Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prokuratura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prokuratura. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 kwietnia 2014

ILE KOSZTUJE „ROK ROSJI” ?


Decyzja o umorzeniu śledztwa smoleńskiego nie będzie wynikiem jakichkolwiek „ustaleń prokuratury” i nie ma nic wspólnego ze stanem faktycznym bądź prawnym. Polityczne rozstrzygnięcie zapadło już we wrześniu 2013 roku, podczas wizyty  prokuratora Seremeta w Moskwie, zaś obecny spektakl jest efektem finalizowania ówczesnych uzgodnień.
Andrzej Seremet przebywał w Moskwie w dniach od 9 do 12 września 2013 r., gdzie przewodniczył polskiej delegacji na 18 konferencję Międzynarodowego Stowarzyszenia Prokuratorów, organizowaną przez Prokuraturę Generalną Federacji Rosyjskiej.
9 września Seremet spotkał się z Prokuratorem Generalnym FR, Jurijem Czajką. Komunikat PG głosił, iż w sprawie smoleńskiej „rozmówcy zgodzili się, że zachodzi potrzeba dalszej intensyfikacji działań procesowych zmierzających do możliwie szybkiego zakończenia wspomnianych postępowań karnych.” Trzy dni później Seremet odbył spotkanie z Aleksandrem Bastrykinem, szefem Komitetu Śledczego FR. W wydanym komunikacie wyraźnie stwierdzono:
„Strony polska i rosyjska, podobnie jak na spotkaniu prokuratorów generalnych, podkreśliły konieczność finalizowania prowadzonych w obu państwach postępowań w sprawie katastrofy oraz innych, z katastrofą związanych”.
Obecne działania prokuratury wojskowej oraz wystąpienia Seremeta, w których słyszymy sugestie dotyczące umorzenia śledztwa (nawet bez dostępu do wraku i skrzynek) nie są niczym zaskakującym, a jedynie potwierdzają kierunek ówczesnych uzgodnień.
Przynajmniej od grudnia 2010 roku powinniśmy również wiedzieć, że efekty śledztwa w sprawie tragedii nie mogą zależeć od ustaleń niezależnych organów lecz są wynikiem kontraktu politycznego. 
To wówczas, wraz z prezydentem Rosji Miedwiediewem przybyła do Polski delegacja rosyjskich prokuratorów, na czele z Prokuratorem Generalnym Jurijem Czajką. Głównym punktem wizyty było podpisanie memorandum o współpracy pomiędzy prokuraturami obu krajów. Zawarto w nim ramowe zasady współpracy „w dziedzinie walki z przestępczością oraz ochrony praw i wolności człowieka przy wykorzystaniu najbardziej skutecznych metod i środków”. Memorandum przewidywało m.in. „przeprowadzanie konsultacji w kwestiach prawnych oraz świadczenie wzajemnej pomocy prawnej”. Zgodnie z jego postanowieniami „wszelkie sprawy sporne związane ze stosowaniem niniejszego Memorandum Strony rozwiązują w drodze konsultacji i pertraktacji”.

piątek, 15 marca 2013

ZAMACH W DRODZE KONSULTACJI


Komunikaty rosyjskiego Komitetu Śledczego i polskiej prokuratury w sprawie badań na obecność śladów materiałów wybuchowych, tylko pozornie wydają się sprzeczne. Przed kilkoma dniami rzecznik Komitetu Śledczego Rosji Władimir Markin oświadczył, że „przeprowadzona wspólnie przez specjalistów z Rosji i Polski nowa ekspertyza szczątków polskiego Tu-154M nie wykazała na nich śladów wybuchu”. Kilka godzin później, na konferencji zorganizowanej w Moskwie, ppłk Karol Kopczyk poinformował, że „w Smoleńsku nie były prowadzone żadne badania i nie były wykonywane żadne ekspertyzy”, zaś Naczelna Prokuratura Wojskowa (NPW) wydała komunikat, w którym napisano - „Polscy biegli oraz prokurator wojskowy nie uczestniczyli na terenie Federacji Rosyjskiej w żadnych badaniach (tym bardziej – laboratoryjnych) pod kątem wykrycia materiałów wybuchowych.”
Komentując tę sytuację, Antoni Macierewicz uznał, że „może chodzić o próbę narzucenia stanowiska polskiej prokuraturze na przyszłość. Prokuratura rosyjska chce zamanifestować, iż takiego właśnie wyniku badań ze strony prokuratury polskiej się spodziewa i takiego żąda. Ślady wybuchowe mają nie zostać znalezione i już.” Szef zespołu smoleńskiego dopuszcza również że to Rosjanie mówią prawdę. „Nie da się przecież wykluczyć, - oświadczył Macierewicz, że Rosjanie wymusili takie wspólne badania, uzyskali wspólną ekspertyzę, mają ją w kieszeni i teraz przy jej pomocy szantażują polskie instytucje organów ścigania i świat polityczny”.

sobota, 14 stycznia 2012

SYSTEMOWA INSCENIZACJA

 W piśmie z 22 lipca 2010 roku skierowanym do ministra obrony Bogdana Klicha, nowa rzecznik praw obywatelskich Irena Lipowicz występując „w sprawie problemów powstałych w wyniku wejścia w życie przepisów ustawy likwidującej Wojskowe Służby Informacyjne”, poinformowała ministerstwo, że wpływają do niej skargi od żołnierzy rozwiązanych WSI, w których podnoszony jest zarzut,  „iż z powodu braku weryfikacji złożonych przez nich oświadczeń zostali decyzją Ministra Obrony Narodowej zwolnieni z zawodowej służby wojskowej albo też nie zostali wyznaczeni na stanowiska przez Pełnomocników SKW lub SWW, pomimo wyrażonej przez nich chęci zatrudnienia w nowopowstałych służbach.”
Żołnierze byłych WSI skarżyli się, że obecne przepisy uniemożliwiają im „zajmowanie stanowisk służbowych w sądach wojskowych, w prokuraturach wojskowych, w jednostkach Żandarmerii Wojskowej, a także na stanowiskach służbowych w wojskowych jednostkach rozpoznania oraz jednostkach zwiadowczych.”
Rzecznik zwracała zatem uwagę, że środowisko byłych WSI uznaje za dyskryminujące przepisy uniemożliwiające zajmowanie stanowisk w wojskowym wymiarze sprawiedliwości i podkreślała, że „większość żołnierzy WSI posiadało takie właśnie wykształcenie specjalistyczne, a przywołany przepis w praktyce uniemożliwił im dalszą służbę w wojsku.
Sądzę, że niedawną inscenizację z udziałem prokuratora Przybyła, należy oceniać w znacznie szerszym kontekście, niż chce tego oficjalna propaganda. Szerzej nawet, niż wynika to z trafnej konkluzji, iż mamy do czynienia z projekcją konfliktu między prokuraturą wojskową i cywilną oraz działaniem mającym zablokować likwidację wojskowego „wymiaru sprawiedliwości”.
Nie ulega bowiem wątpliwości, że w Prokuraturze Generalnej (PG) istniały plany głębokiej przebudowy obecnej struktury oraz trwały prace nad nową ustawą o prokuraturze. 12 października 2011 w PG odbyło się posiedzenie zespołu, powołanego przez Andrzeja Seremeta, którego celem było „opracowanie propozycji zmian w ustroju prokuratury wojskowej, w związku z zaistniałymi w ostatnich latach przemianami w Siłach Zbrojnych RP, a także ograniczeniem właściwości prokuratur wojskowych”. Komunikat Wydziału Informacji PG nie wskazywał, czym zakończyło się to spotkanie. Natomiast na stronie Naczelnej Prokuratury Wojskowej podano, iż „zespół powołany przez Prokuratora Generalnego, dostrzegając potrzebę funkcjonowania prokuratury wojskowej przyjął, jako kierunek dalszego działania, konieczność podjęcia prac legislacyjnych, zmierzających do poszerzenia właściwości wymiaru sprawiedliwości sprawowanego w wojsku, a nadto restrukturyzacji wojskowych jednostek organizacyjnych prokuratury. Tym samym odrzucił koncepcję likwidacji prokuratury wojskowej.”
Można przypuszczać, że komunikat prokuratury wojskowej bardziej przypominał projekcję życzeń, niż oddawał stan faktyczny.  9 listopada 2011 roku Andrzej Seremet powołał bowiem kolejny zespół do spraw opracowania założeń do nowej ustawy o prokuraturze. Choć w jego składzie znaleźli się m.in. naczelnicy i dyrektorzy wydziałów PG – zabrakło miejsca dla prokuratorów wojskowych.
Incydent z udziałem prok. Przybyła sprawił zatem, że sprawa reformy prokuratury i dalszego funkcjonowania wojskowego wymiaru sprawiedliwości, została szczególnie mocno nagłośniona. W tym kontekście warto dostrzec pospieszne i niezwykle aktywne zaangażowanie Bronisława Komorowskiego oraz prezydenckiego BBN-u. Reakcja lokatora Belwederu jest tym bardziej osobliwa, że nie wykazywał on dotąd zainteresowania sprawami prokuratury, zaś pod koniec ubiegłego roku – mimo protestów Związku Zawodowego Prokuratorów – podpisał  ustawę zamrażającą wynagrodzenia prokuratorskie w 2012 roku.
Wydaje się nawet, że szybka reakcja Komorowskiego powinna się kojarzyć z podobną sytuacją, gdy tuż po zdarzeniach z 11 listopada, zgłosił on potrzebę natychmiastowych zmian w ustawie o zgromadzeniach i wystąpił z gotową propozycją nowelizacji ustawy, zaostrzającą prawo do organizowania zgromadzeń.
Obecne zaangażowanie Komorowskiego zmierza również do wysunięcia propozycji  „rozwiązań systemowych” i może wywoływać podejrzenie, że środowiska skupione wokół Pałacu Prezydenckiego przygotowały już projekty, z których ujawnieniem oczekiwano na stosowną chwilę. Incydent z płk Przybyłem stanowił zatem dogodny moment, by Bronisław Komorowski ujawnił się w roli bezstronnego mediatora i rozwiązał „spór o miejsce i przyszłość prokuratury wojskowej”.
Podejrzenie to wspiera się również na lekturze oficjalnych dokumentów Biura Bezpieczeństwa Narodowego, z których wyłania się projekt „kompleksowej reformy służb odpowiedzialnych za kwestie obronności”. Charakterystyczna cecha proponowanych rozwiązań polega na podporządkowaniu poszczególnych służb specjalnych ministrom: obrony narodowej i spraw wewnętrznych - przy czym zakłada się powrót do rozwiązań sprzed 2006 roku i włączenie Służby Wywiadu i Służby Kontrwywiadu Wojskowego w strukturę Sił Zbrojnych RP. Z tym postulatem związana jest propozycja, by funkcje dowódcze w „nowych” służbach wojskowych, mogli pełnić wyłącznie żołnierze zawodowi. Propozycja ta zmierza zatem do odtworzenia układu personalnego byłych WSI i umożliwia powrót żołnierzy tej formacji na stanowiska dotychczas dla nich niedostępne w strukturze Sił Zbrojnych. Tego rodzaju wnioski wynikają wprost z projektu przedstawionego przez dyrektora Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego BBN Lucjana Bełzę.
Ewentualna likwidacja prokuratur wojskowych i przeniesienie spraw wojska do sądownictwa powszechnego, mogłoby utrudnić proces rekonstrukcji tego układu. Dotychczasowa praktyka prokuratorskich orzeczeń w sprawach dotyczących przestępstw byłych WSI, czyni z nich bowiem „prywatne prokuratury wojskowe” – jak przed siedmiu laty, w artykule "Wojskowa Siatka Interesów" nazwał ten organ Jarosław Jakimczyk. To zaś zapewnia poczucie bezkarności ludziom wymienionym w Raporcie z Weryfikacji WSI.  W artykule tym pada m.in. twierdzenie: „Prokuratura wojskowa mająca tropić afery w wojsku nie jest instytucją w pełni suwerenną, bo prokuratorzy jako oficerowie wojska podlegają ministrowi obrony narodowej. W miejsce prokuratur wojskowych należy powołać specjalne referaty w prokuraturach powszechnych.” Autor przypominał również, że „w ostatnich latach prokuratura wojskowa wręcz uginała się od spraw, w które zamieszani byli oficerowie WSI. Ich prowadzenie nasuwa skojarzenie z państwem totalitarnym, gdzie zadaniem prokuratury i sądu było potwierdzanie założonej tezy tak, by włos z głowy nie spadł prawdziwym mocodawcom.”
Można przypuszczać, iż rozwiązania proponowane obecnie przez Prokuratora Generalnego (w tym w ustawie o prokuraturze) zmierzały właśnie do zmiany lokalizacji spraw wojskowych, a zatem pozwalałyby na ich ocenę przez prokuratorów i sądy cywilne. Likwidacja prokuratur wojskowych umacniałaby cywilny nadzór nad wojskiem i zwiększała w tym zakresie kompetencje Prokuratora Generalnego. Zagrażałoby to istnieniu obecnego status quo, gdy afery w wojsku, w tym przestępstwa byłych WSI podlegają rozstrzygnięciom wojskowego „wymiaru sprawiedliwości”.
Wydaje się, że aktywność Bronisława Komorowskiego – poszukującego w incydencje poznańskim pretekstu do „rozwiązań systemowych” -  zmierza głównie do zachowania obecnej struktury, a w dalszej perspektywie do odtworzenia układu personalnego WSI. Obecny lokator Belwederu – przez lata minister obrony narodowej - zadaje się kpić, gdy stwierdza, że „ocenę pracy prokuratury wojskowej należy przeprowadzić na gruncie Ministerstwa Obrony Narodowej i Sił Zbrojnych”, ponieważ to one, jego zdaniem mają być „najżywiej zainteresowane skutecznym funkcjonowaniem, postępowaniami śledczymi i postępem eliminującym zjawiska negatywne, które zdarzają się w Siłach Zbrojnych i w MON”. Zapomina bowiem, że to obecna praktyka doprowadziła do powstania szeregu patologii, zaś działalność organów wojskowego wymiaru sprawiedliwości  przyczynia się do ich ukrywania i tuszowania.
W deklaracji Komorowskiego, iż „należy szukać rozwiązań systemowych, a nie kadrowych” trzeba upatrywać nie tylko obrony  prokuratora Parulskiego i prawa do istnienia „prywatnych prokuratur wojskowych” - ale głównie zapowiedzi takich propozycji ustawowych, które pozwolą na odtworzenie układu personalnego byłych WSI.



Tekst opublikowany w Warszawskiej Gazecie.

wtorek, 2 sierpnia 2011

W KOMUNISTYCZNYM GORSECIE SŁUŻALCZOŚCI

System komunistyczny traktując państwo jako instrument totalitarnej władzy podporządkował swojej ideologii również sądownictwo i uczynił z niego jeden z filarów ustroju. Powierzył mu także zadanie dodatkowe, czyniąc z tzw. wymiaru sprawiedliwości zbrodnicze narzędzie represji, zależne od partii i aparatu bezpieczeństwa. Ta funkcja sądów PRL wynikała bezpośrednio z treści Konstytucji, która w art.  58 stanowiła, iż „Sądy stoją na straży ustroju Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, ochraniają zdobycze polskiego ludu pracującego, strzegą praworządności ludowej, własności społecznej i praw obywateli, karzą przestępców.”
Konstytucyjna hierarchia pozwalała komunistom na traktowanie sądów i prawodawstwa jako narzędzia ochrony władzy i strażnika partyjnych interesów. O żadnej niezawisłości i niezależności nie mogło być mowy. Brak norm prawnych chroniących obywatela przed samowolą rządzących, ujawniał natomiast  całkowitą fikcyjność praw obywatelskich. Prawo stanowione w PRL było prawem rządzących, dawało partii pełnię władzy nad obywatelem oraz umożliwiało zwalczanie istniejącej i potencjalnej opozycji.
III RP zbudowana na fundamencie państwa komunistycznego, dziedzicząc jego struktury i aparat represji, zachowała również w niezmienionym stanie sądownictwo, dokonując w tym obszarze zmian fasadowych i pozorowanych. Przede wszystkim, armia dyspozycyjnych sędziów i prokuratorów, prześladujących przez lata własnych obywateli przeszła „do „nowego” państwa i na mocy fikcji „transformacji ustrojowej” stała się kadrą na której oparto wymiar sprawiedliwości III RP. Warto przypomnieć, że w PRL-u trudno byłoby znaleźć grupę bardziej upolitycznioną i uległą wobec reżimu. Przykładowo: w roku 1953 do PZPR należało 25% sędziów, w 1966 już 58%, a w 1984 – 54 %. W 1982 r. na 113 nowo powołanych sędziów Sądu Najwyższego - 88 należało do partii komunistycznej, 11 do dwu partii kolaborujących, a  tylko14 było bezpartyjnych.
Jeszcze gorszej mógł wyglądać odsetek tajnych współpracowników bezpieki działających w „wymiarze sprawiedliwości” PRL.  W tym zakresie nie istnieją pełne i wiarygodne statystki, jednak o skali problemu możemy wnioskować choćby na podstawie wykazu nazwisk osób podlegających w swoim czasie procedurom lustracyjnym, które trafiły na listę sporządzoną w Biurze Rzecznika Interesu Publicznego, zwaną “listą Nizieńskiego”. Na ogólną liczbę 588 osób, co do których zachowały się dokumenty rejestracyjne w ewidencji organów peerelowskiej bezpieki, znajduje się aż 335 nazwisk adwokatów, 81 sędziów i 30 prokuratorów. Gdy we wrześniu 2007 roku IPN opublikował pierwsze katalogi osób publicznych, będących w przeszłości współpracownikami SB, znalazły się w nich nazwiska 4 sędziów Naczelnego Sądu Administracyjnego, 2 - Trybunału Konstytucyjnego i po jednym - Sądu Najwyższego i Trybunału Stanu.
Sędziowie III RP, obok wojskowej bezpieki przekształconej w WSI, są jedyną grupą zawodową, którą ominęła nawet szczątkowa weryfikacja. Całkowicie bezpodstawnie przyjęto, że w środowisku tym dojdzie do samooczyszczania i pozbędzie się ono skompromitowanych członków. Założenie to okazało się mrzonką, a  samorządy korporacyjne nie tylko nie pozbyły się zbrodniarzy w togach, ale przez lata chroniły ich od jakiejkolwiek odpowiedzialności. Żaden z komunistycznych sędziów i prokuratorów legalizujących sowieckie ludobójstwo na polskich patriotach, odpowiedzialnych za prześladowania opozycji czy drakońskie wyroki stanu wojennego, nie został nawet postawiony w stan oskarżenia. Czy może zatem dziwić, że ministrami sprawiedliwości takiego aparatu zostawali tajni współpracownicy bezpieki, jak Bentkowski, Chrzanowski, Jaskiernia czy Cimoszewicz?
Gdy po dziewięciu latach, w grudniu 1998 r. udało się uchwalić ustawę o odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów, którzy w latach 1944-1989 sprzeniewierzyli się niezawisłości sędziowskiej, okazało się, że Krajowa Rada Sądownictwa (KRS) nie znalazła żadnego sędziego, którego zachowanie podlegałoby ocenie ustawy. W okresie od wejścia w życie ustawy do października 2001 r. wpłynęło 30 spraw, z czego 28 zostało złożonych przez ministra sprawiedliwości, a tylko dwie były efektem wniosków rzecznika dyscyplinarnego. We wszystkich sprawach z wniosku ministra sprawiedliwości rzecznicy dyscyplinarni dystansowali się od nich, wskazując, że działają z polecenia ministra. Sprawy dotyczyły zaledwie około 50 sędziów, w większości w stanie spoczynku, spośród których tylko jeden nie był sędzią karnym. W toku postępowania aż 41 sędziów już na samym początku zostało uwolnionych od stawianych im zarzutów. Opisując tę farsę dr Przemysław Czarnek w artykule zamieszczonym w „Naszym Dzienniku” wskazywał, że „efekty weryfikacji PRL-owskiego wymiaru sprawiedliwości są więc zatrważające. Wynika z niej - wbrew oczywistym faktom - że wszyscy sędziowie okresu komunistycznego działali na wskroś etycznie, byli niezawiśli i niezależni.”
Kontynuacja personalna, brak lustracji i dekomunizacji nie są jedynymi przesłankami pozwalającymi dostrzec w wymiarze sprawiedliwości III RP spuściznę państwa komunistycznego. W czasach PRL szczególną rolę w kształtowaniu „sprawiedliwości socjalistycznej” odgrywała interpretacja, czyli wykładnia prawa dokonywana przez Sąd Najwyższy. Kontrowersyjną sprawą była kwestia "wytycznych wymiaru sprawiedliwości i praktyki sądowej" wydawanych przez SN poczynając od 1949 r. Wytyczne miały zapewnić jednolitość orzecznictwa w sprawach cywilnych i karnych oraz jego zgodność z zasadami "praworządności ludowej".  W praktyce, główne tezy wytycznych były przygotowywana poza SN, przez partię komunistyczną, zaś Sądowi Najwyższemu pozostawiano redakcję tekstu i jego uzasadnienie. Taki mechanizm czynił z „wymiaru sprawiedliwości” autentyczne narzędzie partii rządzącej, pozwalał dowolnie interpretować zapisy prawa i strzec przywilejów aparatu władzy.
W III RP rolę wyroczni i organu stojącego na straży zdobyczy „transformacji ustrojowej” powierzono Trybunałowi Konstytucyjnemu. Ten komunistyczny, niedemokratyczny twór, powołany przez Jaruzelskiego ustawą z 1985 roku miał początkowo ograniczone kompetencje. Dopiero po 1989 roku nastąpiło poszerzenie uprawnień TK i przekształcenie go w organ orzekający nie tylko o zgodności ustaw z Konstytucją ale kształtujący cały porządek prawny. Odkąd orzeczenia TK mają moc powszechnie obowiązującą i są ostateczne, organ ten stał się faktycznie najwyższą władzą w państwie, wyjętą (podobnie jak sądy) spod jakiejkolwiek kontroli obywateli. Sędziowie Trybunału wyznaczani na 9-letnie kadencje są praktycznie nieusuwalni i mogą bezkarnie wydawać nawet najbardziej absurdalne, stronnicze orzeczenia, przekraczając niejednokrotnie swoje kompetencje i ingerując w bieżące sprawy polityczne.  Podobne instytucje występują jedynie w państwach byłego Bloku Sowieckiego;  w Rosji, Białorusi, na Litwie i Ukrainie, nie istnieją natomiast w dojrzałych demokracjach.
Nietrudno dostrzec, że orzecznictwo TK, szczególnie w kwestiach dotyczących rozliczenia z reżimem komunistycznym, lustracji i dekomunizacji, jest zawsze zgodne z  intencjami grupy rządzącej, chroni interesy komunistycznej nomenklatury, esbeków i ich tajnych współpracowników. Jednocześnie Trybunał stoi na straży przywilejów własnego środowiska, strzegąc elitarności poszczególnych zawodów prawniczych i blokując do nich dostęp osobom spoza środowiska, pozbawionych znajomości i rodzinnych koligacji. Warto przypomnieć wyrok z kwietnia 2006 roku, gdy TK ukazał się w roli reprezentanta korporacyjnego lobby i uznał, że do wykonywania zawodu adwokata nie wystarczy wykształcenie prawnicze i staż w kancelarii. Nadal potrzebna ma być aplikacja, odbyta koniecznie pod nadzorem wywodzącej się z okresu PRL-u instytucji, samorządu adwokackiego. Tym samym, Trybunał zadbał o zachowanie dotychczasowego, peerelowskiego status quo oraz utrzymanie mechanizmów naboru kadr według zasad ustanowionych w okresie komunizmu. Niezwykle korzystne dla układu rządzącego umocowanie TK, czyni z tej instytucji faktycznego gwaranta porozumień okrągłego stołu i rzecznika wąskiej grupy interesów. Jedynym ministrem, który chciał zburzyć ten patologiczny układ był Zbigniew Ziobro, dotąd darzony przez środowiska prawnicze szczerą nienawiścią. 
Nie może zatem dziwić, że sądownictwu III RP oraz tzw. organom sprawiedliwości opartym na ciągłości personalnej i mentalnej, powierzono rolę identyczną do tej, jaką spełniały w państwie „realnego socjalizmu”. Przekonuje nas o tym szereg decyzji i orzeczeń sądowych wydawanych w interesie grupy rządzącej. Niezawisłość – słowo wytrych, mające dowodzić realnych zmian w systemie sądownictwa, służy głównie do legalizacji każdego, najbardziej niegodziwego lub głupiego wyroku. Wmówienie Polakom, że nie wolno tych wyroków podważać bądź z nimi dyskutować, pokazuje jedynie skalę arogancji, z jaką spadkobiercy komunistycznej mentalności traktują obywateli.
Polskie sądownictwo według opinii społeczeństwa jest w opłakanym stanie. Każdy, kto miał nieszczęście zetknąć się z tym organem mógł doświadczyć na sobie skutków fatalnego funkcjonowania sądów. Choć (tuż po Niemczech) mamy rekordową w Europie liczbę sędziów (10 322) urzędników sądowych, asystentów, kuratorów i referendarzy, a każdy Polak co miesiąc na ich utrzymanie płaci 24 zł i 10 gr., co daje nam pierwsze miejsce w UE – sądy III RP pracują źle, a droga do uzyskania wyroku wciąż się wydłuża. Między bajki można włożyć zapewnienia, że powodem tego stanu rzeczy jest przeciążenie sądów pracą, nie dofinansowanie lub braki kadrowe.
Podobnie jak w PRL-u, ustanawiane w III RP prawo, nadal najlepiej chroni grupę rządzącą. Dowie się o tym każdy, kto prześledzi wyroki wydawane z pozwów Adama Michnika lub dostrzeże praktyki prokuratury umarzającej większość spraw aferalnych. Hańbą wymiaru sprawiedliwości jest nierozliczenie żadnej ze zbrodni komunistycznych; począwszy od zagłady polskiej opozycji w latach 50,. poprzez morderstwa robotników na Wybrzeżu, zbrodnie stanu wojennego i mordy polityczne lat 80. Ci sami sędziowie, którzy przez 22 lata nie potrafili osądzić żadnego bandyty z SB i PZPR, zadbali jednak o bezpieczeństwo swoich kamratów i w grudniu 2007 roku na mocy uchwały Sądu Najwyższego zdecydowali, że  sędziowie i prokuratorzy okresu stanu wojennego nie mieli uprawnień do badania zgodności aktów prawnych z Konstytucją PRL, a co za tym idzie - nie byli zwolnieni z obowiązku ich stosowania.  Wyrok ten sprawił, że wszyscy, postawieni w stan oskarżenia sędziowie i prokuratorzy aparatu represji zostali zwolnieni od odpowiedzialności karnej, a wszczęte postępowania umorzono.
Wyniesiona z okresu PRL-u zasada, iż wymiar sprawiedliwości służy interesom władzy ludowej, została w niezmienionej formie adoptowana w warunkach III RP. Nie były potrzebne żadne dodatkowe regulacje, by każdy prokurator, ten z Pcimia i ten z Prokuratury Krajowej wiedział, że gorliwe odczytanie i  wykonanie  intencji władzy będzie skutkowało szybszą ścieżką kariery i większymi szansami na awans. Ta zasada, funkcjonująca również w wielu innych środowiskach, została w wymiarze sprawiedliwości wyniesiona na wyżyny hipokryzji i stanowi podstawową przeszkodę w pozbyciu się komunistycznego gorsetu służalczości. W równym stopniu dotyczy ona sędziów, którzy podlegają ocenom swojej korporacji, a ich kariera jest zależna od rekomendacji KRS i decyzji prezydenta.
Obecna władza posunęła się w tej hipokryzji dalej i w roku 2008 dokonała zmian w ustawie o prokuraturze, rozdzielając stanowiska ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Okrzyknięte wówczas rewolucyjnymi nowelizacje służyły uwolnieniu rządu Donalda Tuska od odpowiedzialności za stan bezpieczeństwa obywateli oraz stworzeniu silnej korporacji prokuratorskiej, która w zamkniętym systemie zawodów prawniczych stałaby się potężnym i wpływowym lobby. Powołanie urzędu Prokuratora Generalnego tylko pozornie wzmacniało niezależność prokuratury. Brak umocowania tego urzędu w Konstytucji (tak jak dzieje się to w dojrzałych systemach prawnych) sprawił, że niezależność PG stała się iluzoryczna, podlega on bowiem ocenie politycznej dokonywanej corocznie przez Sejm i Senat i jest opiniowany przez ministra sprawiedliwości. Odrzucenie sprawozdania, uprawnia premiera do wnioskowania o odwołanie Prokuratora. Jak zwracał wówczas uwagę prof. Piotr Winczorek „istnieje ryzyko, że prokurator generalny sam stanie się politykiem”.  Obserwacja zachowań Andrzeja Seremeta, w związku ze śledztwem w sprawie tragedii smoleńskiej, zdaje się potwierdzać tę ocenę. Z całej „rewolucyjnej” koncepcji zmian, najważniejszym elementem było powołanie Krajowej Rady Prokuratorów (KRP), która poprzez prawo wnioskowania o nominacje prokuratorskie oraz szerokie uprawnienia konsultacyjne stała się organem decyzyjnym w zakresie polityki karnej. Postawienie na czele Rady byłego komunistycznego prokuratora Edwarda Zalewskiego, dało grupie rządzącej gwarancję zachowania wpływów na decyzje prokuratorskie, a poprzez właściwą politykę kadrową zabezpieczało trwałość układu postkomunistycznego.


Artykuł opublikowany w nr 7/2011 Nowego Państwa. 

sobota, 19 marca 2011

PROKURATORSKIE GWARANCJE

Najwyraźniej grupa rządząca musi realnie zakładać scenariusz utraty władzy, skoro już dziś podejmuje wyprzedzające działania osłonowe. Nietrudno rozpoznać je w decyzji o  zarekomendowaniu do składu Prokuratury Generalnej kilku prokuratorów, skompromitowanych politycznymi śledztwami z okresu PRL-u. Pod wnioskami o ich powołanie podpisał się wybrany przez Komorowskiego szef Rady Prokuratorów Edward Zalewski, również były komunistyczny prokurator. Chodzi o Andrzeja Kaucza, Leszka Pruskiego i Artura Kassyka, którzy w latach 1981-88  oskarżali opozycjonistów w procesach politycznych. Choć trafnie zwracano uwagę, że decyzja o skierowaniu do Prokuratury Generalnej tego rodzaju oskarżycieli, może nieść zapowiedź przygotowań do rozprawy z opozycją, sądzę, że trzeba także rozważyć inny scenariusz.
By ocenić znaczenie tej decyzji, warto przypomnieć, jakie cele stawiała sobie grupa rządząca forsując w roku 2008 zmiany w ustawie o prokuraturze i dążąc do rozdzielenia stanowiska ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Okrzyknięte wówczas rewolucyjnymi nowelizacje służyły głównie uwolnieniu rządu Donalda Tuska od odpowiedzialności za stan bezpieczeństwa obywateli oraz na stworzeniu silnej korporacji prokuratorskiej,  która w zamkniętym systemie zawodów prawniczych stałaby się potężnym i wpływowym lobby. Ponieważ po ich wprowadzeniu, rząd formalnie nie miał wpływu na działalność prokuratury, w tym na zakres i rodzaj podejmowanych śledztw – wielokrotnie słyszeliśmy argument, że samodzielna i samorządna prokuratura kieruje się wyłącznie literą prawa, a nie np. doraźnym interesem politycznym.
Powołanie urzędu Prokuratora Generalnego tylko pozornie wzmacniało niezależność prokuratury i służyło uwolnieniu jej od wpływów polityków. Brak umocowania tego urzędu w Konstytucji (tak jak dzieje się to w wielu dojrzałych systemach prawnych) sprawił, że niezależność PG stała się iluzoryczna, podlega on bowiem ocenie politycznej dokonywanej corocznie przez Sejm i Senat i jest opiniowany przez ministra sprawiedliwości. Odrzucenie sprawozdania, uprawnia premiera do wnioskowania o odwołanie Prokuratora. Jak trafnie zwracał wówczas uwagę prof. Piotr Winczorek „istnieje ryzyko, że prokurator generalny sam stanie się politykiem”.  Obserwacja zachowań Andrzeja Seremeta, w związku ze śledztwem w sprawie tragedii smoleńskiej, zdaje się potwierdzać tę ocenę.
Z całej „rewolucyjnej” koncepcji zmian, najważniejszym elementem było powołanie Krajowej Rady Prokuratorów (KRP), która poprzez prawo wnioskowania o nominacje prokuratorskie oraz szerokie uprawnienia konsultacyjne stała się faktycznym organem decyzyjnym w zakresie polityki karnej. Postawienie na czele Rady byłego komunistycznego prokuratora Edwarda Zalewskiego, dawało grupie rządzącej gwarancję zachowania wpływów na decyzje prokuratorskie, a poprzez właściwą politykę kadrową zabezpieczało trwałość układu postkomunistycznego.  Ten członek PZRP, oskarżający w procesach politycznych lat 80., nadzorował również w latach 2008-9 śledztwo w sprawie „afery marszałkowej”, w trakcie którego nie wyjaśniono roli marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego w działaniach ludzi WSW/WSI skierowanych przeciwko legalnemu organowi państwa – Komisji Weryfikacyjnej WSI. Dyspozycyjność szefa KRP wobec prezydenta gwarantuje zaś zapis ustawy mówiący, iż „osoba powołana przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej pełni swoją funkcję w Krajowej Radzie Prokuratury bez oznaczania okresu kadencji i może być odwołana w każdym czasie.”
Na przykładzie ostatnich rekomendacji doskonale widać, że decyzje KRP są faktycznie podyktowane interesami politycznymi grupy rządzącej i służą głębokiemu podporządkowaniu prokuratury. Przeprowadzając fikcyjną reformę tej instytucji i kierując do KRP ludzi z klucza politycznego, rząd Tuska już wówczas zagwarantował sobie bezkarność działań, o czym mogliśmy przekonać się z wielu decyzji prokuratorskich w sprawach afer związanych z politykami grupy rządzącej lub z efektów postępowań dotyczących samowoli służb specjalnych. Świadomość bezkarności, a niekiedy wręcz pogardy dla prawa w wykonaniu najwyższych urzędników państwowych i partyjnych była możliwa, bo nie istniały instytucje państwa zdolne do niezależnych działań prawnych.
Z doświadczeń ostatnich lat wiemy, że prokuratura należy do tych instytucji państwa, które szczególnie mocno wykazują  dyspozycyjność wobec władzy i są wykorzystywane w walce politycznej. Brak zmian systemowych oraz zmiany mentalności środowiska prokuratorskiego sprawił, że faktyczna pozycja tego organu wobec władzy politycznej w niczym nie odbiega od modelu funkcjonującego w czasach PRL.
Wszyscy pamiętamy histeryczne reakcje rozmaitych gremiów prawniczych i ich „autorytetów” w czasach rządów PiS i ministra Ziobry, gdy gromko wołano o rzekomym upolitycznieniu prokuratury i zagrożeniu demokracji. Nie przypadkiem, głosy te zamilkły natychmiast od dnia odzyskania władzy przez PO i żadne, nawet najbardziej rażące patologie nie wywołały już sprzeciwu środowiska prawniczego. Do zagorzałych krytyków Ziobry, a jednocześnie zwolenników rozdziału funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego należał wówczas prezes Stowarzyszenia Prokuratorów Rzeczypospolitej Polskiej płk Krzysztof Parulski, a wystosowana przez to stowarzyszenie uchwała  z czerwca 2007 - "Apel o zachowanie etycznych postaw", odebrana została jako krytyka działań ministra i zakończyła się rezygnacją Parulskiego ze stanowiska zastępcy Wojskowego Prokuratora Okręgowego w Poznaniu oraz prokuratora wojskowego. Nigdy wcześniej środowisko prokuratorskie nie przejawiało takiej troski o swoją niezależność, jak za rządów PIS-u i nigdy bardziej nie podlegało politycznym regulacjom, jak dzieje się to obecnie.
Trudno zatem przypuszczać, by ludzie dyspozycyjni wobec władzy komunistycznej i zawdzięczający swój awans obecnej ekipie, mieli po ewentualnym zwycięstwie wyborczym PiS-u prowadzić śledztwa zagrażające ich protektorom politycznym.
O tym, że taka perspektywa istnieje, mogliśmy się przekonać z ostatniego wywiadu udzielonego Gazecie Polskiej przez Jarosława Kaczyńskiego.  Prezes PiS pytany o szanse ustalenie prawdy o katastrofie smoleńskiej powiedział m.in.:
Gdybyśmy wygrali wybory, dokonalibyśmy rzetelnego przeglądu informacji, którymi już dziś dysponują instytucje państwa polskiego. Jestem przekonany, że już samo takie działanie rzuciłoby nowe światło na sprawę przyczyn katastrofy. Powstałby raport nie podszyty strachem, w przeciwieństwie do tego, który tworzy komisja ministra Millera.”
Można się spodziewać, że dokonanie takiego przeglądu musiałoby skutkować również wszczęciem śledztw wobec obecnych decydentów, odpowiedzialnych za przygotowania do tragicznego lotu, za liczne zaniedbania oraz mataczenia w sprawie śledztwa smoleńskiego.
Jeśli PiS chciałby rzeczywiście dążyć do wyjaśnienia przyczyn katastrofy i przeprowadzić w tej sprawie rzetelne dochodzenie oraz powrócić do rozlicznych afer z udziałem polityków PO i PSL, wolno spodziewać się wniosków o pociągnięcie do odpowiedzialności karnej oraz postawienia niektórych osób przed Trybunałem Stanu. 
Nietrudno zrozumieć, że to realne niebezpieczeństwo wymaga odpowiedniej ochrony interesów układu i „wyczulenia” prokuratury na rozliczeniowe dążenia nowej władzy.  Czteroletnia kadencja obecnej KRP oraz jej wpływ na prace prokuratury i poszczególne nominacje prokuratorskie dają gwarancje, że takie zabezpieczenie zostanie ustanowione. Rekomendacja prokuratorów - oskarżycieli z czasów PRL-u, wpisuje się w tę koncepcje.
Warto zatem przewidzieć, że utrata władzy politycznej przez ekipę rządzącą, może nie mieć żadnego wpływu na kształt decyzji prokuratorskich w sprawach wymagających rzetelnej oceny działań rządu Donalda Tuska, a tym bardziej nie przyniesie przełomu w śledztwach dotyczących tragedii smoleńskiej.  Dzisiejsze rekomendacje potwierdzają, że przywrócenie norm obowiązujących w państwie prawa, będzie procesem długotrwałym i niezwykle trudnym.
  
Artykuł zamieszczony w Warszawskiej Gazecie.

środa, 17 czerwca 2009

KRĘGI ŚLEDZTWA – PROKURATURA

W nawiązaniu do rozmowy telefonicznej, w załączeniu przesyłam odpis postanowienia prokuratora, skierowanego do Polkomtelu SA Plus z prośbą o spowodowanie udzielenia odpowiedzi na to postanowienie” – pismo tej treści z dn.21 listopada 2001 roku znajduje się w aktach śledztwa, w sprawie porwania Krzysztofa Olewnika, prowadzonego przez Prokuraturę Rejonową w Sierpcu. Jego adresatem, był ówczesny minister infrastruktury Andrzej Piłat.

W dniu 27 maja br, w trakcie 7 posiedzenia Komisji Śledczej, podczas którego przesłuchiwano prokuratora Leszka Wawrzyniaka z Sierpca – pierwszego z szeregu prokuratorów prowadzących śledztwo, - odbył się następujący dialog:

Poseł Zbigniew Wassermann: To jest załącznik nr 16 tomu drugiego, karta nr 366. Proszę popatrzeć na to. Do kogo to jest adresowane? Do pana ministra Piłata. Przez kogo podpisane?

Pan Leszek Wawrzyniak: Na pewno nie przeze mnie.

Poseł Zbigniew Wassermann: A co może pan powiedzieć na temat tego dokumentu?

Pan Leszek Wawrzyniak: Pierwszy raz go widzę.

Poseł Zbigniew Wassermann: Czego dotyczy? Czego dotyczy ten dokument?

Pan Leszek Wawrzyniak: Podpis postanowienia prokuratora skierowanego do prokuratury z prośbą o spowodowanie udzielenia odpowiedzi na to postanowienie.

Poseł Zbigniew Wassermann: Czyli billingu?

Pan Leszek Wawrzyniak: Billingu.

Poseł Zbigniew Wassermann: Pan prokurator powiedział, że pan się tym zajmował.

Pan Leszek Wawrzyniak: Bo ja kierowałem do operatorów, natomiast to skierowane jest do ministra i tutaj podpisane jest...

Poseł Zbigniew Wassermann: No, ja...

Pan Leszek Wawrzyniak: Pierwszy raz widzę to pismo.

Poseł Zbigniew Wassermann: Właśnie to jest zastanawiające, bo do operatorów się kieruje... Pan Leszek Wawrzyniak: Pierwszy raz widzę to pismo.

Poseł Zbigniew Wassermann: ...billingi, a nie do ministra. Pierwszy raz pan widzi?

Pan Leszek Wawrzyniak: Tak, pierwszy raz to widzę.

Poseł Zbigniew Wassermann: Tak? Proszę dalej.

Pan Leszek Wawrzyniak: Chciałem tylko powiedzieć jedną rzecz, że na tym dokumencie jest tak nieczytelna pieczątka, że właściwie mi nie wiadomo, kto to wysyłał.

(protokół 7 posiedzenia komisji śledczej, str.132 i nast.)

Przedstawiam ten fragment stenogramu z prac sejmowej komisji, ponieważ jest on niezwykle charakterystyczny dla niemal wszystkich dotychczasowych przesłuchań. Odnalezienie w aktach sprawy pisma, (sporządzonego prawdopodobnie przez policjanta) skierowanego do ministra infrastruktury w rządzie Leszka Millera – zdaje się potwierdzać tezę o szczególnej roli, jaką w sprawie Olewnika odegrał Andrzej Piłat.

Począwszy od 27 maja br posłowie dokonywali przesłuchań prokuratorów prowadzących i nadzorujących postępowanie w sprawie uprowadzenia i zabójstwa Krzysztofa Olewnika. Przebrnięcie przez kilkaset stron stenogramów z tych przesłuchań, nie jest zadaniem łatwym. Nie tylko z powodu objętości materiału. Chociaż przeczytałem w życiu wiele dokumentów szokujący swoją treścią, muszę przyznać, że ta lektura sprawia wrażenie piorunujące.

Można, a nawet trzeba poczuć się przerażonym obrazem, jaki wyłania się z tych dokumentów.

Przeraża styl wypowiedzi funkcjonariuszy prokuratury, brak jakiejkolwiek refleksji i zdolności samooceny, ignorancja wobec faktów, ucieczka od odpowiedzialności. Przeraża pogarda dla prawa, poczucie bezkarności i brak realnego nadzoru, korporacyjna zmowa milczenia, nakazująca bagatelizować ewidentne błędy poprzedników i podwładnych. Przeraża wreszcie, owe wszechobecne - „nie pamiętam” – jako skuteczna broń przed prawdą .

Pozostańmy przy wątku sprawy, który przedstawiłem na początku, bowiem specyficzna wymowa tego faktu pozwala dostrzec charakterystyczny sposób reakcji przesłuchiwanych prokuratorów. Pytanie o pismo skierowane do Piłata, wprawiało ich w stan silnego zakłopotania. Warto przedstawić stosowne fragmenty przesłuchań, by zaakcentować tę okoliczność:

Prokurator Zofia Rogalska – naczelnik wydziału postępowania przygotowawczego Prokuratury Okręgowej w Płocku, nadzorująca śledztwo w początkowym okresie.

„Poseł Zbigniew Wassermann:

I już na koniec chciałem pani prokurator pokazać dokument z akt sprawy. I poprosiłbym również o podejście. [...]Co pan minister Piłat ma do postanowienia prokuratorskiego w zakresie…

Pani Zofia Rogalska: Tego to ja nie wiem. Ale to my przesyłaliśmy? Na pewno nie.

Poseł Zbigniew Wassermann: Ja biorę akta sprawy.

Pani Zofia Rogalska: Ja nic nie wiem na temat takiego pisma. To w ogóle…

Poseł Zbigniew Wassermann: Pani prokurator…

Pani Zofia Rogalska: To jest w Radomiu…

Poseł Zbigniew Wassermann: Ja rozumiem, że pani tego wcześniej nie widziała.

Pani Zofia Rogalska: Nie.

Poseł Zbigniew Wassermann: Ale widzi pani teraz, to proszę to ocenić. Czy takie pismo ma jakiekolwiek uzasadnienie? Czy to jest rzecz zastrzeżona dla prokuratora, jeżeli chodzi o podsłuchy i billingi?

Pani Zofia Rogalska: No, w ogóle dziwię się. Nie wiem, o co chodzi tutaj.

Poseł Zbigniew Wassermann: Ale potwierdza pani, że nie ma to uzasadnienia, że to nie jest…

Pani Zofia Rogalska: Ja nie wiem. Na pewno na polecenie prokuratora nie było to chyba robione, no bo przecież…

Poseł Zbigniew Wassermann: Tak się wydaje.

Pani Zofia Rogalska: Nie, naprawdę nie wiem”.

(10. posiedzenie Komisji Śledczej w dniu 9 czerwca 2009 r. str.75 i nast.)

Prokurator Robert Skawiński, nadzorujący śledztwo z ramienia Prokuratury Okręgowej w Warszawie, w okresie od kwietnia 2003 r. do czerwca 2004 roku:

„Poseł Zbigniew Wassermann: A czy pan prokurator zna taki dokument, z którego treści wynika, że w sprawie podsłuchów funkcjonariusze Policji, właśnie ci, z którymi pan współpracował, a których pan zarządzenia nie zna, zwracali się do pana Piłata w tej sprawie? Znany jest panu taki fakt?

Pan Robert Skawiński: Zwracali się...

Poseł Zbigniew Wassermann: O pomoc w sprawie podsłuchów.

Pan Robert Skawiński: A ja mogę zobaczyć ten dokument? [...]

Pan Robert Skawiński: Nie przypominam sobie tego pisma.

Poseł Zbigniew Wassermann: A gdyby pan znał, to miałoby to jakieś znaczenie?

Pan Robert Skawiński: Nie wiem, czy by to miało jakieś znaczenie, bo jeżeli jest wydane postanowienie, to się kieruje do operatora tam wskazanego. Nie wiem, czemu by miało w tym

momencie służyć skierowanie do pana... [...]

Pan Robert Skawiński: Przekazanie... Mogę jeszcze raz? Bo tam...

Przewodniczący: Proszę bardzo, jeszcze raz jest pokazanie.

Poseł Zbigniew Wassermann: Dziwne, prawda?

Pan Robert Skawiński: Pan minister Andrzej

Poseł Zbigniew Wassermann: No, na pewno nie pracownik w Ministerstwie Sprawiedliwości.

Pan Robert Skawiński: Znaczy z treści pisma nie wiem, w jakim celu to pismo do pana akurat... do adresata, zostało skierowane. Ja rozumiem, jaka była prośba zawarta, ale..

Poseł Zbigniew Wassermann: Panie prokuratorze...

Przewodniczący: Ja tylko chcę uzupełnić, że to ksero jest w aktach sprawy, żeby była sprawa jasna, że w aktach sprawy.

Poseł Zbigniew Wassermann: Tak, tak. Ja oczywiście nie oczekuję od pana, że pan wie, jak powstało itd., bo pan mówi, pan go nie zna, pan je zobaczył teraz. Ja tylko pana pytam, czy to nie jest zaskakujące, że to nie prokurator, tylko że to robi funkcjonariusz i to zwraca się do kogoś, kto, wydaje się, że nie powinien mieć z tym nic wspólnego?

Pan Robert Skawiński: Odpowiedź w tym momencie, przepraszam, że znów nawiążę, ale pan poseł w tym momencie już stworzył odpowiedź na temat pisma, ja mam tylko tak lub nie odpowiedzieć. A odpowiedzią będzie to, co pan poseł powiedział.

Poseł Zbigniew Wassermann: Nie, będzie to, co pan powie.

Pan Robert Skawiński: Mogę powiedzieć tak. Jest wydawane postanowienie, kierowane ono jest do operatora. Nie spotkałem się z praktyką i nie bardzo widzę uzasadnienie do tego, z jakiego powodu do jakiegoś nieokreślonego ministra można by zwrócić się właśnie z takim pismem w celu...

Poseł Zbigniew Wassermann: No i pan prokurator się obawiał, a udzielił odpowiedzi normalnie. Takiej oczekiwałem. Dziękuję.

Pan Robert Skawiński: Proszę mi wybaczyć, ale ja nie jestem tak obyty...”

(8. posiedzenie Komisji Śledczej w dniu 28 maja 2009 r. str.93 i nast.)

Prokurator Jacek Dąbrowski z Prokuratury Okręgowej w Płocku, nadzorujący śledztwo prowadzone przez prok. Wawrzyniaka z Sierpca:

„Poseł Zbigniew Wassermann: To jest ten dokument z karty 366 tomu II, już opisywany. Proszę się z nim zapoznać, do kogo on jest, jaką ma treść.

Pan Jacek Dąbrowski: Nie, nie kojarzę w ogóle tego.

Poseł Zbigniew Wassermann: Ale kojarzy pan osobę pana ministra Piłata?

Pan Jacek Dąbrowski: No, kojarzę, ale…

Poseł Andrzej Mikołaj Dera: To jest podpis zastępcy naczelnika.

Przewodniczący: Dziękuję bardzo. Niech pan, panie prokuratorze, siądzie, tak żeby to było wszystko rejestrowane.

Poseł Zbigniew Wassermann: Czy spotkał się pan z takim problemem, żeby była interwencja do pana ministra Piłata w tej sprawie?

Pan Jacek Dąbrowski: Nie, panie pośle, ja nie widziałem tego pisma w aktach i pierwszy raz to widzę.

Poseł Zbigniew Wassermann: Jest z akt wzięte, panie prokuratorze.

Pan Jacek Dąbrowski: Pierwszy raz to widzę.

Poseł Zbigniew Wassermann: A czy było jakiekolwiek uzasadnienie, pytam pana jako prokuratora nadzorującego to śledztwo, żeby funkcjonariusz Policji do ministra występował w takiej sprawie?

Pan Jacek Dąbrowski: No, to jest ewenement jakiś, który można pierwszy raz widzieć.

Poseł Zbigniew Wassermann: No, w tej sprawie ewenementów jest sporo, panie prokuratorze, i powiem szczerze, że tak coraz bardziej rozumiem, dlaczego telewizja nie transmituje sprawozdania z obrad komisji, która ma być jawna i której główną wartością jest to, że właśnie ma być publicznie dostępna, no, ale to jest inna sprawa. To już jest sprawa telewizji”. (wytł.moje)

(9. posiedzenie Komisji Śledczej w dniu 2 czerwca 2009 r. str.178 i nast.)

Można śmiało stwierdzić, że wszystkie stenogramy z przesłuchań prokuratorów to dokumenty bez precedensu. Nieczęsto zdarza się, by w jednym miejscu zgromadzono tak potężny ładunek aberracji, indolencji i pospolitej głupoty. Nie chcąc zamęczać czytelników rozlicznymi, a szokującymi cytatami, mam nadzieję, że po lekturze wybranych fragmentów sami zdecydują się sięgnąć po całość dokumentacji.

Koniecznie jednak, należy zwrócić uwagę na niebywale skandaliczny przebieg postępowania, prowadzonego w początkowej fazie śledztwa przez sierpeckiego prokuratora Leszka Wawrzyniaka. Oto w jaki sposób pan Wawrzyniak projektował plan śledztwa w sprawie porwania Olewnika:

„Poseł Zbigniew Wassermann: Bo ja uważam, że zrobiono panu wielką krzywdę, że panu tę sprawę w tych warunkach dano do prowadzenia. Dlaczego, pytam? Dlatego że tu pan odpowiadał kolegom posłom, że pan aktywnie w sprawie uczestniczył, że pan przecież sporządzał plany i aktualizował. Ja trafiłem na taki aneks do planu śledztwa, nie wiem, czy go pan pamięta.

Pan Leszek Wawrzyniak: Nie pamiętam.

Poseł Zbigniew Wassermann: Tam są rewelacyjne czynności do wykonania. Jeżeli sprawcy uwolnią pokrzywdzonego, to pan obiecał, że go pan przesłucha, ale jak go pozbawią życia, to pan obiecał, że pan zleci przeprowadzenie sekcji zwłok. To nie jest dowód na dużą wiedzę na temat sprawy i tego, co można w sprawie zrobić. (wytł.moje)

Pan Leszek Wawrzyniak: Nie pamiętam takiego pisma w ogóle”.

Jeśli do tego obrazu dodać fakty, iż prokurator Wawrzyniak był znajomym sierpeckiego policjanta Wojciecha Kęsickiego, znał SLD-owskiego „barona” Grzegorza Korytkowskiego i jest sąsiadem jego brata - Krzysztofa Korytowskiego ( przy czym dwóch pierwszych wolno uznać za osoby mocno podejrzane w sprawie) – czy może zaskakiwać przebieg pierwszych miesięcy śledztwa?

W trakcie przesłuchania Wawrzyniaka, ujawniono również, że oskarżał on Wojciecha Kęsickiego przed sądem, w sprawie o wyłudzenie na szkodę Włodzimierza Olewnika. Oskarżał tak skutecznie, że mimo przyznania się oskarżonego do winy, został on uniewinniony, a prokuratura nie wniosła zażalenia na tę decyzję.

( 7 posiedzenie komisji, str.129 i nast.)

Ten sam prokurator na pytanie posła Andrzeja Dery - „ Czy pan pamięta jakikolwiek dowód czy czynność, która utkwiła panu w głowie z jakiegoś powodu, że był to ślad do tego, żeby znaleźć sprawców, że być może lansowana jest przez Policję jakaś wersja śledcza, że idzie to w tym, a nie w innym kierunku – cokolwiek z czynności operacyjnych Policji. Czy pan pamięta jakiekolwiek zdarzenie? – odpowiada z rozbrajającą szczerością – „nie pamiętam” (7 posiedzenie komisji, str.84)

Poziom kompetencji tego prokuratora, niech ilustruje również następujący dialog:

Poseł Andrzej Mikołaj Dera: Dobrze. Mówił pan o tej elektronice, o billingach. Mam pytanie: czy były, gdzie są stenogramy z podsłuchów?

Pan Leszek Wawrzyniak: Nie wiem.

Poseł Andrzej Mikołaj Dera: Czy pan się w ogóle tym interesował? Powinny być…

Pan Leszek Wawrzyniak: Nie interesowałem się…

Poseł Andrzej Mikołaj Dera: Czy powinny być stenogramy z podsłuchów i czy to powinny być materiały procesowe według pana?

Pan Leszek Wawrzyniak: W tej chwili nie pamiętam, gdzie one powinny być i nie jestem na to pytanie w tej chwili w stanie odpowiedzieć.

Poseł Andrzej Mikołaj Dera: Czy pan jako prokurator nie jest w stanie powiedzieć członkom komisji, gdzie powinny znajdować się i czy w ogóle są protokoły z podsłuchów dotyczących sprawy uprowadzenia?

Pan Leszek Wawrzyniak: Ja nie pamiętam, jak było w tej sprawie. Wiem tylko, że występowałem z wnioskiem do Sądu Okręgowego w Płocku o założenie podsłuchów.

Poseł Andrzej Mikołaj Dera: O to nie pytam – pytam już o stenogramy z podsłuchów. To jest bardzo istotna rzecz do celów procesowych.

Pan Leszek Wawrzyniak: W tej chwili nie…

Poseł Andrzej Mikołaj Dera: Nie pamięta pan.

Pan Leszek Wawrzyniak: Nie pamiętam w tej chwili.

(7. posiedzenie Komisji Śledczej w dniu 27 maja 2009 r.str.111)

Jeśli ktoś chce się dowiedzieć, w jaki sposób prokuratura zabezpieczała dowody w sprawie porwania, niech zilustruje to poniższy dialog:

„Przewodniczący: Teraz, wracając właśnie do opinii i ekspertyz, ile i w jakim czasie zlecał pan wykonanie ekspertyz kryminalistycznych?

Pan Leszek Wawrzyniak: W tej sprawie?

Przewodniczący: Tak, tak.

Pan Leszek Wawrzyniak: Nie pamiętam.

Przewodniczący: Dlaczego nie wydał pan postanowień w zakresie powołania biegłych celem poddania badaniu śladów zgromadzonych w toku śledztwa z zakresu biologii, mechanoskopii i badań dokumentów oraz fonoskopii?

Pan Leszek Wawrzyniak: Nie pamiętam w tej chwili.

Przewodniczący: Dlaczego dopiero w 2006 r. ślady zabezpieczone w domu Krzysztofa Olewnika bezpośrednio po porwaniu zostały przekazane do badań kryminalistycznych, natomiast ślady osmologiczne zabezpieczone w domu Krzysztofa Olewnika bezpośrednio po porwaniu przekazane zostały dopiero do badań w lutym też 2006 r., a wiadomo przecież, że tego typu badania po pięciu latach stają się bezprzedmiotowe i uległy zatarciu, dlaczego tego pan nie zrobił?

Pan Leszek Wawrzyniak: Nie pamiętam”

Posłowie komisji przesłuchali dotychczas sześciu prokuratorów prowadzących, lub nadzorujących śledztwo. Z wypowiedzi tych funkcjonariuszy, nie uzyskamy żadnej wiedzy na temat sprawy.

Wszystko, czego możemy się dowiedzieć, wynika z pytań stawianych przez członków komisji. Jestem wyjątkowo pozytywnie zaskoczony rzetelnością przygotowania i konkretnością zadawanych pytań, w szczególności pracą posłów Zbigniewa Wassermanna i Andrzeja Dery oraz przewodniczącego komisji Marka Biernackiego. Sposób prowadzenia przesłuchań i stopień znajomości akt sprawy, musi budzić uznanie.

Wnioski dowodowe, zgłoszone przez posła Wassermanna zdają się potwierdzać kierunek śledztwa, o którym szeroko pisałem w „KRĘGACH”. Komisja zaakceptowała dwa ważne wnioski.

Pierwszy - skierowany do Szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, - o przekazanie komisji informacji, czy niżej wymienione osoby były bądź są zarejestrowane w rejestrach służb, a w przypadku potwierdzenia rejestracji – o przekazanie kserokopii tejże rejestracji wraz z numerem spraw, do których zostały zarejestrowane. Chodzi o następujące osoby: Wojciech Franiewski, Jacek Krupiński, Grzegorz Korytowski, Ireneusz Piotrowski, Robert Pazik, Sławomir Kościuk i Eugeniusz Drohomirecki.

Drugi - podobnej treści, dotyczący tych samych osób, skierowany do Komendanta Głównego Policji: o przekazanie Komisji pisemnej informacji, czy wymienione osoby były bądź są zarejestrowane w policyjnych bazach danych, a w przypadku potwierdzenia rejestracji – o przekazanie kserokopii tej rejestracji wraz z numerem spraw, do których zostały zarejestrowane. Jak uzasadnił ten wniosek poseł Wassermann – „ w tym śledztwie uderza pewna szczególna pobłażliwość organów ścigania w stosunku do niektórych osób. Ich szczególna rola i znaczenie w strukturze przestępczej powiązanej z tym przestępstwem jest możliwe do ustalenia, podobnie jak relacji i powiązań ze światem przestępczym tych osób. Problemem jest także ustalenie, czego dotyczyło prowadzenie przez te osoby działalności, w tym także przestępczej, poza granicami kraju”.

Kolejnym wnioskiem, istotnym dla ustaleń komisji może być „wystąpienie do prezydenta miasta Płocka o przekazanie komisji kserokopii dokumentów dotyczących przetargu na wykonawcę mostu w Płocku, który w okresie marca 2002 r. został ogłoszony i rozstrzygnięty ze szczególnym uwzględnieniem oferentów, wybranego wykonawcy, dostawców oraz podwykonawców tego projektu”.

Za puentę tego tekstu, niech posłuży fragment z przesłuchania prokuratora Jacka Dąbrowskiego z Prokuratury Okręgowej w Płocku. (9. posiedzenie Komisji Śledczej w dniu 2 czerwca 2009 r. str.195) :

„Pan Jacek Dąbrowski: Ja myślę, że te czynności, które były robione, zmierzały tylko i wyłącznie do tego, żeby cokolwiek pewnego ustalić, pewnego, konkretnego.

Poseł Zbigniew Wassermann: Pan prokurator ma rację – cokolwiek.

Pan Jacek Dąbrowski: Cokolwiek.

Poseł Zbigniew Wassermann: A tu chodziło o to, że walka szła o życie człowieka”.

CDN...

http://orka2.sejm.gov.pl/KomSled6.nsf/main?OpenForm&SKKO