństwa i stabilności. Była to teza kompromitująca - nie tylko w wymiarze politycznym, ale naukowym i kompetencyjnym.
Do szczególnie rażących trzeba zaliczyć te pomysły SPBN, w których zawarto zapisy niedorzeczne i nieadekwatne do zagrożeń związanych z ofensywą rosyjską. Zmodyfikowane w tzw. doktrynę Komorowskiego, miały one kształtować długookresową strategię państwa, decydować o uzbrojeniu Sił Zbrojnych, rozstrzygać o sojuszach oraz kierunkach rozwoju armii i służb specjalnych. Trzeba pamiętać, że to właśnie reżim prezydencki stał się głównym decydentem w tych sprawach, zaś kolejne rządy PO-PSL były zaledwie wykonawcą planów powstałych w otoczeniu Komorowskiego.
Wszystkie projekty „modernizacji” w Siłach Zbrojnych, „reformy” w służbach specjalnych i przemyśle zbrojeniowym, koncepcje „cyberbezpieczeństwa” i zmian w systemie dowodzenia, powstały w tym środowisku lub były inspirowane przez Belweder. Narzucona przez Komorowskiego „implementacja wyników SPBN” prowadziła później do nowelizacji szeregu ustaw i tworzenia nowych, a każde złe rozwiązanie w tym obszarze bezpośrednio obciąża byłego lokatora Belwederu.
Gdyby III RP była normalnym państwem prawa, w którym urzędnicy ponoszą odpowiedzialność za błędów, zaś politycy są rozliczani ze swoich działań – kompromitacja SPBN i zależnych odeń „doktryn”, zakończyłaby się dymisjami i całkowitą utratą zaufania do Komorowskiego. Gdyby oceniano je w kategoriach odpowiedzialności konstytucyjnej, musiano by wyciągnąć poważniejsze konsekwencje. Nie można było dokonać bardziej obłędnych analiz ani wyprodukować równie niedorzecznych wniosków, jak uczynili to „stratedzy” z otoczenia Belwederu. Niestety, szczelna osłona propagandowa, tchórzostwo opozycji oraz potężny deficyt zdrowego rozsądku sprawiły, że po rosyjskiej agresji na Ukrainę środowisko to mogło dokonać bezbolesnej transformacji i z pozycji piewców „pojednania polsko-rosyjskiego”, znaleźć się w awangardzie antyputinowskich „sił postępu”.
W tym czasie jedynie wypowiedzi gen. Romana Polko, niosły trafną i krytyczną ocenę belwederskich projektów.  Opinie generała, iż -„polska tarcza antyrakietowa to mrzonki”, a „to, co w tej chwili zabija polską armię, to reforma systemu dowodzenia” oraz nazywanie projektu tej reformy „wręcz zdeformowaniem systemu”, były unikalnym przykładem sensownych recenzji. Podobne opinie gen. Polko wyrażał na temat Narodowych Sił Rezerwowych, nazywając je „niewypałem, który trzeba odrzucić, bo nie da się go zreformować”.

piątek, 21 sierpnia 2015

CO Z ANEKSEM ?

Czy ten aneks jest w dyspozycji prawowitego dysponenta, jakim jest prezydent - to informacja publiczna. Nie ma przeszkód, by poinformować opinię publiczną, czy ten dokument jest. Jeśli jest - to niech prezydent zdecyduje, co dalej”.
Ta niedawna wypowiedź Piotra Woyciechowskiego na antenie Telewizji Republika, zawierała arcyważne pytanie o aneks do Raportu z Weryfikacji WSI. Czy dokument powstały w 2007 roku nadal znajduje się w tajnym sejfie prezydenckim? Czy nowy prezydent zdecyduje się na jego publikację – jak nakazuje ustawa z 14 grudnia 2006 r.?
Z chwilą przegranej B.Komorowskiego w wyborach prezydenckich, sprawa aneksu do raportu ponownie pojawiła się w debacie publicznej i wywołując żywe zainteresowanie sprowokowała też wypowiedzi osób uczestniczących w sporządzeniu tego dokumentu.
Ten dokument musi istnieć, w innym przypadku odpowiedzialność poniósłby osobiście Bronisław Komorowski” – przypominał Antoni Macierewicz. I dodawał – „Tylko prezydent odpowiada za publikację tego dokumentu. Nie ma żadnych warunków, jest tylko opinia marszałków oraz szefa i wiceszefów rządu, ale to tylko opinie. Nie są one wiążące dla prezydenta”.
Z kolei dr hab. Sławomir Cenckiewicz w rozmowie z Piotrem Woyciechowskim, stwierdził – „Nie chcę podpowiadać prezydentowi, co ma zrobić - jest głową państwa i suwerennym politykiem - ale nie ulega wątpliwości, że prezydent powinien ten dokument przeczytać. Prezydent musi być wyposażony w wiedzę. Ta wiedza jest osadzona w pewnym okresie czasu, ale prezydent powinien być wyposażony w tę wiedzę”.
O potrzebie publikacji aneksu jednoznacznie wypowiedział się premier Jan Olszewski w czerwcu br. - . „Uważam, że aneks powinien zostać opublikowany. (…) Przecięłoby to krążące w przestrzeni publicznej nieprawdopodobne i nieprawdziwe o nim informacje. Choć ze względu na upływ czasu aneks jest w części zdezaktualizowany, to opinia publiczna ma prawo do zorientowania się, czym jest ten dokument”.
Podobnie Antoni Macierewicz, komentując w grudniu 2014 roku przesłuchanie B. Komorowskiego w sprawie afery marszałkowej, nie miał wątpliwości, że publikacja aneksu jest konieczna – „Należy obecnie żądać, by aneks został upubliczniony. Opinia publiczna ma prawo wiedzieć, jak wygląda ten swoisty akt oskarżenia przeciwko Bronisławowi Komorowskiemu. On ma prawo się bronić, ale Polacy mają prawo wiedzieć, jakie dokumenty gromadzone były przez WSI, których tak przeraził się Bronisław Komorowski.”
Likwidator WSI odniósł się wówczas do treści zeznań Komorowskiego, z których wynikało, że lokator Belwederu jest przekonany, iż aneks został wymierzony właśnie w niego:
- „To również ma posmak sensacji” – stwierdził Macierewicz. – „Prezydent mówił, że aneks jest dokumentem wymierzonym w niego. Przecież to jest 800 stron tekstu, tam są dokumenty, nazwiska, dane pokazujące przestępcze działania WSI. Jeśli cały ten dokument, w przekonaniu prezydenta Bronisława Komorowskiego, jest wymierzony przeciwko niemu, a jest tam mowa o setkach przestępstw, jest aktem oskarżenia przeciwko niemu, to rzeczywiście Prezydent Komorowski ma się czego obawiać. To pozwala lepiej zrozumieć jego ostatnie działania. Jego działania z ostatnich siedmiu lat, a głównie pięciu lat, są obecnie znacznie lepiej zrozumiałe.”