Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 grudnia 2014

DLACZEGO MILCZELIŚCIE ?


Jak to możliwe, że całe środowisko intelektualne, politycy i media kojarzone z opozycją, tak zgodnie przemilczały decyzję hierarchów o wycofaniu z Komitetu Honorowego wczorajszego marszu? W mediach, przyznających sobie miano wolnych i niezależnych próżno szukać komentarzy lub próby wyjaśnienia tej niezwykłej sytuacji. Milczenie jest tym bardziej niepojęte, że w wywiadzie Jarosława Kaczyńskiego dla niezalezna.pl pojawiła się mocna i niepokojąca sugestia – „PO chce Kościół zastraszyć, pokazać, że ma stać po stronie władzy. Bo przy tej dynamice politycznej nie jest to trudne. Wystarczy by Kościół nie krytykował władzy, a już część społeczeństwa może odnieść wrażenie, że ją wspiera.”
Jeśli przywódca partii opozycyjnej mówi wprost o próbie zastraszenia Kościoła i zmuszenia hierarchów do „stania po stronie władzy”, dlaczego ten arcyważny temat nie staje się przedmiotem głębokiej refleksji wszystkich, którzy chcą bronić „wolności i demokracji III RP” ?
Zdaję sobie sprawę, że pytania dotyczące postaw polskich hierarchów pozostaną bez odpowiedzi. W środowisku związanym z opozycją nie ma woli zmierzenia się z tym problemem ani odwagi postawienia rzetelnej diagnozy. Jedyne, na co można liczyć poruszając dziś taki temat, to oskarżenie o „walkę z Kościołem” i zarzut „szkodzenia opozycji”.
Przed dwoma laty, gdy doświadczaliśmy „pojednania” z cerkwią Putina, mogłem jeszcze napisać: Nie ma dziś sprawy ważniejszej dla Polaków, jak głośne wykrzyczenie sprzeciwu wobec tego fałszywego aktu. Nie da się bowiem walczyć o prawdę bez wsparcia przywódców polskiego Kościoła i nie da się zachować polskości bez jej najważniejszego gwaranta. „Pojednanie” podpisane przez Kościół z wysłannikiem Putina - skazuje nas na przerażającą samotność. Tak wielką, jak zagrożenie, przed którym stoimy.
Dziś to słowa nieaktualne, bo wyrok samotności już zapadł i zagrożenie zmienia się w stan rzeczywisty.

Jeśli w niedalekiej przyszłości pojawi się pytanie – kto ponosi winę za polską „drogę do Cerkwii”, za stworzenie „kościoła belwederskiego” i pogardliwe pomieszanie dobra ze złem, trzeba pamiętać o tych, którzy z tchórzliwego milczenia uczynili cnotę rozwagi, a własny koniunkturalizm nazwali troską o Kościół.
Przyjdzie czas, gdy moi rodacy zapytają przedstawicieli patriotycznej opozycji i luminarzy wolnych mediów:
 - dlaczego milczeliście, gdy hierarchowie polskiego Kościoła nie reagowali na rozpętanie kampanii nienawiść wobec Lecha Kaczyńskiego, gdy przyzwalali na ordynarne ataki i kłamstwa reżimowych gadzinówek;
-  dlaczego milczeliście, gdy tuż po dojściu do władzy PO-PSL rozpoczęło się błyskawiczne „zbliżenie” hierarchów Kościoła z putinowską Cerkwią i nawiązanie kontaktów inspirowanych przez członków tzw. Grupy ds. Trudnych i dyplomatów z moskiewskiej ambasady;
- dlaczego milczeliście, gdy za zgodą polskich hierarchów na miejscu kaźni naszych oficerów w Katyniu stanął „Zespół Memorialny” i Cerkiew Zmartwychwstania Chrystusa, zbudowane za pieniądze koncernu  Rosnieft, zarządzanego wówczas przez oficera KGB - Sieczina ;
- dlaczego milczeliście, gdy ludzie mieniący się pasterzami nie odważyli się żądać wyjaśnienia przyczyn zamachu smoleńskiego, nie zabiegali o szacunek dla ofiar i obronę pamięci tych, którzy zginęli za Polskę;
- dlaczego milczeliście, gdy chwilę po narodowej tragedii ci sami hierarchowie nawoływali do „pojednania”  i podążając za retoryką Turowskiego „z krwi naszych rodaków” chcieli budować fundamenty „nowych relacji z Rosją”;
- dlaczego milczeliście, gdy prymas Muszyński znosił granice między katem i ofiarą i wołał, że „niewinnie przelana krew ofiar tego samego, nieludzkiego systemu, która wsiąkła w tę samą ziemię i dzieliła nas przez pokolenia, nie musi koniecznie dzielić, a może także łączyć”, gdy abp. Życiński życzył – „Krew naszych rodaków, która wsiąkła w ziemię rosyjską, na tym terenie, gdzie przedtem wsiąkała krew bohaterów rozstrzelanych za miłość do ojczyzny – niech z tej gleby wyrosną dojrzałe kłosy rodzące chleb pojednania”, gdy  kard. Dziwisz kłamał – „ukrywanie prawdy o niewinnie przelanej krwi nie pozwalało zabliźnić się bolesnym ranom. Tragedia sprzed ośmiu dni wyzwoliła wiele pokładów dobra, tkwiących w osobach i narodach”;
- dlaczego milczeliście, gdy hierarchowie Kościoła słali do Putina podziękowania „za życzliwość i wrażliwość rosyjskiego ludu”, a w tym samym czasie rosyjscy żołdacy niszczyli wrak samolotu, zacierali ślady po zamachu i kłamliwie oskarżali polskich pilotów? Milczeliście, gdy sekretarz Konferencji Episkopatu Polski. bp Budzik perorował, że „wspólne przeżywanie katastrofy, jaka wydarzyła się pod Smoleńskiem będzie nowym otwarciem, kamieniem milowym na drodze porozumienia i pojednania polsko-rosyjskiego” i przypomniał, że pasterze polskiego Kościoła „zinterpretowali tragiczne wydarzenia pod Smoleńskiem jako okazję do pogłębienia dialogu polsko-rosyjskiego”;
- dlaczego milczeliście, gdy rządowa instytucja powołana dla zadekretowania „przyjaźni polsko-rosyjskiej”, tzw. Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia otrzymała od Archidiecezji Warszawskiej luksusową siedzibę w warszawskim biurowcu Centrum Jasna;
- dlaczego milczeliście, gdy Prezydium Konferencji Episkopatu Polski, nawiązując wprost do obcej Polakom tradycji patriarchów moskiewskich, wystosowało do Bronisława Komorowskiego czołobitne homagium? Nigdy wcześniej w polskim Kościele nie było tak serwilistycznego aktu pochlebstwa, jaki zawarto w liście z dnia 5 lipca 2010 roku, gdy biskupi napisali do następcy Lecha Kaczyńskiego - „Wyrażając uznanie dla odniesionego sukcesu, pragniemy życzyć, aby podjęta odpowiedzialność owocowała działaniami realizowanymi w duchu najwyższych wartości. Niech dobry Bóg daje Panu Prezydentowi potrzebne siły i konieczne łaski dla owocnego wypełnienia tego zaszczytnego zadania. Polecamy Bogu osobę Pana Prezydenta, Jego Rodzinę i wszystkich współpracowników, życząc obfitości Bożych darów na lata szczególnej odpowiedzialności za Ojczyznę i wszystkich jej obywateli.
- dlaczego milczeliście w pamiętnym sierpniu 2010 roku, gdy podczas konfliktu wywołanego przez Belweder, hierarchowie potępiali „fanatyczną sektę broniącą krzyża”, mówili o szkodach „wyrządzanych przez tych którzy podawali się za obrońców Kościoła”, zaś wiernych, atakowanych i bitych przez sforę degeneratów, nazywali „zadymionymi PiS-em”? Ci, którzy miesiąc wcześniej słali homagium do Komorowskiego, mieli czelność pouczać Polaków w liście z 12.08.2010 r., że Krakowskie Przedmieście „stało się terenem gorszących manifestacji, wywołujących niepokój w całym kraju i zdumienie międzynarodowej opinii publicznej” i zgodnie z przekazem reżimowych mediów twierdzili, że „to nie jest spór religijny, tylko polityczny”, w którym obrońcy krzyża „są politycznym punktem przetargowym stron konfliktu”;
- dlaczego milczeliście, gdy w pierwszą rocznicę zamachu smoleńskiego, Polacy otrzymali od prymasa przestrogę, że nie zgadza się „na żadne upolitycznienie tego wydarzenia” i równie haniebne pouczenie, iż „na śmierci brata, siostry czy ojca nie możemy zbijać pseudokapitału politycznego” ;
- dlaczego milczeliście, gdy hierarchowie zapewniali wiernych, że „współpraca rządu i Kościoła układa się znakomicie”, gdy deliberowali o „wzajemnej autonomii i oparciu współpracy na zasadach demokracji”, by chwilę później, gdy reżim ujawnił zamiar likwidacji Funduszu Kościelnego, zaproponował wprowadzenie odpisu podatku na rzecz Kościołów oraz płatność składek na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne duchownych, ogłosić, że „rząd prowadzi wojnę z Kościołem”, wyzwać Polaków do „obrony chrześcijańskich wartości” i krzyczeć o „zmasowanym ataku na Kościół, który tchnie PRL, jakimś szukaniem wroga ludu”;
- dlaczego milczeliście, gdy w sprzeczności z faktami i prawdą historyczną, wspólny dokument rosyjskiej Cerkwi i Episkopatu Polski, był przedstawiany jako „akt historyczny, nawiązujący do Listu biskupów polskich do niemieckich z 1965 roku”;
- dlaczego milczeliście, gdy polscy hierarchowie nie ustawali w peanach na cześć Cyryla- Gundiajewa i nazywali wysłannika Putina - „mężem opatrznościowym dla świata, Kościoła prawosławnego i naszych wspólnych kontaktów” oraz „świadkiem i prorokiem”, z którym Kościół podejmie wspólne dzieło ewangelizacji Europy”, gdy w sprzeczności z wiedzą o roli stalinowskiej Cerkwii i w oderwaniu od przeszłości agenta KGB „Michajłowa” gloryfikowali tę postać, według wzorca z wypowiedzi T. Turowskiego z  23 marca 2010 r.: „Nie do przecenienia jest rola, jaką w wymiarze pojednania narodów pełni obecnie Rosyjski Kościół Prawosławny, a zwłaszcza Cyryl I, patriarcha Moskwy i Wszechrusi. To osobowość charyzmatyczna”;
- dlaczego milczeliście, gdy 17 sierpnia 2012 roku na Zamku Królewskim w Warszawie, wysłannik Putina Cyryl – Gundiajew oraz przewodniczący KEP abp Józef Michalik podpisali akt polityczny inspirowany przez środowisko Belwederu - „Wspólne Przesłanie do Narodów Polski i Rosji”, nazwane następnie przez Episkopat „najważniejszym wydarzeniem 2012 roku”;
- dlaczego milczeliście, gdy ten szalbierczy dokument, uwłaczający pamięci milionów naszych rodaków, zrównujący katów z ofiarami i zacierający granice dobra i zła - hierarchowie nakazali odczytać we wszystkich polskich kościołach;
- dlaczego milczeliście, gdy abp. Michalik, przeciwników „pojednania polsko- rosyjskiego” i krytyków paktu z Cyrylem  nazywał pogardliwie „marginesem”.
- dlaczego milczeliście, gdy we „wspólnym stanowisku” Episkopatu i Belwederu, ludobójstwo na Wołyniu nazwano „czystką etniczną” i w czerwcu 2013 roku podpisano „polsko – ukraińską deklarację o pojednaniu”, w której zawarto prośby o wybaczenie „za postawy tych Polaków, którzy wyrządzali zło Ukraińcom i odpowiadali przemocą na przemoc.” ;
- dlaczego milczeliście, gdy w śpiewniku uczestników  Orszaku Trzech Króli w Warszawie, hierarchowie dozwolili umieścić treść „Przesłania” lokatora Belwederu i zaprosili go na XVII Spotkanie Młodych Lednica 2000;
- dlaczego milczeliście w listopadzie 2013 roku, gdy Episkopat Polski wykonał „kolejny krok na drodze polsko-rosyjskiego pojednania” i  wespół z Belwederem ogłosił „nowy etap wzajemnych relacji”? W tym samym czasie cerkiewny „Światowy Rosyjski Sobór Ludowy”, kierowany przez Cyryla-Gundiajewa fałszował historię stosunków polsko-rosyjskich i oskarżał nas o „patologiczną nienawiść do Rosjan”;
- dlaczego milczeliście, gdy w przededniu agresji Putina na Ukrainę polscy hierarchowie w porozumieniu z Komorowskim zorganizowali wielodniowy spektakl propagandowy pod nazwą -  „Katolicko-prawosławna konferencja o roli Kościołów z Polski i Rosji w budowaniu przyszłości chrześcijaństwa w Europie”? W tym samym czasie Cyryl I odznaczał przywódcę Kremla za „bezprzykładne zasługi w odbudowie mocarstwowości Rosji” ;
- dlaczego milczeliście, gdy pasterze polskiego Kościoła otwierali wówczas „nowy etap dialogu polsko-rosyjskiego i katolicko-prawosławnego” i domagali się, by „przenieść go z oficjalnego hierarchicznego szczebla na poziom wspólnot kościelnych i społeczeństw”;
- dlaczego milczeliście, gdy zaledwie przed rokiem polscy biskupi twierdzili, że „przyszłość chrześcijaństwa zależy od narodów oraz Kościołów polskiego i rosyjskiego” i wespół z wysłannikami Putina chcieli prowadzić „misję ewangelizacyjną”, by „dawać wspólne świadectwo wartości chrześcijańskich w Europie i na świecie”;
- dlaczego milczeliście, gdy postać sowieckiego agenta i prześladowcy Polaków, hierarchowie nazywali „dramatyczną, czasami tragiczną”, gdy zapewniali o swoich modlitwach i zalecali Polakom „ducha współczucia”? Ludzie, którzy nigdy nie upomnieli się o godne pochówki rodaków zamordowanych w Smoleńsku, o cześć dla zbezczeszczonych i pozamienianych ciał - w obliczu śmierci sowieckiego arcyłotra kazali nam okazywać „szacunek dla śmierci, dla pogrzebu”;

Dlaczego milczeliście… mógłbym zapytać po wielokroć. Nie oczekując, że padnie odpowiedź.
Każdy dzień, jaki upływał od haniebnej daty 17 sierpnia 2012 roku utwierdzał mnie w przekonaniu, że za milczenie w obliczu historycznego zaprzaństwa, za setki wcześniejszych zaniechań - przyjdzie kiedyś zapłacić. Cena musi być o tyle wyższa, że milczenie to jest zjawiskiem stokroć groźniejszym niż decyzje reżimowych decydentów, niż kłamstwa propagandy, fałszowanie wyborów i wszystkie przykłady niszczenia iluzorycznej „demokracji III RP”. 
Cena musi być o tyle wyższa, że nie zapłaci jej nasze pokolenie, lecz ci, którym na gruzach „kościoła belwederskiego” przyjdzie odbudowywać wspólnotę narodu.



sobota, 31 maja 2014

NIE BYŁOBY HAŃBY …


Nie byłoby „pojednania zrodzonego z krwi” i upokarzających aktów wdzięczności wobec Putina, gdyby nie patronowali mu polscy hierarchowie.
Te wypowiedzi :
 - Tomasza Turowskiego z 23 marca 2010 roku dla KAI:
Dokonuje się forma ekumenicznego pojednania ze strony zarówno katolickiej jak i prawosławnej i to w tak symbolicznym miejscu jak cmentarz w Katyniu. Ogrom krwi narodu rosyjskiego, tych którzy zginęli podczas represji rosyjskiej, ze strony Kościoła prawosławnego miesza się tam z krwią polską. To jest testament dla przyszłych pokoleń polskich i rosyjskich, żeby krew przelana poprzez tych samych katów, poprzez tych, którzy wykonywali wyroki i na swoich współobywatelach i na Polakach - była zaczynem realnej przyjaźni i realnego pojednania między Polska i Rosją"
 - T. Turowskiego dla  rosyjskiego radia FINAM FM z 12 kwietnia 2010:
I Rosja, i Polska należą do tej samej ogromnej judeo-chrześcijańskiej tradycji, a wielkie rzeczy w tej tradycji zawsze rodziły się we krwi. I jestem pewien, że z tej krwi wyrośnie to, na co my wszyscy czekamy - nowe, dobre stosunki pomiędzy Polską i Rosją”.
 - abp Życińskiego z homilii wygłoszonej w lubelskiej katedrze 15 kwietnia 2010 roku:
Krew naszych rodaków, która wsiąkła w ziemię rosyjską, na tym terenie, gdzie przedtem wsiąkała krew bohaterów rozstrzelanych za miłość do ojczyzny – niech z tej gleby wyrosną dojrzałe kłosy rodzące chleb pojednania”.
 - prymasa Henryka Muszyńskiego z homilii podczas mszy żałobnej w intencji Marii i Lecha Kaczyńskich z 17 kwietnia 2010 roku:
Dramat, który rozegrał się na rosyjskiej ziemi – jak nigdy dotąd – połączył Polaków i Rosjan, których podzieliła na dziesiątki lat zbrodnia na polskich oficerach dokonana w Katyniu w 1940 roku. Teraz jednak, po tragicznej katastrofie prezydenckiego samolotu 10 kwietnia br., przekonujemy się, że krew przelana przed 70 laty, potrafi łączyć zarówno polityków, jak i zwykłych szarych ludzi. [...] Z perspektywy 70 lat widać wyraźniej niż kiedykolwiek, że niewinnie przelana krew ofiar tego samego, nieludzkiego systemu, która wsiąkła w tę samą ziemię i dzieliła nas przez pokolenia, nie musi koniecznie dzielić, a może także łączyć.”
- wiąże nie tylko wspólna retoryka i fałszywa symbolika, ale od dnia tragedii smoleńskiej wytyczają one kierunek „religijnej” i „historycznej” interpretacji tego wydarzenia. Zgoda hierarchów na zawłaszczenie przez Cerkiew miejsca kaźni polskich oficerów w Katyniu i wybudowania tam przez Rosnieft  tzw. Zespołu Memorialnego, czy  ulokowanie Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia w biurowcu należącym do Archidiecezji Warszawskiej – są również wyrazem relacji łączących władzę państwową i kościelną w kwestii zadekretowania „pojednania” z Rosją.

Nie byłoby procesu „pojednania” polsko-rosyjskiego, gdyby od września 2009 roku nie wspierali go polscy hierarchowie. Zaledwie kilka dni po wizycie Putina, przybyła do naszego kraju delegacja Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego, by rozpocząć rozmowy o wspólnym dokumencie dotyczącym „pojednania obu narodów”. „Delegację Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej przyjmujemy z radością – zapewnił wówczas sekretarz generalny EP bp Stanisław Budzik - „Mamy nadzieję także na to, że Kościoły pomogą w pojednaniu polsko-rosyjskim”. Gdy 17 sierpnia 2012 roku na Zamku Królewskim w Warszawie, patriarcha Moskwy i Wszechrusi Cyryl - Gundiajew oraz przewodniczący KEP abp Józef Michalik podpisywali  „Wspólne Przesłanie do Narodów Polski i Rosji”  - nazwano ten akt „najważniejszym wydarzeniem 2012 roku”. Polscy hierarchowie nie ustawali w peanach na cześć Cyryla, określają go „mężem opatrznościowym dla świata, Kościoła prawosławnego i naszych wspólnych kontaktów” oraz „świadkiem i prorokiem”, z którym Kościół „podejmie wspólne dzieło ewangelizacji Europy”. Również ta gloryfikacja przedstawiciela Putina, znajduje źródło w jeden z wypowiedzi T. Turowskiego z  23 marca 2010 r.: „Nie do przecenienia jest rola, jaką w wymiarze pojednania narodów pełni obecnie Rosyjski Kościół Prawosławny, a zwłaszcza Cyryl I, patriarcha Moskwy i Wszechrusi. To osobowość charyzmatyczna”.

niedziela, 1 grudnia 2013

Z KIM CHCĄ NAS JEDNAĆ POLSCY HIERARCHOWIE


Przed siedemdziesięciu laty, w nocy z 4 na 5 września 1943, Józef Stalin przyjął na Kremlu 3-osobową delegację przedstawicieli Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego i nakazał zwołanie Soboru Biskupiego i wybór nowego patriarchy. Zdaniem emigracyjnych historyków prawosławia ta data wyznacza początek nowej organizacji kościelnej o nazwie "Rosyjski Kościół Prawosławny Patriarchatu Moskiewskiego" (Русская православная церковь Московского патриархата) (РПЦ МП) –(ROC). 
14 września 1943 r. sowiecki dyktator podpisał rozporządzenie „O utworzeniu Rady do spraw Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej”, wyznaczając na jej przewodniczącego pułkownika NKWD G. Karpowa. Władze ZSRR potrzebowały poparcia Kościoła, by mobilizować Rosjan do obrony kraju. W przeciągu kilku miesięcy otwarto wiele kościołów i seminariów, zaczęto zwalniać z łagrów księży i biskupów.
Na czele ROC Stalin postawił metropolitę Sergiusza, który już w roku 1926 wsławił się deklaracją lojalności wobec państwa: ”Musimy nie słowami, lecz czynami pokazać, że jesteśmy wiernymi obywatelami Związku Sowieckiego, lojalnymi wobec władzy sowieckiej. Wszelki cios, skierowany przeciwko Związkowi Sowieckiemu – czy to wojna, czy bojkot, czy jakakolwiek klęska społeczna, czy zwykłe zabójstwo zza węgła, w rodzaju warszawskiego, uważamy za cios skierowany przeciwko nam.” Ówczesna deklaracja Sergiusza i jego polityka uległości wobec bolszewików była głównym powodem powstania głębokich podziałów w rosyjskim Kościele – część duchowieństwa i wiernych poparła decyzję metropolity, część wypowiedziała mu posłuszeństwo i zdecydowała się na emigrację. 13 września 1922 w mieście Sremski Karlovci w Serbii ogłoszono powstanie Synodu Biskupów Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego poza granicami Rosji (RCPzG). Duchowni emigracyjni ostro krytykowali Kościół działający w Rosji, zarzucając mu serwilizm i współpracę z reżimem komunistycznym.
W roku 1944 po śmierci Sergiusza (od którego imienia nazywano stalinowski ROC „sergianizmem”), patriarchą Moskwy i Rusi został wybrany metropolita leningradzki Aleksy. Wybór poprzedziło spotkanie patriarchy ze Stalinem i Mołotowem, podczas którego uzgodniono aktywną obronę polityki ZSRR oraz ustalono kalendarz wizyt zagranicznych nowego przywódcy ROC.
Ponieważ liturgia prawosławna przewiduje m.in. modlitwy za rządzących i za wojsko, Aleksy I wsławił się wprowadzeniem do liturgii specjalnej modlitwy za Stalina:
I jeszcze módlmy się za wielkie państwo radzieckie, o pokój, zdrowie i zbawienie całego ludu prawosławnego. I jeszcze módlmy się za zdrowie i zbawienie wszystkich mądrych i odważnych przywódców naszej ojczyzny prawosławnej. I jeszcze módlmy się za zdrowie i zbawienie wielkiego wodza Rosji Józefa Stalina i za całe mężne i zwycięskie jego wojsko”.
W roku 1955 patriarcha potwierdził, że ROC w Związku Sowieckim posiada pełną swobodę, a „polityka radziecka w pełni realizuje ideały chrześcijaństwa głoszone przez Cerkiew”. Przez cały okres ZSRR, stosunki między rządem komunistycznym a przywódcami Cerkwi opierały się na relacjach zwierzchnik – podwładny. Aleksy I był wiernym poddanym, za co został czterokrotnie odznaczony Orderem Czerwonego Sztandaru Pracy, w tym dwukrotnie przez Breżniewa. Duchowni ROC ściśle wykonywali polecenia władz sowieckich, prowadząc szczególnie ożywioną działalność na arenie międzynarodowej. Ta aktywność hierarchów w utworzonej przez Sowietów Światowej Radzie Pokoju, a następnie (od 1961) w Światowej Radzie Kościołów oraz działania w kierunku „ekumenicznego otwarcia”, spotykały się z pełną akceptacją Kremla i zostały wysoko ocenione przez KGB jako wzorcowe działania agentury wpływu. Koordynacją „strategicznych” poczynań ROC zajmowało się  Biuro Polityczne KPZR, zaś bieżąca działalność nadzorowana była przez IV Departament KGB (ds. kontroli polityki religijnej).
W roku 1971, po śmierci Aleksego I, KGB zdecydowała o powierzeniu rządów nad Cerkwią Siergiejowi Michajłowiczowi Izwiekowi, znanemu jako patriarcha Pimen. Do historii serwilizmu wobec władzy sowieckiej przejdą „telegramy żałobne” Pimena, w których  zmarłych przywódców KPZR, Andropowa i Czernienkę określał mianem „ludzi bezinteresownych, cieszących się miłością całego narodu” i wykazujących „wzniosłe    wartości duchowe”.

niedziela, 17 listopada 2013

MILOWY KROK NA DRODZE DO CERKWI


Ilością łgarstw i kalumnii, jakimi posłużyli się uczestnicy tzw. Światowego Rosyjskiego Soboru Ludowego, można byłoby obdzielić kilka antypolskich publikacji. W oświadczeniu przekazanym agencji Interfax 14 listopada br. członkowie organizacji zarządzanej przez Cyryla-Gundiajewa potępili incydent przed rosyjską ambasadą w Warszawie i uznali, iż „główną przyczyną tych oburzających działań jest stałe nasilanie nienawiści do Rosji i narodu rosyjskiego wśród znacznej części społeczeństwa polskiego”.
Zdaniem tego „kościelno-społecznego forum”, w „polskich podręcznikach historii i w opracowaniach historycznych wciąż obecny jest obraz Polski jako ofiary, bezustannie prześladowanej i uciskanej przez okrutnego sąsiada ze Wschodu. Ze świadomości społeczeństwa polskiego wyparto fakt, iż Rzeczpospolita ‘od morza do morza’ powstawała w znacznym stopniu kosztem obszaru prawosławnej Rusi i że do XVIII wieku wojska rosyjskie ani razu nie pojawiły się na polskich ziemiach, polskie zaś doszły do samej Moskwy”.
Członkowie Soboru Ludowego uważają, że Polacy „nie uświadomili sobie dotychczas, że rosyjska ekspansja na Zachód w XVIII wieku była jedynie kontrnatarciem, odzyskiwaniem dawnych ziem ruskich z ludnością prawosławną”, zaś udział Rosji w rozbiorach Rzeczypospolitej dotyczył wyłącznie tej części państwa polskiego, na której mieszkali wyznawcy prawosławia.
W oświadczeniu możemy również przeczytać, że Polacy „wyparli z podświadomości zbiorowej pamięć o swoich zbrodniach” i nigdy nie odpokutowali „ani za masową zagładę jeńców Armii Czerwonej w 1920, ani za powszechne burzenie świątyń prawosławnych (łącznie ze wspaniałym soborem św. Aleksandra Newskiego w Warszawie), ani za kulturowe ludobójstwo narodów białoruskiego i ukraińskiego na ‘Kresach Wschodnich’, ani za okrutne działania partyzantów Armii Krajowej wobec pokojowej ludności sowieckiej w okresie okupacji hitlerowskiej”.
Organizacja, która tak postrzega Polaków i historię relacji polsko-rosyjskich powstała w roku 1993 z inicjatywy wieloletniego agenta (a jak twierdzą niektórzy oficera) KGB o pseudonimie „Michajłow”, ówczesnego przewodniczącego Wydziału Zewnętrznych Stosunków Kościelnych Patriarchatu Moskiewskiego Władimira Michajłowicza  Gundiajewa,  znanego dziś jako Cyryl I, patriarcha Moskwy i Wszechrusi. Zdaniem rosyjskiej opozycji, Sobór jest klasyczną przybudówką służb rosyjskich i poprzez swoją działalność (m.in. na forum ONZ) reprezentuje i wspiera interesy kremlowskich siłowików. W czasach ZSRR identyczną rolę spełniała Rada do Spraw Religijnych, która - jak twierdzi były archiwista KGB Wasilij Mitrochin - stanowiła oficjalną twarz IV Departamentu KGB.

niedziela, 20 października 2013

ZBRODNIA ZAŁOŻYCIELSKA III RP


Nad działalnością „służb specjalnych PRL” ciąży zbrodnia, której konsekwencje historyczne i polityczne odczuwamy do dnia dzisiejszego. Nazwana przeze mnie zbrodnią założycielską III RP, jest wydarzeniem, wokół którego ogniskowały się procesy zachodzące w Polsce w latach 80. ubiegłego wieku. 
Teza, iż porwanie i zabójstwo księdza Jerzego Popiełuszki było zdarzeniem wyznaczającym początek drogi do „okrągłego stołu”, może wydać się nazbyt karkołomna, dlatego warto naświetlić ówczesne realia historyczne, a twierdzeniu o zbrodni założycielskiej dodać solidne uzasadnienie. 
Ponieważ to właśnie ludzie peerelowskiej bezpieki byli inspiratorami, wykonawcami, a następnie beneficjentami tej zbrodni - wydarzenie to ma kolosalne znaczenie dla zrozumienia specyfiki działań formacji bezpieczniackich.
Na przykładzie tej zbrodni można dostrzec i wyodrębnić kilka charakterystycznych cech organów bezpieczeństwa PRL: całkowitą podległość interesom sowieckim i długofalowej strategii dezinformacyjnej Kremla, podporządkowanie celom partii komunistycznej, ścisłe współdziałanie cywilnych i wojskowych organów, prowadzenie wielowątkowych kombinacji operacyjnych w powiązaniu z celami bloku komunistycznego, zdolność do strukturalnej adaptacji i mentalnej mimikry, umiejętność wykorzystania agentury i tajnych współpracowników w kształtowaniu reakcji społecznych oraz w celu zapewnienia gwarancji bezkarności.
            Zasadniczym pytaniem, które pojawia się w związku z przemianami zachodzącymi w Polsce na przełomie lat 80-90 ubiegłego wieku, jest wskazanie wydarzenia wyznaczającego początek drogi do „okrągłego stołu”. W jakim momencie historii począł się ów nieformalny, pokątny związek części środowisk opozycyjnych z władzą komunistyczną? Czy doszło do niego na skutek kumulacji sprzyjających zdarzeń, w efekcie spontanicznych przemian i naturalnego „biegu rzeczy”, czy też mieliśmy do czynienia z realizacją zamierzonego planu, gry strategicznej opartej na ścisłych regułach, przeprowadzonej z żelazną logiką i konsekwencją?
Takie pytania wydają się szczególnie ważne, jeśli podziela się zdanie wyrażone ongiś przez Alaina Besancona, że „komunizm dopuszcza możliwość sprzeciwu, natomiast nie znosi, aby go rozumiano”. Próba uświadomienia sobie - czym był proces dochodzenia do „historycznego kompromisu”, jakie mechanizmy nim sterowały jest nieodzowna, jeśli mamy zrozumieć strategię komunistyczną i właściwie diagnozować dzisiejszą sytuację. [...]

sobota, 13 lipca 2013

O PRAWDZIWYM BŁĘDZIE MORALNYM

Powszechne oburzenie środowisk prawicowych wywołała uchwała Sejmu w sprawie zbrodni wołyńskiej. Oburzenie ze wszech miar słuszne, bo użyte w uchwale  określenie - "czystka etniczna o znamionach ludobójstwa" nie tylko fałszuje prawdę o tej potwornej zbrodni, ale jest przejawem pospolitego tchórzostwa i politycznego koniunkturalizmu -podniesionych przez obecny reżim do rangi „racji stanu”.
Gdy ważyły się losy uchwały, nie miałem wątpliwości, że grupa rządząca nie dopuści do innego rozstrzygnięcia i nie pozwoli na określenie rzezi wołyńskiej mianem ludobójstwa. Wynikało to nie tylko z antypolskiego charakteru obecnego reżimu, ale było efektem swoistego konsensusu trzech środowisk. Sejmowe głosowanie wyglądało bowiem na ostatni akord koszmarnej, ahistorycznej inscenizacji, której reżyserami  byli nie tylko posłowie PO czy RP.
Warto się zastanowić – kto narzucił to mętne określenie, dlaczego właśnie „czystka etniczna” została użyta w kolejnym proces zakłamywania polskiej historii?
Jeśli mamy poważnie traktować nakaz zawarty w słowach księdza Isakowicza-Zaleskiego – „trzeba powiedzieć prawdę, a nie tworzyć jakieś karkołomne, sztuczne i fałszywe sformułowania” - i nie próbujemy kierować się (jak trafnie ujął to Jarosław Kaczyński) „pedagogiką wstydu", trzeba przypomnieć, że nazwanie zbrodni wołyńskiej „czystką etniczną” zostało narzucone Polakom przez Episkopat Polski i Bronisława Komorowskiego.
Trzy dokumenty: Polsko ukraińska deklaracja o pojednaniu, podpisana 28 czerwca br. przez Przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski i Metropolitę Kijowsko-Halickiego Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego, przemówienie Bronisława Komorowskiego podczas nabożeństwa żałobnego w dniu 27 czerwca br. oraz  wystąpienie Komorowskiego z 11 lipca br. - pozwalają sformułować jednoznaczną tezę.

wtorek, 4 czerwca 2013

CENA STRACHU

Po złożeniu homagium przez Prezydium Konferencji Episkopatu Polski, podpisaniu orędzia z wysłannikiem płk Putina, publikacji „przesłania” Komorowskiego w śpiewniku uczestników Orszaku Trzech Króli, mamy kolejny akt politycznego serwilizmu. Akt szczególnie niegodziwy i podstępny, bo odnoszący się do młodzieży zgromadzonej na modlitewnym spotkaniu na polach Lednicy.
Zapraszając Komorowskiego na XVII Spotkanie Młodych Lednica 2000, ojcowie dominikanie poczynili wyrazisty gest polityczny po adresem środowiska Belwederu. Ta decyzja nie znajduje innego uzasadnienia i nie wolno doszukiwać się w niej sensu religijnego czy patriotycznego. Komorowskiego nie zaproszono ze względu na jego życiową postawę lub przymioty osobiste. Nie wpuszczono go dlatego, że swoim życiem zasłużył na miano „ojca narodu” czy „męża stanu”. Ta wizyta leżała w interesie obu stron i tylko w kontekście interesu należy ją oceniać.
Ten kto podjął decyzję, wykorzystał cynicznie nie tylko tradycję spotkań lednickich, ale potraktował instrumentalnie polską młodzież i świadectwo wiary dawane przez młodych Polaków.
Ojciec Jan Góra, odznaczony przed dwoma laty Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, niespecjalnie ukrywał, że zaproszenie lokatora Belwederu jest formą „pijaru”, który ma przyciągnąć zainteresowanie mediów. „Cieszymy się, że pierwsza osoba w państwie daje swoją pieczęć dla tego spotkania. Dzięki temu wiele osób, które zapomniały o Lednicy, nagle sobie o niej przypomniało. Zwielokrotniła się też obecność mediów” – stwierdził inicjator spotkania. Oceniając rzecz w takich kategoriach, można się spodziewać, że na następne spotkania w Lednicy, Jan Góra zaprosi zespoły rockowe i kilka skandalizujących „gwiazdek”.
Nie mam wątpliwości, że decyzja o zaproszeniu Komorowskiego ma wymiar na wskroś propagandowy, służy budowaniu medialnego wizerunku lokatora Belwederu i jest kolejną fałszywą inscenizacją, w której wykorzystuje się zaufanie jakim Polacy obdarzają Kościół i kapłanów. Tym większa wina tych, którzy ze spotkania modlitewnego zrobili prostacki wiec i obrazem „tańczącego prezydenta” próbują narzucić polskiej młodzieży fałszywe, parciane wzorce.
W takim działaniu wolno się dopatrywać szczególnie groźnej intencji. Ludzie, którzy chcieliby uczynić z Komorowskiego „wzór ojcostwa” i „konserwatyzmu” wydają się liczyć na to, że zapomnimy, kim naprawdę jest ten człowiek, jakim wartościom politycznym hołdował, z kim przystawał, co mówił i robił w swojej karierze.
W narzuconej Polakom optyce mamy nie pamiętać, że lokator Belwederu przez lata wspierał „czerwoną generalicję” i środowisko wojskowej bezpieki, stając się najzagorzalszym obrońcą i politycznym patronem ludzi WSI. Mamy zapomnieć jego pełne pogardy słowa na temat przeciwników politycznych i nie pamiętać o nienawiści, jaką żywił wobec prezydenta Kaczyńskiego. Mamy wymazać z pamięci obraz roześmianej twarzy Komorowskiego, gdy nasz prezydent wracał w trumnie z nieludzkiej ziemi. 
Mamy nie rozumieć, skąd brała się radość kremlowskich satrapów po wyborze tego człowieka i nie dostrzegać jego rozlicznych kontaktów z ludźmi służącymi Moskwie. Mamy zapomnieć, że jego serdecznym przyjacielem i alter ego jest poseł na P. i to czego nie mógł zrobić i powiedzieć lokator Belwederu, zawsze wykonywał jego kamrat. Bo i to mamy zapomnieć, że za sprawą Komorowskiego rozpętano walkę z krzyżem upamiętniającym ofiary Smoleńska, że pod jego siedzibą drwiono ze zmarłych, bito i lżono modlących się ludzi. Zapomnieć mamy tym szybciej, że w tym samym czasie polski Episkopat słał do Komorowskiego zadziwiające homagium, a opluwanych i bitych przez motłoch Polaków nazwano „fanatyczną sektą” i ludźmi „zadymionymi PiS-em”. 
Jeśli ojciec Góra i podobni mu ludzie Kościoła, chcą młodym Polakom stawiać „na wzór” postać Komorowskiego – niech mają dość odwagi, by zmierzyć się z prawdą o tej postaci. Jeśli tej odwagi im brakuje – niech własnych słabości i przyziemnych interesów nie osłaniają powagą mojej wiary i mojego Kościoła.
Przez najbliższe dwa lata będziemy świadkami wielu podobnych mistyfikacji i wytyczania „drogi do cerkwi”, podczas których postać lokatora Belwederu będzie wręcz gloryfikowana i stawiana na piedestał. Taka jest logika ludzi budujących sojusz tronu i ołtarza, w którym reżim prezydencki ma stać się gwarantem małych  i większych interesów. Ten proceder nie ominie polskiego Kościoła, nie oszczędzi też „naszych” mediów i środowisk politycznych.
Zamiast mocnego głosu sprzeciwu – usłyszymy nieczysty falset medialnych wyrobników, poznamy „nowy Dekalog” i etykę, sprowadzoną do roli użytecznego narzędzia. Zamiast słów twardych i prostych –dostaniemy miazgę bełkotu lub otchłań haniebnego milczenia.
W tym przyzwoleniu na tryumf podłości, gnie z oczu rzecz najważniejsza. Prezydentura Komorowskiego była możliwa tylko dlatego, że na nieludzkiej ziemi zginął Lech Kaczyński i elita polskiego narodu. Ci, którzy uciekają od prawdy o osobie lokatora Belwederu, niech już dziś szukają odpowiedzi na pytanie – jaką cenę zapłacą Polacy za kolejną kadencję?  

wtorek, 26 lutego 2013

ANTYKOŚCIELNA KAMPANIA BRATNICH REŻIMÓW


Od dnia ogłoszenia decyzji Benedykta XVI o rezygnacji, nie słabnie antykościelna kampania propagandowa, prowadzona w sposób planowy i skoordynowany.  Gdy przewodniczący watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary, niemiecki arcybiskup Gerhard Ludwig Mueller, w wypowiedzi dla "Die Welt" uznał, że „szermuje się przeciwko chrześcijaństwu argumentami w rodzaju tych, jakimi posługiwały się reżimy totalitarne, takie jak nazizm i komunizm” – precyzyjnie wskazał dwa „ideowe” wsporniki obecnej kampanii.
Jeśli w początkowym okresie, mogły istnieć wątpliwości odnośnie wykorzystania „motywu przewodniego”, dziś bez trudu można wskazać, że stanie się nim temat  homoseksualizmu i działalności „gejowskiego lobby w Watykanie”. Ten wybór wskazuje nie tylko na genezę obecnego ataku, umiejscawiając go w tezach „braterskiej” propagandy faszystowsko-komunistycznej. Pozwala też dostrzec, że rozgrywaniem motywu będzie szczególnie zainteresowane środowisko „wojującego homoseksualizmu”, wykorzystując go do zdyskredytowania nauczania Kościoła - w tym podważenia braku akceptacji dla tzw. związków partnerskich.

wtorek, 8 stycznia 2013

DROGI ZŁA


„Przesłanie” Bronisława Komorowskiego dołączone do śpiewnika uczestników tegorocznego Orszaku Trzech Króli w Warszawie można uznać za kolejne signum temporis lub dostrzec w tym incydencie żenujący przykład serwilizmu niektórych środowisk.
Podobnym, choć znacznie donioślejszym epizodem, był wyjątkowy w historii polskiego Kościoła list Prezydium Konferencji Episkopatu Polski z 5 lipca 2010 roku. W tym czołobitnym homagium polscy biskupi gratulowali Bronisławowi Komorowskiemu objęcia najwyższej godności w państwie i pisali do następcy Lecha Kaczyńskiego - „Wyrażając uznanie dla odniesionego sukcesu, pragniemy życzyć, aby podjęta odpowiedzialność owocowała działaniami realizowanymi w duchu najwyższych wartości. Niech dobry Bóg daje Panu Prezydentowi potrzebne siły i konieczne łaski dla owocnego wypełnienia tego zaszczytnego zadania. Polecamy Bogu osobę Pana Prezydenta, Jego Rodzinę i wszystkich współpracowników, życząc obfitości Bożych darów na lata szczególnej odpowiedzialności za Ojczyznę i wszystkich jej obywateli.
Takiej życzliwości hierarchów nigdy nie doświadczył poprzednik Komorowskiego ani inni prezydenci III RP. W moim odczuciu - list ten nawiązywał do obcej Polakom tradycji wystąpień patriarchów moskiewskich, ślących hołdownicze adresy do Stalina, Breżniewa i Putina. W tragicznej, posmoleńskiej rzeczywistości, był aktem wyjątkowo haniebnym.

poniedziałek, 22 października 2012

NIESPEŁNIONY TESTAMENT JANA PAWŁA II (2) ZAKOŃCZENIE


Nim upłynął miesiąc od zabójstwa księdza Jerzego, prymas Polski wystosował list „Do wszystkich rządców parafii oraz rektorów kościołów w archidiecezji warszawskiej”. Napisano w nim:
W ostatnim czasie do władzy Kościelnej napływają skargi, a nawet oburzenia wiernych, że niektórzy księża dają się ponieść uczuciom światowym i zamiast głoszenia prawd Bożych wdają się w polemiki nieteologiczne, nie mające także nic wspólnego z prawdziwym patriotyzmem. Te uwagi, potwierdzone przez bardzo poważnych katolików, wywołują zgorszenie wiernych. Odnoszą się one szczególnie do wystąpień ks.mgr. Stanisława Małkowskiego – kapłana archidiecezji warszawskiej. Kapłan ten wielokrotnie został ostrzeżony i dn. 15 listopada br. przez Biskupa Pomocniczego upomniany, mimo to dawał się potem ponieść emocjom, a głoszone przez niego słowo było obce duchowi Ewangelii.
Biorąc to pod uwagę polecam wszystkim Rządcom kościołów i kaplic, aby nie dopuszczali księdza Stanisława Małkowskiego do głoszenia słowa Bożego u siebie. Ksiądz Małkowski może sprawować święte czynności na Wólce Węglowej, gdzie jest miejsce jego kapłańskiej pracy.” - 24 listopada 1984 r. Józef kardynał Glemp Prymas Polski.
Nietrudno zrozumieć, co tego rodzaju oświadczenie mogło oznaczać dla przyjaciela księdza Jerzego, z jak realnym zagrożeniem było związane. Ksiądz Małkowski musiał być świadomy swojego położenia, skoro w liście dn.16 stycznia 1985 roku skierowanym do prymasa napisał:
Wobec zagrożenia mojego życia ze strony władzy świeckiej i zagrożenia mojej dobrej opinii ze strony władzy kościelnej, proszę Księdza Prymasa o znak solidarności wobec mnie.
Wydany dekret Eminencji wobec mojej osoby może być poczytany przez przedstawicieli władz państwowych (jak sądzę już jest poczytany) za rodzaj zachęty do represjonowania mnie z powodu przekonań. Dlatego proszę o uchylenie dekretu, który stawia mnie w sytuacji opresji ze strony obu władz, w sytuacji podobnej do tej, w jakiej przed śmiercią znajdował się mój przyjaciel ksiądz Jerzy Popiełuszko”.
„Znaku solidarności” ksiądz Małkowski się nie doczekał. W odpowiedzi udzielonej mu przez sekretariat prymasa, możemy przeczytać, że „pismo Eminencji miało właśnie na celu ochronę wielebnego księdza”.
Jak wspominał po latach ksiądz Małkowski, że tylko dwie osoby - Jerzy Urban i Jacek Kuroń stawiały mu wówczas zarzuty podobne do tych, jakie zawarł w liście prymas.
Gdybyśmy poszukiwali potwierdzenia dla tezy, że od chwili męczeńskiej śmierci księdza Jerzego władze komunistyczne, niektórzy hierarchowie Kościoła oraz ludzie „demokratycznej opozycji” znaleźli wspólną „drogę kompromisu” - wskazałbym ten właśnie, mało znany dokument. Jego sens należy oceniać w kontekście wydarzeń, jakie miały miejsce po 19 października 1984 roku, nie zapominając, że ksiądz Małkowski figurował jako numer 1 (przed księdzem Jerzym) na esbeckiej liście księży przeznaczonych do zgładzenia. 
W ówczesnych wypowiedziach władz komunistycznych oraz głosach hierarchów Kościoła znajdujemy niemal identycznie tony.
Już w oświadczeniu Episkopatu Polski z dn.22 października 1984 roku padły słowa: „Porwanie księdza Jerzego Popiełuszki – znanego kapłana w parafii św. Stanisława Kostki na Żoliborzu w Warszawie - budzi głęboki niepokój. [...] Posiadane dotychczas wiadomości o okolicznościach porwania, wskazują na to, że sprawcy działali z motywów politycznych.”
Komunikat ten powtarzał w istocie tezę PRL-owskiej propagandy, jakoby ksiądz Jerzy był przede wszystkim działaczem politycznym, a jego śmierć miała polityczny kontekst. Sformułowanie to wzbudziło wówczas tak duże wzburzenie, że członkowie Niezależnego Zrzeszenia Studentów planowali zorganizowanie wiecu przed siedzibą prymasa, oskarżając go o „trzymanie z władzą, nie z narodem”.
W tym kontekście trzeba przypomnieć, co po zamordowaniu księdza Jerzego mówili między sobą komuniści. W Biuletynie IPN 10/2004 znajdziemy cytowany już kiedyś przeze mnie tekst wystąpienia gen. Jaruzelskiego podczas posiedzenia kierownictwa KC PZPR, datowany między 3 a 11 listopada 1984 roku – czyli tuż po pogrzebie księdza Jerzego, a przed dekretem prymasa Glempa w sprawie księdza Małkowskiego. Fragment stenogramu wystąpienia został zamieszczony w artykule Grzegorza Majchrzaka i Jana Żaryna – „Dwa nowotwory”.
Ten bardzo ważny dokument ukazuje stosunek komunistów do polskiego Kościoła na początku lat 80. Działalność księdza Małkowskiego jest dla Jaruzelskiego na tyle dotkliwym problemem, że wspomina o tym wprost: „Ten Małkowski to już w ogóle wariat, ale to jest ich sprawa, jeśli dają mu ambonę, to ponoszą za to odpowiedzialność.”
Dowiemy się również, że propagandowym antidotum na „takich jak Małkowski i Popiełuszko” ma być „premiowanie, popularyzowanie księży pozytywnych, duchownych pozytywnych”. Jaruzelski nie kryje swoich intencji i stwierdza: „Towarzysze, nam znacznie wygodniej jest prać potem jakiegoś takiego księdza Jancarza czy kogoś innego, pokazując obok, a właśnie to jest wzór postawy obywatelskiej. Przecież to jest dla nas bardzo wygodna płaszczyzna, że my nie walczymy z Kościołem, nie walczymy z duchowieństwem. Na odwrót – szanujemy, pokazujemy tych, którzy są patriotami, ale tym ostrzej możemy wtedy bić w tamtych.”
Człowiek, który odpowiada za śmierć księdza Jerzego, zdaje się doskonale wiedzieć jak wykorzystać ten mord dla wznowienia „dialogu” z Kościołem. W słowach I sekretarza partii znajdziemy zarys koncepcji kłamstwa, która legła u podstaw „historycznego kompromisu”. To głos niezwykle bliski tezom z dekretu prymasa Polski. Jaruzelski mówi:
Polityka włączana zbyt nachalnie do działalności kościelnej Kościół obiektywnie kompromituje. [...]I Kościół to też czuje, czy mądrzy ludzie w Kościele, i tego się też obawia. Co mądrzejsi czują, że stereotyp nieskazitelnego Popiełuszki niełatwo będzie utrzymać. On jest męczennikiem nie za wiarę, ale za politykę, za sianie nienawiści.”
Na końcu tego ważnego tekstu, Jaruzelski kreśli strategię postępowania wobec Kościoła, po zamordowaniu księdza Jerzego. Wspominając zabójstwo  kapłana mówi:
Nas ten przypadek wiele nauczył pod tym względem. Oby Kościół też się z tego nauczył nie mniej niż my. I chodzi o to tylko, proszę towarzyszy, żeby te działania, o których tutaj mówię, nie zabrzmiały jako jakaś z naszej strony kampania antykościelna, czy jeszcze gorzej antyreligijna. Bo byłoby to nieszczęście. Na odwrót – to musi być budowane i propagandowo osłonione w ten sposób, że my to robimy w obronie stosunków, w obronie dobrych, pozytywnych stosunków, którym szkodzi ekstrema. Że jest to sprzeczne ze wskazaniami papieża, m.in. wypowiedzianymi na lotnisku w Balicach, kiedy odlatywał po zakończeniu swojej wizyty w Polsce. Warto może wyciągnąć, przecież w ciągu tych dwóch wizyt było tam i kilka sformułowań pozytywnych. Niektóre nawet w Belwederze cytowałem. Pokazywać, powiedzieć, czy to jest zgodne, zgodne ze stanowiskiem papieża, zgodne ze stanowiskiem prymasa? My w obronie papieża występujemy, w obronie linii porozumienia z Kościołem, przeciwko ekstremie”.
Trzeba przypomnieć, że prymas Glemp był tym człowiekiem we władzach polskiego Kościoła, który najmocniej sprzeciwiał się uznaniu księdza Jerzego jako męczennika za wiarę. Pisał o tym obszernie Cezary Gmyz w artykule „Zabrakło zeznań prymasa”, zamieszczonym w „Rzeczpospolitej”. Autor przypomniał, że o beatyfikację księdza Jerzego wierni zabiegali natychmiast po jego śmierci. Trzeba było jednak 12 lat, by proces beatyfikacyjny mógł się rozpocząć. Gmyz twierdził, że „największą przeszkodą na drodze do wyniesienia na ołtarze była odmowa prymasa złożenia zeznań w procesie. [...] Dopiero objęcie zwierzchnictwa archidiecezji warszawskiej przez abp. Kazimierza Nycza w 2007 r. spowodowało, że prace przyspieszyły”. Przywołuje również akta Wydziału XI Departamentu I SB (tzw. wywiad PRL), w których zachowała się notatka informacyjna z dn.04.06.1986 roku pochodząca ze źródła o kryptonimie „Sanyo” (prawdopodobnie chodzi o podsłuch) na temat ewentualnej beatyfikacji księdza Jerzego - „Kardynał Glemp wypowiedział się, iż dopóki on jest prymasem, nie może być o tym mowy, nie dopuści do tego” – czytamy w dokumencie. W notatce znalazła się inna, niezwykle ważna informacja, która mogła świadczyć, że w roku 1986, u progu porozumienia okrągłego stołu, prymas i Episkopat wspólnie z komunistami nadal zabiegali o propagandowe „upolitycznienie” księdza Jerzego:
Wydawnictwo „Spotkania” /Jegliński/ wydało pamiętniki – dzienniki Popiełuszki, w których są zawarte nieprawdziwe dane lub przekłamania, odnoszące się do kardynała Glempa i Episkopatu. Glemp i Episkopat chcą do tego bezpośrednio ustosunkować się. Z sugestii Glempa temat ten ma poruszyć w specjalnie wydanej publikacji /prawdopodobnie w Oficynie Poetów i Malarzy w Londynie/ dr.Peter RAINA. Publikacja ma się ukazać w końcu br lub na początku 1987 roku. Dr.Rainie udostępniona zostanie publikacja zgromadzona w Episkopacie, w tym z procesu toruńskiego, wraz z dokumentami z Urzędu ds.Wyznań, w których zwracano Episkopatowi uwagę, iż kazania Popiełuszki są wystąpieniami politycznymi. Będą także zamieszczone dane jak Episkopat reagował na te wystąpienia oraz na niesubordynacje Popiełuszki
Ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski w recenzji z filmu „Popiełuszko. Wolność jest w nas” napisał m.in:
Ze scen, które mi się nie podobały, to rozmowa bohatera filmu z Księdzem Prymasem Józefem Glempem, który nawiasem mówiąc gra samego siebie. Jest ona bowiem pokazana inaczej niż relacjonował to ks. Jerzy. Poza tym, skrywaną nadal tajemnicą jest to, że Popiełuszko, tak jak wielu innych kapelanów „Solidarności” nie cieszył się poparciem swoich przełożonych. Co więcej, był przez nich niezrozumiany. Z relacji jego przyjaciół wynika także, że w środowisku kościelnym czuł się on osamotniony. Bolał nieraz na tym bardzo. Inna sprawa, że bezpieka, jak to z kolei wynika z akt IPN, poprzez swoich tajnych współpracowników robiła co mogła, aby we wspomnianym środowisku zniszczyć dobre imię kapelana z Żoliborza, co niestety wiele razy się jej udawało. Niedawno czytałem dokumenty Departamentu I SB, czyli wywiadu, mówiące o tym, że podważanie wiarygodności młodego księdza odbywało się nawet w Watykanie, tak przed jak i po jego śmierci. Dla przykładu, jeden z tajnych współpracowników starał się wmówić osobom z najbliższego otoczenia Jana Pawła II, że ks. Popiełuszko to „człowiek chory psychicznie” i „manipulowany przez opozycję”. Suchej nitki nie zostawiono też np. na jego przyjacielu, ks. Stanisławie Małkowski, także kapelanie podziemnych struktur, która esbecy również starali się zgładzić.”
Ten sam obraz wyłania się z rozmowy, jaką Cezary Gmyz przeprowadził 3 marca 2009 r. z księdzem Stanisławem Małkowskim. Pytany - co sądzi o tym, że prymas Glemp nie złożył zeznań w czasie procesu beatyfikacyjnego, ksiądz Małkowski odpowiedział:
Specjalnie mnie to nie zdziwiło. Takie zeznania, składane pod przysięgą, mogłyby być dla księdza prymasa niewygodne. Pewnie wolałby, by młodzież zapamiętała pasterza diecezji, jak w filmie „Popiełuszko”, przedstawionego w sposób ciepły. W rzeczywistości ks. prymas był dla księdza Jerzego znacznie ostrzejszy.
Sam prymas Glemp twierdzi, że nie czynił żadnych przeszkód, by proces beatyfikacyjny mógł się rozpocząć. W wywiadzie dla KAI, w którym wyjaśniał swoje stanowisko w tej sprawie, znalazły się słowa:
Nie zgadzałem się na rozpoczęcie procesu natychmiast po śmierci ks. Popiełuszki, mimo że takie sugestie padały. Stałem na stanowisku, iż proces winien rozpocząć się we właściwym momencie i na taki moment czekałem. Byłem przekonany, że dobru procesu beatyfikacyjnego nie służą emocje, tym bardziej te z podtekstem politycznym”.
Na pytanie - czy po zamordowaniu kapelana „Solidarności”, prymas uważał go za męczennika, pada odpowiedź - „Nie miałem jasności. Pierwsza odpowiedź była taka, że powodem zabójstwa był fakt, iż ks. Popiełuszko nie podobał się SB jako przeciwnik polityczny. Trudno było od razu mówić o męczeństwie za wiarę – nie było to oczywiste. Czy był bohaterskim obrońcą wolności, czy też charyzmatyczną ofiarą za wiarę Kościoła.”
Ten głośno wypowiedziany „dylemat”,  którym prymas Polski – w odróżnieniu od tysięcy Polaków - nie potrafił sobie poradzić, nie wydaje się niczym innym jak konsekwencją przyjęcia propagandowych tez Jaruzelskiego wygłoszonych podczas posiedzenia kierownictwa KC PZPR w listopadzie 1984 roku - „Co mądrzejsi czują, że stereotyp nieskazitelnego Popiełuszki niełatwo będzie utrzymać. On jest męczennikiem nie za wiarę, ale za politykę, za sianie nienawiści”.
Echa tych słów przetrwały do dnia dzisiejszego i wydają się jedną z podstawowych przeszkód, które uniemożliwiają polskiemu Episkopatowi wykonanie testamentu Jana Pawła II.
Cytowany w pierwszej części tekstu Sławomir Cenckiewicz, w artykule „Wywiad PRL na tropie księdza Jerzego” zwracał uwagę na zgodny kontekst wypowiedzi przedstawicieli Episkopatu, środowiska watykańskiego Sekretariatu Stanu i władz PRL. Opisując treść raportów przedstawionych przez gen. Sarewicza najważniejszym osobom w państwie, Cenckiewicz zauważył:
Szef wywiadu z zadowoleniem informował, że coraz szersze kręgi watykańskie uznają porwanie i zamordowanie ks. Jerzego za "prowokację polityczną" wymierzoną w ekipę Jaruzelskiego.” Zdaniem Sarewicza, środowisko watykańskiego Sekretariatu Stanu miało z dużym uznaniem wypowiadać się o "konsekwencji, z jaką władze [PRL] podeszły do sprawców przestępstwa". Szef wywiadu uspokajał też elitę PRL, zapewniając, że ani w Watykanie, ani w polskim episkopacie nikt nie myśli o beatyfikacji ks. Jerzego. Na potwierdzenie przywoływał słowa abp. Dąbrowskiego, który miał w Rzymie oświadczyć, że "Episkopat nie dopuści, aby doszło w tym przypadku do pomieszania wiary z polityką".
Wiemy, że również w następnych latach władzom PRL szczególnie zależało aby kontekst śmierci ks. Jerzego przedstawiać wyłącznie w wersji przygotowanej przez kierownictwo PZPR i MSW. Cenckiewicz wskazuje jak podczas jednej z rozmów ze stroną watykańską w roku 1985, minister Adam Łopatka poinformował o tym wprost, nie cofając się nawet przed  szantażem -"Władze państwowe są za tym, aby strona kościelna przyjęła w tej sprawie inną metodę postępowania w myśl hasła: "ciszej nad tą trumną". Jeśli obecna koncepcja i akcja wykorzystania tego tragicznego wydarzenia przeciw władzom i spokojowi społecznemu miałaby być kontynuowana, to władze mogą opublikować dane "kim naprawdę był ks. J. Popiełuszko", bowiem zgromadzone informacje o nim i jego działalności bardzo mocno odbiegają od obrazu, który chce mu się nadać w koncepcji kościelnej. Zależy nam na tym, aby do tego nie doszło”.
Wszystkie zabiegi polskiej i watykańskiej agentury okazywały się daremne wobec postawy Jana Pawła II. Przed przyjazdem do Polski w roku 1987, „realiści” skupieni wokół prymasa Glempa starali się papieżowi wyperswadować odwiedziny grobu księdza Jerzego. Bezskutecznie. Papież postawił na swoim, a - co więcej, modlił się przy grobie księdza, zwracając się za jego pośrednictwem do Boga. Taka forma modlitwy oznaczała, że Jan Paweł II już uważa księdza Jerzego za świętego.  Być może polski Episkopat ponownie usłyszał wówczas nakaz - "Kościół nie może dopuścić, by zleceniodawcy zabójstwa księdza pozostali nieznani".
Zaledwie dwa lata później, hierarchowie usiedli do rozmów z Kiszczakiem i Jaruzelskim, W trakcie obrad okrągłego stołu, esbeccy bandyci zamordowali kolejnych, niepokornych kapłanów:
- 20 stycznia 1989 roku zamordowano księdza Stefana Niedzielaka.
- 30 stycznia 1989 roku został zamordowany ksiądz Stanisław Suchowolec.
- 11 lipca 1989 roku zabito księdza Sylwestra Zycha.
Te zabójstwa, nie tylko nie przeszkodziły Episkopatowi w dalszym paktowaniu z mordercami Polaków, ale hierarchowie nigdy nie wykazali starań, by wyjaśnić okoliczności zbrodni. 
Od wykonania nakazu Jana Pawła II ważniejsze były kwestie polityczne.
Z notatki ppłk SB Edwarda Kotowskiego (oficera prowadzącego informatorów bezpieki- Juliusza Paetza, ps.„Fermo”, Józefa Kowalczyka, ps. „Cappino”), dotyczącej rozmowy z zastępcą Sekretarza Episkopatu Polski biskupem Jerzym Dąbrowskim z dnia 23 czerwca 1989 możemy się dowiedzieć:
Jednym z testów dalszego rozwoju sytuacji w kraju będzie rezultat przeprowadzenia wyborów Prezydenta PRL. Kierownictwo Episkopatu uważa, że najlepszym kandydatem byłby tu gen. W. Jaruzelski, ale pod warunkiem że wybierany byłby spośród kilku kandydatów. To ten wybór uczyni wiarygodnym. Zdaniem bp. J. Dąbrowskiego, wybór gen. W. Jaruzelskiego jest możliwy, o ile inni kandydaci będą tak dobrani, że na ich tle ten wybór stanie się oczywistą koniecznością. (Dąbrowski) dodał, że po raz drugi partia nie może już tak się skompromitować, jak to nastąpiło podczas wyborów, i stąd ten wybór powinien być gruntownie przygotowany.”
Z tej samej notatki dowiemy się również jaka sprawa była wówczas najważniejsza dla hierarchy polskiego Kościoła. Kotowski zanotował słowa bp Dąbrowskiego:
Stwierdził on, że najważniejszą sprawą jest odbudowa partii, "która jest w stanie rozkładu i zbuntowała się przeciwko swojemu kierownictwu". ("A może trzeba ją rozwiązać i odbudować od nowa?").

 Ksiądz Stanisław Małkowski, który według esbeckich kalkulacji miał być zamordowany przed księdzem Jerzym, pytany niedawno - co dziś robiłby ksiądz Popiełuszko gdyby żył – odpowiedział: „Może byłby tu ze mną na Wólce Węglowej. Zresztą jest. Często czuję jego obecność obok mnie”.
Wkrótce obecność księdza Jerzego na ołtarzach stanie się faktem. Tak, jak obecność Jana Pawła II. Tych dwóch wielkich świętych można przyjąć tylko w całym wymiarze ich słów, życiorysów, postaw. Lub - nie przyjmować w ogóle. Polscy hierarchowie odrzucając papieski testament -"Kościół nie może dopuścić, by zleceniodawcy zabójstwa księdza pozostali nieznani"- już dokonali wyboru.


Źródła:

Część I. –

Glaukopis 13-14 / 2009 - „Ksiądz Jerzy Popiełuszko w donosach TW ps. „Jankowski”
Część II.


...............................................


Dwa teksty zatytułowane „NIESPEŁNIONY TESTAMENT JANA PAWŁA II” powstały w styczniu 2010 roku. Przypominam je dziś, po doświadczeniach tragedii smoleńskiej i beatyfikacji  księdza Jerzego. Te epokowe wydarzenia -  tak od siebie różne, a przecież złączone Bożą logiką -  pozostały  bez wpływu na postawy hierarchów naszego Kościoła.
Śmierć polskiej elity stała się okazją do „pojednania” z ludobójcami i kierowania homagium do człowieka, który na nienawiści i walce z symbolem chrześcijaństwa zbudował swoją prezydenturę. Zaprzepaszczono i haniebnie przemilczano dar świętości księdza Jerzego, zabitego  - jak głosił papieski dekret - z nienawiści do wiary.  Zrobiono tak, bo była to ta sama nienawiść, która wyznaczyła drogę do tamy we Włocławku i do smoleńskiej pułapki. Przemilczano tę świętość, bo tragedia z 10 kwietnia i obecna postawa rządzących są kontynuacją tamtego zaprzaństwa i tamtej wizji świata, która skazała na śmierć księdza Jerzego.
Jak 28 lat temu, głosem tchórzów i zdrajców nakazywano Polakom szukać „porozumienia” z mordercami księdza, a z katów uczyniono  rzeczników ofiar – tak dziś, tym samym głosem mówi się nam o „pojednaniu”  i każe wyrażać wdzięczność odwiecznym ciemiężycielom.
Wówczas - droga od włocławskiej tamy, do pałacu w Magdalence zajęła całe pięć lat. Wyznaczyły ją kolejne morderstwa - na działaczach „Solidarności” i niepokornych księżach, których głos mógł zmącić plany  miernot i przeszkodzić zamysłom samozwańczych reprezentantów narodu.
Dziś, gdy aparat nienawiści działa sprawniej, a wśród nas coraz mniej  ludzi godnych i odważnych - „pojednanie” z bandytami może nastąpić wcześniej. Powstały z niego układ na dziesięciolecia zamknie drogę do prawdy, stając się depozytem zbrodni  i gwarantem nowego przymierza katów i ofiar.
Nie mam wątpliwości, że  jest to cena jaką płacimy za niespełniony testament polskiego papieża.

niedziela, 21 października 2012

NIESPEŁNIONY TESTAMENT JANA PAWŁA II (1)


"Kościół nie może dopuścić, by zleceniodawcy zabójstwa księdza pozostali nieznani" – tymi słowami 27 listopada 1984 roku Jan Paweł II zobowiązał polski Kościół do wyjaśnienia całej prawdy o śmierci księdza Jerzego.
Treść ówczesnej rozmowy papieża z kardynałem Glempem znamy z informacji przekazanych Departamentowi I MSW przez kontakt informacyjny „Prorok” - osobę z najbliższego otoczenia Jana Pawła II. Notatkę z rozmowy przedstawił najważniejszym osobom w państwie dyrektor Departamentu I MSW gen. Zdzisław Sarewicz. Relacjonując spotkanie prymasa z papieżem, Sarewicz pisał: "Kardynał Glemp, omawiając sprawę porwania i zabicia ks. Popiełuszki, stwierdził, że był to gest "twardych komunistów" wymierzony przeciwko gen. Jaruzelskiemu osobiście. Potępiając tę prowokację, prymas położył zarazem duży nacisk na fakt, iż ks. Popiełuszko postępował nierozważnie i nie stosował się do rad i poleceń kierownictwa Kościoła".
Kard. Glemp miał też zrelacjonować spotkanie abp. Dąbrowskiego z gen. Kiszczakiem, który zapewnił Episkopat, że "osobiście przyjmuje odpowiedzialność za przebieg dochodzenia w sprawie bezpośredniej i pośredniej odpowiedzialności za śmierć Popiełuszki". Zdaniem kard. Glempa – pisał szef wywiadu PRL – min. Kiszczak sprawiał wrażenie bardzo szczerego, ale musiał przyznać, że prowadzącym dochodzenie nie będzie łatwo dotrzeć do inspiratorów zabójstwa, ponieważ jego bezpośredni sprawcy nie chcą zeznawać. Prymas stwierdził, że go to nie dziwi. Zdumiony Jan Paweł II miał wówczas zareagować słowami: "Kościół nie może dopuścić, by zleceniodawcy zabójstwa księdza pozostali nieznani".
Przez 26 lat, jakie upłynęły od męczeńskiej śmierci księdza Jerzego, Kościół w Polsce nie spełnił nakazu danego mu przez Jana Pawła II.
Wszystko co wiemy o późniejszej postawie prymasa Glempa i zachowaniach  hierarchów zdaje się świadczyć, że podzielili oni opinię na temat tego mordu narzuconą Polakom przez komunistyczną propagandę i uczynili wiele, by prawda o zleceniodawcach zabójstwa została głęboko pogrzebana.
Gdy czytamy ówczesne świadectwa, w tym donosy przekazywane przez kościelną agenturę, możemy pełniej zrozumieć, dlaczego śmierć księdza Jerzego stała się mordem założycielskim III RP.
Wiemy, że jeszcze przed  śmiercią Kapelana „Solidarności”   prymas Glemp wykazywał wobec niego postawę co najmniej niechętną. „Zarzuty mi postawione zwaliły mnie z nóg. SB na przesłuchaniu szanowało mnie bardziej” – wspominał ks. Jerzy po jednej z rozmów z prymasem.
W liście z 1983 roku, skierowanym do biskupa Stanisława Miziołka i księdza Zdzisława Króla, ksiądz Jerzy pisał - „Dnia 14 grudnia br. J.E.Ksiądz Kardynał Prymas w rozmowie ze mną stwierdził, że nic nie zrobiłem w Duszpasterstwie Medycznym i powinienem poprosić o zmianę pracy, a w środowisku robotniczym szukam tylko własnego rozgłosu i własnej chwały”.
Przyjaciel księdza Jerzego, ks. Jan Sikorski w wywiadzie udzielonym Biuletynowi IPN wspominał, że rozmowa z prymasem doprowadziła ks. Jerzego do łez:
Płakał i u mnie po spotkaniu z księdzem prymasem. Byłem przypadkowym świadkiem tego spotkania. Wychodziłem z nim z seminarium, kiedy z przeciwka szedł ksiądz prymas, i natknęliśmy się na siebie. I powiedział: „a to chodź, to porozmawiamy”, i wziął go ksiądz prymas do rozmównicy. Jerzy potem przyszedł do mnie do mieszkania, był bardzo przejęty tym, że – jak mówił – nie został zrozumiany.
O relacjach prymasa z księdzem Jerzym, doskonale wiedziała bezpieka. Co więcej – sama te relacje kształtowała i poprzez agenturę wywierała wpływ na opinie dotyczące kapelana „Solidarności”. Instrukcję o jednoznacznej treści - „Nadal przekazywać prymasowi opinie, które będą dyskredytowały ks. Popiełuszkę” – otrzymał 30 września 1983 r. tajny współpracownik SB o pseudonimie „Jankowski” od swojego oficera prowadzącego, płk Adama Pietruszki. Dziś wiemy, że TW Jankowski to ksiądz Michał Czajkowski.
Od roku 1982 zadanie „Jankowskiego” polegało nie tylko na przekazywaniu informacji dotyczących działalności ks. Popiełuszki, jego zaangażowania w pomoc ludziom opozycji, ale również na dezinformowaniu i dyskredytowaniu kapłana w oczach prymasa Glempa. Mocodawców „Jankowskiego” interesowało wszystko: zachowanie ks. Jerzego, jego kontakty z hierarchami, treść kazań podczas mszy odprawianych za Ojczyznę. TW skrupulatnie, a czasami nadgorliwie wywiązywał się z powierzonego mu zadania. Nie stronił od formułowania kąśliwych uwag na temat kapelana „Solidarności”, na przykład nazywając go „zmanieryzowanym mitomanem”.
Z donosu ks. Czajkowskiego z dn. 10.03.1984 roku możemy się dowiedzieć, że już wówczas między Janem Pawłem II a prymasem Polski istniały poważne różnice zdań w ocenie działalności księdza Jerzego,. TW „Jankowski” donosił:
W czasie przedwczorajszej z nim (ks.Jerzym) rozmowy stwierdziłem, iż poczuł się on bardziej pewnie i jest przekonany, że prymas Glemp „już nie będzie go ścigał za zwalczanie komunistów”. Powodem tego było przywiezienie przez bp. Kraszewskiego błogosławieństwa od papieża oraz podarowania papieskiego różańca ks. Popiełuszce. Popiełuszko mówił, że bp Kraszewski po powrocie z Watykanu odbył rozmowę z kard. Glempem na jego temat. Przebieg rozmowy był gwałtowny, gdyż biskup bronił Popiełuszki i stwierdził, że wobec papieża też gorliwie występował z taka obroną. W jej wyniku udało się bpowi Kraszewskiemu „zastraszyć” prymasa autorytetem papieskim. Doszło to tak daleko, że kard. Glemp ofiarował ks. Popiełuszko książkę o kard. Hlondzie z osobistą dedykacją. W bardzo ciepłym nastroju przyjął go i obiecał, że po powrocie z Południowej Ameryki nawiążą do tego spotkania. Ks. Popiełuszko ocenia tę zmianę prymasa względem jego osoby jako wynik zabiegów bp. Kraszewskiego u papieża. [...] Po wysłuchaniu takich zapewnień biskupa papież miał polecić obronę ks. Popiełuszki przez Kościół za wszelką cenę.” (podkr.moje)
Na wizerunek księdza Jerzego „pracowało” wielu innych donosicieli. W publikacji historyków IPN „Aparat represji wobec księdza Jerzego Popiełuszki 1982–1984”, tom 1. znajdują się m.in. cytaty z akt śledztwa  prowadzonego przez Prokuraturę Wojewódzką w Warszawie w roku 1983, w których znalazły się donosy tajnych współpracowników bezpieki. Przedstawiały księdza Jerzego jako kapłana „zaangażowanego politycznie”, „karierowicza żądnego politycznego przywództwa”, podkreślały jego antykomunizm, mówiły o „krnąbrności” wobec władz kościelnych i państwowych, wskazywały na wypowiedzi i działania o rzekomo politycznym kontekście.
W artykule „Wywiad PRL na tropie księdza Jerzego”, zamieszczonym w „Rzeczpospolitej” Sławomir Cenckiewicz przypominał, że w działania przeciwko kapłanowi włączona była cała bezpieka, w tym tzw. wywiad PRL – stanowiący integralną część aparatu represji. Z akt rezydentury Departamentu I MSW w Rzymie wynika, że interesowano się księdzem Jerzym na długo przed jego śmiercią. Przykładowo, w styczniu 1984 r. SB uzyskała ze źródeł agenturalnych szczegółowe informacje na temat opinii redaktora naczelnego polskiego wydania "L'Osservatore Romano" ks. Adama Bonieckiego dotyczące krytyki ks. Popiełuszki przez niektórych  hierarchów: "W dniu 5 I 1984 r. wrócił do Rzymu z pobytu w Polsce ks. A. Boniecki. W dniu 6 I 1984 r. był on na obiedzie u papieża i jak twierdzi, przekazał mu szczegółowe sprawozdanie ze swojego pobytu w Polsce. W Warszawie Boniecki spotkał się z ks. Popiełuszko. Uznaje go za bohatera i niepodziela oceny abp. Bronisława Dąbrowskiego i ks. Janusza Bolonka, którzy uważają, że Popiełuszko jest osobnikiem niedoważonym i nienadającym się do odgrywania ofiary prześladowania...”(pisownia oryg).
Według wywiadowców – pisze Cenckiewicz - ks. Boniecki miał też skrytykować polskich hierarchów, a zwłaszcza prymasa Glempa, za to, że udają, iż nie wiedzieli o "istnieniu prywatnego mieszkania Popiełuszki w Warszawie przy ul. Chłodnej", co z kolei wykorzystywała propaganda komunistyczna, publikując na ten temat sensacyjne artykuły w prasie. "Zdaniem Bonieckiego zachowanie J. Glempa w stosunku do "rzekomo" rozpolitykowanych kapłanów jest skandaliczne".
Dzięki sieci agenturalnej w Watykanie, Departament I doskonale wiedział, że stanowisko Jana Pawła II jest zbieżne z opinią zaprezentowaną przez ks. Bonieckiego. Papież miał zwlekać z przyjęciem kardynała Glempa, który 16 stycznia 1984 r. przybył do Watykanu. Zdaniem rezydentury Jan Paweł II miał pretensje do kardynała Glempa za zbytnią uległość wobec reżimu Jaruzelskiego, napominanie "rozpolitykowanych kapłanów" związanych z "Solidarnością", "autocenzurę", której dopuścił się przygotowując tekst orędzia na Boże Narodzenie w 1983 r. oraz za wyrażoną w kazaniu z 6 stycznia 1984 r. jednostronną krytykę instalacji rakiet NATO w krajach zachodniej Europy - bez przypomnienia, iż jest to reakcja na agresywne zamiary bloku sowieckiego wobec wolnego świata.
Zbierany przez lata „materiał oskarżycielski” bezpieka postanowiła ponownie wykorzystać po  śmierci księdza Jerzego. Gdy zdano sobie sprawę, że Jan Paweł II podziela opinię, że za mordem stoją najwyżsi przedstawiciele władzy oraz wykazuje głębokie zainteresowanie wyjaśnieniem wszystkich okoliczności zabójstwa, przystąpiono w Watykanie do dezawuowania postaci księdza  i podważania męczeńskiego charakteru jego śmierci. Najważniejszym celem – jak twierdzi Sławomir Cenckiewicz – jaki chciano osiągnąć, było upowszechnienie tezy władz PRL o "spisku twardogłowych" przeciwko Jaruzelskiemu.
Teza ta znalazła się w notatce z rozmowy agenta Departamentu I SB MSW, którego w meldunkach i szyfrogramach opisywano jako "źródło nr 13963". W dniu 12 grudnia 1984 r. odbył on rozmowę z abp. Bronisławem Dąbrowskim ówczesnym sekretarzem Episkopatu Polski. Opinia wyrażona przez arcybiskupa jest identyczna z obowiązującym do dziś kłamstwem o inspiratorach zbrodni na księdzu Jerzym. Warto też zwrócić uwagę, co hierarcha ma do powiedzenia na temat kpt. Piotrowskiego, jednego z porywaczy księdza Jerzego. Źródło„nr 13963” donosiło:
"Zdaniem abp. Dąbrowskiego odpowiedzialność za tę zbrodnię należy przypisać elementom politycznym wrogim wobec gen. Jaruzelskiego, a zatem chodzi niewątpliwie w tym przypadku o prowokację, posiadającą dotąd pewne cechy utajone. Kpt. Piotrowskiego – Dąbrowski określił jako "starego znajomego", gdyż zarówno on, jak i Glemp spotykali go kilka razy, podczas kiedy pełnił on służbę jako funkcjonariusz Biura Ochrony Rządu i Departamentu ds. Kościelnych i Narodowościowych MSW w czasie wizyty papieża w Polsce oraz przy okazji spotkań z Wałęsą. W jego ocenie Piotrowski jest typem bardzo ambitnym, który uważał, że należy mu się stopień pułkownika. Trzej sprawcy przestępstwa działali pod Toruniem w łatwych warunkach, ponieważ strefa ta jest dobrze kontrolowana. Mogli więc liczyć na poparcie organizacyjne czynników radykalnych w aparacie SB i tajnej jaczejki OAS (Organizacja Anty-Solidarność), jak również na poparcie "bazy sowieckiej". Jako wykonawcy działali oni niewątpliwie na rozkaz przeciwników gen. Jaruzelskiego uplasowanych w MSW tzn. ludzi zaufanych Mirosława Milewskiego".
            Wielu historyków zwracało uwagę, że relacje władz komunistycznych z Kościołem uległy zasadniczej zmianie po zabójstwie księdza Popiełuszki. Mimo, iż oświadczenia hierarchów z tego okresu wyrażają sprzeciw wobec zabójstwa kapłana, próżno poszukiwać w nich wskazania winnych zbrodni lub potępienia inspiratorów. Można odnieść wrażenie, że z chwilą zabójstwa Kapelana „Solidarności” odblokowały się możliwości porozumienia z władzą, usunięta została przeszkoda oddzielająca od siebie dwie przeciwstawne siły i otworzyła się droga do „historycznego kompromisu”.
Gdzie szukać podstawy wzajemnych stosunków hierarchów i władzy komunistycznej w latach 80.? Na czym opierała się ta relacja? To jak dalece była zgodna z intencjami władz można odczytać ze stenogramów XVII Plenarnego Posiedzenia KC PZPR, które miało miejsce cztery dni przed wyłowieniem z Wisły zwłok księdza Jerzego. To wówczas gen. Jaruzelski mógł powiedzieć: „Myślę, że (...) prymas potrafi współdziałać z nami, żeby w interesie ogólnym, w interesie narodu, nie dopuścić do nieobliczalnego biegu wydarzeń”.
Może najtrafniej relację tę opisał Stanisław Ciosek, który z ramienia KC PZPR objął nadzór nad MSW po morderstwie na księdzu Jerzym. W wywiadzie sprzed kilku lat, Ciosek pytany – „Skąd się brała wasza skłonność do Kościoła?” – odpowiedział - „Hierarchia i instytucja bardziej rozumiała, i traktowała jako bardziej przewidywalną, drugą hierarchię i instytucję”. I dodał: „Stara jest zasada przetrwania Kościoła, jak w tym porzekadle: Kościół opłakuje zmarłego, ale do trumny z nim się nie kładzie itd. Zachowuje dystans. Tak samo tutaj było. Miałem masę rozmów z ludźmi Kościoła. I mogę powiedzieć, że Kościół był bardzo wstrzemięźliwy, gdy chodzi o wybory, o Okrągły Stół i podzielenie się władzą z "Solidarnością". Bo nie wiedział, jaka będzie ta nowa władza. Jakby przeczuwał zresztą, że lepiej było mu z komunistami niż z nie wiadomo kim...”.
Gdy coraz pełniej poznajemy fakty dotyczące działań agentury w Kościele, nowego znaczenia nabierają również słowa gen. Kiszczaka, zawarte w „Liście otwartym do prezesa Instytutu Pamięci narodowej w sprawie zabójstwa ks. Popiełuszki” z 2003 r. Szef bezpieki napisał tam m.in.:
W czasie procesu toruńskiego zobowiązaliśmy oskarżonych do zachowania tajemnicy służbowej i państwowej (jeżeli coś nie dotyczy sprawy zabójstwa i nie przeszkodzi w ich obronie, to nie mają prawa tego ujawniać). Chodziło zwłaszcza o to, żeby nie ujawniać agentury pośród księży oraz faktów kompromitujących niektórych duchownych. Wiedzieli o tym obrońcy, osobiście lojalnie poinformowałem także sekretarza Episkopatu Polski, abp. Bronisława Dąbrowskiego.
Jak mocne były wpływy esbeków na decyzje hierarchów Kościoła, może świadczyć przykład represji, jakim tuż po zamordowaniu  Kapelana „Solidarności” poddano księdza Stanisława Małkowskiego – przyjaciela księdza Jerzego. 
O tym napiszę w drugiej części.


.....................................................


Dwa teksty zatytułowane „NIESPEŁNIONY TESTAMENT JANA PAWŁA II” powstały w styczniu 2010 roku. Przypominam je dziś, po doświadczeniach tragedii smoleńskiej i beatyfikacji  księdza Jerzego. Te epokowe wydarzenia -  tak od siebie różne, a przecież złączone Bożą logiką -  pozostały  bez wpływu na postawy hierarchów naszego Kościoła.
Śmierć polskiej elity stała się okazją do „pojednania” z ludobójcami i kierowania homagium do człowieka, który na nienawiści i walce z symbolem chrześcijaństwa zbudował swoją prezydenturę. Zaprzepaszczono i haniebnie przemilczano dar świętości księdza Jerzego, zabitego  - jak głosił papieski dekret - z nienawiści do wiary.  Zrobiono tak, bo była to ta sama nienawiść, która wyznaczyła drogę do tamy we Włocławku i do smoleńskiej pułapki. Przemilczano tę świętość, bo tragedia z 10 kwietnia i obecna postawa rządzących są kontynuacją tamtego zaprzaństwa i tamtej wizji świata, która skazała na śmierć księdza Jerzego.
Jak 28 lat temu, głosem tchórzów i zdrajców nakazywano Polakom szukać „porozumienia” z mordercami księdza, a z katów uczyniono  rzeczników ofiar – tak dziś, tym samym głosem mówi się nam o „pojednaniu”  i każe wyrażać wdzięczność odwiecznym ciemiężycielom.
Wówczas - droga od włocławskiej tamy, do pałacu w Magdalence zajęła całe pięć lat. Wyznaczyły ją kolejne morderstwa - na działaczach „Solidarności” i niepokornych księżach, których głos mógł zmącić plany  miernot i przeszkodzić zamysłom samozwańczych reprezentantów narodu.
Dziś, gdy aparat nienawiści działa sprawniej, a wśród nas coraz mniej  ludzi godnych i odważnych - „pojednanie” z bandytami może nastąpić wcześniej. Powstały z niego układ na dziesięciolecia zamknie drogę do prawdy, stając się depozytem zbrodni  i gwarantem nowego przymierza katów i ofiar.
Nie mam wątpliwości, że  jest to cena, jaką płacimy za niespełniony testament polskiego papieża. 

czwartek, 6 września 2012

KOMBINACJA OPERACYJNA „POJEDNANIE”

Podpisanie wspólnego dokumentu Cerkwi i Episkopatu poprzedziły wydarzenia, których logikę trudno uznać za przypadkową. Analiza tych wydarzeń pozwala dopatrzyć się w nich cech klasycznej kombinacji operacyjnej – rozumianej jako zbiór działań podporządkowanych jednolitej koncepcji, których celem jest doprowadzenie przeciwnika do pożądanych zachowań. 
Wydaje się, że na wiele miesięcy przed podpisaniem orędzia hierarchów z Cyrylem - Gundiajewem stworzono sytuację, której sens trafnie oddawały słowa abp. Głódzia z marca br. o „postawieniu Kościoła pod ścianą” - wypowiedziane po obradach Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu.
Podstawowym motywem kombinacji stała się sprawa działalności Komisji Majątkowej, uzupełniona później tematem Funduszu Kościelnego.
W pierwszym przypadku, przy pomocy publikacji medialnych oraz kontrolowanych przecieków dążono do wywołania przeświadczenia o korupcyjnych charakterze działań Komisji. Ich nagłośnienie mogło być wykorzystane do wywierania nacisków i presji na poszczególne osoby. Gdy w grudniu 2011 roku do Sądu Okręgowego w Krakowie trafił akt oskarżenia przeciwko byłemu esbekowi Markowi P. oraz ośmiu innym osobom, wydawało się, że mamy do czynienia z  ogromną aferą, której ujawnienie może poważnie zaszkodzić wizerunkowi Kościoła. Wcześnie rząd Tuska i przedstawiciele Episkopatu uzgodnili natychmiastową  likwidację Komisji, bo – według słów Tuska – „Episkopat sam zrozumiał, że dalsze funkcjonowanie Komisji Majątkowej jest zabójcze z punktu widzenia opinii publicznej”.  Warto odnotować, że wokół tej sprawy toczyła się też zadziwiająca gra służb specjalnych, podczas której prowadzono m.in. inwigilację biskupa płockiego Piotra Libery oraz innych duchownych, próbowano uzyskać dostęp do poczty elektronicznej Konferencji Episkopatu Polski czy kurii w Katowicach.
W styczniu 2011 roku Bronisław Komorowski podpisał nowelizację ustawy o stosunku państwa do Kościoła katolickiego, zakładającą. likwidację komisji. Zgodnie z tą regulacją, ówczesny szef MSWiA Jerzy Miller, sekretariat Komisji Episkopatu Polski i Komisja Wspólna Rządu i Episkopatu miały otrzymać sprawozdanie z prac Komisji Majątkowej w latach 1989-2011.
Fundusz Kościelny i Komisja Majątkowa to jest bęben do bicia, w który co jakiś czas się wali. Być może wali się zasłużenie, ale komisja działała ponad 20 lat i nagle są widoczne nadużycia. Pachnie mi to koniunkturalizmem” – trafnie ocenił wówczas intencje rządzących dr Paweł Borecki z Katedry Prawa Wyznaniowego Uniwersytetu Warszawskiego.
Nim sprawozdanie trafiło pod obrady Komisji Wspólnej, na początku 2012 roku pojawiły się medialne „przecieki”, a „Gazeta Wyborcza” poinformowała o wnioskach rządowego raportu nt. prac Komisji Majątkowej.
Sporządzili go prawnicy z działu kontroli Kancelarii Premiera, a treści raportu miało wynikać, że przeciwko członkom komisji prowadzono postępowania w sprawach o korupcję i działania na szkodę skarbu państwa. Opisywano ogromny bałagan panujący w dokumentacji oraz szereg poważnych nieprawidłowości dotyczących postępowań o zwrot majątku.  Raport miał zawierać konkluzję, iż Komisja Majątkowa przyznała Kościołowi kilkaset więcej rekompensat, niż zostało złożonych wniosków. W tym samym czasie, Naczelny Sąd Administracyjny uznał, że podmioty kościelne mogą ubiegać się o zwrot zabranego im mienia z tytułu ustawy o gospodarce nieruchomościami, co oznaczało,  że sprawy regulacji majątkowych w stosunkach państwo-Kościół przechodzą pod orzecznictwo sądowe i nie muszą być rozpatrywane przez Komisję Majątkową.
Publikacja „GW” i temat nieprawidłowości zostały natychmiast podchwycone przez SLD i Ruch Palikota, które zapowiedziały skierowanie do Sejmu projektu nowelizacji zakładającej natychmiastową likwidację Funduszu Kościelnego, bez wprowadzania w zamian innych form finansowania Kościołów z budżetu państwa. Z Funduszu są pokrywane m.in. ubezpieczenia duchownych, działalność charytatywną, oświatowo-wychowawczą, remonty i konserwacje obiektów sakralnych oraz utrzymuje się wydziały teologiczne na wyższych uczelniach. Obie partie uznały, że nie ma podstaw do dalszego funkcjonowania Funduszu, bo Kościół otrzymał już rekompensatę za utracone dobra. 
Projekty RP i SLD trzeba oceniać jako w pełni skorelowane z intencjami rządu. W przypadku „partii prezydenckiej” i partii byłych komunistów, były to propozycje zmierzające do podważenie dotychczasowego status quo w zakresie finansowania Kościoła oraz wywołania konfliktu na linii państwo-Kościół. Mogły one powstać w środowisku skupionym wokół Pałacu Prezydenckiego. Nietrudno bowiem zauważyć, że tam znajdują się zwolennicy radykalnej likwidacji Funduszu Kościelnego i pozbawienia Kościołów budżetowego wsparcia. W listopadzie 2011 roku, gdy Konferencja Episkopatu Polski (KEP) przedstawiła propozycję odpisu 1 proc. podatku na rzecz wybranego Kościoła, doradca Komorowskiego, Tomasz Nałęcz perorował – „Myślałem, że skoro Kościół odzyskuje mienie, to ten Fundusz powinien zostać zlikwidowany. Teraz słyszę, że ma zostać zastąpiony czymś znacznie obszerniejszym i pochodzącym z budżetu państwa, bo to nie jest dobrowolna ofiara, a uszczuplenie dochodów państwa.”
Wydaje się, że radykalne rozwiązania proponowane przez RP i SLD, (które rząd Tuska później łaskawie odrzucił)stanowiły rodzaj straszaka i miały uświadomić hierarchom, że sprawa finansowania zostanie definitywnie zakończona jeśli między stronami nie dojdzie do porozumienia.
Wprawdzie sejmowa komisja administracji i spraw wewnętrznych negatywnie zaopiniowała oba projekty, to okazało się, że rząd Tuska pracuje nad ustawą zakładającą likwidację Funduszu. W jego miejsce zaproponowano wprowadzenie możliwości odpisu 0,3 proc. podatku dochodowego na rzecz Kościołów i związków wyznaniowych. Co więcej – odtąd  miałyby one samodzielnie płacić składki na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne duchownych.
Taką propozycję przedstawiono hierarchom podczas marcowych obrad Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu. Dopiero 17 marca br., w dniu, w którym rozpoczęły się obrady, projekt rządowy zakładający likwidację Funduszu został opublikowany na stronie internetowej Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji.
Propozycja, jaką złożył nam rząd, była dla nas totalnym zaskoczeniem” – potwierdził wówczas  abp. Leszek Głódź. Rząd Tuska oczekiwał również, że strona kościelna od razu dokona oceny przedstawionego projektu oraz – jak uznał „Nasz Dziennik” - wyraźnie dążył do „załatwienia” sprawy Funduszu i składek ubezpieczeniowych duchownych w trybie jednostronnych regulacji poprzedzonych jedynie konsultacjami.
To ultimatum wywołało gwałtowną reakcję hierarchów, którzy zaczęli głośno mówić o „wojnie z Kościołem” i  - jak abp. Leszek Głódź o „zmasowanym ataku na Kościół, który tchnie PRL, jakimś szukaniem wroga ludu”. Strona kościelna chciała, by odpis podatkowy wynosił 1 proc. i nie godziła się na propozycję rządu dotyczące ubezpieczeń.
Warto odnotować, że jeszcze kilka miesięcy wcześniej z wypowiedzi przedstawicieli Kościoła wynikało, że współpraca z rządem układa się wręcz znakomicie, a sytuacji Kościoła w Polsce nie wolno było porównywać do metod władzy z czasów PRL-u: - „W obecnych realiach nie ma walki między Kościołem a rządem. Są różnice stanowisk, jak przy pewnych trudnych kwestiach etycznych związanych np. z in vitro, ale jest współpraca, zatroskanie, jest szczerość, jest wzajemna autonomia, co jawi się jako warunek konieczny istnienia każdego społeczeństwa opartego na zasadach demokracji” – głosił abp. Józef Życiński, metropolita lubelski.
Po marcowym ultimatum rządu, retoryka hierarchów uległa tak zasadniczej zmianie, że kard. Dziwisz nie wahał się uznać, iż „ataki na Kościół są bardziej przebiegłe, niż w czasach komunizmu”, a prymas Polski mówił o rządzących: „Jak Kościół był potrzebny, to się pchali, wchodzili do zakrystii, prosili o pomoc”.  W perspektywie dwóch dekad istnienia III RP nie sposób byłoby wskazać wydarzenia, które wywołało równie ostrą reakcję hierarchów.  
Komentując sytuację, dr Barbara Fedyszak-Radziejowska trafnie spostrzegła: „To działanie socjotechniczne. To przemyślana arogancja, której celem jest obniżenie pozycji Kościoła i hierarchów, bo ze słabszym przeciwnikiem można rozmawiać bardziej skutecznie”.
Kolejne miesiące upłynęły na rozmowach zespołów konkordatowych: rządowego i kościelnego. Wiemy o przynajmniej trzech spotkaniach w sprawie finansowania Kościoła. Na początku maja br. przewodniczący Rady Episkopatu ds. Ekonomicznych kard. Kazimierz Nycz poinformował, że ustalono konieczność przygotowania specjalnej umowy pomiędzy Kościołem a rządem ws. Funduszu Kościelnego. Nie porozumiano się jedynie w sprawie wysokości ewentualnego odpisu.
W czerwcu br., gdy Sejm (m.in. głosami posłów PO) odrzucił projekty radykalnych rozwiązań zgłoszonych przez RP i SLD, nastąpiło ocieplenie relacji rząd-Episkopat. Podczas obrad Sejmu Donald Tusk oświadczył, że według obecnego prawa "zmiany dotyczące finansowania Kościoła, w tym likwidacja Funduszu Kościelnego, wymagają procedury uzgadniania tych stanowisk z Episkopatem w ramach komisji rządowo-kościelnej" i wyraził przekonanie, że „spokojna praca z Episkopatem przyniesie efekt, o jaki chodzi, czyli odłączenie niezdrowej finansowej pępowiny państwa od Kościoła z korzyścią dla Kościoła, wiernych i samego państwa".
To koncyliacyjne stanowisko poprzedzone jednak zostało ostrzeżeniem, na tyle wyraźnym, że Katolicka Agencja Informacyjna opatrzyła je tytułem „Tusk grozi Kościołowi”. W tym samym dniu, podczas obrad Sejmu premier rządu oświadczył bowiem: „Jeśli strona kościelna nie zaakceptuje propozycji rządowych, to Sejm będzie musiał rozstrzygnąć dylemat, czy finansowe relacje państwo - Kościół wymagają zmiany Konstytucji, zmiany zapisów konkordatowych, czy też rząd i parlament mogą forsować pewne rozwiązania bez pełnej akceptacji ze strony kościelnej”.
Kilka dni później, po zebraniu plenarnym KEP we Wrocławiu, abp Józef Michalik uznał, że „atmosfera rozmów z rządem zmieniła się na lepszą, ale konkretów ciągle nie ma”. Wyraził jednak nadzieję, że „ dalsze rozmowy przyniosą oczekiwany efekt”.
Zmiana w relacjach rządu i KEP zbiegła się z informacją z lipca br. o umorzeniu przez prokuraturę większości śledztw prowadzonych w sprawie działalności Komisji Majątkowej. Z blisko 30 śledztw, ponad 20 umorzono z powodu „braku znamion przestępstwa lub braku dowodów na jego popełnienie.” Komentując ten fakt, Tomasz Wiścicki, publicysta miesięcznika „Więź" napisał - „Wokół Komisji Majątkowej wywołano atmosferę wielkiej afery. Doszło do sytuacji, że Kościół ograbiony z majątku za czasów komunistycznych został potraktowany jako rabujący. Umorzenie większości spraw pokazuje, że ta atmosfera była wynikiem uprzedzeń części polityków i mediów wobec rzekomo pazernego Kościoła”.
W okresie poprzedzającym podpisanie aktu „pojednania” nie słyszeliśmy już o żadnych konfliktach ani „wojnie z Kościołem”. Okoliczności, w jakich doszło do zawarcia paktu z wysłannikiem Putina, obecność Bronisława Komorowskiego, urzędników z polsko-rosyjskiej Grupy ds. Trudnych oraz polityków Platformy, zdawały się świadczyć, że spór o finanse został zażegnany, a strony porozumiały się w sprawie umowy dotyczącej Funduszu Kościelnego.
Potwierdzenia dla tej tezy można poszukiwać w komunikacie wydanym 26 sierpnia br. po spotkaniu Rady Biskupów Diecezjalnych na Jasnej Górze. Biskupi zajęli się wówczas sprawą „przesłania o pojednaniu narodów i dalszych etapów dialogu z Kościołem prawosławnym”, postanawiając, że tekst owego „przesłania” zostanie odczytany w polskich kościołach w dniu 9 września. Przypomnę, że takie życzenie już w lipcu br. wyraził Adam Rotfeld – współprzewodniczący Grupy ds. Trudnych, której członkowie mają zasadniczy wkład w zawarcie aktu „pojednania”. Rotfeld powiedział wówczas: "Gdyby tekst orędzia został odczytany we wszystkich kościołach w Polsce i wszystkich cerkwiach w Rosji, miałoby to ogromne znaczenie". Wprawdzie nic nie wiadomo, by orędzie miało zostać kiedykolwiek odczytane w Rosji, to życzenie urzędnika mianowanego przez Tuska zostało spełnione przez polskich hierarchów.
Jednocześnie biskupi przyjęli „instrukcję o zarządzaniu kościelnymi dobrami materialnymi”, będącą rodzajem kompendium, w którym przedstawiono „wskazówki dla księży, jak skutecznie zarządzać majątkiem kościelnym w oparciu o prawo kanoniczne i prawo obowiązujące w Polsce”.
W zadziwiający sposób, w tym jednym dokumencie Rady Biskupów Diecezjalnych znajdujemy fuzję dwóch różnych spraw i dwóch porządków: treści o „nowym rozdziale w relacjach między naszymi Kościołami i narodami” oraz  założenia „planowanej reformy”, polegającej na „ujednoliceniu zasad finansowania we wszystkich diecezjach w Polsce, obowiązku publikowania sprawozdań rocznych przez proboszczów i biskupów oraz zwiększenia nadzoru finansowego ze strony osób świeckich.
Można sądzić, że przyjęcie tej instrukcji było jednym z warunków porozumienia w sprawie finansowania Kościoła. Jeśli w najbliższej przyszłości dojdzie do podpisania umowy między rządem i  KEP, a sprawa nieprawidłowości wokół Komisji Majątkowej zejdzie całkowicie z pola widzenia mediów i prokuratury, będzie to świadczyć, że kombinacja operacyjna „pojednanie” zakończyła się pełnym sukcesem.



Artykuł opublikowany w nr 35/2012 Gazety Polskiej. 



Wcześniejsze teksty na ten temat:

PATRON „POJEDNANIA” ZRODZONEGO Z KRWI


„POJEDNANIE” Z CERKWIĄ PUTINA:

TAKTYKA KOMPROMISU-TAKTYKA ZDRADY:


PRZECIWKO "POJEDNANIU":

JAK KAMIEŃ NAGROBNY:

CZY TRZEBA BYŁO MOCNIEJSZYCH SŁÓW?

http://cogito.salon24.pl/401105,czy-trzeba-bylo-mocniejszych-slow


POJEDNANIE ZE SZCZEGÓLNYM BŁOGOSŁAWIEŃSTWEM:

DROGA DO CERKWI: