Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą afera podsłuchowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą afera podsłuchowa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 września 2011

W SIECI

Stosowanie podsłuchów wobec prezydenta Lecha Kaczyńskiego oraz wprowadzenie jego danych do bazy wiedzy operacyjnej Centrum Antyterrorystycznego ABW (CAT) nie było jednostkowym incydentem, lecz stanowiło element szeroko zakrojonej akcji inwigilacji głowy państwa przez rząd Donalda Tuska.
Oceniając zdarzenia z lat 2008-2009, można dojść do wniosku, że już wówczas wokół prezydenta stosowano rozliczne działania operacyjne, a służby podległe premierowi otoczyły głowę państwa siecią obserwacji i podsłuchów.
Jako pretekst do rozpoczęcia działań wykorzystano śledztwo dotyczące przecieku z raportu CAT na temat wyjazdu Lecha Kaczyńskiego do Gruzji.  ABW domagała się, by prokuratura ustaliła źródło przecieku do prasy poufnego dokumentu złożonego w większości z ogólnodostępnych informacji prasowych.

Wytaczanie armat

W toku śledztwa prokuratura przesłuchała dziesiątki świadków, m.in. premiera, marszałków Sejmu i Senatu oraz sprawdzała billingi urzędników z Kancelarii Prezydenta. Sięgnięto również do zapisów połączeń Lecha Kaczyńskiego i jego małżonki.. Na podstawie billingów i danych z BTS-ów przeprowadzano eksperymenty, mające wykazać gdzie poruszali się prezydenccy ministrowie, gdzie poruszał się prezydent, z kim się kontaktował i jak długo trwały rozmowy.
Trudno przypuszczać, by waga ewentualnego przestępstwa - ujawnienia zaledwie poufnego(niższa kategoria klauzuli tajności) dokumentu, usprawiedliwiała zakres podjętych wówczas czynności.
Dzięki informacjom ujawnionym przez Gazetę Polską wiemy dziś, że 25 października 2008 dane Lecha Kaczyńskiego wprowadzono do Bazy Wiedzy Operacyjnej CAT, co oznaczało, że od tej chwili wobec głowy państwa można było stosować wszelkie rodzaje inwigilacji, w tym podsłuch telefoniczny. Ponieważ w III RP obowiązuje pereelowska zasada rozdzielenia czynności operacyjnych od procesowych, istnieje możliwość nieograniczonego gromadzenia danych na temat każdej osoby, bez żadnej weryfikacji sądowej, a informacje operacyjne o obywatelu można zbierać bez planu ich wykorzystania w sądzie. Stosowanie podsłuchu zwykłych telefonów nie nastręcza służbom żadnych problemów. ABW mogła podać jedynie sam numer prezydenckiego telefonu, nie informując nawet, w jakiej sprawie prowadzona jest kontrola operacyjna, ani do kogo należy aparat. Gorzej, gdy trzeba podsłuchać rozmowy prowadzone przez specjalne aparaty.
Warto przypomnieć, że niemal w tym samym czasie, gdy CAT zainteresowało się Lechem Kaczyńskim, prezydent otrzymał od ABW specjalny telefon komórkowy z możliwością szyfrowania. Dotychczas posługiwał się prywatnym telefonem oraz ośmioletnim służbowym aparatem komórkowym. Te jednak miały zbyt niski poziom bezpieczeństwa: można przez nie wymieniać jedynie informacje zastrzeżone na bardzo ogólny poziomie. Nowy aparat miał zapewnić poufność prezydenckich rozmów.

Rozmowy niekontrolowane


Pod koniec 2008 roku ABW przeprowadzała testy sześciu różnych modeli szyfrujących komórek. Bezpieczne telefony miał otrzymać prezydent oraz kilkadziesiąt najważniejszych osób w państwie. Pozwalały one na prowadzenie rozmów poufnych – obecnie na trzecim poziomie klauzuli tajności. Nie wiadomo, jakie telefony trafiły wówczas do Kancelarii Prezydenta.
W  MON i MSZ (dzięki decyzjom Radosława Sikorskiego) stosowany jest komercyjny system BlackBerry autorstwa kanadyjskiej firmy Research in Motion (RIM), wobec którego istnieje szereg poważnych zastrzeżeń dotyczących bezpieczeństwa rozmów. BlackBerry jest systemem nie gwarantującym żadnego poziomu ochrony. Dlatego w wielu krajach UE odchodzi się od tych telefonów, zakazując ich używania w administracji państwowej i poszukuje rozwiązań opartych na własnych systemach kryptograficznych. W Polsce jednak zagraniczny (a zatem niepewny z punktu widzenia bezpieczeństwa) dostawca zmonopolizował kluczowe dla bezpieczeństwa obszary funkcjonowania państwa. Jest to tym dziwniejsze, że mamy w Polsce firmy i rozwiązania spełniające najwyższe normy bezpieczeństwa. Na tyle wysokie, że metod szyfrowania opartych na tym systemie zakazano m.in. w Rosji, na Białorusi i w Chinach, nie mogąc sprostać algorytmom szyfrującym polskiej produkcji. Chodzi o spółkę TechLab2000 i opracowany przez nią system Sylan (System Łączności Niejawnej), oferujący rozwiązania dla analogowych, cyfrowych i bezprzewodowych sieci telefonicznych.
W listopadzie 2008 MON zawarło z TechLab 2000 umowę na dostawę urządzeń szyfrujących systemu Sylan, a konkretnie telefonów szyfrujących ISDN Cygnus Titanium (+) Plus. Jak wynikało z opinii wydanej przez Służbę Kontrwywiadu Wojskowego potwierdzono techniczną przydatność tych urządzeń i uzyskano formalną akceptację możliwości ich wykorzystania w Wojsku Polskim. Jednocześnie stwierdzono, że „poszukiwanie innych wykonawców bez uwzględnienia powyższych treści prowadzić będzie do zwiększenia ryzyka realizacji dostawy na wymaganym poziomie bądź niewykonaniem dostaw dla Sił Zbrojnych RP w latach 2008-2009”.

ABW eliminuje Sylan


Tej pozytywnej opinii służb wojskowych nie podzielała jednak ABW, a spółka TechLab2000 i jej produkty stały się w latach 2008- 2009 przedmiotem zadziwiających działań Agencji. W listopadzie 2009 ujawniono, że producent Sylana z powodu problemów finansowych był zmuszony zastawić dokumentację dotyczącą systemu w spółce Biatel. Ponieważ TechLab nie  wywiązał się ze spłaty zadłużenia w terminie, dokumentacja (zdaniem Biatela) przeszła na własność tej firmy. W tej sprawie ABW złożyła doniesienie do prokuratury, sugerując, iż  mogło dojść do utraty kontroli nad systemem szyfrującym, używanym przez kancelarie premiera i prezydenta. Do dziś nie wiemy: kto podejmował wówczas próby dotarcia do dokumentacji systemu Sylan i dlaczego ABW, sprawująca nadzór kontrwywiadowczy nad tego rodzaju firmami nie zrobiła nic, by zapobiec zagrożeniom?
Okazało się bowiem, że ABW, jako instytucja certyfikująca urządzenia kryptograficzne od 2 lat odmawiała certyfikowania wyrobów TechLab. Doprowadziło to firmę do poważnych problemów finansowych i wymusiło zawarcie umowy o współpracy ze spółką Biatel S.A
W wydanym przez zarząd TechLab2000 oświadczeniu można było przeczytać, że „działania ABW dążą do wyeliminowania systemu SYLAN z rynku w sposób całkowicie bezprawny”. Jako przykład wskazywano, że „w styczniu 2008 roku TechLab  zgłosił do certyfikacji oczekiwany przez administrację publiczną szyfrujący telefon komórkowy Krypton. Odpowiednie badania nie zostały rozpoczęte do dzisiaj. Liczne interwencje zarządu TechLab 2000 w tej sprawie nie przyniosły oczekiwanego efektu a pismo z wnioskiem certyfikacyjnym wystosowane do ABW przez zarząd TechLab 2000 pozostało bez odpowiedzi”.

Gdzie jest telefon prezydenta?


Wiemy, że Sylan był stosowany w Kancelarii Prezydenta i Kancelarii Premiera. Według nieoficjalnych informacji, szef Sztabu Generalnego, gen. Franciszek Gągor, oraz gen Andrzej Błasik używali natomiast telefonów BlackBerry . Po tragedii smoleńskiej Rosjanie nie zwrócili żadnych terminali używanych przez najważniejsze osoby w państwie. Prawdopodobnie trafiły one w ręce rosyjskich służb specjalnych, które, zależnie od poziomu zastosowanych zabezpieczeń – mogły znaleźć w nich wiele interesujących informacji. O takim zagrożeniu informował już 13 maja 2010 r. Washington Times” w artykule Billa Gertza.
Jeśli podczas tragicznego lotu prowadzono rozmowy telefoniczne korzystając z terminali BlackBerry istnieje niemal pewność, że były one podsłuchiwane przez służby innych państw. Amerykańska NSA prowadzi bowiem stały nasłuch państw UE przy pomocy systemu Echelon, a rozmowy prowadzone przez telefony RIM są możliwe do przechwycenia. Gdyby jednak w rozmowach VIP-ów korzystano z aparatów działających w systemie Sylan, rozmowy prowadzone przez prezydenta byłby nieczytelne dla obcych służb, a sam aparat znaleziony na miejscu katastrofy okazałby się nieprzydatny. Chyba, że ktoś dysponowałby pełną dokumentacją systemu Sylan.
W lutym 2008 roku w samolocie Tu-154M, którym podróżował prezydent zainstalowano również nowy telefon satelitarny. W doniesieniach o tym zdarzeniu twierdzono, że zapewnia on łączność szyfrowaną. Tymczasem po 10 kwietnia 2010 r. szefostwo Służby Kontrwywiadu Wojskowego przekonywało, że  „na pokładzie Tu-154M, który rozbił się pod Smoleńskiem, był zwykły telefon satelitarny; nie było tam „tajnych kodów”, urządzeń ani materiałów kryptograficznych”. Nadal otwarte pozostaje pytanie: dlaczego Rosjanie nie wydali dotychczas prezydenckiego „zwykłego” telefonu, i z jakich powodów służby specjalne wykazują zainteresowanie nie kodowanym aparatem?
Do długiej listy pytań związanych z bezpieczeństwem Lecha Kaczyńskiego i rolą służb specjalnych w okresie poprzedzającym katastrofę smoleńską, należałoby dodać również pytania o tajną łączność Kancelarii Prezydenta. Na podstawie dzisiejszej wiedzy działania ABW wobec spółki TechLab, można ocenić w kontekście stosowania podsłuchów wobec głowy państwa.
W oświadczeniu zarządu spółki TechLab2000 z 19 listopada 2009 r. postawiono niezwykle ważne pytanie: „Jakie są powody, dla których ABW nie uznało za stosowne wykorzystać gotowego od 2 lat telefonu komórkowego Krypton? Na podstawie jakich przesłanek ABW zdecydowała się wdrażać mobilny system komunikacji niejawnej nie współpracujący z wdrażanym od 2003 roku systemem łączności niejawnej na bazie SYLAN? Skoro ABW dostrzega oczekiwania administracji państwowej, to dlaczego przez ostatnie dwa lata dokonał zaniechania oraz kiedy w istocie planuje wdrożenie zapowiadanego systemu?”
System Sylan skutecznie uniemożliwiał śledzenie rozmów prowadzonych przy użyciu aparatów firmy TechLab. Jak podaje producent, szybkie rozszyfrowanie rozmowy z telefonu Krypton wymagałoby tak wielkiej mocy obliczeniowej, że w całym wszechświecie nie starczyłoby krzemu na komputery. Prezydencka rozmowa z takiego aparatu, byłyby nieczytelna dla podsłuchujących. W czyim interesie leżało zatem wyeliminowanie tego systemu i pozbawienie  głowy państwa bezpieczeństwa tajnych rozmów? 


Artykuł opublikowany w nr 36/2011 Gazety Polskiej z 7.08.2011

(śródtytuły od redakcji)

sobota, 3 września 2011

ROBESPIERRE OD TAJEMNIC


Oceniając powołanie w roku 2008 Centrum Antyterrorystycznego ABW (CAT) trudno nie odnieść wrażenia, że projekt ten mógł być autorskim pomysłem szefa Agencji i stanowił w istocie kontynuację zamysłu, który przewijał się przez całą karierę Krzysztofa Bondaryka. Gdy cofnąć się w czasie o kilkanaście lat doskonale widać, że główne predyspozycje dzisiejszego szefa ABW polegały na skłonnościach do gromadzenia poufnych informacji o osobach życia publicznego i tworzeniu baz danych, które można było wykorzystać w walce politycznej.
Po wyborach parlamentarnych 1997 roku Krzysztof Bondaryk z rekomendacji Wojciecha Brochwicza został dyrektorem Departamentu Nadzoru i Kontroli MSWiA, a następnie  wiceministrem odpowiedzialnym m. in. za wprowadzenie ustawy o ochronie informacji niejawnych i Krajowego Centrum Informacji Kryminalnej. Szefem ministerstwa był wówczas Janusz Tomaszewski. Jak pisał Jarosław Kurski: „Pełny dostęp do Tomaszewskiego ma tylko wąska grupa ludzi z gabinetu politycznego i minister Bondaryk. Kto ministra ukierunkowuje i szepcze mu do ucha? Na pewno ogromny wpływ ma na niego Bondaryk. [...]Mówi się o nim, że to typ psychologiczny Robespierre'a: "Ja jestem miarą moralności politycznej". Ofiara klasycznego dylematu rewolucjonistów. Cele świetlane, narzędzia - wątpliwe. Z czasem narzędzia stają się celem”.
Stanowisko powierzone Bondarykowi okazało się na miarę oczekiwań ambitnego urzędnika.
W tym okresie powstał bowiem projekt budowy super bazy danych. Zgodnie z zamysłem Bondaryka - Wojskowe Służby Informacyjne, Urząd Ochrony Państwa, a także Policja, Straż Graniczna, Główny Inspektorat Celny i Inspekcja Skarbowa miały przekazywać do utworzonego w tym celu Krajowego Centrum Informacji Kryminalnej (KCIK) wszelkie informacje operacyjne. Centrum powołane 1 grudnia 1998 roku miało koordynować pracę wszystkich służb zwalczających przestępczość zorganizowaną i stać się ośrodkiem podejmowania decyzji operacyjnych z centralną bazą danych, którą mieli zarządzać operatorzy podlegli bezpośrednio Bondarykowi. To w KCIK-u miano decydować -  kto się kim zajmuje i kto kogo rozpracowuje. Zarządzający tą bazą Bondaryk miałby wówczas nieograniczony dostęp do informacji i wpływ na działania wszystkich służb specjalnych. Sejm jednak odrzucił ten projekt. Nie przeszkodziło to Bondarykowi w dalszym gromadzeniu informacji i kontynuowaniu tworzenia Centrum. W ministerstwie nikt nie robił tajemnicy z faktu, że wiceminister stworzył zalążek bazy danych. Miał osobny rejestr podsłuchów założonych przez Policję i Straż Graniczną oraz materiały dotyczące działań operacyjnych służb. Zainteresował się również aktami pozostawionymi przez MO i SB.
Chodziło o tzw. „różowe teczki” – czyli zbiór ok. 11 tysięcy akt osobowych osób o skłonnościach homoseksualnych, zgromadzonych w archiwach Komendy Głównej Milicji Obywatelskiej, w katalogu "Hiacynt" O zniszczenie tych akt zwracały się do kolejnych ministrów spraw wewnętrznych różne osoby i organizacje broniące praw człowieka, otrzymując zawsze informacje jakoby kartoteki zostały już zniszczone. Akta „Hiacynt” zawierały głównie materiały z lat 1985-87 kompromitujące ludzi z ówczesnych środowisk opozycji.
W połowie 1999 roku media ujawniły, że Janusz Tomaszewski i podlegli mu urzędnicy próbują gromadzić informacje o charakterze obyczajowym, m.in. o osobach sprawujących funkcje publiczne. Trzeba pamiętać, że Bondaryk, prócz tworzenia KCIK szefował Zespołowi ds. Współpracy z Biurem Rzecznika Interesu Publicznego, przekazując sędziemu Bogusławowi Nizieńskiemu materiały świadczące o współpracy lustrowanego z SB. Według mediów, a także niektórych posłów istniała obawa, że zbiera w ten sposób zdeponowane w Centralnym Archiwum MSW materiały "obyczajowe", w tym dotyczące orientacji seksualnej - zbędne w pracy Policji i w procedurze lustracyjnej, ale przydatne w rozgrywkach politycznych. W obronie Bondaryka wystąpił wtedy Jan Maria Rokita, ówczesny szef Sejmowej Komisji Administracji i Spraw Wewnętrznych:
To, że MSWiA gromadzi informacje z milicyjnych archiwaliów, jakieś kartoteki z operacji "Hiacynt", to piramidalne brednie. (...) Całą sprawę wyolbrzymiono, podobnie jak dobrą ideę powołania Krajowego Centrum Informacji Kryminalnych. Pod wpływem tych plotek część ludzi uległa psychozie. Sugestia jest tak silna, że kiedy wygłosiłem taką opinię wobec jednego z poważnych polityków, odparł, że być może na mnie także Bondaryk i Tomaszewski mają jakiegoś haka”.
Sam Bondaryk w odpowiedzi na prasowe zarzuty napisał wówczas do „Gazety Wyborczej” obszerne dementi, zatytułowane „Gromadzimy, nie śledzimy”. Twierdził m.in.: „Oświadczam stanowczo, iż resort spraw wewnętrznych i administracji nie dysponuje takim zbiorem danych. "Hiacynt" po prostu nie istnieje. Chyba że w wyobraźni autora artykułu”. Dziś wiemy, że prawda wyglądała inaczej.
W roku 2004 okazało się, że akta „Hiacynt” istnieją i zostały przekazane do Instytutu Pamięci Narodowej. Pytany o nie prezes Leon Kieres stwierdził, że akta znajdują się pod jego pieczą, ale "są rozproszone w archiwach IPN. Znajdują się w dokumentach dotyczących różnych innych spraw z okresu PRL". Obecnie wiadomo, że w IPN znalazła się tylko część zbioru „Hiacynt”. Materiały z tej kartoteki znajdują się również w Archiwum Komendy Głównej Policji.
Dlaczego Krzysztof Bondaryk interesował się tym zasobem? Być może odpowiedzi należy szukać w sprawie tzw. „grupy Lesiaka”. W roku 1992 w Biurze Studiów i Analiz UOP powstała instrukcja 0015. Wydał ją ówczesny dyrektor Biura Analiz i Informacji Piotr Niemczyk - późniejszy doradca Komisji ds. Służb Specjalnych z rekomendacji Platformy Obywatelskiej, a obecnie szef firmy Niemczyk i Wspólnicy Ochrona Inwestycji i członek rady konsultacyjnej przy ABW. W oparciu o tę instrukcję powstał zespół pułkownika Jana Lesiaka, który w 1993 roku opracował plany działań operacyjnych UOP. Ich elementem miała być inwigilacja przywódców antywałęsowskiej prawicy. Zamierzano ich kompromitować m.in. przy pomocy tajnych agentów UOP ulokowanych w środowiskach prawicowych. Do zespołu Lesiaka wchodzić mieli zarówno byli oficerowie SB, jak i ludzie z nowego naboru UOP. Szefem Urzędu był wówczas generał Gromosław Czempiński – oficer prowadzący Andrzeja Olechowskiego (TW Must) - jeden z faktycznych założycieli i ludzi ścisłego zaplecza PO. Grupa Lesiaka prowadziła swoje działania w latach 1991-1997, między innymi wobec Jarosława i Lecha Kaczyńskich, Jana Olszewskiego i Antoniego Macierewicza. Materiały sprawy inwigilacji znaleziono w tzw. szafie Lesiaka. W procesie Lesiaka, do którego doszło w roku 2006 prokuratura zarzuciła mu przekroczenie uprawnień w latach 1991-1997, m.in. przez stosowanie "technik operacyjnych" i "źródeł osobowych" wobec legalnie działających ugrupowań. Gdy w roku 1997 Wojciech Brochwicz – Raduchowski został wiceministrem MSWiA w rządzie Jerzego Buzka, mianował swoim doradcą Andrzeja Dunajko - oficera UOP działającego wcześniej w zespole płk. Lesiaka.
Niewykluczone zatem, że zainteresowanie Krzysztofa Bondaryka materiałami z archiwum „Hiacynt” miało związek z zamiarem kontynuacji działalności „grupy Lesiaka” i użycia ich w walce politycznej. W roku 1999 Jarosław Kaczyński poinformował opinię publiczną, że służby specjalne III RP próbowały wykorzystywać plotki i sugestie na temat domniemanego homoseksualizmu polityków. Mógłby na to wskazywać fakt, że w ujawnionych w październiku 2006 roku materiałach z „szafy Lesiaka”, znalazły się zalecenia dotyczące spraw obyczajowych. Dotyczyły one Jarosława Kaczyńskiego. W notatce z maja 1993 roku zalecano sprawdzić m.in.:
 Życie intymne, czy jest homoseksualistą, jeżeli tak, to z kim jest w parze, czy jest to związek trwały. Dane kobiety, przez którą J.K. zrezygnował z małżeństwa, co teraz ona robi, czy jest zamężna, czy utrzymuje z nią sporadyczne kontakty, czy jest prawdą, że łączyło ich uczucie, czy tylko uzasadnienie dla inności seksualnej.
Warto pamiętać, że gdy inspirowana przez Belweder grupa Lesiaka rozpowszechniała plotki na temat rzekomego homoseksualizmu Kaczyńskiego, Wałęsa zapraszał do Belwederu "Lecha z żoną i Jarka z mężem".
Bondaryk nie cieszył się długo majstrowaniem przy KCIK i dostępem do archiwum „Hiacynt”. We wrześniu 1999 roku został z powodu tych skłonności zdymisjonowany z rządu Jerzego Buzka - ponownie w atmosferze medialnego skandalu.
Gdy kilkanaście lat później powstawało Centrum Antyterrorystyczne wśród podstawowych celów nowej struktury wymieniano zbieranie wszelkich informacji o ewentualnych zagrożeniach terrorystycznych oraz koordynowanie działań poszczególnych służb. Argument o zagrożeniu terrorystycznym, jest do lat używany  przez grupę rządzącą do systematycznego poszerzania uprawnień służby Bondaryka i stanowi klasyczny termin -  wytrych, ułatwiający forsowanie rozwiązań legislacyjnych korzystnych dla obecnego układu.
W listopadzie 2008 roku Donald Tusk odwiedzając CAT zapewniał, że „priorytetem Centrum Antyterrorystycznego jest ochrona państwa, władz, ale w pierwszym rzędzie polskich obywateli w Polsce i poza granicami naszego kraju" Szef rządu podkreślał również, że „zadaniem Centrum nie jest polityka i publicystyka, ale gromadzenie i analiza faktów, pod kątem zagrożeń.”
Tymczasem pierwszym, pisemnym dziełem CAT był sporządzony pod wyraźnie polityczną tezę osławiony „raport w sprawie incydentu gruzińskiego”. Treść owego raportu ujawniła w listopadzie 2008 roku jednak z gazet. ABW uznało w nim, że strzały w pobliżu samochodu, którym jechał prezydent Kaczyński były gruzińską prowokacją i twierdziło, że najpewniej to sami Gruzini wyreżyserowali incydent z udziałem polskiego prezydenta. Agencja doszła do wniosku, że „teatr na granicy” służył wzmocnieniu pozycji gruzińskiego przywódcy. Opinie zawarte w dokumencie pokrywały się z oficjalnym stanowiskiem władz Federacji Rosyjskiej oraz opinią ówczesnego marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego i stanowiły wręcz amatorską kompilację doniesień prasowych.
W tym samym czasie, dane Lecha Kaczyńskiego wprowadzono do tajnej Bazy Wiedzy Operacyjnej CAT ABW. Od tej chwili wobec głowy państwa można było stosować wszelkie rodzaje inwigilacji, w tym podsłuch. Ponieważ tego rodzaju rejestracja (poza wiedzą osoby zabezpieczanej) oraz gromadzenie poufnych informacji pochodzących m.in. z podsłuchu, nie mają nic wspólnego z tzw. zabezpieczeniem anyterrorystycznym – w działaniach ABW nietrudno rozpoznać tę samą ideę, która przyświecała powołaniu „grupy Lesiaka” i tworzeniu bazy danych na temat przeciwników politycznych.


Artykuł opublikowany w Warszawskiej Gazecie.