Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BBN. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BBN. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 sierpnia 2017

PREZYDENT MUSI BYĆ NICZYM LATARNIA…

Daleki jestem od posądzania pana prezydenta o działania nierozważne lub przypadkowe. Z jeszcze większym dystansem oceniam rozmaite „teorie ambicjonalne” oraz diagnozy o „konfliktach silnych osobowości”. Nie byłoby tego typu fantazji, gdyby głoszący je zechcieli zrozumieć treść zeznań Andrzeja Dudy z 29.10.2010 roku, złożonych przed zespołem smoleńskim Antoniego Macierewicza, ale też potrafili dostrzec, kim naprawdę jest ów wyniesiony na wyżyny prawnik, na tle historycznej postaci obecnego ministra obrony narodowej.
Prezydent musi być niczym latarnia morska - szukać tych, którym należy pomóc i ostrzegać przed zagrożeniem” –  20 maja 2015 roku napisał na Twitterze ówczesny kandydat na prezydenta i – paradoksalnie, trzeba było ponad dwóch lat, by ten „pijarowski” frazes nabrał stosownej treści.
Bo rzeczywiście - prezydent Andrzej Duda jest dziś „latarnią morską” i prawdziwie „ostrzega przed zagrożeniami”.
Jest „latarnią” dla ludzi Targowicy i tzw. elit III RP, które trafnie wiążą z nim nadzieje na zablokowanie zmian i reaguje dokładnie tam, gdzie zagrożone są najżywotniejsze interesy sukcesorów komuny.
W działaniach tego pana dostrzegam też logikę wpisaną w wielowątkową operację wojny hybrydowej oraz w strategię środowiska, które od 2013 roku aranżowało „nowe rozdanie” – zakończone wygraną A. Dudy i partii pana Kaczyńskiego.
Nie jest to opinia stworzona na gruncie ostatnich decyzji pana prezydenta.
Wysyp różnej maści mędrców, którzy dopiero dziś dywagują o „zawiedzionych nadziejach”, „zawróconym prezydencie”, a nawet „strażniku ubekistanu” i z zapałem wygłaszają gołosłowne teorie, potwierdza jedynie tragiczną kondycję „wolnych mediów”. To ludziom z rządowych przekaźników, wyborcy PiS zawdzięczają bolesne „zderzenie ze ścianą” i perspektywę dalszych rozczarowań. To one hołubiły i kreowały na „męża stanu” postać, która od dawna powinna być oceniana wyłącznie w kontekście realnych poczynań, ale też ogromu zaniechań.
We wrześniu 2015 roku, w tekście „NIEPRZEMIJAJĄCY UROK REŻIMU BELWEDERSKIEGO” napisałem, że „prezydentura pana Dudy otoczona jest przedziwną atmosferą. Za niedopuszczalne i niepoprawne uważa się stawianie jakichkolwiek pytań panu prezydentowi, zaś wyrażanie opinii krytycznych, jest uznane za działanie wrogie.
Ta atmosfera doskonale pokazuje rzeczywistą wartość "nowego rozdania", obnaża jakieś potężne lęki i skrywa niejasne, mętne intencje.  Wydawałoby się , że po pięcioletniej "cмутное время", powinniśmy zacząć traktować głowę państwa, jako "naszego", polskiego przedstawiciela. To by oznaczało, że możemy doń kierować swoje oczekiwania i postulaty, a co więcej - liczyć na ich wysłuchanie. To również oznacza pewną transparentność działań pana prezydenta, formułowanie jasnych celów, wniosków i ocen.”
Rozpostarcie nad prezydentem Dudą medialnego „parasola ochronnego” (identycznie ośrodki propagandy osłaniały B.Komorowskiego) sprawiło, że dopiero ataki na ministra Macierewicza, weto prezydenckie i widowiskowa odmowa nominacji generalskich, otworzyły oczy niektórym wyborcom PiS. Otworzyły, ale często na teorie bałamutne i bezpodstawne. Przypisywanie panu prezydentowi, jakoby ulegał wpływom niemieckim (a nawet żydowskim) i tłumaczenie tym procesu „wybudzenia”, jest może miłe dla ucha niektórych fantastów i agentury Putina, ale trudne do obrony na gruncie faktów. 
Bo tu i teraz, nadal działają nasze „rodzime szatany” i nie warto „umiędzynaradawiać” czegoś, co na odległość cuchnie wojskowymi onucami.

poniedziałek, 23 listopada 2015

RAPORT ZAMKNIĘCIA

Dokument, nazywany szumnie „Raportem otwarcia Kancelarii Prezydenta RP” jest zbiorem drugorzędnych banałów i bardziej przypomina sprawozdanie gminnego buchaltera, niż zasługuje na miano rzetelnej analizy.
Jeśli ludzie pana prezydenta Dudy tylko tyle mają Polakom do powiedzenia na temat pracy kancelarii prezydenckiej i pięciu lat kadencji Komorowskiego, lepiej było im milczeć aniżeli częstować nas również płytkim i trywialnym dokumentem.
Najnowsze dzieło tej ekipy wpisuje się w ciąg pozorowanych działań i nie ma nic wspólnego z rzeczową i dogłębną oceną dokonań poprzednika. Ponieważ tezy owego „Raportu” zostały nagłośnione przez „wolne media” i okrzyknięte „miażdżącymi” dla Komorowskiego, większość odbiorców może być przekonana, że największą patologią tej prezydentury były „nieuprawnione” zakupy sokowirówek i ekspresów do kawy, zaś najpoważniejszym nadużyciem - „niedobór” dwóch obrazów i miniwieży „Yamaha” oraz rozdawnictwo „upominków”.
Mistyfikacja polega na sporządzeniu „raportu otwarcia” w bardzo wąskim i mało istotnym zakresie. Jak informują twórcy – „diagnoza została przeprowadzona w głównych obszarach: zarządczym,  kadrowym, w tym budowy kompetencji własnych zasobów, finansowym”. Nie wspomina się jednak, że obejmuje ona mocno „wybrane problemy” i dotyczy zaledwie ostatniego okresu prezydentury Komorowskiego. Nie dowiemy się zatem, jakie środki przeznaczono na Strategiczny Przegląd Bezpieczeństwa Narodowego (SPBN) i flagowy projekt tzw. doktryny Komorowskiego. Nie poznamy „kadr” uczestniczących w pracach SPBN, nie uzyskamy informacji o strukturze organizacyjnej tego przedsięwzięcia ani nakładach finansowych. Nie wiemy np., ile pieniędzy polskich podatników poszło na sporządzenie pierwotnych „rekomendacji” SPBN, w których „eksperci” zatrudnieni przez Komorowskiego zalecali „przyjęcie Rosji takiej jaką ona jest i chce być”, chcieli rezygnacji „z misyjności i życzeniowej polityki zmierzającej do skłonienia Rosji do pełnego przyjęcia zachodniego modelu ustrojowego” i żądali - „Polska musi zdecydować się na pojednanie z Rosjanami i traktowanie ich państwa nie jako tradycyjnego przeciwnika, lecz istotnego gwaranta bezpieczeństwa europejskiego, w tym naszego bezpieczeństwa”.
To zaniechanie tym bardziej zastanawiające, że twórcy obecnego „Raportu” dość szczegółowo opisali realizację „Prezydenckiego Programu  Eksperckiego”, który m.in. obejmował  prowadzenie  prac  analitycznych, a nie zechcieli dostrzec sztandarowych projektów minionej prezydentury.
Nie może zatem dziwić, że podsumowaniem tego „miażdżącego raportu” jest zaledwie jedno zdanie – równie obłe, jak kompletnie jałowe-  Zgodnie z zasadami określonymi w art. 44 ust. 3 pkt 1 ustawy o finansach publicznych  wydatki publiczne powinny być dokonywane w sposób celowy i oszczędny, z zachowaniem  zasad  uzyskiwania  najlepszych  efektów  z  danych  nakładów  oraz  optymalnego  doboru   metod i środków służących osiągnięciu założonych celów.”
To wszystko, co nowa ekipa prezydencka ma do powiedzenie o działalności organu byłego lokatora Belwederu.
Uwadze odbiorcy umyka fakt, że „nasz” prezydent i jego urzędnicy unikają przedstawienia jakiejkolwiek oceny politycznej kadencji B. Komorowskiego. Tymczasem jest to najważniejsza i podstawowa diagnoza, jaką mamy prawo usłyszeć od prezydenta deklarującego troskę o bezpieczeństwo i „wsłuchiwanie się w głos Polaków”.

wtorek, 8 września 2015

NIEPRZEMIJAJĄCY UROK REŻIMU BELWEDERSKIEGO

Bronisław Komorowski pozostawił po sobie efekt „spalonej ziemi”. Nie tylko w prezydenckiej kasie i w kancelarii, ale przede wszystkim w obszarze spraw dotyczących bezpieczeństwa narodowego i polityki zagranicznej.
Nasi rodacy nadal nie rozumieją, że tylko wydarzenia na Majdanie i odwaga Ukraińców uratowały nas od wprowadzenia w życie obłędnych koncepcji bezpieczeństwa, których celem była „redefinicja dotychczasowych tez polityki polskiej”, oparcie jej na gwarancjach udzielanych przez Moskwę i uczynienie z III RP państwa bezbronnego wobec współczesnych wyzwań.
Rosyjska agresja obnażyła nie tylko prawdziwe oblicze kremlowskiego watażki, ale ukazała wyjątkowe dyletanctwo Komorowskiego i jego środowiska w kwestiach bezpieczeństwa. Koncepcje powstałem w ramach tzw. Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego (SPBN), mimo ich rażącej ogólnikowości i pseudonaukowego żargonu, zawierały czytelną myśl: współpraca z państwem Putina ma być gwarantem naszego bezpieczeństwa i stabilności. Była to teza kompromitująca - nie tylko w wymiarze politycznym, ale naukowym i kompetencyjnym.
Do szczególnie rażących trzeba zaliczyć te pomysły SPBN, w których zawarto zapisy niedorzeczne i nieadekwatne do zagrożeń związanych z ofensywą rosyjską. Zmodyfikowane w tzw. doktrynę Komorowskiego, miały one kształtować długookresową strategię państwa, decydować o uzbrojeniu Sił Zbrojnych, rozstrzygać o sojuszach oraz kierunkach rozwoju armii i służb specjalnych. Trzeba pamiętać, że to właśnie reżim prezydencki stał się głównym decydentem w tych sprawach, zaś kolejne rządy PO-PSL były zaledwie wykonawcą planów powstałych w otoczeniu Komorowskiego.
Wszystkie projekty „modernizacji” w Siłach Zbrojnych, „reformy” w służbach specjalnych i przemyśle zbrojeniowym, koncepcje „cyberbezpieczeństwa” i zmian w systemie dowodzenia, powstały w tym środowisku lub były inspirowane przez Belweder. Narzucona przez Komorowskiego „implementacja wyników SPBN” prowadziła później do nowelizacji szeregu ustaw i tworzenia nowych, a każde złe rozwiązanie w tym obszarze bezpośrednio obciąża byłego lokatora Belwederu.
Gdyby III RP była normalnym państwem prawa, w którym urzędnicy ponoszą odpowiedzialność za błędów, zaś politycy są rozliczani ze swoich działań – kompromitacja SPBN i zależnych odeń „doktryn”, zakończyłaby się dymisjami i całkowitą utratą zaufania do Komorowskiego. Gdyby oceniano je w kategoriach odpowiedzialności konstytucyjnej, musiano by wyciągnąć poważniejsze konsekwencje. Nie można było dokonać bardziej obłędnych analiz ani wyprodukować równie niedorzecznych wniosków, jak uczynili to „stratedzy” z otoczenia Belwederu. Niestety, szczelna osłona propagandowa, tchórzostwo opozycji oraz potężny deficyt zdrowego rozsądku sprawiły, że po rosyjskiej agresji na Ukrainę środowisko to mogło dokonać bezbolesnej transformacji i z pozycji piewców „pojednania polsko-rosyjskiego”, znaleźć się w awangardzie antyputinowskich „sił postępu”.
W tym czasie jedynie wypowiedzi gen. Romana Polko, niosły trafną i krytyczną ocenę belwederskich projektów.  Opinie generała, iż -„polska tarcza antyrakietowa to mrzonki”, a „to, co w tej chwili zabija polską armię, to reforma systemu dowodzenia” oraz nazywanie projektu tej reformy „wręcz zdeformowaniem systemu”, były unikalnym przykładem sensownych recenzji. Podobne opinie gen. Polko wyrażał na temat Narodowych Sił Rezerwowych, nazywając je „niewypałem, który trzeba odrzucić, bo nie da się go zreformować”.

czwartek, 12 marca 2015

NIEBEZPIECZNIE JAK ZA KOMOROWSKIEGO


Największym zagrożeniem, przed jakim stoją dziś Polacy, jest perspektywa drugiej kadencji Bronisława Komorowskiego. Gdyby w systemie prawnym III RP nie istniały tak szerokie uprawnienia prezydenta w zakresie bezpieczeństwa i obronności państwa i był on (jak utrzymują niektórzy) „strażnikiem żyrandola”, kolejne pięć lat sprawowania urzędu przez polityka PO narażałoby nas wyłącznie na ryzyko rozlicznych gaf, lapsusów i skandali dyplomatycznych. 
Niestety, Bronisław Komorowski jest nie tylko zwierzchnikiem Sił Zbrojnych i reprezentantem państwa w stosunkach zewnętrznych, ale wytycza strategię bezpieczeństwa narodowego, zatwierdza plany operacyjne użycia Sił Zbrojnych, może wprowadzać stany nadzwyczajne i posiada prawo mianowania najwyższych dowódców i urzędników państwowych. W trakcie pierwszej kadencji lokator Belwederu zadbał o znaczące poszerzenie swoich uprawnień m.in. poprzez zgłoszenie noweli ustawy o stanie wojennym oraz kompetencjach Naczelnego Dowódcy Sił Zbrojnych, ustawy o powszechnym obowiązku obrony oraz ustawami dotyczącymi „reformy armii i służb specjalnych”, które powstały na postawie tzw. rekomendacji Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego (SPBN).
W czasie obecnej kampanii prezydenckiej, Komorowski kreuje się osobę szczególnie przygotowaną do pełnienia funkcji zwierzchnika armii i podkreśla swoje doświadczenia związane z wojskowością. Predyspozycje lokatora Belwederu mają wynikać z pełnionych w przeszłości funkcji wiceministra i ministra obrony narodowej oraz wypracowania w ostatnich latach tzw. doktryny Komorowskiego, która miałaby stanowić fundament bezpieczeństwa III RP.
Te propagandowe slogany warto skonfrontować z rzeczywistością i przypomnieć, że Bronisław Komorowski był nie tylko wyjątkowo nieudolnym i słabym wiceministrem ON oraz najgorszym w dziejach III RP szefem tego resortu, ale jego dokonania z czasów pierwszej kadencji dyskwalifikują go w roli zwierzchnika armii i gwaranta bezpieczeństwa Polaków.
Z nieznanych do dziś powodów ten były nauczyciel historii trafił na początku lat 90. do MON i objął funkcję wiceministra. Atutem Komorowskiego miał być fakt, że umiał rozmawiać z „czerwonymi” generałami i ułożyć sobie stosunki z generałem satelickiej armii LWP Florianem Siwickim. „Ułożenie stosunków” polegało w istocie na przyjęciu optyki „czerwonej” generalicji oraz na negatywnym stosunku do lustracji i dekomunizacji w wojsku.

wtorek, 27 stycznia 2015

DYMISJE-KTO NAPĘDZA TEN ROTOR?


Wygląda na to, że styczeń można nazwać miesiącem dymisji Krzysztofa Bondaryka. Zaledwie przed dwoma laty, ten wszechwładny (jak sądzono) szef ABW zrezygnował z kierowania Agencją, by po kilku miesiącach objąć zwierzchnictwo nad  Narodowym Centrum Kryptologii (NCK) - jednostką wojskową powołaną w kwietniu 2013 roku zarządzeniem ministra obrony narodowej. Przed kilkoma dniami poinformowano, że Bondaryk złożył rezygnację również z tej funkcji i została ona natychmiast przyjęta.
Przyczyny dymisji byłego szefa ABW nadal pozostają zagadką, a prawidłowa ocena sytuacji w obszarze służb specjalnych, stanowi dla analityków poważny problem.
 Przez wiele lat publicyści i eksperci kojarzeni z PiS utrzymywali, że siła koalicji PO-PSL opiera się na „systemie Tuska”, zaś w ostatnim okresie wszechwładnym decydentem służb specjalnych miał być szef MSW Bartłomiej Sienkiewicz. Według błędnego wzorca - „systemu Tuska” oraz w perspektywie wszechwładzy jego ministrów definiowano niemal wszystkie procesy zachodzące w służbach. Co więcej – o autorstwo tzw. reformy służb posądzano ludzi równie niekompetentnych, jak Cichocki, Siemoniak, czy Sienkiewicz, zaś samą reformę, choć skrajnie niekorzystną i wymierzoną w grupę Tuska, okrzyknięto „rządową”.
Dymisja Krzysztofa Bondaryka, złożona w styczniu 2013 roku wprowadzała głęboki zamęt w tego rodzaju schematy. Przez wcześniejsze lata byliśmy bowiem świadkami celowej „bondaryzacji” służb i ciągłego poszerzania uprawnienia Agencji. Decyzje legislacyjne podejmowane przez reżim w sprawach bezpieczeństwa zmierzały zawsze do skupienia władzy w rękach szefa ABW i uczynienia z Agencji „zbrojnego ramienia” partii rządzącej. To on i kierowana przezeń formacja mieli być gwarantem trwałości triumwiratu służb, biznesu i polityki i chronić interesy układu rządzącego.
Ci, którzy utrzymywali, że decydentami ówczesnej „reformy” byli ludzie z ekipy Tuska musieli zmierzyć się z faktem, że po raz pierwszy w dziejach III RP doszło do sytuacji, w której ośrodek rządowy dobrowolnie ograniczał swoje wpływy na formacje specjalne, pozbawiał władzy człowieka ściśle związanego z PO i utrącał kompetencje „własnej” służby.
Dopiero dostrzeżenie roli ośrodka belwederskiego pozwalało prawidłowo ocenić ówczesne wydarzenia i wskazać logikę roszad personalnych. 

piątek, 9 stycznia 2015

BEZ PYTAŃ - BEZ ODPOWIEDZI


Na pytania – która ze służb specjalnych III RP zajmuje dziś wiodącą pozycję, kto jest ich rzeczywistym decydentem i w jakim kierunku zmierzają projekty „reformatorów” służb, padłyby zapewne różnorodne odpowiedzi. Prawidłowa ocena sytuacji w tym obszarze, nie od dziś stanowi dla opozycji poważny problem.
Przez wiele lat publicyści i eksperci kojarzeni z PiS utrzymywali, że siła koalicji PO-PSL opiera się na „systemie Tuska” (to określenie zawarto w dokumentach programowych PiS), zaś w ostatnim okresie wszechwładnym decydentem służb specjalnych miał być szef MSW Bartłomiej Sienkiewicz. Według błędnego wzorca - „systemu Tuska” oraz w perspektywie wszechwładzy jego ministrów, definiowano niemal wszystkie procesy zachodzące w służbach. Co więcej – o autorstwo tzw. reformy służb (w całości przygotowanej w środowisku Belwederu)  posądzano ludzi równie niekompetentnych, jak Cichocki, Siemoniak czy Sienkiewicz, zaś samą reformę, choć skrajnie niekorzystną i wymierzoną w grupę Tuska, okrzyknięto „rządową”.
Gdy w roku 2013 twierdziłem, że zapoczątkowane wówczas roszady zakończą się odejściem premiera i ujawnią rzeczywistych decydentów, były to tezy kompletnie odosobnione i tradycyjnie przemilczane. Mocnym preludium, zapowiadającym owe roszady była z całą pewnością tzw. afera podsłuchowa, w której ludzie bliscy kręgom belwederskim wystawili figurantów mających uwiarygodnić pochodzenie komprmateriałów wymierzonych w grupę rządzącą. Dozowanie materiałów powierzono środowiskom medialnym, czasem  pozornie dalekim od ośrodka belwederskiego. Funkcjonujące w przestrzeni medialnej opowieści o niezłomnych biznesmenach i kelnerach rzucających wyzwanie „systemowi Tuska”, trzeba oczywiście włożyć między bajki. Tzw. afera wyglądała na klasyczną kombinację, w ramach której asekurowany przez jedne służby biznesmen miał podżyrować pochodzenie nagrań, a następnie wiedzą na ten temat obciążyć ludzi z konkurencyjnych formacji. Taka zagrywka zapewniała bezpieczeństwo faktycznym decydentom i nie groziła kontrakcją ze strony dotychczasowego „zbrojnego ramienia” partii rządzącej.
Wydawałoby się, że ucieczka Tuska do Brukseli, odejście jego wszechwładnych ministrów i głęboka „reorganizacja” rządu PO-PSL wpłyną trzeźwiąco na środowisko opozycji i wywołają refleksję nad błędną metodologią.  Z każdym dniem, upływającym od powołania tzw. rządu Ewy Kopacz, tezy o potężnym premierze i jego wpływowych ministrach doznają przecież kompromitacji, zaś rzetelna refleksja byłaby wielce pożądana w okresie wyborczym. Nawet dla kompletnego laika jest oczywiste, że  ludzie służb specjalnych mają realny wpływ na procesy polityczne III RP i są aktywnymi graczami polskiej sceny.
Z wielkim zainteresowaniem przeczytałbym dziś analizę, w której padłyby odpowiedzi na pytania zawarte na początku tekstu. Bez wyjaśnienia tak ważnych okoliczności trudno przecież prowadzić sensowne działania polityczne lub tworzyć strategię wyborczą.
Niestety, od czasu powołania grupy figurantów po nazwą rząd Ewy Kopacz, nikt nie próbuje rozwiązać tej intrygującej zagadki i nie zaprząta uwagi elektoratu rzeczami tak nieistotnymi. Nie dowiemy się zatem, czy nowym, potężnym decydentem w sprawach służb specjalnych jest powiatowa lekarka (oddelegowana obecne na stanowisko premiera III RP), czy może absolwentka ATK na stanowisku ministra spraw wewnętrznych? Czy służby wojskowe są nadzorowane przez Kolegium do Spraw Służb Specjalnych, czy też włada nimi były dyrektor programu I TVP?
Problem z odpowiedzią jest tym większy, że zgodny chór publicystów i polityków opozycji zapewnia nas o porażającej słabości i ułomności rządu Ewy Kopacz. Wprawdzie wśród dociekliwych obserwatorów taka teza może wywołać niebezpieczną refleksję i sprowokować pytanie – jeśli ów rząd jest tak niekompetentny, jak słaba musi być opozycja, która nie potrafi go obalić? – to opowieści o rządowych miernotach nie ułatwiają rozwikłania zagadki.
            We wrześniu ubiegłego roku napisałem na blogu, że z zainteresowaniem będę śledził zabiegi „wolnych” i „niezależnych” mediów, które rozpoczynały wówczas pogoń za nowymi królikami. Liczyłem bowiem, że chcąc usprawiedliwić fałszywe tropy, będą również zmuszone namaścić nowych decydentów, co w przypadku obecnego rozdania, nie może być rzeczą łatwą. Pojawiała się zatem szansa, że mimo wytężonej pracy ekspertów kojarzonych z opozycją, pytanie - kto jest rzeczywistym decydentem i kto rozdaje karty w sprawach polskiego bezpieczeństwa - zostanie jednak postawione, zaś środowisko opozycji będzie zmuszone udzielić sensownej odpowiedzi.

piątek, 7 listopada 2014

STRATEDZY BEZBRONNOŚCI


Pod względem sporządzania rozmaitych „planów”, „doktryn” i „strategii”, obecny reżim zdecydowanie wyprzedza swoich peerelowskich protoplastów. Radosna twórczość planistów i samozwańczych strategów (zwykle po moskiewskich uczelniach), ujawnia się szczególnie w dziedzinie obronności i prowadzi do produkowania kolejnych ton bezużytecznej makulatury. Gdyby poziom bezpieczeństwa III RP oceniać podług tej miary lub testować ilością przeróżnych narad, odpraw itp. nasiadówek, bylibyśmy już światową potęgą i militarnym mocarstwem.
Rządowy Program Ochrony Cyberprzestrzeni, Program Profesjonalizacji Sił Zbrojnych RP, Plan modernizacji technicznej Sił Zbrojnych, Strategia rozwoju systemu bezpieczeństwa narodowego RP 2022, Strategiczny Przegląd Bezpieczeństwa Narodowego, Strategia Bezpieczeństwa Narodowego RP, itp. dokumenty dowodzą, że aparat urzędniczy III RP wykazuje wielkie „zdolności koncepcyjne” i doskonale opanował „zasady centralnego planowania”.
Wspólną cechą wyżej wymienionych planów jest ich całkowita jałowość i ogólnikowość, oparta na pseudonaukowym żargonie i wieloznaczności. Ujawnia to nie tylko proweniencję autorów owych dzieł, ale jest zabiegiem zamierzonym i w pełni świadomym. Przy pomocy takich instrumentów propagandowych można bowiem zakamuflować prawdziwe intencje, uzasadnić każde działanie w sferze bezpieczeństwa i forsować dowolne rozwiązania.
Jest to cecha szczególnie ważna dla środowiska belwederskiego, które inspiruje i nadzoruje powstawanie kolejnych „doktryn”.
Dzięki tym zabiegom, uwadze opinii publicznej umyka fakt, że obecna pronatowska i proamerykańska orientacja Belwederu jest zjawiskiem całkowicie nowym i równie wiarygodnym, jak zapał, z jakim neofici z PZPR przeistoczyli się w piewców integracji i demokracji europejskiej.
Zmasowana kampania propagandowa, podjęta na skutek agresji rosyjskiej na Ukrainę sprawiła, że nikt dzisiaj nie wspomni, iż nad sztandarowym dokumentem określającym „doktrynę bezpieczeństwa narodowego” pracowali tak wybitni specjaliści od bezpieczeństwa, jak: Adam Rotfeld, Dariusz Rosati, Krzysztof Kozłowski, Janusz Onyszkiewicz, Leon Kieres, Roman Kuźniar, Aleksander Smolar, Paweł Świeboda, Janusz Reiter, Maria Wągrowska, Jerzy Nowak, Marek Goliszewski, Tadeusz Chabiera, Piotr Gulczyński czy Marek Siwiec. Na czele sztabu Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego (SPBN) stał zaś minister Zdzisław Lachowski, zidentyfikowany przez „Gazetę Polską” jako tajny współpracownik SB o pseudonimie „Zelwer”.
W ramach prac tego gremium powstawały „koncepcje bezpieczeństwa”, nad którymi środowisko Belwederu chciałoby dziś opuścić zasłonę milczenia. To w tzw. rekomendacjach, zawartych w ekspertyzie prof. dr hab. Ryszarda Zięby i dr Justyny Zając -„Budowa zintegrowanego systemu bezpieczeństwa narodowego Polski”, można było przeczytać tezę leżącą u podstaw polityki reżimu w latach 2008-2013:
Warunkiem jaki musimy zaakceptować, co wymaga kroku do przodu ze strony Polski i całej wspólnoty atlantyckiej, jest porozumienie z Rosją taką jaka ona jest i chce być. […] Polska w tym scenariuszu musi zdecydować się na pojednanie z Rosjanami i traktowanie ich państwa nie jako tradycyjnego przeciwnika, lecz istotnego gwaranta bezpieczeństwa europejskiego, w tym naszego bezpieczeństwa.”
Tam również postulowano „redefinicję dotychczasowej tezy polityki polskiej, mocno opowiadająca się za dalszym rozszerzaniem NATO”, proponowano „odejście od polityki bezwarunkowego, a wręcz bezrefleksyjnego popierania wszystkich działań USA”, zalecano „odpolitycznienie kwestii importu gazu z Rosji i traktowanie jej w kategoriach biznesowych” oraz wyłożono „doktrynalne” przesłanki polityki „pojednania polsko-rosyjskiego”:
Aby przezwyciężyć nieufność, która utrudnia percepcję Rosji przez polskich polityków i media należałoby podjąć zorientowaną na przyszłość politykę normalizacji stosunków wzajemnych i pojednania polsko-rosyjskiego. Warunki ku temu powstały już jesienią 2009 r., po udziale premiera FR Władymira Putina w obchodach 70-tej rocznicy wybuchu II wojny światowej na Westerplatte, a zostały wzmocnione zbliżeniem polsko-rosyjskim po katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 r. Jednak czołowa partia opozycyjna w Polsce – Prawo i Sprawiedliwość podjęła kilka miesięcy później działania na rzecz ponownego konfliktowania z Rosją, sugerując odpowiedzialność tego państwa za katastrofę. W tej sytuacji rząd Polski powinien szybko podjąć działania na rzecz ratowania szansy jaka szybko może zniknąć.

wtorek, 7 października 2014

NIEDYSKRETNY UROK REŻIMU PREZYDENCKIEGO


Utworzenie tzw. nowego rządu otwiera kolejny rozdział budowy reżimu prezydenckiego. Tym razem, działania Belwederu były na tyle jawne, że nawet piewcy „żyrandolowej prezydentury” dostrzegli poważną rolę Bronisława Komorowskiego i uznali, że ma on udział w stworzeniu tej groteskowej konstrukcji. Jednak tylko pozornie wydaje się ona pozbawiona sensu.
Marionetkowy premier i niekompetentni ministrowie, dają gwarancję, że nikt nie będzie  przeszkadzał w realizacji planów Belwederu. Dotyczy to szczególnie obszarów: zarządzania armią, zwiększenia nakładów na przemysł zbrojeniowy, polityki zagranicznej oraz kontroli nad służbami specjalnymi. Nominacja Schetyny, pozostawienie Siemoniaka oraz powierzenie MSW osobie całkowicie przypadkowej, dowodzi, że lokator Belwederu zapewnił sobie realny wpływ na najważniejsze resorty i stał się faktycznym decydentem w sprawach bezpieczeństwa. Jeśli nie musi już tego ukrywać, oznacza to, że zbliżamy się do momentu, w którym reżim prezydencki przechodzi do ofensywy.
Taka sytuacja nie powinna zaskakiwać. Odsunięcie nadto skompromitowanego Donalda Tuska i kilku innych osób, szczególnie zaangażowanych w sprawę kłamstwa smoleńskiego, jest zabiegiem od dawna planowanym i korzystnym dla triumwiratu III RP. O strategii „nowego rozdania” pisałem już przed dwoma laty. W tle obecnej roszady znajdziemy bez wątpienia interesy środowiska belwederskiego, ale ma ona również szerszy wymiar dotyczący interesów rosyjskich i niemieckich. 
Dotychczasowa ekipa nie tylko traciła poparcie Polaków, ale stawała się coraz bardziej nieskutecznym i uciążliwym przedmiotem w rozgrywkach europejskich. Ludzie Donalda Tuska współdziałali z Putinem przeciwko polskiemu prezydentowi i stali się zakładnikami kłamstwa smoleńskiego. Wiedza o tych działaniach, dawała Rosjanom potężne narzędzia nacisku i mogła być wykorzystana w rozgrywkach międzynarodowych. Informacje o spotkaniach z wysłannikami Putina, czy ustalenia dotyczące współpracy w obszarze służb specjalnych, są jednak mocno niewygodnym depozytem. Oczywiście - nie dlatego, iżby Tusk i spółka odważyli się wykorzystać tę wiedzę lub próbowali uwolnić od kurateli Moskwy. Jest to raczej kłopot, jaki sprawia skompromitowany i wyeksploatowany wspólnik, dla przestępcy, który potrzebuje nowych twarzy i ludzi nieobarczonych „błędami przeszłości”.
W takiej konfiguracji – szef rządu III RP, rozdarty między moskiewskimi powinnościami, apetytem na unijną posadę i rolą „chłopca do poklepywania” dla Merkel – był nie tylko kłopotliwym, ale mało wydajnym pomocnikiem. Odsunięcie go na pozycję unijnego figuranta, pozwoliło zadowolić ambicje pani Merkel i zagwarantowało nienaruszalność wpływów rosyjskich.
Błędem jednak byłoby sądzić, że mamy do czynienia z „rosyjską grą”, w której ekipa Tuska odgrywa rolę ofiary. W takiej koncepcji, chętnie wspieranej przez niektórych publicystów, kryje się szczególnie wredna sugestia. Bo jeśli za obecną hucpą stoi Moskwa, w doskonałym świetle stawia to ekipę Tuska, jako tych, którzy byliby niewygodni dla Putina. Tymczasem Rosja, wprawdzie miesza w naszym politycznym kotle, to gry i kombinacje operacyjne są dokonywane rękami rodzimych kreatorów. Wymiana jednej grupy na mniej skompromitowany model, nie wymaga angażowania moskiewskich przyjaciół. Dość, by akceptowali takie działania.

piątek, 11 lipca 2014

BELWEDER IDZIE NA WOJNĘ


Po raz kolejny znajdujemy potwierdzenie, że określanie lokatora Belwederu mianem „malowanego prezydenta” lub przypisywanie mu „żyrandolowej” nieudolności, jest nie tylko aktem rażącej głupoty, ale powinno być podciągnięte pod zarzut celowej dezinformacji. 
Projekt ustawy o zmianie ustawy o powszechnym obowiązku obrony Rzeczypospolitej Polskiej oraz niektórych innych ustaw, skierowany dziś przez Komorowskiego do Sejmu, to bodaj najgroźniejszy pomysł legislacyjny powstały w środowisku Belwederu, związany z budową reżimu prezydenckiego.  
Jak już wielokrotnie przypominałem, od czasu objęcia stanowiska prezydenta, Bronisław Komorowski wykazuje zaangażowanie w bardzo szczególnym obszarze polityki. Obejmuje on sprawy bezpieczeństwa, wojskowości i służb specjalnych. Jedną z pierwszych inicjatyw ustawodawczych polityka PO, była nowelizacja ustawy o stanie wojennym oraz kompetencjach Naczelnego Dowódcy Sił Zbrojnych. Na jej podstawie lokator Belwederu uzyskał prawo, by na wniosek Rady Ministrów wprowadzić stan wojenny lub stan wyjątkowy w sytuacji „szczególnego zagrożenia dla ustroju państwa” lub w przypadku  „działań w cyberprzestrzeni” – przy czym definicje tych zagrożeń nie zostały nigdy sprecyzowane, co pozwala ich autorom na dowolną interpretację. Uchwalona w ekspresowym tempie nowelizacja dawała  Komorowskiemu realne narzędzie, przy pomocy którego można np. anulować każdy niekorzystny werdykt wyborczy, lub zablokować zmiany groźne dla układu rządzącego.
Opiniując belwederski projekt, prof. dr hab. Andrzej Szmyt, ekspert ds. legislacji w Biurze Analiz Sejmowych, wyrażał poważne wątpliwość, co do potrzeby i kształtu proponowanej nowelizacji i zwracał uwagę, że termin „działania w cyberprzestrzeni” nie został w żaden sposób zdefiniowany i jest terminem „o nieustalonej treści normatywnej, raczej dość potoczną „zbitką pojęciową”. Zdaniem prof. Szmyta „prawne dookreślenie tego pojęcia ma istotne znaczenie, gdyż wiąże się z konsekwencjami w sferze praw i wolności człowieka i obywatela”.
Szereg propozycji prawnych oraz tzw. rekomendacji, zawarto w sztandarowym dziele belwederskich strategów - Strategicznym Przeglądzie Bezpieczeństwa Narodowego (SPBN), w ramach którego powstały koncepcje dokonywanej już „reformy służb specjalnych” oraz  „reformy systemu dowodzenia siłami zbrojnymi” i „modernizacji technicznej i finansowania sił zbrojnych”.
Kilka legislacyjnych posunięć zwiększyło wpływy Belwederu na armię (w tak newralgicznych kwestiach, jak obsada najwyższych stanowisk, rozbudowa „potencjału obronnego” i modernizacja przemysłu zbrojeniowego)  oraz dało podstawę do wdrożenia prezydenckiej „koncepcji kułaka”, w której znacząco ograniczono uprawnienia cywilnego wywiadu i kontrwywiadu, utworzono nową służbę (Narodowe Centrum Kryptologii) i umocniono formacje wojskowe. Przeprowadzone w ramach tego projektu roszady personalne, polegały na zastąpieniu złych, nieudolnych (lecz powiązanych z PO) szefów służb i ministerstw, ludźmi „drugiego szeregu”, równie bezbarwnymi, jak bezwolnymi wobec dyspozycji Belwederu. Nie tylko osłabiło to władzę Tuska i jego marionetkowych ministrów, lecz pozwoliło przesunąć centrum decyzyjne w sprawach bezpieczeństwa w stronę środowiska belwederskiego.

środa, 7 maja 2014

2015 – WYBÓR W CIENIU ROSJI


Odkrywcze stwierdzenie -„na Ukrainie trwa wojna”, wygłoszone przez premiera i powtórzone przez ministra obrony narodowej w trzy miesiące po zbrojnej napaści Rosjan, można byłoby uznać za kolejny dowód kompromitującej ignorancji. Po latach rządów PO-PSL, dowód w zasadzie zbędny i nie wnoszący dodatkowej wiedzy o kompetencjach ludzi reżimu.
W podobnych kategoriach można oceniać występy gen. Skrzypczaka, do niedawna wiceministra obrony narodowej, który 16 kwietnia br. podzielił się ze słuchaczami fachową oceną wydarzeń i zawyrokował, iż  wejście regularnych wojsk rosyjskich na Ukrainę jest kwestią godzin”. Ponieważ następnego dnia nikt nie zapytał pana generała o wiarygodność jego prognoz, może on nadal opowiadać Polakom o sile rosyjskiej armii i wygłaszać w mediach swoje  analizy.      
Realny stan naszego bezpieczeństwa warto również oceniać w kontekście wystąpień szefa BBN. Rozliczne wypowiedzi gen. Kozieja, mogłyby stanowić ciekawy materiał badawczy dla profesjonalnych analityków, niekoniecznie z dziedziny wojskowości. Belwederski strateg potrafił jednego dnia (3.03.br) wyznać – „jesteśmy zagrożeni(…) nie można wykluczyć inwazji na Polskę”, by niewiele dni później (18.03.) podzielić się stwierdzeniem - "nie zagraża nam żadna militarna interwencja" i skonkludować (2.04.) – „zapewniam, jesteśmy bezpieczni”.
Po siedmiu latach rządów obecnego reżimu i doświadczeniach związanych z tragedią smoleńską, zbędne byłoby uzasadniać, że Polska jest krajem bezbronnym i zależnym od Moskwy. Poziom bezpieczeństwa narodowego wyznacza nie tylko rażąca niekompetencja członków rządu, słabość polskiej amii czy brak profesjonalnych służb ochrony państwa, ale decyduje o nim stan bezwzględnej podległości wobec kremlowskiego watażki – wytyczony ustaleniami z września 2009 roku, potwierdzony tragedią smoleńską i usankcjonowany procesem „pojednania” polsko-rosyjskiego.    
Wprawdzie rządowe ośrodki propagandy (przy wydatnym wsparciu opozycji) sprawnie wykreowały Komorowskiego i Tuska na krytyków, a nawet przeciwników Putina, ta wizja nie znajduje oparcia w rzeczywistości. Jedynym miernikiem intencji grupy rządzącej jest sprawa Smoleńska i póki w tym obszarze nie nastąpią zmiany, nie wolno nawet dywagować o reprezentowaniu przez tych ludzi polskiej racji stanu.
Choćby z tej przyczyny, zachowania polityków opozycji „wspierających wysiłki rządu w sprawie Ukrainy” są nie tylko daremne, ale służą fałszowaniu rzeczywistości i wprowadzają w błąd milionów Polaków.

wtorek, 17 grudnia 2013

CENA BŁĘDÓW I PRZEMILCZEŃ


Nawet wybitni „fachowcy od bezpieczeństwa” z belwederskiego BBN wiedzą, że bez trafnego odczytania intencji przeciwnika nie uda się zbudować dobrej strategii. Opozycja, która myśli o przejęciu władzy nie może więc zaniechać analizowania zachowań reżimu, biorąc przy tym pod uwagę, że błędne konkluzje będą ją kosztować znacznie więcej niż utrata futurystycznych „wyników poparcia” ze strony rządowych sondażowni.
Tymczasem prawidłowa ocena decyzji politycznych w obszarze służb specjalnych oraz działań na linii Belweder-rząd, jest dziś dla opozycji nie lada problemem. O ile można zrozumieć, że „nasze” media i publicyści wypisują  wierutne fantazje na temat reformy służb (nie widząc nawet jej autorów i nie dostrzegając końcowego celu) lub dokonują oceny decyzji personalnych w oparciu o plotki krążące w tzw. środowisku, o tyle nie sposób pogodzić się z faktem, że kardynalne błędy popełniają sami politycy opozycji oraz ludzie związani ze służbami.
Gdy poseł PiS nazywa niedawną dymisję gen. Noska "dobrym dniem dla demokracji” i chwali Donalda Tuska za „wsłuchanie się w słowa opozycji”, z pewnością zachowuje normy politpoprawności, a nawet przekonuje kilku wyborców o własnej skuteczności. Niewykluczone, że za kilka miesięcy, gdy obecnego szefa SKW zastąpi żołnierz zawodowy, pan poseł będzie  mógł powtórzyć swoją „pochwałę demokracji”.
Jeszcze lepszy efekt - budowania na piasku mitologii „silnego szefa MSW”, osiąga inny poseł opozycji perorując, iż „Bartłomiej Sienkiewicz, chce jak najszybciej przejąć służby specjalne w Polsce i podporządkować je sobie. Pierwszym przykładem była dymisja gen. Krzysztofa Bondaryka z funkcji szefa ABW, a teraz przyszła kolej na gen. Noska i zapewne czekają nas następne dymisje”.
Jakie zaś intencje przyświecają tym, którzy sugerują, jakoby odejście gen. Skrzypczaka to taka sprawa „Szeremietiew-bis” i każą nam widzieć w tej postaci „człowieka honoru” – nie chcę dociekać.
Pewne jest, że za błędy popełniane w tak ważnych obszarach spraw publicznych, trzeba płacić adekwatną cenę. Poseł Kaczmarek chwaląc we wrześniu br. „demokrację” III RP podzielił się również swoimi oczekiwaniami związanymi z dymisją gen. Noska i wyznał: „Liczę, że skończą się działania inwigilujące działaczy opozycji, mówię o podsłuchach, obserwacji, które stosował Janusz Nosek wobec polityków PiS. Szafę Lesiaka już przeżyliśmy, znamy to z historii, jak opozycja była inwigilowana przez służby. Dość tych haniebnych praktyk.”

piątek, 25 października 2013

WOKÓŁ STANU WOJENNEGO


Niewiele osób pamięta, że jedną z pierwszych inicjatyw ustawodawczych Bronisława Komorowskiego, była nowelizacja ustawy o stanie wojennym oraz kompetencjach Naczelnego Dowódcy Sił Zbrojnych. Została ona przyjętą przez Sejm w błyskawicznym tempie. Celem noweli (jak zapewniał posłów minister Stanisław Koziej), było wprowadzenie do obiegu prawnego „kategorii cyberprzestrzeni”, a prezydencki projekt miał powstać w związku z pracami Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego (SPBN).
Na pytanie zadane wówczas Koziejowi przez jednego z posłów PiS, skąd tak wielki pospiech, padła odpowiedź: „Każdy miesiąc zwłoki we wprowadzeniu podstaw prawnych dla praktycznych działań w zakresie bezpieczeństwa w cyberprzestrzeni jest czasem straconym. […] Nie widzę powodu, aby zwlekać, tylko dlatego, że ktoś z niezrozumiałych powodów insynuuje, iż prezydent chciałby wykorzystać nowe regulacje dla łatwiejszego wprowadzenia stanu wojennego, bo ktoś w Internecie na niego czyha.”
Rzeczywiście, przyjęta tuż przed wyborami 2011 roku nowela mogła stanowić skuteczne narzędzie reżimu prezydenckiego, pozwalała bowiem na wprowadzenie stanu wojennego w sytuacji „zewnętrznego zagrożenia państwa, w tym spowodowanego działaniami o charakterze terrorystycznym lub działaniami w cyberprzestrzeni”.
Zagrożenia te definiowano jako „celowe działania, godzące w niepodległość,  niepodzielność terytorium, ważny interes gospodarczy Rzeczypospolitej Polskiej lub zmierzające do uniemożliwienia albo poważnego zakłócenia normalnego funkcjonowania państwa”.
Opiniując belwederski projekt, prof. dr hab. Andrzej Szmyt, ekspert ds. legislacji w Biurze Analiz Sejmowych, wyraził wątpliwość co do potrzeby i kształtu proponowanej nowelizacji i zwrócił uwagę, że termin „działania w cyberprzestrzeni” nie został w żaden sposób zdefiniowany i jest terminem „o nieustalonej treści normatywnej, raczej dość potoczną „zbitką pojęciową”. Zdaniem prof. Szmyta „prawne dookreślenie” tego pojęcia ma istotne znaczenie, gdyż „wiąże się z konsekwencjami w sferze praw i wolności człowieka i obywatela.

czwartek, 22 sierpnia 2013

ANTYTUSKOWA REFORMA SŁUŻB


Gdyby planowaną obecnie reformę służb oceniać na podstawie niektórych komentarzy, mogłoby się okazać, że mamy do czynienia z pierwszym w historii III RP przypadkiem, gdy ośrodek rządowy dobrowolnie ogranicza swoje wpływy na formacje specjalne i pozbawia partię rządzącą jej „zbrojnego ramienia”. Większość obserwatorów jest bowiem zdania, że decydentami reformy są ludzie z ekipy Tuska.
Wówczas jednak trzeba zmierzyć się z pytaniami: dlaczego reżim PO-PSL miałby dążyć do ograniczenia uprawnień ABW i wzmacniania kompetencji służb wojskowych? Jaki cel miałaby reforma degradująca służbę podległą premierowi i tworząca nową, potężną formację (z połączenia Agencji Wywiadu ze Służbą Wywiadu Wojskowego) podporządkowaną słabemu szefowi MON? Dlaczego Tusk miałby rezygnować z nadzoru nad ABW i powierzyć Agencję ministrowi spraw wewnętrznych? Jaki interes miałaby grupa rządząca oddając swoje uprawnienia na rzecz „niezależnego zespołu” (powoływanego przez Sejm na sześcioletnią kadencję), który kontrolowałby operacje służb specjalnych?
Pytania można mnożyć, a jest ich tym więcej, że przez ostatnie pięć lat byliśmy świadkami procesu głębokiej „bondaryzacji” służb i ciągłego poszerzania uprawnienia Agencji. Decyzje legislacyjne podejmowane przez reżim w sprawach bezpieczeństwa zmierzały zawsze do skupienia władzy w rękach Krzysztofa Bondaryka i uczynienia z ABW „zbrojnego ramienia” partii rządzącej. To on i kierowana przezeń formacja mieli być gwarantem trwałości triumwiratu służb, biznesu i polityki i chronić interesy układu rządzącego.
Co zatem sprawiło, że Tusk przyjmuje nagłą dymisję Bondaryka, chce zdegradowania największej służby specjalnej i w najtrudniejszym okresie przedwyborczym pozbywa się narzędzi, dzięki którym mógłby odbudować swoją pozycję i kontrolować procesy społeczno-gospodarcze?
            Szukanie wyjaśnień w sferze emocji lub kojarzenie reformy ze sprawą Amber Gold, jest oczywistym nieporozumieniem. Na długo przed tym, nim afera ujrzała światło dzienne obserwowaliśmy masowe ucieczki funkcjonariuszy ABW (do sierpnia 2012 roku odeszło 345 osób) oraz wymuszone dymisje wszystkich zastępców Bondaryka. Najwyraźniej już wówczas wiedziano o planowanych zmianach i utracie przywilejów. Sama zaś afera, rozgrywana przez ośrodki propagandy i nakręcana kontrolowanymi „wrzutkami”, przypominała raczej kombinację operacyjną w wykonaniu służb konkurencyjnych wobec ABW i wyglądała niczym „propozycja nie do odrzucenia” złożona premierowi. Fakt, że wtedy właśnie rząd pospieszył ze zmianami w służbach i ogłosił założenia reformy pozwala dostrzec, co było przedmiotem owej propozycji.
Planowane obecnie zmiany można określić nie tylko mianem „antyrządowych”, ale uznać, że w najmniejszym stopniu nie zabezpieczają interesów Tuska i jego partyjnych kamratów. Jeśli zaś rząd niewiele potrafi powiedzieć o konkretach, to tylko dlatego, że sami ministrowie wydają się nie znać szczegółów swojej „rządowej reformy”.

sobota, 29 czerwca 2013

NASI I OBCY – W STRONĘ UKŁADU WARSZAWSKIEGO

Władza nie może się odcinać szyframi i kodami od społeczeństwa”– perorował przed rokiem szef BBN Stanisław Koziej, gdy hakerzy zaatakowali „zabezpieczone przez ABW” strony kancelarii premiera i złamali supertajne hasła „admin” i „admin1”. Koziej najwyraźniej lekceważył wówczas zagrożenie związane z akcją grupy Anonymus i usprawiedliwiał rządzących, że przecież „każdy zostawia te loginy jakie mu zostawiono. A my nie mamy jeszcze świadomości życia w cyberprzestrzeni”. Gdy w marcu br. haker-filantrop dokonał kolejnego włamania do sieci kancelarii premiera, kancelarii prezydenta, MON i MSZ, BBN również nie wykazało niepokoju, a w wydanym komunikacie stwierdzono jedynie, iż "Kancelaria Prezydenta RP jest świadoma incydentu informatycznego związanego z bezpieczeństwem sieci teleinformatycznej KPRP”.
Jakże inną reakcję szefa BBN mogliśmy zobaczyć przed kilkoma dniami, gdy światowe media obiegły „rewelacje” rozgłaszane przez Edwarda Snowdena - pracownika CIA, najprawdopodobniej zwerbowanego przez chiński wywiad. Koziej zapytany - jak chronione są w internecie instytucje państwowe, przytoczył przykład zeszłorocznych protestów przeciwko ACTA i stwierdził -"Okazało się wówczas, że nie ma większych kłopotów z buszowaniem w cyberprzestrzeni wszystkich instytucji państwowych. Co więcej, zabezpieczenia przed włamaniami na te strony okazały się bardzo słabe". Zdaniem Kozieja "dla uporządkowania działań potrzebne jest przyjęcie cyberstrategii państwa, która nakreśli priorytety i wskaże skoordynowane kierunki działania instytucji. W cyberprzestrzeni nie może być działów administracji rządowej" – podkreślił minister i zapowiedział, że BBN ma plany, by rozpocząć prace nad taką strategią.
Mogłoby się wydawać, że w ocenie prezydenckiego urzędnika, ataki hakerów na strony rządowe oraz włamania do skrzynek ministerialnych niosą mniejsze zagrożenie dla bezpieczeństwa III RP niż program amerykańskiej  Narodowej Agencji Bezpieczeństwa. Swoją obecną reakcję Koziej tłumaczy nam jednak troską o …dobro obywateli. „Zwykli obywatele są zupełnie bezbronni w internecie i nie zdają sobie sprawy ze skali zagrożeń takich jak PRISM” – podkreśla szef BBN.

czwartek, 18 kwietnia 2013

DOKTRYNA KOMOROWSKIEGO


9 kwietnia br.  Rada Ministrów podjęła uchwałę w sprawie przyjęcia „Strategii rozwoju systemu bezpieczeństwa narodowego Rzeczypospolitej Polskiej 2022”. Dokument zakłada budowę „zintegrowanego systemu bezpieczeństwa opartego na sojuszniczych i bilateralnych zabezpieczeniach oraz stopniowo rozbudowywanym własnym potencjale cywilno-militarnym” i stanowi bezpośrednią „implementację” tez autorskiego projektu gen. Kozieja - Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego (SPBN). Poziomem ogólnikowości i niejednoznaczność dorównuje temu wiekopomnemu dziełu, a choć zawiera wiele niepokojących i „rewolucyjnych” stwierdzeń, nie wywołał najmniejszego zainteresowania mediów i opozycji.
12 kwietnia br. Bronisław Komorowski podpisał nowelizację ustawy o modernizacji technicznej i finansowaniu Sił Zbrojnych. Ma ona zagwarantować finansowanie tzw. „polskiej tarczy antyrakietowej” – niedorzecznego pomysłu ogłoszonego przez Komorowskiego w ubiegłym roku. Nowelizacja będzie obowiązywać w latach 2014-2023. Przewiduje ona, że w ramach 1,95 proc. PKB, które co roku w budżecie jest zapisywane na obronność, kwoty wynikające ze wzrostu gospodarczego będą przeznaczane na wyposażenie wojska w środki obrony przeciwrakietowej i przeciwlotniczej. Recenzję tego projektu przedstawiłem w tekście „POLSKA TARCZA – ROSYJSKI POLIGON” z sierpnia 2012.  Zakładając optymistycznie, że budowa systemu musiałaby kosztować kilkanaście miliardów dolarów - ze względu na ograniczenia i niewydolność budżetową III RP, jest to projekt w zupełności nierealny.
Wprawdzie „polska tarcza” nie zostanie nigdy zbudowana, pozwoli jednak na polityczną eksploatację tezy o tworzeniu „własnego potencjału obronnego” oraz generowanie olbrzymich środków na rzecz środowisk związanych z przemysłem zbrojeniowym. Pomysł ten może mieć zatem związek z reaktywacją wpływów byłych WSI i należy go oceniać w kontekście planów politycznych związanych z budową reżimu prezydenckiego. Jednym z elementów planu wydaje się zamysł powierzenia ludziom byłych WSI nadzoru nad technologiami wojskowymi oraz zaangażowanie w procesy gospodarcze związane z modernizacją Sił Zbrojnych. Warto ponownie zwrócić uwagę na wypowiedź prof. Jadwigi Staniszkis dla 5 numeru pisma „Rzeczy Wspólne", z sierpnia 2011 roku. Znana socjolog stwierdziła, że lokator Belwederu „mógłby – i powinien – patronować odbudowie polskiego przemysłu”, dodając, że „kołem zamachowym naszej gospodarki mogłyby być technologie wojskowe”. Zachęcając zaś czytelników do „spojrzenia na polską rzeczywistość z lotu ptaka”, prof. Staniszkis uznała, że „to, co było dotychczas dla mnie jedną z największych wad prezydenta Komorowskiego, to, że w jego otoczeniu są ludzie z dawnych Wojskowych Służb Informacyjnych, być może okaże się zaletą".

czwartek, 7 marca 2013

USTAWA O REAKTYWACJI WSI


W cieniu symulowanych konfliktów, medialnych inscenizacji i nagłaśniania tematów zastępczych, postępuje proces budowy reżimu prezydenckiego. Środowisko skupione wokół Belwederu, nie napotykając najmniejszych przeszkód ze strony opozycji sprawnie pokonuje kolejne etapy i narzuca „implementację” wyników Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego (SPBN). Rozwiązania te pełnią rolę narzędzia w wykreowaniu legislacyjnych podstaw nowego reżimu, służą uzasadnieniu prorosyjskiej „koncepcji bezpieczeństwa” i zmierzają wprost do konsolidacji struktur siłowych, na których oprze się fundament władzy prezydenckiej. 
Belwederski plan składa się w istocie z dwóch założeń: reformy dowodzenia Siłami Zbrojnymi RP, mającej na celu wzmocnienie lobby wojskowego i poszerzenie zakresu zwierzchnictwa prezydenta nad armią oraz z dogłębnej przebudowy służb specjalnych, dokonywanej pod hasłem „integracji i koordynacji”, której efektem będzie m.in. wyłonienie nowej formacji (powstałej z połączenia Agencji Wywiadu ze Służbą Wywiadu Wojskowego) – jako „zbrojnego ramienia” reżimu prezydenckiego. Prezydent sprawujący zwierzchnictwo nad SZ RP, za pośrednictwem ministra obrony narodowej, będzie nie tylko faktycznym decydentem w kwestiach bezpieczeństwa, ale uzyska realny wpływ na działania potężnej służby.
Rządowi Donalda Tuska powierzono rolę wykonawcy planów, przy czym dyspozycyjność w tym zakresie wydaje się dziś decydująca w kwestii przyszłość rządu. Opinia wyrażona niedawno przez gen. Kozieja, iż „obrany kierunek zmian jest zbieżny z wnioskami ze Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego”, a „w obecnej chwili nie ma różnic w tym zakresie pomiędzy ośrodkiem prezydenckim a strukturami rządowymi” – pozwala przypuszczać, że jest to układ nadal stabilny.

czwartek, 31 stycznia 2013

BELWEDERSKA STRATEGIA BANAŁÓW I PRZEMILCZEŃ


Lektura dzieła zatytułowanego „Główne ustalenia i rekomendacje Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego” (SPBN) nie należy do rzeczy łatwych. Stopień ogólnikowości, bezzasadna komplikacja, powszechne stosowanie pseudonaukowych zwrotów branżowych oraz rażąca niejednoznaczność przekazu - czynią z tego opracowania dokument nieczytelny, poprzez swoją formę zbliżony do produktów „minionego okresu”.
Krótki cytat pozwoli zrozumieć, na czym polegał problem autora, zmagającego się z pięknem ojczystego języka:
Opcja zrównoważonego integrowania systemu bezpieczeństwa narodowego to przygotowanie systemu bezpieczeństwa narodowego do zrównoważonego wykorzystywania zarówno szans wynikających ze współpracy międzynarodowej, jak i racjonalnie umacnianych zdolności sukcesywnie integrowanego narodowego potencjału bezpieczeństwa, którego priorytety rozwojowe koncentrowałyby się jednak wokół zadań związanych z zapewnieniem bezpośredniego bezpieczeństwa Polski. Jest to opcja ekstrapolacji obecnych kierunków transformacji systemu bezpieczeństwa.”
Analiza językowa dzieła wykazałaby zapewne intrygujące źródła inspiracji, jednak na potrzeby niniejszego artykułu przyjmijmy, że uczona retoryka jest uzasadniona „pionierskim charakterem SPBN”, o czym zapewnia nas autor dokumentu – gen. Stanisław Koziej.
Zachęcony deklaracją szefa BBN, iż „Przegląd zapoczątkował nową jakość w polskiej kulturze i myśli strategicznej, a jego sukcesem jest uruchomienie społecznej debaty o sprawach bezpieczeństwa narodowego”, podjąłem jednak trud lektury „głównych ustaleń”, w nadziei uzyskania „kompleksowej i interdyscyplinarnej” wiedzy.

czwartek, 10 stycznia 2013

POWRÓT LUDZI W BRĄZOWYCH BUTACH


Odejście Krzysztofa Bondaryka nie jest żadną niespodzianką. Można się jedynie dziwić, że szef ABW tak długo ostał się na stanowisku i dopiero teraz został „poproszony” o ustąpienie. Pośpiech, z jakim to zrobiono, nie zasięgając nawet opinii sejmowej komisji ds. służb specjalnych, przypomina natomiast tryb, w jakim przed pięciu laty powołano Bondaryka – bez przeprowadzenia konsultacji, nie czekając na opinię prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Antoni Macierewicz skomentował wówczas tę decyzję słowami, które wydają się odpowiednie również do obecnej sytuacji – „nie wiem, jakie powody kierowały panem premierem Tuskiem żeby dokonać takiego wyboru, czy w jakiej sytuacji pan Tusk się znalazł jako premier, może jako polityk, że uznał, że musi podjąć taką decyzję”.
Powołanie wówczas na szefa największej służby specjalnej właśnie Krzysztofa Bondaryka – człowieka związanego z postkomunistyczną oligarchią, uwikłanego w niejasne interesy i owładniętego pasją gromadzenia komprmateriałów – było decyzją optymalną, zapewniającą układowi rządzącemu realizację celów politycznych i biznesowych. Nie miało nic wspólnego z profesjonalizmem kandydata, a tym bardziej z dobrem służb specjalnych lub bezpieczeństwem państwa. Gwarantowało natomiast nienaruszalność interesów oligarchii i wpływów ludzi peerelowskich służb. Trzeba pamiętać, że późniejsze regulacje prawne w sferze bezpieczeństwa, zmierzały w kierunku zbliżonym do rozwiązań rosyjskich i dotyczyły m.in. centralizacji specłużb, przeprowadzonej zgodnie z sowieckim modelem „kułaka” – czyli „zaciśnięcia” wszystkich formacji wokół jednej struktury działającej na wzór KGB. Przez ostatnie pięć lat, rolę tę doskonale spełniała Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, wyposażona w potężne instrumenty nadzoru nad procesami gospodarczymi i przepływem informacji. Wszystkie regulacje łączył wspólny mianownik - prowadziły do zwiększania uprawnień służb oraz rozbudowy systemu kontroli nad społeczeństwem.

czwartek, 3 stycznia 2013

TOWARZYSZE OD BEZPIECZEŃSTWA


Projekt Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego (SPBN) został podjęty natychmiast po zaprzysiężeniu nowego prezydenta i miał stać się sztandarową inicjatywą Bronisława Komorowskiego.  Tymczasem wiele wskazuje, że mamy do czynienia z realizacją autorskiego pomysłu gen. Stanisława Kozieja, a do prac nad narodowym bezpieczeństwem zaangażowano osoby z prywatnej uczelni i fundacji, w szef BBN zasiadał do niedawna jako członek rady nadzorczej.
Przed siedmioma laty Stowarzyszenie Euro-Atlantyckie (SEA) zorganizowało spotkanie panelowe poświęcone "Strategicznemu przeglądowi obrony". Ówczesny prezes SEA, Bronisław Komorowski zaprosił na nie gen. Stanisława Kozieja - wykładowcę Akademii Obrony Narodowej, który przedstawił gościom swoją koncepcję przeprowadzenia Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa. Prelegent wyraził wówczas opinię, że  – „zadanie to powinna podjąć albo Rada Bezpieczeństwa Narodowego przy Prezydencie z Biurem Bezpieczeństwa Narodowego w głównej roli wykonawczej, albo nieistniejąca, niestety, rządowa struktura ponad resortowa do spraw bezpieczeństwa narodowego.
Kilka miesięcy później, w listopadzie 2005 roku, gen. Koziej został powołany na stanowisko podsekretarza stanu w MON. 26 lipca 2006 podał się do dymisji, uzasadniając ją tym, iż nie chce własnym nazwiskiem firmować zmian, z którymi się nie zgadza. Chodziło o plany reformy Sztabu Generalnego oraz projekty prezydenta Kaczyńskiego dotyczące zwiększenia liczebność armii.

środa, 28 listopada 2012

BELWEDERSKI „ZAMACH”


W sprawie rzekomego zagrożenia terrorystycznego ze strony osoby motywowanej „względami narodowościowymi, nacjonalistycznymi i ksenofobicznymi” -mamy do czynienia z elementami klasycznej dezinformacji manipulacyjnej.
Kombinacja ta, stosowana często przez peerelowskie służby bezpieczeństwa polegała na przesyłaniu określonych (zwykle fałszywych) treści ukierunkowanych na grupę lub środowisko będące przedmiotem manipulacji. Ich oddziaływanie miało wpływać na zachowanie poszczególnych członków grupy i umożliwiać sterowanie zachowaniami. Dla zapewnienia sterowania niezbędne było posiadanie wewnątrz grupy agenta lub agentów, inspirujących określone działania i reakcje. Zadanie agentów polegało również na zapewnieniu pożądanego odbioru impulsów kierowanych przez służbę bezpieczeństwa. Gdy poddana manipulacji grupa próbowała dokonać „czynu zabronionego”, następowała interwencja bezpieki, sprawę nagłaśniano propagandowo i ogłaszano jako sukces w walce z opozycją. Wielu z nas pamięta relacje telewizyjne z lat 80. ,w których pokazywano arsenały zabezpieczone rzekomo podczas „likwidacji grup terrorystycznych i kryminalnych”. Niektóre z tych „sukcesów” były efektem stosowania opisanej tu prowokacji. Interweniowano wówczas, gdy wymagały tego względy propagandowe, gdy bezpieka potrzebowała spektakularnego osiągnięcia lub rządzący chcieli uzyskać uzasadnienie dla zwiększenia represji.